wtorek, 31 lipca 2012

MROCZNY RYCERZ POWSTAJE

Superhero, 2012


(Notatka pozbawiona spoilerów, recenzja właściwa) Mroczny rycerz spełniony.

Kocham ten film za przezroczyste efekty specjalne. Ani na moment nie pomyślałem, że to co widzę jest efektem komputera, green screenu lub tekturowych makiet. Miałem prawo uwierzyć, że to co widziałem wydarzyło się naprawdę. Każdy wybuch, przelot nad miastem, pościg. Nie miałem wątpliwości, że każdy z tysięcy statystów, dziesiątek samochodów lub setek budynków nie istnieje naprawdę. Kamera jedynie przeleciała przed tym i tyle.

To o tyle zachwycające, że nie miałem do czynienia z czymś zwyczajnym, jak w "Hugo" Scorsese, gdzie udało się twórcom przekonać mnie, że tam naprawdę był dworzec. W nowej części przygód Batmana widziałem spektakularne akcje, cały film znaczył przepych i rozmach. Widać już to w pierwszej scenie, gdy to widzimy w akcji dwa samoloty... I ani na chwilę nie przestałem wierzyć,że to naprawdę się działo. Że ci ludzie naprawdę znajdowali się na tej wysokości i tak dalej. Absolutnie niesamowite uczucie, pomijając wszystko inne co tworzyło tę scenę.

A było to przede wszystkim poznanie się widza z Bane'em, nowym przeciwnikiem Batmana. Jaki jest jego plan, czego dotyczy i jaki jest związek tej postaci z samym Waynem - tego nie mogę napisać. Właściwie o samej fabule jako takiej nie mogę za wiele zdradzić, bo tym razem nie jest tak prosta jak w "Avengers" lub "Mrocznym rycerzu", tu nie ma po prostu przeciwnika którego trzeba pokonać i wszystko wróci do normy. Fabuła jest złożona, wielopoziomowa, rozpisana na wiele postaci, wątków drugoplanowych i retrospekcji, bardzo mocno wykorzystuję strukturę trzech aktów. Czy to znaczy, że jest dobra? Do tego jeszcze wrócę.

Kocham ten film za Bane'a i Selinę, zarówno aktorsko jak i... wizualnie. Bane jest wielki, ma głos Seana Connery'ego wydobywający się z jego... maski, uprzęży, założonej na usta. Od samego początku jest tej postaci bardzo mało, ale za każdym razem chciałem jej więcej. Żeby jeszcze raz zobaczyć go, jego manierę, posłuchać jego tekstów ("Calm down, Doctor! Now's not the time for fear. That comes later"), usłyszeć ten głos nadający całej postaci zupełnie inny wymiar. A to wszystko było jeszcze zanim zobaczyłem go w akcji, tzn. w starciu z Batmanem. Powiem jedno: nie tego się spodziewałem.

Selina to zaskakująco kobieca postać, rewelacyjnie zagrana przez Hathaway, której w życiu nie podejrzewałbym o takie umiejętności. I nie piszę tylko o scenach walki, ale tych pojedynczych momentach gdy zdejmuje maskę bezbronności i zamienia się w Kobietę Kota. Niebywale atrakcyjne widowisko.

Kocham w tym filmie rozmach wszystkiego - wiem, wspomniałem już o tym pisząc o efektach specjalnych, ale sceny akcji same w sobie są w tym filmie bardzo ekscytujące. Szerokie ujęcia na miasto, dziesiątki prawdziwych aut biorących udział w scenie pościgu po prawdziwej autostradzie. W scenie na stadionie miałem pewność, że każdy z tych ludzi na trybunach jest prawdziwy, a wszelkie ujęcia na każdego z zawodników wymagało pracy w wymyśleniu, zorganizowaniu a na koniec wykonaniu tego wszystkiego. Za tym wszystkim stało mnóstwo pracy umysłowej i fizycznej. W czasie seansu zauważyłem zaledwie kilka powtórzeń, pozostałe sceny niosły coś wyjątkowego i często w trakcie seansu byłem pod wrażeniem tego, co twórcom udało się dokonać. Szczególnie wobec popularnej ostatnio mody na nieprzykładanie się do realizmu i logiki w filmie.

