sobota, 30 marca 2013

BABYLON 5: RZEKA DUSZ (dla fanów)


Martin Sheen
Science Fiction, 1998


"Kim pan jest? Tym co widzę? Jeśli zabiorę panu wspomnienia tego co pan widział i dokonał, czy nadal będzie pan tym samym człowiekiem, czy też stanę się twoim władcą?"


Dla fanów, bo jeśli nie oglądałeś 1x02 to nie wiesz, czym są Łowcy dusz - w samym filmie jest to wytłumaczone dosyć mgliście. Ponad to, film zaczyna się pod względem chronologicznym trzy dni po 5x21 (ale spokojnie można najpierw obejrzeć zakończenie serialu, a potem przystąpić do filmu). Sytuacja personalna jest wtedy taka jaka jest i ktoś, kto nie oglądał sezonu piątego nie będzie wiedział kilku istotnych spraw.

Spośród tematów nie poruszonych więcej w serialu, Łowcy dusz są jednym z moich faworytów. Pojawili się raz w sezonie pierwszym, mieli odcinek tylko dla siebie. Potem chyba raz o nich wspomniano, ale poza tym - wszechświat toczył się bez nich. A to jednak fascynujący temat, i film wykorzystuje to z nawiązką. Dyskusje o duszy, czy istnieje i czym jest. Dyskusje nad ideałami Łowców, czy ich działania są słuszne. I wszystko to brzmi wiarygodnie, jakby twórcy naprawdę chcieli o tym opowiedzieć, nie tylko wypełnić czas pomiędzy jednym zdarzeniem a drugim, i finalnie dobić do 90 minuty.

Wszystkie wątki zostają zamknięte, pozostaje uczucie chęci poznania dalszych losów pewnej cywilizacji. Ale to dopiero za kilkaset lat. Miło mi się oglądało Garibaldiego i Martina Sheena z grzybem na głowie. Większość żartów też była udana. Szczególnie jak zobaczyli hologram pani kapitan. Solidna robota.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/babylon_5__the_river_of_souls/

piątek, 29 marca 2013

BABYLON 5 (recenzja całości)

Space Opera & Science Fiction, 1993-98


Mamy rok 2257, 9 lat po Bitwie ludzi z Minbari, która uświadomiła wszystkim jak bardzo szkodliwe są zwyczajne nieporozumienia wynikające z nieznajomości jednej rasy z drugą. Potrzebne było miejsce osadzone w neutralnej części kosmosu, służące przede wszystkim dyplomacji. W ten sposób narodził się pomysł, by zbudować stację Babylon, na której bezpiecznie mieszkać będą przedstawiciele i Ambasadorowie każdej rasy. Pierwsze trzy stacje zostały zniszczone lub sabotowane atakiem. Czwarta zniknęła, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi. Piąta jest ostatnią z możliwych. Ostatnia nadzieja na pokój w galaktyce. Właściwa akcja serialu zaczyna się rok później, w 2258.

         Jeffrey Sinclair. Pierwszy.

To co wyróżnia ten serial to historia. Tutaj każda postać, rasa i planeta ma swoją historię, a serial obfituje w wydarzenia i konflikty, z których wszystko zostało z góry przewidziane i zaplanowane w detalach przez scenarzystów. Wszystko tu miało mieć swoje konsekwencje i zmierzać do określonego celu, a wieńczyć miało to zakończenie jasne od samego początku tylko dla twórcy serialu. Całość jest dojrzała, poważna, dorosła - również w temacie (chociażby odpowiedzialności za swoje czyny). Wymaga od widza trochę zaangażowania z początku, by ten uwierzył na słowo, że to naprawdę jest zwarta całość i później zrobi się bardziej fabularnie.

G'Kar, ten który nie jest tym za kogo się podaje
 + najlepsza charakteryzacja w historii

Z początku jednak odcinki budują oddzielne wątki, z których każdy utworzy całość z innymi dużo później. Będzie też wiele odcinków, które nigdy nie doczekają się dalszego ciągu i będą poświęcone różnym celom: wprowadzenia widza w świat, przedstawienia bohaterów lub pokazania, że pomiędzy istotnymi wydarzeniami na stacji toczy się również osobiste życie jej mieszkańców. Trzeba też mieć pod uwagę, że żeby doszło do pewnych wydarzeń potrzeba czasu. Jednak takich odcinków z sezonu na sezon ubywa, bo zwyczajnie nie będzie na nie czasu. Będzie się dziać o wiele za dużo, nawet bez porównywania do dzisiejszych standardów. Często jeden odcinek będzie zjadać na śniadanie fabułę zawartą w całym sezonie innego serialu. "Władca pierścieni" jest rozbudowany? W czwartym sezonie zdarzy się trzy razy więcej. Żadnego lania wody, jeśli trzeba będzie coś trzeba zrobić, to na pewno ktoś zapyta: "Na co więc czekamy?". Dość powiedzieć, że pierwszą sceną którą widz zobaczy będzie atak Narnów na placówkę Centauri. Nie wiecie, kim oni są? Serial wymaga od was, byście jak najszybciej ich poznali i z uwagą słuchali ich historii. Na samym końcu będziecie rozróżniać statki poszczególnych cywilizacji tylko po ich wyglądzie. A kto wie, może przyjmiecie sposób witania się od Minbari. Ja przejąłem od Narnów...

Michael Garibaldi, czołowy dowcipniś i bad-ass na Babylonie

Serial stworzył Joseph Michael Straczynski, który sam najpierw wymyślił to uniwersum, którego historia zaczęła się 10.000 lat temu a zakończy się ponad milion lat licząc od ziemskiego roku 2261. Następnie wszystko to rozpisał na odcinek pilotażowy oraz 4 sezony*, każdy liczący 22 odcinki (i większość z tego sam napisał - żebyście mieli pojęcie ile to samego gotowego produktu: ponad 3 i pół tysiąca stron A4). Akcja serialu toczy się właściwie w czasie rzeczywistym - każdy sezon trwał rok w serialu jak i na antenie. Raz zaczęty, pojawiał się w równych odstępach co tydzień (przerwy najczęściej następowały w tracie sezonu, nie pomiędzy), i miał opowiedzieć jak najbardziej konkretną historię - jednak tylko jej część znalazła się bezpośrednio w "Babylon 5", bo wiele wydarzeń istotnych dla uniwersum rozegra się dopiero 20 lat po zakończeniu historii stacji. Na kilkanaście tygodni przed zakończeniem czwartego sezonu u Straczynskiego zamówiono sezon piąty. Przeniósł więc oryginalne zakończenie sezonu czwartego do sezonu piątego, dopisał 22 odcinki które wyraźnie rozpoczęły tylko nowe wątki, które pierwotnie miały być kontynuowane w następnych produkcjach z tego uniwersum. Te jednak wciąż nie powstały. Zostały filmy telewizyjne, piloty niepowstałych seriali oraz książki wyjaśniające przyszłe zdarzenia na Centauri Prime, których jednak nie wydano w naszym kraju. To jednak historia uniwersum - które jak wspomniałem, zostało rozpisane na milion lat do przodu. A fakt, że stacja jest tylko fragmentem wszechświata, jest bardzo istotny dla jego mitologii.

Susan Ivanowa. Serce i dusza Babylonu.

Za to historia Babylon 5 a także Jedynego została opowiedziana od deski do deski, z pięknym zakończeniem godnym tak rozbudowanej historii. Straczynski we własnej osobie gasi światła i żegna razem z widzem ludzi, których stworzył a żyć będą wiecznie. Jego dzieło to twór wyjątkowy, i uważam, że tylko "Lost" podjęło walkę z tym klasykiem - przegrywając w większości walk, w kilku w ogóle nie próbując. "Babylon 5" mnie zainspirował, z dzisiejszej perspektywy to więcej niż serial. Z mojego punktu widzenia to jednak definicja serialu. Hołd mu i cześć z mojej strony. Głęboki pokłon oraz wieczna pamięć.


10/10.

*tak naprawdę to najpierw napisał ten serial, a później wszystko zostało zmienione. Ale to długa historia, Sheridana nigdy nie miało być, O'Hare miał grał do końca, miało być 5 sezonów + nowa produkcja zatytułowana "Babylon Prime". To co napisałem to dosyć uproszczona wersja, która nie ma wiele wspólnego z prawdą, ale na początek da wam dobre rozeznanie, jak sytuacja się z serialem ma z punktu widzenia widza.

czwartek, 28 marca 2013

BABYLON 5 | sezon 5 (problem z gardłem)

Science Fiction & Space Opera, 1998


Najsłabszy sezon. Trzeba to było napisać od razu.

A teraz po kolei: jak pisałem po czwartym sezonie, były tam dwa wielkie zakończenia. I każdy z nich spokojnie mógł być zakończeniem całego serialu. Zresztą, widzowie finału 4 sezonu dowiedzieli się, jak będzie wyglądać sytuacja za milion lat, i co wtedy zrobią Vorloni. Pozostały drobne sprawy, i jedna wielka zapowiedź bałaganu u Centauri, więc rozumiałem niezbędność tego ostatniego sezonu. To w końcu najsłynniejszy serial całościowy w historii. To TEN serial, zaplanowany co do detalu jeszcze przed produkcją pierwszego epizodu. Zamknięta całość. Trzeba było kilka spraw wyjaśnić, m.in. jasny od samego początku konflikt z telepatami, który nadciąga i dla wszystkich jest to oczywiste. Przygotowują się.

