środa, 28 sierpnia 2013

ZEMSTA PO LATACH (powtórka)

Mystery & Psychological Horror, 1980


Złote czasy filmów z gazet - był taki okres, dawno temu, kiedy jeszcze do gimnazjum chodziłem. Nagle gazety zaczęły przynajmniej raz w tygodniu dodawać jakiś film na dvd w cenie tych przykładowych 5 złotych, by potem dodawać nawet seriale (po 3-4 odcinki tygodniowo) i większe serie po 30 złotych za film ("Most nad rzeką Kwai", filmy Allena). Znam ludzi, którzy po prostu szli do kiosku w piątki i zgarniali wszystko jak leci, byle była tam płytka z filmem. Niektórych obrazów pozyskanych w ten sposób do dzisiaj nie obejrzałem. Ale też w ten sposób natknąłem się na kilka takich filmów, o których w inny sposób bym nie usłyszał. Dla przykładu: "Zemsta po latach".

Może w kręgach ludzi lubiących opowieści z gatunku "Haunted House", ale poza tym jestem jedyną osobą, która ten właśnie tytuł poleca w pierwszej kolejności jeśli ktoś zapyta mnie o horrory. Powodów jest kilka, a zacząć muszę od fabuły. Bohater nazywa się John Russell (George Campbell Scott), który po stracie żony i córki szuka ciszy, by móc tam pracować i pobyć sam ze sobą. Jest kompozytorem oraz pianistą. Przez agencję znajduje stary, od dawna niezamieszkały dom, którego historia sięga jeszcze XIX wieku. Szybko zaczyna mieć wrażenie obecności kogoś jeszcze w tym budynku. Zaczyna się od głuchego uderzania w rurach, codziennie o tej samej porze. Słychać też szmery, kran nagle się odkręca by w wodzie pokazać przerażający obraz... Ten dom, to co w nim egzystuje, chce coś powiedzieć...



Nie ma tu wyskakujących nagle z szafy przerażających stworów ani zjaw, które pokazują się widzowi, np. za plecami bohatera, ale gdy bohater się odwróci to z jakiegoś powodu zjawy już tam nie ma. A to dlatego, że przez cały film nie pokazano istoty nadprzyrodzonej, która nawiedza to miejsce. Zobaczyłem jedynie szczątkowe dowody na to, że tu jest. Dzięki genialnym zdjęciom oddano jej obecność, po prostu widać po tych korytarzach, że jest tu coś więcej. Bałem się, to przerażający film. Z bardzo precyzyjnym budowaniem napięcia oraz porażającym finałem, ale nic nie przebije rewelacyjnej sceny spirytystycznej. Oglądając ją byłem pewny, że widzę przypadek opętania, a George C. Scott dodaje wiele klasy całemu przedstawieniu, dzięki swojemu spojrzeniu człowieka niewierzącego w te bzdury.

Najlepsze jest to, że wszystko tu miało swój powód. Duch został w naszym wymiarze z określonego powodu, i ma pewien cel w robieniu tego co robi. Przeszłość bohatera ma znaczenie i jest wykorzystana w filmie. Cała historia jest kapitalna i jak najbardziej logiczna, a sam duch nie chce skrzywdzić bohatera - to dopiero nowość, prawda? Rzeczy które robi są przerażające, ale ze względu na to, co stoi za nimi, i to, że stworzyły w ten sposób taką historię.
Jedyne do czego mam zastrzeżenia, to zbyt łopatologiczne wyjaśnianie zagadki w kilku momentach. Nawet mam wrażenie, że jedynym celem dla postaci Trish Van Devere było bycie tam, by John Russell miał komu opowiadać, co odkrył (na szczęście są co najmniej dwa inne powody dla istnienia tej postaci, więc luz).