Główną wadą filmu jest ograniczenie jego długości na potrzeby wersji kinowej. Nie piszę tu o 5-10 minutach, ale minimum godzinie usuniętego materiału, bez którego w trakcie seansu byłem tak samo podekscytowany jak i zdziwiony, że sceny są tak krótkie, niektóre boczne wątki tak niekompletne a historie nowych postaci tak pobieżne. Chyba na każdej scenie zauważałem braki, co po wyjściu z kina strasznie zaczyna przeszkadzać. Dla przykładu - widz nie dowie się, skąd Selina nauczyła się bić i czemu zakłada kostium, czego w Trylogii Nolana raczej spodziewałem się nie zobaczyć. To w końcu ta seria filmów, w których wszystko było tłumaczone - kostiumy, historie, decyzje.

Również nie do końca wiedziałem co z czego wynikało w kilkunastu momentach, motywacje Bane'a lub Catwoman budzą wątpliwości, a film po głębszym zastanowieniu się wydaje się nadgryziony, a nawet okaleczony, wybrukowany. Czy więc historia jest dobra? Z jednej strony tak, jest tu bardzo dobre wprowadzenie, precyzyjne prowadzenie wielu wątków jednocześnie, dialogi są znakomite. W pewnym momencie nawet pomyślałem sobie: "To będzie to. Wyzwanie dla Batmana, któremu może nie podołać. Może przegrać albo i zginąć", a to naprawdę coś! Tego nie poczułem choćby w "Mrocznym Rycerzu", Gotham lub inne postaci mogły zginąć, ale Batman był tam nieśmiertelny i bez problemu stawał wobec kolejnych zagrożeń, szczególnie wobec chuderlawego Jokera. Tutaj sprawa się zmieniła. Ale z drugiej strony są braki, i to spore, ale mi nie przeszkadzały jakoś mocno, szczególnie wobec takiego rozmachu jaki film oferuje. Po prostu za kilka miesięcy - liczę na to - zobaczę pełnoprawny film w wersji DC.

Nie mogę jednak zapewnić, że wy też będziecie zadowoleni z wizyty w kinie. I będziecie mieć do tego prawo. Oczywiście, w kinach sceny akcji będą wręcz przygniatać a bębny Zimmera będą bombardować... Ciężki wybór. Ja bym polecał pójść do kina i czekać na wieści o wersji DC, szczególnie jeśli ktoś jest fanem poprzedniej części trylogii. Bo część trzecia zdecydowanie nie jest poniżej jej poziomu. Zauważcie też, że braków nie tłumaczę lenistwem twórców lub brakami w umiejętnościach, zamiast tego piszę "Naprawią to, na pewno!". To też spore osiągnięcie dla filmu, przekonać widza do takiego stanowiska.


8+/10

poniedziałek, 30 lipca 2012

MROCZNY RYCERZ POWSTAJE (tekst ze spoilerami)

Superhero, 2012


Notka w wersji ze spoilerami.

W moim wypadku jest tak, że łatwiej mi pisać o filmie na świeżo w wersji właśnie bez bawienia się w pisanie recenzji. Na nią przyjdzie czas, ale teraz w ramach bonusu - dla tych którzy już widzieli - wyrzucę z siebie uwagi odnośnie filmu. Nie czytać bez znajomości filmu.

Pierwsza uwaga, to film w kinach jest w wersji kinowej i bardzo wiele na tym traci. Sceny za szybko po sobie następują, są pocięte, krótkie, często brakuje chwili by się nimi nacieszyć. Ta wada nabiera "istotności" wraz z rozwojem filmu, bo cały trzeci akt jest już naprawdę powierzchowny. Żeby tylko wiedzieć mniej więcej co się dzieje w głównym wątku, i gdzie scena się rozgrywa, ale na więcej nie liczcie.

Na oko mógłbym powiedzieć, że film powinien trwać 200 minut, ale wcale się nie zdziwię, jeśli DC będzie dłuższe. Bo naprawdę jest o czym dopowiedzieć, i to nie tylko trzymając się logiki filmu lub logiki tej trylogii, ale na przykład - początek trzeciego aktu, kiedy to czołgi Batmana podjeżdżają pod więzienie, wysiada z niego Bane, wchodzi na pojazd i zaczyna przemowę. Tego co napisałem w filmie nie ma. Jest jedno ujęcie przedstawiające jadące samochody, jedno pokazujące budynek, i jedno pokazujące Bane'a od sutków w górę, po czym jest ta przemowa. Wszystko w jakieś 3 sekundy, podczas gdy całość nabrałaby nie tylko oddechu po finale drugiego aktu, ale też byłoby więcej napięcia - bo zanim do widza dotrze, że Bane zacznie coś nawijać i zaraz zdarzy się coś, no, ważnego, to już się dzieje. Nie ma dreszyku napięcia i oczekiwania, efekt jest słabszy. W filmie naprawdę dużo jest takich momentów, gdy akcja jest zbyt szybka i zbyt pobieżna. A trwa przy tym i tak te 2,5h więc DC trwający godzinę dłużej to absolutne minimum.

