poniedziałek, 16 października 2017

Widziałem we wrześniu dobre filmy i seriale

Mało filmów, dużo seriali. "Daria", "Pozostawieni", "BoJack", 




****FILMY****


Baby Driver (2017) - 6/10. Będę krytykować, bo film ma problemy z tempem. Jak na film który zasłynął właśnie doskonałym rytmem (zgranie dźwięku z warstwą wizualną w montażu i reżyserii) to właśnie do tego aspektu muszę się przyczepić - w scenariuszu. Bo ten wygląda jakby siedziała nad nim tylko jedna osoba, która od razu zaczęła to reżyserować bez poprawienia licznych błędów. Najbardziej oczywisty przykład - scena, która powinna mieć miejsce w okolicy 20 minuty, zostaje wygrana w 54. To daje mniej więcej 34 minuty opóźnienia, a film potrafi się wlec. Sporo jest tutaj zawartości bez żadnego pay-offu (albo też bardzo marnym). Tu sporo można było wyciąć lub przepisać aby lepiej sprawdzało się jako całość. Dla przykładu - mamy tutaj motyw z tym, że szef nie bierze do pracy nigdy tych samych ludzi, i dlatego Baby jest wyjątkowy. Dlatego mamy jeden napad z jedną ekipą, drugi napad z drugą ekipą... A potem mamy trzeci napad z mieszaniną pierwszej i drugiej. Co najmniej jedną można było więc wyciąć. Już po pierwszej Baby mógł być spłacony. Mamy tu imponujący wizualnie mastershot w czołówce... który też można było wyciąć. Takie są niestety twarde realia scenopisarstwa. Mamy też wujka/dziadka (?) który gada na migi. Mamy nagrywanie wszystkiego mikrofonem i tworzenie z tego muzyki. Po co? Po nic. Aż tu pod koniec okazuje się to ważne w tak wymuszony i biedny sposób, że można by przysiąść, że mamy do czynienia z amatorami. Na historię i konflikt brakuje pomysłu - szef najpierw zmusza Baby'ego do pracy bo jak nie to mu nogi z dupy powyrywa, a na koniec "uciekaj i trzymaj głowę nisko". Nagle policja zabija jakąś dziewczynę która myślała, że włączyła sobie nieśmiertelność, i stała bez żadnej osłony i strzelała. To ją strzelili bez problemu i z jakiegoś powodu jest to wina Baby'ego - wszystko po to, by mieć antagonistę na ostatnie 20 minut. I jest pojedynek. Jak wygląda wielki pościg na koniec? Baby wysiada z samochodu i w 3/4 opowieści dowiadujemy się, że jest mistrzem parkouru. Ma zmysł profesjonalisty oraz kondycję lekkoatlety. Umie nawet przeskoczyć jadący na czołówkę samochód. Super. A jak wygląda finałowy pojedynek? Za kółkiem drugiego samochodu siedzi John Hamm, nawet bez zasugerowania, że jego postać jest na tym samym poziomie kierowania pojazdami co Baby. Zresztą, to pojedynek w tym kto mocniej dociśnie gaz do dechy i zepchnie przeciwnika z dachu na ulicę. Biednie. Już mogli chociaż pójść w pojedynek samochodów na pustym dachu w stylu jednego z modów do GTA V. Jestem więc wdzięczny za bardzo ładny romans z muzyką oraz smaczki typowe dla Edgara Wrighta (cholera, ten mastershot na początku...), ale skoro już tworzy typowe kino gatunkowe, niech przestrzega jego reguł. A tu bez solidnych relacji między bohaterami, historii i dobrego tempa narracji nie da się skoczyć za wysoko. Trzeba się też po prostu zdecydować o czym to ma być. Finalnie okazuje się, że jest to historia o tym, że każdy dobry uczynek niesie ze sobą dobre konsekwencje i one mają znaczenie. Nawet jeśli tak na co dzień rujnujesz ludzi, to jednak warto otworzyć okno w aucie i oddać przez nie torebkę starszej kobiecie, od której właśnie kradniesz pojazd. Ona to doceni. Podoba mi się to.


To ("It", 2017) - 6/10. Solidna ekranizacja. Miała ciekawe nowe pomysły, popełniono mnóstwo błędów, ale wciąż jest to czas dobrze spędzony. Jak to czytacie to na Pełnej Sali powinien być już mój felieton o minusach scenariusza w tym filmie, tam więcej o tym piszę.


