Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 stycznia 2017

Podsumowanie osobiste 2016 roku. Nowy tryb życia

Uwaga - to nie jest podsumowanie najlepszych filmów ubiegłego roku, ani w ogóle nie robię tutaj żadnych rankingów. Na wybór najlepszych piosenek, seriali i produkcji fabularnych przyjdzie jeszcze czas. Teraz chcę napisać o tych rzeczach które działy się ostatnio w moim życiu, a nie są prywatne.

2016 rok był dla mnie bardzo ważny. Nie tylko dlatego, że obejrzałem "The Shield", skończyłem pisać scenariusz filmu fabularnego "Kara ludzka" oraz pojechałem pierwszy raz na Festiwal Pięć Smaków. Istotny jest też fakt, że zacząłem studia. A to wpłynęło na mój tryb życia. 

Moją aspiracją było bycie lepszym człowiekiem, więc wybrałem kierunek garretyzacji, gdzie uczę się takich rzeczy jak garretyka oraz garretologia. Będę lepszym Garretem. Same studia to temat na oddzielny tekst (a nawet podcast, od lat 18) - w skrócie jest to nadal żart z edukacji. Ale w porównaniu do szkół podstawowych i średnich to jest tak gigantyczna różnica, że nie mam problemu z płaceniem za nie. Wybrałem formę niestacjonarną, i dojeżdżam co drugi weekend na uniwersytet, gdzie siedzę 12 godzin dziennie, od piątku do niedzieli.

Dodać do tego pracę w ciągu tygodnia... To musiało wpłynąć na mój rytm życia. Ale znalazłem sposób, by pogodzić ze sobą różne elementy. Własne teksty, wizyty na siłowni, filmy, gry, seriale, muzyka, nauka, filmiki z YouTube (tak, one też zajmują sporo czasu, to poważna sprawa) oraz sen czy jedzenie. Muszę w końcu zacząć kiedyś tyć. Przynajmniej więcej ćwiczę, to mam większy apetyt. Wykorzystuję wolny czas w pracy by się uczyć, i zejdę też na koniec na te pół godziny, by poćwiczyć na miejscu. Po powrocie do domu nie mam już problemu by zjeść i zasiąść do pisania. Zacząłem iść spać dosyć wcześnie teraz. Jak tylko czuję zmęczenie to idę do łóżka, na przykład około 21. I wcześniej. Potem budzę się o piątej nad ranem, albo o czwartej... i wcześniej. Co ciekawe, wyeliminowało to moją potrzebę drzemki w trakcie dnia. Wcześniej w ciągu roku zasypiałem zaraz po powrocie z pracy, a nawet w pracy często miałem ciężkie powieki. Teraz śpię w nocy mniej niż potrzebuję, a mimo to moje potrzeby są zaspokojone.

Budzę się sam, bez budzika. Leżę w łóżku, słuchając podcastów z YT na telefonie, bez stresu. Czasami leżę tak i godzinę, zanim się podniosę. W autobusie staram się uczyć. Kiedyś miałem problem z podróżami, co powoli mi znika. Na studia jeżdżę godzinę w jedną stronę, często po powrocie od razu kładę się spać by następnego dnia tylko wstać bez śniadania i jechać na wykład. Akceptuję to, tak po prostu. Słucham wtedy muzyki. Nie mam nawet problemu by pojechać do Warszawy na weekend teraz, gdy odkryłem, iż mogę tam wygodniej i szybciej dotrzeć przy pomocy ciuchci. Dzięki temu byłem na Pięciu Smakach przez weekend. Pracę skończyłem o 15:15, autobus odjechał o 16:05 do ciuchci, do której jechałem półtorej godziny, o 17:41 odjazd do stolicy w której byłem o 20:10. A mój pierwszy seans zaczynał się w ramach festiwalu o 20:30. I wszyscy byli zadowoleni. Ja sam nie czuję się dziwnie z tym, że wychodzę spakowany do pracy o 7 w piątek by wrócić do miejsce gdzie mieszkam w niedzielę po południu.