A co do logiki trylogii i filmu jako takiego. Tutaj zauważę brak konsekwencji w konwencji. Batman ma wszystko wytłumaczone, historia, gadżety, kostiumy, psychika i decyzje - bardzo się z tego cieszę. A tutaj mamy "Batmana z cyckami" czyli Selinę Kyle alias Catwomen. Historia nieznana, motywacje i powiązanie z Banem ledwo wystarczające, a kostium to już w ogóle z d... wzięty. O ile się nie mylę, to mieszkała w jakimś chlewie i miała przekichane, a tu kostium i umiejętności walki których sam Batman by się nie powstydził.

A teraz logika samych wątków filmu - główny jest jako tako w porządku i wszystko się w nim klei, ale poboczne... Skąd funkcjonariusze w zawalonym tunelu przez 3 miesiące mieli jedzenie i wodę? Kiedy i jak obliczono, kiedy wybuchnie bomba (na początku doktor mówi o 4 miesiącach, Bane poprawia go, a potem już wiadomo co do minuty kiedy wybuchnie)? Skąd Bane wiedział o tajnym garażu Batmana i gdzie on jest? Jak Gacek zabrał stamtąd co potrzebował skoro wcześniej ludzie Bane'a zabrali stamtąd wszystko? Jak tak naprawdę wyglądało życie po przejęciu Gotham - z jednej strony mieszkali we własnych domach, a Gordon to już w ogóle, chodził po ulicach i nic, a drugiej non-stop wyciągali ludzi przed sąd i wygnawali ich do rzeki. To trochę niespójna koncepcja, trzeba przyznać. Kim byli ci ludzie, którym trzeba było tłumaczyć sprawy bomby w trzecim akcie i którzy w większości zgineli zaraz później?

Jak policjanci po uwolnieniu wyszli na ulicę napotkali opór w postaci Bane'a, 5000 statystów z bronią palną i trzech czołgów. Policjanci idą do przodu na śmierć z jakiegoś powodu, jedynie mając te pałki i pistoleciki... Nadlatuje Batman, rozwala jeden czołg i nagle policjanci na hura lecą wpieprzyć statystom i Bane'owi. I w większości im się udaje. What the f...? Środek nocy, Batman gadający coś o tym, że mają 45 minut do czegoś tam. Następna scena - dzień. To już gruba przesada była (btw, po napadzie na giełdę też był przeskok, początek pościgu w dzień, a środek i koniec już podczas nocy).

Im bardziej przyglądać się temu filmowi tym bardziej wydaje się on skrzywdzony poprzez bycie wersją kinową zamiast DC i w pełni zrozumiem ludzi którzy będą uważać ją za śmieć, bo nie wymieniłem nawet początku momentów w których film wyraźnie się nie klei. Montaż sam w sobie nie jest najlepszy w trzecim akcji (w drugim też była pomyłka, kiedy to słabo zmontowano wybuch), gdy to jest multum wątków i postaci i nie zawsze za tym nadążano. Szczególnie zabolała mnie przemowa Talii tuż przed naciskaniem guzika powiązana z działaniem Gordona. Gordon nie dotarł na czas, dziewczyna monolog skończyła, zaraz naciśnie guzik, Gordon nie dał rady... Więc trzeba dorzucić szybko 3-4 zdania, totalnie zbędne i nic nie wnoszące, ale Gordon dzięki nim zdąży!... Ktoś się dał na to nabrać? Dajcie spokój.

Śmierć Bane'a. Był a teraz zemdlał czyli że nie żyje, szybko filmie, biegnij dalej! To tylko rewelacyjna postać której obecność cieszyła widzów przez ostatnie 2 godziny, zostaw ją jakby tylko zemdlała, nie poświęcaj temu więcej uwagi!

