Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowanie miesiąca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowanie miesiąca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 listopada 2017

Widziałem w październiku dobre filmy i seriale



****SERIALE****


Black Mirror, sezon II (2013) - 6/10. Sezon składa się z trzech samodzielnych odcinków. "Zaraz wracam" opowiada o kobiecie, która straciła męża i postanawia skorzystać z usługi, która wykorzysta działalność męża w social-mediach, aby na tej podstawie stworzyć jego sobowtóra. Klona. Przez pół odcinka myślałem, że oglądam banał, ale od połowy robiło się coraz ciekawiej. I ciekawiej. Może nawet... Optymistycznie. Serio, znalazłem coś pozytywnego w tym odcinku. Pocieszającego. Mądrego. Nagle okazuje się, że jednak roboty nie mogą być ludźmi. Spodobało mi się. "Biały niedźwiedź" to z kolei opowieść o kobiecie, która ma amnezję i nikt jej nie pomaga. Nagrywają za to jak obcy ludzie na nią polują jak na zwierzę. Ponownie - tragiczna narracja. Przez pół odcinka myślałem, że mam do czynienia z banałem najgorszego sortu (ludzie są niewrażliwi na ludzką krzywdę), a potem okazało się, że jest to banał z twistem. Nawet dwoma. I... Cholera, to trwało za długo. Efekt wciąż jest męczący i ciężki w oglądaniu. Sci-fi najniższych ambitnie lotów. "The Waldo Momento" zmienia tradycję - ten odcinek ogląda się akurat całkiem nieźle, ale również zmierza donikąd. Komputerowy ludzik staje się maskotką publiczności kiedy zaczyna nabijać się z polityków. Mądry skądinąd morał (nasza tożsamość ginie kiedy przyjmujemy maskę, którą umożliwia nam technologia) rozmywa się dosyć szybko, bo i twórcy zaczynają się powtarzać. Nie mają wiele do powiedzenia i tyle. Plus: to historia nie bardzo w stylu BM, równie dobrze mogła być opowiedziana dwieście lat temu. I zapewne była.


Co do odcinka "White Christmas" to pisałem o nim już niemal trzy lata temu. Genialny odcinek, mój ulubiony z całej produkcji. Ukazał się prawie dwa lata po zakończeniu drugiej serii, więc go nie liczę. To był odcinek specjalny w końcu.

poniedziałek, 16 października 2017

Widziałem we wrześniu dobre filmy i seriale


****SERIALE****


Pozostawieni, sezon II ("The Leftovers, 2015) - 8/10. Nie zazdroszczę ludziom którzy musieli pisać recenzję tego sezonu, bo już pierwsza scena, będąca jednym z najlepszych momentów w historii filmu, jest kompletnym zaskoczeniem i nie wolno recenzentowi nic z tego zdradzać. A tym samym pisanie o reszcie sezonu jest niemożliwe. Musimy więc pisać bez konkretów. Ponownie więc jesteśmy w świecie "Pozostawionych" - ludzi szukających szczęścia w swojej najbardziej bezpośredniej formie. To nie jest opowieść o radzeniu sobie z problemami albo droga do czegoś, nie - to jest fabuła w swej skończonej, ostatecznej i gołej formie. Wciąż bardzo istotny jest tu aspekt duchowy, może nawet jeszcze bardziej niż wcześniej - w końcu już teraz cała filmografia Tarkowskiego i reszty zbita razem nie ma startu do tego serialu - ale nadal nie mówimy nawet o koncepcie boga. Jest on chyba tylko wspominany aby żartować z takiego uproszczenia, że dla ludzi wiara równa się jakiemuś bóstwu który kontroluje wszystko i patrzy z góry. Jestem głęboko zafascynowany personą Damona Lindelofa, który w tej produkcji wynajduje kino na nowo, stawia na głowie każdy możliwy schemat, tworzy sam sobie wszystkie reguły... Jednocześnie jest zrozumiały dla widza. "Pozostawieni" to miniatura w miniaturze, idąca we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale przy tym wszystkim narrator wykonał iście tytaniczną pracę przy trzymaniu opowieści w ścisłej dyscyplinie. Oglądałem i akceptowałem ten świat. Czekałem cierpliwie i wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Gdzie się znajduję, co robię i co oglądam. Wiedziałem co zrobić z tym co jest mi pokazywane. "Pozostawieni" to odwrócenie typowej historii, która zazwyczaj prowadzi do deszczu żab lub innego wielkiego wydarzenia, które otwiera wszystkim oczy. W tym wypadku bardziej się nie da niż zniknięcie 2% populacji ludzi, a jednak to nikogo nie zmienia. Nadal nie umieją godzić się z rzeczywistością, nadal nie potrafią dostrzec prawdziwej wagi rzeczy które je otaczają, nie chcą akceptować, wybierają zapomnienie lub wypierają prawdę. Nadal odrzucają kontrolę nad swoim życiem, nadal zadają niewłaściwe pytania. Wciąż są nieszczęśliwi, zagubieni i nie wiedzą, co zrobić z darem jakim jest życie. Ale szukają.


