Psychological Drama, 1979
"Stalker" Tarkowskiego jest inspirowany książką braci Strugackich pt "Piknik na skraju drogi", z której zaczerpnięto motyw niebezpiecznej okolicy zwanej Zoną oraz postać Stalkera - przewodnika, który oprowadza ciekawskich, przebijając się najpierw przez zastęp strażników, a potem przez samą Zonę. W wersji Tarkowskiego mamy Pisarza oraz Naukowca, którzy chcą dostać się do Pokoju - miejsca gdzieś w Zonie, które spełni ich marzenia. Najpierw muszą się tam dostać, a droga jest wymagająca - poczynając od dziwnych zjawisk, jak brak zapachów, poprzez pułapki a kończąc na licznych regułach, których odkrycie poprzedni Stalkerzy przypłacali życiem.
A może wcale nie?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 24 marca 2016
czwartek, 30 lipca 2015
Nowe Horyzonty 2015 # Dzień 6 - Albinosi i brak sensu
Wciąż nie udało mi się zakochać... żeby o tym zapomnieć, opowiem o tytułach, które dziś widziałem!
Spis treści:
00:21 - Biały cień (Tanzania, Drama, 2013)
01:12 - Wideofilia (Peru, Drama, 2015)
02:59 - Pamięć minionych dni (Litwa, Drama, 1990)
03:30 - Trzy dni (Litwa, Drama, 1991)
04:12 - Okruchy (Etiopia, Sci-Fi, 2015)
Muzyka: Jazzpospolita - "Jedno jabłko mniej"
RELACJE Z WCZĘŚNIEJSZYCH DNI: PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO
Spis treści:
00:21 - Biały cień (Tanzania, Drama, 2013)
01:12 - Wideofilia (Peru, Drama, 2015)
02:59 - Pamięć minionych dni (Litwa, Drama, 1990)
03:30 - Trzy dni (Litwa, Drama, 1991)
04:12 - Okruchy (Etiopia, Sci-Fi, 2015)
Muzyka: Jazzpospolita - "Jedno jabłko mniej"
RELACJE Z WCZĘŚNIEJSZYCH DNI: PIERWSZEGO ; DRUGIEGO ; TRZECIEGO ; CZWARTEGO ; PIĄTEGO
Etykiety:
1990,
1991,
2013,
2015,
Drama,
Litwa,
Nowe Horyzonty,
Science Fiction
niedziela, 14 czerwca 2015
"Sense8". Serialowy gigant, który może się udać.
Dzisiaj widownia dzieli się z grubsza na dwa zespoły. W jednym są ludzie chcący obejrzeć coś szybko, już, teraz. Zazwyczaj olewają oni seriale, bo przecież w tym czasie można obejrzeć kilka filmów, ale ja już się zabiorą to oglądają 8 sezonów w tydzień. Nie wiadomo, po co to robią, bo chyba nic w nich z tych seansów nie zostaje, ale skoro im to pasuje to pewnie mają ważny powód. Mi to nie przeszkadza. Oni "Sense8" raczej nie pukną, bo ten jeden seans zajmie im 5 lat. A przecież w tym czasie można obejrzeć z 7000 fabuł!
Drugą grupą są ludzie, którzy nie przepadają za kinem. Czasem coś obejrzą, ale też szybko się nudzą, jeśli nie ma czegoś mocniejszego. Dla nich akcja musi pędzić cały czas, od pierwszego odcinka, nie ma tu miejsca na budowanie świata i takich tam pierdół. Sam konkret, bez lania wody. Tacy ludzie odbiją się od "Sense8", ponieważ tutaj twórcy poświęcili więcej uwagi wznoszeniu konstrukcji, na której oprą się pozostałe sezony, niż na fabule.
Są też inni, podobni do mnie. Ludzie, którzy poświęcili cały miesiąc by obejrzeć "Babylon 5" a dwa lata później wciąż nie mogą się zamknąć "jaki to był cudowny serial!" Tacy ludzie po obejrzeniu "Sense8" złapią kciuk, i będą go trzymać, by ten projekt się udał.
Drugą grupą są ludzie, którzy nie przepadają za kinem. Czasem coś obejrzą, ale też szybko się nudzą, jeśli nie ma czegoś mocniejszego. Dla nich akcja musi pędzić cały czas, od pierwszego odcinka, nie ma tu miejsca na budowanie świata i takich tam pierdół. Sam konkret, bez lania wody. Tacy ludzie odbiją się od "Sense8", ponieważ tutaj twórcy poświęcili więcej uwagi wznoszeniu konstrukcji, na której oprą się pozostałe sezony, niż na fabule.
Są też inni, podobni do mnie. Ludzie, którzy poświęcili cały miesiąc by obejrzeć "Babylon 5" a dwa lata później wciąż nie mogą się zamknąć "jaki to był cudowny serial!" Tacy ludzie po obejrzeniu "Sense8" złapią kciuk, i będą go trzymać, by ten projekt się udał.
piątek, 23 stycznia 2015
"Na skraju jutra" (6/10) Dobra zabawa!
Action, 2014
Ludzkość w strojach mechów walczy z robotami z kosmosu. Pułkownik Cage zachęca wszystkich do wstąpienia do armii oraz głosi dobrą nowinę, jakoby Ziemia wygrywała ten pojedynek. Problem w tym, że Cage nigdy w armii nie był i mechem nie umie się posługiwać, ale siłą zostaje tam wprowadzony, zakładają mu mechowe dodatki i spuszczają na pole walki. Szybko ginie, niewiele wcześniej zdziaławszy. Ale od razu budzi się 24 godziny wcześniej, tuż po tym, jak został siłą wciągnięty do wojska, i powtarza cały dzień od początku. I od nowa...
Sekwencje akcji są na szczęście godne obejrzenia. Jeśli oczekujecie Toma Crusie'a i Emily Blunt wewnątrz mechów bijących się z tymi mackami z "Matrixa", to właśnie dostaniecie. Jest wiele treningów, główna bitwa, walki w zniszczonym mieście. Solidna robota.Bardzo zaskoczyło mnie, jak wiele tu humoru, którego źródłem jest gapowatość bohatera, który wobec absurdalnych wydarzeń reaguje niedowierzaniem, rezygnacją, czarnym humorem, sarkazmem... i absolutnie cudownie reaguje na każdorazową śmierć. Duża zasługa w tym wysokiego tempa i znakomitego montażu w którym udało się oddać ile czasu zajmuje Cage'owi dotarcie do wszystkiego za -entą próbą.
niedziela, 4 stycznia 2015
Justice League: War (6+/10) Tycie Avengers
Superhero, 2014
Jakby z produkcji Jossa Whedona wyjąć całą fabułę - jakkolwiek skąpa by ona była - i zostawić samą inwazję obcych oraz superbohaterów walczących z kolejnym palantem chcącym terraformować naszą zieloną planetę... Wtedy zostaje "Justice League: War". Animacja trwająca 80-minut, w której Wonder Woman je lody, Victora ojciec nie kocha, a Superman rzuca Batmanem przez kilka budynków, bo w "Man of Steel" robił większą demolkę, więc czemu nie. Poza tym pojawi się Flash, Zielona Latarnia oraz Shazam, kimkolwiek on jest.
I to w sumie wszystko, naprawdę. Batman z Zieloną Latarnią chodzą po kanałach Gotham, znajdują tam obce coś, co prowadzi do otworzenia portali przez które wchodzą obcy, więc się biją przez 40 minut. Po drodze dołączają do nich reszta postaci.
Jakby z produkcji Jossa Whedona wyjąć całą fabułę - jakkolwiek skąpa by ona była - i zostawić samą inwazję obcych oraz superbohaterów walczących z kolejnym palantem chcącym terraformować naszą zieloną planetę... Wtedy zostaje "Justice League: War". Animacja trwająca 80-minut, w której Wonder Woman je lody, Victora ojciec nie kocha, a Superman rzuca Batmanem przez kilka budynków, bo w "Man of Steel" robił większą demolkę, więc czemu nie. Poza tym pojawi się Flash, Zielona Latarnia oraz Shazam, kimkolwiek on jest.
I to w sumie wszystko, naprawdę. Batman z Zieloną Latarnią chodzą po kanałach Gotham, znajdują tam obce coś, co prowadzi do otworzenia portali przez które wchodzą obcy, więc się biją przez 40 minut. Po drodze dołączają do nich reszta postaci.
Etykiety:
2014,
Action,
Animation,
Science Fiction,
Superhero,
United States
niedziela, 3 sierpnia 2014
Ewolucja planety małp
Science Fiction, 2014
I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.
Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.
Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.
I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.
Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.
Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.
niedziela, 6 lipca 2014
Under the Skin (7/10)
Surrealism & Psychological Drama, 2013
Zacząłem oglądać ten film wczoraj późną nocą, i to były idealne warunki. Holandia się bawiła z Kostaryką, a ja włączyłem na chwilę by zobaczyć, jak to wypada. Po chwili wstałem, by wyłączyć światła i kontynuowałem oglądanie w środku nocy. Byłem zaskoczony podwójnie, gdy zobaczyłem ten tytuł wymieniony w zestawieniu najlepszych obrazów ubiegłego roku - raz, że w ogóle "Under the Skin" powstało! Pamiętam, że zwróciłem uwagę na niego, bo Scarlett Johanson miała w nim grać, ale jakoś nic nie było słychać o nim... "Martwy tytuł" - uznałem. A tutaj niespodzianka. Tych zresztą przybywa w trakcie oglądania! Zupełnie nie byłem przygotowany, że pierwsze ujęcia będą kojarzyć mi się ze Stanleyem Kubrickiem i jego "Odyseją kosmiczną". Ta elektroniczna, eksperymentalna muzyka, ten powolny rytm, ten zagadkowy widok niejasnych kształtów wyłaniających się z czerni - absolutny szok!
Zacząłem oglądać ten film wczoraj późną nocą, i to były idealne warunki. Holandia się bawiła z Kostaryką, a ja włączyłem na chwilę by zobaczyć, jak to wypada. Po chwili wstałem, by wyłączyć światła i kontynuowałem oglądanie w środku nocy. Byłem zaskoczony podwójnie, gdy zobaczyłem ten tytuł wymieniony w zestawieniu najlepszych obrazów ubiegłego roku - raz, że w ogóle "Under the Skin" powstało! Pamiętam, że zwróciłem uwagę na niego, bo Scarlett Johanson miała w nim grać, ale jakoś nic nie było słychać o nim... "Martwy tytuł" - uznałem. A tutaj niespodzianka. Tych zresztą przybywa w trakcie oglądania! Zupełnie nie byłem przygotowany, że pierwsze ujęcia będą kojarzyć mi się ze Stanleyem Kubrickiem i jego "Odyseją kosmiczną". Ta elektroniczna, eksperymentalna muzyka, ten powolny rytm, ten zagadkowy widok niejasnych kształtów wyłaniających się z czerni - absolutny szok!
czwartek, 13 marca 2014
THX 1138 (6/10)
Dystopian, 1971
Ludzkość zeszła do podziemi i rządzą nią komputery, które wyzbyły z ludzkość człowieczeństwo, ładując w nich przeróżne lekarstwa by ich otępić, oraz zmechanizowali im życie, sprowadzając je do prostych czynności i bodźców. Są niewolnikami zbudowanymi na wzór człowieka. Bohaterem tej opowieści jest tytułowy THX 1138, który poprzez zaniechanie przyjmowania prochów stawał się coraz bardziej świadomy... aż podjął decyzję, by zacząć walczyć.
Jak to piszę, to wydaje się znane i schematyczne, ale o dziwo takie nie jest podczas samego oglądania. Tak, przeszkadzała mi schematyczność i ogólnikowość (zabrano człowieczeństwo, ale co nim było? Nie wiadomo), jednak ogólne wrażenia są zaskakująco pozytywne. Okazuje się, że George Lucas był ogarnięty reżyserem, który umiał się posługiwać obrazem. "THX 1138" ma zaskakująco mało dialogów, ale obfituje w sugestywny klimat. Gęsty, nieokreślony, trącący momentami surrealizmem lub konwencją snu. Wszystko to bardzo sprawnie zrealizowane - nie jest to kino tanie lub amatorskie, scenografia jest idealna i nie kojarzy się z badziewnymi dekoracjami. Efekty dźwiękowe nie przywołują na myśl kiczu z "Seksmisji", a w głównej roli obsadzono Roberta Duvalla! Nie ma tu jasno wyłożonej historii, narratora zastąpiono bardzo dobrą narracją obrazem. To tym bardziej imponuje, bo z czasem pojawiają się nietypowe sceny, choćby pełna akcji końcówka - i wszystko to płynnie zespojono w jeden film. Niezbyt oryginalny, nie mający może wiele do powiedzenia, ale pokazują talent ludzi, którzy przy nim pracowali.
http://rateyourmusic.com/film/thx_1138/
Ludzkość zeszła do podziemi i rządzą nią komputery, które wyzbyły z ludzkość człowieczeństwo, ładując w nich przeróżne lekarstwa by ich otępić, oraz zmechanizowali im życie, sprowadzając je do prostych czynności i bodźców. Są niewolnikami zbudowanymi na wzór człowieka. Bohaterem tej opowieści jest tytułowy THX 1138, który poprzez zaniechanie przyjmowania prochów stawał się coraz bardziej świadomy... aż podjął decyzję, by zacząć walczyć.