Kingsman: Złoty krąg ("Kingsman: The Golden Circle", 2017) - 6/10. Prosty, bałaganiarski, ale dający frajdę średniak. Niewykorzystane pomysły, bohaterowie, wskrzeszanie zmarłych i jedna z najgłupszych, pompatycznych scen śmierci, która byłaby piękna, gdyby tylko nie dałoby rady tak łatwo jej uniknąć... Nie żałuję seansu, nie zachęcam do oglądania.


Andriej Rublow (1966) - 5/10. Powtórka. Produkcja historyczna rozgrywająca się w XV wieku, inspirowana losem artysty ikonografa, tytułowego Andrieja Rublowa, przedstawiająca losy ówczesnej Rosji. Sam Rublow jest tu tylko łącznikiem pomiędzy kolejnymi sekwencjami, w których reżyser Andriej Tarkowski odnajduje przypowieść o kryzysie wiary, zwątpieniu w przyszłość świata oraz ludzkości. Uwaga - przed seansem wskazane jest poznanie biografii Rublowa na własną rękę. A także, jeśli będziecie mieć wybór, celujcie w wersję liczącą 200 minut



****SERIALE****


Pozostawieni, sezon II ("The Leftovers, 2015) - 8/10. Nie zazdroszczę ludziom którzy musieli pisać recenzję tego sezonu, bo już pierwsza scena, będąca jednym z najlepszych momentów w historii filmu, jest kompletnym zaskoczeniem i nie wolno recenzentowi nic z tego zdradzać. A tym samym pisanie o reszcie sezonu jest niemożliwe. Musimy więc pisać bez konkretów. Ponownie więc jesteśmy w świecie "Pozostawionych" - ludzi szukających szczęścia w swojej najbardziej bezpośredniej formie. To nie jest opowieść o radzeniu sobie z problemami albo droga do czegoś, nie - to jest fabuła w swej skończonej, ostatecznej i gołej formie. Wciąż bardzo istotny jest tu aspekt duchowy, może nawet jeszcze bardziej niż wcześniej - w końcu już teraz cała filmografia Tarkowskiego i reszty zbita razem nie ma startu do tego serialu - ale nadal nie mówimy nawet o koncepcie boga. Jest on chyba tylko wspominany aby żartować z takiego uproszczenia, że dla ludzi wiara równa się jakiemuś bóstwu który kontroluje wszystko i patrzy z góry. Jestem głęboko zafascynowany personą Damona Lindelofa, który w tej produkcji wynajduje kino na nowo, stawia na głowie każdy możliwy schemat, tworzy sam sobie wszystkie reguły... Jednocześnie jest zrozumiały dla widza. "Pozostawieni" to miniatura w miniaturze, idąca we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale przy tym wszystkim narrator wykonał iście tytaniczną pracę przy trzymaniu opowieści w ścisłej dyscyplinie. Oglądałem i akceptowałem ten świat. Czekałem cierpliwie i wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Gdzie się znajduję, co robię i co oglądam. Wiedziałem co zrobić z tym co jest mi pokazywane. "Pozostawieni" to odwrócenie typowej historii, która zazwyczaj prowadzi do deszczu żab lub innego wielkiego wydarzenia, które otwiera wszystkim oczy. W tym wypadku bardziej się nie da niż zniknięcie 2% populacji ludzi, a jednak to nikogo nie zmienia. Nadal nie umieją godzić się z rzeczywistością, nadal nie potrafią dostrzec prawdziwej wagi rzeczy które je otaczają, nie chcą akceptować, wybierają zapomnienie lub wypierają prawdę. Nadal odrzucają kontrolę nad swoim życiem, nadal zadają niewłaściwe pytania. Wciąż są nieszczęśliwi, zagubieni i nie wiedzą, co zrobić z darem jakim jest życie. Ale szukają.


BoJack Horseman, sezon IV (2017) - 8/10. Nowa świeżość - cały sezon jest cholernie konkretny i zróżnicowany. Nie ważne, za co kochasz ten serial, dostajesz wszystkiego po trochu, a opowiedziane to jest w zachwycający sposób. Plus możliwie najlepszy odcinek w całym serialu, czyli "Time's Arrow".


BoJack: "Seeing my mom is like a Terrence Malick movie. Every ten years or so is bearable, but more than that and it starts to get annoying."