Gry ostatnio bardzo potaniały, i regularnie moja kolekcja powiększa się. Ale gram coraz mniej tak naprawdę. Rok 2016 to był rok głównie produkcji typu tower defense: "Gem-Craft: Chasing Shadows" (54,1h), "DeathTrap" (40,6h), "Ancient Planet" (18,2h), . Do perełek zaliczę zdecydowanie "Talos Principle" (18h, dodatek zakupiony, więc będzie jeszcze - arcydzieło gier logicznych i jedna z najlepszych przygód jakie miałem przyjemność przeżyć przed monitorem!), "Binary Domain" (12h, fenomenalny TPS ze znakomitą fabułą). Ciesze się, że przeszedłem też "Life is Strange" (14,2h) oraz "Zombie Driver HD" (14h), 

Grałem oczywiście więcej, ale tylko na powyższe tytuły poświęciłem więcej niż 10 godzin. Wciąż moim wyrzutem sumienia jest "Counter Strike: Global Offensive", w który chcę grać, ale jednocześnie nie mogę porządnie przysiąść, by wyrobić sobie jakąś stałą formę. Zamiast tego od czapy gram kilka meczy, idzie mi średnio, spada mi ranga, i znowu nie gram przez dwa tygodnie...

Podczas tych świąt kupiłem zaledwie dwa tytuły, zadowalając się graniem w to co już posiadam. Będę musiał przeznaczać teraz wolne weekendy na granie, by się wydostać z tego dołka. 

Czegoś w tym wszystkim brakuje, prawda? Filmów, seriali... i muzyki, tak naprawdę. Niewiele słuchałem w porównaniu do lat wcześniejszych. Mam ochotę grać, ale przecież muszę coś oglądać, prawda? Seriale potrzebują o wiele więcej czasu, a filmy... można połykać. I wygląda, jakbym codziennie coś oglądać, gdy w rzeczywistości miałem bardzo długie okresy, gdy niczego nie włączałem. A potem oglądałem przez kilka dni po parę tytułów na dobę i potem manipulowałem przy dacie obejrzenia na filmwebie tak, by wyglądało jakbym oglądać jeden film dziennie.

Ale dobra, pomówmy o filmach oglądanych w 2016 roku. Liczę z powtórkami, więc było ich w sumie 394 przy średniej 5.94 (dla porównania lata wcześniejsze: 2015 - 340 przy średniej 5.65; 2014 - 279 przy średniej 5.84). Nie licząc nowości i tytułów które dopiero teraz mają swoją polską premierę, najlepiej wspominam odkrycie (przez przypadek) filmografii Mikio Naruse, czyli kolejnego Azjaty który tworzył jeszcze w epoce kina niemego, potem przeniósł się płynnie do dźwięku, tworzył wspaniałe kino... I dziś nikt o nim nie pamięta. Do tej pory obejrzałem trzy tytuły od niego - "Gdy kobieta wchodzi po schodach" zdecydowanie najlepsze. W dalszej kolejności bardzo pozytywnie wspominam: "Szczególny dzień" (precyzyjny melodramat), "Skrzydła motyla" (takie kino właśnie chcę oglądać!) Poczyniłem też liczne powtórki: "Broken Flowers", "Stalker", "Tokio Story"... Ale najlepszą decyzją było zdecydowanie danie drugiej szansy dla "Furmana śmierci". Doskonały tytuł, który bardzo zyskał w moich oczach po latach. Czyżby pierwsze arcydzieło w historii kina?

1/10 - 1 ("Lichwiarz". Wczesny Chaplin to nie ten sam włóczęga co w pełnych metrażach)
2/10 - 7 (np. "Pilecki". Niewiele się denerwowałem w tym roku. Dobrze!)
3/10 - 7 (było źle, ale też śmiesznie. "Bitwa Warszawska" czy też "Córki Dancingu")
4/10 - 19 ("Awaria". Sporo niespełnionego, pozbawionego celu i kreatywności tytułów)
5/10 - 79 (tytuły o których zapomniałem następnego dnia. Jak "Deadpool" czy "Jason Burne")
6/10 - 148 (najpopularniejsza ocena. Poszła m.in. do kiczowatego "Obrońcy")
7/10 - 109 (od "Człowieka scyzoryka" po "Boginię", szalenie zróżnicowana lista tytułów. Wspaniały rok!)
8/10 - 21 (głównie powtórki, jak "Bez przebaczenia", ale też sporo nowości z ubiegłego roku!)
9/10 - 1 (jeśli macie możliwość oglądania "Stalkera" w kinie, skorzystajcie!)
10/10 - 1 (włączam "Clerks" około północy by obejrzeć jedną scenę, a oglądam do końca, i to po raz 40 albo 50 - dycha jak w butach!)

Obecnie nie mam nigdzie zakupionego abonamentu. Ani Netflix, Hulu czy Filmstruck. Nie mam czasu, by korzystać. A przecież do Polski zajrzał Amazon Prime, znajomy pokazał mi portal VoD BrownSugar, który też chcę sprawdzić... Nie mam czasu, by wykorzystać darmowe okresy próbne tych stron. W najbliższym czasie to się nie zmieni, koniec roku i podsumowania, więc mam ochotę oglądać nowości. 