I... to nie jest zamknięta całość. Nie jest tak, że wszystkie wątki zostaną zakończone, albo że chociaż te ważniejsze dostaną epilog. I nie chodzi mi o to, że zostawiono kilka furtek, gdyby widzowie chcieli kontynuację, drugą część itp. Nie, zostawiono niedopowiedziane dwie wielkie sprawy które muszą zostać dokończone. I pewnie kiedyś będą. Powstał w końcu "Crusade", rozgrywające się w tym samym uniwersum, rok po 5x21. Powstały filmy, a Straczynski wciąż jest otwarty na powrót do tego uniwersum (tylko wymaga wielkiego budżetu, nie chce kolejnych produkcji telewizyjnych). Ta historia zostanie zapewne opowiedziana.

EDIT: Z tego co się dowiedziałem, serial miał być zamknięty w 4 sezonach, na kilka tygodni przed zakończeniem JMS dostał zgodę na sezon 5 więc dopisał 22 odcinki pomiędzy 4x21 i 5x22. Czyli finał 5 sezonu miał być finałem 4 sezonu. Jestem w stanie to kupić. To zobaczy ten uwierzy. Ponad to wątki o których wspomniałem dokończono w książkach niewydanych w Polsce. Wyjaśniają między innymi wątek syna Sheridana.

To jeden z problemów z tym sezonem. Drugim są... fillery. Serio. Pierwszy sezon miał wymówkę: wprowadzenie widza (i takie tam). Ale piąty? Nie są to złe fillery - Dzień zmarłych był świetny, z ekscytacją powitałem dawnych znajomych. Epizod, w którym stację atakuje ktoś-tam i wszystko jest pokazane z perspektywy dwóch robotników pracujących na stacji? Też fajne. Dwójka młodych telepatów na tropie morderstwa innego telepaty w Babylon 5? E, takie sobie.

Przez to serial wyrządził sobie najgorszą zbrodnię. Nie chciałem go oglądać. A raczej oglądałem dziennie jeden, dwa odcinki... Zamiast przynajmniej sześciu. Raz chyba obejrzałem zero odcinków. Serialu, który jest jednym z najważniejszych w moim życiu. Olałem coś takiego tuż przed samym końcem. Tak naprawdę głównym motywem oglądania w ciągu ostatnich dni było nie chęć poznania zakończenia... Ale kończący się miesiąc. Chciałem ten rozdział zamknąć jeszcze w marcu.

Taki stan utrzymuje się powiedzmy pomiędzy 4-5 i 15 odcinkiem. Potem już jest ciekawiej, fillery się kończą. Poza tym, wyróżniają się dwa odcinki: pierwszy to 5x02, "The Very Long Night of Londo Mollari". Psychodeliczny epizod, w którym pojawia się najlepsze pojedyncze ujęcie w całym serialu. Zaczyna się w zatłoczonym barze, gdy Vir opuszcza go i idzie do windy długim korytarzem. Gdy wsiada do niej i drzwi zasuwają się za nim, kamera obraca się trochę o kilkanaście stopni. Światło zmienia kolor, a do korytarza wchodzi Londo. Idzie nim tak samo jak Vir, dochodzi do baru, ale po drodze nie spotyka nikogo... Oczywiste, że nie chcę pisać o czym ten odcinek jest. To trzeba zobaczyć i poczuć samemu.

Drugim odcinkiem jest... 5x22, "Sleeping in Light". Czyli dosłowne zakończenie sezonu, serialu, Babylon 5 i kilku innych rzeczy. I znowu nie będę wiele pisać o konkretach. Dwie wskazówki: pamiętacie jak w pierwszym odcinku Londo opowiadał o swoim śnie? Że widział tam to, co nastąpi za 20 lat? Ma to znaczenie w samym zakończeniu. Powiedzmy. Spójrzcie również na tytuły dwóch przedostatnich odcinków: "Objects in Motion" oraz "Objects at Rest". Zaskakujące, czym są te obiekty.

Bardzo przypomina to najlepsze zakończenie w historii, czyli "Scrubs" (które skończyło się na 8 sezonie, nie 9). W obu produkcjach m.in. dochodzi do pożegnań, i jedna historia kończy się na rzecz innej. W obu też twórca serialu pojawia się wtedy na chwilę, wcielając się w rolę statysty, robotnika, by powiedzieć ostatnie słowo do bohatera...

Gardło nadal mam ściśnięte. Bardzo wyczerpujące 45 minut. Przez te kilkanaście odcinków niemal postanowiłem, że obniżę serialowi ocenę ogólną. Ale finał jednak to odwołał.

sobota, 23 marca 2013

Jak rządzić człowiekiem...

Parę dni temu poczułem potrzebę przypomnienia sobie tych słów. Trochę to trwało, bo i szukałem w złym miejscu. Myślałem, że to bardziej w okolicy środka powieści się znajduje, a było koło końca. Jedna z ostatnich rozmów dwóch postaci, zakończona liczącym sobie sześć stron monologiem jednej z nich. Właśnie ten wykład tu zamieszczam, w skróconej formie. Bardziej ze względu na pominięcie imion i innych rzeczy fabularnych.



"Jeśli nauczysz się, jak rządzić duszą jednego człowieka, możesz zawładnąć resztą ludzkości. Dusza. Nie bicz, miecz, ogień ani armaty. To dlatego Cezarowie, Attyle i Napoleonowie byli głupcami i nie przetrwali długo. My przetrwamy. Dusza to coś, czym nie można rządzić. Trzeba to złamać. Wbić klin, wepchnąć tam swoje palce - i człowiek jest twój. Nie potrzebujesz bicza - przyniesie ci go i poprosi o biczowanie. (...)

Chcesz wiedzieć, jak to się robi? (...) Oto jeden. Spraw, aby człowiek czuł się mały. Spraw, aby czuł się winny. Zabij w nim ambicję i uczciwość. To trudne. Nawet najgorsi z was na swój pokrętny sposób dążą do ideału. Zabij uczciwość, psując od wewnątrz. Wykorzystaj ją przeciwko niej samej. Nakieruj ją na cel niszczący wszelką uczciwość. Głoś bezinteresowność. Mów mu, że musi żyć dla innych. Mów mu, że altruizm jest ideałem. Żaden z nich nigdy go nie osiągnął i żaden nigdy nie osiągnie. Żywy instynkt obecny w nim z krzykiem buntuje się przeciw niemu. Nie rozumiesz jednak, co uzyskasz? Człowiek zdaje sobie sprawę, że jest niezdolny do tego, co uznał za największą cnotę - i rodzi to w nim poczucie winy, grzechu, własnej bezwartościowości. Skoro najwyższy ideał jest nieosiągalny, stopniowo porzuca wszystkie inne ideały, ambicje, traci poczucie własnej wartości. Czuje się zobowiązany głosić to, czego nie potrafi czynić.

Ale nie można być dobrym w połowie albo uczciwym mniej więcej. Zachowanie własnej uczciwości to ciężka praca. Po co zachować coś, o czym się wie, że już jest zepsute? Jego dusza porzuca szacunek dla samego siebie. I tu go masz. Będzie posłuszny. Będzie szczęśliwy, mogąc być posłuszny - bo nie może zaufać samemu sobie, czuje się niepewny, nieczysty. To jeden sposób.

A oto inny. Zabij jego poczucie wartości. Zabij w nim zdolność do rozpoznawania wielkości i osiągania jej. Wielkimi ludźmi nie da się rządzić. Nie chcemy żadnych wielkich ludzi. Nie zaprzeczaj koncepcji wielkości. Niszcz ją od środka. Wielkość jest rzadka, trudna, wyjątkowa. Ustanów takie kryteria sukcesu, by były osiągalne dla wszystkich, dla najmniejszych, najbardziej niekompetentnych, a powstrzymasz dążenie do wysiłku we wszystkich ludziach, wielkich i małych. Powstrzymasz wszelkie dążenie do poprawy, perfekcji, do doskonałości. (...) Uświęć miernotę - a świątynie zostaną zburzone.

Jest jeszcze inny sposób. Zabijaj śmiechem. Śmiech jest wyrazem ludzkiej radości. Naucz się stosować go jako niszczącą broń. Zmień go w szyderstwo. To proste. Każ się śmiać ze wszystkiego. Powiedz im, że poczucie humoru to bezgraniczna cnota. Nie pozwól, by w ludzkiej duszy zostało cokolwiek świętego - a dusza przestanie być święta. Zabij cześć - i zabiłeś bohatera w człowieku. Czci nie oddaje się, chichocząc. Będzie bezgranicznie posłuszny - cokolwiek wchodzi w grę, nie jest zbyt poważne.

A oto inny sposób. Ten jest najważniejszy. Nie pozwalaj ludziom być szczęśliwymi. Szczęście jest samodzielne i samowystarczalne. Szczęśliwi ludzie nie mają dla ciebie czasu i wartości. Szczęśliwi ludzie są wolni. Więc zabij w nich radość życia. Zabierz im to, co jest im drogie i co jest dla nich ważne. Nigdy nie pozwól, by mieli to, czego pragną. Spraw, by czuli, że sam fakt posiadania osobistych pragnień jest złem. Doprowadź ich do stanu, w którym powiedzenie "pragnę" nie jest już naturalnym prawem, lecz przyznaniem się do winy. Altruizm będzie ci bardzo pomocny. Ludzie nieszczęśliwi przyjdą do ciebie. Będziesz im potrzebny. Przyjdą po pociechę, po wsparcie, po ucieczkę.

