Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 kwietnia 2016

(felieton) Pięć książek, które mnie najbardziej zainspirowały

Temat dziwny zważywszy na tematykę bloga - powinienem zacząć od wymienienia filmów, które były dla mnie istotne... Ale takich nie było, więc przejdźmy dalej.

Książki od pewnego momentu zaczęły pełnić istotną rolę w moim życiu. Szanowałem je, widok ogromnych bibliotek prywatnych wzbudzał mój podziw, a wchodzenie do księgarni... Albo bibliotek... To moment ciszy. Czas się zatrzymuje i mogę tam siedzieć i siedzieć... Z czytaniem już trochę gorzej, skoro wszystko co najlepsze zdaje się być za mną, i większość nowych pozycji mnie zdąży znudzić. Dość napisać, że w zeszłym roku przeczytałem tylko jedną książkę, ale jest to jedna z moich ulubionych. Była tak dobra, że zacząłem nawet pisać jej scenariusz.

Dlatego mój szacunek do książek się utrzymuje. Bo gdzieś tam kryje się kolejne arcydzieło na miarę "Kwiatów do Algernona", które weźmie mnie z zaskoczenia. Ale właściwe źródło mojego szacunku kryje się gdzie indziej - w tej garści tytułów, które mnie faktycznie ukształtowały. Zmieniły moje życie i sprawiły, że jestem tym kim jestem. Oto one:




wtorek, 29 lipca 2014

(książka) Miecz przeznaczenia

Fantasy, 1992
A. Sapkowski - 350 stron


Nie pamiętam dokładnie pierwszego zbioru opowiadań o Wiedźminie. Kojarzę jedynie, co mi przeszkadzało: uległość głównego bohatera. Zgadza się on, by go traktowano jak zarazę, a jednocześnie służy tym, którzy go nienawidzą. To był główny temat "Ostatniego życzenia" i względem kontynuacji miałem tylko to jedną prośbę: pogłębieniem tego tematu. Dlaczego się na to zgadza, może jakieś wątpliwości? "Miecz przeznaczenia" wybrnął z tego w zaskakujący sposób: w ogóle tego tematu nie poruszając, podejmując szereg kolejnych. Jedynie w paru miejscach działanie Geralta nabrało pewnej głębi, teraz uznaje on również własne zasady, i np. może skłamać, by uratować istotę której nie uważa za zasługującą na śmierć. Mnie to usatysfakcjonowało.

Jest to zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań, w których Geralt z Rivii ma przygody, i czyta się to świetnie. Polowanie na Złotego Smoka, pojedynek z magiem o kobietę, poszukiwanie stworka któremu miejscowy kościół zabrania nawet prawa do istnienia (bo miasto otacza Wieczny Ogień, więc gdyby taka plugawa istota się przedarła, to by świadczyło o tym, że Ogień nie działa). Wszystko było opowiedziane z pomysłem, według najlepszych zasad narracyjnych. Za każdym razem zaczyna się gdzieś obok historii - na przykład, jedno ma początek na ulicy miasta. Geralt spaceruje sobie z rana, i widzi Jaskra stojącego pod oknem. W oknie baba drze ryja i wyrzuca na bruk rzeczy poety. Bohater podchodzi do przyjaciela, wita się z nim, rozmawiają, tamta się drze. "Kolejna kochanka przestała się nabierać na czułe słówka?", "No... to nawet nie są moje ciuchy, kobieto!". Jakby leżeli gdzieś na plaży na leżaku. Ale jednak są gdzie indziej, więc trzeba zjeść śniadanie. Nie mają ani jednej monety w kieszeni, więc Jaskier wpada na pomysł: idą do knajpy i liczą, że zastaną tam jakiegoś znajomego, który postawi im posiłek. Tak się stało, zastali niziołka Dainty'ego Biberveldta. Rozmawiają trochę, jedzą, a po chwili do pomieszczenia wbiega... Dainty Biberveldt w samej bieliźnie, i oskarża tamtego Dainty'ego o kradzież jego osobowości. I akcja rusza z kopyta.

wtorek, 15 lipca 2014

(książka) Tysiąc wspaniałych słońc

Melodramat, 2007


Trzydzieści lat życia pary kobiet w Afganistanie, na tle rewolucyjnych wydarzeń, wojen, konfliktów, starć i zrzucania bomb. A bohaterki ledwo co z tego dostrzegają, bo na horyzoncie mają wyłącznie swoje własne problemy, które nie znikają w zależności od sytuacji politycznej, jaka obecnie w kraju panuje. Temat intrygujący, ale wykonanie masochistyczne, więc dosyć szybko olałem tę książkę, i czytałem do końca, bo... liczyłem, że potem wydarzy się coś, co podniesie poziom i uzasadni takie pochlebne przyjęcie tej książki.

Mariam to pierwsza z bohaterek. Jest nieślubnym dzieckiem wynikłym z nielegalnego związku, jej ojciec miał trzy żony, ale zrobił skok w bok z jakąś wariatką i teraz ją odwiedza co tydzień, by na oczach małoletniej Mariam się kłócić z matką. Matka będzie cały czas wyklinać jej ojca i pluć na niego jadem, by osiągnąć w ten sposób cholera wie co. Ojciec z kolei jest miły, daje jej prezenty i w ogóle. A mała stoi po środku i ucieka przed torturowaniem psychicznym, które robi jej matka, w ramiona ojca, z którym chce spędzić 15 urodziny. Chce pójść do kina. Gdy ojciec się nie stawia, jedzie do niego, do miasta, śpi pod drzwiami jego posiadłości, rano okazuje się, że jednak był w środku i świadomie jej nie wpuścił. Mariam wraca więc do matki i zastaje ją dyndającą na gałęzi. Przyznaję, był to moment gdy wydałem z siebie jęk żalu. Ale krótko później zorientowałem się, że to nie był dramat, tylko mechanicznie wykalkulowana manipulacja czytelnikiem, polegającą na coraz bardziej skrajnym, niedorzecznym, a na końcu nawet kreskówkowym przerysowaniu kolejnych takich dramatów w życiu bohaterek książki. I dlatego po pierwszych 100 stronach nic mnie już nie ruszało, i nawet przez myśl mi nie przeszło, że to ma w ogóle coś wspólnego z rzeczywistością, że autor chciał przekazać jak wygląda dzisiejsza sytuacja kobiet w Afganistanie. Nie, chciał pokazać, że ludzie na Titanicu mieli lepiej, dorzucił do tego Jeffreya z "Gry o tron", "Przesłuchanie" w wersji hardcore, zalał to "Listą Shindlera" i sprzedał jako "spójną" całość.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

(książka) Pan Lodowego Ogrodu - tom I

Sci-Fi, 2005
450 stron


Połączenie atmosfery "Malowanego człowieka" z motywami z cyklu "Schronienie". Dwie historie, rozgrywające się zapewne na tej samej planecie. Raz czytelnik poznaje pustynny klimat, towarzysząc młodemu następcy tronu, wychowującym się w surowych warunkach. Nie wolno mu korzystać z bogactw, nie je przysmaków, ciężko trenuje i znosi wiele, by w momencie, gdy osiągnie dorosłość i będzie królem, mógł się pilnować. Bo tylko on jeden będzie mieć wtedy taką władzę. Tylko kogoś takiego król chce uczynić swoim następcą. Druga historia to przygoda Ziemianina wysłanego na ową planetę (ale zapewne na jakąś jej inną stronę, bo klimat pustynny ustępuje tu skandynawskiemu), by odnaleźć tam ludzi wysłanych wcześniej. Grupa czworga naukowców zaginęła na planecie, gdzie co prawda jest życie i rozwija się całkiem nieźle w stylu Ziemskim, ale osiągnęło obecnie poziom średniowiecza a mieszkańcy nie są do końca tacy sami jak Ziemianie. Dlatego bohater, z przeróżnymi wszczepami poprawiającymi percepcję, zmodyfikowany by nie mógł na przykład czuć strachu, będzie tam odmieńcem. Ale sukcesywnym. Ma jedynie odnaleźć - nie miesza się w lokalne konflikty, nie pomaga, ale też jemu nie ma kto pomóc. Z cywilizacji ludzkiej zostaje wysłany w dzicz, gdzie zdany wyłącznie na siebie musi żyć pod gołym niebem, w miastach z trudem idzie znaleźć tawernę, a mięsa są żylaste i nieprzygotowane należycie. I wszystko to, jeśli będzie mieć szczęście. Z tego wątku wyłoniłem poniższy cytat. Większość wewnętrznych myśli bohatera przywodzi na myśl "Fight Club".