I jeszcze raz o zdjęciach. Skojarzenia z "Lśnieniem" są oczywiste, ale i tak warto o nich napisać kilka słów, bo to one właściwie tworzą cały klimat tego filmu. Bardzo rzadko kamera zachowuje się tu jak w normalnym obrazie, tzn. spełnia rolę pokazywania, co się dzieje. Najczęściej staje z boku, by stać się jedną z postaci - zazwyczaj jest to postać owego ducha, wiele momentów (z tym seans spirytystyczny) jest pokazanych również z jego punktu widzenia. Kamera nie zachowuje się, jak powinna - zawsze jest albo ciut z góry, albo nieco z dołu, albo trochę za bardzo z boku. Jeśli bohater jest na parterze, widzimy go z poziomu pierwszego piętra i na odwrót. Gdy coś dzieje się w jednym pokoju, kamera nie teleportuje się tam jak w normalnym filmie, tylko przemieszcza się powoli korytarzem i sama wchodzi do pokoju. Nawet w jej zwykłym przemieszczaniu się jest sporo życia, charakteru. Zdaje się skradać, czaić, zaglądać, podglądać, obserwować. Bezszelestnie. Gdy bohaterowie opuszczają lokację, kamera zatrzymuje się na chwilę, bo wie, że tu coś jeszcze się zdarzy. I pokazuje to tak wolno, napawając się tym, że jedyne o czym wtedy myślałem, to: "Nie, ja nie chcę tego zobaczyć..." - myślicie, że o tym nie wiedziała? Skąd ta pewność?

Ten film to odtrutka na całą resztę horrorów, szczególnie tych określanych jako "Stara szkoła" lub "klasyczna opowieść". Nie lubię chwalić za to, czego film NIE robi, ale to naprawdę ogromna ulga, zobaczyć film logiczny, konkretny, umiejętnie zbudowany i przy tym wszystkim straszny. Bo pokazuje, że można to zrobić. A widownia jest teraz naprawdę ogłupiona przez te wszystkie wyskakujące przed kamerą upiory, przechodzenie duchów za drzwiami, gdy bohater nie patrzy, i historiami które kupy się nie trzymają - i wszyscy to kupują, ciesząc się jak dzieci jeśli obejrzą horror w którym dla odmiany tylko 95% bohaterów umrze. Nie, istnieje inna droga. Ta właściwa.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_changeling/

wtorek, 27 sierpnia 2013

SŁAWA (powtórka)

Teen Movie & Dance Film, 1980


Opowieść o artystach, zanim stali się artystami. Oni mają za sobą tylko początek tej drogi, przed nimi kolejny przystanek: przetrwanie szkoły wyższej. A nawet on niczego nie gwarantuje. Muzycy, tancerze, aktorzy, wokaliści. Wszyscy młodzi i pełni pasji, zamknięci razem, by się rozwijać. Ta opowieść wyróżnia się zaskakującym realizmem - przed kamerą przewija się mnóstwo ludzi, ale nie ma tu wyraźnej fabuły, bohaterowie po prostu są sobą i robią normalne rzeczy, choćby ćwiczą w szkole. I tyle.

Ten film wygląda, jakby naprawdę w 1980 Alan Parker poszedł z kamerą do szkoły na Brooklynie i spędził tam sporo czasu. To jedyny film w którym taniec synchroniczny naprawdę wydaje się spontaniczny, a sceny śpiewania nie są typowo musicalowe. Bohaterowie nie mają "swoich" piosenek, które nagle zaczynają śpiewać, by potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Do tego dochodzi muzyka, którą później ludzie będą utożsamiać z latami 80 - a spójrzcie na datę powstania filmu! Wszystko to miesza się z klimatem Nowego Jorku, ujęciami z ręki i namacalnością każdej chwili.

lol, wygląda jakby się bili :)

To co jest zaletą, jest też wadą. Przez 3/4 filmu ogląda się to świetnie - tempo jest świetne, reżyser zapanował nad wszystkim, bohaterowie tryskali świeżością i naturalizmem, do tego co chwila pojawia się coś fajnego. Żarcik, świetna scena, jakiś moment warty zapamiętania. Dopiero na koniec zauważyłem, że żaden z wątków nie zostanie zakończony. Żaden motyw nie zostanie domknięty. Żadna postać nie rozwinie się do końca. Film w końcu nie zyska wyrazu - nie będzie ani filmem nastolatkowym, ani dramatem. Nie będzie o ciężkim życiu artystów, którzy często kończą jako kelnerzy, ani o tych, którym się udaje. Nie będzie to też opowieść o systemie, który uczy nowoczesną młodzież starymi metodami. Koniec końców chciałem zapamiętać ten film, ale w sumie nie wiem, jako co go zapamiętać. Ciekawy i udany eksperyment?

