piątek, 28 lutego 2014

Szkarłatna ulica (6/10)

Film noir, 1945


Chris chciał być malarzem, stare lata przywitał jednak jako kasjer w banku. Ożenił się, by nie być samotnym, a swoich amatorskich prac nawet nie próbował sprzedawać. Wracając z przyjęcia późną nocą zobaczył incydent: napaść na kobietę. Uratował ją, a ona w zamian... zgadza się z nim pójść na kawę. Ech...

Początek to praktycznie kopia "Kobiety w okienie", a potem jednak jest lepiej. Bohaterowie zostali dobrze napisani, można o nich sporo powiedzieć. Również intryga rozwija się w ciekawy sposób - niestandardowy, inteligentnie. Nastąpi nawet rotacja "postaci wiodącej", chociaż główny bohater pozostanie jaki był. W pewnym momencie wszystko tak się zakręciło, że miałem problemy by nadążyć. Fajnie!

Nawet końcówka była udana. Wydawała się przedłużona i melodramatyczna, ale idealnie podkreśliła dramat bohatera, o którym wcześniej nie myślałem za wiele. Spojrzałem na wszystko z boku, jak tego chciał reżyser. Solidne kino noir.
https://rateyourmusic.com/film/scarlet_street/

czwartek, 27 lutego 2014

Chiński syndrom (8+/10)

New Hollywood, 1979


"Gdy zostaje odsłonięty rdzeń jądrowy, ten zaczyna nagrzewać się do tego stopnia, że przetapia betonowe podłoże i wchodzi w ziemię. Mógłby dobić do Chin, jednak po zetknięciu z wodami gruntowymi wybucha. Obszar fali radioaktywnej zależy od wiatru". Takie zjawisko określa się "Chińskim syndromem". Poczytajcie więcej w necie, jaka była jego geneza i powiązanie z tym tytułem.

I bez tego łatwo się domyślić, jakie okoliczności towarzyszy premierze filmu. Reportaż w elektrowni jądrowej, skutkujący przypadkowym zarejestrowaniem "wypadku", który po przyjrzeniu się mógł mieć o wiele gorsze skutki niż da się wyobrazić - to idealnie wpasowuje się w ówczesne nastroje społeczeństwa, bojące się nowego zagrożenia. Choćby dlatego, że rząd wciąż nie miał przygotowanego planu utylizacji odpadów atomowych. Dyskusja wciąż trwała, w rzeczywistości jak i w filmie. Co zrobić z nagraniem, które zrobili celowo? Nie wolno tam niczego kręcić. Nie wiadomo, co tam dokładnie się stało. Jednak takie nagranie nie powinno trafić do archiwum... prawda?

środa, 26 lutego 2014

Tylko raz żyjemy (6/10)

Crime, 1937


Eddie Taylor miał pecha, ale wydaje się, że nadchodzą lepsze czasy - wychodzi z więzienia dzięki staraniom jego ukochanej Joan Graham. Mają szansę rozpocząć nowe, wspólne życie. Jednak życie byłego lokatora zakładu karnego nie jest łatwe. Nikt nie chce mu zaufać, nie jest mile widziany w okolicy, a policja chętnie go oskarży o coś gdy będzie pod ręką. Łatwo taką osobę wrobić...

Tytuł wiele traci na tym, że to Amerykańska produkcja. Musieli tu wsadzić faceta z kołkiem w tyłku, symbol idealnego obywatela, w garniturze, z kamienną twarzą, którego w pierwszej ktoś przedstawia jakby był uczniem w szkole ("Jesteś niesamowicie inteligentny! Obyś trafił w dobre ręce, wtedy będziesz miał przyszłość!"). I obowiązkowo ma przy sobie postać damską, niższą od niego o głowę, jedyną która w niego wierzy. Miłość na zabój "bo tak" w pakiecie. Poza tym fakt,że Lang ponownie podejmuje temat sprawiedliwości w stosunku do niewinnie oskarżonych też nie nastawia optymistycznie. Wynikło z tego kilka problemów, co dalej robić z historią w kilku momentach.

Ówczesne kino miało też problemy z pokazywaniem brutalności i co bardziej szokującej zawartości... Ale to akurat mi nie przeszkadzało, bo zrobiono z tego jedną z integralnych stron produkcji. Właściwie to jedno, co mi się podobało, ta subtelność w wielu scenach. Nie tylko gdy się strzelali, ale w wielu zwykłych momentach. Bardzo często jeśli coś się dzieje, reżyser pokazuje to widzowi nie bezpośrednio, tylko za pomocą odgłosu, czyjejś reakcji na to wszystko, umiejętnie rozbudza wyobraźnię.