- Ten, co wędrował, ma suche gardło - recytuje Grisma. - Przepij do mnie, gościu.
Podaje mi róg wypełniony czymś mętnawym, pachnącym drożdżami i sfermentowanym ziarnem. Warzone domowe piwo. Patrzą z najwyższą uwagą, czy się napiję. Mężczyzna, który siedzi najbliżej, zaciska dłonie w pięści, kolejny zagryza wargi. O co chodzi? Mam wypić czy nie? Pomyślmy - człowiek wypije, oczywiście. Demony są u nich niepijące? (...)
Wstaję i unoszę róg do ust. Patrzą tak uważnie, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Wtedy dopiero rozumiem.
Dodali czegoś do tego piwa. Czegoś, czego demony się boją, w rodzaju wody święconej, i to jest wersja optymistyczna. Ewentualnie czegoś trującego, czego człowiek by nie zauważył, i wtedy jest gorzej. Cholerna logika sądu Bożego. Zdam test, kiedy padnę trupem - coś jak próba wody. Baba tonie - była niewinna. Baba pływa - wiedźma. Jeśli zacznę kaprysić, to znaczy, że jestem demonem. Zakładam, że jednak nie usiłują mnie od razu otruć, i piję. Nie znają tu raczej jakichś piorunujących toksyn, więc jeżeli coś będzie nie tak, momentalnie wszystko wyrzygam.
Piję duszkiem aż do zapapranego resztkami zboża i drożdży dna. Piwo jest gęstawe, ohydne. Zawiera tyle zanieczyszczeń, że trudno się zorientować, co ma być tą tajemniczą domieszką. Ślady jakichś nieprzyjemnych, roślinnych garbników to chyba błędy produkcyjne. Jakichś niechluj nie powybierał chwastów ze zboża. Nie czuję na szczęście metylu, natomiast jest coś dziwnego, czego nie mogę rozpoznać. Metaliczny, miedziany posmak.
Rudzielec z brzegu stołu jest blady jak ściana, na ustach ma ledwo zamaskowany wyraz skrajnego obrzydzenia. Napluli mi w to piwo czy jak?
Piję.
Szczupła, bogato ubrana kobieta, siedząca obok króla, jest czerwona na twarzy jak piwonia i patrzy po ścianach.
Któryś z niedoszłych zabójców, ukrytych za filarami, wybiega na dziedziniec i słyszę, że rzyga tam prosto na majdan. Co z wami jest?
To są jakieś grupy hemowe - krew. Nakapali mi tam krwi. Śladowo, ale wyczuwalne. Człowiek by nie wyczuł, więc spokojnie wypijam. Zostaje mi jakiś wyraźny ślad. Obcy i nieprzyjemny Jakieś kwasy octowe, mlekowe. Okropne.
To miesięczna krew. Paskudny dowcip.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

(książka) Sto lat samotności

Literatura piękna?, 1967

Po pierwsze - wypożyczyłem ją 28 marca, na ponad 2 tygodnie przed śmiercią Marqueza, więc cichaj. Po drugie: nie czyta się tego opornie. Właściwie to nawet jest całkiem nieźle. Może kwestia dobrego przekładu, ale szło przeczytać te 50 stron na dzień bez problemu. Tylko czas trudno było znaleźć. O ironio. "Sto lat samotności" skupia się na losach mieszkańców Macondo oraz - w efekcie - samego miasteczka, by przez ten pryzmat opowiedzieć o wielu rzeczach. Ludzkości, życiu i jak źle oraz jak dobrze może ono wyglądać. Albo i nie, może to opowieść o penisach? Sporo ich tutaj. Możliwe, że trzeba znać losy Ameryki Południowej, by zrozumieć w pełni o co biegało z tymi 3000 trupami w pociągu albo Kampanią Bananową?

Dialogi są w ilości śladowej, fabuła jest opowiedziana z pozycji ogólnej, trzymającej dystans, i niezwykle elokwentnej. Jest tu tyle wydarzeń, jakby każda strona miała co najmniej trzy wydarzenia, wokół których ktoś mógłby napisać całą powieść, ale tutaj narrator prześlizguje się po każdym w jednakowym stopniu, przechodzi do następnej postaci i jej losów. Pod względem gatunkowym, jest to po części powieść historyczna, romans, dramat, fantastyka, dokument... Ludzie żyją sobie normalnie, rozwijają społeczność, budują kolejny budynek, znajdują kolejne zainteresowania, idą na wojnę, odchodzą, wracają, a pomiędzy tym wszystkim wydaje się, jakby w każdym domu był pokój zamknięty od stu lat, w którym tylko określeni ludzie mogą porozumieć się z mieszkającymi tam duchami.

Urszula zadawała sobie pytanie, czy nie wdał się w jakieś podejrzane interesy, czy nie kradnie albo nie skończy jako koniokrad, i wyrzucała mu marnotrawstwo, ilekroć otwierał szampana tylko po to, by wylać sobie pianę na głowę.Tak go to gniewało, że któregoś dnia, gdy wstał w wyjątkowo promiennym humorze, przyszedł ze skrzynką pieniędzy, puszką kleju i szczotką i wyśpiewując na całe gardło stare piosenki Francisca el Hombre zaczął tapetować dom od góry do dołu wewnątrz i na zewnątrz banknotami jednopesowymi. Stare domostwo, pomalowane na biało od czasu gdy wyniesiono pianolę, przybrał podejrzany wygląd meczetu. Wśród popłochu całej rodziny, oburzenia Urszuli i radości tłumu, który wypełnił ulicę, by uczestniczyć w tej apoteozie marnotrawstwa, Aureliano Drugi wytapetował dom do końca, od fasady aż do kuchni, nie wyłączając łazienek i sypialni, i wyrzucił zbywające banknoty na podwórze.
- Teraz - oświadczył na zakończenie - mam nadzieję, że nikt w tym domu nie będzie mi już mówił o pieniądzach.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

(książka) Sylwester Stallone; Szalona kariera Kopciuszka z Hollywood

Biografia, 1991


Tak, naprawdę ktoś napisał biografię Stallone. Była to pierwsza książka jaką wypożyczyłem z biblioteki po przeprowadzce. Generalnie omijam biografie, jednak nie było nic lepszego w dziale filmowym... A na końcu jak zwykle się okazało, że nie warto oceniać całości po okładce, i 150 stron połknąłem w trzy dni. Pisarz, scenarzysta, reżyser, aktor, człowiek filmu. Były czasy, gdy porównywali Stallone'a do Brando i Ala Pacino, a krytycy wyszukiwali go pośród reszty składowych filmu, by poświęcić jego grze oddzielny akapit. W znaczeniu pozytywnym, oczywiście.

Dzieciństwo Stallone, separacja jego rodziców które doprowadziły do tego, że raz rok mieszkał tu, a za rok mieszkał gdzie indziej i tak na zmianę. Generalnie miał nie najlepiej, ale chyba nic ponad "standard", o czym warto byłoby wspominać (bo o jego problemie z lewą stroną twarzy to wiecie zapewne).

Najbardziej mi zaimponował fragment o jego pracowitości. Niesamowite, ilu różnych prac się imał (pracował m.in. w zoo i obsikał go lew, wtedy zrezygnował), jak systematycznie pracował nad swoimi tekstami. Chciał być pisarzem i codziennie wstawał z rana, by pisać określoną ilość godzin. I gdy przyszło co do czego, scenariusz do "Rocky'ego" powstał w 3 dni, a bodaj do "Rambo" w 26 godzin (piszę oczywiście o pierwszej wersji tekstu). Ja się cieszyłem, gdy do 6 odcinka "Awake" scenariusz powstał tydzień.

Muhammad Ali był szczególnie zainteresowany obejrzeniem "Rocky II", w którym główną rolę grał Apollo Creed jako on Muhammad Ali, lecz dopatrzył się wielu fragmentów dotyczących meczu, które powinny być poprawione. Zauważył, że Stallone nie poruszał się jak typowy bokser, że żaden z bokserów nie tolerowałby krzyczącego trenera, że kurczaki są podawane bokserom z warzywami, a podnoszenie ciężarów to jedna z ostatnich rzeczy, które powinien robić szanujący się bokser, że żaden sędzia nie zgodziłby się na kontynuowanie walki, gdy oko jednego z zawodników jest zamknięte. Po skrytykowaniu technicznych niejasności, Ali wypracował sobie własne tłumaczenie dlaczego film stał się taki sławny, a Creed nie mógł zostać zwycięzcą:
- Byłoby to sprzeczne z ogólnie przyjętymi obyczajami, gdyby czarny człowiek wygrał pojedynek z białym. Jestem tak dobry w boksie, że musieli stworzyć białego Rocky'ego, który miał za zadanie konkurować z moją opinią na ringu. Ameryka musi mieć swoich białych bohaterów. Nie jest ważne, skąd je bierze. Jezus, Wonder Woman, Tarzan i Rocky.*

poniedziałek, 19 maja 2014

(książka) Limes inferior

Socjalistyczne sci/fi, 1982
Janusz Zajdel
190 stron


Przyszłość oraz wszechobecna automatyzacja.Ludzie posługują się Kluczem, łączącym w sobie funkcje zegarka, środka płatniczego, dowodu osobistego oraz wielu innych (otwiera mieszkania). Gotówka wyszła, teraz za walutę służą Punkty - są one podzielone na trzy kategorie: czerwone, zielone i żółte. Obowiązkowe są nie tylko wyższe studia ale też pensja dla każdego, by mógł przeżyć na jakimkolwiek poziomie. Za samo życie każdy dostaje czerwone punkty, starczające na byle jaki nocleg oraz cokolwiek do jedzenia. Za gotowość do wykonywania jakiejś pracy każdy dostaje zielone punkty, pozwalające na kupowanie lepszych rzeczy. Za faktyczne pracowanie: punkty żółte, pozwalające na kupno luksusów. Kufel piwa w barze to 1 Punkt Żółty.

