"Simpsonowie", sezon 4. Właściwie nawet nie wiem, czemu oglądałem kolejny sezon czegoś, co już znam, gdy tyle nowości w kolejce... Szczególnie, że ten sezon jest bardzo przeciętny. Pierwsze trzy bardzo lubię, wielu odcinkom dałem oceny 8/10 i wyżej. Czwarty sezon to przeciągacze, dowcipy które szybko mi wylatują z głowy oraz przypadkowego łączenia ze sobą kilku fabuł w jeden odcinek. Bawiłem się średnio, kilka odcinków mnie nudziło. Najlepsze epizody: "Homer the Heretic" (jest zimno, więc Homerowi nie chce się iść do kościoła w niedzielę), "Marge in Chains" (wszyscy zamawiają w telezakupach wyciskarkę do której nakichał jakiś Azjata i wszyscy chorują). Najlepszy moment: Homer otwierający wstrząśnięte piwo w "So It's Come to This: A Simpsons Clip Show".
Sezon I - 8+/10
Sezon 2 - 7+/10
Sezon 3 - 7/10
Sezon 4 - 5/10
Bart: Tato, co byś zrobił, gdyby pewna wyjątkowa dziewczyna wolała jakiegoś przygłupa?
Homer: Ożeniłem się z taką!
Lysa: Mamo, jak powiedzieć chłopakowi żeby przestał się mną interesować?
Homer: O, to coś dla mnie, usłtszałem chyba wszystkie możliwe odpowiedzi! (...) W ostateczności powiedz: "Nie jestem lesbijką, ale mogę się nauczyć"
Bart: "To niesprawiedliwe, jestem większym fanem Crusty'ego niż ty - mam nawet jego test ciążowy!"
wtorek, 19 listopada 2013
niedziela, 17 listopada 2013
Louis C.K.: Live at the Beacon Theater (7/10)
Stand-Up Comedy, 2011
Za Louisem nie przepadałem wcześniej, po fragmentach jego występów doszedłem do wniosku, że gość tak długo nienawidzi ludzi, że aż zaczął czerpać z tego przyjemność. I jego żarty widziałem trochę zbyt poważnie, niż on by tego chciał. "Live at the Beacon Theater" to godzinny występ, podczas którego porusza temat swoich doświadczeń z narkotykami, swojego wieku, bycia rodzicem. Dwa razy ustanawia sobie absolutne dno w powiedzeniu najgorszej rzeczy jaka tylko jest możliwa, i opowiada wiele innych śmiesznych i interesujących rzeczy.
Śmiałem się. Po seansie nie pamiętam wiele detali, mam tylko jeden ulubiony moment (który jest dosyć krótki), ale samo oglądanie było bardzo przyjemne. Nie wiem, jak bardzo czarne poczucie humoru trzeba mieć, albo inny "poziom tolerancji" na niektóre tematy, by czerpać przyjemność z tego występu. Dla mnie widok faceta na scenie który markuje masturbację jest całkiem zwyczajny jak na stand-up. Jeśli to jest wasz poziom, to dostaniecie zwarty, godzinny występ, bez dłużyzn lub lania wody. Louis kilka razy się zgubi, ale zupełnie tego nie widać - cały czas mówi, i to nie przestaje być zabawne. Nawet dla mnie - poza jednym momentem w którym opowiada jak nienawidzi pewnego dzieciaka z przedszkola, do którego chodzi jego córka (patrz wstęp tej notki). Kontakt z widownią lub montaż bez zarzutu.
http://rateyourmusic.com/film/louis_c_k___live_at_the_beacon_theater/
Za Louisem nie przepadałem wcześniej, po fragmentach jego występów doszedłem do wniosku, że gość tak długo nienawidzi ludzi, że aż zaczął czerpać z tego przyjemność. I jego żarty widziałem trochę zbyt poważnie, niż on by tego chciał. "Live at the Beacon Theater" to godzinny występ, podczas którego porusza temat swoich doświadczeń z narkotykami, swojego wieku, bycia rodzicem. Dwa razy ustanawia sobie absolutne dno w powiedzeniu najgorszej rzeczy jaka tylko jest możliwa, i opowiada wiele innych śmiesznych i interesujących rzeczy.
Śmiałem się. Po seansie nie pamiętam wiele detali, mam tylko jeden ulubiony moment (który jest dosyć krótki), ale samo oglądanie było bardzo przyjemne. Nie wiem, jak bardzo czarne poczucie humoru trzeba mieć, albo inny "poziom tolerancji" na niektóre tematy, by czerpać przyjemność z tego występu. Dla mnie widok faceta na scenie który markuje masturbację jest całkiem zwyczajny jak na stand-up. Jeśli to jest wasz poziom, to dostaniecie zwarty, godzinny występ, bez dłużyzn lub lania wody. Louis kilka razy się zgubi, ale zupełnie tego nie widać - cały czas mówi, i to nie przestaje być zabawne. Nawet dla mnie - poza jednym momentem w którym opowiada jak nienawidzi pewnego dzieciaka z przedszkola, do którego chodzi jego córka (patrz wstęp tej notki). Kontakt z widownią lub montaż bez zarzutu.
http://rateyourmusic.com/film/louis_c_k___live_at_the_beacon_theater/
piątek, 15 listopada 2013
(felieton) Byłem w Imaxie...