Jak to piszę, to wydaje się znane i schematyczne, ale o dziwo takie nie jest podczas samego oglądania. Tak, przeszkadzała mi schematyczność i ogólnikowość (zabrano człowieczeństwo, ale co nim było? Nie wiadomo), jednak ogólne wrażenia są zaskakująco pozytywne. Okazuje się, że George Lucas był ogarnięty reżyserem, który umiał się posługiwać obrazem. "THX 1138" ma zaskakująco mało dialogów, ale obfituje w sugestywny klimat. Gęsty, nieokreślony, trącący momentami surrealizmem lub konwencją snu. Wszystko to bardzo sprawnie zrealizowane - nie jest to kino tanie lub amatorskie, scenografia jest idealna i nie kojarzy się z badziewnymi dekoracjami. Efekty dźwiękowe nie przywołują na myśl kiczu z "Seksmisji", a w głównej roli obsadzono Roberta Duvalla! Nie ma tu jasno wyłożonej historii, narratora zastąpiono bardzo dobrą narracją obrazem. To tym bardziej imponuje, bo z czasem pojawiają się nietypowe sceny, choćby pełna akcji końcówka - i wszystko to płynnie zespojono w jeden film. Niezbyt oryginalny, nie mający może wiele do powiedzenia, ale pokazują talent ludzi, którzy przy nim pracowali.
http://rateyourmusic.com/film/thx_1138/
sobota, 15 lutego 2014
Her (7+/10)
Romance & Science Fiction, 2013
Niedaleka przyszłość. Theodore pracuje jako twórca pocztówek, wiadomości, listów. Te kartki, które dziś kupujecie, tylko się pod nimi podpisując - to coś w tym stylu, tylko na wyższym poziomie. Theo nie tylko je pisze, on je kontynuuje. Zna ludzi dla których tworzy jakby poznał ich osobiście, pisze korespondencję którą oni się wymieniają przez lata. I jest w tym wyjątkowy, szef określa jego prace jako sztukę. Jednak towarzyskie życie nie wychodzi bohaterowie. Rok temu zakończył formalnie związek, wciąż go wspomina. By uporządkować życie, kupuje nowy OS mający mu pomóc w uporządkowaniu życia. Owy OS jest reklamowany jako możliwe partner życiowy. Tak, trudno w to uwierzyć. Do pierwszego włączenia.
Reżyser nadał tej opowieści świetne tempo - na wszystko tu jest miejsce, i w to można uwierzyć. W świat, w bohaterów, w ich relację między sobą. Tak, to wszystko co zobaczyłem, było prawdą. Początek jest bardzo pozytywny, jakby się leżało na hamaku i słuchało idealnej muzyki... Im bliżej końca tym bardziej się jednak stresowałem. To po części moja "zasługa", jak zareagowałem na ten tytuł: już po 20-30 minutach zacząłem spekulować sam ze sobą, jakie będzie zakończenie. Ale też film sam w sobie należy do kategorii opowieści, w których koniec może zdefiniować całą resztę. "O czym był to film" oraz "czy mi się podobał". I tak naprawdę powtórny seans będzie tym właściwym, wtedy będę mógł odebrać film takim jakim jest, nie licząc moich obaw. Zresztą, sami zobaczcie - film o miłości z komputerem mógł mieć 4 zakończenia:
a) Theo opowiada znajomym, że jest zakochany w OS, ci chcą go leczyć i ogólnie zostaje wyklęty.
b) Theo zostaje z Sam do końca, umiera szczęśliwy, a Sam wyłącza się sama by z nim zostać.
c) Theo dzięki Sam odnajduje porządek w życiu, zaczyna się umawiać z kobietami, a Sam... jest sama. Chlip.
d) Spike Jonze mnie zaskakuje.
Widzicie więc, że to mogłyby być całkowicie różne opowieści. Wkurzające albo przesadnie płaczliwe. Na szczęście wybrano opcję ostatnią. Właściwie, to dwa razy.
Opowieść zachowuje balans pomiędzy rzeczową fabułą a metaforami przeróżnych rzeczy, choćby stanu w którym gadasz sam ze sobą, rozpamiętując przeszłość, starając się ją napisać na nowo. Dawne kłótnie z ukochaną i takie tam. Wszystko to prowadzi do poważnych rozmyślań nad istotą miłości i człowieka w tym wszystkim. Nawet jeśli odpowiedzi są ci znane, prawdopodobnie zastanowisz się jeszcze raz. I nie na tym wszystko się kończy. "Her" można spokojnie odebrać również jako opowieść o wyjątkowości kina. Film Jonze jest wypełniony dialogami, nie ma tutaj zbyt wiele "filmowości", całość niewiele by straciła gdyby była książką. Ale to nie wada, tylko podkreślenie tego, czego tak brakuje w relacji z Samanthą. Mieliście podobne myśli? Albo przy drugim seansie skupcie się na profesji Theo, i jak ją skonfrontujecie z resztą filmu...
Futurystyczny świat wypadł bardzo przekonująco. To nie jest zbyt odległa przyszłość, ale wygląda bardzo realistycznie jako konsekwencja teraźniejszości. Tak może wyglądać świat za 10-20 lat. W krajach pierwszego świata, oczywiście. Gry komputerowe,zawód głównego bohatera, rozwój sztucznej inteligencji, zanik stosunków międzyludzkich, wynajdywanie coraz dziwniejszych sposobów zapełnienia potrzeby towarzystwa... Ale sterowanie głosem nadal wygląda głupio i niepraktycznie. Na potrzeby kina jest idealne, ale gdy się nad tym zastanowić nie ma to ani trochę sensu. Chodzisz w tłumie ludzi i gadasz do siebie, jak ma to inaczej wyglądać? Nie działało w "Babylon 5", nie działa w "Her". Chociaż trzeba oddać - jest tu jedna scena nadająca całemu zjawisku realizm. Sami zobaczycie.
Scarlett Johanson - ideał.
https://rateyourmusic.com/film/her/
Reżyser nadał tej opowieści świetne tempo - na wszystko tu jest miejsce, i w to można uwierzyć. W świat, w bohaterów, w ich relację między sobą. Tak, to wszystko co zobaczyłem, było prawdą. Początek jest bardzo pozytywny, jakby się leżało na hamaku i słuchało idealnej muzyki... Im bliżej końca tym bardziej się jednak stresowałem. To po części moja "zasługa", jak zareagowałem na ten tytuł: już po 20-30 minutach zacząłem spekulować sam ze sobą, jakie będzie zakończenie. Ale też film sam w sobie należy do kategorii opowieści, w których koniec może zdefiniować całą resztę. "O czym był to film" oraz "czy mi się podobał". I tak naprawdę powtórny seans będzie tym właściwym, wtedy będę mógł odebrać film takim jakim jest, nie licząc moich obaw. Zresztą, sami zobaczcie - film o miłości z komputerem mógł mieć 4 zakończenia:
a) Theo opowiada znajomym, że jest zakochany w OS, ci chcą go leczyć i ogólnie zostaje wyklęty.
b) Theo zostaje z Sam do końca, umiera szczęśliwy, a Sam wyłącza się sama by z nim zostać.
c) Theo dzięki Sam odnajduje porządek w życiu, zaczyna się umawiać z kobietami, a Sam... jest sama. Chlip.
d) Spike Jonze mnie zaskakuje.
Widzicie więc, że to mogłyby być całkowicie różne opowieści. Wkurzające albo przesadnie płaczliwe. Na szczęście wybrano opcję ostatnią. Właściwie, to dwa razy.
Opowieść zachowuje balans pomiędzy rzeczową fabułą a metaforami przeróżnych rzeczy, choćby stanu w którym gadasz sam ze sobą, rozpamiętując przeszłość, starając się ją napisać na nowo. Dawne kłótnie z ukochaną i takie tam. Wszystko to prowadzi do poważnych rozmyślań nad istotą miłości i człowieka w tym wszystkim. Nawet jeśli odpowiedzi są ci znane, prawdopodobnie zastanowisz się jeszcze raz. I nie na tym wszystko się kończy. "Her" można spokojnie odebrać również jako opowieść o wyjątkowości kina. Film Jonze jest wypełniony dialogami, nie ma tutaj zbyt wiele "filmowości", całość niewiele by straciła gdyby była książką. Ale to nie wada, tylko podkreślenie tego, czego tak brakuje w relacji z Samanthą. Mieliście podobne myśli? Albo przy drugim seansie skupcie się na profesji Theo, i jak ją skonfrontujecie z resztą filmu...
Futurystyczny świat wypadł bardzo przekonująco. To nie jest zbyt odległa przyszłość, ale wygląda bardzo realistycznie jako konsekwencja teraźniejszości. Tak może wyglądać świat za 10-20 lat. W krajach pierwszego świata, oczywiście. Gry komputerowe,zawód głównego bohatera, rozwój sztucznej inteligencji, zanik stosunków międzyludzkich, wynajdywanie coraz dziwniejszych sposobów zapełnienia potrzeby towarzystwa... Ale sterowanie głosem nadal wygląda głupio i niepraktycznie. Na potrzeby kina jest idealne, ale gdy się nad tym zastanowić nie ma to ani trochę sensu. Chodzisz w tłumie ludzi i gadasz do siebie, jak ma to inaczej wyglądać? Nie działało w "Babylon 5", nie działa w "Her". Chociaż trzeba oddać - jest tu jedna scena nadająca całemu zjawisku realizm. Sami zobaczycie.
Scarlett Johanson - ideał.
https://rateyourmusic.com/film/her/
niedziela, 13 października 2013
Metropolis
Dystopian & German Expressionism, 1927
Powtórka po wielu latach. Era filmów na TVP Kultura, i oglądania ich bo miały 5 gwiazdek w programie telewizyjnym z Wyborczej. To był pierwszy z tytułów, przy których musiałem się tłumaczyć, czemu nie dałem dychy. Trochę się obawiałem tej powtórki, to głównie urywki z tego filmu miałem na myśli gdy mówiłem, że nie lubię kina niemego za dziwaczne aktorstwo. Przybranie pozy, zastygnięcie, czekać aż reszta sceny zrobi co trzeba, wykonać swój ruch, powtórzyć. Ale nie jest tak źle, dzisiaj już to się nie rzuca mi w oczy, do tego już rozumiem ten okres, że wtedy tak musiało być, i wszystkie inne trudności z którymi artyści musieli się zmierzyć.
Choć jednocześnie rozumiem tych, którzy nie akceptują takiego kina. Też mają rację.
Fabuła. Pokręcony i dziwny świat, w którym są dwie grupy: rządzący i pracujący. Drudzy harują do śmierci ze zmęczenia w podziemiach, a na powierzchni ci pierwsi żyją jak królowie. Młody potomek ważnej osobistości zjeżdża na dół, i na własne oczy widzi koszmar tego, co się tam dzieje. Miałem wrażenie, że reżyser wyłożył do tego momentu wszystkie karty, i nie szykuje dla mnie żadnej niespodzianki, ale byłem mile zaskoczony. Dalsza część jest naprawdę interesująca pod każdym względem: tematyki, gatunku, postaci, wydarzeń. Ekspresjonizm miesza się z kinem utopijnym, dramat z romansem, kino katastroficzne z elementami cyberpunku, a jako całość ogląda się to znakomicie.
Wszystkie dekoracje robią wrażenie swoimi rozmiarami, rozmachem i zróżnicowaniem (a jak jeszcze człowiek zacznie się zastanawiać "Jak oni to zrobili" to w ogóle film ma u niego +10 do oceny). A powiedzieć coś takiego o filmie z 1927 roku to naprawdę wiele. Czuć wielkość tego miasta i wszystkiego co na niego się składa, niczym dinozaurów z "Parku Jurajskiego". Do tego historia ma niezwykły klimat i niesamowite tempo, od połowy jest niebywale intensywnie, niczym najlepsze kino akcji.
Może i film jest trochę zbyt czarno-biały, może trochę mało konkretów na drugim planie, może za mało to wszystko jest rozbudowane fabularnie. Zakończenie, ostatnia scena, jest słaba, znowu w kinie niemym zabrakło odpowiednich słów na koniec. Ale oglądało mi się to znakomicie. Chętnie w przyszłości obejrzę jeszcze trzeci raz.
7+/10
http://rateyourmusic.com/film/metropolis/
Powtórka po wielu latach. Era filmów na TVP Kultura, i oglądania ich bo miały 5 gwiazdek w programie telewizyjnym z Wyborczej. To był pierwszy z tytułów, przy których musiałem się tłumaczyć, czemu nie dałem dychy. Trochę się obawiałem tej powtórki, to głównie urywki z tego filmu miałem na myśli gdy mówiłem, że nie lubię kina niemego za dziwaczne aktorstwo. Przybranie pozy, zastygnięcie, czekać aż reszta sceny zrobi co trzeba, wykonać swój ruch, powtórzyć. Ale nie jest tak źle, dzisiaj już to się nie rzuca mi w oczy, do tego już rozumiem ten okres, że wtedy tak musiało być, i wszystkie inne trudności z którymi artyści musieli się zmierzyć.
Choć jednocześnie rozumiem tych, którzy nie akceptują takiego kina. Też mają rację.