Oczywiście istnieje też kurs wymiany, np. 15 czerwonych za 1 żółty.

W tym świecie roboty wykluczyły potrzebę wykonywania większości zawodów poza tymi wymagającymi najwyższego intelektu. Społeczność podzielono więc na 7 kategorii - 0 są najmądrzejsi, 6 najmniej. Trzy najniższe nie muszą pracować, od trzeciej klasy taka potrzeba już występuje - o ile się znajdzie wakat.

poniedziałek, 5 maja 2014

(książka) Placówka Basilisk

Militarystyczne hard sci/fi, 1992
David Webber
450 stron
Cykl "Honor Harrington", tom I


Najsłynniejsza seria autora uwielbianego przeze mnie "Schronienia". "Honor Harrington" to, co zaskakujące, imię i nazwisko głównej bohaterki, która właśnie została kapitanem. Akcja rozgrywa się w swoim własnym uniwersum, gdzie jest przyszłość Federacje Planetarne, statki kosmiczne i tunele nadprzestrzeni oraz cywilizacje. Generalnie wszystko to jest ponoć przeniesieniem powieści żeglarskiej sprzed kilkuset lat w warunki futurystyczne, w co mogę dać wiarę.

Honor jest człowiekiem niezwykle zdyscyplinowanym, bardzo sumiennym i charyzmatycznym. Nie traci nad sobą kontroli i ma wszystkie cechy wymagane, by być wzorowym dowódcą. Tuż po swoim pierwszym objęciu stanowiska w skutek zagrań politycznych (ktoś tam wybrał ją na kozła ofiarnego) została zesłana ze swoim statkiem i nową poznaną załogą na Placówkę Basilisk, układ kiedyś bardzo istotny, dzisiaj kontrolują go władze, bo trzeba. Robią to przy minimalnym wysiłku, zrzucają tam niewygodnych ludzi lub takich, których przyjęto i nie mają co z nimi zrobić. Szerzy się tu przestępczość, przemyt, tubylcy wciągają jakąś dziwną substancję i nie są zbyt przyjaźni... A Honor ma statek trzeciej kategorii, braki na każdym polu oraz załogę, której nie tylko nie zna, ale też jest jej niewiele. Mało? Okej: na miejscu spotyka tam swojego starego, złego znajomego z Akademii. Człowieka, który chciał ją kiedyś zgwałcić pod prysznicem, a ona w zamian ciężko go pobiła. Nie złożyła skargi i tylko dlatego kontynuował naukę w poniżeniu. Dziś, po wielu latach mści się na niej, oddając w jej nieprzygotowane ręce dowództwo oraz obowiązek ochrony nad całym okręgiem, czyli trzema planetami.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

(książka) Koniec wieczności

Hard sci-fi, 1955
Isaac Asimov
190 stron




Pierwsza z książek, które wziąłem w ciemno i nie miałem ochoty dokończyć. Ale zrobiłem to, by poznać odpowiedź na pewne zagadnienie związane z fabułą. Czy autor na nie w ogóle odpowie? Czy zrobi to w satysfakcjonujący sposób? Tylko tego byłem ciekaw. Bohaterowie byli tacy sobie, relacja głównego bohatera z dziewczyną w której się zakochuje co najwyżej mogę określić jako papierową. Świat z początku intrygował - akcja rozgrywa się w Wieczności, obszarze poza Czasem, gdzie Wiecznościowcy muszą żyć. Zajmują się oni ingerowaniem w Czas, wprowadzają zmiany by nie doszło do wojen i innych katastrof, by żyło się lepiej. Pochodzą zewsząd - 36 wiek, 79, 30 000 itd. Istnieje okres Prymitywu na początku, potem już jest tylko Czas, aż do 150.000 wieku, gdy życie rozwija się bujnie, ale już bez człowieka. Wszystko oczywiście okraszone mnóstwem szczegółów i potężnego zaplecza - widać, że autor wszystko sobie przemyślał, co dotyczy podróż w czasie i historii świata w której takie coś istnieje. I na początku to wystarczy, jednak potem cała ta baza zaczyna się kręcić wokół tego, że główny bohater się zakochał i zaczyna się starać, by dziewczynę wbrew przepisom ściągnąć do Wieczności i zacząć z nią życie. Fascynujące.

Na szczęście pomiędzy wierszami wspomni o kwestii dziwnej blokady pomiędzy 70 000 i 150 000 wiekiem, do którego żaden Wiecznościowiec nie może wejść. Nikt nie wie, czemu ani skąd to się wzięło. To jest właśnie ta interesująca kwestia, której rozwiązanie chciałem poznać. Krótko: nawet nie wiecie, jak bardzo mnie ono usatysfakcjonowało!

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

(książka) Kwiaty dla Algernona

Fantastyka, 1966
Daniel Keyes
260 stron


Algernon to mysz, na której przeprowadzono eksperyment pozwalający na zwiększenie możliwości bycia inteligentnym i mądrym. Ogólnie mówiąc. Teraz ten sam eksperyment chcą przeprowadzić na głupku imieniem Charlie Gordon. Ma ponad 30 lat, jest taki od urodzenia, dziś pracuje w piekarni i zamiata popiół z pieców. Właściciel uparł się, że nie odda go do ośrodka, tylko zapewni mu - zgodnie z wolą jego wujka, gdy ten go oddał do pracy - normalne życie. Charlie ma wielu przyjaciół, z którymi często się śmieje i bawi, którzy są dla niego serdeczni. Przed eksperymentem posłuchał się i zaczął prowadzić dziennik, w którym miał pisać o wszystkim: co go spotkało, co sobie przypomni, co pamięta, co wspomina, co myśli. Charlie jednak nie myśli. Nie wie nawet, co to znaczy. Nie rozumie, gdy ktoś chce, by ten coś sobie wyobrażał. Trzeba mu było najpierw wytłumaczyć, co oznacza "pamiętać to, co się zdarzyło". Musieli nauczyć go myśleć. "Kwiaty dla Algernona" stworzono w stylu wpisów do dziennika. Z początku krótkie, dzikie, pozbawione interpunkcji i zasad ortografii. Gdy eksperyment zaczyna działać, stan rzeczy powoli się zmienia. Z wyjątkiem jednego: to wydaje się prawdziwe.

"3 kwietnia - skończyłem Robinsona Crusoe. Chciałbym dowiedzieć się więcej co mu się przydarzyło ale pani Kinnim mówi że więcej nie ma. DLACZEGO."

poniedziałek, 24 marca 2014

(książka) Równi bogom

Hard Sci-Fi, 1970



Opowieść oparta na tym, że w naszym wszechświecie nie może istnieć pluton 186 - a takie coś znalazł jeden z bohaterów na swoim biurku. W ramach wprowadzenia: trzymał tam bibelot, coś na kształt szczelnej puszki, który był tam jak już objął swój urząd. Była tam wolfram, jednak pewnego razu chłop rzucił okiem i od razu zaczął się pieklić, że ktoś mu grzebał w jego rzeczach. Bo w środku nie było tego wolframu. Po przeprowadzeniu badań odkryto, że to co tam jest, nie należy do naszego wszechświata, bo po prostu nie może tu istnieć. Ale jednak tak jest. Nazwano to dla porządku Pluton 186 i zaczęto kombinować, skąd to się tu wzięło? Tak powstała teoria o paraludziach i paraświecie. Innym świecie, będącym na wyższym poziomie rozwoju, który w jakiś sposób opanował transfer energii z ich świata do naszego. Ludzkość daje im wofram, oni oddają w zamian pluton. W ten sposób powstaje Pompa, dzięki której na Ziemi nie ma już problemów z energią. Wszelkie problemy zostały rozwiązane na zawsze.

Aż jeden z naukowców zaczął podejrzewać, że transfer energii zakłóca balans. Istnieje ryzyko, że w ten sposób nasze Słońce ogrzeje się za bardzo - i wybuchnie. A po drugiej stronie, w paraświecie, ich Słońce będzie z kolei gasnąć.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

(książki) Mechaniczna pomarańcza & Herezją naznaczeni

Na początek krótko o "Mechanicznej...". Na półce w domu znalazłem wydanie z '89 roku, liczące sobie około 70 stron. Strasznie tici druk, do tego przekład z nowomową stylizowaną na gwarę śląską połączoną z językiem rosyjskim. Nie czytało się tego dobrze. Przejrzałem po łebkach, nie wczytywałem się specjalnie. Dodatkowy rozdział na koniec raczej ujmuje tej historii niż dodaje coś niezbędnego. Wolę wizję filmową, która jest bardziej poukładana, przesłanie jest tam lepiej wyeksponowane, do tego przemiana bohatera jest bardziej zauważalna. Bez oceny, bez chęci do czytania dalszego, bez budzenia entuzjazmu.