iZombie, sezony 1-3 (2015-) - 6/10. Satysfakcjonujący i przyjemny w oglądaniu serial o zombie. Jest konsekwentny, zróżnicowany, ciekawy. Każdy odcinek jest istotny i składają się na większą całość, z czasem jest tylko lepszy. Niedługo na PełnejSali pojawi się moja recenzja tego serialu, dlatego teraz nawet nie wiem, co mógłbym napisać. Warto rzucić okiem, nikt nie powinien żałować!


Newhart - 6/10. Po 40 odcinkach. Perypetie gościa prowadzącego pensjonat gdzieś w małym miasteczku. Sympatyczne, ciepłe poczucie humoru - tyle produkcja oferuje i to mi wystarczało. W którymś sezonie to się zmieniło i zaczęło być naprawdę wrednie. Humor opierał się albo na postaciach drugoplanowych, które nic mnie nie obchodziły, albo na tym, aby tworzyć sytuacje, w których wszyscy traktują głównego bohatera jak gówno. Nie moje klimaty... Niemniej, warto włączyć przynajmniej kilka epizodów. Nie tylko dla jednego z najsławniejszych finałów w historii telewizji. Oto moi faworyci:


1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony!)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart


Hatfields & McCoys: Wojna klanów - miniserial ("Hatfields & McCoys", 2012) - 5/10. Serial głupi jak rasizm. Myślałem, że Costner i Paxton będą się bić na pięści przez pięć godzin, a potem się okazało, że to Romeo i Julia w kostiumie westernu. USA zaraz po wojnie secesyjnej (nie musicie wiedzieć, co to). Na niej było dwóch tytułowych kamratów: jeden zdezerterował, bo chciał do żony, a drugi został i ledwo przeżył. Potem było między nimi jeszcze kilka nieporozumień typu daleki kuzyn Harfieldsa podczas wojny zajumał McCoyowi świnię i ten poszedł z tym do sądu, ale nie było dowodów (ktoś zjadł świnię) więc sprawa zakończyła się patem, i to wkurwiło McCoya. I tak jakoś jedno po drugim wydarzeniu sprawiło, że te dwie rodziny się nienawidzą. Ale jak! Będzie taka scena, w której rodzina McCoyów będzie pyskować do Hatfieldsów, a oni będą równie chętni do bijatyki, i wyjdzie jeden taki Hatflieds i powie "Spokój" i będzie uspokajać społeczeństwo. Więc McCoyowie zaczną go bić w pięciu, a on im da radę w pojedynkę. To wyciągną nóż i zaczną go we dwóch dźgać. Też nic. To go zastrzelą. Skubany jeszcze pożyje kilka godzin, nawet wymruczy coś w stylu, że wybacza swoim oprawcom, czy jakoś tak... Ponoć ten mini-serial jest na faktach oparty, ja tam nie wiem. W każdym razie ludzie którzy bili, dźgali i strzelali - oni będą skazani na karę śmierci. I mamy scenę, jak ich matka żegna. I ojciec też. Jako najsmutniejsza rzecz na świecie, najbardziej niesprawiedliwa, w której giną najbardziej niewinne kwiaty tego padołu łez. Ani słowa o tym, że są psychopatami i powinno się im wypchać gardło piachem czy coś takiego, nie. Taka tam, smutna scena, bo dobre chłopaki sobie zaraz przestaną dychać, bidaki. Pożegnanie i wszystko inne, pełen komplet. Świat stoi na głowie. Aż chce się, aby zgodzić się z serialem i wypuścić psychopatów na wolność, przecież ich czynny nie powinny mieć żadnych konsekwencji... A, jeszcze motyw Romeo i Julii. Relacja między zakochanymi wygląda tak: ona wie, że on jest kobieciarzem i ma babę w każdej stodole, każdą podrywa na te same teksty. Ale jest ładny, więc się całują. A potem seks, w towarzystwie jego śpiących sióstr. To byłoby tyle, oni już są zakochani. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, że to na faktach jest, to... Dobra, nieważne. Nie da rady traktować tej produkcji na poważnie. Głupie życie głupich ludzi, na dodatek trwa pięć godzin.

wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów


****SERIALE****


Newhart - 6/10. Coś na kształt "Hotelu Zacisze" w wersji amerykańskiego sitcomu lat 80. Główny bohater - Dick Loudon - jest pisarzem i przeprowadza się do Vermont, gdzie razem z żoną otwierają motel i mają przeróżne perypetie oraz poznają wielu niezwykłych przyjaciół: notorycznego kłamcę Kirka, próżną pokojówkę Stephanie, dziecinnego George'a złotą rączkę oraz najlepszy element całego serialu, czyli trio Larry, Darryl i Darryl - rodzeństwo braci dzielących jeden mózg, z czego dwóch nie mówi; typowi wieśniacy, potulni, zdolni do wszystkiego i uwielbiani przez publiczność. Sam Dick bardzo mocno kojarzył mi się z Johnem Cleese, chociaż to nie jest dobre porównanie. Grający Dicka Bob Newhart jest flegmatyczny, zamknięty w sobie i ostrożny; wyobraźcie sobie Martina Freemana grającego introwertyka i macie Dicka. Humor jak na sitcom opiera się na paru schematach, w tym wypadku jest to postawienie bohaterów w sytuacji, do której nie pasują. Dick nagle dostaje propozycję, aby prowadzić program w telewizji, na co zgadza się, ale okazuje się, że producenci chcą, aby program był popularny, więc mamy kontrast, który rodzi humor. Nasz bohater z rezerwą i kamienną twarzą próbuje prowadzić program, którego gość przyprowadził do studia najmniejszego konia na świecie. Ten odcinek mocno przypomniał mi o dokonaniach grupy Monty Pythona. Bohaterowie "Newhart" to ogromna zaleta serialu, bo są to ludzie których chciałem zobaczyć ponownie, i autentycznie ucieszyłem się kiedy zobaczyłem na IMDb, że Larry, Darryl i Darryl pojawiają się w ponad połowie odcinków. Drugi ważny czynnik to humor, który oferował mi ciepło. Nawet jeśli odcinek jako całość nie był najlepszy, to wciąż dostawałem swoją dawkę odprężenia. W późniejszych sezonach to zaczęło się zmieniać. Sytuacje budowane wokół Dicka były coraz bardziej męczące i niesprawiedliwe (oskarżyli go w jednym odcinku, że jest kosmitą), a bohaterowie drugoplanowi stawali się centralnymi twarzami odcinków, a tego nie chciałem (po co mi Stephanie?). Absolutne dno to odcinek "The Nice Man Cometh" w którym Dick jest gościem programu wieczornego, w którym nic innego nie robią poza obrażaniem naszego bohatera. Ale odcinek finałowy faktycznie warto zobaczyć. Ciekawy pomysł i skuteczna egzekucja, chociaż zabrakło emocji i poczucia pożegnania.



Najlepsze odcinki "Newhart" (kolejność chronologiczna)
1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony?)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart
...po obejrzeniu 40 odcinków.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Widziałem w maju dobre seriale. I filmy.