Fabuła. Pokręcony i dziwny świat, w którym są dwie grupy: rządzący i pracujący. Drudzy harują do śmierci ze zmęczenia w podziemiach, a na powierzchni ci pierwsi żyją jak królowie. Młody potomek ważnej osobistości zjeżdża na dół, i na własne oczy widzi koszmar tego, co się tam dzieje. Miałem wrażenie, że reżyser wyłożył do tego momentu wszystkie karty, i nie szykuje dla mnie żadnej niespodzianki, ale byłem mile zaskoczony. Dalsza część jest naprawdę interesująca pod każdym względem: tematyki, gatunku, postaci, wydarzeń. Ekspresjonizm miesza się z kinem utopijnym, dramat z romansem, kino katastroficzne z elementami cyberpunku, a jako całość ogląda się to znakomicie.
Wszystkie dekoracje robią wrażenie swoimi rozmiarami, rozmachem i zróżnicowaniem (a jak jeszcze człowiek zacznie się zastanawiać "Jak oni to zrobili" to w ogóle film ma u niego +10 do oceny). A powiedzieć coś takiego o filmie z 1927 roku to naprawdę wiele. Czuć wielkość tego miasta i wszystkiego co na niego się składa, niczym dinozaurów z "Parku Jurajskiego". Do tego historia ma niezwykły klimat i niesamowite tempo, od połowy jest niebywale intensywnie, niczym najlepsze kino akcji.
Może i film jest trochę zbyt czarno-biały, może trochę mało konkretów na drugim planie, może za mało to wszystko jest rozbudowane fabularnie. Zakończenie, ostatnia scena, jest słaba, znowu w kinie niemym zabrakło odpowiednich słów na koniec. Ale oglądało mi się to znakomicie. Chętnie w przyszłości obejrzę jeszcze trzeci raz.
7+/10
http://rateyourmusic.com/film/metropolis/
Etykiety:
1927,
Dystopian,
German,
German Expressionism,
kino nieme,
Romance,
Science Fiction
piątek, 11 października 2013
Pacific Rim
Giant Monster & Science Fiction, 2013
Kolejny z filmów akcji, przy tworzeniu którego kombinowano o wiele za dużo. Twórcy nawet nie mogli dać bohaterom jakiejś wygodnej i bezpiecznej kabiny wewnątrz mechów, zamiast tego kierują nimi we wnętrzu egzoszkieletów, do tego jeszcze wisząc na kablach. Więc gdy oberwą to rzuca nimi tak, że łeb powinni sobie urwać od tego okablowania. Poza tym wygląda to idiotycznie, a to dopiero początek. Nawet nie mam zamiaru zacząć opisywać fabuły, bo zajęło by mi to drugie więcej tekstu niż widzicie w całym tym wpisie. Nie ma tu prostego "roboty biją się z dinozaurami i jest bardzo fajnie", jeśli na to liczyliście. Sama historia świata zajmuje 10 minut rzężącego nadawania z off-u przez głównego bohatera, co brzmiało jakby Del Torro chciał nakręcić trylogię w tym świecie, ale pozwolili mu nakręcić tylko ostatnią część. Wyobraźcie sobie, jakby przed "Avengers" nie było ani "Thora", ani "Kapitana Ameryki", ani żadnego z tych pojedynczych filmów... byłoby to bardzo fajne, zgadzam się, ale wtedy też wszystkie te historie trzeba by wcisnąć gdzieś na początku filmu Whedona. A potem trzeba jeszcze omówić różne istotne elementy. W "Pacific Rim" jest to np. łączenie się myślami by kierować mechami, które są potrzebne bo... nie nadążam. I czemu choć dzielą myśli, wciąż rozmawiają, i jaki konkretnie ma ten bardzo istotny wpływ na dzielenie umysłu z kimś gdy ten umiera, i co ono daje, a tak w ogóle to owe "dzielenie umysłu" wyglądałoby dużo inaczej, i czemu w ogóle je tu wsadzono zamiast prostej nauki synchronizacji dwóch wojowników?... Komplikacje, komplikacje, komplikacje. Na "Stalkerze" nie musiałem się tyle nagimnastykować.
Zdecydowanie nie pomaga fakt, że głupot tu od groma, a bohaterowie, relacje między nimi i wszelkie wątki poboczne są nudniejsze niż w "Labiryncie". Poza tym, najwidoczniej czasy bicia się o losy ludzkości minęły. Teraz gigantyczne mechy biją się z gigantycznymi jaszczurkami o kuter rybacki. Albo coś w tym stylu. Trzeba bronić miasto zamieszkałe przez 2 miliony ludu? Jebać to, lepiej skupmy się na tych trzech kociakach. Tak, jest w tle jakiś zagrożony świat, ale ilekroć dojdzie do sceny akcji uwaga skupi się na jakimś detalu, co wygląda niemal tak samo idiotyczny jak wspomniane sterowanie mechami. To samo z obowiązkową przemową motywującą przed wielkim finałem, wypowiedziana do... mechaników, programistów, techników, menedżerów, cholera wie kogo jeszcze. I jednego czy dwóch pilotów, którzy pokierują tymi mechami. Absurd na absurdzie, gdzie tylko nie spojrzeć.
Na szczęście nie jest to poziomie drugich "Transformersów". Nie do końca. Nie ma "nieba dla robotów", a w scenach akcji faktycznie widać, co się dzieje. Projekty potworów fascynują, są szczegółowe i zróżnicowane, w pewien sposób piękne. Same sceny akcji są pełne świateł, deszczu, niezwykłego klimatu, dopieszczone co do szczegółu. Robot przebija wieżowiec ze szkła, wszystko rozlatuje się w taki sposób, że nawet można odpryski liczyć. Wizualny przepych. Jest nawet odrobina pomysłowości - będzie w tym filmie mech bijący się z godzillą za pomocą tankowca. Tego właśnie oczekiwałem przez cały film. A zamiast tego dostałem przekombinowany, dramaturgiczny burdel z kilkoma naprawdę fajnymi scenami akcji. Bardzo mało.
5/10
http://rateyourmusic.com/film/pacific_rim/
Kolejny z filmów akcji, przy tworzeniu którego kombinowano o wiele za dużo. Twórcy nawet nie mogli dać bohaterom jakiejś wygodnej i bezpiecznej kabiny wewnątrz mechów, zamiast tego kierują nimi we wnętrzu egzoszkieletów, do tego jeszcze wisząc na kablach. Więc gdy oberwą to rzuca nimi tak, że łeb powinni sobie urwać od tego okablowania. Poza tym wygląda to idiotycznie, a to dopiero początek. Nawet nie mam zamiaru zacząć opisywać fabuły, bo zajęło by mi to drugie więcej tekstu niż widzicie w całym tym wpisie. Nie ma tu prostego "roboty biją się z dinozaurami i jest bardzo fajnie", jeśli na to liczyliście. Sama historia świata zajmuje 10 minut rzężącego nadawania z off-u przez głównego bohatera, co brzmiało jakby Del Torro chciał nakręcić trylogię w tym świecie, ale pozwolili mu nakręcić tylko ostatnią część. Wyobraźcie sobie, jakby przed "Avengers" nie było ani "Thora", ani "Kapitana Ameryki", ani żadnego z tych pojedynczych filmów... byłoby to bardzo fajne, zgadzam się, ale wtedy też wszystkie te historie trzeba by wcisnąć gdzieś na początku filmu Whedona. A potem trzeba jeszcze omówić różne istotne elementy. W "Pacific Rim" jest to np. łączenie się myślami by kierować mechami, które są potrzebne bo... nie nadążam. I czemu choć dzielą myśli, wciąż rozmawiają, i jaki konkretnie ma ten bardzo istotny wpływ na dzielenie umysłu z kimś gdy ten umiera, i co ono daje, a tak w ogóle to owe "dzielenie umysłu" wyglądałoby dużo inaczej, i czemu w ogóle je tu wsadzono zamiast prostej nauki synchronizacji dwóch wojowników?... Komplikacje, komplikacje, komplikacje. Na "Stalkerze" nie musiałem się tyle nagimnastykować.
Zdecydowanie nie pomaga fakt, że głupot tu od groma, a bohaterowie, relacje między nimi i wszelkie wątki poboczne są nudniejsze niż w "Labiryncie". Poza tym, najwidoczniej czasy bicia się o losy ludzkości minęły. Teraz gigantyczne mechy biją się z gigantycznymi jaszczurkami o kuter rybacki. Albo coś w tym stylu. Trzeba bronić miasto zamieszkałe przez 2 miliony ludu? Jebać to, lepiej skupmy się na tych trzech kociakach. Tak, jest w tle jakiś zagrożony świat, ale ilekroć dojdzie do sceny akcji uwaga skupi się na jakimś detalu, co wygląda niemal tak samo idiotyczny jak wspomniane sterowanie mechami. To samo z obowiązkową przemową motywującą przed wielkim finałem, wypowiedziana do... mechaników, programistów, techników, menedżerów, cholera wie kogo jeszcze. I jednego czy dwóch pilotów, którzy pokierują tymi mechami. Absurd na absurdzie, gdzie tylko nie spojrzeć.
Na szczęście nie jest to poziomie drugich "Transformersów". Nie do końca. Nie ma "nieba dla robotów", a w scenach akcji faktycznie widać, co się dzieje. Projekty potworów fascynują, są szczegółowe i zróżnicowane, w pewien sposób piękne. Same sceny akcji są pełne świateł, deszczu, niezwykłego klimatu, dopieszczone co do szczegółu. Robot przebija wieżowiec ze szkła, wszystko rozlatuje się w taki sposób, że nawet można odpryski liczyć. Wizualny przepych. Jest nawet odrobina pomysłowości - będzie w tym filmie mech bijący się z godzillą za pomocą tankowca. Tego właśnie oczekiwałem przez cały film. A zamiast tego dostałem przekombinowany, dramaturgiczny burdel z kilkoma naprawdę fajnymi scenami akcji. Bardzo mało.
5/10
http://rateyourmusic.com/film/pacific_rim/
niedziela, 1 września 2013
10 najśmieszniejszych głupot z filmu "Intruz"
Nie będzie tradycyjnej recenzji, nawet w moim tradycyjnym stylu. Obejrzałem jakieś 10 minut tego filmu (jeśli nie wiecie, na podstawie czyjej książki go nakręcono - gratuluję i nie zmienię tego) i po tym czasie doszedłem do wniosku, że przydałby mi się drink, bo na trzeźwo tego oglądać się nie da. Film opowiada o tym, że przyszli kosmici i wyssali z ludzi człowieczeństwo (czymkolwiek ono jest), przejęli ich ciała i dzięki czemu zapanował pokój i szczęście. Jak więc łatwo się domyślić, po owych 10 minutach mój mózg działał tylko dzięki temu, że nieustannie komentowałem wszystko co zobaczyłem. Niestety, na najniższym poziomie inteligencji, czyli "sarkazm". Zaszedłem więc gniota od dupy strony i zrobiłem listę - jak za starych dobrych czasów. W stylu pewnego człowieka, który mnie nie lubi.;-) Odwiedziłem nawet jeden z jego starych tematów i ze zdziwieniem odkryłem, że na potrzeby wstępu użyłem nawet niemal tych samych wyrażeń co on. Dziwne, nie?
Zdecydowałem się na listę najśmieszniejszych. Nie największych, nie najbardziej obraźliwych, nie najobszerniejszych, i z całą pewnością nie wszystkich. Dodam tylko, że niektórych scen nie oddadzą żadne słowa, choćby moment śmierci jednego chłopa... Zdecydowanie jeden z najśmieszniejszych filmów w historii.
(kolejność chronologiczna)
Miejsce 1. W sytuacji zagrożenia skok na japę z wysokiego budynku jest rozwiązaniem, które warto wziąć pod rozwagę. Wcześniej jednak koniecznie upewnij się, że chcesz żyć. W ten sposób po przyjebaniu w glebę i zrobieniu dziury, twoim organom wewnętrznym i kościom nic nie będzie, a na twarzy nie będzie nawet siniaka. Rozwiązanie to sprawdziło się w 100% zbadanych przypadków.
Miejsce 2. Po byciu przejętym przez kosmitę istnieje opcja bycia "żywym" jako głos z OFF-u, dzięki czemu będziesz mogła wtedy gadać sama ze sobą. Bóg już pracuje nad patchem który naprawi ten dziwny bug.
Miejsce 3. Jeśli opowiadasz czyjś życiorys, rób to przy użyciu języka z trailerów filmowych. Wskazane jest upewnienie się, że obok ciebie stoi wtedy jakiś ćwok z gitarą akustyczną.
Miejsce 4. Jeśli chcesz uprawiać seks, wybierz kogoś, kogo jedyną cechą charakterystyczną jest zapewnianie cię, że nie musisz tego robić, gdy tylko usłyszy samą propozycję.
Miejsce 5. Ludzie ścigani przez cały świat mogą uprawiać seks tylko na otwartym terenie, gdzie ktoś chwilę wcześniej robił ujęcie do pocztówki.
Miejsce 6. Jeśli chcesz, by kosmita z tobą współpracował, pokaż mu swoją sex-taśmę. Spokojnie, obcy nie umieją się masturbować.