****

Trzecia część sagi "Schronienie" Davida Webera nosi podtytuł "Herezją naznaczeni". Najkrótsza, nieco ponad 600 stron, najdłużej czytałem. Nie wiem czemu. Chyba już nie budzi to mojego entuzjazmu jak dawniej - z przyzwyczajenia. Weber nadal wszystko dokładnie opisuje na tyle stronach, na dodatek wydarzenia z kilku miesięcy są tylko przystankiem w całości, więc i wielkiego ładunku emocjonalnego to nie niesie. Co nie zmienia faktu, że to wciąż bardzo dobra lektura. Świat i jego filozofię nadal bardzo lubię. Są rewelacyjne momenty, jak wieszanie złoczyńców na samym początku, albo atak na pewną osobę, w której giną zastępy ludzi, a czytelnik zna tak wielu z nich... drobiazgowość ma dobre strony. Podobnie ma się rzecz z kampanią na kolejne królestwo, którą opisano tak, że mogłem uwierzyć w umiejętności dowódcze Cayleba i Merlina. Tej wojny nie wygrają jedynie rewolucyjne wynalazki, co do tego nie mam wątpliwości. A po drugiej stronie też są ludzie, z krwi i kości.
Widzę więc, co Weber chciał osiągnąć, i klękajcie narody, bo to mu się udało. W czytaniu trochę idzie to wolniej niż bym sobie życzył, ale jakie to ma znaczenie? Druga połowa lepsza od pierwszej. To nadal wzorowe militarne hard sci-fi.

Czwarta część ma ponad 1000 stron, więc jeszcze dłużej będę to czytał...

poniedziałek, 25 listopada 2013

(książka) The Perks of Being a Wallflower

Osoba podpisująca się jako Charlie śle listy do pewnej osoby. Nie wiemy kim ona jest, ona z kolei nie wie, kim jest Charlie. Pisze, bo chce wierzyć, iż jest na świecie taka osoba jak ona - usłyszał, że ona potrafi słychać, i nie wykorzysta tego, o czym się dowie. Bohater zmienia dane i nie zamieszcza adresu zwrotnego. Jego przyjaciela znaleziono martwego, popełnił samobójstwo. Wszyscy zaczynają się martwić, jak Charlie to zniesie - psychiatra organizuje spotkania, nauczyciele dają mu wyższe oceny mimo, że nie zasłużył. On sam często krzyczy i bardzo wiele płacze, czasami sam nawet nie wie czemu tylko tak umie reagować na wiele rzeczy. Ale rok się skończył, wakacje niedługo przeminą, zacznie się nowa szkoła. Tym razem liceum. Boi się tego, stąd pomysł z listami, w których opisuje wszystko.

Względem filmu - książka zawiera ogromną ilość szczegółów, tła, detali i historii. To właściwie coś na kształt uzupełnienia - opisane zostały chwile w starej szkole, tamtejsi znajomi. Znana rodzina bohatera sięga tak daleko jak to się chyba da. Dziadkowie, ciotka, i wiele innych. Charlie też więcej spędza z nimi czasu, opisana jest ich przeszłość (wspólne oglądanie finału "MASH"), święta, oglądanie "To wspaniałe życie" u dziadka. Przy okazji - urodziny Charliego wypadają tuż przed Gwiazdką. Czytelnik pozna również dziewczynę Billa, nauczyciela angielskiego, który w tej wersji da o wiele więcej książek swojemu uczniowi. W tym "Obcego" czy "Nagi lunch". Pojawi się też więcej piosenek na składankach, m.in. "Gypsy" Suzanne Vega, której w filmie nie ma, a ja często lubię włączyć sobie ten kawałek przed zaśnięciem.

Więcej też powiedziano o innych postaciach, siostra ma więcej niż jednego chłopaka przez ten czas. Więcej o końcówce znajomości z Bradem, o przeszłości Sam. Wprost też poinformowano czytelnika o tym, co Charlie napisał w liście do Sam na Gwiazdkę, podczas gdy w filmie trzeba było się tego domyślić (i jak się okazało, miałem rację).

Wolę film jednak. Bohater filmowy jest bardziej dostojny (niemal w ogóle nie płacze, jest bardziej pewny siebie, w książce jest piątym kołem dla Alice, Boba i reszty, w filmie autentycznie go polubili i byli wzajemnie dla siebie przyjaciółmi), narracja filmowa - o wiele przecież trudniejsza - została lepiej wykorzystana do opowiedzenia tej historii, końcówka wypada o wiele naturalniej na ekranie niż w listach. I może to dlatego, że znałem historię, nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak film. Końcówka jest gorzej przedstawiona, stało się tam to co mogło przytrafić filmowi, bo pojawia się niejako na doczepkę, zamiast finałowe uzupełnienie bez którego ta historia nie ma żadnego sensu.

Lepiej za to poradzono sobie z myśleniem Charliego o przeszłości i przyszłości. W filmie wypala pod koniec "Wiem, że kiedyś będziemy tylko historiami", w książce naprawdę wiele o tym myśli. Czy gdyby dziadek nie bił matki, to ta nie pragnęłaby wyjść za kogoś, kto nie będzie jej bił, przez co nie poznałaby ojca i w efekcie Charlie nigdy się nie urodził. Zastanawia się nad "dniami chwały", które przeżywa każdy sportowiec wybiegający na boisko... i myśli, czy przypadkiem nie mijają jego własne "dni chwały", i nawet tego nie zauważa.

To oczywiście wciąż ta sama opowieść, o bardzo skomplikowanym problemie filozoficznym, zmianie tego w co się wierzyło do tej pory, gdy dostrzega się błędy swojego rozumowania. Tak szczerze to nie zdziwiłem się, gdy na końcu Bill dał uczniowi "Źródło", sugerując by podszedł do tej genialnej powieści bardzo sceptycznie. Raczej poczułem zadowolenie, bo to coś właściwego w takim momencie. W filmie "Źródła" nie ma.:)

Warto to przeczytać, choćby jako uzupełnienie tego - z braku lepszego słowa - filmowego uniwersum, o którym faktycznie można myśleć i zastanawiać się nad pewnymi elementami. Np. do kogo pisze te listy? Piąty raz stykam się z tą opowieścią, i tak sobie myślę... on mógłby pisać do samego siebie z przyszłości. To by pasowało do tej postaci, potraktowanie samego siebie jako oddzielnego człowieka, wyidealizowanego (bo z przyszłości). Ale to tylko ślepy strzał. Zapewne pisze do zwykłego psychiatry w innym stanie Ameryki Północnej.

poniedziałek, 28 października 2013

(książka) Historia filmu dla każdego

Na początek: nie pytajcie się, co "polecam". Przejdźcie się do swojej biblioteki, znajdźcie dział o filmie, przejrzyjcie co macie. Jeśli coś będzie oprócz biografii/autobiografii ludzi kina, to już jest dobrze. Jak nie w tej, to w drugiej, na pewno macie ich więcej w swoim mieście. Ja przy pierwszym podejściu znalazłem tylko biografie Hopkinsa oraz Audrey Hepburn, i inne opisy "historii polskich aktorów", chociaż może was to akurat interesuje.

Do rzeczy: przeczytałem "Historie filmu dla każdego" Jerzego Płażewskiego, wydaną w 1968 roku. Autor wyszedł z założenia, że każdy powinien znać chociaż podstawy tego, czym jest kino, tak jak każdy zna podstawy malarstwa i kojarzy różne style lub artystów, oraz "ważne" dzieła. Około 70 lat pobieżnie opisał na blisko 400 stronach, choć jest ich więcej w książce (strony ze zdjęciami nie są wliczane). Pobieżnie, ale dokładnie. Każda dekada w każdym ważniejszym kraju jest opisywana, plus na początku ogólny rozwój wydarzeń (minus kinematografia Azjatycka, która wtedy dopiero zaczynała karierę za granicą). Zaczyna od wynalezienia kinematografu przez braci Lumiere, wypisuje innych ludzi którzy byli tego bliscy w tamtym okresie, i zaznacza, że jakby nie oni, to tego by dokonał ktoś inny, i to całkiem szybko. Sami Lumiere nie mieli za bardzo pomysłu, co z tym zrobić, co ciekawe. Potem przyszedł Melies i zrobił magię. W Anglii wymyślono coś takiego jak zbliżenie (początkowo bohater filmu musiał spoglądać przez lornetkę, by takie zbliżenie było możliwe). Potem okazało się, że robienie filmu na zbliżeniu nie bardzo ma sens, i trzeba to mieszać z innymi ujęciami. I tak powstało coś, co za kilka lat zyska termin "montażu".

