środa, 30 stycznia 2013

Dark Knight Returns, part 2 (7/10)

Animation & Action, 2013


Historia jest kontynuowana - Gang został pokonany, większość jego członków znalazło inspirację w Batmanie i zostało jego chuliganami... I znowu - na okrak, jedną nogą wynika to z fabuły, a z drugą wynika z dupy. Joker się obudził i jego doktor proponuje mu, że pójdzie z nim do talk-show, będzie mu dzięki temu lepiej. Joker pojawił się w pierwszym filmie w dwóch ujęciach i miał chyba jedno zdanie dialogowe. Trzeci ważny wątek: na Kubie (?) USA walczy z Rosjanami, a pomaga im Superman. Też niby o tym wspomnieli w pierwszej części, ale również jednym zdaniem.

Who cares? Joker rządzi. Był tym powodem, dla którego obejrzałem ten i wcześniejszy film. Gra go Michael Emerson, i byłem z tego powodu strasznie nakręcony. Gdy tylko go usłyszałem, rozpoznałem bez problemu. Znałem ten łagodny, spokojny głos. Gdy skończyłem oglądać pierwszy part, była chyba 1 w nocy, ale i tak włączyłem drugi. Tylko do pierwszej sceny z Jokerem, chciałem to zobaczyć. I to dostałem. Jego występ w talk-show był tym, czego oczekiwałem po takiej postaci, i właśnie to zobaczyłem. Wspaniałe uczucie.


Ale... To trwa tylko 70 minut. To nie prawie 3 godziny Nolana, tutaj wiedziałem od razu, że nie dostanę porządnej, rozbudowanej, bogatej historii. Joker szybko wbiega do huba po czym wątek szybko się zamyka, by zrobić miejsce kolejnemu. Narzekałem na to już wcześniej, ale teraz ma to większe znaczenie, chodzi w końcu o Jokera! Wszystko kończy się o wiele za szybko i niezbyt ciekawie - oczywiście sama postać i jego konfrontacja z bohaterem jest satysfakcjonująca, tylko... to durne wbieganie do huba, nie ma nic więcej.

A potem - Superman wkracza do akcji. I wszystko wraz z tym jakoś zespala się w końcu w całość, choć można rzecz: na słowo honoru. Z początku nawet go nie widać, albo jest skryty w cieniu albo pokazany zostaje tylko ślad, że tu był - jednak w końcu dochodzi do jego pojedynku z Batmanem. Supermana, nadczłowieka, kosmity, niepokonanego, a mimo to Batman podejmuje z nim równorzędny pojedynek... z efektem, który musicie zobaczyć. Bo wszystko to zamknie się doskonałym zakończeniem filmu. Nie powiem, że całej historii, jak mówiłem, trochę tego pojawia się z dupy, ale zakończenie samo w sobie jest doskonałe. Kilka postaci umrze, wspomniany pojedynek skopał mi dupę, końcówka zmiażdżyła a ostatnie sceny usatysfakcjonowały. Po prostu: doskonałość.


Ale się cieszę, że w podsumowaniu 2013 roku będę miał przynajmniej jeden tytuł do odznaczenia w kategorii "Najlepsze zakończenie".

Czy najlepszy film o Gacku? Na pewno należy do czołówki, ale każdy wyróżniał się czym innym. "Maska Batmana" miała retrospekcje wprowadzającymi w znajomość Bruce'a z pewną kobietą. Dwa ostatnie filmy Nolana miały napięcie i bohaterów, "DKR, P2" ma dwa fantastyczne pojedynki, akcję, i Emersona w roli Jokera. Nolan ma lekką przewagę w tym, że jego historie były bardziej rozbudowane, dłuższe. Ale na dłuższą metę cieszę się, że obejrzałem wszystkie te tytuły.
http://rateyourmusic.com/film/batman__the_dark_knight_returns__part_2/

wtorek, 29 stycznia 2013

(NIEZŁY) DARK KNIGHT RETURNS, PART 1

Animation & Superhero & Crime & Action, 2012


Obejrzane ze względu na drugą część i pewną osobę w pewnej roli... Ale o tym jutro.