Do tego dramaturgia jednak nie leży przez cały czas. Kilka momentów pełnych napięcia jest. Wszystko to łącznie daje tytuł, który... można obejrzeć. I nie żałować.
https://rateyourmusic.com/film/you_only_live_once/

wtorek, 25 lutego 2014

Człowieczeństwo i papierowe ozdoby (7/10)

Jidaigeki, 1937


Bardzo spodobało mi się staranie twórców, by w tym krótkim filmie zbudować mały mikro-świat. Jest tu całkiem sporo postaci które ze sobą współżyją na względnie niewielkim terenie, budując tym samym obraz konfliktu pomiędzy panami a zwykłymi ludźmi. Pierwsi żyją bo mają z czego. Mają też tytuł. Zwykli ludzie walczą każdego dnia, jak tylko umieją. Po cichu praktykują hazard, prowadzą handel obwoźny, łażą za panami prosząc ich o przysługę. Można też robić dobrą minę do złej gry, jak pewien niewidomy mnich, wprowadzający nieco lekkiego tonu do tej ponurej opowieści. W grę zawsze wchodzi też samobójstwo. Feudalna Japonia, XVIII wiek.

Tytuł ten łamał zasady, pokazywał tamte czasy jak naprawdę wyglądały wbrew "dozwolonemu" wizerunkowi władców i samurajów. Przedstawiona została relacja pomiędzy klasa społecznymi, jakie szanse na przyszłość mieli zwykli obywatele. Niestety, obchodzi mnie to tylko z punktu widzenia teoretycznego, jak to wszystko złożono w scenariuszu. Jest krótki, wątki nakładają się na siebie wzajemnie. Trudno tu wyszczególnić tą jedną główną postać albo historię.

I tym mi ten tytuł imponuje. Naturalnością, ambicjami i kunsztem twórców.
https://rateyourmusic.com/film/人情紙風船/

poniedziałek, 24 lutego 2014

Ten, którego biją po twarzy (8+/10)

Psychological Drama, 1924


Naszym bohaterem jest pewien wynalazca. Od pewnego czasu miał problemy finansowe z udowodnieniem swoich tez, jednak jego pracą zainteresował się Baron Regnard. Wsparł go jak tylko mógł, dzięki temu mógł dokończyć co zaczął, i udowodnić wszystko. Na końcu jednak Baron zagarnia dla siebie wszystkie zasługi, bohatera określa jako taniego asystenta, ośmieszył go. Nawet jego ukochana udawała od samego początku, by po wszystkim go rzucić. Podsumowując, Baron zabił człowieka jak to tylko jest możliwe bez fizycznego naruszania organów potrzebnych do przeżycia. Po wszystkim przeskakujemy jakiś do przodu, kiedy to "tani asystent" z wynalazcy zamienił się w klauna o pseudonimie "HE - Who Gets Slapped". Znanego z tego, że daje się spoliczkować by widownia mogła się śmiać

I w ten sposób dobiliśmy do 12 minuty. Ostatnio widziałem tyle źle rozpisanych historii, że naprawdę doceniam taką, która potrafi się rozpocząć szybko, i ma pomysły na rozwinięcie. Dzięki temu nie muszę streszczać 20-30 minut i więcej przy zachęcaniu do oglądania. A potem akcja przenosi się do przodu, ciężar prowadzenia akcji spada na parę młodych akrobatów pracujących z tytułową postacią w tym samym cyrku, on sam trochę schodzi w cień... jednak nie znika z tej opowieści, i nadal pozostaje centralnym bohaterem. Baron i jego ukochana też nadal będą tu istotni. Dodatkowe wątki idealnie łączą się w całość z porażającym finałem, niezwykle skonstruowanym, pełnym napięcia, a co za tym idzie - cholernie wciągającym. Chciałem wiedzieć, jak to wszystko się rozwinie, jaki będzie finał. Nawet zostałem zaskoczony, tym jak wielki dramat zobaczyłem. Nie mieli dla mnie litości, bydlaki!

