Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Low Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Low Fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Nowe Horyzonty 2015 Dzień #2 Lalki i Korytarz

Dziś tylko o filmach. Trzy, o których warto usłyszeć.




Muzyka: Toundra, płyta "IV" (2014)

00:16 - H. (7/10)
02:07 - Trzy dni w Auschwitz (4/10) & Piano (5/10)
03:34 - Znikający punkt (7/10)
04:37 - Korytarz (7/10)


RELACJA Z DNIA PIERWSZEGO

niedziela, 22 marca 2015

"In Your Eyes" (4/10) Słaby film nad którym warto się pochylić

Low-Fantasy, 2014


Wyjątek od reguły - nisko ją oceniam, ale i tak poświęcam niniejszej produkcji miejsce na blogu. Czasem trafi się na tytuł będący zły w dobry sposób. Można obejrzeć i uczyć się, jak powinna wyglądać produkcja filmów na poziomie. Przypomnieć sobie, że podstawowe elementy w filmie też można zepsuć, i bardziej docenić pozostałe produkcje.

Zaznaczę tylko, że to nie jest tragiczny obraz. Ale jest zwykły i nie spełnia obietnicy. Jest też nieco niezręczny.

Fabuła wygląda następująco: pewna kobieta i mężczyzna mają zdolność widzenia wzajemnie oczami tej drugiej postaci. Są od siebie oddaleni o połowę Stanów Zjednoczonych, nie znają się, ale w ważnych chwilach nagle widzą to co widzi tamta druga osoba. Czasem wystarczy jak się zdenerwują, ale najczęściej jest to coś o wiele poważniejszego. Jak wypadek. I wtedy oboje zachowują się, jakby wpadli na drzewo, chociaż tylko jednej jest tak naprawdę źle. Gdy dojrzewają, uczą się kontrolować tę zdolność i zdają sobie sprawę, że nie zwariowali. Ta druga osoba naprawdę istnieje...


sobota, 14 lutego 2015

"Opowieści księżycowe" (6/10) Ile można zachwycać się prostotą?

Jidaigeki, 1953


Naprawdę nie wiem który raz to robię, ale jak inaczej skomentować taki wstęp? Dwoje mężczyzn opuszcza wioskę. Jeden sprzedaje wyroby gliniane i jedzie do miasta, by zarobić, drugi chce zostać samurajem. I gdy dociera do centrum, mówią mu by wrócił gdy będzie mieć zbroję i broń. Wtedy go przyjmą. Będzie samurajem. W ten sposób mężczyźni łączą siły przy handlu garnkami i miskami własnoręcznie wypalonymi w piecu. Jeden robi to, by zarobić na zbroję. Drugi dla rodziny.

To takie proste i wystarczające! Człowiek robi garnki, by zarobić na spełnienie marzeń. Nie ma tu czegoś zbędnego, wszystko zarysowano przy pomocy kilku zdań lub ujęć, bez postojów. Każda scena jest jakimś krokiem do przodu, coś nowego dochodzi i jest dynamicznie. A wszystko wygląda ślicznie, nawet pod względem takich niewidocznych elementów jak atmosfera. Jest w tym filmie pewne baśniowe, skromne piękno, szczególnie w sposobie kręcenia...

A potem zdaję sobie sprawę, że to jest coraz nudniejsze. Jakoś wtedy zaczęło mi przeszkadzać, że jeden z bohaterów chce być samurajem, chociaż nigdy nie miał włóczni w dłoni... potem się okaże, że chciał w ten sposób uszczęśliwić swoją kobietę, dlatego przez resztę opowieści ranił ją... Co? Kobieta gada do kogoś, kogo nawet w scenie nie ma, a ja, zamiast skupić się na jej dramacie, zastanawiam się, do kogo ona mówi. I dlaczego. To nie jest teatr przecież. Chłop sprzedający garnki zobaczy na ulicy kobietę tak brzydką, że aż mnie przeraziła, i się w niej zakocha, zostawi żonę, bo... Co? Jakoś wtedy zdałem sobie sprawę, że to film o słabych ludziach. I tym, że są słabi, reżyser tłumaczy naprawdę niewydarzoną fabułę.