Michael Cane, Joseph Gordon-Levitt, Marion Cotillard. Wszyscy oni zagrali postaci z którymi miałem jakiś problem. Cotilliard uwielbiam, ale jej akcent przeszkadza mi jak u żadnej innej aktorki. Józef zagrał Bale'a alias Robina (o którym później) ale jego postać była zbyt szybko napisana. Pierwsza scena, rozmowa z komisarzem w samotności na dachu, pytania o Batmana itd. Druga scena, monolog przed Waynem o swoim dzieciństwie ("a tak btw, wiem że jesteś Batmanem. Bo wiesz, miałeś taką samą minę jak ja, zrozumiałem że też ukrywasz gniew... I w jakiś sposób powiązałem to z Batmanem... Eee... Jesteś Batmanem. Miło mi, muszę już iść"). Trzeciej sceny już nie było, od tego momentu był jego wpływ na akcję i rozwój jako postaci, i z czasem przestawało to przeszkadzać, ale jednak jej wprowadzenie było o wiele za szybkie.
A Caine... Był bardzo dobry, oczywiście, ale podsumujmy: miał 5 scen, z czego nie płakał tylko w jednej i to tej niewłaściwej. W każdej poprzedniej zaczynał jakieś ważniejsze wątki jak przyszłość Wayne'a, jego stanu psychiki, przeszłości, zawsze kończyło się to stawianie łezki w oku albo u mnie albo u Bruce'a. I dobrze, bo były to naprawdę mocne, wyraziste i szczere sceny. Ale były tylko one, niemal żadnych innych scen ta postać nie miał. Potem był ten pogrzeb i znowu płacz, a potem ta Francja i... nic. On żyje! Z nią! Nie? Żadnej specjalnej reakcji? Tylko... tylko tyle? ...Why?

Czemu to w ogóle jest zakończenie Trylogii? Tutaj trzeba czwartej części a nie reboota - Robin przechodzi na stronę Batmana który teraz jest z Seliną, Gordon ogarnia że Batman to Bruce, wciąż jest sporo przeciwników jak Pingwin, Freez lub Riddle i Hugo Strange... No powiedzcie, że nie chcecie zobaczyć kontynuacji.

Muzyka. U znajomego nie było tak głośno, może nie siedział w 4 rzędzi jak ja, ale.. było naprawdę głośno. Przez cały film, z wyłączeniem 3-4 scen, z czego jedną był ten mecz i śpiewanie hymnu. Nie żeby mi aż tak przeszkadzało, dudnienie bębnów było idealne do tego filmu a serce łomotało mi przez 3h niemal bez przerwy, bardzo przyjemne, ale... też kilka razy miałem dosyć, pragnąłem zmiany beatu, albo żeby ściszyć bo np. w scenie na moście Robina z policjantem ledwo słyszałem co mówili.

To chyba tyle.

czwartek, 5 lipca 2012

PODGLĄDACZ

Psychological Thriller, 1960


Wyjątkowo trafny polski tytuł.

Jak na horror, jest to film oryginalny nawet dziś - pokazana zostaje jedynie reakcja. A to na widok mordercy zmierzającego po ofiarę (nie ma samego aktu, jest tylko krzyk kobiety). A to gdy kobieta ogląda filmy bohatera - kluczowych momentów nie widać, są tylko opowiedziane przez bohatera, a wszystko, co widzimy to wstręt na twarzy kobiety. I tak dalej. Ważne jest jedno - to działa.

Jak na dramat, jest bardzo dobrze. Widz poznaje motywację mordercy, rozumie go, ale też potępia, jednocześnie współczując. Finał jest świetny.

Ale jednocześnie ta moja siódemka dla filmu nie jest mocna. Jest kilka błędów logistycznych w filmie (scena ze ślepą matką, słyszącą przez piętra, ale gdy bohater ustawia szpilec metr przed nią to już musi wykrzykiwać pytania w stylu "co ty robisz?"). Cały wątek z planem filmowym mi nie pasował do tej historii. Z jednej strony zgoda, bo bohater pracuje tam, ale... to za mało. Taki mało konkretny zarzut z mojej strony.

Plan bohatera na film też nie jest do końca jasny. Tak w ogóle to film nie wciąga. Budzi fascynację w pewnych aspektach, ale nie jako całość.