Natura nie dopuszcza próżni. Opróżnij duszę ludzką, a miejsce, które po niej pozostanie, jest twoje. (...) To najstarsza ze wszystkich metod. Przyjrzyj się historii. Przyjrzyj się jakiemukolwiek wielkiemu systemowi etycznemu, od Wschodu począwszy. Czyż nie głosiły one poświęcenia osobistej radości? Pod płaszczykiem przeróżnych komplikacji werbalnych czyż wszystkie one nie miały jednego motywu: poświęcenia, rezygnacji, wyrzeczenia się siebie? (...) Przyjrzyj się moralnemu klimatowi naszych dni. Wszystko co sprawia przyjemność, od papierosów poprzez seks, ambicję, chęć zysku uważane jest za niemoralne czy grzeszne. Dowiedź, że jakaś rzecz czyni człowieka szczęśliwym a potępisz ją. Oto, jak daleko zaszliśmy. Powiązaliśmy szczęście z winą. Trzymamy ludzkość za gardło. (...)

Nie trać czasu na badanie natury szaleństwa - zadaj sobie pytanie, do czego prowadzi. Każdy system etyczny, który głosił poświęcenie, doszedł do wielkiej władzy i rządził milionami ludzi. Trzeba to, rzecz jasna, zakamuflować. Trzeba powiedzieć ludziom, że osiągną wyższą formę szczęścia, rezygnując ze wszystkiego, co czyni ich szczęśliwymi. Nie musisz wykładać tego zbyt jasno. Używaj mętnych słów. "Uniwersalna harmonia", "wieczny duch", "boski cel", "nirwana", "raj", "supremacja rasowa", "dyktatura proletariatu".

Wewnętrzne zepsucie, najstarszy sposób. Ta farsa trwa od wieków i ludzie wciąż dają się na to nabrać. A próba powinna być taka łatwa: wsłuchaj się w słowa jakiegokolwiek proroka i gdy tylko usłyszysz, że mówi o poświęceniu, uciekaj. Uciekaj szybciej niż przed dżumą. To logiczne, że tam, gdzie jest poświęcenie, jest też ktoś, kto zbiera ofiary. Tam, gdzie jest służba, jest też ktoś, komu służą. Człowiek który mówi ci o poświęceniu, mówi o sługach i panach. I zamierza być panem.

Ale jeśli kiedykolwiek usłyszysz człowieka, który mówi ci, że musisz być szczęśliwy, że to twoje naturalne prawo, że naczelnym obowiązkiem dla ciebie jesteś ty sam - będzie to ktoś, kto nie poluje na twoją duszę. Będzie to człowiek, który nie potrzebuje od ciebie niczego. Ale niech tylko nadejdzie, a wszyscy wyrywacie sobie włosy z pustych głów, wrzeszcząc, że jest samolubnym potworem. A zatem oszustwo jest bezpieczne na wiele kolejnych stuleci. (...)

Ludzie mają przeciwko tobie broń. Logikę. Rozum. Musisz więc postarać się odebrać im go. Nadkruszyć fundamenty na których się opiera. Bądź jednak ostrożny. Nie zaprzeczaj niczemu. Nie mów, że rozum jest zły - choć był ktoś, kto to powiedział i odniósł oszałamiający sukces. Mów jedynie, że rozum jest ograniczony. Że istnieje coś ponad nim. (...) "Instynkt", "uczucie", "objawienie", "boska intuicja", "materializm dydaktyczny". Jeśli dasz się się złapać w jakimś miejscu ważnym miejscu i ktoś powie ci, że twoja doktryna nie ma sensu, będziesz na to przygotowany. Mówisz mu, że istnieje coś, co jest ponad sensem. Że nie powinien myśleć: musi czuć. Wierzyć. Odrzuć rozum, a wygrasz grę. (...)

Boisz się zobaczyć, dokąd to prowadzi. (...) Powiem ci. Do świata przyszłości. (...) Do świata posłuszeństwa i jedności. Do świata, w którym myśl każdego człowieka nie będzie jego własną myślą, lecz usiłowaniem odgadnięcia myśli sąsiada, który nie będzie miał własnych... I tak dalej. (...) Bo wszyscy muszą się zgadzać ze wszystkimi. Świat, w którym żaden człowiek nie będzie mieć własnych pragnień, lecz skieruje swoje wysiłki na zaspokojenie pragnień sąsiada, który nie będzie miał innych pragnień, jak tylko zaspokajanie pragnień następnego sąsiada, który też nie będzie miał pragnień... dookoła świata. Bo wszyscy muszą służyć wszystkim. (...)"

środa, 20 marca 2013

(dla fanów) BABYLON 5: In the Beginning

Science Fiction, 1998


Premierę miał kilka tygodni przed finałowym sezonem, a potrzebną wiedzę by oglądanie go miało sens zdobywa się w pilocie... I 1x08, 2x01, i po środku czwartego sezonu sporo się dopowie... W sumie więc najlepiej po całym sezonie czwartym obejrzeć.:) Choć początek może wprowadzić zamęt, ponieważ przenosimy się około 20 lat do przodu względem tego, co wcześniej widziałem. Dokładnie to do momentu, gdy Sheridan przeniósł się w przyszłość w sezonie trzecim. Londo jest cesarzem, a do jego gabinetu zakrada się dwoje dzieci. Cesarz pokazuje im swoją pieczęć, pozwala nawet jednemu ją założyć. Dzięki temu zostaje ono na chwilę władcą, i może zażyczyć sobie czego tylko chce. Chłopiec chce usłyszeć wielką historię, z bitwami i w ogóle. Londo cofa się więc o 35 lat do tyłu, by opowiedzieć o tym, jak wybuchła wojna między Minbari i Ziemią.



Nie jest to samodzielna historia. Część zostaje pokazana tutaj, jednak wiele innych które były w serialu, tutaj są pokazane w szczątkowej formie. Nominacja Delenn na członka Szarej Rady, śmierć mistrza - szepcze wtedy kilka słów do niej. Te usłyszycie dopiero w 4x14. Czemu trójkąt zabłysł, gdy składała przysięgę? Też dowiecie się z serialu. A w filmie zobaczycie np. jak wyglądało to wszystko ze strony Ziemi. Od pierwszej pomyłki, aż do pogodzenia się z faktem, że tej wojny nie można wygrać. Dowiecie się między innymi, że Ziemia od pewnego momentu cały czas nadawała wiadomość o kapitulacji, ale Minbari na nią nie odpowiadali.

Poza tym - wejdziecie w świat pogodzony z tym, że zbliża się jego wymarcie. Brzmi obiecująco, prawda? Battle of the Line również jest dłuższa i bardziej widowiskowa niż w 1993 roku, ale to chyba oczywiste.

Problem z filmem jest taki, że gdy cała uwaga jest skupiona na tym konflikcie to wydaje się on zwyczajnie słaby i niewystarczający. Dosyć szybko okazało się, że to była pomyłka i tyle, ale nie zaprzestali holocaustu. Przydałoby się dodać ze dwa wydarzenia, które by przekonały widza, że faktycznie Minbari nie mają wyboru i muszą kontynuować co zaczęli.

Jaka jest ostatecznie wartość filmu? Chyba tylko zaostrzenie apetytu by dalej oglądać serial. W końcu po coś przeskoczono te 20 lat do przodu, nie?...



6/10
http://rateyourmusic.com/film/babylon_5__in_the_beginning/

wtorek, 19 marca 2013

BABYLON 5 /sezon IV (rządzi)

Science Fiction & Space Opera, 1996-97



Najpłynniejszy. Najwięcej się dzieje. Najwięcej emocji wywołuje. Najwięcej się zmienia. Najwięcej odbiega od schematu, którego i tak nie było. Naj, naj, naj...

Fabuła jest płynna. Wprawdzie dwa razy w tym sezonie miałem odczucia: "Hę? To nie jest koniec? To jeszcze coś będzie?", bo po zakończeniu pierwszej wojny w 4x06 wrócił wątek innego konfliktu, i to było trochę niepłynne, bo nie był poruszany chyba z 15 odcinków, ale do całej reszty nie mam zastrzeżeń. Teraz każdy wątek znajdował jakąś kontynuację w kolejnym odcinku, na palcach można policzyć wyjątki w których jeden wątek zajmował cały epizod. I te również były rewelacyjne - 20-minutowe wyjaśnienie, co się działo z Garibaldim gdy ten zniknął pomiędzy sezonami? Wspaniałe. Dwuodcinkowy czyściej na Z'ha'Dum? Magiczne. 42 minuty zamknięty razem z bohaterem w celi, w której go torturowali? Niesamowite. Finałowy odcinek, w którym narrator (?) patrzy na fabułę serialu z perspektywy 100, 500 a nawet i tysiąca lat? Czemu jeszcze to czytacie zamiast oglądać?!

4x19 "Between the Darkness and the Light"

Catargia to największy psychol w historii kinematografii. I nie zajmuje tylko pierwszego miejsca, tylko całe podium. Bo każda scena w której występuje zbliża go do tronu coraz bardziej. Kulminacja wybucha, gdy opowiada o tym, jak torturował pewnego obcego... Zero krwi, zero pokazania tego, co robił, zero sztuczek. Tylko aktor i jego monolog. Już wcześniej, gdy Londo opowiadał o torturach które są tradycją w jego narodzie - już wtedy nie chciałem go słuchać. To było zbyt okropne. A było tylko wstępem, zanim te rzeczy naprawdę zaczęły mieć miejsce...

Praca kamery. Miałem do tego również jakieś uwagi wcześniej, ale w IV sezonie jest zwyczajnie doskonała. Połowa ładunku dramatycznego który jest w tej produkcji to właśnie zasługa kamery lawirującej pomiędzy dziesiątkami postaci. Ulubione "one shot" to 4x17, gdy Garibaldi poznaje plan pewnego pana, siada w fotelu odwrócony tyłem do kamery która po chwili zaczyna się zbliżać...