Nie, nie drugi raz. Wciąż mam tu na myśli seans "Grawitacji". 30 złotych wydałem, plus jeszcze parę złotych na dojazd. Przy sprawdzaniu biletu dostałem specjalne okulary do 3D i prezerwatywę, jednak w środku okazała się być chusteczka. Co do diabła? Na opakowaniu pisało, że okulary które dostałem to delikatne ustrojstwo, i mam na nie uważać. W razie problemów,mogę przetrzeć tylko ową wilgotną chusteczką. Siadam, patrzę pod światło na te okulary i oczom nie mogę uwierzyć, były ujebane. Jakbym własnych okularów nie mył przez tydzień, to by wyglądały lepiej niż to co dostałem. A chusteczka pomogła nie do końca, choć było już lepiej.
Ale to nie mój główny problem z tym kinem. Otóż są nim reklamy. Siedziałem w piątym rzędzie i czułem się jak bohater drugiej nowelki z miniserialu "Black Mirror". Żył on tam w świecie zdominowanym przez reklamy, były one dosłownie wszędzie, i ich oglądanie było wręcz warunkiem życia. Jeśli zamknął oczy na dłużej niż 10 sekund, był karany. Gdy mówimy o ekranie Imax, to mówimy o czym, co wypełnia 70-80% pola waszego widzenia. Żeby dać wam pojęcie, jak bardzo ono jest duże, wyciągnijcie ręce po bokach, pomerdajcie kciukiem i odsuńcie ręce jak najdalej w bok. To będzie niemal 180', a ja wtedy widziałem niemal tylko reklamy.
Wszystko przez to nagłośnienie... ogłuchnąć mogłem. Nie rozumiem, jak można rządzić takim kinem, bez pojęcia co ono robi. Cała ta masakra trwała 30 minut, dzielona w głupi sposób kolejnym chwaleniem kina Imax, tak jakbym już tam nie siedział, lub jakimiś wizualnymi sztuczkami, bo to przecież 3D!... po których przychodziły kolejne reklamy w 2D. Bez sensu. Nic nie widziałem, reklamy nie były przystosowane, boki były obcięte, z dołu świeciły lampy więc dolna część reklamy i tak była niewidoczna, do tego całość wyglądała jak rozpikselizowana. Efekt: oczy i uszy zmęczone w trzy minuty. Na samym filmie tego już nie było. Największy ekran w Europie, i dają reklamy przystosowane do najmniejszych sal w Kinotece. Przypominam, dałem za to 30 złotych.
Nie jestem wariatem, i nie będę krzyczeć, że to trzeba zakazać! Zmierzyć! Uregulować!, nie. Nie pomagajmy rządowi w dalszym udawaniu, że on coś robi poza utrudnianiem wszystkiego. Tu chodzi o brak przyzwoitości, o nieszanowanie klienta, a nie działanie wbrew prawu. Konkluzja? Przeczekajcie początek przed salą, lub zwyczajnie się spóźnijcie. Miejsca są numerowane, więc spokojnie. A jeśli nie pozwolą po takim czasie wejść - trudno, kino Imax upadnie z braku klientów.
A tak niewiele trzeba by zmienić. Ciszej, reklamy przystosowane do takiego ekranu, zawierające normalne 3D... choćby premier na BR wykorzystujących tę technologię, i reklamy jej samej.
Bo ja lubię reklamy, rozumiem ich znaczenie i sens. Chociaż ostatnio warto je oglądać tylko po to, by pośmiać się z ludzi, którzy zapłacili za ich produkcję, i wyrzucili tyle kasy w błoto. Lubię zwiastuny, szczególnie gdy idę na 3D i one też takie są. Ale to co zobaczyłem to był brak najzwyklejszej przyzwoitości.
Ale to nie mój główny problem z tym kinem. Otóż są nim reklamy. Siedziałem w piątym rzędzie i czułem się jak bohater drugiej nowelki z miniserialu "Black Mirror". Żył on tam w świecie zdominowanym przez reklamy, były one dosłownie wszędzie, i ich oglądanie było wręcz warunkiem życia. Jeśli zamknął oczy na dłużej niż 10 sekund, był karany. Gdy mówimy o ekranie Imax, to mówimy o czym, co wypełnia 70-80% pola waszego widzenia. Żeby dać wam pojęcie, jak bardzo ono jest duże, wyciągnijcie ręce po bokach, pomerdajcie kciukiem i odsuńcie ręce jak najdalej w bok. To będzie niemal 180', a ja wtedy widziałem niemal tylko reklamy.