7/10.

http://rateyourmusic.com/film/peeping_tom/

niedziela, 10 czerwca 2012

Lost, sezon 3 | Odcinki 19-23

3x19: "Brig". "Bryg - typ ożaglowania statku, posiadający dwa maszty, oba z ożaglowaniem rejowym. Maszty brygu, kolejno licząc od dziobu to fokmaszt oraz grotmaszt" - za wikipedią. Bryg jest miejscem akcji najważniejszych scen w odcinku: konfrontacji ojca Johna i Jamesa Forda.

Locke przychodzi w środku nocy do obozu i zabiera ze sobą Sawyera, mówiąc mu, że porwał Bena i chce, by ten go zabił. Prowadzi Forda do "Czarnej Skały", zamyka w pokoju ze związanym mężczyzną... Ale to nie będzie Ben. To będzie tajemniczny starczy mężczyzna, który okaże się ojcem Locke'a... Mordercą rodziców Forda... A ponad to będzie przekonany, że trafił do piekła.

Okey, po pierwsze nie jestem zachwycony sceną samego zabójstwa Coopera. Mogło być lepiej, przygotowywałem się na coś większego... Głupio się czuję pisząc te słowa, ale to bardzo dobra scena - i tyle. Zwariowałem...

Jednak wszystko po drodze: rozmowy Johna i Jamesa w drodze do Bryga, zastawianie pułapki na niego, rozmowy skutego starca z Fordem... Tu wszystko jest na idealnym poziomie. Aktorstwo, scenariusz, scenografia czy oświetlenie. Narracja balansująca między kilkoma wątkami jest doskonała.

Flashback, w którym Ben stara się ośmieszyć Johna by ten nie zajął jego miejsca lidera, stawia go pod presją i zmusza go, by zabił ojca. Niby wtedy się uwolni. Ja w to nie wierzę, jego ojciec jeśli już, to siedzi u niego w głowie. Morderstwo tego nie uleczy. Ale Ben okazuje się być bardzo przekonywującym. W końcu chodzi... I jakby odbiera Johnowi to, co mu wcześniej dał... "Myślałem, że jestem wyjątkowy; Każdy może się pomylić" - zastanówcie się nad tymi słowami, ile jest w nich siły!

Jack ma plan? Naomi ma plan? Juliet ma plan? O co chodzi z tym odnalezionym samolotem? Czy faktycznie nie żyją? Skąd dziewczyna Desmonda wiedziała, gdzie go szukać?

Z ciekawostek dodam, że to już 3 (albo 4, zależy jak liczyć) odcinek, w którym retrospekcja ma miejsce po katastrofie Oceanic 815. Pierwszy raz w tym sezonie nie mogę się doczekać kolejnego odcinka !! 9/10.



3x20: "Man Behind The Curtain". O ile początek z Johnem nie wierzącym Benowi póki ten nie udowodni swojej racji jest sztuczny (nie wierzy mu, ale "zabił" swojego ojca gdy ten mu kazał? Błagam...) to reszta odcinka jest już genialna. Podróż Bena i Johna do domku Jacoba, rozmowy między nimi przygotowujące widza do tego spotkania są lepsze niż te z "Milczenia owiec".

Same sceny w domu otoczonym przez popiół... Na ich wyjaśnienie będzie się czekać długo. "Help me", Locke widzący kogoś na krześle jedynie przez pół sekundy, wybuch... Tandetne. Jak cholera. Ale zadziałało.

Retrospekcja Bena jest jedną z najlepszych - nie kochany przez ojca, który obwinia go za zamordowanie matki (urodził się za wcześnie, przez co kobieta umarła przy porodzie). Sprowadzony na Wyspę przez Dharmę, gdzie nie zaznał szczęścia, a ponad to tylko jedna osoba pamiętała o jego urodzinach. Dodając do tego wizje matki w dżungli... Musiał stamtąd uciec, do Agresorów, w nadziei na lepsze życie. By być jednym z nich, wybił całą Dharmę, w tym swojego ojca... i Annę. Pewnie nie zaakceptowałaby tego, co zamierzał zrobić, przestałaby go kochać, więc wolał ją też poświęcić (póki jeszcze go kochała). A może do tamtego czasu Anna zaszła z nim w ciążę i zginęła? Kto wie, ale spekulacja fajna...

Na końcu Ben zabija Locke'a, który spada do dołu, w którym leżą wszyscy byli już uczestnicy Dharma. 9/10




3x21: "Greatest Hits". Apogeum napięcia i smutku, aż mnie w brzuchu skręcało od patrzenia na Charliego, gdy ten pożegnął się z Hugo na plaży, albo gdy dopłynęli do stacji Zwierciadło i opowiadał o swoich Greatest Hits, albo gdy żegnał się z Arronem (malutkie rączki niemowlaka i duży nochal Charliego). Płakać chciałem, przy dźwiękach "Charlie’s Fate".