Panie, panowie - ostatnie cięcie ("Final Cut", 2012) - 6/10. Film złożony z innych filmów. To nadal jest normalna fabuła, ale tutaj, zamiast kolejny raz kręcić, jak ktoś idzie ulicą, to wzięli jakiś inny film, w którym pojawia się scena chodzenia po ulicy, wycięli ją i wsadzili ją tutaj. Da się za tym nadążyć, i ogólnie jest to strasznie ciekawa awangarda, w którą włożono od cholery wysiłku. Zmontowane to jest bajecznie, i chociaż przez pierwszą minutę byłem nastawiony negatywnie (co to, YouTube?), to podczas seansu właściwego bawiłem się znakomicie. Razem z przyjaciółmi krzyczeliśmy co sekundę tytuł filmu, z którego wycięto dany fragment. Świetna zabawa. Na raz. Jeśli obejrzeliście kilka tysięcy filmów i chcecie to świętować, nie ma lepszego wyboru niż seans "Final Cut" właśnie. GARRET POLECA!


Go Get Some Rosemary (2009) - 4/10. Ojciec który jest bardziej kumplem dla swoich dzieci niż rodzicem. Zaskakujące, że wszystkie te niezależne tytuły tworzone przez artystów-indywidualistów wyglądają identycznie. W ich rękach kamera jest jak zupka chińska. Smakuje tak samo i prezentuje się identycznie. Chociaż przyznam - tym razem nie ma ambientu który brzmi jakby ktoś zasnął na jednym klawiszu. Reszta jest bez zmian, w tym i niżej omawianym "Bóg wie co" (ci sami twórcy zresztą). Oba oglądasz przez 30 sekund i już wiesz wszystko co te tytuły mają do zaoferowania, czyli nic. Trwają tak długo, że nie mogą się skończyć, a gdy przychodzi ostatnia scena... To jest to scena jak każda inna, tylko zaczynają nagle lecieć napisy końcowe.



Złoty środek (2009) - 2/10. Film w którym kobieta przebiera się za mężczyznę, i nikt nie zwraca na to uwagę. Trochę jak Superman, tylko bez nadziei i całej reszty, a zamiast tego upchnięto do tego filmu kilka grupek które opowiadają między sobą jakieś słabe dowcipy. I w jakiś sposób jest to filmem. Najlepszy moment był na napisach końcowych, gdy jednego gościa określono "mistrzem oświetlenia". Nie chcę być niemiły, ale są tutaj sceny, w których ta sama twarz na oddaleniu jest oświetlona, a przy zbliżeniu jest dosłownie skryta w cieniu.





****SERIALE****



Kochane kłopoty, sezon 1 ("Gilmour Girls", 2000-01) - 7/10. W maju wróciłem do Netflixa, więc chciałem kontynuować "GG"... Ale stwierdziłem, że skoro tak lubię ten serial, to po co mam się śpieszyć? Obejrzę go od początku w całości, bez przeskakiwania żadnych odcinków. To nie jest konieczne, bo wiele epizodów jest samodzielnych, ale co ja poradzę? Samo oglądanie tej produkcji sprawia mi przyjemność. Rory idzie do drogiego liceum, dzięki czemu uda jej się dostać do Harvardu, ale by mieć na to pieniądze jej matka musi dogadać się z jej bogatą babcią. Dziadkowie wyłożą pieniądze, ale oczekują, że to odbuduje ich relacje rodzinne, i te wszystkie trzy pokolenia będą spotykać się raz w tygodniu na kolacji. To sprawia okazję do rozwiązywania wszystkich problemów wewnętrznych, jakie ci ludzie mają (Lorelai, mama Rory, urodziła ją mając 16 lat, przez co okryła swoich rodziców hańbą). Rory z kolei poznaje swojego pierwszego chłopaka, i spędza z nim czas. Swój pierwszy pocałunek, taniec i kłopoty w związkach. Uwielbiam obraz młodych w tym serialu. Ludzi, którzy niewiele wiedzą i popełniają błędy, wciąż jednak zasługują na drugą szansę. Nie stają się dupkami, bo nie wiedzieli lepiej, i idą do przodu. Uczą się życia na swoich wzajemnych przykładach. Tak właśnie powinny wyglądać seriale o dorastaniu.

poniedziałek, 1 maja 2017

Widziałem w kwietniu dobre filmy i seriale.