Jeszcze jedno, pozytywne słowo. Scenę improwizacji w stołówce oglądałem kilkanaście razy, i dopiero za 4-5 razem zauważyłem, że nie widać tam ani razu kamery. A to naprawdę duża, dzika scena, z mnóstwem aktorów na bardzo niewielkiej przestrzeni, która wymagała mnóstwa zbliżeń na wiele jej elementów jednocześnie. I wtedy sobie przypominam, że to tylko film, że były powtórki, a owy chaos to przecież wyśmienita reżyseria, aktorzy z kolei za każdym razem po prostu dawali z siebie wszystko. Magia kina, trudna do przyjęcia.
Dzięki stacji TCM, że kiedyś przypadkiem natknąłem się na ten film.:) To było dobre czasy...


7/10.

PS. Gdzieś tutaj ponoć pierwszy raz pojawia się Harold Perrineau.


- Chyba każdy lubi swojego terapeutę, prawda? Jest chyba na to jakieś słowo...
- Homoseksualista.



Ranking Parkera (czołówka):

1. Ściana - 7/10
2. Harry Angel - 7/10
3. Sława - 7/10
4. Evita - 7/10
5. Najwyższa stawka - 7/10

piątek, 23 sierpnia 2013

Podsumowanie (o cyferkach, part VI)

Ten cykl wymaga zamknięcia. Mam już gotowych kilka następnych tekstów, ale nie chcę zaczynać czegoś nowego bez podsumowania tego, co zacząłem.

Na początek, czemu "O cyferkach"? Skąd taki tytuł? Bo one symbolizują wszystko, przynajmniej dla niektórych. Kiedy na początku zacząłem przygodę z kinem i widziałem, że ktoś oglądał ten film... I ten... cholera, nawet ten - to znaczyło, że ta osoba zna się na filmach. I tak dalej. Ogromne skróty myślowe, często pozbawione logiki, ale były na porządku dziennym. I dziś dostrzegam je u innych, którzy interpretują moje cyferki w taki sposób, że nie wiem, co odpowiedzieć. 40 razy oglądałem "Pulp Fiction" i oceniam na 9/10, a potem ktoś mi truje dupę, że nie dałem 10/10 bo nie daję 10/10 dla zasady.

Jest logika, jest kobieca logika... i jest coś takiego właśnie.

Początkowym założeniem było opowiedzenie o tym, jak wizerunek kino-maniaków wyglądał kiedyś i jak się rozwinął, oraz jak bardzo się od niego dziś różnię, że rozumiem co inni przechodzą bo sam w tym uczestniczyłem, ale skorzystałem z możliwości odwrotu. Zmęczyłem się. Był kiedyś okres udzielania odpowiedzi z radością, uczestniczenia w dyskusjach, rozmawiania z każdym o wszystkim. Nowy film, nowy temat na forum, może nawet recenzja dla Doroty, je! I to minęło. Kiedyś po obejrzeniu drugich "Transformersów" stwierdziłem, że nie podobał mi się, bo akcja była w nim słaba. Jakieś latanie bez celu po pustyni i strzelanie sobie w stopy, nic ciekawego. 100% odbiorców obrażało mnie, bo oczekiwałem drugiego "Stalkera". A ja każdemu z osobna odpisywałem by napisać jeszcze raz, o co naprawdę mi chodzi. I to było naprawdę coś dużego, temat żył przez 2 tygodnie, a ja tryskałem energią nawet po takim czasie. Ale gdy rok temu obejrzałem "John Carter" i nie podobały mi się głupoty (między innymi), to 100% ludzi wyzywało mnie, bo oczekiwałem sensu po filmie sci-fi. I z początku jeszcze miałem w sobie energię, by tłumaczyć na przykładzie "Bitwy o Ziemię", że to właśnie logika czyni sci-fi interesującym... Ale szybko odpadłem. To był jeden z tych przystanków na drodze do otworzenia swojego bloga, by móc po prostu usuwać takich ludzi ze swojego horyzontu.