Przygotowania Jacka do przyjścia tamtych, które ostatecznie stają na tym, że trzeba wszystko robić jednocześnie - Charlie ciśnie guzik, Jack prowadzi do nadajnika, Sayid zostaje z Bernardem i Jinem by wystrzelać Innych. Ilość napięcia w tym odcinku przekracza normy.

Piękne flashbacki nie będące fabułą, ale zbiorem tytułowych Hitów o których Charlie najbardziej chce pamiętać, jak pierwszy moment w którym usłyszał siebie w radiu. My wiemy, że Charlie umrze, bo ten dostaje retrospekcję. Twórcy wiedzą, że my wiemy. I nie starają się nas czarować, że wcale nie, grają w otwarte karty dzięki czemu efekt jest idealny. Wiemy, do czego dojdzie, ale jednocześnie wiemy też, że wcale nie będziemy do tego przygotowani i będzie nam smutno zupełnie jakby ten fakt był totalną niespodzianką. LOST jest znane z tego, że dotrzymuje obietnic które składa - chcecie wielki finał? Będziecie go mieć...

Choć na koniec Charlie... jeszcze nie umiera. 9/10




3x22: "Through the Looking Glass: Part 1". Nie mam uwag, pierwsza połowa jest idealna. Dzieje się tyle, że na koniec pytamy się "już?". Tak, już.

Charlie jest bity przez dwie kobiety na pokładzie Zwierciadła która okazuje się wcale nie być zalaną, a na dodatek właśnie zamieszkaną. Ben okłamał swoich, blokując kontakt z Wyspą oraz oszukując pozostałych, że to nie on to zrobił. A na koniec udaje mu się przekonać swoich ludzi, by się pozabijali. A potem rusza sam przez dżunglę biorąc ze sobą Alex planując karę dla niej bo ta go zdradziła (chciała zapobiec mordom które ten zaplanował). A czemu tak musi być? Czemu nie mogą odlecieć? Nie mogą. Czyżby chodziło o Jacoba?...

Strzelanina na plaży? Ideał. Wybór Bena, by zastrzelić Jina, dramaturgia ze strzałami, efektowne wybuchy, a wcześniej: ujęcia długich kolejek ludzi idących przez plaże i lasy którym towarzyszy "The Good Shepherd" Michaela Giaccchino. Btw, ten utwór z tego co się zorientowałem nie ma "matki", ale motyw główny tego utworu jest zawarty z co najmniej kilku w tym sezonie, był odgrywany innymi instrumentami itd. Pojawia się też w soundtracku sezonu piątego w końcówce utworu "Sawyer Jones and the Temple of Boom". Ja preferuję właśnie "The Good Shepherd", choć nie jestem pewien która wersja jest w danej scenie.

"Miały być trzy wybuchy... Co im się stało?" - idealnie. Kasia chce wracać, a Sawyer w naszym imieniu się z tego śmieje... By w końcu dojść do wniosku, że wróci. Hugo jest odrzucany przez kolejne osoby, Juliet kłamie by pomóc Jamesowi, a ten z kolei okaże konsekwencje tego, że popełnił morderstwo. Kto by się spodziewał...

Flashback... To dopiero jego połowa, więc powiem tylko: historia jakby znana i nic nowego nie oglądamy, ale jednocześnie (przede wszystkim dzięki aktorstwu Foxa) całość dotrzymuje poziomem reszcie odcinka i oglądałem to z ciekawością, od pierwszego ujęcia na szklankę w samolocie, poprzez wspinaczkę na moście, kończąc na rozmowie z ciężarną ex-żoną.

Locke... żyje jeszcze? Krwawi. Nie może ruszyć nogami. Płacze, chce się zastrzelić (aktorstwo tego pana wręcz przeraża swoją doskonałością - pojawia się na ostatnie sekundy by totalnie zakryć resztę odcinka). Ale Walt każe mu wstać. Bo ma coś do zrobienia... Ta radość na jego twarzy! Wyspa do niego wróciła! Niesamowita scena. 10/10.




3x23: "Through the Looking Glass: Part 2". Z jednej strony mamy beznadziejną śmierć Charliego, a z drugiej mamy tyle zalet, że po odcinku zapominam, by ktoś tu umarł.