Miejsce 7. W sytuacji, gdy wróg znajdzie schronienie w którym ty i twoi przyjaciele ukrywacie się przed całym światem, można zrobić tylko jedno. Przywódca musi telepatycznie podzielić swoich ludzi na trzy obozy: pierwszy będzie miły w stosunku do obcej istoty. Drugi będzie chciał go zabić ale tego nie zrobi, ograniczy się tylko do grożenia bronią, bicia i obnoszenia się swoją obojętnością wobec obcego na zmianę z chęcią zabicia. Trzeci obóz również będzie chciał obcego zabić, ale będzie mieć wątpliwości. Dla pewności skorzystaj z wehikułu czasu, by dograć szczegóły. Na pewno gdzieś jakiś znajdziesz.
Miejsce 8. Obrażanie się i czysta nienawiść do kogoś - bo ta osoba właśnie zabiła kilku z twoich ziomków - jest dokładnie tym samym. W obu wypadkach ucieka się do pokoju obok.
Miejsce 9. Od jednej kobiety gadającej do siebie w trakcie seksu śmieszniejsza jest tylko druga kobieta, która również rozmawia sama ze sobą.
Miejsce 10. Gdy w otoczeniu są ludzie którzy chcą cię zabić, nie rób nic poza robieniem wystraszonej pozy i dziwieniu się, że wciąż im się chce. Zdaj się na mężczyzn, oni cię obronią i zrobią wszystko za ciebie.
----
Bonusowy cytat z filmu, żebyście już na pewno musieli zmienić nie tylko spodnie, ale i pokój.
"Całuj mnie tak, jakbyś chciał bym ci przywaliła"
Zdecydowałem się na listę najśmieszniejszych. Nie największych, nie najbardziej obraźliwych, nie najobszerniejszych, i z całą pewnością nie wszystkich. Dodam tylko, że niektórych scen nie oddadzą żadne słowa, choćby moment śmierci jednego chłopa... Zdecydowanie jeden z najśmieszniejszych filmów w historii.
(kolejność chronologiczna)
Miejsce 1. W sytuacji zagrożenia skok na japę z wysokiego budynku jest rozwiązaniem, które warto wziąć pod rozwagę. Wcześniej jednak koniecznie upewnij się, że chcesz żyć. W ten sposób po przyjebaniu w glebę i zrobieniu dziury, twoim organom wewnętrznym i kościom nic nie będzie, a na twarzy nie będzie nawet siniaka. Rozwiązanie to sprawdziło się w 100% zbadanych przypadków.
Miejsce 2. Po byciu przejętym przez kosmitę istnieje opcja bycia "żywym" jako głos z OFF-u, dzięki czemu będziesz mogła wtedy gadać sama ze sobą. Bóg już pracuje nad patchem który naprawi ten dziwny bug.
Miejsce 3. Jeśli opowiadasz czyjś życiorys, rób to przy użyciu języka z trailerów filmowych. Wskazane jest upewnienie się, że obok ciebie stoi wtedy jakiś ćwok z gitarą akustyczną.
Miejsce 4. Jeśli chcesz uprawiać seks, wybierz kogoś, kogo jedyną cechą charakterystyczną jest zapewnianie cię, że nie musisz tego robić, gdy tylko usłyszy samą propozycję.
Miejsce 5. Ludzie ścigani przez cały świat mogą uprawiać seks tylko na otwartym terenie, gdzie ktoś chwilę wcześniej robił ujęcie do pocztówki.
Miejsce 6. Jeśli chcesz, by kosmita z tobą współpracował, pokaż mu swoją sex-taśmę. Spokojnie, obcy nie umieją się masturbować.
Miejsce 7. W sytuacji, gdy wróg znajdzie schronienie w którym ty i twoi przyjaciele ukrywacie się przed całym światem, można zrobić tylko jedno. Przywódca musi telepatycznie podzielić swoich ludzi na trzy obozy: pierwszy będzie miły w stosunku do obcej istoty. Drugi będzie chciał go zabić ale tego nie zrobi, ograniczy się tylko do grożenia bronią, bicia i obnoszenia się swoją obojętnością wobec obcego na zmianę z chęcią zabicia. Trzeci obóz również będzie chciał obcego zabić, ale będzie mieć wątpliwości. Dla pewności skorzystaj z wehikułu czasu, by dograć szczegóły. Na pewno gdzieś jakiś znajdziesz.
Miejsce 8. Obrażanie się i czysta nienawiść do kogoś - bo ta osoba właśnie zabiła kilku z twoich ziomków - jest dokładnie tym samym. W obu wypadkach ucieka się do pokoju obok.
Miejsce 9. Od jednej kobiety gadającej do siebie w trakcie seksu śmieszniejsza jest tylko druga kobieta, która również rozmawia sama ze sobą.
Miejsce 10. Gdy w otoczeniu są ludzie którzy chcą cię zabić, nie rób nic poza robieniem wystraszonej pozy i dziwieniu się, że wciąż im się chce. Zdaj się na mężczyzn, oni cię obronią i zrobią wszystko za ciebie.
----
Bonusowy cytat z filmu, żebyście już na pewno musieli zmienić nie tylko spodnie, ale i pokój.
"Całuj mnie tak, jakbyś chciał bym ci przywaliła"
środa, 17 kwietnia 2013
OSTATNIA NOC
Za kilka godzin kończy się świat. Jak będzie wyglądać ostatnia chwila tych ludzi? - to jest pomysł na film... ale wykonanie jest niezręczne, chaotyczne i trochę mdłe. Podobają mi się rzeczy spajające całość, np. w radiu prezenter będzie puszczał 500 utworów wszech czasów. A gość z gazowni będzie dzwonił do wszystkich klientów, dziękując im i zapewniając ich, że będą pracować do końca. To było świetne.
Cała konstrukcja jednak opiera się na tym, że jest sobie kilku ludzi którzy inaczej spędzają ten czas... W rozkroku z opowiedzeniem historii głównego bohatera. Tak jakby naraz chciano zrealizować mozaikę oraz fabułę z głównym wątkiem. Na początku bohater udaje się do rodziny, która zorganizowała z tej okazji Gwiazdkę. Po 20 minut idzie zostać sam, i wątek rodziny właściwie znika. Z drugiej strony są długie wprowadzenia dla postaci, których bohater nigdy nie spotka lub spotka w połowie filmu na chwilę. Jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie ma czasu by opowiedzieć to co chce we właściwy sposób (wątki ucinają się lub się o nich zapomina - jedna postać kończy tak, że inna celowała w nią z broni, i... cholera wie co dalej), z drugiej pełno tu wypełniaczy. Film przy tym trwa ledwo półtorej godziny.
Główny konflikt chyba bierze się z tego, że bohater chce być sam i nie da rady, los tak nie chce. Ot, trafi na babkę która będzie musiała się dostać na drugi koniec miasta, a że reżyser poszedł w schemat z rednekami, wszystko musi być rozwalone w trzy dupy, no bo kurwa. To w końcu koniec świata, nie? Musi do niego dojść jeszcze zanim on nastąpi. W każdym razie, pójdą razem szukać jakiegoś auta... Znajdą jedno, wybiją szybę, bohater będzie się szarpać z kablami po czym ze smutkiem przyzna, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie robi. Więc pójdą gdzie indziej. A film sobie leci...
Chciałbym zobaczyć scenę, w której wkurzony bohater bierze tę babę za fraki i wyrzuca ją z dachu na ulicę, żeby w końcu móc sobie pobyć sam ze sobą. To byłoby przekomiczne!
[nadgorliwi mogą uznać to co niżej napiszę za spoiler]
Poza tym, nie spodziewajcie się jakiegoś zaskoczenia w zakończeniu lub wyjaśnienia, czemu równo o północy wszyscy umrą. Przejście do bieli i lecimy z napisami końcowymi, to będzie wszystko. Nie okaże się, że przyjdzie jakieś wojsko, lub że były rozbiory jakiegoś fikcyjnego kraju, a jedno miasto było przeciw temu więc władze ich odcięła i zaplanowała ich eksterminację. Po prostu... koniec. Znam takich, których się to spodoba.
6/10
Etykiety:
1998,
Black Comedy,
Canada,
Disaster,
Drama,
French,
Science Fiction
wtorek, 9 kwietnia 2013
666 PARK AVENUE (sezon I)
Fantasy & Mystery, 2012-13
Terry O'Quinn gra w nowym serialu całościowym, który właśnie się zaczął? Dam mu szansę.
Jak łatwo się domyślić, serial był skrojony pod Halloween. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w budynku nazywającym się Drake - jest to luksusowy apartamentowiec. Para głównych bohaterów - Henry i Jane - dostaje darmowe mieszkanie w tym budynku pod warunkiem, że Jane będzie tu pracować za darmo jako dozorca. To prawdziwie bogate miejsce, podobnie jak cały serial. Widać po strojach bohaterów, błyskotkach u kobiet i wystroju wnętrz. To co piją i czym się zajmują również takie jest - i to pewnie jest powodem anulowania serialu. Koszta były za wysokie. Na szczęście scenarzyści pozbierali się do kupy, przerwę w emisji wykorzystali dobrze i udało im się zamknąć historię w 13 odcinkach. Z ewentualną furtką do drugiego sezonu i kilkoma niewyjaśnionymi rzeczami, by było o czym opowiadać.
Przede wszystkim, serial ten cenię za bohaterów, którzy są zwyczajnie sympatyczni. Dwójka głównych bohaterów to wręcz idealna para - ufająca sobie nawzajem, szczera wobec siebie, popełniająca błędy ale potrafiąca je poprawić i wybrać właściwą drogę. Przeciwwagą dla nich jest para Louise i Briana, ludzi nieszczególnie sobie radzących z problemami i w końcu ulegających takim rzeczom jak choćby alkohol. Główne skrzypce gra para właścicieli budynku, czyli Gavin Doran z żoną Olivią, ale o nich póki co nic nie powiem.
To tylko niektóre z postaci - raczej te stałe, które przeżyją po prostu do końca serialu, i wokół nich będzie toczyć się akcja. Oprócz nich pojawi się wiele postaci tylko na dany odcinek, wiele z nich związanych z Gavinem, i tu znowu muszę trochę poczekać.
Losy tych ludzi będą się przeplatać bardzo płynnie. Każdy wątek wpływa na pozostałe, każdy będzie kontynuowany w kolejnym odcinku, czasem w zaskakujący sposób. Nie ma tu czegoś, co będzie można w sumie pominąć. Wpłynie to na koniec, w ten czy inny sposób. Ważne - większość odcinków rozgrywają się w ciągu jednego dnia, tzn. zaczynają rano a kończą wieczorem. Dzięki temu całość jest intensywna, a 40 minut schodzi zaskakująco szybko.
Zasada progresu tyczy się całości. Z każdym odcinkiem widz dowiaduje się więcej o budynku, jego historii, odwiedzi jego piwnicę i otworzy zamknięte drzwi. Będą też momenty bardziej ambitne - jedna z postaci znajdzie zdjęcie samej siebie mieszkającej w tym budynku, mimo iż była przeświadczona, że widzi Drake'a pierwszy raz w życiu na oczy. Wtedy zada nie jakieś zwykłe, pospolite pytanie. Nie, ona zapyta: "Kto zrobił to zdjęcie?", nadając całości zupełnie innego wymiaru, budząc u widza ciekawość. Okaże się również, że Gavin wcale nie jest diabłem - a przynajmniej nie jest tym diabłem. Będzie ktoś wyżej od niego. Albo chociaż mu równy.
Na koniec oczywiście pojawiają się odpowiedzi, ale raczej te wyjaśniające losy bohaterów, jak ta historia skończyła się dla nich. Pytania dotyczące Drake (np. jego serca) pozostawiono niewyjaśnione.
Terry O'Quinn gra w nowym serialu całościowym, który właśnie się zaczął? Dam mu szansę.
Jak łatwo się domyślić, serial był skrojony pod Halloween. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, w budynku nazywającym się Drake - jest to luksusowy apartamentowiec. Para głównych bohaterów - Henry i Jane - dostaje darmowe mieszkanie w tym budynku pod warunkiem, że Jane będzie tu pracować za darmo jako dozorca. To prawdziwie bogate miejsce, podobnie jak cały serial. Widać po strojach bohaterów, błyskotkach u kobiet i wystroju wnętrz. To co piją i czym się zajmują również takie jest - i to pewnie jest powodem anulowania serialu. Koszta były za wysokie. Na szczęście scenarzyści pozbierali się do kupy, przerwę w emisji wykorzystali dobrze i udało im się zamknąć historię w 13 odcinkach. Z ewentualną furtką do drugiego sezonu i kilkoma niewyjaśnionymi rzeczami, by było o czym opowiadać.
Przede wszystkim, serial ten cenię za bohaterów, którzy są zwyczajnie sympatyczni. Dwójka głównych bohaterów to wręcz idealna para - ufająca sobie nawzajem, szczera wobec siebie, popełniająca błędy ale potrafiąca je poprawić i wybrać właściwą drogę. Przeciwwagą dla nich jest para Louise i Briana, ludzi nieszczególnie sobie radzących z problemami i w końcu ulegających takim rzeczom jak choćby alkohol. Główne skrzypce gra para właścicieli budynku, czyli Gavin Doran z żoną Olivią, ale o nich póki co nic nie powiem.
To tylko niektóre z postaci - raczej te stałe, które przeżyją po prostu do końca serialu, i wokół nich będzie toczyć się akcja. Oprócz nich pojawi się wiele postaci tylko na dany odcinek, wiele z nich związanych z Gavinem, i tu znowu muszę trochę poczekać.