Kwiecień to głównie Amazon Prime z dodatkami Brown Sugar oraz HBO GO, czyli mamy tu sitcomy, Batmana, kino nieme i blaxploitation. Plus, to najwyraźniej był ostatni gwizdek aby obejrzeć "Split" i nie mieć zepsutego seansu przez newsy z całego świata o kontynuacji tego filmu, które zdradzały unikalny i niespodziewany zwrot akcji z finału. Jak widać to nie tylko w Polsce nie ma już prawdziwych dziennikarzy, ale to generalnie problem całego świata. Film miał premierę światową w styczniu, a w kwietniu już odbierają tobie wolność i przyjemność z oglądania. Cóż, jak widać najpierw trzeba urodzić się tak z 15 razy aby w tym czasie obejrzeć wszystkie filmy jakie wyprodukowano do chwili obecnej, i dopiero potem będzie można zaglądać na strony z newsami. Taki ich wybór. Ja się dostosuję.

A w maju wracam na Netflixa. Nareszcie...



****SERIALE****




Batman: The Animated Series, sezony 1-4 (1992-95) - 7/10. Parę lat temu obejrzałem 19 odcinków. Teraz doobejrzałem 17 kolejnych, i chyba jestem gotów pisać o całości. Podział na sezony nie ma tu większego sensu. Pierwszy niby liczy 60 odcinków, kolejne po 10 i mniej, a na Amazon Prime gdzie oglądałem ten serial serie liczą po 20 odcinków i konkretnych epizodów szukałem gdzie indziej niż wydawało mi się, że je znajdę. Każdy odcinek to oddzielna przygoda Batmana - człowieka w kostiumie Nietoperza, który walczy samowolnie z przestępcami. Produkcja ta jest familijna, skierowana głównie do dzieci, i to często hamowało twórców i scenarzystów. Jednak o wiele istotniejsze jest, jak wiele mimo to udało im się zrobić. Podejmowali wiele ryzyka i przekraczali granice standardowych seriali animowanych. Czarne charaktery wypowiadają cięte riposty, bijatyki są bezkrwawe, a historie często uproszczone (trzymamy Batmana na muszce aż do momentu, gdy ktoś go uratuje, zamiast zastrzelić typa od razu). Ale przy tym tor fabuły często jest nieoczywisty - nie wiemy, dokąd odcinek zmierza. W najlepszych epizodach czuć nutkę tragedii, a przeciwnicy Batmana często okazują się zasługiwać na współczucie. Pingwin po wyjściu z więzienia zostaje wykorzystany przez społeczeństwo. Harley wraca do społeczeństwa nie znając zasad "normalności" i przez to wpada w kłopoty. A człowiek, który zabił Batmana to mały knypek bojący się własnego cienia - zamiast go nienawidzić, wolimy mu kibicować, aby uszedł z życiem. Dla większości młodych widzów takie odcinki to wyzwanie! Najlepiej wspominam właśnie te odcinki, które są tragiczne. W których Batman nie ściga przestępcy aby mu przylać, ale by mu pomóc.



Najlepsze odcinki "Batmana: TAS" (chronologicznie)

1. "Heart of Ice" (1x03)
2. "Appointment in Crime Alley" (1x12)
3. "Two-Face" (1x17-18)
4. "Perchance to Dream" (1x27)
5. "Almost Got 'im" (1x35)
6. "The Man Who Killed Batman" (1x49)
7. "Birds of a Feather" (1x52)
8. "Mudslide" (2x02) - najlepszy!
9. "Second Chance" (3x02)
10. "Baby-Doll" (3x14)
...po obejrzeniu 36 odcinków.

poniedziałek, 5 września 2016

Widziałem w sierpniu dobre filmy. I seriale.

Madagaskar 3 / Madagascar 3: Europe's Most Wanted (2012) - 6/10. Zwierzaki kontynuują swoją podróż by wrócić do domu w zoo w Nowym Jorku. Trafiają do Europy, gdzie dołączają do cyrku, by ukryć się przed ludźmi chcącymi ich złapać i powiesić na ścianie. Póki co najlepsza cześć serii, i oby to była ostatnia... Chociaż ciąg dalszy jest możliwy, a czwarta część ma swoją stronę imdb. Tymczasem - mamy trójkę. Odsłonę najzabawniejszą, najbardziej energiczną i kolorową. A przy tym mającą najmniej sensu i dosyć zwalniającą tempo w połowie, co nie zdarzyło się w poprzednich filmach. Jednak gdy dojdzie do finału - znużenie odchodzi i znowu pojawia się ekscytacja wszystkimi atrakcjami jakie ten film oferuje. Wielki spektakl na arenie cyrku był piękny - kreatywny i z rozmachem. A wielki finał filmu jest dokładnie taki sam, ale do kwadratu. Twórcy uwolnili swą wyobraźnię, co naprawdę warto zobaczyć. 