A potem... myślę, że w 2017 roku odpuszczę filmy. I skupię się na serialach. Oczywiście, pojawię się na paru festiwalach, i czasem coś obejrzę, ale jednak mam dosyć tego próbowania zadowolenia wszystkich rejonów naraz. Spróbuję specjalizacji. "Z archiwum X", "Kochane kłopoty"... Te i wiele innych produkcji obejrzałem zaledwie po jednym lub dwóch sezonach. To się musi zmienić, i w 2017 roku dokończę w końcu co zacząłem. Raz a dobrze. Jak więc chcecie, to polecajcie. Obejrzę wszystko, byle to była uczciwa rekomendacja. Taka, którą moglibyście mi dać nawet i za rok. Nie chcę słyszeć o tytułach które ostatnio obejrzeliście "i są całkiem dobre". Takie produkcje dopiero przede mną, bo wciąż mam za uszami tytuły które są legendami telewizji. Na pierwszy ogień pójdzie "M*A*S*H". Może "Tyler Mary Moore" od razu zacznę... Tak czy siak, 236 seriali mam do obejrzenia. Zróbmy coś z tym!

Ale w ubiegłym roku jednak coś obejrzałem! Dokończyłem ostatnie pięć sezonów "The Shield", które zgodnie z obietnicami Internetu okazało się jednym z najważniejszych przeżyć jakie dostałem od kina w swoim życiu. Głębiej poznałem "All in the Family", fenomenalny sitcom z czasów gdy śmiech widowni był nagrodą dla artysty na scenie. Plus, to właśnie w tej produkcji pojawia się najprawdopodobniej mój ulubiony żart wszech czasów. Obecnie mam za sobą 54 epizody tej produkcji (pierwszy sezon + po pięć najlepszych odcinków z każdego kolejnego sezonu). Dzięki polskiemu Netflixowi obejrzałem też dokumenty Kena Burnsa - 14-godzinny "The War" o WW2 ze strony USA, oraz trzy godziny o "Prohibicji" (co okazało się cholernie interesującym i znaczącym tematem!). Zaryzykowałem i okazało się, że seans "Gravity Falls" było strzałem w dziesiątkę. Podobnie z "Kochanymi kłopotami". Piszę poważnie.

Warto też wspomnieć o "I nie było już nikogo" (trzygodzinna ekranizacja Agathy Christie, która wywalczyła sobie prawo do uznania jej, pomimo setek podobnych adaptacji), "Steings: Gate" (świetnie wykorzystany koncept człowieka wobec podróży w czasie). Obejrzałem "The Hooneymoners", jeden z pierwszych seriali w historii telewizji (i pierwowzór naszych "Miodowych lat") który średnio zniósł upływ czasu, "One Punch Man", pierwszy sezon "Fargo", "Over the Garden Wall". Powtórzyłem sobie pierwszy sezon "MacGyvera" i bawiłem się przednio!

Nie zawiodłem się też na ciągach dalszych znanych mi seriali - trzeci sezon "BoJacka" dostarczył mi tyle ile potrzebowałem, "Scream" przewyższył moje oczekiwania prowadząc wciągającą i energetyczną opowieść z clifhangerem na końcu prawie każdego odcinka (a potem dostarczył znakomity dwugodzinny Halloween Special). Dwudziesty sezon "South Parku" to raczej oczywistość. Ta produkcja zawsze będzie genialna. A biorąc pod uwagę, że twórcy cały czas robią coś nowego, próbują nowych rzeczy, i wychodzi im to tylko lepiej... Są konkurencją tylko dla samych siebie. I biorą z tego użytek. Siódmy sezon "Archera" był w porządku. Jak cały serial. Bawi mnie, a potem o nim zapominam. Dziwna rzecz.


Najlepszy żart jaki zrobiłem w ubiegłym roku:

1) Gdy troll w Internecie otwiera paszczę: "Żeby móc obrażać ludzi nie musisz płacić za Internet. Wystarczy, że będziesz siedzieć w oknie i trochę podnosić głos na przechodniów. Więcej będziesz mieć na narkotyki i alkohol. Profit. Wesołych świąt."

2) Opis "Rzymskich wakacji" (1953): "Halo, Ameryka? Odbudowaliśmy Rzym. Weźcie zróbcie o tym film z wielkimi gwiazdami; I co one tam będą robić?; Nie wiem, k****, spacerować"

Pewnie coś pominąłem, ale to się dopisze. Tak czy siak - zacząłem studiować, zacząłem nagrywać podcasty, myślę o podbiciu świata, napisaniu przynajmniej jednego kolejnego scenariusza (i nad poprawą wcześniejszych), olaniu filmów i nadrobienia seriali.

wtorek, 1 listopada 2016

Obejrzałem w październiku dobre filmy. I seriale.

