Disaster, 2013
Przykład filmu, na który nie było pomysłu, aktorów zaciągnięto na plan i nie chciano wypuścić, póki nie zrobią czegoś, co zapełni taśmę. W ramach reklamy nakręcono śmieszną scenę która nie znalazła się w filmie, ona mnie zachęciła do obejrzenia, byłem mocno nakręcony... I dostałem komedię, w której żartów trzeba szukać niczym czterolistnej koniczyny na zboczu Wulkanu na jednym z księżyców Jowisza.
Jay Baruchel i Seth Rogen udali się na imprezę w rezydencji Jamesa Franco. W połowie zabawy następuje apokalipsa, ziemia pęka w pół, a dworze panoszą się demony, więc bohaterowie muszą zabarykadować się i siedzieć na dupie, a potem czekać, aż coś się pozytywnego zdarzy i będą uratowani. Już po samym wypowiedzeniu tego pomysłu na głos można być pewnym, że to się jednak nie uda. I dalej nie jest lepiej. Pomysłów na postaci nie było, aktorzy grają samych siebie, i guzik z tego wyniknie. Ktoś do Setha Rogena powie, że gra od 10 filmów tę samą postać i tyle. Pomysłu na relacje między nimi też nie ma. Jay i Seth są BFF, a po godzinie się okaże, że jednak ta blisko nie są, i obchodzi was to w tej chwili tyle samo co mnie, gdy oglądałem film. Pomysłów na sceny nie było. Lepiej walnąć tańczenie w slow-mo do jakiegoś popowego hitu. Pomysłów na rozwój akcji akurat kilka było, i wszystkie poronione. Siedzą tam i myślą, co się stało ze światem. I wymyślają, że to Apokalipsa, taka z Biblii. Zdradzać wiele nie będę, ale potraktują to na serio. Pomysłów na gagi też kilka było, większość poniżej poziomu. Ktoś obciąga Michaelowi Cera. Twórcy uznali ten żart za tak śmieszny, że zastosowali go trzy razy w ciągu 5 minut.
Poza tym przez ten film Emma Watson trzy razy użyła f-word.
3/10
http://rateyourmusic.com/film/this_is_the_end/
PS. Żeby było sprawiedliwie: Chaning Tatum mnie rozbawił, zdecydowanie najlepsza postać w tym filmie. I jak prawie udało się Franco uciec, też się uśmiechnąłem.
PS2. Chciałbym zobaczyć ten film z Zachiem Braffem i Donaldem Faisonem. Daję sobie 10/10 za sam pomysł.
niedziela, 6 października 2013
To już jest koniec
Etykiety:
2013,
Black Comedy,
buddy,
comedy,
Disaster,
Horror,
Parody,
Post-Apocalyptic,
Satire,
United States
piątek, 4 października 2013
O "Awake", part I: Napisałem serial
Po skończeniu oglądania "LOST" chciałem oglądać dużo seriali. Uświadomiłem sobie, jaki potencjał one mają. Ale jakiś czas później uzmysłowiłem sobie również, jak niewiele produkcji może mnie usatysfakcjonować, i czego oczekuję od nich od tego momentu. Ale takich seriali nie było, co dziwne. Jeszcze dziwniejsze jest to, że w pewnym momencie dla żartu pomyślałem, by samemu napisać taki serial.
Wiedziałem mniej więcej co chcę uzyskać. Chciałem stworzyć serial dla samego siebie, żyjącego gdzieś tam, czującego pustkę po skończeniu "Lost". Chciałem złożonej, wielowątkowej opowieści, rozpisanej na wiele lat i mnóstwo postaci. Chciałem, by wszystko miało znaczenie i to była spójna historia, bez zbędnych wątków, bez lania wody. Nastawionej na cliffhangery, zaskakujące zwroty akcji, chciałem by zakończenie zmieniło całkowicie spojrzenia widza na całą opowieść, chciałem by to był produkt wielokrotnego użytku, by przy każdorazowym oglądaniu można było coś nowego odkryć dzięki wiedzy wyniesionej z przyszłych odcinków. Chciałem mieć bohaterów, którzy dają się poznać po większej ilości czasu. By to była zamknięta historia, bez furtki i dopowiedzeń. By to była aż tak skomplikowana historia, że nie dałoby się jej przedstawić w prosty sposób: "O czym ten serial jest". Bez nadprzyrodzonych zjawisk i magii. Chciałem wielu rzeczy.