Problem w tym, że zamiast przejść jakąś drogę, to pogada się coś o "żądzy pieniądza", i że to wojna jest wszystkiemu winna niż same postaci, które tak wybrały, i jakieś nieudolne elementy low-fantasy do tego dodano, bohaterowie zaczną gadać hasłami zamiast dialogami. Jest tu cała scena złożona wyłącznie z takich zdań jak "Wojna jest zła" oraz "Ambicja odwróciła moje serce od szczęścia". A najgorsze: nie ma tu słowa o tym, że to bohaterowie byli winni.

Oczywiste, że to nie jest kino dla mnie. A startowano tak dobrze, od pięknego zdania, jakim było: "Marzenia są niczym pomost do lepszego życia".

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Restless (6/10)

Romance & Low Fantasy, 2011


"Harold i Maude" na smutno i z Wasikowską zamiast starej. To w sumie wyczerpuje temat, ale spróbuję coś napisać. Otóż, Enoch Brae chodzi na pogrzeby ludzi, których nie znał. Na jednym z nich poznaje Annabel Cotton, która go rozpracowuje na pierwszy rzut oka. Jest w jego wieku, oboje nie chodzą obecnie do szkoły, i zaczynają wspólnie spędzać ze sobą czas. Między innymi chodząc na pogrzeby, albo porozumiewając się z duchem Japończyka z WW2. Poznają się. Widz dowiaduje się, jak wygląda ich życie osobiste, oraz że jedno z nich umrze za trzy miesiące...


W teorii brzmi to bardzo dobrze, ale szybko zacząłem zadawać sobie pytanie: czemu to nie wychodzi tak uroczo jak powinno? Taka scena nad grobem rodziców Enocha - Annabel zaczyna się zachowywać, jakby żyli, i właśnie się poznali. A Enoch się przyłącza i mają ten dziwny-ale-pozytywny moment. Ten film ma sporo momentów, które czuję i które działają, i owa rozmowa to jeden z nich. Czemu cały film nie jest taki? Nawet na wspomnianym "Harold i Maude" bawiłem się przednio, choć to film anarchistyczny.

Obstawiam nijakich bohaterów. Relacje między nimi są świetne, ale oni sami już nie. To bardziej główne osoby dramatu, który już nieraz widziałem. Zachowują się jak z góry zaplanowano, brakowało w nich naturalizmu - jedno dowiaduje się o stanie drugiego, "ojej, umierasz! Cóż, widać musimy się w sobie zakochać teraz". I jest miło, są razem, miłość po grób, seks, wymuszone rozstanie w gniewie żeby nie było zbyt monotonnie, powrót i zakończenie. A ja bym chciał zobaczyć bohaterów, którzy tylko się zaprzyjaźniają. Szczególnie wobec faktu, że wcześniej nawet tym nie byli. To by było coś!

Jak wspominałem,  poczułem kilka momentów, i ogólnie zapamiętam ten tytuł. Przynajmniej niektóre momenty, szczególnie motyw Hiroshiego.
https://rateyourmusic.com/film/restless_f1/

"Jest ptak, który myśli, że umrze gdy zajdzie słońce. Dlatego codziennie rano śpiewa, by wyrazić swoją radość, gdy odkrywa, że wciąż żyje"


Top 5 van Santa

1. Buntownik z wyboru
2. Restless
3. Moje własne Idaho
4. Słoń
5. Paranoid Park

wtorek, 7 stycznia 2014

Tajemniczy świat Arrietty (7/10)

Family & Low Fantasy, 2010


Arrietty to mały człowieczek żyjący razem z rodzicami w ukryciu przed ludźmi. Jest już wystarczająco dorosła, by móc z ojcem wyruszyć na przygodę w poszukiwaniu... kostki cukru.

To bardzo... chudy film. Niewiele tu postaci i historii jak na pełnometrażowy obraz, twórcy woleli się skupić na tym co mieli zamiast dokładać wątków, wybrali budowanie klimatu. Pokazali świat który mają do zaoferowania widzowi, jak bohaterowie w nim żyją. I to była dobra decyzja, bo okazało się wystarczająco ciekawe! Pierwsze 20-30 minut to po prostu zwykły świat z perspektywy tych malutkich ludków. Jak dają sobie radę z problemami, które wynikają z takiego położenia, zalewając przy tym widza falą ciepła i przepiękną animacją połączoną z prostymi dźwiękami. Nie ma legend o tym, skąd się wzięli, albo jak się nazywają, czym się różnią i tak dalej. Po prostu są mniejsi i mają przygody, chociaż najlepiej by było, jakby ich nie mieli, bo są niebezpieczne.