Ten film jest dobry, bo twórcy musieli odrobić swoje lekcje z wiedzy o tym, co do tej pory w kinie osiągnięto. Widać tu zarówno techniczne dokonania Griffitha (montaż leitmotivu, narracja kilku wątków jednocześnie, zbliżenia), zabawę z efektami specjalnymi w stylu Meliesa, a także zrozumienie języka obrazu by opowiedzieć o myślach bohaterów, ich skojarzeniach i kondycji psychicznej. To ostatnie jest bardzo zaskakujące, bo to pierwszy film opowiadający o przemocy psychicznej, na dodatek w bardzo sugestywny sposób. Początkowa bezradność i wściekłość bohatera, przemiana w gościa który zawsze udaje, że żartuje, ale wewnątrz ciągle nosi ciężar przemocy, a przed oczami ma minione wydarzenia... tu było bardzo dużo do pokazania.

Nie wzięto jednak pod uwagę łamania zasad w budowaniu tradycyjnych melodramatycznych fabuł, czego dokonał Griffith w "Złamanej lilii". Para ukochanych u Sjostroma jest bardzo... czerstwa. Z leżeniem na polanie, i nim wyplatającym dla niej wianek z kwiatków, a ona się na niego patrzy w tym czasie... zero czegoś więcej, po prostu się stało i są zakochani. Jedna scena z przyszywaniem serca do kostiumu bohatera może was bardzo wkurzyć prostackim symbolizmem. To już poziom "Grawitacji" był.;-) A końcówka... była bardzo głupia. W dominującej części. Nie mogę pisać konkretniej, ale będziecie się łapać za głowę, oglądając niektóre wymuszone momenty. Gwarantuję.

Przez to nie mam pewności, w ile gwiazdek ostatecznie kliknę... Siedem czy osiem? Jedno wiem: "He who gets slapped" pozamiatał mną porządnie. Nie spodziewałem się tak dobrego, i tak dojrzałego kina. To tylko 70 minut. Nikt mi go nawet nie polecał...

Reżyseria: Wiktor Seastorm. Brzmi znajomo?...
https://rateyourmusic.com/film/he_who_gets_slapped/

niedziela, 23 lutego 2014

Tajemnica Filomeny (5/10)

Drama & Mystery, 2013


Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Steve Coogan jako "emerytowany" dziennikarz, Martin Sixsmith, postanawiający pomóc Filomenie Lee (Judi Dench). To starsza kobieta, która właśnie obchodzi 50-te urodziny syna, który został jej zabrany gdy miał 5 lat. Kościół oddał go do adopcji ludziom, którzy "bardziej się do tego nadadzą". Postanawia go odnaleźć. Sprawdzić, jakie ma życie. Może być bezdomny, albo został weteranem z Wietnamu i nie ma nóg. Filomena jest religijną osobą, głęboko wierząca, że żyje w grzechu. Martin to bardziej agnostyk, lubiący z dziennikarską manierą zadawać pytania. Razem wyruszają w tę podróż...

Pomijając słaby wstęp (jakaś postać słyszy, że ktoś jest dziennikarzem i natychmiast mu ufa, powierza mu hitową historię na piękne oczy, on się zaczyna w to bawić dopiero po "no, niieee wieeemm", bez żadnego powodu by zmienić zdanie) oraz braku obecności Bonifacego, mój największy zarzut w stronę filmu to wybrany kierunek. Nie jestem pewien, komu to zarzucać - reżyserowi czy scenarzyści, może producentowi? - ale przez większość seansu ta opowieść nie ma żadnego celu. Szukają, znajdą syna albo nie, i koniec, lecą napisy końcowe. Wydarzenia następują po sobie bez odgórnego kierunku, jakby nie wiedzieli po co opowiadają tę historię. Na koniec jednak podejmują decyzję: kościół jest be, okłamuje ludzi, niszczy życia, działał nielegalnie, to oni najbardziej potrzebują przebaczenia bo stare zbrodnie... bla bla bla. Taki jest w zasadzie morał. Są nawet tak bardzo przeze mnie nielubiane sceny "dyskusji", np. Martin Sixsmith pytający Philomenę, dlaczego seks jest grzechem.