Long story short... zrobiłem to. Nosi tytuł "Awake" i jego temat to zetknięcie się ze światem, który nie reaguje na twoją obecność. Wymyślenie kręgosłupa całej historii, który dziś mógłbym streścić w 4 zdaniach, zajęło mi jakiś miesiąc lub dwa, nie jestem pewny. Nie miałem wtedy żadnej fachowej wiedzy, jedynie garść wniosków i rzeczy-które-sam-chciałbym-zobaczyć-na-ekranie. Np. największy minus "Lost" to improwizowanie, niekończenie wniosków, dopisywanie pewnych rzeczy na poczekaniu. Dlatego pierwsze co zrobiłem to napisałem finał, i na nim budowałem resztę opowieści. Nawet nie wiem, czy jest jakaś szkoła która uczy jak to robić, byłem samoukiem, i w zasadzie nadal jestem (bo nie spotkałem się jeszcze z żadnymi poradami, jak budować wielowątkowe historie, musiałem sam sobie wymyślić reguły). Do momentu, gdy przeczytałem podręcznik scenopisarstwa, miałem już sporo wymyślone. Okazałem się nawet prymitywistą, większość lektury polegała na jaraniu się, ile rzeczy zrobiłem bez świadomości tego, że powinienem je zrobić - np. związek głównego bohatera ze światem filmu. Wiedzieliście o istnieniu czegoś takiego? A jednak coś takiego jest.
Minus takiego jarania się był taki, że nie zwróciłem uwagi na detale w stylu właściwego formatowania tekstu, oraz nie poświęciłem zbytniej uwagi temu, jak mam pisać. Znam regułę, producent ma obejrzeć film za pomocą słów które napiszę, ale dziś nie mam pewności, czy umiem wyczuć tę granicę pomiędzy pisaniem scenariusza a pisaniem czegoś, co bardziej kwalifikowałoby się do opowiadania. Nie wiem, czy dobrze opisuję sceny, czy prawidłowo je oznaczam i tak dalej. Tutaj po prostu potrzebowałbym nauczyciela.
Podstawową moją obawą było to co zawsze - że będę nad czymś pracować, udowodnię sobie wiele, osiągnę wiele... i nic mi to nie da. Dlatego od początku starałem się znaleźć sposób, by tekst zrealizować. Jak mi szło? O tym za tydzień.
Wiedziałem mniej więcej co chcę uzyskać. Chciałem stworzyć serial dla samego siebie, żyjącego gdzieś tam, czującego pustkę po skończeniu "Lost". Chciałem złożonej, wielowątkowej opowieści, rozpisanej na wiele lat i mnóstwo postaci. Chciałem, by wszystko miało znaczenie i to była spójna historia, bez zbędnych wątków, bez lania wody. Nastawionej na cliffhangery, zaskakujące zwroty akcji, chciałem by zakończenie zmieniło całkowicie spojrzenia widza na całą opowieść, chciałem by to był produkt wielokrotnego użytku, by przy każdorazowym oglądaniu można było coś nowego odkryć dzięki wiedzy wyniesionej z przyszłych odcinków. Chciałem mieć bohaterów, którzy dają się poznać po większej ilości czasu. By to była zamknięta historia, bez furtki i dopowiedzeń. By to była aż tak skomplikowana historia, że nie dałoby się jej przedstawić w prosty sposób: "O czym ten serial jest". Bez nadprzyrodzonych zjawisk i magii. Chciałem wielu rzeczy.