Dzień żywych trupów / Day of the Dead - 7+/10. Nie jestem fanem serii. Zarówno "Noc..." jak i "Świt..." mnie nużyły, i przeszedłem obok nich obojętnie, bardziej z obowiązku. "Dzień..." nie ma tego bagażu, i podszedłem do niego na zasadzie "zobaczę początek, jak umrę z nudów to włączę coś innego". Okazało się, że to nie jest taki film, który chciałbym wyłączyć. Pierwsza scena snu mnie chwyciła - pokazała mi, że to będzie inne kino. Opening, w którym główna bohaterka wędruje helikopterem po okolicy i szuka ocalonych - już ta scena samotnie zyskała z miejsca status ulubionej. Pustkowie, z pieniędzmi walącymi się po ulicy, gdzie pojedynczo zaczynają wyłaniać się zombie... A między nimi CHOLERNY KROKODYL! Co za klimat! Tutaj nie było kogo ratować. Wrócili do bazy, gdzie sobie... żyją. Tak, to zaskakujące, ale tak naprawdę nie ma tutaj fabuły. Są ludzie i ich życie, jakieś rzeczy się dzieją i następują po sobie, ale koniec końców nie mamy zielonego pojęcia, do czego ta produkcja prowadzi. Każda scena jest jakąś niespodzianką, a niepokojące napięcie towarzyszy nam cały czas. Wiemy, że wybuch może nastąpić w każdej chwili, w końcu ile można tak siedzieć w bazie podczas inwazji zombie z myślą, że jesteśmy jedynymi żywymi ludźmi na świecie? Wśród tych ludzi wyjątkiem jest nasza główna bohaterka - ostatnia dorosła osoba na świecie? Reszta łatwo traci nerwy, ale w przeciwieństwie do wielu innych produkcji o zombie, oni nie byli po prostu debilami. Byli ludźmi, których sytuację omówiono zaskakująco barwnie, i jesteśmy w stanie ich zrozumieć. Czuć po prostu, że dawno przekroczyliśmy granicę kiedy można było powiedzieć coś w stylu: "Uspokójcie się!". To również buduję obłędną atmosferę, ale... cholera, te efekty specjalne! Wszystko, co słyszeliście o filmie "Wołyń" jest prawdą, ale w "Day of the Dead". Słowa nie zdradzę, co tutaj się wyprawia - to może być najbardziej dorosły film, jaki w życiu widziałem. Przemoc nie jest tutaj traktowana jak w "Wołyniu" albo "Pile", bo jest... mało filmowa. Oczywiście, można mieć frajdę z tego jak to wszystko wygląda, jak w każdym innym brutalnym filmie. Można też się zachwycać czysto technicznie efektami specjalnymi, które przecież powstały bez pomocy komputerów. Ale w żadnym momencie podczas seansu nie poczułem, że wszystkie te brutalne rzeczy, które są na ekranie, były w jakiś sposób podbite. Ten temat zasługuje na oddzielny tekst, dlatego teraz napiszę tylko: one były naturalne. Były częścią życia. Pokazywano mi je w taki sam sposób jak całą resztę, bez ambicji wywołania szoku. To były okropne rzeczy, których nigdy bym nie chciał oglądać.