Losy tych ludzi będą się przeplatać bardzo płynnie. Każdy wątek wpływa na pozostałe, każdy będzie kontynuowany w kolejnym odcinku, czasem w zaskakujący sposób. Nie ma tu czegoś, co będzie można w sumie pominąć. Wpłynie to na koniec, w ten czy inny sposób. Ważne - większość odcinków rozgrywają się w ciągu jednego dnia, tzn. zaczynają rano a kończą wieczorem. Dzięki temu całość jest intensywna, a 40 minut schodzi zaskakująco szybko.
Produkcja ma więcej zalet, ale na początku... nie jest atrakcyjnie. Jako całość ma problem z trzymaniem tajemnicy do końca lub subtelnością. Jeśli chcecie coś wiedzieć to z reguły dowiecie się tego od razu. Dla przykładu - Gavin to diabeł. I nie ma dyskusji. Pierwsza scena, jak wraca do domu i robi tornado w dupie jakiegoś skrzypka. Wiecie, że to będzie horror nadnaturalny. Efekty też są kiepskie, szczególnie na tle całej bogato zdobionej reszty. Kiczowate ręce wystające ze ściany, jakiś Człowiek Dym, fuj fuj. Ale z kolejnymi odcinkami Diabeł nie tylko okazuje się działać po cichu, subtelnie, mając na celu wykonanie jakiegoś planu który zna tylko on i jego żona. Na dodatek w kilku ostatnich odcinkach nawet byście go nie podejrzewali o byciu Diabłem. Tak rzadko korzysta ze swoich mocy, i taki zwykły jest w stosunku do tych, którzy jego sekretu nie znają. W ogóle się go nie bałem przez większość czasu. Dla mnie to zaleta - był aż tak przekonywujący. Jednocześnie było oczywiste, że gdy będę tego potrzebował, on przyjdzie i zaproponuje mi umowę...
Zasada progresu tyczy się całości. Z każdym odcinkiem widz dowiaduje się więcej o budynku, jego historii, odwiedzi jego piwnicę i otworzy zamknięte drzwi. Będą też momenty bardziej ambitne - jedna z postaci znajdzie zdjęcie samej siebie mieszkającej w tym budynku, mimo iż była przeświadczona, że widzi Drake'a pierwszy raz w życiu na oczy. Wtedy zada nie jakieś zwykłe, pospolite pytanie. Nie, ona zapyta: "Kto zrobił to zdjęcie?", nadając całości zupełnie innego wymiaru, budząc u widza ciekawość. Okaże się również, że Gavin wcale nie jest diabłem - a przynajmniej nie jest tym diabłem. Będzie ktoś wyżej od niego. Albo chociaż mu równy.
Pierwsze dwa odcinki są dosyć przeciętne, od trzeciego w górę trzyma poziom.
Na koniec oczywiście pojawiają się odpowiedzi, ale raczej te wyjaśniające losy bohaterów, jak ta historia skończyła się dla nich. Pytania dotyczące Drake (np. jego serca) pozostawiono niewyjaśnione.
MROCZNE MIASTO (niezłe sci-fi)
Tech-Noir & Dystopian, 1998
Mężczyzna budzi się w obskurnej łazience, na podłodze pałęta się strzykawka a pod ścianę stoi krzesło na którym leży ubranie wyraźnie przygotowane dla niego. W następnym pokoju odbiera telefon. Ktoś po drugiej stronie radzi mu uciekać. Idą po niego. Ten zwiewa od razu - bo zauważył obok łóżka ciało kobiety... Świetny opening. Po prostu. Schematyczny, ale klimatyczny i bardzo dobrze wykonany. Rewelacyjne efekty specjalne, druga ważna zaleta filmu, szybko rzuci się w oczy. Cały model miasta i różne... działania, tak to ujmę, które w nim zajdą, naprawdę mnie zachwyciły swoją spójnością i rozmachem.
Potem już tak dobrze nie jest. Z początku mnie to złapało, chciałem to oglądać i poznać odpowiedzi, ale szybko straciłem zainteresowanie. Fabuła szybko sprowadza się do tego, że główny bohater będzie sobie szedł przed siebie. Z grubsza. Ciekawy, bardzo klimatyczny i wiele obiecujący świat zostaje obrócony w bardzo nieprecyzyjną i niekonkretne rozwinięcie oraz odpowiedzi. Które zresztą pojawiają się bardzo szybko, ale bohaterowi one nie wystarczą, więc jeszcze trochę pochodzi i uzyska te same odpowiedzi co wcześniej... Szkoda też, że różne postaci dowiedzą się o co biega w różnych odstępach czasu i każdej trzeba będzie to tłumaczyć oddzielnie... To będzie stopować film, po prostu.
I jeszcze raz o odpowiedziach - te nie mają wiele wspólnego z czymkolwiek ([SPOILER] choćby to: badali ich, a nie ma scen w którym prowadzą jakiekolwiek badania... [/SPOILER]).
Sprawa staje się lepsza ku końcowi, gdy to jest kilka dobrych scen o tym, co tworzy człowieka człowiekiem. Niby nic konkretnego, ale przynajmniej sensownie rozmawiali. Dobre sc-fi, słabszy kryminał.
6/10
http://rateyourmusic.com/film/dark_city/
Mężczyzna budzi się w obskurnej łazience, na podłodze pałęta się strzykawka a pod ścianę stoi krzesło na którym leży ubranie wyraźnie przygotowane dla niego. W następnym pokoju odbiera telefon. Ktoś po drugiej stronie radzi mu uciekać. Idą po niego. Ten zwiewa od razu - bo zauważył obok łóżka ciało kobiety... Świetny opening. Po prostu. Schematyczny, ale klimatyczny i bardzo dobrze wykonany. Rewelacyjne efekty specjalne, druga ważna zaleta filmu, szybko rzuci się w oczy. Cały model miasta i różne... działania, tak to ujmę, które w nim zajdą, naprawdę mnie zachwyciły swoją spójnością i rozmachem.
Potem już tak dobrze nie jest. Z początku mnie to złapało, chciałem to oglądać i poznać odpowiedzi, ale szybko straciłem zainteresowanie. Fabuła szybko sprowadza się do tego, że główny bohater będzie sobie szedł przed siebie. Z grubsza. Ciekawy, bardzo klimatyczny i wiele obiecujący świat zostaje obrócony w bardzo nieprecyzyjną i niekonkretne rozwinięcie oraz odpowiedzi. Które zresztą pojawiają się bardzo szybko, ale bohaterowi one nie wystarczą, więc jeszcze trochę pochodzi i uzyska te same odpowiedzi co wcześniej... Szkoda też, że różne postaci dowiedzą się o co biega w różnych odstępach czasu i każdej trzeba będzie to tłumaczyć oddzielnie... To będzie stopować film, po prostu.
I jeszcze raz o odpowiedziach - te nie mają wiele wspólnego z czymkolwiek ([SPOILER] choćby to: badali ich, a nie ma scen w którym prowadzą jakiekolwiek badania... [/SPOILER]).
Sprawa staje się lepsza ku końcowi, gdy to jest kilka dobrych scen o tym, co tworzy człowieka człowiekiem. Niby nic konkretnego, ale przynajmniej sensownie rozmawiali. Dobre sc-fi, słabszy kryminał.
6/10
http://rateyourmusic.com/film/dark_city/
Etykiety:
1998,
Australian,
Cyberpunk,
Dystopian,
Mystery,
Neo-Noir,
Science Fiction,
Tech-Noir,
Thriller,
United States
środa, 27 lutego 2013
FLASH FORWARD / PRZEBŁYSK JUTRA
Sezon I, 2008-09
Dołączam do tych co chcą zobaczyć kolejny sezon. Krótka piłka. Wiecie, jak bardzo męczyłem się i zawodziłem na pierwszych odcinkach. Twórcy prezentowali minimalne ambicje, opowiadali tak, jakby w ogóle im nie zależało. Fabuła w ogóle nie posuwała się do przodu, ktoś ginął i guzik mnie to obchodziło, dochodziło do ważnego odkrycia a twórcom nie udało się najpierw mnie tym odkryciem zainteresować. Byłem absolutnie obojętny na dywagacje bohaterów i ich reakcje na to, że widzieli własną przyszłość. Miałem wrażenie, że w każdym odcinku zaczynają od nowa nad tym myśleć, zamiast kontynuować wnioski do których doszli wcześniej. Odkryli, że podobne zaćmienie wystąpiło już wcześniej. Przez ponad 5 epizodów zachowują się, jakby tego nie odkryli i słowem o tym nie wspominają.
Są takie momenty jak porywacz, który zaczyna tortury od słów: "Wyobraź sobie pole kasy wielkie jak pół stanu. Tyle dostaję, by z tobą rozmawiać". O, czyli będzie dobry? Przebiegły, podpuści go? Nie, wpieprzy mu, i zagrozi skaleczeniem przyjaciela. Tyle w temacie pomysłowości scenarzystów. Albo gdzieś polecą, dwoje bohaterów plus zastęp świeżo stworzonych ochroniarzy lub pilotów. Zgadliście, są tylko po to, by zginąć w tym odcinku. Bohaterowie też nie będą jakoś specjalnie zapadający w pamięć. Simon do końca będzie Charliem z "LOST", tylko inaczej ubranym i ogolonym na łyso. Główny bohater też będzie do końca sztywno zagrany. Takie rzeczy będą aktualne od początku do końca.
Ale co z tego zostaje na koniec? Nadmiar wątków, które są kontynuowane bo... zostały zaczęte. A że pierwszy sezon ma zakończenie w dniu, który wszyscy zobaczyli w futurospekcji, to trzeba wszystkich tam dostarczyć i pokazać, jak spędzili ten dzień. W efekcie widz przeskakuje np. na drugi koniec ziemii na kilka minut na odcinek. Żaden z tych wątków pobocznych nie jest związany ze śledztwem itd. Ale poza tym - serial jest naprawdę dobry. W zasadzie od środkowego, podwójnego odcinka, ale tak na 100% wszystko idzie dobrze od odcinka w którym w końcu są w Somalii. Fabuła jest kontynuowana, gdzieś dochodzą w kolejne odkrycia pewnych faktów naprawdę ciekawią i sprawiają, że chciałem zobaczyć więcej. Odkrycie osobowości Obiektu Zero? Miód. Jak przekazał wiadomość? Świetne. Odcinek w którym próbują ustalić kreta? Świetny. Kontakt z Frostem? TA MUZYKA! Cóż za napięcie i tempo. Wyjaśnienie, czy Dimitri umrze? Świetne. Finał sezonu? Fenomenalny. Wizje sprawdzają się albo i nie, ale podobało mi się jak do nich dochodziło, ich reakcja, że to właśnie ten dzień, ta chwila i... spełniła się. Albo nie. I ta niesamowita scena akcji w biurze...
Finał to rzecz, którą trzeba poznać. Choć gdzieś tam z tyłu głowy piszczy mi głosik, że scenarzyści wiedzieli, że to koniec pracy na serialem, więc napakowali tam wszystkiego pod sufit, bo nie mieli już gdzie tego umieścić. I dlatego wyszło tak oszałamiająco.
Z jednym ale - gdy je oglądałem, to stawiałem to zakończenie w czołówce. Nie zakończeń-podsumowań, tylko zakończeń - cliffhangerów. Coś jak piąty finał "LOST". Ale... gdy po paru dniach usiadłem do pisania tego tekstu, zauważyłem jedno: nie myślałem o tym co zobaczyłem przez ten czas. Wywołał wielkie emocje wtedy, i wywołuje je teraz, ale pomiędzy była cisza. Stawiam na to, że autorzy nie dali widzom jakiegoś pola dla wyobraźni. To jednak nie był 5 sezon "LOST". Tam mogło się wydarzyć absolutnie wszystko, i to było cudowne w tym zakończeniu. "Flash Forward" to nie ta klasa, tutaj wiadomo, że scenarzystów nie stać na absolutnie wszystko. Gdyby było spojrzenia do bunkra, to teraz mógłbym się zastanawiać: co jest w tym bunkrze? Ale tu żadnego bunkra nie ma. Nie wiadomo, co się wydarzy dalej...
Poplątane to wszystko. Serial jest ok, to porządny produkt, choć ja radziłbym darować sobie odcinki od 5 do 10.
7/10.
Dołączam do tych co chcą zobaczyć kolejny sezon. Krótka piłka. Wiecie, jak bardzo męczyłem się i zawodziłem na pierwszych odcinkach. Twórcy prezentowali minimalne ambicje, opowiadali tak, jakby w ogóle im nie zależało. Fabuła w ogóle nie posuwała się do przodu, ktoś ginął i guzik mnie to obchodziło, dochodziło do ważnego odkrycia a twórcom nie udało się najpierw mnie tym odkryciem zainteresować. Byłem absolutnie obojętny na dywagacje bohaterów i ich reakcje na to, że widzieli własną przyszłość. Miałem wrażenie, że w każdym odcinku zaczynają od nowa nad tym myśleć, zamiast kontynuować wnioski do których doszli wcześniej. Odkryli, że podobne zaćmienie wystąpiło już wcześniej. Przez ponad 5 epizodów zachowują się, jakby tego nie odkryli i słowem o tym nie wspominają.