To po lewej to kot. Taki zwykły.

Większą część filmu poświęcono na relację Arrietty z dzieckiem - tutaj udało się zamknąć dzieciństwo. Krótko i konkretnie. Dzieciak nie dziwi się, czemu ona jest taka mała, po prostu jest i tyle. Nie ma też romansu, jest przyjaźń - o co momentami było ciężko. Szczególnie w końcówce. Pięknej, swoją drogą.

Parę momentów nie było wystarczająco ciekawych, wyjście fabularne nie było satysfakcjonujące, postać służącej to bardziej lenistwo scenarzystów niż cokolwiek innego (nawet namalowana jest w stylu ropuchy, która była w każdym innym filmie od Ghibli). Mały ale warty uwagi film, szczególnie jeśli macie dzieciaka pod ręką. Nie ma tu nawet za dużo typowego anime. Inny kolor włosów nawet nie rzuca się w oczy. "Arrietty" czaruje atmosferą i klimatem ze starej baśni.

Jeszcze plus za wku... wszystkich pseudo-feministek łapiących ból dupy na widok matki której spełnieniem marzeń jest luksusowa kuchnia.
https://rateyourmusic.com/film/借りぐらしのアリエッティ/

piątek, 28 czerwca 2013

Upstream Color (7/10)

Low Fantasy & Psychological Drama, 2013


"Zakochany bez pamięci" w wersji ambient.

Shane Carruth po blisko 10 latach wraca do kina, nie tylko jako reżyser czy scenarzysta, ale i główny aktor, producent, współmontażysta i twórca muzyki do własnego filmu. Stworzył bardzo płynny obraz, dokładny, a także skoncentrowany. Niecałe półgodziny wypełnione jest widocznym wysiłkiem w niego włożonym. Widać, jak bardzo to wszystko zostało przemyślane i dopracowane. To puzzle, ułożone na swoim miejscu co do jednego, i wszystkie skrócone w montażu jak tylko się dało. Różne etapy czasowe, wszelkie odmiany doznań, metafory, psychozy, sny i emocje - jest w tym porządek, skutkujący hipnozą. To naprawdę dobrze się ogląda, o wiele lepiej niż "Primer". Magiczna jest sekwencja składająca się wyłącznie z nasłuchiwania - zaintrygowani?




Nie mówię, że ostatecznie ten film ma powód w byciu właśnie tak opowiedzianym, albo że wysiłek włożony w rozgryzienie go zostanie wynagrodzony. Ale dobrze jest obejrzeć taki film, bo wiele ich nie powstaje (i całe szczęście). Mało który obraz potrafi aż tak zaangażować, mało który ma ambicje opowiadać w tak skomplikowany sposób, jednocześnie potrafiąc zapewnić, że za tym wszystkim coś konkretnego stoi.

Chętnie go sobie powtórzę. Chociaż...?
http://rateyourmusic.com/film/upstream_color/

niedziela, 26 maja 2013

DZIEŃ ŚWISTAKA

Romantic Comedy & Low Fantasy, 1993


Maraton roku 1993 zaczynam od powtórek ulubionych filmów z tego roku. Nie chcę powtórki z 1998, z którego nadal nie zobaczyłem "Cienkiej czerwonej" oraz "Porachunków". Na start: jeden z najmądrzejszych filmów jakie w życiu widziałem.