****SERIALE****



MacGyver (sezon I) - 7/10. Powtórka po latach. Na Hulu obecnie jest tylko pierwszy sezon, z czego obejrzałem 10 epizodów - i bawiłem się przednio, powiem wam. Zapewne znacie ten serial i tę postać - człowieka, który ucieknie z celi korzystając wyłącznie z łóżka, a do sejfu włamie się przy użyciu butelki wina. Serial idealnie trafił w swoje czasy i widownię - wtedy każdy chciał być jak MacGyver. Swobodny i zorganizowany, umiejący sobie poradzić w dowolnej sytuacji. Uczył każdego dzieciaka wartości "odwrócenia uwagi przeciwnika". Trudno było podpiąć umiejętności MacGyvera do jednej gałęzi wiedzy. Zdawał się on znać na wszystkim, od fizyki przez biologię na szkole przetrwania kończąc. A my chcieliśmy wiedzieć tyle samo, by być takim jak on. Dowiedzieć się, jak działa to co widzimy na ekranie - bo tego nigdy nie pokazywano. Wiemy, że można otworzyć zamek scyzorykiem, a samochód odpalić korzystając z gumki recepturki, ale w jaki sposób? Tego nie było nam dane obserwować. Jego praca? Były wojskowy od zadań specjalnych. Ochrona świadka, dostarczenie ważnych dokumentów, odebranie skradzionych dóbr. Pod względem konstrukcji ten serial jest prawie jak produkcja o idiocie który ma dużo szczęścia. Głupku, który rzuca podkową przez ramię we właściwym momencie i trafia zawodowego mordercę światowej klasy. Inni to widzą i myślą sobie: "Czyli ten głupek tylko udaje głupka!". Wiecie o czym mówię? Tak też jest tutaj - przeciwnicy MacGyvera nie dotrzymują mu klasy. Oglądając serial miałem kilkukrotnie wrażenie, że gdyby kolejne zagrożenie dla życia naszego bohatera było faktycznie poważne, to MacGyver by przegrał bardzo szybko. Czy to przeszkadza? Niekoniecznie. Jak dla mnie ten balans jest dobrze wyważony, i akcja jest odpowiednio dramatyczna. Trzyma w napięciu, a okoliczności są wyjątkowe dla każdego epizodu.  Metody bohatera zawsze umieją utrzymać uwagę, a on sam jest niezwykle sympatyczny. Chce się go oglądać. Chętnie obejrzę kolejne sezony, gdy będę miał taką możliwość. Najlepsze epizody: "The Heist" (Mac napada na kasyno w pojedynkę!), "The Prodigal" (Mac prowadzi skradziony samochód zanim jeszcze wypił poranną kawę!), "Target MacGyver" (słynny morderca zostaje wynajęty by sprzątnąć naszego bohatera, więc Mac odwiedza swojego dziadka. Pojedynek z zabójcą jest wyjątkowo niepoważny, ale rozbudowa relacji jest wystarczająco dobra!), "Nightmares" (Mac ma tylko sześć godzin, by położyć łapy na odtrutce, inaczej umrze!), "Countdown" (bomba na statku podłożona przez błyskotliwego terrorystę, znakomity pojedynek umysłów!), "The Escape" (Mac ucieka z więzienia!) i "The Assassin" (kolejny pojedynek wielkich umysłów). Dobra, trochę tego się zebrało. Najlepszym jest " The Escape" (1x20).

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Podcast o 10 najlepszych filmach na Nowych Horyzontach 2016

...które dopiero będą mieć swoją premierę w Polsce. Niektóre nawet mają ją już ustaloną.







Jakby powyższy link nie działał, tutaj też znajdziecie ów podcast: 


01:44 Miejsce 10

05:22 Miejsce 9
10:11 Miejsce 8
12:46 Miejsce 7
15:30 Miejsce 6
20:49 Miejsce 5
24:20 Miejsce 4
27:08 Miejsce 3
30:33 Miejsce 2
32:57 Miejsce 1

Pozostałe moje teksty o Nowych Horyzontach znajdziecie tutaj:
http://garretreza.blogspot.com/search/label/Nowe%20Horyzonty

poniedziałek, 8 lutego 2016

Garrety & Rezy 2015. Podsumowanie filmowe roku

Co zapamiętamy z minionego roku?

W Polsce miały miejsce protesty górników na początku stycznia, otwarto drugą linię metra (nadal w Warszawie), wybrano nowego prezydenta (Kubuś Duda) oraz rząd ogólny, a to póki co poskutkowało zmianami w telewizji publicznej, której nikt nie ogląda, i powstaniem czegoś takiego jak KOD. Coraz więcej też wiadomo o tym, co się naprawdę dzieje w Polsce po '89.

Na świecie w tym czasie doszło do zamachów terrorystycznych na redakcję w Paryżu, muzeum w Tunisie, Susie (Tunezja), Suruc (Turcja), Bangkoku, Ankarze, ponownie w Paryżu i San Bernardino (USA); kurs franka szwajcarskiego wzrósł i parenaście milionów ludzi ogarnęło się, jak niewiele wiedzą o ekonomii; państwo Islamskie zniszczyło świątynię Baalszamina w Palmyrze; opisano nieznany wcześniej gatunek człowieka o nazwie Homo naledi; znaleziono dowody na obecność słonej wody na Marsie; w kilku miejscach zalegalizowano też śluby jednopłciowe i niektóre narkotyki.