Long story short... zrobiłem to. Nosi tytuł "Awake" i jego temat to zetknięcie się ze światem, który nie reaguje na twoją obecność. Wymyślenie kręgosłupa całej historii, który dziś mógłbym streścić w 4 zdaniach, zajęło mi jakiś miesiąc lub dwa, nie jestem pewny. Nie miałem wtedy żadnej fachowej wiedzy, jedynie garść wniosków i rzeczy-które-sam-chciałbym-zobaczyć-na-ekranie. Np. największy minus "Lost" to improwizowanie, niekończenie wniosków, dopisywanie pewnych rzeczy na poczekaniu. Dlatego pierwsze co zrobiłem to napisałem finał, i na nim budowałem resztę opowieści. Nawet nie wiem, czy jest jakaś szkoła która uczy jak to robić, byłem samoukiem, i w zasadzie nadal jestem (bo nie spotkałem się jeszcze z żadnymi poradami, jak budować wielowątkowe historie, musiałem sam sobie wymyślić reguły). Do momentu, gdy przeczytałem podręcznik scenopisarstwa, miałem już sporo wymyślone. Okazałem się nawet prymitywistą, większość lektury polegała na jaraniu się, ile rzeczy zrobiłem bez świadomości tego, że powinienem je zrobić - np. związek głównego bohatera ze światem filmu. Wiedzieliście o istnieniu czegoś takiego? A jednak coś takiego jest.
Minus takiego jarania się był taki, że nie zwróciłem uwagi na detale w stylu właściwego formatowania tekstu, oraz nie poświęciłem zbytniej uwagi temu, jak mam pisać. Znam regułę, producent ma obejrzeć film za pomocą słów które napiszę, ale dziś nie mam pewności, czy umiem wyczuć tę granicę pomiędzy pisaniem scenariusza a pisaniem czegoś, co bardziej kwalifikowałoby się do opowiadania. Nie wiem, czy dobrze opisuję sceny, czy prawidłowo je oznaczam i tak dalej. Tutaj po prostu potrzebowałbym nauczyciela.
Podstawową moją obawą było to co zawsze - że będę nad czymś pracować, udowodnię sobie wiele, osiągnę wiele... i nic mi to nie da. Dlatego od początku starałem się znaleźć sposób, by tekst zrealizować. Jak mi szło? O tym za tydzień.
środa, 2 października 2013
BREAKING BAD - wrażenia z 5 sezonu, odcinek po odcinku...
...a.k.a. osobiste wrażenia z wielkiego finału.
"Breaking Bad" nie jest serialem, którego odcinki zapadają w pamięć. Tak jest z opowieścią jako całością, po kilku latach oglądania pamiętam tylko "mniej więcej" to, co było wcześniej. I tak było właściwie z każdym sezonem, w pamięci tak wyraźnie miałem tylko poszczególne sceny. "One minute", "Fly", jak Jesse milczał przez 40 minut, tego typu rzeczy. Dlatego zrobiłem takie notki o każdym odcinku, głównie dla siebie, by wiedzieć co się działo. Może i inni też przeczytają z ochotą, co tu napisałem, reszta pewnie tylko przeczyta co myślę o zakończeniu, i będzie podziwiać galerię. Też fajnie.
Nie pisałem każdorazowo, że reżyseria, że scenariusz, że montaż - to zawsze było w tym serialu perfekcyjne (W tym sezonie czasem tylko muzyka mi nie pasowała). Tutaj skrobałem tylko odnośnie samej historii.
Aha - niektóre odcinki oglądałem bez przerwy na pisanie, i wracałem do nich po dłuższym czasie, w którym konkretne wrażenia zacierały się, odnośnie do którego odcinka należały. Dlatego część notek jest taka sucha, żeby tylko była.
wtorek, 1 października 2013
PRZESŁUCHANIE (powtórka)
Prison Film & Kino Moralnego Niepokoju, 1982 & '89
Antonina Dziwisz znajdzie kilku chętnych, by postawić jej drinka... i kolejnego. I kolejnego. Rano obudzi się w celi, nie wiedząc za co i przez kogo się tam znalazła, a jej dotychczasowe życie, z karierą artystki i mężem, zmieni się na zawsze. Wypełni je przesłuchanie.