To mogła być dobra historia. W pewnym momencie okazuje się, że Martin poznał syna Filomeny. Wiele lat temu, przez kilka minut. Więc ona go wypytuje: jaki był? Co powiedział? W odpowiedzi wymienia jakieś detale, mniej lub bardziej istotne. Gdy usłyszeć je z boku - nie znaczą nic, nie tworzą nawet zarysu tego człowieka. Ale dla starszej Filomeny to najcenniejsze słowa pod słońcem. Pomyślałem wtedy, że taki będzie kierunek tej fabuły. Opowieść o tym, co po nas pozostaje, złożona z tych skrawków pożyczonych od ludzi którzy go kiedyś poznali. Choćby przez sekundę. Dać to na czarno-białą taśmę i mamy drugą "Nebraskę". Nie zmyślam, to było w tej historii. Podobnie jak parę innych możliwości*. Ale nie, woleli najechać na kościół. Byle jak, na szybko, nie dając nikomu po ich stronie postaci z osobowością. Zamiast czegoś na ich obronę, lub uzasadnienia, czemu tak robili, mogłem najwyżej usłyszeć "pierdolnąłem to pierdolnąłem, po co drążysz temat?".

Aktorstwo, dialogi oraz ładna atmosfera nie rekompensują zmarnowanej historii.
https://rateyourmusic.com/film/philomena/

*wyobraźcie sobie, jakby ten film wyglądał, gdyby był skupiony na postaci Filomeny. Nie piszę o niej wiele, ale gdy zostaje przedstawiona widzowi, jest trochę... "inna". W pozytywnym sensie, nie jest pewna jak się zachować i nie zna tego, co dla innych jest codziennością. Po początku to już jednak tylko ciekawostka, i jej życie wewnętrzne na przestrzeni lat nikogo nie będzie interesować.


Top 5 filmów Fearsa

1. Niebezpieczne związki
2. Przeboje i podboje
3. Wykonać wyrok
4. Tajemnica Filomeny
5. Naciągacze

sobota, 22 lutego 2014

Nebraska (7/10)

Road Movie, 2013


Woody'ego Granta poznajemy, gdy idzie raźno poboczem autostrady. Widać na pierwszy rzut oka, że zbliża się do 80'tki. Żona ze starszym synem chcą go oddać do Domu Opieki, i najchętniej już by to zrobili. David, młodszy z rodzeństwa, widząc to postanawia pomóc ojcu w dotarciu do Nebraski. Rozumie o co tu chodzi. Staremu przyda się cel w życiu. Nawet jeśli jest to ulotka mająca na celu naciągnąć ludzi na prenumeratę. Piszą, że Woody wygrał milion dolarów, więc ten myśli tylko o jednym: o dotarciu do nich i odebraniu nagrody. Razem z Davidem wsiadają do auta i ruszają w drogę.

piątek, 21 lutego 2014

Prawdziwe serce Susie (6/10)

Melodrama, 1919


Pierwszy kobiecy film w historii?

Tym razem Griffith miał ambicję opowiedzieć o niesprawiedliwym traktowaniu kobiet w tamtych czasach, o tym jaką mają pozycję społeczną i jaki los czeka na każdą z nich... przynajmniej tego dotyczą plansze tekstowe na początku, bo fabuła samego filmu kręci się wokół Susie - prostej dziewczyny, która zadurzyła się jak głupia w chłopaku imieniem William, który jest zbyt nieśmiały i dziecinny na poważny związek. Aktualnie martwi się tym, że ojciec nie pozwala mu pójść na studia. "Lepszy farmer niż niedouczony prawnik". Susie słysząc o tym, namawia matkę by pozwoliła jej sprzedać wybraną trzodę a zarobione pieniądze wysyła anonimowo Williamowi.

Nie dostrzegłem w tym apelu o suwerenność kobiet ani nic w tym stylu. Susie jest wprawdzie ograniczona "zasadami zachowania się w towarzystwie", ale wtedy wszyscy byli nimi spętani, faceci też, a bohaterowie nijak ich nie przełamują. Po obiecującym początku pozostaje więc jedynie wciągający melodramat. Chciałem wiedzieć, jak rozwinie się ta relacja, i w jaki sposób ta historia się zakończy. I chociaż jest to nieco bardziej typowa fabuła w odróżnieniu od "Złamanej lilii", tutaj też jest kilka zmian. Choćby dwuznaczne zakończenie... chociaż może nad interpretuję?