Najważniejsza była oczywiście kwestia imigrantów socjalnych, albo uchodźców czy też jak ich się teraz oficjalnie nazywa, którzy zaczęli uciekać w kierunku Europy. Świat podzielił się przez to na trzy strony: jedni krzyczeli, że owi imigranci chcą jedynie pobierać socjal i gwałcić kobiety; drudzy krzyczeli, że oni wszyscy są biednymi ofiarami wojny i należy im się pomoc. Niewielu bo niewielu, ale jednak kilka osób jest które słuchają obu stron i chcą znać cały obraz sytuacji. Pozostali trzymają się swojego zdania i czytają tylko to co potwierdzi ich rację. Ja czekam, aż w końcu się wyjaśni, skąd cała ta propaganda i czemu Unii tak zależy by nic szerzej nie mówić o gwałtach, a nawet karać w ten lub inny sposób za informowanie o tym. Bo oni nie są głupi, wiedzą co robią, i chcę wiedzieć, jak na tym całym zamieszaniu zarabiają. A tym czasem wydaje się, że oni na tym wszystkim tylko tracą.

Warto też wspomnieć o premierze "Star Wars VII". Naprawdę ulżyło mi gdy usłyszałem pozytywne recenzje, a potem ogólny zachwyt. Nie ze względów osobistych - mnie tam chrzanić - ale inni naprawdę wariowali na punkcie tego tytułu, oglądali i analizowali trailery - aż miło było na to patrzeć. I dobrze, że oczekiwania zostały spełnione. Czuć było w powietrzu ten spoko. Oczywiście znalazło się z trzech ludzi którzy uznali, że ludzie nie powinni tego filmu lubić AŻ TAK, i skończyli w taki sposób, że teraz w ogóle go nie lubią. Ale cała reszta nie zwraca na nich uwagi i po prostu lubi ten film.

W 2015 roku zmarł Tadeusz Konwicki, reżyser "Salta" - Leonard Nimoy, Spock z klasycznego składu "Star Treka" - Terry Pratchett, autor "Świata Dysku" - Christopher Lee, wokalista metalowy - James Horner, kompozytor muzyki do "Titanica" - Omar Sharif, czyli Sherif Ali z "Lawrence'a z Arabii" - Wes Craven, legenda horroru i slasherów -  oraz Marcin Wrona, reżyser "Chrztu", tuż przed premierą swojego ostatniego filmu.

Danuta Szaflarska (101), Kirk Duglas (99), Stanley Donen (91), Andrzej Wajda (90), Dick Van Dyke (90), Norman Jewison (90), Ennio Morricone (87), Clint Eastwood (85), Gene Wilder (82), Jan Švankmajer (81), Maggie Smith (81), Shirley MacLaine (81), Woody Allen (80) i James Cromwell (76) żyją nadal.



To wszystko wypełniało nasze życie pomiędzy kolejnymi wizytami w kinie. A teraz czas na notkę ku pamięci o tych filmach, które chcę zapamiętać z mijającego roku. Oto:


Garretowy
Top 18
(tak naprawdę 17,5, ale ciii)
Najlepszych filmów 2015 roku




wtorek, 20 stycznia 2015

Najlepsze odcinki seriali jakie zobaczyłem w 2014

Mam nadzieję za rok być bardziej na bieżąco z nowościami i móc zrobić drugą listę wyłączającą najnowsze pozycje... Ale to jeszcze nie w tym roku. 52 tygodnie za mną, a ja w tym czasie zobaczyłem z 40 sezonów różnych seriali. Pośród nich było mnóstwo perełek, które chcę wyróżnić.

- Bez spoilerów
- Bez powtórek
- bez dokumentów
- Jeden odcinek na produkcję
- Trzy z niżej opisanych można oglądać bez znajomości reszty produkcji ("South Park", "Newsroom")



Miejsce 10: "Everyone's Waiting" ("Sześć stóp pod ziemią / Six Feet Under" - 5x12)

Opowieść o rodzinie Fisherów świadczącej usługi pogrzebowe to czarna komedia na początku, a pod koniec czysty melodramat, dotykający kwestii śmierci, homoseksualizmu, szukania szczęścia i wielu innych. Podczas gdy wciąż aktualne pozostaje pytanie, czy ostatni odcinek w ogóle jest dobrym zakończeniem, ostatnie 10 minut to jedna z najsilniejszych chwil w historii kina. Nawet jeśli się nie zgodzisz i zaprzesz jak ja, i tak pękniesz. Próbowałem sobie powtórzyć, nie dałem rady, wyłączyłem w połowie. Smutna rzecz. Czy to uczciwe, by wysoko oceniać cały odcinek jedynie na podstawie fragmentu? Kiedyś się tym problemem zajmę. Ważne jest, że to trzeba zobaczyć. Piękna chwila gloryfikująca życie.

czwartek, 15 stycznia 2015

Ulubione piosenki Garreta z 2014 roku

Pisałem już, co myślę o współczesnej muzyce. Jest jej tyle, że niczym dzieciak pierwszego świata jestem o krok od narzekania, że za dużo tego dobrego. Teraz chcę wymienić to co najlepsze.