Są takie momenty jak porywacz, który zaczyna tortury od słów: "Wyobraź sobie pole kasy wielkie jak pół stanu. Tyle dostaję, by z tobą rozmawiać". O, czyli będzie dobry? Przebiegły, podpuści go? Nie, wpieprzy mu, i zagrozi skaleczeniem przyjaciela. Tyle w temacie pomysłowości scenarzystów. Albo gdzieś polecą, dwoje bohaterów plus zastęp świeżo stworzonych ochroniarzy lub pilotów. Zgadliście, są tylko po to, by zginąć w tym odcinku. Bohaterowie też nie będą jakoś specjalnie zapadający w pamięć. Simon do końca będzie Charliem z "LOST", tylko inaczej ubranym i ogolonym na łyso. Główny bohater też będzie do końca sztywno zagrany. Takie rzeczy będą aktualne od początku do końca.
Ale co z tego zostaje na koniec? Nadmiar wątków, które są kontynuowane bo... zostały zaczęte. A że pierwszy sezon ma zakończenie w dniu, który wszyscy zobaczyli w futurospekcji, to trzeba wszystkich tam dostarczyć i pokazać, jak spędzili ten dzień. W efekcie widz przeskakuje np. na drugi koniec ziemii na kilka minut na odcinek. Żaden z tych wątków pobocznych nie jest związany ze śledztwem itd. Ale poza tym - serial jest naprawdę dobry. W zasadzie od środkowego, podwójnego odcinka, ale tak na 100% wszystko idzie dobrze od odcinka w którym w końcu są w Somalii. Fabuła jest kontynuowana, gdzieś dochodzą w kolejne odkrycia pewnych faktów naprawdę ciekawią i sprawiają, że chciałem zobaczyć więcej. Odkrycie osobowości Obiektu Zero? Miód. Jak przekazał wiadomość? Świetne. Odcinek w którym próbują ustalić kreta? Świetny. Kontakt z Frostem? TA MUZYKA! Cóż za napięcie i tempo. Wyjaśnienie, czy Dimitri umrze? Świetne. Finał sezonu? Fenomenalny. Wizje sprawdzają się albo i nie, ale podobało mi się jak do nich dochodziło, ich reakcja, że to właśnie ten dzień, ta chwila i... spełniła się. Albo nie. I ta niesamowita scena akcji w biurze...
Finał to rzecz, którą trzeba poznać. Choć gdzieś tam z tyłu głowy piszczy mi głosik, że scenarzyści wiedzieli, że to koniec pracy na serialem, więc napakowali tam wszystkiego pod sufit, bo nie mieli już gdzie tego umieścić. I dlatego wyszło tak oszałamiająco.
Z jednym ale - gdy je oglądałem, to stawiałem to zakończenie w czołówce. Nie zakończeń-podsumowań, tylko zakończeń - cliffhangerów. Coś jak piąty finał "LOST". Ale... gdy po paru dniach usiadłem do pisania tego tekstu, zauważyłem jedno: nie myślałem o tym co zobaczyłem przez ten czas. Wywołał wielkie emocje wtedy, i wywołuje je teraz, ale pomiędzy była cisza. Stawiam na to, że autorzy nie dali widzom jakiegoś pola dla wyobraźni. To jednak nie był 5 sezon "LOST". Tam mogło się wydarzyć absolutnie wszystko, i to było cudowne w tym zakończeniu. "Flash Forward" to nie ta klasa, tutaj wiadomo, że scenarzystów nie stać na absolutnie wszystko. Gdyby było spojrzenia do bunkra, to teraz mógłbym się zastanawiać: co jest w tym bunkrze? Ale tu żadnego bunkra nie ma. Nie wiadomo, co się wydarzy dalej...
Poplątane to wszystko. Serial jest ok, to porządny produkt, choć ja radziłbym darować sobie odcinki od 5 do 10.
7/10.
niedziela, 24 lutego 2013
(naprawdę warto) ROBOT AND FRANK
Science Fiction & Buddy, 2012
Indie z USA, debiut reżysera i scenarzysty. Frank Langella, Liv Tyler i Susan Sarandon w rolach głównych. Przeszedł bez echa, sam się o nim dowiedziałem z podsumowania roku zrobionego przez Lindsay Ellis. U nas wydany na dvd parę dni temu.
Niedaleka przyszłość. Frank Langella gra ojca, którego reszta rodziny już opuściła. Odzywają się do niego, ale najbliżej ma syn, mieszkający tylko 10 godzin drogi samochodem od niego. Jest więc przeważnie sam, źle się odżywia, ma kłopoty z pamięcią które coraz bardziej dają sobie znać. Dostaje więc do pomocy robota.
Co się zdarzy potem, jak będzie wyglądać relacja tych dwojga, co kryje przeszłość Franka - cholera, jest tyle rzeczy których nie warto zdradzać... Przede wszystkim, nastawiłem się na smutny film, w którym bohater umrze na koniec. I wcale tego nie dostałem, to raczej lekki i pogodny film o przyjaźni - niezwykły, bo w głównym duecie ustawiono osobę starszą oraz robota. To naprawdę oryginalne i przyjemne w oglądaniu, bo zawierające sporo łagodnego humoru.
Na koniec są co najmniej dwie bomby emocjonalne, jedna to zwrot-nie-do-końca-fabularny. Ujawniona zostaje pewna ważna rzecz, która naprawdę szokuje. To wam obiecuję. Z minusów - pozostali bohaterowie będą ledwie zarysowani, sama historia będzie taka se, szczególnie wątek z tym dziwnym młodym nowobogackim, którego można znielubić w ułamek sekundy. Film trochę zwalnia przed samym zakończeniem, które jest... cóż... Warte zobaczenia. Ten film nie potrzebował zabijać nikogo by wywołać wielkie emocje.
Boże, jak mi się chciało płakać na koniec.
7/10
http://rateyourmusic.com/film/robot_and_frank/
PS. Jake Schreier, Christopher Ford - czekam na wasz kolejny film!
Etykiety:
2012,
buddy,
comedy,
Crime,
Drama,
Science Fiction,
United States
środa, 24 października 2012
NIESAMOWITY SPIDERMAN
Superhero & Teen Movie, 2012
Świetne postaci i dobór aktorów... ale gdzie akcja?
Reboot trylogii Spidermana zapowiadał się bardzo obiecująco. Nie żeby był potrzebny, bo to co Raimi zrobił było przynajmniej zadowalające w przeważającej części, ale zawsze można podejść do tematu w nowy sposób. Ot, choćby poprzez pokazanie przemieszczania się Spidermana po Nowym Jorku z perspektywy jego oczu. Wyobraźcie sobie: patrzycie jego oczami, jak niemal dosłownie lata po jednym z największych miast na Ziemi. To właśnie obiecywał zwiastun, czego trzeba było więcej? Co się mogło nie udać?
Marc Webb zaczyna swój film od pokazania dzieciństwa Petera Parkera, który teraz zostaje odstawiony przez rodziców do swojego wujka i ciotki - wtedy też widział ich po raz ostatni. Następnie już w teraźniejszości widzimy, jak Peter jako nastoletni uczeń stara się poznać jednego z przyjaciół jego ojca. To w jego laboratorium zostanie ukąszony przez pająka, przez co pozyska kilka specjalnych mocy - jak umiejętność chodzenia po ścianach, wyczulone zmysły i szybszy refleks. Jednym słowem, stanie się Spidermanem.
Widać więc, że to nie remake "Spidermana" z 2001 roku, tylko dosłowny reboot całej serii. Sporo rzeczy jest tu inaczej, począwszy od tempa opowieści na postaciach kończąc. Od początku: człowiek-pająk nie od razu postanawia być superbohaterem. Najpierw jedynie szuka tego jednego, który zabił mu wujka, wszystko jest bardzo osobiste. Najpierw w kapturze, dopiero gdy od jednego bandyty usłyszy "Znajdę cię!" zaczyna używać maski. Właściwie to chyba w całym filmie nie uznaje, że jego misją jest ratowanie miasta - nawet samego terminu "Spiderman" używa się w tym filmie tylko kilka razy, a pierwszy będzie dopiero w jego drugiej połowie!
Co się tyczy postaci - tu jest naprawdę ogromna różnice. W ogóle nie ma Mary Jane, zamiast niej rolę "dziewczyny Spideya" przypada Gwen Stacy - a ta zamiast zwisać z mostów i drzeć się o pomoc woli sama o siebie zadbać, a w międzyczasie czarować widza, bo sympatia wręcz bije od niej. Wnosi sporo do historii, jej relacja z Peterem naprawdę może się podobać, jest po prostu pełnoprawną postacią. Sam Peter też się zmienił, jest bardziej naturalny, zwykły i przyjemny w odbiorze. Dosłownie od pierwszej sceny, w której jakaś dziewczyna na korytarzu w szkole go zagaduje. Wspominam o niej, bo już w niej można było wiele zepsuć, można było pójść w standardowe rozwiązanie, czyli: najpierw bohater napala się, że dziewczyna do niego zagaduje, robi ten głupi uśmiech, podrzuca sobie wyżej plecak na ramieniu, wiecie, albo przeczesuje sobie włosy. Wszystko po to, by potem gdy okaże się, że dziewczyna wcale go nie podrywa, móc zrobić smutną minę, zgarbić się, wybąkać jakieś "och", żeby widz zrozumiał kontrast i było mu go żal. Tego w ogóle nie było, mimika Garfielda w tej scenie prawie w ogóle się nie zmieniła, ale efekt i tak był zrozumiały. Ale różnica polega na subtelności.
Nawet na drugim planie wiele wysiłku włożono w postaci wujka Bena i cioci May. Dla przykładu, wujek potrafi porozmawiać ze swoich siostrzeńcem, dać mu przykład, przemówić do rozsądku, wesprzeć. Gdy Parker po ukąszeniu wraca do domu i na oczach wujostwa obrabowuje lodówkę, jego wujek komentuje: "On je twoje pulpety. Nikt ich nie lubi". Na co ciotka: "Dlaczego mi nigdy nie mówiłeś, że ci nie smakują? Robiłam je od 36 lat, ile razy ci je przyrządziłam?".
A więc wszystko pięknie, do tego momentu trylogia Raimiego nie ma nawet startu do wersji Webba. Bohaterowie, relacje między nimi, rozwój psychologiczny, wszystko świetnie... Do czasu, gdy minie jakaś połowa filmu i zniecierpliwiony widz zacznie coraz bardziej dziwić się, jak niewiele jest w tym filmie scen akcji. Takiej typowej akcji-akcji, z pościgami, pojedynkami i bujaniem się na linie. Tego jest tak niewiele, że aż trudno w to uwierzyć. To przecież "Spiderman"! Z widokiem z pierwszej osoby!
Prawda jest jednak taka, że wspomnianej perspektywy użyto w całym filmie na krótko w jakichś trzech scenach. I to dosyć przypadkowych, nie miały za zadanie uatrakcyjnić tego, co obecnie widz miał zobaczyć. Do tego nie ma żadnych płynniejszych przejść między nimi a resztą ujęć, żadnego zbliżenia na ramię Spidermana lub coś.
Kiedy jednak akcja trwa, to jest wykonana dobrze. Bohater porusza się z gracją po wszystkim co się da, różne rzeczy latają, inne zostają rozwalone... ale nie ma niczego, co byłoby warte zapamiętania. Poza sceną, w której nagle zacząłem słyszeć muzykę klasyczną i zobaczyłem na pierwszym planie starszego bibliotekarza w słuchawkach, a za nim w tle Spidey tłuk się z Lizardem. To było przekomiczne.
Ale to wciąż ekranizacja "Spidermana". Widzowie mieli prawo oczekiwać akcji, zamiast tego poczułem się trochę jak fan Harry'ego Pottera który poszedł do kina i zobaczył, że lekcje w większości prowadzone są na błoniach, a sam Hogwart pojawia się w kilku ujęciach. Łapię, naprawdę łapię na co chciano postawić w tej wersji, i to się udało, gratuluję! Całość jest o wiele przyjemniejsza w odbiorze, nie ma tanich zagrań, bohaterowie są mądrzejsi, a akcja jest bardziej realistyczna (bohater już nie lata do przodu łapiąc się linami nie wiadomo czego, teraz wyraźnie widać do czego strzela, a jego ruch przypomina huśtanie). Ale uprzedzam - chciałeś scen akcji, czekaj na drugą część lub odpal którąkolwiek z trylogii Raimi'ego.
6/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_amazing_spider_man_f1/
Świetne postaci i dobór aktorów... ale gdzie akcja?
Reboot trylogii Spidermana zapowiadał się bardzo obiecująco. Nie żeby był potrzebny, bo to co Raimi zrobił było przynajmniej zadowalające w przeważającej części, ale zawsze można podejść do tematu w nowy sposób. Ot, choćby poprzez pokazanie przemieszczania się Spidermana po Nowym Jorku z perspektywy jego oczu. Wyobraźcie sobie: patrzycie jego oczami, jak niemal dosłownie lata po jednym z największych miast na Ziemi. To właśnie obiecywał zwiastun, czego trzeba było więcej? Co się mogło nie udać?
Marc Webb zaczyna swój film od pokazania dzieciństwa Petera Parkera, który teraz zostaje odstawiony przez rodziców do swojego wujka i ciotki - wtedy też widział ich po raz ostatni. Następnie już w teraźniejszości widzimy, jak Peter jako nastoletni uczeń stara się poznać jednego z przyjaciół jego ojca. To w jego laboratorium zostanie ukąszony przez pająka, przez co pozyska kilka specjalnych mocy - jak umiejętność chodzenia po ścianach, wyczulone zmysły i szybszy refleks. Jednym słowem, stanie się Spidermanem.