Phil Connors (Bill Murray) pracuje w telewizji jako prezenter pogody. Zbliża się 2 lutego i musi po raz czwarty z rzędu pojechać do małego miasteczka w zadupiu Ameryki, by zdać relację na żywo z obchodzonego tam dnia świstaka. Problem polega na tym, że nie cierpi tego, a cały zwyczaj uważa za skończoną głupotę. Skupia się na tym, by przeżyć ten dzień i jak najszybciej wrócić do siebie. Jednak śnieżyca odcina drogę powrotną, a jutro najzwyczajniej w świecie nie nadchodzi. Bohater z nieznanego mu powodu trafia w powtarzalny ciąg dnia świstaka, cały czas przeżywa ten sam dzień, w kółko i w kółko. I tylko on jest tego świadomy, cała reszta świata wygląda dokładnie tak samo każdego kolejnego dnia.

Ton tej opowieści jest niesamowity, bo jednocześnie spójny, zróżnicowany i perfekcyjnie wymierzony. Fundamentem jest obyczaj z sarkastycznym bohaterem - od tej podstawy historia waha się w kierunku surrealizmu, paranoi, komedii, historii miłosnej, czarnego humoru, tragedii i na końcu wrócić do obyczaju. Zawalenie tego było niesamowicie łatwe, ale podołano postanowieniu, wyciskając z tematu wszelkie wariacje i możliwości... z jednym wyjątkiem - tragedią. Reżyser wyraźnie tego unikał, i dobrze! Trzymał się konwencji komediowej, co tylko przysporzyło kolejnych kłopotów, ale tu też dał radę. Wszystkie negatywne lub psychiczne momenty widz otrzymywał przez pryzmat żartu, czasami wręcz ekstremalnego czarnego humoru. Czuć było jednak potrzebę samej historii, by pójść na poważnie w stronę dramy choć raz. I ten moment wybrano bardzo dobrze - tuż przed 3 aktem, i bierze się znikąd. I dlatego tak to dobija.





[spoiler] Bo nagle uderza wtedy ta myśl: ten dzień był cały czas powtórką ostatniego dnia bezdomnego. Na końcu on zawsze umierał, ze starości - nic na to nie można było poradzić - a bohater musiał się nauczyć żyć ze świadomością tego... Porażające [/spoiler]

Miałbym zastrzeżenia do postaci operatora, którego każdy tekst to suchar z jakiegoś powodu, i do kilku innych szczegółów (jak porywa świstaka, tam jest parę błędów). Ale jedynym poważnym błędem który mogę wskazać i obniżyć za niego ocenę jest całkowity brak pauz. Kolejne sekwencje następują po sobie niemal natychmiast, następny dzień zaczyna się w ułamek sekundy później, podczas gdy obraz aż domaga się chwili odpoczynku. Niech scena zacznie się choćby te 10 sekund przed 6 rano, niech widz zacznie odliczać i zastanawiać się: "To nadal ten sam dzień? Może coś się zmieniło?". Niech zacznie mieć nadzieję na zmianę, a może nawet będzie wolał, by bohater musiał go spędzić jeszcze raz, by coś poprawić? Te momenty wycięto z filmu, na czym sporo on traci.

Ale i bez tego widz jest bardzo zaangażowany. Począwszy na pomyśle, który chyba ani wcześniej ani później nie został powtórzony - on sam daje spore pole do rozmyślań. Co też scenarzysta przygotował dla bohatera? Jakie będzie rozwinięcie i zakończenie? Co widz sam by zrobił, jakby wykorzystał ten czas? A potem idzie dalej - widz jest w stanie łatwo zrozumieć depresję bohatera, dlaczego ten zaczyna wariować. Potężny jest moment, w którym po serii trzasków w twarz nastaje nowy dzień, a Rita wita się z Philem jak gdyby nigdy nic. I ta obojętność jest dobijająca. Jej odbicie na twarzy Phila również. Następnie jednak, jest ta część w której kino pomaga widzowi. Pokazuje jak można byłoby spędzić ten dzień, ile on oferuje - o wielu z nich widz na pewno sam nie pomyślał. Scenarzysta zaskakuje tu pomysłowością, spełniając każdą obietnicę, zostawiając widza z tym uczuciem: "Chcę przeżyć taki dzień". Ale jednocześnie uczy, jak wiele trzeba najpierw dać z siebie, jak dużo trzeba nad sobą pracować, by do tego dojść.