Todd: "It's Always nice to be included in a sentence someone says"

- If I'm shitty, that's just because I'm shitty. You're allowed to be mad at me, but you need to know that whatewver I do, it's not your fault.
- I know. I mean, I know, but I don't always know, you know? Like, sometimes I have this tiny voice in the back of my head that goes, like, "Hey, everyone hates you! And they're not wrong to feel that way!"
- I know what you mean.
- That voice, the one that tells you you're worthless and stupid and ugly?
- Yeah?
- It goes away, right? It's just, like, a dumb teenage-girl thing, but then it goes away?
- ...yeah.
"BoJack" (2014)


Daria (1997-2001) - 7/10. Napisałem pełną recenzję: http://pelnasala.pl/recenzja-daria/


Quinn: Chocolate cake for breakfast?
Daria: It's too early for lunch.
Quinn: Dad! Aren't you gonna say anything?
Dad: What the hell is sodium hexametaphosphate?
"Daria" (1997)


Rick and Morty, sezon II (2016) - 7/10. Nadal mnóstwo dobrej zabawy i imponujące pokłady kreatywności. Wciąż nie jestem fanem filozofii która stoi za twórcami (nic nie ma sensu). Czyli z grubsza bez zmian. Kiedyś zobaczę trzeci sezon zapewne.


iZombie, sezony 1-3 (2015-) - 6/10. Satysfakcjonujący i przyjemny w oglądaniu serial o zombie. Jest konsekwentny, zróżnicowany, ciekawy. Każdy odcinek jest istotny i składają się na większą całość, z czasem jest tylko lepszy. Niedługo na PełnejSali pojawi się moja recenzja tego serialu, dlatego teraz nawet nie wiem, co mógłbym napisać. Warto rzucić okiem, nikt nie powinien żałować!


Newhart (1982-90) - 6/10. Po 40 odcinkach. Perypetie gościa prowadzącego pensjonat gdzieś w małym miasteczku. Sympatyczne, ciepłe poczucie humoru - tyle produkcja oferuje i to mi wystarczało. W którymś sezonie to się zmieniło i zaczęło być naprawdę wrednie. Humor opierał się albo na postaciach drugoplanowych, które nic mnie nie obchodziły, albo na tym, aby tworzyć sytuacje w których wszyscy traktują głównego bohatera jak gówno. Nie moje klimaty... Niemniej, warto włączyć przynajmniej kilka epizodów. Nie tylko dla jednego z najsławniejszych finałów w historii telewizji. Oto moi faworyci:


1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony!)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart


Hatfields & McCoys: Wojna klanów - miniserial ("Hatfields & McCoys", 2012) - 5/10. Serial głupi jak rasizm. Myślałem, że Costner i Paxton będą się bić na pięści przez pięć godzin, a potem się okazało, że to Romeo i Julia w kostiumie westernu. USA zaraz po wojnie secesyjnej (nie musicie wiedzieć, co to). Na niej było dwóch tytułowych kamratów: jeden zdezerterował, bo chciał do żony, a drugi został i ledwo przeżył. Potem było między nimi jeszcze kilka nieporozumień typu daleki kuzyn Harfieldsa podczas wojny zajumał McCoyowi świnię i ten poszedł z tym do sądu, ale nie było dowodów (ktoś zjadł świnię) więc sprawa zakończyła się patem, i to wkurwiło McCoya. I tak jakoś jedno po drugim wydarzeniu sprawiło, że te dwie rodziny się nienawidzą. Ale jak! Będzie taka scena w której rodzina McCoyów będzie pyskować do Hatfieldsów, a oni będą równie chętni do bijatyki, i wyjdzie jeden taki Hatflieds i powie "Spokój" i będzie uspokajać społeczeństwo. Więc McCoyowie zaczną go bić w pięciu, a on im da radę w pojedynkę. To wyciągną nóż i zaczną go we dwóch dźgać. Też nic. To go zastrzelą. Skubany jeszcze pożyje kilka godzin, nawet wymruczy coś w stylu, że wybacza swoim oprawcom, czy jakoś tak... Ponoć ten mini-serial jest na faktach oparty, ja tam nie wiem. W każdym razie ludzie którzy bili, dźgali i strzelali - oni będą skazani na karę śmierci. I mamy scenę, jak ich matka żegna. I ojciec też. Jako najsmutniejsza rzecz na świecie, najbardziej niesprawiedliwa, w której giną najbardziej niewinne kwiaty tego padołu łez. Ani słowa o tym, że są psychopatami i powinno się im wypchać gardło piachem czy coś takiego, nie. Taka tam, smutna scena, bo dobre chłopaki sobie zaraz przestaną dychać, bidaki. Pożegnanie i wszystko inne, pełen komplet. Świat stoi na głowie. Aż chce się, aby zgodzić się z serialem i wypuścić psychopatów na wolność, przecież ich czynny nie powinny mieć żadnych konsekwencji... A, jeszcze motyw Romeo i Julii. Relacja między zakochanymi wygląda tak: ona wie, że on jest kobieciarzem i ma babę w każdej stodole, każdą podrywa na te same teksty. Ale jest ładny, więc się całują. A potem seks, w towarzystwie jego śpiących sióstr. To byłoby tyle, oni już są zakochani. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, że to na faktach jest, to... Dobra, nieważne. Nie da rady traktować tej produkcji na poważnie. Głupie życie głupich ludzi, na dodatek trwa pięć godzin.