Widać więc, że to nie remake "Spidermana" z 2001 roku, tylko dosłowny reboot całej serii. Sporo rzeczy jest tu inaczej, począwszy od tempa opowieści na postaciach kończąc. Od początku: człowiek-pająk nie od razu postanawia być superbohaterem. Najpierw jedynie szuka tego jednego, który zabił mu wujka, wszystko jest bardzo osobiste. Najpierw w kapturze, dopiero gdy od jednego bandyty usłyszy "Znajdę cię!" zaczyna używać maski. Właściwie to chyba w całym filmie nie uznaje, że jego misją jest ratowanie miasta - nawet samego terminu "Spiderman" używa się w tym filmie tylko kilka razy, a pierwszy będzie dopiero w jego drugiej połowie!
Co się tyczy postaci - tu jest naprawdę ogromna różnice. W ogóle nie ma Mary Jane, zamiast niej rolę "dziewczyny Spideya" przypada Gwen Stacy - a ta zamiast zwisać z mostów i drzeć się o pomoc woli sama o siebie zadbać, a w międzyczasie czarować widza, bo sympatia wręcz bije od niej. Wnosi sporo do historii, jej relacja z Peterem naprawdę może się podobać, jest po prostu pełnoprawną postacią. Sam Peter też się zmienił, jest bardziej naturalny, zwykły i przyjemny w odbiorze. Dosłownie od pierwszej sceny, w której jakaś dziewczyna na korytarzu w szkole go zagaduje. Wspominam o niej, bo już w niej można było wiele zepsuć, można było pójść w standardowe rozwiązanie, czyli: najpierw bohater napala się, że dziewczyna do niego zagaduje, robi ten głupi uśmiech, podrzuca sobie wyżej plecak na ramieniu, wiecie, albo przeczesuje sobie włosy. Wszystko po to, by potem gdy okaże się, że dziewczyna wcale go nie podrywa, móc zrobić smutną minę, zgarbić się, wybąkać jakieś "och", żeby widz zrozumiał kontrast i było mu go żal. Tego w ogóle nie było, mimika Garfielda w tej scenie prawie w ogóle się nie zmieniła, ale efekt i tak był zrozumiały. Ale różnica polega na subtelności.
Nawet na drugim planie wiele wysiłku włożono w postaci wujka Bena i cioci May. Dla przykładu, wujek potrafi porozmawiać ze swoich siostrzeńcem, dać mu przykład, przemówić do rozsądku, wesprzeć. Gdy Parker po ukąszeniu wraca do domu i na oczach wujostwa obrabowuje lodówkę, jego wujek komentuje: "On je twoje pulpety. Nikt ich nie lubi". Na co ciotka: "Dlaczego mi nigdy nie mówiłeś, że ci nie smakują? Robiłam je od 36 lat, ile razy ci je przyrządziłam?".
A więc wszystko pięknie, do tego momentu trylogia Raimiego nie ma nawet startu do wersji Webba. Bohaterowie, relacje między nimi, rozwój psychologiczny, wszystko świetnie... Do czasu, gdy minie jakaś połowa filmu i zniecierpliwiony widz zacznie coraz bardziej dziwić się, jak niewiele jest w tym filmie scen akcji. Takiej typowej akcji-akcji, z pościgami, pojedynkami i bujaniem się na linie. Tego jest tak niewiele, że aż trudno w to uwierzyć. To przecież "Spiderman"! Z widokiem z pierwszej osoby!
Prawda jest jednak taka, że wspomnianej perspektywy użyto w całym filmie na krótko w jakichś trzech scenach. I to dosyć przypadkowych, nie miały za zadanie uatrakcyjnić tego, co obecnie widz miał zobaczyć. Do tego nie ma żadnych płynniejszych przejść między nimi a resztą ujęć, żadnego zbliżenia na ramię Spidermana lub coś.
Kiedy jednak akcja trwa, to jest wykonana dobrze. Bohater porusza się z gracją po wszystkim co się da, różne rzeczy latają, inne zostają rozwalone... ale nie ma niczego, co byłoby warte zapamiętania. Poza sceną, w której nagle zacząłem słyszeć muzykę klasyczną i zobaczyłem na pierwszym planie starszego bibliotekarza w słuchawkach, a za nim w tle Spidey tłuk się z Lizardem. To było przekomiczne.
Ale to wciąż ekranizacja "Spidermana". Widzowie mieli prawo oczekiwać akcji, zamiast tego poczułem się trochę jak fan Harry'ego Pottera który poszedł do kina i zobaczył, że lekcje w większości prowadzone są na błoniach, a sam Hogwart pojawia się w kilku ujęciach. Łapię, naprawdę łapię na co chciano postawić w tej wersji, i to się udało, gratuluję! Całość jest o wiele przyjemniejsza w odbiorze, nie ma tanich zagrań, bohaterowie są mądrzejsi, a akcja jest bardziej realistyczna (bohater już nie lata do przodu łapiąc się linami nie wiadomo czego, teraz wyraźnie widać do czego strzela, a jego ruch przypomina huśtanie). Ale uprzedzam - chciałeś scen akcji, czekaj na drugą część lub odpal którąkolwiek z trylogii Raimi'ego.
6/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_amazing_spider_man_f1/
Etykiety:
2012,
Action,
Science Fiction,
Superhero,
Teen Movie,
United States
piątek, 6 stycznia 2012
GREEN LANTERN
Superhero, 2011
Podobało mi się.
Pierwsza reakcja: bohater budzi się rano, w pośpiechu ubiera się i wychodząc rzuca do dziewczyny leżącej w jego łóżku „Hej, muszę spadać. Woda jest w kranie“. Haha, ale zabawne.
Druga reakcja: w tym filmie są aż dwie dziewczyny !! NIESAMOWITE. I ta druga ma aż dwie linie dialogowe! Trzy! Cztery! Coraz więcej! To oczywiste, że to jest miłość głównego bohatera, ale wygląda na to, że w przeciwieństwie do innych filmów innych filmów z tego roku, między tą dwójką może być jakakolwiek relacja! WOW!
Trzecia reakcja: samolot spadał, a ten myśli o swoim ojcu. Niezręczne, ale ujdzie.
Koniec z punktami, bo potem to już tylko podobało mi się to coraz bardziej i bardziej. Rzecz jest o tym, że bohater filmu zostaje wybrany na członka Zielonej latarni, dostaje bajerancki pierścień i teraz musi pokonać zło. Niby nic, ale dzięki efektom specjalnym oraz scenariuszowi ten film jest przyzwoity i przyjemny w oglądaniu.
Skrypt nie jest czymś wyjątkowym, jednak spełnia swoje zadanie: przeciwnik ma swoją motywację i wyjaśnienie, czemu jest zły - widz może go zrozumieć i jednocześnie nadal potępiać. Główny przeciwnik też motywację ma, jest to również wplecione w całe uniwersum Latarni. Bohater nie jest przesadnie silny, a jego przeciwnik już tak, więc pojedynek między nimi jest ciekawy. W czasie walk korzystają masowo z otoczenia, więc środowisko jest też ważne i z tego korzystano. I tak dalej. Sama plusy, jednak bez przesady.
Efekty specjalne jednak są rewelacyjne. Kostiumy, modele obcych, statki kosmiczne, całe miasta, same bitwy... Zielona Latarnia dzięki mocy pierścienia może stworzyć wszystko: czołgi, samoloty, karabiny maszynowe, tarcze, łapać rzeczy w powietrzu i zamienić helikopter w wyścigówkę. I to robi! Nie w jednej czy dwóch scenach, ale przez cały film. I wygląda to zajebiście.
Największy problem mam tylko z taką kwestią: czy czekać na kontynuację?
6/10.
Podobało mi się.
Pierwsza reakcja: bohater budzi się rano, w pośpiechu ubiera się i wychodząc rzuca do dziewczyny leżącej w jego łóżku „Hej, muszę spadać. Woda jest w kranie“. Haha, ale zabawne.
Druga reakcja: w tym filmie są aż dwie dziewczyny !! NIESAMOWITE. I ta druga ma aż dwie linie dialogowe! Trzy! Cztery! Coraz więcej! To oczywiste, że to jest miłość głównego bohatera, ale wygląda na to, że w przeciwieństwie do innych filmów innych filmów z tego roku, między tą dwójką może być jakakolwiek relacja! WOW!
Trzecia reakcja: samolot spadał, a ten myśli o swoim ojcu. Niezręczne, ale ujdzie.
Koniec z punktami, bo potem to już tylko podobało mi się to coraz bardziej i bardziej. Rzecz jest o tym, że bohater filmu zostaje wybrany na członka Zielonej latarni, dostaje bajerancki pierścień i teraz musi pokonać zło. Niby nic, ale dzięki efektom specjalnym oraz scenariuszowi ten film jest przyzwoity i przyjemny w oglądaniu.
Skrypt nie jest czymś wyjątkowym, jednak spełnia swoje zadanie: przeciwnik ma swoją motywację i wyjaśnienie, czemu jest zły - widz może go zrozumieć i jednocześnie nadal potępiać. Główny przeciwnik też motywację ma, jest to również wplecione w całe uniwersum Latarni. Bohater nie jest przesadnie silny, a jego przeciwnik już tak, więc pojedynek między nimi jest ciekawy. W czasie walk korzystają masowo z otoczenia, więc środowisko jest też ważne i z tego korzystano. I tak dalej. Sama plusy, jednak bez przesady.
Efekty specjalne jednak są rewelacyjne. Kostiumy, modele obcych, statki kosmiczne, całe miasta, same bitwy... Zielona Latarnia dzięki mocy pierścienia może stworzyć wszystko: czołgi, samoloty, karabiny maszynowe, tarcze, łapać rzeczy w powietrzu i zamienić helikopter w wyścigówkę. I to robi! Nie w jednej czy dwóch scenach, ale przez cały film. I wygląda to zajebiście.
Największy problem mam tylko z taką kwestią: czy czekać na kontynuację?
6/10.
czwartek, 24 lipca 2008
2001: ODYSEJA KOSMICZNA (interpretacja)
Spoilery!
Chyba każdy słyszał o tym filmie: przełomowe pod względem efektów specjalnych arcydzieło Kubricka. Na jego potrzeby wymyślono ponad 200 nowych sztuczek, z których wiele robi wrażenie do dzisiaj (np. wrażenie nieważkości). Również w kwestii kostiumów film postawił olbrzymi krok do przodu - Akademia widząc przebrania małp, nie uwierzyła, że to nie są prawdziwe małpy! Jednak żaden z tych elementów nie tworzy z "2001" arcydzieła. Czyni to treść, i to właśnie nią chciałbym się zająć w poniższym tekście. Robię to też z innego powodu: tradycyjna recenzja w tym przypadku traci po prostu sens, ponieważ ludzkość jeszcze nie wymyśliła słów, którymi można by chociaż w przybliżeniu określić ten film. Nieokiełznany, boski, magiczny? Na początek wystarczy...
Dobra, zaczynajmy. Arcydzieło Kubricka, jak powszechnie wiadomo, poddaje się nieustającej analizie. W zasadzie każda kolejna jest inna, czas więc przyszedł i na moją. Prawdopodobnie będzie miała trochę dziur, ktoś tam znajdzie jakąś usterkę i moją teorię diabli wezmą. A jutro czytając ten tekst, będę nim zniesmaczony. Ale kto wie?
Początek filmu stanowi dla mnie... utworzenie kosmosu, albo samej Ziemi; przez kilka minut widz wpatruje się w całkowicie czarny ekran, podczas gdy w tle słychać niezwykle hipnotyczny dźwięk, nasilający się z każdą chwilą.
Ujęcie następne: pustynia, czasy prehistoryczne. Protoplaści człowieka, małpy, żyją w niezgodzie. Pokrzyczą, poskaczą, zrobią groźne miny i wróci spokój. Wszystko zmienia się, gdy jedno z takich plemion po przebudzeniu się znajduje... Monolit. Wielką, czarną płytę. Małpy są wyraźnie podniecone tym znaleziskiem. Boją się nawet "to coś" dotknąć, ale gdy dotknięcie następuje, nic się nie dzieje. A przynajmniej nic widocznego.
Jeszcze tego samego dnia jedna z małp zaczyna myśleć przyczynowo-skutkowo, czyli akcja równa się reakcja. Uderzenie kości o drugą kość powoduje, że uderzana kość się łamie. Ta wiedza zostaje wykorzystana bardzo szybko: przy kolejnej scysji plemion. Jedna z małp pada martwa z ręki drugiej.
W tym miejscu teoria Darwina bierze w łeb, a widz zastanawia się, czym jest ten monolit. I tutaj się zatrzymam, bo to najważniejszy moment filmu. Wielu ludzi uważa, że był to dar od Boga, jednak ja chciałbym uniknąć wszystkich około religijnych określeń. "Siła wyższa" również niezbyt mi pasuje, więc jak na razie nie będę jej określać. Bo bez wątpienia monolit był darem od kogoś (lub czegoś?). Siły tego pudła uruchomiły u człekokształtnych funkcje mózgu, dzięki którym dzisiejszy człowiek wyróżnia się od innych zwierząt. Tylko jak ten dar wykorzystali (śmy?) - zamiast do połączenia plemion i życia w zgodzie, pierwszym krokiem stało się zabójstwo i, prawdopodobnie w przyszłości, wojna międzyplemienna. Mało tego, małpa była dumna ze swego 'wynalazku' - pamiętny wyrzut kości do góry w geście triumfu przypieczętował ich los.