****SERIALE****
Kochane kłopoty / Gilmour Girls (sezon I, 8/21) - 7/10. Początek XXI wieku to były fajne czasy. Kobiety były wtedy zabawne, energiczne, dużo gadały i mogły przebywać w towarzystwie innych kobiet. A ten serial dobrze ten świat portretuje. Na pozór jest to rzecz o nastolatkach, ale jest tutaj miejsce dla opowiadania o życiu kobiet w każdym wieku. I tak obok siebie funkcjonują tu słodkie sceny młodych zakochanych jak i dramaty między matką i jej dorosłą córką, które nigdy nie rozumiały siebie nawzajem. Dialogi są tutaj więcej niż znakomite - Tarantino by takie pisał, gdyby mu wena się nie wyczerpała po dwóch epizodach. Jest tutaj ten idealny balans, dzięki któremu bohaterowie rozmawiają ze sobą jak ludzie, ale... Robią to ciut lepiej od nich. Zawsze umieją wytłumaczyć prostymi słowami swoje uwagi, mówią też szybko i bogato. Aż chce się, by w prawdziwym świecie ludzie tak rozmawiali. A do tego piosenka Carole King w czołówce. Czego chcieć więcej? Pierwszy sezon kręci się wokół nakreślania relacji między bohaterami żyjącymi w Cincinnati, kiedy to Rory dostaje szansę by zacząć uczęszczać do elitarnej szkoły, gdzie znajduje się pod dużą presją. A poza tym poznaje swojego pierwszego chłopaka. Idealny odcinek na początek: "Rory's Dance". Teraz przede mną trudne zadanie: obejrzeć siedem sezonów i wyhodować w sobie dziesięcioletnią nostalgię do tej produkcji przed listopadem, gdy na Netflixie pojawi się "Gilmore Girls: A Year in the Life".




Scream (sezon II) - 7/10. Napisałem już o tym oddzielny tekst na blogu. Tutaj tylko w skrócie: wciąż jestem zaskoczony, że ta produkcja ma tyle energii i aż kipi od kreatywności! Clifhanggery na końcu prawie każdego odcinka, napięcie oczekiwania przez tydzień na kolejny epizod. Fajnie zobaczyć jak masa tak różnych ludzi spotyka się na korytarzu szkolnym i tworzy zgraną paczkę. Podobało mi się, i to bardzo. Oby Netflix przejął produkcję i zrobił trzecią serię. Nie chcę, by wszystkie odpowiedzi pojawiły się w odcinkach halloweenowych. Najchętniej zobaczyłbym jeszcze pięć serii, w czasie których jest tylko jeden morderca. Albo i więcej, ale żaden z nich nie jest odkryty przez ten cały czas. Dopiero w finale. Albo i nie.:)




(tutaj wspomniane jednak jest, kto zabijał w pierwszym sezonie, więc jeśli nie chcecie sobie psuć niespodzianki, to wsadźcie sobie palce w uszy i udawajcie, że wcale nie. Warto!)
 