Rewolwer i melonik (1961-66) - 5/10. Po 10 odcinkach. Typowy serial tamtych czasów, kiedy ludzie uczyli się dopiero wykorzystywać i wypełniać format godzinnego odcinka, mając do dyspozycji historię na 20 minut. Efekt jest taki, że te odcinki są wolne, a scenarzyści pokazują co tylko mogą, byle tylko zabić czas. Nawet jeśli jest to wbrew narracji danej fabuły i pewne rzeczy nie powinny być pokazywane, one nadal są - bo mogą. Brakuje tylko by bohaterowie korzystali z toalety.

czwartek, 21 września 2017

Moje ostatnie felietony - BoJack, Pozostawieni i inne



Jak zapewne wiecie, moje teksty w pierwszej kolejności zazwyczaj idą na Pełną Salę. Chciałem je potem wstawiać na swojego bloga, ale doszedłem do wniosku, że nawet przepisywanie ich nie ma większego sensu wobec tego ile pracuję na tamtej stronie z szeroko pojętym formatowaniem tekstu. Dlatego tym razem - jeśli jeszcze ich nie czytaliście - po prostu zapowiem wam te teksty i podpiszę je linkiem do pełnych wersji. Co o tym myślicie? :)
****



Sesje Q&A mogą być lepsze. Wydaje mi się, że dla każdego możliwość rozmowy z twórcą filmowym byłaby ekscytująca. Oglądamy film a zaraz po nim możemy zadać pytanie osobie, która pisała scenariusz do niego, występowała w nim, albo spotkać się z tą osobą na mieście i pogadać na osobności. Nie trzeba udawać się w okolice czerwonego dywanu aby tego doświadczyć, ponieważ większość festiwali filmowych oferuje sesje Q&A po niektórych projekcjach. Potencjalnie ciekawe wydarzenie w praktyce jednak okazuje się niewarte wspominania.


Co nazywamy kinem niełatwym? Kino, które wywołuje w nas mieszane uczucia. Kino, po którym nie wiemy od razu co myśleć i co czuć. Filmy po których najpierw myślimy coś innego niż "to był dobry film". Musimy najpierw pomyśleć nad tym, co zobaczyliśmy. Kino, którego nawet sama definicja nie jest prosta. Ale spróbujmy. Na przykładzie "Nocturamy", "Wszechstronnej dziewczyny" i innych.


BoJack Horseman. Jedno Ważne Słowo. Właśnie miał premierę czwarty sezony serialu "BoJack Horseman", a to skłoniło mnie do przemyśleń na temat porównań polskiej i angielskiej wersji językowej.


Początek. Jak Powinien Zaczynać Się Film? Pierwsza scena, czołówka, lista płac. Jakiś początek musi przecież być. Tylko jaki? Głównie chodzi mi tutaj o pierwszą scenę "Pozostawionych". Wywarła na mnie ogromne wrażenie.

wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów

W sierpniu mało filmów, ponieważ byłem na Nowych Horyzontach gdzie widziałem ponad 50 produkcji (jakieś 45 pełnometrażowych) więc od takich rzeczy biorę urlop do października. Skupiłem się na serialach, więc niewiele produkcji poniżej omawiam, jednak arcydzieła się znalazły w obu formach. Jedno odkryłem w latach dwudziestych, a drugie dostarczył mi twórca mojego ulubionego serialu. Zapraszam.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Jacques Rivette - reżyser, który odrzucił czas


W drugiej połowie XX wieku powstał ruch Nowej Fali, który miał za zadanie - w dużym skrócie - odkryć kino na nowo. Zerwać ze schematami, wprowadzić świeżość oraz wolność twórczą. Zdefiniować jeszcze raz język obrazu, złamać dotychczasowe zasady dyktujące kształt każdej produkcji i zastąpić je nowymi. Jacques Rivette był jednym z najmniej znanych twórców tego nurtu.