4x17 "The Face of the Enemy"

Z 4x17 pochodzi też mój faworyt pod względem połączenia obrazu i muzyki. Sheridan będąc pod wpływem bije się w barze, oświetlenie zostaje rozwalone, a z głośników walą klimaty "My Bloody Valentine"... Od razu zaciskam mocniej słuchawki, podkręcam głośniość i chłonę epickość tego widowiska

http://youtu.be/d7Ff2zZ27ow?t=2m15s (czas ustawiony tak, by nie było spoilerów, tylko nie czytajcie tam opisu ani komentarzy ~~)

Czołówka tego sezonu pewnie jest póki co najlepsza. Składa się na nią rewelacyjne sceny akcji z komentarzem od każdej postaci. Nadal nie rozgryzłem, kto wypowiada drugą kwestię. A do tego czasu, wygląda to tak:

Lennier: It was the year of fire
?: The year of destruction.
G'Kar: The year we took back, what was ours.
Delenn: It was the year of rebirth.
Vir: The year of great sadness.
Marcus: The year of pain.
Deleen: And a year of joy.
Londo: It was a new age.
Franklin: It was the end of history.
Ivanowa: It was the year everything changed.
Sheridan: The year is 2261. The place - Babylon 5.

Z perspektywy czasu w czołówce nie powinno być jednej z postaci, bo nie dotarła ona do końca sezonu, więc tak to dziwnie jest, ale cóż.

Powinienem też coś napisać o zapłakanej Susan, ale nie wiem co. Chcę o tym tylko pamiętać.

Poza tym, było też kilka momentów w stylu pierwszego sezonu, gdy to był problem ale bohaterowie myśleli dużo nad nim i w końcu udało im się wykorzystać system by go rozwiązać. Świetnie też Sheridan przekonał Ligę, by chcieli Zwiadowców.:) "Are you out of your mind?!" to najbardziej przesadzona reakcja ever, ale i tak nie mogę przestać tego oglądać.

Ech, można dużo gadać...



Dużo/10.

poniedziałek, 18 marca 2013

(książka) HOBBIT

Fantasy, 1937


Chyba obniżę ocenę filmowi Jacksona, za skandaliczne umiejętności adaptacyjne. Przykład - Gandalf zrzuca Hobbitowi do norki stado krasnoludów, które mu wszystko zjadają, a potem omawiają plan przygody. Gandalf stwierdza, że Hobbit ma zapierdalać z nimi bo jest istotny i bez niego nie idą, ten nie chce bo się boi o własne życie (nah, jakiś smok ma tam być). Gandalf stwierdza: "A spierdalaj", krasnoludy mu zawtórowały, rano się bohater budzi i nie ma nikogo, więc... zapieprza w kierunku - mniej więcej - każdym, dogania ich, i z jakiegoś powodu stwierdza, że chce uczestniczyć w tej przygodzie. A oni mu na to z jakiegoś powodu pozwalają. Chaotyczne, głupie, wymuszone, amatorskie, i tak dalej, i tak dalej...

To była wersja Jacksona. Pierwowzór wygląda tak, że krasnoludy faktycznie się z Gandalfem spraszają na chatę, ale wszystko przebiega bardziej gładko, Baggins nie wariuje i nie biega, nie lamentuje, że mu wszystko zjedli, zachowuje się jak gospodarz. Sprawa jest postawiono jasno - najpierw jemy, odpoczywamy, potem wyjaśniamy o co chodzi. W filmie - hobbit się pyta, co one robią, oni mu się śmieją w twarz, rzucają talerzami, fuck this shit. W książce - Baggins już od początku zadaje fachowe pytania, chce uczestniczyć w przygodzie, chce wiedzieć co z tego będzie miał. Idą spać i rano faktycznie nie ma nikogo, ale mieli powód - musieli przygotować się do wyruszenia w drogę. I zostawili mu notkę, gdzie są, gdzie jest zbiórka! Ale ten jej nie zauważył, więc gdy się nie pojawiał - Gandalf po niego wyszedł i mu o wszystkim powiedział. I to było na kwadrans przed terminem, i to zaważyło na decyzji hobbita, prosta myśl: "Teraz albo nigdy". Dlatego wybiegł i się wszystko zaczęło.

Prawda, że proste? Czemu więc w filmie tyle zepsuto?!

Adaptacja jest do dupy, krótka piłka. Przykłady można mnożyć, ale wspomnę już tylko o jednym - czasie. Pierwsza część jest dla wszystkich za długa, a ja nie rozumiem dlaczego. Moje wydanie miało 260 stron, z czego scena na której film się kończył miała miejsce koło 90 strony. To nie jest zły wynik, dodać do tego początek zapętlający wszystko z "Władcą Pierścieni", jakieś sceny z Elrondem - i mamy blisko dwugodzinny film. Nie trzeba było dodawać wątków lub zmieniać istniejących scen. Po co więc to zrobiono?

I nie piszę tego wszystkiego dlatego, że opowiadanie jest jakieś super. Nie jest, ale film jest gorszy i tyle. Książka jest... w porządku? Ani dobra, ani zła. Zawodzi mnóstwo rzeczy - bohaterowie mają imiona i to z grubsza tyle. Zero charakteru, dosłowne zero charakteru. Idą razem i słowa konwersacji między nimi nie ma na tych pustyniach. Przy miodzie oczywiście pośpiewają, ale w międzyczasie - idą. Cała książka o chodzeniu z jednego miejsca w drugie, bez żadnych dalszych konsekwencji, że tak to ujmę. We "Władcy..." to wyglądało inaczej pod każdym względem - Frodo odwiedził gospodę, dołączył do niego Aragorn, razem poszli do Elfów, tam uzgodniono, co trzeba zrobić i kto to zrobi i tak dalej. W "Hobbicie" idą gdzieś, wychodzą stamtąd, i nawet jak mają braki w kucach to zaraz jakoś to zregenerują, więc ostatecznie - jak wyszli z Shire, tak dotarli do końca. Równie dobrze 90% książki można było streścić do "Kilka miesięcy później dotarli do celu. Zmęczeni, niewyspani od wielu dni, po wielu, wielu pomniejszych przygodach, jednak szczęśliwie w komplecie i bez uszczerbku na zdrowiu". Nawet jeśli przyjąć, że przygoda to przygoda i trzeba o niej opowiedzieć, to i tak większość tych historii jest opowiedziana ogólnikowo ("W końcu coś się udało" lub "Na szczęście pan Baggins miał szczęście").

Na koniec się okazuje, że jakieś... trzy zdarzenia miały skutek w zakończeniu, ale jakby nie miały to bym nie zauważył. Bo wróciły jadąc na kilometr deus ex machiną, do czego jeszcze wrócę.

Więc tak: historia jest bardzo marna, bohaterów właściwie nie ma lub mają osobowość kartonu. Słyszałem głosy po premierze filmu od ludzi liczących, że może w drugiej części zyskają charakter, ale w książce go nie mają, więc ja bym nie liczył, że Jackson stworzy od ręki 12 postaci. Będzie zapewne zajęty psuciem tego, co akurat w książce ma sens.
Ale to jeszcze ujdzie. Bo w końcu ma być przygoda, nie? Skarb, przejście do historii i pojedynek ze smokiem! W praktyce krasnoludy i hobbit mają tyle ikry co... ikra. I żyją tylko dzięki deus ex machinom lub Gandalfowi, który w sumie też jest deus ex machiną, więc na jedno wychodzi. Ale ten w połowie stwierdza, że ma ciekawsze rzeczy do roboty i sobie idzie* (nie zmyślam), więc muszą sobie sami poradzić. Skutkuje to tym, że większość czasu będą jęczeć, że im głodno.

Uwaga, dobitny przykład na jakość bohaterów: gdy w lesie dopadną ich wielkie pająki, ci uratują się dzięki Bilbo, który pokona wroga poprzez tańczenie... śpiewanie... i rzucanie w nich kamieniami, które w jakiś sposób spowodują ich natychmiastową śmierć... Żal dupę ściska, że dorosły człowiek tworzy takie historie dla dojrzałych odbiorców....**

Co jeszcze... smok będzie gejowy, słuchać się go nie chce, i podobnie jak reszta postaci nie ma charakteru. I zginie dosyć szybko, zresztą policzcie ile strzał będzie to wymagać. I porównajcie to ze sceną z "Powrotu Króla", jak Legolas położył to mamuto-podobne bydle. A tutaj będzie smok, istota o wiele ciekawsza, magiczna i wzbudzająca respekt swoimi możliwościami. Nie chcę spoilerować, ale ten nudny mamut jest o wiele ciekawszy.
Zresztą smok wcale nie będzie jakimś punktem kulminacyjnym. Tym będzie Thorin który postanowi być na koniec kutasem i to właściwie tyle. To zresztą moment, w którym jedna deus ex machina przebija poprzednią praktycznie na każdej stronie. Bo oczywiście Thorin nie miał powodu by się tak zachować. Ot, a co, będę kutasem i chuj mi zrobią***. Nasz bohater, proszę państwa. Honorowy, dzielny, mężny, bla bla bla, tak, to wszystko co mówili o tej postaci do tej pory też było tylko chamskim wciskaniem kitu.

Mógłbym jeszcze wiele złych słów napisać o tej książce (propaguje rasizm, jedna rasa jest dobra a inne są złe, i trzeba zabić wszystkich ich przedstawicieli, bo urodzili się źli), ale...
[TUTAJ KOŃCZĘ PISAĆ O MINUSACH I ZACZYNAM CHWALIĆ!!!]
...na ostatnich kilku stronach poczułem coś ciepłego. Co jak co, ale autor darzy swoich bohaterów uczuciem. I dał temu wyraz w narracji, która przypomina opowieści dziadka opowiadającego bajki w dawnych, dawnych czasach. Pełno tu zwrotów, które dziś zwyczajnie nie przystają by mówić, lub są poza granicami akceptowalnego patetyzmu. Ale tutaj, w takim połączeniu ze wszystkim - to po prostu działa. Kominek, fotel bujany, deszcz za oknem, to wszystko przychodziło do mnie automatycznie. Jest ciepło, trochę nostalgicznie, a na koniec czuć, że autor naprawdę żegna się z postaciami które stworzył. Może nie udało mu się tego opisać poprawnie, może nie znał się i stworzył amatorszczyznę, ale się bardzo starał. I jakoś po przeczytaniu zakończenia trudno mi dłużej tak pluć na tę książkę ~~


Ulubiony fragment:

"O północy zbudził Bombura i z kolei sam ułożył się do snu w kąciku (...). Wkrótce zasnął mocno i do rana nie pamiętał o swoich zmartwieniach. Śniły mu się jajka na boczku."