Chłopcy z baraków / Trailer Park Boys (sezon I) - 7/10. Akcja toczy się w miejscu wskazanym przez oryginalny tytuł. Tutaj ludzie mieszkają w prowizorycznych domkach, które wyglądają jak campery zrobione z kartonu. Piją, hodują narkotyki, a na koniec i tak pójdą do więzienia. To musi być najlepsza praca na świecie, kręcenie tego gówna. Pojawiasz się na planie, demolujesz coś, każesz komuś zamknąć ryja, i idziesz do domu. Jutro robimy to samo. Na dodatek wszystko jest kręcone z ręki w konwencji udawanego dokumentu, ludzie gadają do kamery - wydaje się, że tu wcale nie trzeba się wysilać. A jednak jest tu pewien geniusz, bo ja cały czas się śmiałem, i po obejrzeniu 10 najlepszych odcinków wg imdb wziąłem się za oglądanie po sezonach. Dopiero teraz, gdy piszę te notatkę, zdałem sobie sprawę, jak łatwo można było z tej produkcji zrobić kolejne show w którym najgorsze ludzkie gówno opowiada o tym, jak się najebali... I to tyle. Gdzie jest różnica? Teraz mogę tylko zgadywać. Bohaterowie "TPB" są sympatyczni, humor szalony, a całość wzięta w nawias braku powagi - taki Julian zawsze ma drinka w dłoni, nawet podczas najbardziej absurdalnej sytuacji, wziętych prosto ze "Szklanej pułapki". Dobrze się ogląda tych ludzi. Chcę jeszcze. Najlepszy epizod: "Closer To The Heart", szczególnie jeśli jesteście fanami Rush. Tego zespołu rockowego.



W garniturach / Suits (Sezon I, 5/12) - 6/10. Moje drugie podejście do tego serialu. Opowiada on o firmie zatrudniających genialnych adwokatów, a akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Bohaterowie co do jednego są sympatyczni i bardzo przyjemnie się ich ogląda. Wszyscy ubierają się jakby nosili na sobie 10 tysięcy dolarów, piękny widok. Scenariusz znaczy inteligencja, nawet w narracji jest sporo mniej mainstreamowych momentów. Tych elementów serialowi nie odmawiam, to są zdecydowane zalety. Jest tylko jeden problem: to serial o niczym. Kiedyś obejrzałem sześć epizodów i umierałem z nudów. Teraz wróciłem, obejrzałem pięć najlepszych wg imdb, i wystarczyło. Nic mnie nie ominęło, a nawet te które oglądałem, nie były mi do czegoś potrzebne. Niemniej, "Pilot" liczący sobie półtorej godziny to nadal znakomita rzecz. Z przyjemnością oglądałem.


W garniturach / Suits (sezon II) - 6+/10. W drodze do zobaczenia 5x10, które ma na imdb ocenę 9.9/10 i zachęcające recenzje. Muszę go zobaczyć, więc oglądam dalej. Drugi sezon to już lepsza rzecz. Początkowo nadal chciałem obejrzeć tylko pięć najlepszych epizodów z tej serii, ale w połowie stwierdziłem, że za dużo mi umyka i zacząłem oglądać od początku. Z jednej strony to dobrze - serial jest o wiele bardziej dramaturgiczny i ciekawszy w oglądaniu. Dla przykładu: Mike chce być z Rachel. Ale nie może jej powiedzieć, że nie jest prawnikiem i nigdy nie chodził do Harvardu. Gdy jest blisko złamania się, wtedy przypomniane nam jest, że jeśli on to powie, to wtedy się wyda. I Mike straci pracę. Harvey też, bo położył swoją karierę na szali, by Mike nie stracił pracy. A jeśli wyda się, że Jessica zatrudnia oszusta który nie chodził do Harvardu - wtedy i ona leci, a kierownictwo nad firmą przejmuje Daniel! Wyśmienita siatka dramaturgiczna. Większość epizodów zaczyna się od "previous on Suits", One są konstruowane na tym co było wcześniej. Z drugiej strony - pomiędzy tymi "najlepiej ocenionymi epizodami" są te wyraźnie słabsze, w stylu pierwszego sezonu, które zmierzają donikąd, i zawierają tylko momenty które coś dodają do całości. To ogólnie osłabia wrażenie, stąd ocena niewiele wyższa, ale wciągnąłem się w tę produkcję. I będę oglądać dalej... może nawet w całości. Jestem świadomy minusów tej produkcji (bezpieczny i grzeczny styl, aktorzy nie umiejący utrzymać na sobie kamery przed dłużej niż 10 sekund, każda trudna sprawa jest rozwiązywana w ten sam schematycznie "mądry" sposób), ale mi to nie przeszkadza. W końcu to obecnie najlepsza telenowela, obok (zakończonego) "Mad Mena" i "Orange is the New Black". Najlepsze epizody: "She Knows", "Break Point", "High Noon". Mój faworyt: "Blind-Sided" (w sumie można oglądać jako samodzielny epizod)