Moje podsumowanie zaczyna się w trzeciej minucie i trzydziestej czwartej sekundzie "Blood Guru" Hail Spirit Noir. Wcześniej wokalista krzyczał, czego nie bardzo lubię, ale w tej sekundzie zaczęła się solówka, którą do dziś chcę mieć blisko siebie. Potem również ryzykuję, dając kilka niepopularnych kawałków, które jednak w mojej opinii zasługują na wyróżnienie. Zarówno staromodny David Crosby jak i bardzo nie-pinkowa "Nervana" Pink Floydów. Jedno jest pewne: z każdym kawałkiem jest coraz lepiej i lepiej, zaliczając po drodze melodeklamację La Dispute w "Object in Space", riff "Modern Blue" w piosence Rosanne Cash, kończąc na huraganie gitar w "An Ocean in Between the Waves" od The War on Drugs. Najkrótsza trwa mniej niż 3 minuty, najdłuższa prawie 13. Razem 15 utworów trwających 84 minuty.

czwartek, 9 stycznia 2014

Najczęściej słuchane w 2013 roku

Nic nie będę linkował. YouTube na to nie zasługuje, lepiej poszukać tytuły na własną rękę gdzieś na grooveshark albo Spotify.


Wykonawcy których najczęściej słuchałem w ciągu ostatnich 12 miesięcy:

1. Red Hot Chili Peppers (8 albumów)
2. Elliott Smith (5 albumów, w tym cztery po raz pierwszy)
3. John Frusciante (6 albumów)
4. The Beatles (4 albumy, w tym trzy po raz pierwszy
5. The Magnetic Fields (1 album)
6. Neil Young (3 albumy, w tym jeden po raz pierwszy)
7. Lady Pank (4 albumy, wszystkie po raz pierwszy)
8. David Bowie (4 albumy)
9. Fleetwood Mac (5 albumów)
10.The Rolling Stones (4 albumy, wszystkie po raz pierwszy)



Najczęściej słuchane piosenki:

1. Suzanne Vega – Gypsy
2. Elliott Smith – Between the Bars
3. Breakout – Modlitwa
4. The Stone Roses – This Is the One
4. Suzanne Vega – Tired Of Sleeping
4. The Cure – Last Dance
4. Lady Pank – List Do B.
8. Thelonious Monster – Body And Soul?
9. Agalloch – In the Shadow of Our Pale Companion
9. Lady Pank – Znowu pada deszcz


Przy czym "In the Shadow of Our Pale Companion", które słuchałem około 14 razy, trwa 15 minut, więc jakby to porównać czasowo - deklasuje "Gypsy" (28 odsłuchań) prawie dwa razy.



Najczęściej słuchane albumy:

1. The Magnetic Fields - 69 Love Songs
2. The Beatles - White Album
3. Red Hot Chili Peppers - Stadium Arcadium
4. Lady Pank - Łowcy głów
5. Elliott Smith - XO
6. Sufjan Stevens - Illinois
7. Elliott Smith - Either/Or
8. The Beatles - Abbey Road
9. Lana Del Rey - Born to Die
10.Ennio Morricone - The Legend of 1900



Ulubione piosenki, odsłuchane pierwszy raz w ciągu ostatnich 12 miesięcy:
1. Breakout – Modlitwa
2. Agalloch – In the Shadow of Our Pale Companion
3. The National – Runaway
4. Sufjan Stevens – Chicago
5. Thelonious Monster – Body And Soul?

piątek, 3 stycznia 2014

Lubię swój blog - podsumowanie pierwszego roku

Przeniosłem się tutaj, bo chciałem by to co napiszę należało do mnie, a nie odbiorcy. I docelowo, by odstresować się od wszystkich negatywnych stron Internetu. I w skrócie, to mi się udało. Nawet zebrało się wokół mnie tych kilku ludzi, których reakcje za każdym razem jakoś mnie zaskoczą. Zawsze w pozytywny sposób. Takie rzeczy w Internecie są możliwe!

Ale okazało się, że pisanie bloga oferuje wiele więcej.

Udało mi się zorganizować swoją część życia poświęconą kinu. Późno się zorientowałem, że pisanie o byle czym nie jest atrakcyjne dla czytelnika, ale gdy do tego doszło - znalazłem czas na wszystko. Wcześniej miałem problem ze znalezieniem miejsca na dosłownie wszystko: seriale, długie filmy, stare filmy, polskie, powtórki, nowości... Blog zmusił mnie do organizacji w biegu, uporządkowania tego wszystkiego by był w tym zasada, logika. By fakt pojawienia się notki o danym filmie miał uzasadnienie.