Wtedy kino było rozrywką dla chłopów, jedną z atrakcji cyrkowych, i kina nie były miejscem, tylko przenosiły się od osady do osady, i grały tak długo, aż taśma ulegała zniszczeniu. Potem chciano z tego czerpać większe zyski, kino chciano sprzedać elitom, więc zrobiono "pierwszy film który zalicza się do sztuki", czyli "Zabójstwo księcia Gwizjusza". Czyli postawiono kamerę w teatrze, i ludzie klaskali, chociaż aktorzy teatralni ze swoją nadmierną mimiką na zbliżeniu wychodzili śmiesznie. I wtedy kino umarło na chwilę, przestało pracować nad swoim językiem. Aż przyszli włosi ze swoimi słoniami, i wtedy ludzie zaskoczyli: "Hm, tego faktycznie nie da się pokazać w teatrze". Szwedzi wprowadzili do kina naturę (śnieg, wiatr), Griffith zrobił pierwszy ważny w historii, wymyślając jednocześnie kino tak na dobrą sprawę. A potem Hollywood rozwinęło system klasowy, zaczęło ściągać do siebie wszystkich zagranicznych twórców, zdominowało rynek i wszystko szlag trafił.

Historia kina naprawdę jest niesamowita. Tyle razy to wszystko upadło i powstało, że brak mi słów. A to jedynie szczegóły, to nawet nie jest historia, to ciekawostki, luźno wyciągnięte z tego tomiska. Zresztą jedynie z okresu kina niemego, które zamknięto konkluzją: "Może gdyby kino narodziło się z dźwiękiem, nigdy by nie wyrobiło swojego języka, i służyłoby jedynie do rejestrowania przedstawień w teatrze". Daje to do myślenia.

A potem jeszcze McCarthyzm, neorealizm, kino faszystowskie, radzieckie, polskie, francuskie, angielskie, meksykańskie, hiszpańskie, włoskie, reakcje na wojnę, na dźwięk, wszystko w tym ogólnym kontekście przyjmowania wszystkich nowinek (Goebbels przez 10 lat próbujący zmusić swoich ludzi, by zrobili "Potiomkina" na Hiltera), tomiska teorii na temat "Jak korzystać z dźwięku" (by nie dublował tego co widać na ekranie, tylko dodawał nowe elementy, w stylu wewnętrznych monologów bohatera).

Sporo tego. Ale w sporym skrócie, i co chwila pojawia się jakiś nowy temat, czyta się więc bardzo szybko. Minusem są dla mnie momenty subiektywne, w których Płażewski nie opisuje samych faktów, tylko wkręca swoje opinie, i zawsze są to jakieś dwu zdaniowe, dziwne wyrażenia. Filmy Cayette'a "zbyt logiczne", teoria Canudo "naiwna", "Obywatel Kane" jest ponoć o tym, że żadnej prawdy nie ma. Nie dla takich rzeczy sięgałem po tę książkę.

Ale swoją rolę wypełnia, więc jest dobrze. Ostatni rozdział obejmuje ówczesną teraźniejszość, czyli 1955-1967, w których sporo spekuluje na temat przyszłości. Miejcie to na uwadze. Niemniej, pozycja warta poznana, jeśli wcześniej nic na ten temat nie czytaliście.

wtorek, 15 października 2013

(książka) FILM W KULTURZE

Przeczytałem książkę Aleksandra Jackiewicza, "Film w kulturze" wydanej w 1989 roku*. Jackiewicz był  teoretykiem i krytykiem, na jego dzieło natknąłem się przypadkiem przeglądając półkę w bibliotece, spodobał mi się temat i styl, dający nadzieję na coś świeżego i konkretnego. Właśnie to dostałem. Nauczyłem się m.in., że język filmu to język sugestii. Dzięki temu nie przeszkadza świadomość, że na scenie są aktorzy, a nie prawdziwi ludzie, dzięki temu można uwierzyć w opowieść, jeśli jest dobrze pokazana. Nauczyłem się o Canudo, teorii "Siódmej sztuki" i początkach kina, które wtedy nie było nawet uznawane za sztukę. O tym, czemu kino US było lepsze od tego z Europy. Od stosunku polskiego romantyzmu do kina powojennego, o Chaplinie, o Hitchcocku.

Dawno już nie miałem styczności z taką fachową literaturą. Jeśli czytaliście moją opinię o czeskim "Szczęściu" z 2005 roku, pewnie zauważyliście jak bardzo innym stylem ją napisałem, czego od dawna nie robiłem. Właśnie pod wpływem Jackiewicza tak ją napisałem. Bo film był tego warty, bo przypomniałem sobie jak to się robi, jakiego języka wtedy użyć.

Nie jest to spójna, napisana od początku do końca książka, raczej zbiór różnych przemyśleń pod wspólnym szyldem i w formie tekstów, które były publikowane w różnych okresach czasowych, tu i tam. Raz Jackiewicz opisuje swoje życie w Polsce, kilka stron dalej jest już w Paryżu od 10 lat.

Jest to literatura przystępna, chociaż może nie dla totalnego laika. Odbiorca musi się interesować tematem sam z siebie, by z zainteresowaniem czytać przemyślenia Jackiewicza. Pisze konkretnie, ale używa trudnych słów. Do tego zawsze stosuje jakiś wstęp, przytacza definicje lub różne znaczenia tego, o czym zaraz będzie mówić, i zaznacza który z kontekstów ma na myśli. Czuć chęć bycia czytanym i zrozumianym, co staje się jasne w rozdziałach dotyczących kultury - wysokiej, popularnej, wulgarnej i tak dalej. Autor zaznacza tam, że w pełni rozumie znaczenie tej środkowej, i z tego co pisze wynika, że ją rozumie. Nie odcina się od niej, nie zniża się, dostrzega jej zalety, by następnie z boku opowiadać o wszystkim, czego ona dotyczy. Wyjaśnia wiele zagadnień, wiele opowiada, i świetnie mu to idzie. I tak dalej, na naprawdę wiele tematów. Kino nieme, polskie, nowa fala, teatr na tle filmu, film na tle powieści, rola krytyków, przemijanie i Rene Clair.

Jak mieszkacie w Warszawie, to dacie radę ją wypożyczyć z biblioteki. Mam nadzieję, że w pozostałych miastach jest tak samo.;-)



*przedmowa wieńcząca książkę pochodzi z 1984 roku, Jackiewicz umarł w 1988 roku.

Obecnie czytane: "Herezją naznaczeni" (David Weber) / "Historia filmu dla każdego" (Płażewski)

poniedziałek, 30 września 2013

(książka) SCHIZMĄ ROZDARCI

David Weber, cykl Schronienie - tom II


Cóż... zmiany są niewielkie. 100 stron mniej, czas akcji obejmuje teraz właściwie nieco ponad pół roku (od połowy maja po 1 listopada), są tylko dwie niewielkie bitwy, niewydarzy się nic spektakularnie ważnego, większość treści to dialogi... Ale poziom bez zmian.

Wkręciłem się. Chciałem wiedzieć, jak rozwinie się sytuacja ze Szmaragdem i Chisholmem. Jak skończy Hektor? Jak rozwiążą incydent w porcie? Kto stał za zamachem na arcybiskupa i Hektora? Czym jest źródło energii pod Syjonem? Czytało mi się to jeszcze lepiej niż wcześniejszą część. Chociaż nie ma tego zachwytu pierwszego spotkania z rozmachem całości, prawda.

Jak wspomniałem, sporo jest rozmawiania. Gadania. Kurtuazji. Omawiania szczegółów. Ale w istocie jest to pieruńsko ważny dialog w czasie którego ustawia się całą taktykę i wiele innych spraw na przyszłość. Rozejmy i porozumienia zostaną zawarte, dwa kraje połączą się w Imperium, waśń między dwoma innymi się skończy... Wojna nie kończy się tylko na polu bitewnym.

Do tego Merlin w końcu będzie miał przed kim się ujawnić, a także kilku dowie się o istnieniu Nimue... ale nie od niej. Dzieje się!

Jest to również pierwszy przypadek, gdy pomyślałem, że religia może żyć w zgodzie z nauką. Zobaczyłem uczciwych księży, którzy są w stanie powiedzieć bez problemu: "Nie, to polityka, nie możemy się w to mieszać, to nie nasza działka".

Ponownie z przyjemnością wróciłem do tego świata. Trzecia część do wypożyczenia na drugim końcu miasta, więc trochę później się do niej zabiorę.


5/6
http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=179782

wtorek, 10 września 2013

(książka) RAFA ARMAGEDONU

David Weber, cykl Schronienie - tom I


Coś dla fanów "Babylon 5" połączonego choćby z "Grą o tron" oraz "Breaking Bad"*. Na początek, krótkie oświadczenie - nie będzie tak, że napiszę temat o każdej książce jaką przeczytam. Nie warte to zachodu, zresztą i tak za dużo publikuję. Chciałbym zostać przy tematyce filmowej, więc na pewno będę pisał o tych związanych z kinem (np. tytuły które zekranizowano), ale też chcę pisać o tych bardzo dobrych powieściach. Żeby było fair, będę jakoś jednak nawiązywał do filmów lub seriali.
----
Przyszłość. Nieznana rasa Gbaba atakuje Ziemię i ludzkość. Bez żadnego wstępu, bez poznania, czysty prymitywny atak. Siła wroga przewyższa naszą, zagłada jest pewna, walka jedynie opóźni to co nieuniknione. Jedyną opcją dla ludzkości jest odnalezienie planety podobnej do Ziemi, ewakuować tam dosłownie kilka dusz, byle tylko homo sapiens przeżyło, i sprawić, by Gbaba ich nie znaleźli. A potem odczekać kilka stuleci, rozwinąć naszą siłę militarną, by mieć szanse z tajemniczą obcą cywilizacją.