4/10


PS. Orły pomogły Gandalfowi bo miały u niego dług. I jak tylko się zjawiły to postawiły sprawę jasno - nie będziemy lecieć jakoś daleko (tak, te orły mówiły). Miałem napisać, że to "subtelny szczegół, który odróżnia przyzwoitą historię od beznadziejnej", ale to jednak nie miało na koniec żadnego znaczenia, bo i tak poleciały na końcu gdzie trzeba, więc to było tylko chamskie wciskanie kitu.

*jakbym wiedział, jak będzie wyglądać pojedynek ze smokiem też bym szukał ciekawszych zajęć. Ot choćby przekopanie ogródka. To w porównaniu z przygodami Bagginsa jest epickim doznaniem.

**a nie, to książka dla dzieci, więc może pisać co tylko chce. Głupie bachory, kogo one obchodzą?

*** skoro w filmie dające się zrozumieć decyzje pokazano tak, że nie da się ich zrozumieć, to jak pokażą decyzję niezrozumiałą?

sobota, 16 marca 2013

(dla fanów widzących 4x07) Babylon 5: Thirdspace

Science Fiction, 1998


Pierwszy film telewizyjny ("Gathering" był pilotem) rozgrywający się w świecie serialu. Nakręcony został pod koniec trwania 5 sezonu, a opowiada o epizodzie, który rozegrał się krótko po wydarzeniach z 04x06 i 04x07. Oglądałeś/aś ten odcinek? Więc nie będą ci straszne spoilery które tu wypiszę.:)

Wojna Vorlonów z Cieniami zakończona, Ziemia zabroniła kontaktu ze stacją Babylon 5, tak więc Sheridan i reszta potrzebują na gwałt znaleźć sposób na uzupełnienie zapasów i środków. Pierwszy pomysł - brać to, co piraci grabili innym. Podczas jednej z takich wypraw w hiperprzestrzeni Ivanowa znajduje gigantyczny obiekt. Tam wielki, że będzie trzeba rozszerzyć bramę obok Babylonu 5. Wywoła to wielkie poruszenie, przybędą nawet ludzie zainteresowani zbadaniem tego zjawiska, które może być najważniejsze od czasu odkrycia bram do hiperprzestrzeni.

Ale... dlaczego? Nie będą wiedzieć, czym to jest, ani do czego służyło. Ale z dupy wymyślą sobie, że to brama do tytułowej Trzeciej Przestrzeni, dzięki której przemieszczanie się będzie natychmiastowe, nawet między jedną galaktyką i drugą. Dlaczego? No bo k... udowodnijcie, że to nie do tego służy, skoro jesteście tacy cfani!1

Thirdspace

To jedyny większy problem z filmem... przez jego większą część. Im bliżej końca, tym coraz jest gorzej. Uniwersum serialu, z reguły całkiem wiarygodne, tutaj już zacznie być wątpliwe. Jeśli chcecie szczegółów, to obejrzyjcie film i potem przeczytajcie dalszą część notatki:

[SPOILERY]

Vorloni tysiące lat temu chcieli poznać Bogów, więc zbudowali bramą dzięki której mieli się do nich przenieść. Skąd wiedzieli, jak ją zbudować? I dzięki otworzeniu tych wrót do naszego wszechświata wbiła agresywna cywilizacja z innego wszechświata, która poprostu chce wszystkich zabić. Aha. Wygodnie. Po swojej stronie zabili wszystkich, więc wbijają do nas. Pozdrawiam. Poza tym, dołączenie do uniwersum serialu istnienia innego wszechświata to dosyć istotny fakt, nie można tego tak poprostu zrobić.

Dalej - czekali tysiące lat, aż się ta brama otworzy, by od razu tam wbić, gdy tylko po naszej stronie ją otworzą? Super. A jak ją zniszczyć? Sheridan musi słuchać uważnie... Wysadzić ich atomówką, proste. Więc kapitan bierze jatpacka z szafy i zasuwa 10 kosmicznych mil ze stacji do bramy pomiędzy szalejącą bitwą kosmiczną*. Komedia stulecia. Poza tym ta cała obca cywilizacja z którą Vorloni ledwo się mierzyli, teraz wydaje się całkiem równa ludziom. Hm.

[/SPOILERY]

Aktorzy spełniają się w swoich rolach, nie czuć po nich że musieli się cofnąć w czasie o półtora roku. Wszystkie elementy jak scenografia i kostiumy, wyglądają detal w detal jak te w serialu. Nie miałem poczucia, że świat i jego bohaterowie wiedzieli lub przeżyli rzeczy, o których nie wiedziałem bo nie miały jeszcze miejsca.

Jedyną rzeczą którą film od siebie dodaje jest wyjaśnienie, skąd Centuari znali technologią jump gate. Niezaskodzi, jeśli obejrzycie najpierw kolejne odcinki, lub nawet całość, zanim zasiądziecie do tego filmu. Kierowany wyłącznie do fanów... i wiecie co, spełnia się w tym zadaniu. Ocenę dałem niską, bo na taką zasługuje, ze względu na głupoty i inne, ale osobiście - dałbym mu kilka oczek więcej nawet. Seans mnie nie zabolał, a w zamian dał kilka chwil w roku ziemskim 2262.


4/10
http://rateyourmusic.com/film/babylon_5__thirdspace/


*która gdyby nie robiona pod ZX Spectrum, byłaby niesamowita, bo rozmachem niszczy wiele filmów.

czwartek, 14 marca 2013

(bez zmian) Babylon 5 /sezon III

Science Fiction & Space Opera, 1995-96


Sezon przełomowy, bo to tutaj formuje się konkretna fabuła, główny konflikt.

Zakończenie odcinka "War Without End, part 2" (3x17) to jedno z najlepszych zakończeń w historii. Nie podsumowujących, tych drugich zakończeń. Dosłowny opad szczęki.

Zdjęcia trzymają już stały poziom. Niemal każdy odcinek ma ujęcia wyjęte z filmów Viscontiego, w których kamera na maksymalnym zbliżeniu wodzi po pomieszczeniu, od jednego bohatera do drugiego. Często pojawiają się ujęcia z kamerą z ręki, w których razem z bohaterami idzie gdzieś, przeciska się z nimi przez tłum i tak dalej.




Powrócił Sinclair, i nie zawiódł mnie jego występ. Babylon IV, Zathras, oni wrócą w tym sezonie. Pierwsza wojna Minbari i Cieni sprzed 1000 lat... Tutaj się zawiodłem. Kiedyś o tym opiszę więcej, ze spoilerami. Drugi raz zawiodłem się, gdy Garibaldi odkrył Grey 17. To mogło być o wiele ciekawsze i złożone.

Jest to pierwszy sezon napisany całkowicie przez Straczynskiego. Pewnie to jest powodem odczucia odwagi w posuwaniu historii do przodu. Nie chodzi mi o to, że autor podejmuje tu jakieś trudne motywy, jak molestowanie dzieci, ale... skalę i zdecydowanie u bohaterów. To jak szybko podejmują decyzję, wykonują niezbędne kroki by wygrać bitwę... Rozumieją sytuację, rozumieją, że muszą coś zrobić. I nie czekają z tym w ogóle. Każdy odcinek to wysokie tempo i decyzje, które kształtują sytuację całościową. Podziwiam odwagę twórcy za to. Król oszalał? Niemal natychmiast podejmują decyzję, że trzeba go zabić. Ta taktyka da nam szanse w walce z tajemniczym przeciwnikiem? Chodźmy ją wypróbować. Zerwanie sojuszu i ogłoszenie niepodległości to jedyny sposób? Na co więc czekamy?

Wiem, że nie dałem rady wytłumaczyć tego co miałem na myśli. Ale to nie jest recenzja.:)

Jeszcze tylko 44 odcinki przede mną. A za 8 epizodów drugi film pełnometrażowy. Ale się cieszę.

poniedziałek, 11 marca 2013

O minusach Babylon 5 /part 2

Bo jak pisałem pierwszy, to się mi zapomniało wspomnieć o dwóch czy trzech sprawach. Handluj z tym. Poza tym i tak podzieliłbym to na dwa teksty, które same w sobie są i tak za długie. Do rzeczy:


1) Zachowanie telepatów, Soul Hunterów, Psychopolicji i całej reszty uzdolnionych inaczej.

Jeden Hunter miał wskazać miejsce gdzie na stacji przebywa drugi Hunter, posługując się mapą. Miał wyczuć energię z miejsca w którym on jest, coś w tym guście. Więc podszedł, odchylił głowę do tyłu, zamknął oczy, ręka zawisła jak u jakiejś cyganki za dychę... Ubaw po pachy, gdyby to nie było takie żałosne.

Sprawdzanie kogoś przez telepatę, czytanie jego umysłu i tak dalej. Za każdym razem trzeba nawiązać kontakt wzrokowy, więc... Podchodzą, i wpatrują się w niego, jakby stał 3 kilometry od nich, zamiast pół metra. Prosiłbym tylko o odrobinę subtelności, naprawdę. A groteskowo zaczyna być gdy trzeba będzie w pewnym odcinku sprawdzić kilkanaście takich umysłów. Za każdym razem podejść, wpatrywać się przez kilka sekund, wszystko z pełną powagę i subtelnością walca. Drogowego. Niemieckiego.