Tak, śmierć Charliego jest żałosna, bezcelowa, głupia. Początek tej litani żółci ma pozcątek w 3x08, kiedy dowiadujemy się, że Charlie umrze BO TAK. Jakiś pan Wszechświat tego chce. Dlaczego? Kim on jest? Niewiadomo. Zamiast tego mamy serię żałosnych niemal-śmierci ("popłynąłeś ją uratować, ale zginąłeś" - wtf? Ty popłynąłeś i nic ci się nie stało. LOL.) O ile jeszcze piorun jest do przełknięcia, to reszta to zwyczajne wciskanie kitu.

I to jeszcze bym zniósł, bo doprowadziło to do pięknego odcinka 3x21, w którym Charlie godzi się ze swoim życiem i w ogóle płakać się chciało, że taka postać umrze... Napięcie otaczające cały finał tego wątku było wręcz niedozniesienia, a tu proszę. Okazuje się, że chłop wcale umrzeć nie musiał, ale zabił się i tak.

Dobra, kupuję to, że wierzył w Desmonda, i wierzył, że tak musiało być. Że musi zginąć by Claire została uratowana. W jakiś sposób te dwa fakty miały być połączone, ale kto by się tym przejmował - Des jest para-jasnowidzem bo mu bunkier implodował w twarz, kto by się w takiej sytuacji zajmował jakimiś pierdołami? :D
Nie kupuję jednak za nic jego wiary, że musiał umrzeć z własnej woli (jedna z teorii fanów). To już kompletna głupota, bo... wcześniej nie zginął, racja? I nic się nie stało? Czemu akurat teraz miał zginąć? Aha, twórcy tak zaplanowali...

Ale jednak - chłop się zabił bez potrzeby. Okno się otwiera, woda wlewa, więc ten zamiast wyjść z pokoju i zatrzasnąć drzwi za sobą, zatrzaskuje się w nim, bo jest zbyt... przeznaczony, nie wiem. Równie dobrze mógł wypłynąć na powierzchnię i strzelić sobie w twarz. To by nie było fajne, prawda? A skutek byłby ten sam.
Najbardziej mnie w tym wkurza, że sam wymyśliłem lepszą śmierć. Bez przygotowywania się, po prostu pierwsza myśl która przyszła mi do głowy była lepsza od tego. Przy założeniu, że Charlie musi umrzeć, musi powiedzieć Desowi "Not Penny boat", musi się z tym pogodzić. Wystarczyło spowodować zalanie stacji w momencie zdjęcia blokady, albo żeby któraś z dwóch strażniczek to zrobiła (bo np. zobaczyła, że Mihaił chce coś zrobić, więc zalewa stację by tym razem na pewno umarł). Charlie w chwili usunięcia blokady rozmawia z Penny i ucieka ze stacji, płynie na powierzchnię ale nie starcza mu sił więc wpatrując się w łódkę nad nim, z której Des go woła ("płyn szybciej", coś w tym stylu) i zaprzestaje wysiłków. Rozumie, że zaraz zginie, więc pisze sobie na dłoni "Not Penny Boat" i... po prostu zamiera. Zamyka oczy, przeżegna się, cokolwiek chcecie. Des wskakuje i wyciąga go, ale jest już za późno. Zamiast bezcelowego samobójstwa mamy walkę o życie którą przegrał z tym całym przeznaczeniem. I wszyscy są happy. To znaczy smutni. Jak jasna cholera. Charlie umarł.:(