Przestałem czuć odpowiedzialność za innych. Niech wezmą książkę do ręki, niech sami poszukają, niech sami się dowiedzą. Kino od samego początku było najmniej wymagającą ze sztuk, o czym pewnie popełnię jakiś felieton, ale to czego byłem świadkiem to już przesada. Nie wiem, czy możliwe jest zejście niżej. Chyba musieliby przestać odróżniać sezon od odcinka. Ciekawe czy wtedy znajdą się ludzie chętni każdemu tłumaczyć różnicę, przyjmować po drodze różne obelgi za to, że oni to wiedzą (jak ja za wiedzę, czym jest logika świata filmowego). Wiem, że ja się od tego odciąłem. Niech tamci sobie oglądają po to, by lizać jaja tym, kto też lubi to co oni, i gnieść jaja temu, kto nie lubi. Niech gadają tak, by sami nie wiedzieli, o jakim filmie gadają. Niech wystawiają masę cyferek, i się pytają nawzajem z chytrym uśmiechem "A czemu nie wyżej?". Ja jestem tam, gdzie często dodawanie cyferki w ogóle mi nie pasuje do tekstu. Rozumiem ich istotę i zalety, ale też znam wady takiego rozwiązania, dzięki temu mam świadomość, co jest istotne w tekście, i nie zastępuję nimi niczego. Bardzo rzadko nawiązuję do nich w samym tekście. Bardzo rzadko piszę "Oceniłem na X/10" lub "film na X/10" czy co tam inni jeszcze piszą. Moje notki nie mają świadomości tego, że na końcu jest jakaś cyferka. U innych jest na odwrót.

Czy to się trzyma kupy? Mam nadzieję. W skrócie: są ludzie, którzy nie potrafią rozmawiać o kinie ani go oglądać. A ja jestem bardzo zmęczony kontaktami z takimi ludźmi. I czuję spore wyzwolenie z powodu tego, że mogę im po prostu usunąć komentarz. I nie muszę się z nimi kontaktować. Nie jestem bohaterem jakiegoś zjebanego filmu Linklatera. Co za ulga.

Za tydzień... nie jestem pewny. Może wyrzucę z siebie żale o Origina. Napisałem tekst o krytykach, ale jak wczoraj do niego zajrzałem to nastawiałem sobie tam tyle znaków drogowych, że pewnie zrobię z niego trzy spore teksty. Ale coś na pewno będzie.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Beztroskie lata w Ridgemont High

Teen Movie, 1982


Ostatni rok liceum. Chłopak pracujący w fastfoodzie, chcący zerwać ze swoją dziewczyną by być wolnym w tym roku. Jest jego siostra, która jeszcze tego nie robiła. Jest chłopak zarabiający na byciu konikiem. Jest czarny sportowiec, luzak na wiecznym haju... Z nim jest związany najlepszy żart filmu, jak zamówił pizzę do szkoły. Bardzo dobrym pomysłem było zrobienie z niego prawdziwego luzaka, zamiast kozaka który cały chce komuś coś udowodnić i utrzeć nosa nauczycielowi, spóźniając się na lekcje i zamawiając pizzę do szkoły... Nie, on po prostu nie widzi w tym nic złego i jest w tym szczery.

...Jeśli macie wrażenie, że kręcę się wokół filmu zamiast przejść do rzeczy, to właśnie o to mi chodziło. "Beztroskie lata w Ridgemont High" nie mają większej fabuły ani nawet motywu przewodniego. To po prostu zbiór postaci, każda dostaje kilka scen ale między nimi nie ma żadnej interakcji. Wspomniany luzak po prostu przyjdzie 3 razy na lekcję, wyniknie z tego jakiś żart... i tyle. Nawet nie spotka tej dziewczyny, która będzie szukać romansu, lub czarnego sportowca, który chyba zniknął z filmu po scenie wściekłego meczu... Mało konkretny, wciągający i zajmujący ten film. Nawet jak na to czym jest, bo żadna z tych postaci nie zapada w pamięć, i żaden z tych okazjonalnych żartów nie jest wart zapamiętania. Poza pizzą, to było niezłe.

Brakuje też jakiegoś wykorzystania dramatycznych momentów. Bo te były, nie wymagam by się wzięły znikąd, a pojawi się tu motyw utraty pracy, zrywanych związków a nawet aborcja (!). Każdy z nich pojawia się i przemija, ustępując pizzy zamówionej na lekcji. Temu filmowi brakowało charakteru do tego stopnia, że na końcu o jednej z postaci mówi się, że wróciła do kofeiny. O innej, że są razem. I co dalej? Po prostu pojawili się razem w obrazku, koniec historii.

Nawet pryywatnie nie będę zaliczał tego filmu do gatunku "Coming-of-Age". Za mało tu istotnych elementów.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/fast_times_at_ridgemont_high/