Nie wiem, jak to wygląda z pozycji czytelnika. Z mojej strony jednak widzę same plusy: mój ranking ulubionych filmów, na przykład. Było tam ponad 200 pozycji. Wyczyściłem go pod koniec 2011 roku, i dodawałem tam tylko filmy które powtórzyłem (bo nie dało rady porównać sensownie obrazu widzianego w 2007 roku z tym obejrzanym w 2010, nie mówiąc już o tym, jak zmieniłem się ja i moje spojrzenie na filmy). Na końcu 2012 roku, po 26 miesiącach od wyczyszczenia, lista liczyła jakieś 25 pozycji, uwzględniając przy tym te którym obniżyłem oceny, dawało jakieś 30-kilka powtórek. Dzisiaj na liście jest ponad 60 tytułów, a ogólnie powtórzyłem dobre dwa razy tyle. W tym "Taksówkarza" i inne uznane filmy, które dawno temu oceniłem niżej i dziś nie mam jak tego uzasadnić, bo nic nie pamiętałem...

Wcześniej okresowo przechodziłem z fazy "nie mam co oglądać, tego mi się nie chce" do "kurczaki, tyle jeszcze muszę obejrzeć!" i łapałem się po kolei za wszystko, co miałem pod ręką. Po czym entuzjazm szybko mnie opuszczał, więc gdy znowu miałem wahanie nastrojów zmuszałem się, by oglądać, najlepiej 10 filmów dziennie, bo kto wie, kiedy znowu będę miał taki humor... Teraz jest już inaczej. Oglądam na większym luzie, kontroluję te wszystkie "segmenty" światka filmowego, godzę je i nie mam potrzeby, by to przyspieszyć. Kiedyś robiłem około 450 filmów rocznie, a zdarzyły się miesiące w których widziałem 50-60 tytułów. W 2013 roku widziałem niewiele ponad 300, z czego spora część to były powtórki, więc rzeczywista liczba oglądanych była jeszcze mniejsza. I co? I nic. Jeden dzień, jeden film. Czasem zdarzy się więcej, ale liczba notatek jest stała, dzięki czemu mogę pozwolić sobie na dzień bez filmu. Ale nie mogę sobie za to pozwolić na dzień bez notatki. I co dzień się zbieram, by coś napisać. Nie wspominając już o felietonach, które pojawiają się, jakby nie było, od wakacji. Nigdy wcześniej nie udało mi się zachować takiej stabilności.

Są ludzie mówiący: "Brzmi dobrze, kiedyś obejrzę". 8 miesięcy później przypominają sobie o tym tytule, a oglądają go po kilku latach. A ja mogę taki tytuł umieścić w konkretnym przedziale czasowym, i powiedzieć: "obejrzę ten film w lipcu". I naprawdę to zrobić.

Dzięki ci, blogu, za pomoc w organizacji własnym czasem. I możliwość zaplanowania notatek, to cholernie dobra opcja.

Mam też za sobą standardowy chrzest nowego blogera, naukę opcji jakie mam do dyspozycji (oraz ograniczeniami), do tego mam tu jakąś bazę, pierwsze "obsuwy" z terminem za sobą i posypywanie głowy popiołem, eksperymentowanie z tematyką oraz wyglądem... W każdym razie, mam tę garść powodów by być zadowolonym. W 2014 roku więcej szlifowania, więcej seriali, więcej długich obrazów. Więcej porządku. Prawdopodobnie obok miesiąca seriali zorganizuję sobie miesiąc na wyłączność dla długich filmów. Za dużo ich, by się zadowolić obejrzeniem dwunastu w ciągu roku.

Garść statystyk: typowy gość tej strony to Polak, korzysta z Mozilli (42%) oraz Windowsa (92%). Najpopularniejszych postów i liczby odwiedzin nie będzie, bo boty reklamujące seks-strony psują statystykę. Ale załóżmy, że te 30 tysięcy w tym roku zrobiłem (tyle wejść z Polski), a te 6000 wejść z Rosji to właśnie boty były.;-) Pozostałe 12 tysięcy wejść z innych stron świata to moja tajemnica.

Moja ulubiona notatka - ta poświęcona "Szczęściu". Przy pisaniu jej miałem świadomość, że to będzie mój film roku. Przy robieniu podsumowania okazało się, że jednak był jeden lepszy... Ale o tym za tydzień.