Dobra. O tym wszystkim się zapomina po seansie reszty. Hurley ratuje trójkę swoich na plaży, wbijając się w tamtych samochodem. Sawyer odwraca uwagę, Sayid zabija jednego ze związanymi rękoma. Na końcu James zabija Toma gdy ten już się poddał, za zabranie chłopaka z tratwy. Pamiętał, a po "3x20" pękła w nim bariera. Tak, czujemy to. Z kolei w innym miejscu Wyspy jest Ben mówiący Jackowi, że zamiast ratunku sprowadzi apokalipsę na wszystkich mieszkających tutaj. Wywrócenie sytuacji o 180 stopni i zero oparcia, w co uwierzyć. Ben jest przekonujący, i nagle też patrzymy na niego jako człowieka który nie zawsze chce robić to co robi, ale w imię ochrony Wyspy i swoich ludzi wciąż to robi. Jack chce uciec, ale dlaczego? Sprawa niby oczywista, o to chodziło od początku pierwszego sezonu, a teraz po blisko 100 dniach w końcu nadarzyła się pierwsza realna okazja dla wszystkich, by stąd uciec. Jednak... Dlaczego Jack tak bardzo chce stąd uciec? Odpowiedzią na to pytanie jest szczęście na jego twarzy, gdy rozmawia ze statkiem i oznajmia wszystkim, że ratunek za chwilę przybędzie. Chwila ta autentycznie wspaniała: Ben krzyczy o początku końca, Danielle zdziela go w ryj, Locke zabija Naomi by ta się nie skontaktowała z łodzią jednak nie starcza mu sił by zabić też Jacka. Odchodzi pokonany, a kamera nerwowo okrąża Jacka gdy ten komunikuje się przez telefon przy dźwięku "Gathering" Michaela Giacchino... Napięcia i doskonałości jest tu aż za dużo.

Oni zostaną uratowani! Wrócą do domu! Gdy pierwszy raz to ogladałem byłem zdziwiony własną reakcją na ten fakt, jak bardzo mnie to uradowało... Ale to wszystko zostanie obrócne o 720 stopni. Co najmniej. Reatrospekcja Jacka była bardzo ciekawa, dobrze zagrana, napisana, pokazana. W jej drugiej części widzimy trumnę, kto w niej jest? Ani rodzina, ani przyjaciel zmarłego. To... dosyć dziwne ograniczenie. Oczywiście, trumna nie zostanie otwarta, jedynie zobaczymy wycinek gazety który Internauci zdołali odczytać jako "Jeremy Bentham". Zostajemy też przekonani, że to przeszłość, poprzez spotkanie ex-żony w "Part 1" i odwołań do Christiana Shepharda w "Part 2". Ale wszyscy już wiemy, że to nie była przeszłość, a my patrzymy przez szklaną szybę na dom, tak jak Ben obiecał to Jackowi w 3x02.

Najpierw Jack mówi Kate, że ją kocha. Tak po prostu. Sądziliśmy też, że statek ich uratuje z Wyspy i będą szczęśliwi. Potem był Ben mówiący o czymś zupełnie innym. Na końcu widzimy, że wrócili do domu... Jednak nie są szczęśliwi. Wrócili, ale jakim kosztem? Ta trumna, te leki, alkohol, pragnienie rozbicia się oraz smutna relacja między Kate i Jackiem... Powinni być ze sobą, co się stało? Przyszłość okazuje się być najgorszą z możliwych, powinni tam zostać. Co jednak tak naprawdę oznaczają te zdania, kto będzie się martwić o Kate? Jak w ogóle stamtąd uciekli?

Właściwie, to w tym zakończeniu są dwie ważne rzeczy. Pierwsza, jest pozbawione fajerwerków, i jednocześnie działa z siłą bomby atomowej. Kate i Jack nie mówią głośno, nie ma też tego jednoznacznego momentu w którym wszyscy zdają sobie sprawę, że to przyszłość a nie przeszłość. Zobaczyłem Kate, myślę: "Czyli spotkali się przed katastrofą? Ciekawe!". I tak dalej. Nie ma tego jednego zdania które krzyczy "TO FUTUROSPEKCJA". Tu w ogóle nie ma krzyków. Ta wiedza po prostu rośnie w oglądającym... w jakiś sposób. Każdy zdaje sobie z tego sprawę w swoim tempie, jednak gdy Jack głośno woła (nie krzyczy, to różnica!): "We have to go back!" wszyscy też już mają pewność. Smutek i beznadziejna sytuacja bohaterów wręcz mnie zabija, nie ważne ile razy bym to oglądał.

Drugą sprawą jest właśnie to zdanie: "We have to go back!". Od pierwszego usłyszenia tego aż do powtórki minęło sporo czasu. Gdy już jednak to obejrzałem ponownie, byłem zdziwiony, że on właśnie nie krzyczy. Gdy myślałem o tej scenie, w mojej głowie brzmiało to tak głośno, że możnaby go usłyszeć wszędzie we wszechświecie. Ale on nawet nie krzyczy. Niesamowite jest, że... nadal słyszę w głowie te słowa tak samo. Nieważne ile razy się upewnię, jak to naprawdę wyglądało.

Kto pamięta o Charliem? No właśnie. 10/10