Zachowanie Talii, ilekroć ta dotknie złego umysłu, to już raczej oddzielny temat. Ale nie chcę tego zbytnio komentować - są różni ludzie, mają inną wrażliwość i różnie reagują, bla bla bla. Problem w tym, że ona ma chyba jeden sposób reakcji na wszystko. I każdy zdaje się przesadzony. Bardzo. Jednak winiłbym samą aktorkę.



2) Morały na siłę, lekcje na przyszłość

W tej opowieści są różne rasy kosmitów, więc można się było spodziewać tematu rasizmu. I ten jest, bardzo często opowiedziany z rozwagą i dojrzałością. Ale zdarzają się przypadki... amatorskie. W jednym odcinku Susan będzie musiała rozstrzygnąć spór pomiędzy jedną z pomniejszych ras. Otóż nastała ta pora, gdy jej przedstawiciele zaczynają walkę między sobą. Nie na śmierć, tylko do nieprzytomności. Ivanowa na początek próbuje zrozumieć, o co walczą i dlaczego. Otóż, na starcie biorą skrzynkę, wsadzają do niej zielone i filoetowe szarfy. Kto wylosuje zielony, jest zielony, kto fioletowy jest fioletowy. A potem fioletowi się biją z zielonymi. Śmieszne? Do czasu, aż zaczną się zabijać, wtedy będzie już poważnie. Ciekawy, lekki wątek poboczny? Na końcu Ivanowa zacznie: "Przecież ta walka jest głupia!", na co jej odpowiedzą: "Przecież wy ludzie też się bijecie o kawałek materiału. Sztandary, mundury". Ta, znowu ta subtelność walca drogowego Made in Germany.

Tego typu rzeczy nie zdarzają się często. Ale jednak są. Z reguły nawet nie przeszkadzają zbytnio. Mogę zrozumieć np. odniesienia do WW II, choć to tak jakby dziś się odwoływać do Rewolucji Francuskiej lub Potopu Szwedzkiego, wojny 30-letniej i tak dalej...


3) Luźno powiązane odcinki.

Co przez to rozumiem - rzeczy które się rozegrają w danym odcinku bardzo rzadko są zapowiadane w poprzednim. Jakieś trzecioplanowe wątki w stylu doktora biorącego stymulant by dać sobie radę z 36-godzinnymi dyżurami - takie rzeczy będą miały odpowiednie nadbudowanie. Najpierw co kilka odcinków zostanie pokazane, jak bierze ten środek, w jednym z nich wyjaśni się, co to w ogóle jest, jak działa. I dopiero potem Garibaldi zapyta, czy doktor na pewno kontroluje sytuację. To jest świetne. Ale główne wydarzenia nie są tak traktowane. Często mam wrażenie, że wychodzą znikąd, choć tak naprawdę najpierw trzeba było wielu odcinków, by dane wydarzenia mogły nastąpić. Bardziej mi chodzi o samo wrażenie, że coś pomiędzy jeszcze można było dopowiedzieć. Samo to "wrażenie" sporo ujmuje serialowi.



3,5) Odcinki mają swoje wątki na wyłączność.

Errata do punktu trzeciego, ale i lekka wada sama w sobie. Otóż, jeśli coś ma się wydarzyć, bardzo rzadko dzieje się to na przestrzeni więcej niż jednego odcinka. Jakiś ważny wątek podzielony jest na mniejsze etapy, które będą rozłożone na kilka odcinków. To nadal będzie jeden długi wątek, ale pomiędzy tymi etapami będzie długa przerwa dla innych wątków (a tych jest od groma). Powoduje to dwie rzeczy: wrażenie przypadkowości, jakby twórcy przed pracą nad danym odcinkiem losowali, który wątek będzie teraz kontynuowany. Wciąż jest to tylko wrażenie, bo istotny jest często przedział czasowy między kolejnymi etapami danego wątku (np. czyjaś śmierć, w związku z tym na stację przybywa rabin by krewni tej postaci mogły ją pożegnać, ale potrzeba czasu by przybyć na stację, stąd też trzeba poczekać kilka odcinków). Wciąż jednak każdy odcinek wydaje się zamkniętą całością, że tak to ujmę - na koniec często będzie jakiś epilog, rozmowa w barze, położenie się do łóżka, odpoczynek przy kieliszku wina. Jakby sprawa była zakończona i w ogóle było po wszystkim. Nie ma wskazania kierunku, w którym wszystko się potoczy, nie ma materiału dla oglądającego, by ten mógł być z serialem pomiędzy odcinkami, by zaczął czegoś oczekiwać od kolejnych odcinków. A raczej, by choć symbolicznie wątek był kontynuowany w kolejnym odcinku. Obecnie wygląda to tak: robi się kaszana, np. w stosunku pomiędzy dwiema rasami, i obawiam się tego, w co się to rozwinie. Ale to nastąpi dopiero za 6-8 odcinków. Do tego czasu będę oczekiwał rozwinięcia 10 innych rzeczy. I tak w kółko.
A łatwo było tego uniknąć - np. na początku jednego z odcinków ktoś zapowie swoją wizytę na stacji. I to będzie zagrożeniem dla pewnej organizacji, będzie oznaczało kaszanę. I to jest świetne! Natychmiast się wsiąka w odcinek i wyczekuje, co bohaterowie z tym zrobią. Dla mnie jednak lepiej byłoby, gdyby zapowiedź tej wizyty miała miejsce pod koniec wcześniejszego odcinka.

Druga sprawa: nie można się nacieszyć zmianą lokacji. Bez spoilerów, ale parę razy jednak opuszczą Babylon 5. I za każdym razem odwiedzą nowe fascynujące miejsce, lub zetkną się z jakąś cywilizacją, będzie tego mnóstwo. Ale na koniec odcinka zawsze wrócą na Babylon 5, i zawsze wrócą do tematu dopiero po kilku odcinkach. A ja nie zdążę poczuć powagi sytuacji, istoty odkrycia i tak dalej. W "Lost" gdy po raz pierwszy zeszli do bunkra, wyszli z niego 3 odcinki później (a byli w nim w sumie ile? 20 minut?). I przez cały sezon bunkier wracał w praktycznie każdym odcinku, był równorzędnym bohaterem serialu. W "Babylon 5" polecą na niezamieszkałą planetę obok stacji. To będzie ważny, dwuodcinkowy epizod. Ale na koniec wrócą na stację, a do tematu co znajdą na tej planecie, wrócą po około 15 odcinkach (!!!). Byłem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem. Ale serial nie pozwolił urosnąć temu uczuciu, że tak to ujmę. Natychmiast poznawałem nową historię, kolejną nową postać, wszystko równie fascynujące.


A poza tym kostiumy Narnów skrzypią. I chyba skrzypią ich ubrania, a nie maski. Takie mam wrażenie. Wina słuchawek !!

Garret out.

sobota, 9 marca 2013

(!!) BABYLON 5 /sezon II

Science Fiction & Space Opera, 1995


Wrażenia po drugim sezonie serialu całościowego. Tekst pisany do nikogo, mogłoby się zdawać. Oby udało mi się z tego wybrnąć.

Nowy opening - spodobał się. Jest dobry. Pomysł, by pokazać teraz pokerowe twarze poszczególnych postaci, jest całkiem dobry. Nadal gdy słyszę, jakie jest miejsce i czas akcji, to mam ciarki na plecach. Ale nie ma startu i tak do openingu sezonu pierwszego; Sheridan nie czyta z taką siłą jak Sinclair, poza tym brakuje mi tego momentu na koniec, gdy na tle kosmosu leciały creditsy, a w tle rozbrzmiewał theme "Babylon 5".



Skoro już jestem przy Sheridanie - gość ten zastąpił Sinclaira na miejscu dowódcy stacji oraz głównego bohatera serialu. Mocna zmiana, bo nastąpiła pomiędzy sezonami. Sinclair pojawił się tylko na chwilę, i to nie osobiście. Ciekawe, jak będzie wyglądać jego rola w sezonie trzecim.

Jak wypada sam Sheridan... Od samego początku nie czułem do niego sympatii. Pierwsze ujęcie, zanim przybył na Babylon 5 - "Serio? On ma zastąpił Sinclaira? No way in hell". Winię za to głównie sposób, w jaki kręcono tę postać, jak ją prezentowano. Często wygłosi kilka zdań tylko do siebie (czyli do kamery) patrząc jednocześnie w gwiazdy. W wielu dialogach będzie wygłaszać mini-przemowy z lekkim nadęciem. Czułem, że twórcom zależy na czasie, by jak najszybciej widzowie go polubili. Nawet w openingu, podczas gdy cała reszta bohaterów spogląda gdzieś obok kamery w skupieniu, z lekką obawą... On jest pokazany w momencie, gdy wybucha śmiechem. "Patrzcie, jaki jest fajny i przyjazny!". Nah...

Ale jako postać jest... dobry, tak. Ale znowu - nie równa się z Sinclairem. Tamten podejmował wiele decyzji które i dziś pamiętam. Sheridan z kolei... Zgoda, w ostatnim odcinku, gdy statek Narnów poprosił o azyl, wtedy mu gratulowałem opanowania i podjętych decyzji. Statystycznie rzecz biorąc, jest to jakieś 5:1 dla Sinclaira.