Nie siedzę w komiksach, o Batmanie mam takie se pojęcie. Widziałem filmy fabularne od Nolana, Burtona i tego trzeciego-którego-nazwiska-nie-umiem-napisać, z 50 lat temu oglądałem sporo odcinków serialu animowanego, zobaczyłem też niedawno "Maskę Batmana". Znam jako-tako realia uniwersum, umiem wymienić kilku przeciwników... Odpalam "DKR" i widzę, że Batman ma tu z 70 lat, jest staruszkiem, Joker siedzi sobie w spokoju w szpitalu Arkham, Two-Face przeszedł operację twarzy i obie połówki teraz się zgadzają...

...Okey.... To ile lat ma w takim razie Alfred? 180?
Po seansie się dowiedziałem, że to film na podstawie komiksu Franka Millera, więc to nie tak, że jakiś random wszedł z butami w to uniwersum i pozabijał połowę postaci, bo tak mu się podobało. Mnie to uspokaja.
Warto nadmienić, że nawet świeży widz dostaje wprowadzenie we wszystko co trzeba - pojawi się scena straty rodziców lub z nietoperzem w jaskini.


Przede wszystkim - silne upolitycznienie wszystkiego. Właściwie każdy ruch Batmana jest komentowany w telewizji, cała jego sylwetka jest omawiana i analizowana przez ludzi. Przez cały film toczy się dyskusja, czy jest przestępcą czy nie. Ale nie tylko - w jednej scenie przestępca w sklepie zakradnie się z bronią od tyłu do Gordona, ten jednak strzeli pierwszy. W domu pewnej nastolatki rodzice oglądający telewizję powiedzą: "zabił 17-latka. Wielka akcja policji!". Tego nie było w innych ekranizacjach Gacka, to z pewnością go wyróżnia. Podnosi wszystko na nowy poziom, dodaje smaczku wszystkiemu.

Akcja jest bez zarzutu. Przeloty nad miastem na tle wieżowców lub księżyca, wszelkie wybuchy a przede wszystkim finałowy pojedynek - rewelacja. Efektownie, ma dobre tempo, jest świeże i zachwycające. Sceny ociekają klimatem, są mroczne i dosadne. Gdy Batman dostanie w twarz, krew z nosa od razu się poleje.

Oczywiście, trzeba zaakceptować parę luk lub ułatwień ze strony twórców. Akcja na wysypisku, Batman wyciąga z kieszeni czoł i naciera. Czemu tak? Bo ładne? Albo każdy pościg kończy się w jakimś ujściu, placu budowy lub na klatce schodowej, podając w wątpliwość czy ci co uciekają naprawdę wierzą, że stamtąd wyjdą? Jakby na sam koniec zapomnieli, że mają zamiar uciec, a zamiast tego wpadają do takiego huba i się tam skradają, bawiąc z Gackiem w "Znajdź i zniszcz".

Minusy są generalnie dwa. Pierwszy - Gang, główny wróg w tej części, jest... śmieszny, wręcz żałosny. Składa się chyba wyłącznie z jakichś pryszczatych nastolatków, wyrwanych wprost z lat 80. To zwyczajnie słaby przeciwnik, serio ktoś taki sterroryzował całe miasto? Przy scenach z nimi cały film zalicza spadek, do poziomu dla 5-latków.
Drugi: narracja jest bardzo rwana. Wszystkie wątki stoją w rozkroku pomiędzy "pojawiają się z dupy" a "wynikają z fabuły", cała historia jest bardzo niezgrabnie połączona w całość.


A Robin jest dziewczyną. Przez pół filmu brałem ją za chłopaka, który wygląda na dziewczynę... Nie wiem, czemu jakaś randomowa dziołcha postanowiła być Robinem i skąd miała kostium, ale poza tym sprawdza się jako faktyczny pomocnik.
I jeszcze jedno... Kobieta z naklejonymi swastykami na sutkach. Nie łapię. Wstaliście kiedyś z rana i postanowiliście - "dziś nakleję sobie swastyki na sutki i tylko w tym będę chodzić!" Co się musiało stać, by do czegoś takiego dojść? Dziwne.