Wszystko przez to nagłośnienie... ogłuchnąć mogłem. Nie rozumiem, jak można rządzić takim kinem, bez pojęcia co ono robi. Cała ta masakra trwała 30 minut, dzielona w głupi sposób kolejnym chwaleniem kina Imax, tak jakbym już tam nie siedział, lub jakimiś wizualnymi sztuczkami, bo to przecież 3D!... po których przychodziły kolejne reklamy w 2D. Bez sensu. Nic nie widziałem, reklamy nie były przystosowane, boki były obcięte, z dołu świeciły lampy więc dolna część reklamy i tak była niewidoczna, do tego całość wyglądała jak rozpikselizowana. Efekt: oczy i uszy zmęczone w trzy minuty. Na samym filmie tego już nie było. Największy ekran w Europie, i dają reklamy przystosowane do najmniejszych sal w Kinotece. Przypominam, dałem za to 30 złotych.
Nie jestem wariatem, i nie będę krzyczeć, że to trzeba zakazać! Zmierzyć! Uregulować!, nie. Nie pomagajmy rządowi w dalszym udawaniu, że on coś robi poza utrudnianiem wszystkiego. Tu chodzi o brak przyzwoitości, o nieszanowanie klienta, a nie działanie wbrew prawu. Konkluzja? Przeczekajcie początek przed salą, lub zwyczajnie się spóźnijcie. Miejsca są numerowane, więc spokojnie. A jeśli nie pozwolą po takim czasie wejść - trudno, kino Imax upadnie z braku klientów.
A tak niewiele trzeba by zmienić. Ciszej, reklamy przystosowane do takiego ekranu, zawierające normalne 3D... choćby premier na BR wykorzystujących tę technologię, i reklamy jej samej.
Bo ja lubię reklamy, rozumiem ich znaczenie i sens. Chociaż ostatnio warto je oglądać tylko po to, by pośmiać się z ludzi, którzy zapłacili za ich produkcję, i wyrzucili tyle kasy w błoto. Lubię zwiastuny, szczególnie gdy idę na 3D i one też takie są. Ale to co zobaczyłem to był brak najzwyklejszej przyzwoitości.
niedziela, 10 listopada 2013
Narodziny narodu
Historical Drama, 1915
a.k.a. Narodziny kina. XIX wiek, Ameryka u progu wojny secesyjnej z perspektywy dwóch rodzin.
Znalazłem sposób na długie filmy. W tygodniu serialowym codziennie będę oglądał część takiego filmu, dzięki czemu w końcu je obejrzę. Tak z dnia na dzień trudno jest zebrać się do czegoś co trwa 4 godziny i więcej, szczególnie że czasy w których oglądałem z biegu "Dawno temu w Ameryce" już minęły. Raczej. Notatka z tym filmem miała się pojawić w piątek, nie wyrobiłem się z powodu innych zajęć. Ale nie samego filmu! Ogląda się go znakomicie. Teoretycznie miałem oglądać po niecałe 39 minut dziennie, a przy pierwszym podejściu obejrzałem niemal całą pierwszą połowę (nie wiedząc, że film w ogóle jest podzielony, po zabójstwie Lincolna zrobiłem przerwę, wróciłem następnego dnia, dwie sceny minęły i pojawił się napis: "Koniec pierwszej połowy"). Ponad trzy godziny zaliczyłem na dwa podejścia, i nie wyciąłbym z nich nawet sceny. Może przy powtórce kto wie.
a.k.a. Narodziny kina. XIX wiek, Ameryka u progu wojny secesyjnej z perspektywy dwóch rodzin.
Znalazłem sposób na długie filmy. W tygodniu serialowym codziennie będę oglądał część takiego filmu, dzięki czemu w końcu je obejrzę. Tak z dnia na dzień trudno jest zebrać się do czegoś co trwa 4 godziny i więcej, szczególnie że czasy w których oglądałem z biegu "Dawno temu w Ameryce" już minęły. Raczej. Notatka z tym filmem miała się pojawić w piątek, nie wyrobiłem się z powodu innych zajęć. Ale nie samego filmu! Ogląda się go znakomicie. Teoretycznie miałem oglądać po niecałe 39 minut dziennie, a przy pierwszym podejściu obejrzałem niemal całą pierwszą połowę (nie wiedząc, że film w ogóle jest podzielony, po zabójstwie Lincolna zrobiłem przerwę, wróciłem następnego dnia, dwie sceny minęły i pojawił się napis: "Koniec pierwszej połowy"). Ponad trzy godziny zaliczyłem na dwa podejścia, i nie wyciąłbym z nich nawet sceny. Może przy powtórce kto wie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