Dalej nie wiem, kto wysłał ten dar w postaci Monolitu - wiem, że byli przerażeni tym, co zobaczyli. Nie temu miał służyć ich podarunek.
Monolit został znaleziony dziesiątki tysięcy lat później na księżycu. Dlaczego został przeniesiony? Dlaczego od razu go nie zniszczono? Tutaj pozwolę sobie na dywagację: prawdopodobnie Monolit nie pozwalał nikomu się do siebie zbliżyć (z zamiarem naruszenia go) - gdy grupa naukowców chciała go przebadać, ten ich ogłuszył. Może ten tajemniczy ktoś liczył, że małpy się nawzajem wybiją i nie będzie problemów. Ale na wszelki wypadek go ukryto. Czy mogła być lepsza kryjówka niż na innej planecie?...
Mam też drugą teorię, nieco prawdopodobniejszą: Monolit mógł czekać na lepsze czasy, kiedy to ludzkość będzie na tyle zaawansowana, by móc wyruszyć w kosmos. Liczono, że człowiek do tego czasu zmądrzeje, jednak nie – wspomniana grupa pierwsze, co robi to... zdjęcie grupowe z Monolitem! I znów dywagacja: uznano to za obrazę? Niedojrzałość ludzi do czegoś wielkiego? I najważniejsze: czy ktoś tę decyzję podjął zamiast Monolitu, czy może on sam?
I znów zwracam się przychylniej w stronę tego drugiego rozwiązania: Monolit miał własną inteligencję, jednocześnie będąc pod władzą czegoś większego. Okazuje się, że zaraz po odkryciu go, zaczął nadawać sygnał w stronę Jowisza. A tam znaleziono identyczny obiekt – tylko większy.
Chwila, moment! Może to ogłuszenie było przypadkowe? Może tym ogłuszeniem był właśnie ten sygnał? Może zadaniem Monolitu miało być tylko ostrzeżenie innych o jego odkryciu. A to jednocześnie wyklucza jego własną inteligencję. W takim razie – kto tym wszystkim steruje?
Żeby się tego dowiedzieć, film wkracza w swój 3. segment z udziałem Bowmana i robotem pokładowym: HAL-em 9000, którzy zmierzają w kierunku Jowisza, by sprawdzić tajemniczy sygnał. HAL wykrywa usterkę na statku, która okazuje się fikcją. Zaniepokojeni dowódcy z Bowmanem na czele zaczynają rozważać wyłączenie HAL-a, mając na uwadze dobro misji. Sam HAL, któremu także zależy na udanej misji (jako jedyny zna jej prawdziwy cel), odcina tlen zahibernowanej załodze, a Franka i Bowmana wyrzuca ze statku w kosmos. Bowmanowi jednak udaje się wrócić na statek i odciąć HAL-a, dowiadując się po fakcie, do czego w rzeczywistości dążyli.
A teraz pytanie: skąd się wzięła fikcyjna usterka? Może usterka była prawdziwa, może HAL kłamał? Może to należało do jego obowiązków – doprowadzić statek do celu, bez żadnej załogi na pokładzie?
A może Oni wcale nie chcieli tych odwiedzin? Człowiek był tak blisko Ich odkrycia – może to było za szybko, za wcześnie. To miał być znak: jeszcze nie jesteście gotowi. Podróże w kosmosie nie pozwalają wam na bycie jego panami. Jesteśmy tu jeszcze my, a wiemy, że się z tym nie pogodzicie, będziecie chcieli nas pokonać lub skolonizować. Nie możemy wam na to pozwolić.
Człowiek jednak złamał tę zasadę, przeżywając pogrom HAL-a. Jako jedyny ocalony został pochłonięty przez wielki monolit. I co się z nim stało? Został zniszczony? Ukarany? Jestem za tą drugą opcją: pokazano mu bolesną feerię barw, w której można się było dopatrzeć wybuchów lawy, trzęsień ziemi i wiele innych: czyżby powstanie świata? A może... powstanie nowego życia? Innego niż na Ziemi? Może pokazano Bowmanowi Ich plany, w których mogliby przeszkodzić ziemianie? Czyżby Ziemia i jej mieszkańcy byli tylko eksperymentem, w którym popełniono błąd? A może specjalnie tworzono coś nowego, by odciągnąć naszą uwagę od Nich?
David Bowman jednak dostał karę: życie w zamknięciu do czasu utworzenia nowego życia. Jednak w zamian dostanie też nagrodę: będzie mógł zostać pierwszym mieszkańcem na Nowej Ziemi...
***
Notka z lat późniejszych - tekst był pisany w 2008 roku. Dziś wyznaję już inną filozofię i większość rzeczy ująłbym inaczej, więc nie jarajcie się, że się zgadzacie ze mną z przeszłości.
9+/10
http://rateyourmusic.com/film/2001__a_space_odyssey/
Chyba każdy słyszał o tym filmie: przełomowe pod względem efektów specjalnych arcydzieło Kubricka. Na jego potrzeby wymyślono ponad 200 nowych sztuczek, z których wiele robi wrażenie do dzisiaj (np. wrażenie nieważkości). Również w kwestii kostiumów film postawił olbrzymi krok do przodu - Akademia widząc przebrania małp, nie uwierzyła, że to nie są prawdziwe małpy! Jednak żaden z tych elementów nie tworzy z "2001" arcydzieła. Czyni to treść, i to właśnie nią chciałbym się zająć w poniższym tekście. Robię to też z innego powodu: tradycyjna recenzja w tym przypadku traci po prostu sens, ponieważ ludzkość jeszcze nie wymyśliła słów, którymi można by chociaż w przybliżeniu określić ten film. Nieokiełznany, boski, magiczny? Na początek wystarczy...
Dobra, zaczynajmy. Arcydzieło Kubricka, jak powszechnie wiadomo, poddaje się nieustającej analizie. W zasadzie każda kolejna jest inna, czas więc przyszedł i na moją. Prawdopodobnie będzie miała trochę dziur, ktoś tam znajdzie jakąś usterkę i moją teorię diabli wezmą. A jutro czytając ten tekst, będę nim zniesmaczony. Ale kto wie?
Początek filmu stanowi dla mnie... utworzenie kosmosu, albo samej Ziemi; przez kilka minut widz wpatruje się w całkowicie czarny ekran, podczas gdy w tle słychać niezwykle hipnotyczny dźwięk, nasilający się z każdą chwilą.
Ujęcie następne: pustynia, czasy prehistoryczne. Protoplaści człowieka, małpy, żyją w niezgodzie. Pokrzyczą, poskaczą, zrobią groźne miny i wróci spokój. Wszystko zmienia się, gdy jedno z takich plemion po przebudzeniu się znajduje... Monolit. Wielką, czarną płytę. Małpy są wyraźnie podniecone tym znaleziskiem. Boją się nawet "to coś" dotknąć, ale gdy dotknięcie następuje, nic się nie dzieje. A przynajmniej nic widocznego.
Jeszcze tego samego dnia jedna z małp zaczyna myśleć przyczynowo-skutkowo, czyli akcja równa się reakcja. Uderzenie kości o drugą kość powoduje, że uderzana kość się łamie. Ta wiedza zostaje wykorzystana bardzo szybko: przy kolejnej scysji plemion. Jedna z małp pada martwa z ręki drugiej.
W tym miejscu teoria Darwina bierze w łeb, a widz zastanawia się, czym jest ten monolit. I tutaj się zatrzymam, bo to najważniejszy moment filmu. Wielu ludzi uważa, że był to dar od Boga, jednak ja chciałbym uniknąć wszystkich około religijnych określeń. "Siła wyższa" również niezbyt mi pasuje, więc jak na razie nie będę jej określać. Bo bez wątpienia monolit był darem od kogoś (lub czegoś?). Siły tego pudła uruchomiły u człekokształtnych funkcje mózgu, dzięki którym dzisiejszy człowiek wyróżnia się od innych zwierząt. Tylko jak ten dar wykorzystali (śmy?) - zamiast do połączenia plemion i życia w zgodzie, pierwszym krokiem stało się zabójstwo i, prawdopodobnie w przyszłości, wojna międzyplemienna. Mało tego, małpa była dumna ze swego 'wynalazku' - pamiętny wyrzut kości do góry w geście triumfu przypieczętował ich los.
Dalej nie wiem, kto wysłał ten dar w postaci Monolitu - wiem, że byli przerażeni tym, co zobaczyli. Nie temu miał służyć ich podarunek.
Monolit został znaleziony dziesiątki tysięcy lat później na księżycu. Dlaczego został przeniesiony? Dlaczego od razu go nie zniszczono? Tutaj pozwolę sobie na dywagację: prawdopodobnie Monolit nie pozwalał nikomu się do siebie zbliżyć (z zamiarem naruszenia go) - gdy grupa naukowców chciała go przebadać, ten ich ogłuszył. Może ten tajemniczy ktoś liczył, że małpy się nawzajem wybiją i nie będzie problemów. Ale na wszelki wypadek go ukryto. Czy mogła być lepsza kryjówka niż na innej planecie?...
Mam też drugą teorię, nieco prawdopodobniejszą: Monolit mógł czekać na lepsze czasy, kiedy to ludzkość będzie na tyle zaawansowana, by móc wyruszyć w kosmos. Liczono, że człowiek do tego czasu zmądrzeje, jednak nie – wspomniana grupa pierwsze, co robi to... zdjęcie grupowe z Monolitem! I znów dywagacja: uznano to za obrazę? Niedojrzałość ludzi do czegoś wielkiego? I najważniejsze: czy ktoś tę decyzję podjął zamiast Monolitu, czy może on sam?
I znów zwracam się przychylniej w stronę tego drugiego rozwiązania: Monolit miał własną inteligencję, jednocześnie będąc pod władzą czegoś większego. Okazuje się, że zaraz po odkryciu go, zaczął nadawać sygnał w stronę Jowisza. A tam znaleziono identyczny obiekt – tylko większy.
Chwila, moment! Może to ogłuszenie było przypadkowe? Może tym ogłuszeniem był właśnie ten sygnał? Może zadaniem Monolitu miało być tylko ostrzeżenie innych o jego odkryciu. A to jednocześnie wyklucza jego własną inteligencję. W takim razie – kto tym wszystkim steruje?
Żeby się tego dowiedzieć, film wkracza w swój 3. segment z udziałem Bowmana i robotem pokładowym: HAL-em 9000, którzy zmierzają w kierunku Jowisza, by sprawdzić tajemniczy sygnał. HAL wykrywa usterkę na statku, która okazuje się fikcją. Zaniepokojeni dowódcy z Bowmanem na czele zaczynają rozważać wyłączenie HAL-a, mając na uwadze dobro misji. Sam HAL, któremu także zależy na udanej misji (jako jedyny zna jej prawdziwy cel), odcina tlen zahibernowanej załodze, a Franka i Bowmana wyrzuca ze statku w kosmos. Bowmanowi jednak udaje się wrócić na statek i odciąć HAL-a, dowiadując się po fakcie, do czego w rzeczywistości dążyli.
A teraz pytanie: skąd się wzięła fikcyjna usterka? Może usterka była prawdziwa, może HAL kłamał? Może to należało do jego obowiązków – doprowadzić statek do celu, bez żadnej załogi na pokładzie?
A może Oni wcale nie chcieli tych odwiedzin? Człowiek był tak blisko Ich odkrycia – może to było za szybko, za wcześnie. To miał być znak: jeszcze nie jesteście gotowi. Podróże w kosmosie nie pozwalają wam na bycie jego panami. Jesteśmy tu jeszcze my, a wiemy, że się z tym nie pogodzicie, będziecie chcieli nas pokonać lub skolonizować. Nie możemy wam na to pozwolić.
Człowiek jednak złamał tę zasadę, przeżywając pogrom HAL-a. Jako jedyny ocalony został pochłonięty przez wielki monolit. I co się z nim stało? Został zniszczony? Ukarany? Jestem za tą drugą opcją: pokazano mu bolesną feerię barw, w której można się było dopatrzeć wybuchów lawy, trzęsień ziemi i wiele innych: czyżby powstanie świata? A może... powstanie nowego życia? Innego niż na Ziemi? Może pokazano Bowmanowi Ich plany, w których mogliby przeszkodzić ziemianie? Czyżby Ziemia i jej mieszkańcy byli tylko eksperymentem, w którym popełniono błąd? A może specjalnie tworzono coś nowego, by odciągnąć naszą uwagę od Nich?
David Bowman jednak dostał karę: życie w zamknięciu do czasu utworzenia nowego życia. Jednak w zamian dostanie też nagrodę: będzie mógł zostać pierwszym mieszkańcem na Nowej Ziemi...
***
Notka z lat późniejszych - tekst był pisany w 2008 roku. Dziś wyznaję już inną filozofię i większość rzeczy ująłbym inaczej, więc nie jarajcie się, że się zgadzacie ze mną z przeszłości.
9+/10
http://rateyourmusic.com/film/2001__a_space_odyssey/
Etykiety:
1960's,
1968,
British,
felieton,
najlepsze,
Science Fiction,
Ulubione,
United States
Subskrybuj:
Posty (Atom)