Ale to i tak nieważne. Oglądało się całkiem dobrze, animacja poza kilkoma wyjątkami (sztywne sięgania i siadanie na krześle w jednej scenie, tego typu drobiazgi) jest idealna, akcja jest efektowna. Jak na to czym to jest - liczącym sobie 70 minut wstępem do drugiej części filmu o Batmanie - jest w porządku.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/batman__the_dark_knight_returns__part_1/

czwartek, 24 stycznia 2013

LES MIS NĘDZNICY

Musical & Historical Drama & niezamierzona komedia, 2012


Znajomy wygrał dwie wejściówki na przedpremierowy pokaz w połowie grudnia. Miał iść z dziewczyną, ale ta była niedostępna, zamiast tego powiedziała: "To idź z Garretem". To poszedł. Pozdrawiam Kasię.
Na początek - nie wiedziałem o filmie nic. Spodziewałem się musicalu, ale nie totalnego. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, wszyscy tu wszystko śpiewają. Krótko, z początku zachowywałem się jak murzyn w operze z "Nietykalnych". Śmiałem się, widząc Jackmana i Crowe'a stojących naprzeciw siebie,  śpiewających z totalną powagą. To jest poza moją percepcją, dramat śpiewany. Tego nie umiem wziąć na poważnie, i chyba się nie da. Gdy jest komedia, albo inna lekka konwencja, mogę jeszcze tą umowność zaakceptować. Ale tu jest dramat na każdym poziomie, od upokorzenia przez śmierć i niewolnictwo. Niema nic niepoważnego, poza tym śpiewaniem. I przez to zamienia się w komedię. W scenie gdy Crowe chadza po dachu i śpiewa w ciemną noc, ktoś z mieszkańców powinien wstać i krzyknąć na niego, by poszedł spać. Bardzo się zdziwiłem, gdy tego nie dostałem.


Ale tak poza tym, to "Les Mis" są filmem w którym bardzo dużo rzeczy poszło źle i będę tu raczej pisał o nich. Poczynając na historii - jest słaba. Zaczynamy z więźniem który pracował niewolniczo przez ostatnie 19 lat za kradzież bułki. Jak to się stało, że za coś tak drobnego dostał tak wysoką karę? Nieczytałeś książki, nie wiesz. Teraz jest wolny, ale nikt niechce zatrudnić więźnia. Więc zrywa z przeszłością i postanawia zostać kimś. I zostaje. Koniec filmu? Nie, to dopiero pierwsze 5 minut. I nie wiadomo, jak tego dokonał. Przeskakujemy o 8 lat do przodu, bo po co to wyjaśnić. Więc jest już kimś, ma biznes i zatrudnia ludzi. Jedna z jego pracownic zostaje wydalona a jedyną opcją dla niej pozostaje prostytuowanie się. Więc jej pomaga, ale za późno. Więc pomaga jej córce. Ale jest jeszcze ten strażnik który ściga bohatera - i przyzwyczajcie się do tego, bo on w cudowny sposób będzie trafiać na bohatera przez cały film - podobnie jak masa innych postaci. Nikt o zdrowych zmysłach nie da rady zaakceptować takiej liczby przypadków. Dalej nie będę pisał bo pewnie zorientowaliście się, że nie ma tu czegoś w rodzaju wstępu. Całość jest strasznie rwana, niezgrabnie połączono kilka wątków w skutek czego po godzinie seansu nie pamiętałem ani też nie musiałem pamiętać o czym ten film był na początku.