Nie pamiętam, który to odcinek ~~


Fabularnie - wciąż jestem pod wrażeniem. W każdej skali, począwszy od drobnostek. Dla przykładu - kolejka na stacji porusza się w lokacji o zmniejszonym ciągu grawitacyjnym. Nie pamiętam czy w pierwszym sezonie o tym wspomnieli - ale pamiętam, że się tak dziwnie trzymali tych drążków, co mnie dziwiło. Teraz wiem, że robili tak z powodu właśnie mniejszego przyciągania. Zobaczcie jakie będzie miało to znaczenie w finale drugiego sezonu! Zadziwia mnie, jak dawno temu wiedzieli, że to będzie istotne, i umieścili to w serialu.
W skali makro - każdy jeden konflikt mnie zadziwia. Jak wielowymiarowy jest, i jak bardzo rozległy w skutkach. Tutaj po prostu nie ma wojny między dwiema stronami. Tu nie ma tylko dwóch stron. I żadna z nich nie jest oficjalnie zła i trzeba ją zniszczyć. Lub dobra i trzeba ją poprzeć. Dodatkowo, zawsze będzie istotny stosunek każdej z tych stron do tych, którzy im pomogli. Lub nie. Jednocześnie też będzie trzeba się liczyć z samą stacją Babylon 5, i być świadomym jak podjęte kroki wpłyną na jej reputację. Miała w końcu być neutralna, służyć pokojowi. Zobaczycie, jak bardzo będzie to trudne.

Dwa słowa zostaną wyjawione, m.in. o starych rasach, nadchodzącej ciemności, Vorlonach i tajemniczym Mordenie. Tym, który wyświadczył wielką przysługę Londo. Na nowe odpowiedzi nie będziecie narzekać..:)

2x14 (chyba)


W kwestii ulubionych momentów... O co mi chodzi z tymi medycznymi odcinkami? Dwa takie odcinki były do tej pory, i każdy mnie trafił najmocniej. Widok Lenniera na którego twarzy zaschły łzy to widok nie do zapomnienia. W kolejności następnie będzie odcinek, w którym wojna zostanie wypowiedziana, po czym obie strony konfliktu... zmarnieją w oczach. Zrozumiecie, gdy zobaczycie. Trzecie miejsce - zapewne zakończenie. Jak G'Kar zobaczył swojego Boga. I nie tylko on.

Z rzeczy które mi się najmniej podobały, będzie zapewne tylko odcinek reportażowy, w którym widz pozna wydarzenia z punktu widzenia dziennikarki robiącej dokument o życiu na stacji (właśnie z powodu rosnącego napięcia i niepokojów na Ziemi, czy na stacji można bezpiecznie żyć). Z początku było to naprawdę fajne, wiele złożonych scen, długich i rozbudowanych, kręconych jak w dokumencie. Ale pod koniec pojawiły się przekłamania w stylistyce i entuzjazm opadł.

Poza tym, serial na medal. Nie mogę się doczekać finału. Mam nadzieję, że każdy znalazł w tym tekście coś dla siebie, niezależnie czy oglądał pierwszy lub drugi sezon...


Ocena - BabylonV/10.

czwartek, 7 marca 2013

O minusach Babylon 5...

I zaletach też trochę dopowiem, ponieważ nie wszystko w danym temacie robiono źle. Czasami robiono TO naprawdę dobrze. Na początek - szeroko rozumiane efekty specjalne.

Efektów bluescreena dostrzegłem w ilości śladowej, nie ma o czym pisać. Są słabe, ale też krótkie i nie przeszkadzają. Wszelkie grafiki komputerowe to stany wyższe możliwości PC jadących na DirectX 3, więc jest biednie. Animacje te są sztywne, pozbawione dynamiki, bardzo proste. Sceny strzelanin - żołnierze przyszłości mają pukawki mniejsze od kciuka, nie korzystają z taktyk, strzelają raczej stojąc prosto i... to tyle. Poza tym dźwięk wystrzału to takie pju-pju, które każdy może zrobić nawet i własną buzią, jeśli się postara. Efekty specjalne są więc słabe. Nadal lepsze niż w "Bitwie pod Wiedniem", ale cóż.

Makijaż i kostiumy to absolutne 10/10. Każda rasa wygląda inaczej, ich projekty są bardzo oryginalne, wykonane perfekcyjnie i nie mowy by nie uwierzyć, że to ich prawdziwa skóra lub faktyczny kształt czaszki. Oczywiście poza zdrowym rozsądkiem, podpowiadającym że to przecież tylko film... Jim Carrey narzekał na kostium Grincha, ciekawe co mówił aktor grający G'Kara?
Jednak podobnie jak nie ma co udawać, że animacje komputerowe są słabe, tak nie ma co kręcić, że pierwsza reakcja na widok bohaterów to w najlepszym wypadku uniesienie brwi w głębokim powątpiewaniu. Irokez Londo, 5 cm sztucznej skóry u G'Kara... Choć z trzeciej strony, to tylko pokazuje kolejny plus serialu, bo już po 2-3 odcinkach tak nie reagowałem.

Scenografia to dosyć typowe - urządzenia na pół ściany, pół kontrolek się świeci a drugie pół świeci się na zmianę z pierwszą połową. Zarządzający klepią trzy przyciski i to już wystarczy w 100% przypadków. Od otworzenia hangaru po wysłanie armii do boju. Drzwi się rozsuwają automatycznie, a wszystko kierowane jest głosem. Nawet zamknięcie drzwi w niektórych kabinach. Serio myśleli, że to praktyczne rozwiązanie? Ja wolę sięgnąć i zapalić światło pstryczkiem w ścianie, nawet jakbym mógł to zrobić komendą głosową. A oni absolutnie wszystko robią na głos. Czasami nawet nie wiem, jak komputer wyłapuje w hałasie komendy i które rzeczy czyta jako komendy a które ignoruje.

Do tego dochodzi budżetowość i widać, że lokacji jest bardzo niewiele. Za mało, by zbudować wrażenie rozległej na 5 mil stacji kosmicznej. Ekstremalnym przykładem jest pewna lokacja, która pojawi się kilka razy ale za każdym razem będzie niby czymś innym. Raz będzie to hangar, innym razem lobby, rozumiecie.

Hermetyczna struktura fabularna, tzn. o ile na początku każdego odcinka dzieje się bardzo dużo, i te rzeczy będą potem kontynuowane przez dany epizod, to poza nim nie ma niczego więcej. Komendant całej stacji, wielkiego Babylon 5, zajmuje się tylko jedną sprawą naraz? Trudno w to uwierzyć. A do tego dochodzi fakt, że jego pomocnicy też tylko tą jedną sprawą się zajmują. Naturalność i realizm na rzecz porządku i jasności przekazu. To źle?
Plus takie kwiatki, jak jeden lekarz na całą stację. Mówię tu akurat o sytuacji z drugiego sezonu, kiedy to jeden Minbari będzie prosił medyka by ten przyszedł, na co ten: "Nie mogę, mam pacjenta". Serio? Jeden lekarz i jeden pacjent naraz to maksimum tej stacji? Ilu was tam jest, ćwierć miliona, nie? Wiem, że widać tam innych lekarzy, jednak czemu oni nie mogli pójść? :)

Tak naprawdę jedynym prawdziwym minusem jaki mogę serialowi zarzucić, to ekspozycja w pierwszej połowie sezonu. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal nie jest poziom Oscarowych scenariuszy, tamto to jest uberchujnia, "Babylon 5" pod względem ekspozycji... zawodzi. I to nie we wszystkich odcinkach, zaznaczam. Tak po prawdzie to zwracałem na to uwagę tylko przez kilka pierwszych odcinków, a potem dopiero oglądając opening sezonu drugiego. Finał pierwszego pozostawił po sobie taką kaszanę, że biedna Ivanowa musiała założyć dziennik i do niego opowiedzieć kilka kwestii z offu wyjaśniających, co się stało. A przez następne kilka odcinków nawet nie wspomina, że prowadzi taki dziennik. Czy to jest aż tak słabe? Nie. Szczególnie wobec faktu, że to serial telewizyjny i są ograniczenia czasowe.

Strumień świadomości zamknięty. Poza tym mógłbym jeszcze pisać o słabych scenach w kokpicie, ale to jest dosyć oczywiste, i chyba do dziś tego nie naprawili (przynajmniej w "Avengers" nadal wyglądały tak sobie). Przeszkadzają mi też zdjęcia, bardzo... zwykłe, stabilne. Gdy będzie scena dialogu to wiadomo, że to będzie wiadome ujęcie raz na jednego, raz na drugiego. Brak eksperymentowania lub dodawania czegoś od siebie ze strony operatora (choć może to był taki wymóg producenta, kto wie po czyjej stronie jest wina). Po prostu zwykłe zdjęcia, nic więcej. Ale w drugim sezonie już po kilku odcinkach widzę poprawę w tym temacie, często pojawiają się ujęcia trwające 40 sekund i więcej. Pokazuje spacery po całej stacji, dzięki czemu widać, że to nie są oddzielne makiety tylko jedna... no, nie jakaś duża, ale jednak spójna makieta, ciągnąca się na 100 metrów i dalej. Pojawiają się nawet ujęcia wokół postaci, widać czwartą ścianę, nie ma tu sytuacji z sitcomów w której bohaterowie siadają tylko po jednej stronie stołu itd.

Zgubiłem wątek. Garret out.

środa, 6 marca 2013

(legendarny) BABYLON 5

Sezon I, 1994


Cóż ja mam tu napisać? Tak wiele myśli, tak niewiele konkretów, tak skromne możliwości. Co to "Babylon 5" - najodważniejsze przedsięwzięcie w historii telewizji do czasu "Lost", a nawet i wtedy wygrywało pod pewnymi względami. W drugiej połowie lat 80 Straczynski wymyślił sobie, że złamie wszystkie reguły jakie dotyczą tworzenia seriali, stworzy opowieść poważną, dojrzałą i kompletną, od samego początku rozpisaną na konkretną liczbę odcinków i sezonów. Do dziś serial jest jednym z niewielu wyjątków, które dokonały tej sztuki. Historia w nim opowiedziana dotyczy stacji kosmicznej "Babylon 5" w roku ziemskim 2258.