Ludzkość osiedla się więc na tytułowym Schronieniu. By Gbaba jej nie znaleźli, a przynajmniej po odnalezieniu nie potraktowali jako zagrożenia, trzeba cofnąć się do etapu przed wynalezieniem elektryczności. A potem to utrzymać, przez wiele stuleci. Idealnym rozwiązaniem jest zmodyfikowanie pamięci nowym mieszkańcom Schronienia (którzy uprzednio zgodzili się na to), oraz stworzenie religii, której podstawy będą zabraniać pewnych wynalazków. A bóstwami będą dowódcy, ojcowie całej operacji, jej pomysłodawcy. Ci z kolei dzięki wynalazkom mogą żyć o wiele dłużej, choć i tak nie wystarczająco, by dożyć Nowej Ery na Schronieniu.

W kilka chwil 2500 rok naszej ery zmienia się na AD 890. Mija tyle lat i Nimue Alban budzi się. Dowiaduje się, iż mimo jej śmierci prawie 1000 lat temu, jest tu i teraz, i ma za zadanie uratowania ludzkości. Na samym początku, w ciągu pierwszych 100 lat, wśród ojców Schronienia wybuchł konflikt - jednym spodobało się bycie bogami. Chcieli trzymać lud w ciemnocie, zamiast małymi krokami dążyć do rozwoju, jak było na początku planowane. Doszło do zamachu stanu, w którym wszyscy pamiętający Starą Ziemię, umarli. Dla nieświadomych mieszkańców Schronienia wyglądało na to, że Shan-wei sprowadziła na nich zagładę i teraz smaży się w piekle za swoje grzechy - czyli chęć sprowadzenia wynalazków. Setki lat po tych wydarzeniach Nimue Alban budzi się jako robot, machina, android, sztuczny mechanizm z wszczepioną pamięcią prawdziwej kobiety poległej w walce o ludzkość, zanim jeszcze Schronienie powstało. Teraz ma je ocalić.

To dosyć pobieżny opis WSTĘPU, zapewne ma kilka nieścisłości, i momentów wymagających szerszego omówienia by nabrały sensu, ale daje jednak pojęcie o filozofii tego świata - pochwała ludzkości, nauki i tak dalej, bardzo mi się to spodobało. Naprawdę dobrze poczuć, że czyta się książkę zgodną z moją filozofią... szczególnie, że Weber nawet nie zna zapewne filozofii obiektywizmu. Serio, po prostu mogę to czytać, bez podświadomego przygotowywania się, że zaraz któraś postać wyskoczy z jakąś głupotą. Dla przykładu, drugi kinowy "Star Trek" - wszystko było fajnie, aż tu na samym końcu Spock z dupy wypala, że potrzeby większości są istotniejsze od potrzeb jednostki. Co za okropieństwo! "Schronienie" czytam bez tego bólu, dosłownie mogę odpocząć czytając ją.

Zapewne kilka osób ma teraz ból dupy, że to antyreligijna książka, ale to obawa bezpodstawna. Główna bohaterka chociażby jest Chrześcijanką, jedna z ważniejszych postaci pozytywnych to arcybiskup, i tak dalej. Chyba nawet nie ma w tej powieści kogoś, kto nie wierzy w Boga.

Wracając do filozofii - objawia się ona również w postaciach. Spodziewałem się na przykład, że książę będzie zarozumiałym szczylem, ale okazał się szlachcicem. Młodym chłopcem, jednak pełnym godności, z wykształceniem które stawiało go zasłużenie w kolejce do tronu. Jego ojciec, również ma te wszystkie cechy. Ma szacunek do innych, jest władczy, odpowiedzialny, inteligentny. Zaskoczeniem jest tu ogólny stan postaci, każda wyraża się w rozbudowany sposób, używa bogatego języka. Przeklinają, owszem, ale nawet wśród tych negatywnych postaci jest sporo godności i szacunku, który czują do siebie nawzajem. W taki umowny sposób: mówią długo, szczegółowo, ale nikt nikomu nie przerywa w pół zdania (przynajmniej nie zazwyczaj). Zadają konkretne pytania, oczekują konkretnych odpowiedzi. Przy planowaniu wojny, nikt nie powie, że ten po drugiej stronie to głupiec. Nawet w takich chwilach są świadomi, jak inteligentny jest ich przeciwnik. Jego moralność i charakter swoją drogą, ale nie traktują go jak idiotę. Przewidują ich ruchy, wyciągają wnioski, planują. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to fenomen.

Historia. Monumentalna, podniosła, wspaniała, rozpisana na kilka królestw rozmieszczonych na całej Planecie, wszystko przedstawione bardzo dobrze. To pierwsza część, więc wiadomo: tutaj stawia się dopiero fundament dla całej reszty. Cały ten ogrom został więc sprowadzony do dosłownie kilku postaci, zazwyczaj królów i ich doradców w każdym z krain. I to działa wystarczająco.
Do tego podobnie jak w "Babylon 5", cel jest jasny, ale każde działanie nie prowadzi do niego w jasny sposób. Cała opowieść rozgrywa się za pomocą małych kroczków, wszystko kończy się gigantyczną bitwą ale to dopiero wstęp do czegoś o wiele większego.

To chyba jedyny minus tej książki, który obiektywnie jest też plusem. To nie jest sezon serialu, tu nie ma ograniczeń, i autor z tego korzysta, opisując przez większą część pierwszych 200 stron jak rozwijała się sytuacja na Schronieniu przez pierwsze 800 lat, jak zmieniał się język, z jakimi wynalazkami zaczynali, do jakich zdążyli dojść... same wynalazki to oddzielny rozdział. David Weber wyraźnie posiada ogromną wiedzę w dziedzinie militarystyki, wojny, historii i tak dalej. Drobiazgowo opisuje każdą zmianę, w nowych rodzajach amunicji lub krótszych lufach armat, z czego je budowano, jak do tego doszli, w co to ewoluowało, jak to wszystko zmieni, jakie problemy i korzyści przyniesie... I tak jest ze wszystkim. Statki obite od spodu miedzią, szybszy czas przeładowania armat, nowe modele żagli... Całe szczęście, że końcową bitwę morską czyta się jak scenę akcji a nie instrukcję pralki.

Prawdopodobnie wielu z was uzna, że to nadmierna szczegółowość, ale skutek tego jest taki, że gdyby faktycznie w 2500 roku zaatakowali nas Gbaba, i gdybyśmy musieli szukać jako rasa Schronienia w kosmosie, i gdyby projekt Arka przeszedł, i rozwinąłby się w taki sam sposób, i trzeba by potem walczyć z Kościołem Boga Oczekiwanego... David Weber by nas wszystkich uratował w pojedynkę z taką wiedzą, nie mam wątpliwości. Realizm jest porażający.

Ale wolne tempo i względny brak dynamiki spowodowany masą szczegółów może odrzucić, i większość zapewne będzie przeskakiwać niektóre akapity. Autor nie ograniczał się, pierwszy tom opowiada pierwszych 2 latach działań Merlina i robi to na prawie 900 stronach. Drugi tom jest krótszy o rok i prawie 200 stron. Już go czytam, a po nim zabiorę się za kolejne tomy wydane w Polsce (ogólnie wyszło chyba sześć). Seria dla mnie idealna, i jestem bardzo zadowolony, że na nią trafiłem absolutnym przypadkiem w bibliotece.


5/6 (skala biblionetki ~~)

*bo to bogata, zróżnicowane sci-fi, rozpisane z uwzględnieniem zakończenia, w którym jednak większość akcji rozgrywa się w czasach królów i zamków. BB pasuje mi tu pod względem tempa.


"Sumienie kapłana i jego wiara wymagają, by był odporny na wszelkie żądania ze strony śmiertelnego człowieka" - arcybiskup Maikel.


Doba na Schronieniu liczy 26 godzin i 31 minut. Rok Schronienia to 301,32 dnia, czyli 0,91 standardowego roku ziemskiego. Planeta ma jeden spory księżyc, który obiega ją w 27,6 lokalnego dnia, zatem miesiąc księżycowy trwa tutaj mniej więcej 28 dni.

Doba Schronienia dzieli się na 26 60-minutowych godzin oraz 31-minutowy okres zwany "czuwaniem Langhorne'a"

poniedziałek, 18 marca 2013

(książka) HOBBIT

Fantasy, 1937


Chyba obniżę ocenę filmowi Jacksona, za skandaliczne umiejętności adaptacyjne. Przykład - Gandalf zrzuca Hobbitowi do norki stado krasnoludów, które mu wszystko zjadają, a potem omawiają plan przygody. Gandalf stwierdza, że Hobbit ma zapierdalać z nimi bo jest istotny i bez niego nie idą, ten nie chce bo się boi o własne życie (nah, jakiś smok ma tam być). Gandalf stwierdza: "A spierdalaj", krasnoludy mu zawtórowały, rano się bohater budzi i nie ma nikogo, więc... zapieprza w kierunku - mniej więcej - każdym, dogania ich, i z jakiegoś powodu stwierdza, że chce uczestniczyć w tej przygodzie. A oni mu na to z jakiegoś powodu pozwalają. Chaotyczne, głupie, wymuszone, amatorskie, i tak dalej, i tak dalej...