Relacje między bohaterami nie istnieją, sami bohaterowie bardzo często są też plastikowi. Jest tu dziewczyna czująca miłość, rozumiejąca przez to, że ona go kocha więc on ma z nią być mimo że on do niej nic nie czuje... Ale nazywa się to miłością. A po tym umiera i zostawia po sobie tylko pytanie "Co ona w tym filmie robiła?". Była na ekranie przez 5 minut z czego 4:30 to śpiewała o swojej głupocie. Super. Trzeba to przyspieszyć - większość postaci jest niezapamiętywalnych a ich decyzje często są niezrozumiałe. Cosette jest w zasadzie przedmiotem którym się nikt nie interesuje. Ojciec dowie się, że ktoś ją kocha to nawet jej nie zapyta o zdanie tylko pobiegnie i przyprowadzi gacha, a reszta zrobi się sama.


W gigantycznym skrócie: montaż dźwięku nie istnieje. Nie ma tu dźwięków otoczenia, skrzypiącej podłogi, wiatru, czegokolwiek i poza nielicznymi wyjątkami jak dźwięki wystrzałów brzmi tu po prostu cisza. Są piosenki, jest muzyka, ale ludzie poruszają się jakby byli w próżni, to strasznie dziwne. Montaż jest katastrofalny, po upłynięciu godziny film zalicza niesamowite przyspieszenie kończące się tym, że po zmianie sceny daje się widzowi jedną sekundę by ten zorientował się, gdzie ta scena się rozgrywa, i zaraz potem zrobić zbliżenie na aktora gdy ten zacznie śpiewać. Wielkie sekwencje, sceny zbiorowe z setkami ludzi, kręcone z ręki w żywiołowy, dynamiczny sposób, trwające 5 minut skrócono do 30 sekund w montażu, w skutek czego nie da się po prostu docenić ogromu scenografii czy wysiłku, bo się tego nie dostrzeże.

Nawet piosenki są tylko poprawne, przez większość czasu słyszałem bardzo podobną melodię i przez pół filmu przygotowywałem się na to, że zaraz usłyszę "One Day". Aktorzy na wokalu ogólnie to spisali się przyzwoicie, taki Hugh Jackman i wielu innych dali radę, inni z kolei śpiewali bez melodii albo w piszczący sposób. Film był najlepszy wtedy gdy usiadł na tyłku i patrzył się na aktora śpiewającego swoją smutną piosenkę. Gdy taki moment przypadł Anne Hathaway, to wszystko przestało się liczyć. Nie trzeba było tych kostiumów, makijaży, greenscreenów, mnóstwa statystów i budżetu liczącego na oko 160 milionów. Ale gdy z kolei film to wykorzystywał, wtedy też było dobrze. Ale zrobił to jakieś 3 razy na film. Tylko tyle razy zobaczyłem wielkie, masywne najazdy kamery i tysiące ludzi w kadrze. Cała reszta filmu utoneła we wspomnianym montażu przez który naraz widziało się maksymalnie kilka osób podczas gdy w scenie uczestniczyły setki. Ale jak wspomniałem - są te ciche momenty. Jest scenografia, makijaż (Jackman jako niewolnik niszczy wszechświat), piosenek słucha się bez bólu. Film ciągnie się strasznie nawet mimo tego montażu skracającego zakończenie z 50 minut do 4.

Jako fan dobrej opowieści nie miałem tu czego szukać. Piosenki były przyzwoite, również pod względem wykonania. Ale wiecie co? Miło wspominam całość. Podziwiam ogrom tego wszystkiego, gigantyczną dekoracje i rozmach... Rzadko takie kino powstaje, tak naprawdę ostatnim był "Titanic". Więc nawet jeśli do kina się nie wybierzecie, to zachęcam do obejrzenia kilku fragmentów na YouTube, lub sięgnięcia po wersję reżyserką jeśli kiedyś wyjdzie. Sam na pewno tak zrobię.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_miserables_f12/
Morał jest taki, że trzeba rozkraść kościoły i oddać złoto do produktywnych ludzi którzy stworzą miejsca pracy i wtedy będzie już ok, dobrze zrozumiałem?

poniedziałek, 21 stycznia 2013

(książka) MALOWANY CZŁOWIEK - TOM II

Fantasy, 2008


Jest lepiej. Piszę ten tekst w czwartek wieczorem, a wczoraj musiałem przerwać lekturę o 2:30 w nocy. Początek jest trochę niemrawy - zaczyna się od urwanego jak się spodziewałem w połowie rozdziału, którego początek był w poprzedniej części.

