piątek, 15 sierpnia 2014
(Felieton) O wspaniałości "Out of Gas"
Jest to dziewiąty odcinek serialu "Firefly" i wyróżnia się tym, co w kinie uwielbiam, czyli narracją. Z technicznego punktu widzenia, nie jest to wyróżniający się epizod - nie wpływa on na szerszą akcję, kończy się tak, by następny mógł się zacząć z czystym kontem. Nie ma tu nawet takich pierdół jak rozwój postaci albo relacji między nimi. Można przeskoczyć i nic nie stracić, bo wiadomo jak się skończy ta historia o awarii systemów podtrzymujących życie i silnika pośrodku czarnego zadupia kosmosu. Nawet nie ma tu jakichś nowych puzzli, wszystko można rozpoznać. Ale zostało to opowiedziane w taki sposób, że nic z tego co napisałem nie ma tu znaczenia. To kino katastroficzne na najwyższym poziomie, tak jak "Titanic" Camerona - wszystko pokazano w zwiastunie a ludzie i tak poszli do kin na seans. "Out of Gas" robi coś, co myślałem, że jest niewykonalne, mianowicie: łączy trzy linie czasowe. Retrospekcje, teraźniejszość i futurospekcje - w jednym odcinku, trwającym 40 minut. Zachowano przy tym idealny porządek.
Uznałem, że nie ma sensu pisać o tym bez spoilerów, bo po co. Chcę pochwalić też zakończenie, więc w rozwinięcie klikać tylko po seansie.
środa, 13 sierpnia 2014
(serial) Firefly
Western, 2002
Wyjątkowa produkcja. Nie spotkałem się jeszcze z opinią kogoś, kto obejrzał ten miniserial i nie był zadowolony. Jeśli z wam się to uda, to upewnijcie się, że a) nie jest pracownikiem FOX, b) oglądał serial we właściwej kolejności, c) w ogóle oglądał całość, i nie jest jednym z tych dziwaków co to oglądają ułamek serialu a oceniają całość. Ja statystyki nie mam zamiaru obniżać, też jestem usatysfakcjonowany. Polubiłem bohaterów, wykonanie zasługuje na moje pochwały, i chcę wiedzieć, jak to wszystko się rozwinie. Ale nie z kolejnych sezonów, bo produkcja została anulowana, tylko z komiksów i filmu pełnometrażowego.
Najbardziej poszkodowanym w historii telewizji jest oczywiście Straczyński, którego oryginalny pomysł na "Babylon 5" został ukradziony przez Paramount by zrobić "Star Trek: DS9", i to był zaledwie początek jego jazdy. Na drugim miejscu jednak jak widać jest Joss Whedon, któremu FOX wyemitował serial... w niewłaściwej kolejności. Dwuczęściowy pilot wprowadzający w świat, bohaterów i fabułę, wyemitowano jako ostatni 11 epizod. Ponoć krytycy zjechali "Firefly", i był to drogi serial, więc skasowano wszystko, zanim jeszcze coś się zaczęło wykluwać. Produkcja odżyła w jakiś sposób na rynku DVD, zdobyła fanów, trzy ostatnie wyprodukowane odcinki nawet doczekały się emisji. Zrobiono pełnometrażowy tytuł, mający zamknąć wątki poruszone wcześniej. A teraz co? Nic. Fani są, kickstarter jakby co by pomógł, ale prawa do marki trzyma Fox, Whedon jest zajęty u Marvela a Nathan Fillion grający głównego bohatera "Firefly" jest zajęty na planie "Castle". Na dodatek cała ekipa jest już 10 lat starsza. Kanał.
Tak, również ja myślę w ten sposób. Gdyby "Firefly" wróciło, to byłoby... miłe.
niedziela, 10 sierpnia 2014
Towarzysze broni (6/10)
Prison Film, 1937
Jeden z tych filmów, których fenomenu nie łapałem, do póki nie przeczytałem o niej w książce poświęconej teorii filmu. "Towarzysze broni" to pierwszy ważny film antywojenny, pokazujący jak jeńcy wojenni różnych narodowości mieszkają razem w obozie niemieckim... i nie ma z tym żadnego problemu. Nawet z Niemcami idzie się tu dogadać, a nawet sprawić, by ci czuli szacunek do oficerów których złapali. Wszelkie podziały i różnice okazują się tutaj "Wielką iluzją", jak wskazuje oryginalny tytuł. Tyle teorii.
W praktyce nie rozumiem, czemu to właśnie ta produkcja jest uznawana za jedną z najbardziej humanitarnych w historii? Jeśli patrzeć na nią pod tym kątem, temat humanitaryzmu został tu poruszony bardzo leciutko. Film Renoira jest zbyt lekki, by traktować go jakoś poważniej, kropka. Życie w obozie i relacje między postaciami przypominało mi "Stalag 17" Wildera. Jeśli w niej przeszkadzał wam komediowy ton, bo uważacie, że o takich historiach nie wypada w taki sposób mówić, tutaj też wam to będzie przeszkadzać. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy przed kamerą błaznuje naprawdę sporo osób, o hałasowaniu podczas kopania tunelu nawet nie ma co wspominać.
Jeden z tych filmów, których fenomenu nie łapałem, do póki nie przeczytałem o niej w książce poświęconej teorii filmu. "Towarzysze broni" to pierwszy ważny film antywojenny, pokazujący jak jeńcy wojenni różnych narodowości mieszkają razem w obozie niemieckim... i nie ma z tym żadnego problemu. Nawet z Niemcami idzie się tu dogadać, a nawet sprawić, by ci czuli szacunek do oficerów których złapali. Wszelkie podziały i różnice okazują się tutaj "Wielką iluzją", jak wskazuje oryginalny tytuł. Tyle teorii.
W praktyce nie rozumiem, czemu to właśnie ta produkcja jest uznawana za jedną z najbardziej humanitarnych w historii? Jeśli patrzeć na nią pod tym kątem, temat humanitaryzmu został tu poruszony bardzo leciutko. Film Renoira jest zbyt lekki, by traktować go jakoś poważniej, kropka. Życie w obozie i relacje między postaciami przypominało mi "Stalag 17" Wildera. Jeśli w niej przeszkadzał wam komediowy ton, bo uważacie, że o takich historiach nie wypada w taki sposób mówić, tutaj też wam to będzie przeszkadzać. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy przed kamerą błaznuje naprawdę sporo osób, o hałasowaniu podczas kopania tunelu nawet nie ma co wspominać.
niedziela, 3 sierpnia 2014
Ewolucja planety małp
Science Fiction, 2014
I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.
Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.
Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.
I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.
Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.
Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