To była wersja Jacksona. Pierwowzór wygląda tak, że krasnoludy faktycznie się z Gandalfem spraszają na chatę, ale wszystko przebiega bardziej gładko, Baggins nie wariuje i nie biega, nie lamentuje, że mu wszystko zjedli, zachowuje się jak gospodarz. Sprawa jest postawiono jasno - najpierw jemy, odpoczywamy, potem wyjaśniamy o co chodzi. W filmie - hobbit się pyta, co one robią, oni mu się śmieją w twarz, rzucają talerzami, fuck this shit. W książce - Baggins już od początku zadaje fachowe pytania, chce uczestniczyć w przygodzie, chce wiedzieć co z tego będzie miał. Idą spać i rano faktycznie nie ma nikogo, ale mieli powód - musieli przygotować się do wyruszenia w drogę. I zostawili mu notkę, gdzie są, gdzie jest zbiórka! Ale ten jej nie zauważył, więc gdy się nie pojawiał - Gandalf po niego wyszedł i mu o wszystkim powiedział. I to było na kwadrans przed terminem, i to zaważyło na decyzji hobbita, prosta myśl: "Teraz albo nigdy". Dlatego wybiegł i się wszystko zaczęło.

Prawda, że proste? Czemu więc w filmie tyle zepsuto?!

Adaptacja jest do dupy, krótka piłka. Przykłady można mnożyć, ale wspomnę już tylko o jednym - czasie. Pierwsza część jest dla wszystkich za długa, a ja nie rozumiem dlaczego. Moje wydanie miało 260 stron, z czego scena na której film się kończył miała miejsce koło 90 strony. To nie jest zły wynik, dodać do tego początek zapętlający wszystko z "Władcą Pierścieni", jakieś sceny z Elrondem - i mamy blisko dwugodzinny film. Nie trzeba było dodawać wątków lub zmieniać istniejących scen. Po co więc to zrobiono?

I nie piszę tego wszystkiego dlatego, że opowiadanie jest jakieś super. Nie jest, ale film jest gorszy i tyle. Książka jest... w porządku? Ani dobra, ani zła. Zawodzi mnóstwo rzeczy - bohaterowie mają imiona i to z grubsza tyle. Zero charakteru, dosłowne zero charakteru. Idą razem i słowa konwersacji między nimi nie ma na tych pustyniach. Przy miodzie oczywiście pośpiewają, ale w międzyczasie - idą. Cała książka o chodzeniu z jednego miejsca w drugie, bez żadnych dalszych konsekwencji, że tak to ujmę. We "Władcy..." to wyglądało inaczej pod każdym względem - Frodo odwiedził gospodę, dołączył do niego Aragorn, razem poszli do Elfów, tam uzgodniono, co trzeba zrobić i kto to zrobi i tak dalej. W "Hobbicie" idą gdzieś, wychodzą stamtąd, i nawet jak mają braki w kucach to zaraz jakoś to zregenerują, więc ostatecznie - jak wyszli z Shire, tak dotarli do końca. Równie dobrze 90% książki można było streścić do "Kilka miesięcy później dotarli do celu. Zmęczeni, niewyspani od wielu dni, po wielu, wielu pomniejszych przygodach, jednak szczęśliwie w komplecie i bez uszczerbku na zdrowiu". Nawet jeśli przyjąć, że przygoda to przygoda i trzeba o niej opowiedzieć, to i tak większość tych historii jest opowiedziana ogólnikowo ("W końcu coś się udało" lub "Na szczęście pan Baggins miał szczęście").

Na koniec się okazuje, że jakieś... trzy zdarzenia miały skutek w zakończeniu, ale jakby nie miały to bym nie zauważył. Bo wróciły jadąc na kilometr deus ex machiną, do czego jeszcze wrócę.

Więc tak: historia jest bardzo marna, bohaterów właściwie nie ma lub mają osobowość kartonu. Słyszałem głosy po premierze filmu od ludzi liczących, że może w drugiej części zyskają charakter, ale w książce go nie mają, więc ja bym nie liczył, że Jackson stworzy od ręki 12 postaci. Będzie zapewne zajęty psuciem tego, co akurat w książce ma sens.
Ale to jeszcze ujdzie. Bo w końcu ma być przygoda, nie? Skarb, przejście do historii i pojedynek ze smokiem! W praktyce krasnoludy i hobbit mają tyle ikry co... ikra. I żyją tylko dzięki deus ex machinom lub Gandalfowi, który w sumie też jest deus ex machiną, więc na jedno wychodzi. Ale ten w połowie stwierdza, że ma ciekawsze rzeczy do roboty i sobie idzie* (nie zmyślam), więc muszą sobie sami poradzić. Skutkuje to tym, że większość czasu będą jęczeć, że im głodno.

Uwaga, dobitny przykład na jakość bohaterów: gdy w lesie dopadną ich wielkie pająki, ci uratują się dzięki Bilbo, który pokona wroga poprzez tańczenie... śpiewanie... i rzucanie w nich kamieniami, które w jakiś sposób spowodują ich natychmiastową śmierć... Żal dupę ściska, że dorosły człowiek tworzy takie historie dla dojrzałych odbiorców....**

Co jeszcze... smok będzie gejowy, słuchać się go nie chce, i podobnie jak reszta postaci nie ma charakteru. I zginie dosyć szybko, zresztą policzcie ile strzał będzie to wymagać. I porównajcie to ze sceną z "Powrotu Króla", jak Legolas położył to mamuto-podobne bydle. A tutaj będzie smok, istota o wiele ciekawsza, magiczna i wzbudzająca respekt swoimi możliwościami. Nie chcę spoilerować, ale ten nudny mamut jest o wiele ciekawszy.
Zresztą smok wcale nie będzie jakimś punktem kulminacyjnym. Tym będzie Thorin który postanowi być na koniec kutasem i to właściwie tyle. To zresztą moment, w którym jedna deus ex machina przebija poprzednią praktycznie na każdej stronie. Bo oczywiście Thorin nie miał powodu by się tak zachować. Ot, a co, będę kutasem i chuj mi zrobią***. Nasz bohater, proszę państwa. Honorowy, dzielny, mężny, bla bla bla, tak, to wszystko co mówili o tej postaci do tej pory też było tylko chamskim wciskaniem kitu.

Mógłbym jeszcze wiele złych słów napisać o tej książce (propaguje rasizm, jedna rasa jest dobra a inne są złe, i trzeba zabić wszystkich ich przedstawicieli, bo urodzili się źli), ale...
[TUTAJ KOŃCZĘ PISAĆ O MINUSACH I ZACZYNAM CHWALIĆ!!!]
...na ostatnich kilku stronach poczułem coś ciepłego. Co jak co, ale autor darzy swoich bohaterów uczuciem. I dał temu wyraz w narracji, która przypomina opowieści dziadka opowiadającego bajki w dawnych, dawnych czasach. Pełno tu zwrotów, które dziś zwyczajnie nie przystają by mówić, lub są poza granicami akceptowalnego patetyzmu. Ale tutaj, w takim połączeniu ze wszystkim - to po prostu działa. Kominek, fotel bujany, deszcz za oknem, to wszystko przychodziło do mnie automatycznie. Jest ciepło, trochę nostalgicznie, a na koniec czuć, że autor naprawdę żegna się z postaciami które stworzył. Może nie udało mu się tego opisać poprawnie, może nie znał się i stworzył amatorszczyznę, ale się bardzo starał. I jakoś po przeczytaniu zakończenia trudno mi dłużej tak pluć na tę książkę ~~


Ulubiony fragment:

"O północy zbudził Bombura i z kolei sam ułożył się do snu w kąciku (...). Wkrótce zasnął mocno i do rana nie pamiętał o swoich zmartwieniach. Śniły mu się jajka na boczku."


4/10


PS. Orły pomogły Gandalfowi bo miały u niego dług. I jak tylko się zjawiły to postawiły sprawę jasno - nie będziemy lecieć jakoś daleko (tak, te orły mówiły). Miałem napisać, że to "subtelny szczegół, który odróżnia przyzwoitą historię od beznadziejnej", ale to jednak nie miało na koniec żadnego znaczenia, bo i tak poleciały na końcu gdzie trzeba, więc to było tylko chamskie wciskanie kitu.

*jakbym wiedział, jak będzie wyglądać pojedynek ze smokiem też bym szukał ciekawszych zajęć. Ot choćby przekopanie ogródka. To w porównaniu z przygodami Bagginsa jest epickim doznaniem.