Tak w ogóle to się zorientowałem, że błąd który przypisałem książce wcale do niej nie należy, bo książka w oryginale jest jednoczęściowa. Wina jest polskiego wydawcy który postanowił podzielić całość w złym momencie.

Wracając do początku: Arlen odwiedzi kraj na pustyni, do którego jedynego ma szacunek za to, że ten nadal toczy wojnę z demonami. Kraj ten jest bardzo słabą "metaforą" arabów i Islamu w ogóle, kobiety na głowach noszą chusty i w ogóle jebać tam kobiety, niech się cieszą, że pozwala im się oddychać. Wszyscy wierzą w swoją księgę i tego jedynego który przybędzie, a do obcokrajowców mają ciut więcej szacunku niż do swoich kobiet. Czyli wciąż zero. Oni są najfajniejsi, bo tak mówią. Pierwsza część miała "metaforę" chrześcijańskiego kościoła, który powraca w drugiej części, czyli sprowadza się to do tego, że całkowicie nieprzydatny ksiądz przyjdzie i wkurzy Arlena gadaniem w stylu "Ja wiem, jakie są plany boga, ale nie wszystkie". Znacie to, nie lubię takich wątków. Poza tym są kolejnym przykładem na to, że autor nie umie tworzyć oryginalnego świata tylko zżyna w najlepsze, z innych kultur i powieści.

Ale reszta jest nie tylko dobra, jest jeszcze lepsza niż poprzednia część. Rozwój Leeshy i Arlena jest po prostu niesamowity, to do czego dorastają i ich osobowość to mistrzostwo świata, a precyzja z jaką o tym opowiedziano to narracyjny miód. W tej części cała trójka ma już blisko 30 lat, i Rojer trochę od nich odstaje na każdym poziomie - miał mniej "czasu antenowego", mniej przeżył, i jako minstrel jest mniej ciekawą postacią, a moje myśli w stosunku do niego sprowadzają się wyłącznie do: "Oby nie stał się zazdrosnym dupkiem w przyszłości". Bo cała trójka nadal jest całkowicie normalna, dojrzała i odpowiedzialna. Myślą o swich błędach, uczą się na nich i potrafią się z nimi pogodzić. Rozmwa Rojera z Leeshą w szpitalu o tym, że nie można brać odpowiedzialności za wszystkich, albo jak Leesha uświadomi Arlenowi, że ten złamał obietnicę którą złożył samemu sobie... Wow. Konsekwenja i dojrzałość po obu stronach kartki, i u postaci, i u narratora.

Arlen przypomina mi teraz jakieś surrealistyczne połączenie Voldemorta z Edwardem z "Full Metal Alchemist: Brotherhood". Te same eksperymenty i zajście tam, gdzie nikt inny nie doszedł, ten sam młody wiek i niezliczone próby którym podołał. Uwielbiam tę postać.

I muszę coś sprostować - pisałem, że fabułą jest życie i jego małe kroczki, małe problemy po których przychodzą sukcesy i kolejne problemy. To nie znaczy, że nie było tu celu - ten był, od strony technicznej jest bardzo wyraźny. Widać, że wszystko zmierzało bezpośrednio do spotkania bohaterów, którzy musieli mieć określony charakter. I żeby tacy sie stać musieli przejść długą drogę, której autor poświęcił dokładnie tyle miejsca ile trzeba. Nie ma tu sprzeczności, pośpiechu, skrótów. Są tacy jacy mieli być, a ja mogę w to uwierzyć bez problemu.

Trzeci tom - czyli technicznie pierwsza połowa drugiej części - już zarezerwowana. Wystarczy opis by wiedzieć, że wszystko to ma o wiele większy rozmach, a wojna będzie prawdziwą wojną. Tu niewystarczy wrzucić jednego pierścienia do wulkanu. I liczę, że Rojer jednak dostanie więcej do roboty, by cała trójka była tyle samo warta.


7+/10.