8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/groundhog_day/

Najlepszy kawałek z soundtracku - "Phil Gets the Girl".

wtorek, 12 lutego 2013

OSCARY - KRÓTKI METRAŻ ANIMOWANY

1. Po uszy (Timothy Reckart, Fodhla Cronin O'Reilly)
2. Adam and Dog (Minkyu Lee)
3. Fresh Guacamole (Pes)
4. Simpsons: The Longest Daycare (David Silverman)
5. Paperman (John Kahrs)


Gdy pisałem o "Paperman" miałem w planach zrobić niniejszy wpis następnego dnia, ale jeszcze nie było w necie wszystkich tych produkcji. Konkretnie, dwóch najlepszych. Dopiero wczoraj dostałem powiadomienie o nich, więc dziś zamiast o reżyserach Oscarowych będzie o shortach.

"Po uszy" - cudowny drobiazg. 10 minut opowieści o małżeństwie żyjącym w przedziwnym świecie, gdzie grawitacja jest odmienna dla każdego z nich. Ona żyje na suficie, on na podłodze. Albo odwrotnie? Obraz wytłumaczy to lepiej niż słowa.


Czemu nie poświęcam temu oddzielnej notki? Bo to warto odkryć samemu, czego metaforą jest ta grawitacja, w jaką historię się to rozwinie, jakie będzie zakończenie? Niby nic wielkiego, wszystko będzie skromne, ale jednocześnie jakie satysfakcjonujące i piękne! Jedyny tytuł w tym zestawieniu o którym piszę: obejrzyjcie go!

"Adam and Dog" to najdłuższy filmik - trwa 14 minut - i jest prostą historią z ładną animacją. Relacja człowieka prehistorycznego i pierwszego psa, i łatwe do przewidzenia (po tytule) rozwinięcie. Nic wartego uwagi. "Fresh Guacamole" to 2 minuty abstrakcyjnej animacji poklatkowej, w której ktoś robi sałatkę. Zabawna, pomysłowe i kompletnie bezcelowe. Sałatka skończona i koniec filmiku. Podobny zarzut w stronę "Simpsons: The Longest Daycare", w którym Meggie leci do jakiegoś żłobka chyba, 5 minut później kończy się i tyle. "Paperman" to jedyny tytuł, do którego poczułem negatywne emocje.

Kominek stwierdził, że wygra ten ostatni, bo Akademia - podobnie jak on - pozostałych tytułów nie widziała. Trudno się nie zgodzić.

Dziwne tylko, że nie załapała się "Luna" Pixara pokazywana przed "Brave". Równie pomysłowa i rozczulająca jak "Po uszy", miałbym naprawdę poważny problem z wytypowaniem faworyta.

czwartek, 19 marca 2009

Rosyjska arka

Historical Drama & Low Fantasy, 2002


"Rosja to teatr" a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Jeden oddech, jedna myśl. Ile w tym precyzji, finezji, rozmachu! To nie jest wolny spacerek korytarzem i przyglądanie się powoli kolejnym obrazom i rzeźbom. Nie, tu jest ekspresja - tutaj tańczą, orkiestra gra, ludzie żyją! Aktorzy nie boją się, śmiało prą do przodu - cud, miód i orzeszki. A jednocześnie to wszystko jest chłodne i wykalkulowane. Co do jednego spojrzenia kamery, kąta padania światła. Do tysiąca (!) aktorów w jednym kadrze. Wszyscy poprowadzeni po mistrzowsku.

No i taka z pozoru błaha kwestia, przemieszczania się między kolejnymi salami. Kamera robi zbliżenie, żeby w kadrze nie mieściły się framugi. A w środku - oddalenie i cała sala objawia się w całym swoim majestacie. Szczęka opada.

Jako że nie znam historii Rosji i wszystkie sceny z udziałem zarówno Katarzyny jak i innych carów były dla mnie kompletnie nie zrozumiałe. Ale tak jak przy scenie musztry mówi bohater: "Piękne mundury. Zachwycają mnie, choć nie lubię wojska" tak i mnie zachwycił ten film. Pierdolić fakt, że to jedno, 90-minutowe ujęcie. Bo takie ujęcie to żadna sztuka. Sztuką jest wyciśnięcie z tej idei wszystkich soków... I jeszcze więcej.


7+/10
http://rateyourmusic.com/film/русский_ковчег/