**a nie, to książka dla dzieci, więc może pisać co tylko chce. Głupie bachory, kogo one obchodzą?

*** skoro w filmie dające się zrozumieć decyzje pokazano tak, że nie da się ich zrozumieć, to jak pokażą decyzję niezrozumiałą?

wtorek, 26 lutego 2013

(książka) PUSTYNNA WŁÓCZNIA - TOM I

Fantasy, 2010


Czyli kontynuacja "Malowanego człowieka". Pamiętacie Jardira, Abbana? Jacyś statyści, chociaż istotni. W tej części są bohaterami głównymi, od dzieciństwa do dorosłości. Dzieci Krasji, czyli mieszanka Islamu z treningiem marines w wersji hard. Jak są małe to się ich zabiera, trenuje, gwałci psychicznie i ogólnie wychowuje tak, by nienawidzili siebie, innych, pragnęli śmierci, zabijali się nawzajem, a przede wszystkim: by uważali to za słuszne.

I co ja mogę? Świat nabrał trochę barw autentyzmu, ładnie to sobie Bratt rozpisał, te stopnie w społeczeństwie, i ogólnie wszystko brzmi jak przewdziwa kultura. Jej mieszkańcy myślą inaczej, zachowują się inaczej, są inni. Nie ma w tym fałszu. Ale to po prostu skurwysyni i idioci, do tego religijni maniacy. Tego się nie da obejść, nawet jeśli Jardir naprawdę sam z siebie (ehe..) w to wszystko wierzy, w przeznaczenie, Everama itd. i podbój Zielonych Krain jako czegoś dobrego? Chuj mu w dupę. I dobrze, że ma żonę sukę, która nim manipuluje aż miło. Wszystko co mnie wiązało z tą postacią to nadzieja, że Jardir pójdzie do Miln, zobaczy Naznaczonego, ten go ujrzy, bez słowa ukręci mu łeb i pójdzie załatwiać jakieś istotne sprawy.

Ale to Brett. Potrafi tworzyć bogatych bohaterów i ciekawie o nich opowiadać. Jardir gdy zobaczy chin bijących się z demonami, uzna że nie są jego wrogami. Nie są chin. To nie tektura, tylko żywa postać, która myśli. To tyczy się każdego bohatera. Dzięki temu nadal czyta się dobrze pierwszą księgę. W drugiej akcja wraca do teraźniejszości, a raczej rok po zakończeniu "Malowanego człowieka" oraz walce o zakątek i wyruszeniu Jardira na podbój świata. W tym czasie ten ostatni posuwa się do przodu przez pustynię i dowiaduje się o tym, co się wydarzło wcześniej, z drugiej ręki. To bardzo przeze mnie lubiany zabieg narracyjny, sprawdza się naprawdę dobrze. Jednak wtedy również Leesha oraz Rojer będą głównymi bohaterami (ich losy będą opisywane na przemian z Jardirem oraz - rzadziej - Naznaczonym).

Spełniła się moja prośba i Rojer dostał więcej charakteru. Jego rola też wzrosła - pamiętacie, umie grać skrzypcami tak, by zahipnotyzować demony. W tej części stara się uczyć pozostałych tego daru, do tego wykorzystują go, by prowadził demonów na spacer po naznaczonych runami przedmiotach... Pewnie orientujecie się, jak cholernie to sprytne i ważne.~~

Co dalej? Koniec. "Pustynna włócznia" ma ponad 1000 stron, i wydawca słusznie zdecydował się podzielić ją na pół. Że znowu źle to zrobiono to inna sprawa.

Ocena końcowa jest jaka jest, pierwszej połowy nie czyta się z zainteresowaniem, bardziej jak czytadło które już się zaczęło więc z rozbiegu się je skończy.


6/10.

wtorek, 5 lutego 2013

(książka) TRAFNY WYBÓR

Obyczajowa, 2012


Charles Tatum by powiedział: "Barry Faibrother nie żyje. Możecie już iść do domów". Jednak ta historia nie ma swojego Chucka, jedynym mu podobnym był właśnie Barry, po śmierci którego wydarzą się różne rzeczy, a ich osią będzie świeżo zwolniono po Barrym miejsce w radzie miejskiej.
Sam Barry mimo odejścia na kilku pierwszych stronach, będzie uczestniczył w historii niemal do samego końca. W ten czy inny sposób.

Ponoć ma z tego powstać serial telewizyjny, więc to nieco mi ułatwia sprawę pisania. Bo gdybym miał wskazać reżyserów, którzy powinni współpracować ze sobą przy pracy nad filmowym "Trafnym wyborem", wskazałbym na (nieaktywnego już zawodowo) Belę Tarra, Mike'a Leigh oraz nieżyjącego Roberta Altmana. Cała konstrukcja tej historii to wielka-mała mozaika, rozpisana na kilka tygodni oraz około 15 postaci których losy przecinają się, uzupełniają, tworząc razem spójną historię. Bohaterowie z początku żyją oddzielnie, lub w grupach zupełnie się nie stykających ze sobą nawzajem, z czasem jednak ktoś tam zaprosi na kolację, ktoś pójdzie do kogoś by prosić o pracę, albo wyjdzie na zaplecze by zapalić i tam też kogoś spotka. Przykładowa scena: starzejące się małżeństwo zaprasza na kolację przyjaciela oraz jego nową dziewczynę, na chwilę pojawia się i zostaje na dłużej ich znajoma. To razem pięć osób jedzących wspólną kolację, znajoma w końcu wychodzi źle się czując, więc znajomy ją odprowadza do końca ulicy. Z okna widzi ich kolejna postać, sąsiad, i zaczyna podejrzewać u nich romans. Każda z tych postaci to pełnoprawny bohater z krwi i kości, z własnymi myślami i przeżyciami które go ukształtowany, by teraz on kształtował tę historię w swoim zakresie. To typowy Altman i jego "Nashville" chociażby.

Nie piszę o postaciach nie używając ich imion nie ze złośliwości, ale dlatego, że istotne w odbiorze całości jest samodzielne poznanie bohaterów. To jest atrakcją samą w sobie, to jak autorka głęboko kreśli swoich bohaterów, jak wiarygodnie i z namysłem. Jednak tu wchodzi Bela Tarr i fakt, że całość jest napisana wybitnie niefilmowym językiem. Jest tu mnóstwo scen, w których przez 5 stron postać nie robi nic, tylko, na przykład - idzie ulicą. Ewentualnie pali papierosa przy tym. Narrator oczywiście wykorzystuje ten czas, by opowiedzieć kim jest bohater, opisać jego tok myślowy i system wartości.

Heroina zabrała matkę Krystal tam, gdzie nic nie mogło jej dosięgnąć. Wprawdzie w odpowiedzi Terri nazwała córkę zdzirą i kurwą, ale wydawała się przy tym nieobecna i obojętna. Krystal dała jej w twarz, a matka kazała jej spierdalać.

To już stary dobry Leigh, opowiadający o ludziach z dna, codzienności lub osobnikach złych nie z wyboru, choć świadomie. Autorka zdradza motywacje większości postaci, które z boku są złe ale gdy już się pozna to wypada się zastanowić, czyja to wina, że są źli. Najczęściej odpowiedzią pozostaje brak siły, by być kimś innym. To zresztą bardzo w stylu Tarra.

Jeśli miałbym coś zarzucić tej książce, to byłby to brak tła. Miasteczko nie jest duże, ale niema tu jakiegoś płynnego przejścia między bohaterami głównymi a całą resztą. Trochę to sztuczne, że każdy zna tu każdego, podobnie jak czytelnik. Jest szkoła, i wszyscy zachowują się, jakby tam było tylko ilu - czterech uczniów? Cała reszta jest ignorowana, ale o tych czterech można cały rozdział napisać.

I... tyle. Nie ma tu jakichś mocnych momentów (poza jednym, gdy Krys ponownie spotyka się ze swoim małym bratem), nie ma tu katharsis na koniec, nie ma scen które zapadają głęboko w pamięć i przytłaczają swoją monumentalnością (jak np. rozmowa ojca z synem na koniec "Na wschód od Edenu"). Nie jestem niezadowolony, że ją przeczytałem, ale mam świadomość, że koniec końców to będzie raczej statystyka w przeczytanych niż ważny moment. Sprawnie napisana, z wieloma kreatywnymi momentami, i warta przeczytania. Pierwsze 100 stron - niewiele do mnie trafiało. Ostatnie 150 stron już przeczytałem ciurkiem. Dobra. z wyjątkiem samej końcówki, epilogu. Tam już tempo zwolniło.

Trudno mi wyłuskać z tego jakiś morał, bo chyba wszystko brzmiałoby jak banał. Nie znaczy to, że nie warto tego robić, zgłębić przeszłości bohaterów i znaleźć ten decydujący moment który zadecydował o pozostałych. Co wtedy robili i jakim wartościom zdecydowali się hołdować, nawet jeśli nieświadomie.

I mam nadzieję, że Gai oraz Andrew się ułożyło. Plus dla tego drugiego, że zastanawiał się w Przedziałku nad tym, czy możliwe jest rozdzielenie piękna duszy od piękna ciała, czy to możliwe, że pod taką twarzą skrył się ktoś... Inny.
Spróbujcie opowiedzieć to za pomocą kamery, powodzenia.



7/10.