Bohaterowie. Jeff Sinclair, komendant tytułowej stacji, odpowiedzialny za wszystko i wszyscy się do niego o wszystko zwracają. Wiele odcinków jest poświęconych tylko zbudowaniu tej postaci i jej potężnego charakteru - po 22 odcinkach pierwszej serii nie powinno być wśród widzów takich osób, które by wątpiły, czy nadaje się na przywódcę. Potrafi pertraktować, dowodzić, stosować dyplomację a w chwili ostatecznej poświęcić się. Jest taki świetny odcinek, w którym zdarza się wypadek w dokach i ginie jeden z robotników. Brat ofiary razem z przywódcą robotników zaczynają nielegalny strajk, żądając dodatkowych pracowników i wymiany sprzętu (bez wnikania w szczegóły). Ziemia wysyła negocjatora i grozi Sinclairowi, że jeśli ten nie da rady strajkującym to wykorzystają pewien przepis, umożliwiający im zaaresztowanie wszystkich strajkujących i zatrudnienie nowych (wszyscy robotnicy podpisali kontrakt, który mówi jasno - nie mają prawa do strajku, dlatego jest on nielegalny). Rozpęta się mały armagedon, a pośrodku niego będzie kapitan. I jaką decyzję podejmie? Żaden z was o tym nie pomyśli. Ten świat potrzebował do tego właśnie Sinclaira. Cześć mu !!

1x08
Ideą stacji Babylon 5 ma być dyplomacja, więc wszystkie ważniejsze rasy mają swoich przedstawicieli. Sinclair jest przedstawicielem ludzi. W przypadku pozostałych są to: Londo (Centauri, z włosami postawionymi w irokez w poprzek głowy, mówiący z silnym, quasi-rosyjskim akcentem), G'Kar (czyt. Żakar, rasa Narn, szukający cały czas powodu do bójki), Deleen (Minbari, najspokojniejsza i najbardziej gwałtowna gdy przyjdzie do chronienia sekretów swoich i swojej rasy), oraz Kosh (Vorlon, najbardziej tajemniczy, nawet nie wiem jak wygląda, a gdy mówi w tle wybrzmiewają niepokojące dźwięki). Wszystkie te rasy mają inny stosunek do ludzi i do siebie nawzajem, mają własną historię i temperament. Centauri lata świetności mają za sobą, ale bardzo chcą ich powrotu. Narni to dominatorzy, handlujący ze wszystkimi którzy dadzą dużo w zamian. Minbari to jedna z najstarszych ras, podzielona na dwie kasty - wojowników oraz religijnych.

I pewnie już zauważyliście, co jest największą zaletą tego tytułu. Tony historii na każdym kroku, mnóstwo rzeczy które trzeba wykuć na pamięć by oglądanie kolejnych odcinków miało jakikolwiek sens. Ja w pewnym momencie odpadłem i zwyczajnie notowałem sobie streszczenie odcinka, tak w dwóch trzech zdaniach. Bardzo rzadko tyle wystarczało. W jednym odcinku na stację przybędzie pewna osoba płci żeńskiej. Jedna z Narn gdy tylko ją zobaczy krzyknie "Deathwalker!" i zacznie się z nią bić. I to nie bić - pobić, tylko na śmierć. Jednak zostanie odciągnięta i zabrana, jej ofiara z kolei wysłana do medlabu. Wyjaśnią się dwie rzeczy - Deathwalker to kobieta, która przed 30 laty doprowadziła do holokaustu kilku mniejszych ras, martwą i z tego powodu jest wielu chętnych by ją skazać. Jednak jest ich wielu i każde sugeruje by zrobić to na inny sposób, do tego dochodzi jeden istotny fakt: tej "Deathwalker" udało się stworzyć miksturę nieśmiertelności. A za dowód ma służyć ona sama, wyglądająca dokładnie tak samo jak przed 30 laty. I co teraz? Kilka ras bijących się o nią w środku neutralnej części kosmosu, do tego dochodzi kwestia nieśmiertelności. Czy to brzmi na odcinek telewizyjny, trwający 40 minut? Nie, to brzmi jak streszczenie jakiejś trylogii Petera Jacksona.

I nie ma tu jakiegoś wygodnego wprowadzenia. Większość odcinków pierwszej serii to właśnie coś w rodzaju przedstawienia tego świata, ale nie ma tu nic podanego na tacy. Pierwsza scena serialu? Atak Narn na kolonię robotniczą Centauri! Nie wiecie jaki jest rok, kim są Narn i Centauri, jaka jest ich historia, musicie po prostu oglądać dalej. I obserwować, jak subtelnie zmieniają się relacje między poszczególnymi kulturami, jak Sinclair robi sobie coraz więcej wrogów. Jak zaostrza się sytuacja na Marsie, jak dowodzi przywódca na Ziemi. A te 22 odcinki wciąż nie wyjaśniają nawet samych podstaw. Kim są Volronie, jak wyglądają? Dlaczego wybuchła wojna między ludźmi i Minbari? W całej serii jest jedynie zasugerowana przyczyna.

Nie wiem, co jeszcze pisać o tym serialu. Ledwie wspomniałem o tym, co zobaczyłem. A o reszcie nie chcę pisać. Jeszcze na to za wcześnie. Podsumowanie? Ocena końcowa? Wszyscy wiedzą, jaką ocenę wystawię. Jeszcze tylko nie wiem, jak ją uargumentować. Będzie ranking filmów pełnometrażowych. Będzie ranking odcinków. Będę sporo pisał na temat serialu, może na końcu wysilę się na recenzję. Jestem dogłębnie zafascynowany tą produkcją.

A wkrótce napiszę oddzielny tekst poświęcony minusom całej produkcji.


Ocena - BabylonV/10.

niedziela, 3 marca 2013

(dla fanów) BABYLON 5: GATHERING / ZJAZD

Science Fiction, 1993


Pilot serialu "Babylon 5" który kwalifikuje się również na film telewizyjny i funkcjonuje na wielu stronach jako oddzielny twór. Teoretycznie powinienem go obejrzeć zanim przysiadłem do serialu, jednak... wiecie. 90 minut, nie jest częścią sezonu I (raczej jest to sezon 0 ~~) więc nie trzeba na pozór go oglądać... do tego pamiętam jak kiedyś próbowałem go obejrzeć i odpadłem. Po prostu, nie że zniechęcony. Raczej niezachęcony.

Jak wygląda historia - serial zaczyna się w 2258 roku, 10 lat po wojnie ludzi z Minbari, a akcja toczy się na stacji Babylon 5, która pełni rolę przystani dyplomatycznej, dzięki czemu ma panować spokój we wszechświecie. Świat z własną rozległą historią, mnogością postaci i ras z których każda ma drugie tyle własnej historii, to wszystko jest rzucone w widza a każdy odcinek dokłada kolejną cegłę. Więcej o tym we właściwym temacie o serialu, gdzie w tym miejsce dla odcinka pilotowego?




Cóż, zaczyna się gdy stacja Babylon 5 jest właśnie zakładana. Wyjaśniona zostaje jak bardzo jest ona istotna, jak trudno było ją założyć i w ogóle do ostatniej chwili wszystko wisi na włosku. Wszyscy ambasadorowie przybywają na stację, wszystko zaczyna się rozkręcać. Gdy w 10 odcinku dyskutują nad operacją na dziecku, przywołują sytuację w której Sinclair dokonał precedensu i pozwolił na operację na ambasadorze Koshu. Między innymi to jest bezpośrednio pokazane w pilocie, nawet stanowi jeden z dominujących segmentów fabuły. Wyjaśnione jest, dlaczego stacja nosi numer 5 i co się stało z poprzednimi czterema (a właściwie... zresztą, sami to usłyszcie). Więcej jest też powiedziane nt wojny ludzi z Minbari, już tutaj jest wspomniane, że ludzie nie wygrali tej wojny, tylko ci drudzy się poddali. I nawet dziś, 10 lat po wydarzeniu, nikt nie potrafi tego zrozumieć.

I tak dalej. Zaskakuje dokładność wszystkiego, na rok przed emisją właściwego serialu wszystko tu wygląda na dopracowane do ostatniego szczegółu... z wyjątkami, oczywiście. Kilku aktorów zostało potem zmienionych, fryzura Centauri jest trochę mniej sztywna, czaszki Minbari trochę łagodniej zarysowane, tego typu rzeczy. Ale i tak robi wrażenie, to właściwie przypomina standardowy odcinek serialu. Jedyny problem jest w tym, że gdy nie byłem fanem serialu, odpadłem od filmu. Obejrzałem kilka odcinków i dopiero wtedy zdecydowałem się nadrobić zaległość. Wtedy nie miałem problemu z seansem, z ciekawością go obejrzałem. Znając ten świat i jego historię, chciałem poznać więcej. Powinno to działać na odwrót, ale cóż.

Sam obejrzałem po 10 odcinkach pierwszego sezonu. Wam polecam obejrzeć najpierw 7 odcinków, potem "Gathering". W 8 odcinku jest poruszona rola Sinclaira w wojnie z Minbari, lepiej wiedzieć nieco więcej na ten temat z pilota. Uwierzcie mi. Nie oglądaliście serialu, możecie się znudzić, mam tego świadomość. Film tylko dla fanów? W sumie tak. Ja jestem jednym z nich, więc oglądałem z wielką przyjemnością.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/babylon_5__the_gathering/