piątek, 1 sierpnia 2014

(felieton) Nowa rzecz o Garrecie



Parę miesięcy temu w drodze do domu mijałem, jak się później zorientowałem... wydział socjalny? Tak to się chyba nazywa. Ulica pusta, po drugiej stronie widzę człowieka na wózku, w okolicach 50-60'ciu lat, machał na mnie ręką. Gdy podszedłem to poprosił, bym mu zadzwonił domofonem tam i drzwi otworzył. Kilka prób i się odezwali w końcu. Piszczy, można otworzyć. W środku, dla żartu, parę stopni na których dali prowizoryczną kładkę. Dwie szpachle, które potem można dopasować do szerokości wózka i zjechać. I słyszę kolejną prośbę, bym popchnął pana. Samemu raczej się tam nie da wjechać. Obaj w tym momencie oblewamy podstawy fizyki, bo raz: zamiast ciągnąć z góry to go zgodnie z poleceniem pchałem z dołu na górę. Po drugie - mam niedowagę, kiedyś o tym pisałem. A chłop na wózku sam w sobie ważył tyle ile winien dorosły człowiek ważyć. A do tego ciężar wózka... ale oczywiście spróbowałem. W efekcie inwalida wywrócił się do tyłu i znalazł się na podłodze, pośrednio w moich rękach. Gdzieś wtedy zorientowałem się, że nie ma on obu nóg. I czuć od niego alkoholem. Próbowałem go podnieść, też nie dało rady, tylko pomogłem mu się oprzeć o ścianę.

wtorek, 29 lipca 2014

(książka) Miecz przeznaczenia

Fantasy, 1992
A. Sapkowski - 350 stron


Nie pamiętam dokładnie pierwszego zbioru opowiadań o Wiedźminie. Kojarzę jedynie, co mi przeszkadzało: uległość głównego bohatera. Zgadza się on, by go traktowano jak zarazę, a jednocześnie służy tym, którzy go nienawidzą. To był główny temat "Ostatniego życzenia" i względem kontynuacji miałem tylko to jedną prośbę: pogłębieniem tego tematu. Dlaczego się na to zgadza, może jakieś wątpliwości? "Miecz przeznaczenia" wybrnął z tego w zaskakujący sposób: w ogóle tego tematu nie poruszając, podejmując szereg kolejnych. Jedynie w paru miejscach działanie Geralta nabrało pewnej głębi, teraz uznaje on również własne zasady, i np. może skłamać, by uratować istotę której nie uważa za zasługującą na śmierć. Mnie to usatysfakcjonowało.

Jest to zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań, w których Geralt z Rivii ma przygody, i czyta się to świetnie. Polowanie na Złotego Smoka, pojedynek z magiem o kobietę, poszukiwanie stworka któremu miejscowy kościół zabrania nawet prawa do istnienia (bo miasto otacza Wieczny Ogień, więc gdyby taka plugawa istota się przedarła, to by świadczyło o tym, że Ogień nie działa). Wszystko było opowiedziane z pomysłem, według najlepszych zasad narracyjnych. Za każdym razem zaczyna się gdzieś obok historii - na przykład, jedno ma początek na ulicy miasta. Geralt spaceruje sobie z rana, i widzi Jaskra stojącego pod oknem. W oknie baba drze ryja i wyrzuca na bruk rzeczy poety. Bohater podchodzi do przyjaciela, wita się z nim, rozmawiają, tamta się drze. "Kolejna kochanka przestała się nabierać na czułe słówka?", "No... to nawet nie są moje ciuchy, kobieto!". Jakby leżeli gdzieś na plaży na leżaku. Ale jednak są gdzie indziej, więc trzeba zjeść śniadanie. Nie mają ani jednej monety w kieszeni, więc Jaskier wpada na pomysł: idą do knajpy i liczą, że zastaną tam jakiegoś znajomego, który postawi im posiłek. Tak się stało, zastali niziołka Dainty'ego Biberveldta. Rozmawiają trochę, jedzą, a po chwili do pomieszczenia wbiega... Dainty Biberveldt w samej bieliźnie, i oskarża tamtego Dainty'ego o kradzież jego osobowości. I akcja rusza z kopyta.

niedziela, 27 lipca 2014

Life Itself

Biography Documentary, 2014


Dokument oparty na wspomnieniach Rogera Eberta, słynnego amerykańskiego krytyka filmowego. Typowy biograficzny materiał miesza się tutaj z obrazem kilku ostatnich miesięcy życia, kiedy to pan Ebert zaprosił do współpracy Steve'a Jamesa, znanego dokumentalisty z Virginii. Wtedy to ten człowiek był już w stanie, gdy nie mógł mówić, leżał na łóżku szpitalnym i nie miał dolnej części szczęki. Ja nie byłem przygotowany na taki widok, ale wy już tak. Nie jest to ponury obraz - opiekowali się nim zarówno rodzina jak i obsługa szpitalna. Był w dobrych rękach, miał Maca i na bieżąco komunikował się ze wszystkimi za pomocą syntezatora  mowy. I pisał swojego bloga. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, w której Roger Ebert zdobywa Pulitzera, staje się najmłodszym krytykiem filmowym w USA, dostaje propozycje prowadzenia programu telewizyjnego w którym razem z Genem Siskelem będzie opowiadał recenzje kinowe.

Miałem pewne obawy, czy nie powstanie jakaś łzawa laurka ku pamięci. Cóż, moje obawy nie  zostały potwierdzone. Ale też nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Część teraźniejsza jest bardzo dobra, James robi to co umie najlepiej: dociera z kamerą do ludzi, pozwala im mówić, samemu będąc praktycznie niewidzialnym, niedostrzegalnym łącznikiem między osobą na ekranie a widzem. Zarówno Ebert jak i jego żona zostali potraktowani z szacunkiem, nie przerywano im, opowiedziano ich życie, dramat i wspomnienia bez ingerencji. Radzenie sobie z chorobą, życie razem do końca, odnajdywanie pozytywów w ciężkich chwilach... I jak umarł.

sobota, 26 lipca 2014

Calvary

Drama & Mystery, 2014


John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.

Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.