Rola Jandy nadaje temu filmowi uniwersalności. Historia sama w sobie jest umieszczona w konkretnych czasach, ustroju, kraju, nawet w czasie trwania akcji filmu umrze Stalin, i to o tym docelowo był ten film. Jednak dzięki roli Jandy tego filmu nie oglądam dziś tylko jako legendy którą jest. Dodatkowo, jest to wciąż aktualna opowieść o człowieku, który nagle znalazł się w sytuacji bez wyjścia, z pistoletem przystawionym do skroni, i ma robić jak mu rozkażą. Antonina zachowuje się, jakby nie było komuny, i nie wierzy, że tak po prostu ją tu ściągnięto, bez powodu... To musiała być pomyłka. Dziś nic się nie zmieniło. To wciąż opowieść o wierności sobie bez względu na wszystko.
Tym bardziej, że z czasem ta opowieść staje się coraz bardziej atrakcyjna dla widza. Bo gdy faza tortur cielesnych przeminie, zacznie się gra psychologiczna. Oprawcy przestaną być anonimowymi kukiełkami, a staną się - co przerażające - ludźmi. I właściwie wtedy zacznie się prawdziwy dramat oraz sztuka, w której życie przeplata się z fikcją, a postaci na scenie co chwila złamią w naturalny sposób czwartą ścianę, próbując przekonać Antoninę do czego będzie trzeba.
Dzięki temu można do "Przesłuchania" podejść z miejsca, by z czasem dowiedzieć się więcej i więcej, o jego "zapleczu" i twórcach. W każdym razie, będzie to bardzo dobry film... I nie tylko. Będzie to sztuka - mocna, brutalna i prawdziwa. Tym bardziej wielowymiarowa, im więcej się widz o niej dowie.
8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/przesluchanie/
Antonina Dziwisz znajdzie kilku chętnych, by postawić jej drinka... i kolejnego. I kolejnego. Rano obudzi się w celi, nie wiedząc za co i przez kogo się tam znalazła, a jej dotychczasowe życie, z karierą artystki i mężem, zmieni się na zawsze. Wypełni je przesłuchanie.
Rola Jandy nadaje temu filmowi uniwersalności. Historia sama w sobie jest umieszczona w konkretnych czasach, ustroju, kraju, nawet w czasie trwania akcji filmu umrze Stalin, i to o tym docelowo był ten film. Jednak dzięki roli Jandy tego filmu nie oglądam dziś tylko jako legendy którą jest. Dodatkowo, jest to wciąż aktualna opowieść o człowieku, który nagle znalazł się w sytuacji bez wyjścia, z pistoletem przystawionym do skroni, i ma robić jak mu rozkażą. Antonina zachowuje się, jakby nie było komuny, i nie wierzy, że tak po prostu ją tu ściągnięto, bez powodu... To musiała być pomyłka. Dziś nic się nie zmieniło. To wciąż opowieść o wierności sobie bez względu na wszystko.
Tym bardziej, że z czasem ta opowieść staje się coraz bardziej atrakcyjna dla widza. Bo gdy faza tortur cielesnych przeminie, zacznie się gra psychologiczna. Oprawcy przestaną być anonimowymi kukiełkami, a staną się - co przerażające - ludźmi. I właściwie wtedy zacznie się prawdziwy dramat oraz sztuka, w której życie przeplata się z fikcją, a postaci na scenie co chwila złamią w naturalny sposób czwartą ścianę, próbując przekonać Antoninę do czego będzie trzeba.
Dzięki temu można do "Przesłuchania" podejść z miejsca, by z czasem dowiedzieć się więcej i więcej, o jego "zapleczu" i twórcach. W każdym razie, będzie to bardzo dobry film... I nie tylko. Będzie to sztuka - mocna, brutalna i prawdziwa. Tym bardziej wielowymiarowa, im więcej się widz o niej dowie.
8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/przesluchanie/
Etykiety:
1982,
1989,
Drama,
Kino Moralnego Niepokoju,
Polskie kino,
Prison Film
Subskrybuj:
Posty (Atom)