I to wszystko jest opowiedziane z perspektywy kobiety. To jak się zachowuje, jakie decyzje podejmuje, jak wyglądało ich życie wtedy (malowanie się wyglądało nieco inaczej). A Lilian Gish to kameleon i tyle, tak uroczo grała tę dziewczynkę na początku... Oglądajcie, jeśli jesteście jej fanami. Albo kina kobiecego. Tudzież niemego....
https://rateyourmusic.com/film/true_heart_susie/

PS. "True Heart Susie" jest na YouTube bez ścieżki dźwiękowej. Jeśli i wy natraficie na taką wersję, gdy sami już zasiądziecie do oglądania - ja w takiej sytuacji puściłem sobie na Spotify "Black Earth" Bohren & der Club of Gore. Pasowało bez potknięcia.

(felieton) Top 5 ulubionych stand-upów

Dla kogoś mieszkającego w Polsce stand upy to był spory awans. Byłem przyzwyczajony do poziomu humoru rodzimych kabaretów i występów polegających na wypowiadaniu krótkich, lekkich dowcipów niepowiązanych w żaden sposób. Żeby było jasne - nie mam nic do nic, a godziny spędzone na oglądaniu Ani Mru Mru, Kabaretu Moralnego Niepokoju, Krzysztofa Piaseckiego, Ireneusza Krosnego i wielu innych nie uważam za stracony. Wspominam ten czas bardzo pozytywnie. Ale stand upy są po prostu lepsze. Te najlepsze to zupełnie inny poziom, bardziej ambitny i ciekawy. Wtedy mogłem z nich "czerpać sporą wiedzę o świecie", że tak to pompatycznie ujmę. Wcześniej nie wiedziałem nic o legendarnym uwielbieniu czarnych do arbuzów. Swoją drogą wciąż nie wiem, o co chodzi z takim myśleniem, ani czemu jest to śmieszne. A z czasem oglądałem występy ludzi opowiadających o swoim życiu, o przeszłości, złych chwilach, smutnych, o narkotykach, relacjach, randkach, bieżących wydarzeniach, uniwersalnych zagadnieniach i takich, o których nie miałem pojęcia, bo mieszkam w Europie.

Jedno ustalę teraz: nie lubię występów dotyczących religii. Ogólnie uważam, że to nie jest dobre miejsce, by gadać o takich rzeczach. Artyści dla potrzeby dopisania do tego żartów biorą (albo udają) to wszystko na poważnie, i śmieją się z nielogiczności przypowieści... Nie jestem fanem.


Miejsce 5:
Gabriel Iglesias to chyba pierwszy tego typu gość jakiego zobaczyłem. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, co jest śmiesznego w sprezentowaniu czarnemu gościowi kurczaka. Jego energia, gra głosem, robienie dźwięków, udawanie chyba wszystkich możliwych akcentów bez zaczerpnięcia oddechu - po prostu wzór. Zawsze wywoła u mnie uśmiech.



Miejsce 4:
Jim Jefferies. Może się wydawać agresywny, ale jednak bardzo rzadko przesadza (występy o religii, o tym wspominałem wyżej) i warto oglądać jego występy do końca. Ilekroć widzę gdzieś historie o tym, że kobiety pachną tęczą, dobrze mieć świadomość, że obok tego jest jeszcze Jim który będzie drzeć mordę na temat relacji damsko-męskich.



Miejsce 3:
Dave Chappelle. Poniższy występ jest prawdopodobnie najlepszy z tego, co tu wymieniłem. "How Old Is Fifteen Really?" - zobaczcie, z czego tu tak naprawdę się śmiejecie! Sposób, w jaki skonstruował ten skecz, to dla mnie czyste komediowe złoto.



Miejsce 2:
George Carlin - Soft Language. Jeden z przykładów podjęcia poważnego tematu, opowiedzenia o nim, a przy okazji rozbawienie wszystkich na śmierć.



Miejsce 1:
Simon Amstell - Do Nothing. Gdy to oglądałem pierwszy raz, było na YT jeszcze z polskimi napisami. To były jeszcze czasy, gdy YT nadawał się do czegokolwiek, szczególnie sekcja "polecane", bo tam to znalazłem. Zacząłem oglądać nie wiedząc nic o artyście ani o czym to będzie... dałem po prostu szansę. I jedną z najprzyjemniejszych momentów było poznawanie Amstella, kim jest, jakie miał życie... Taki występ, w którym nie jest najistotniejsze, że można się pośmiać. Bardziej mnie interesują same historie, to na co się składają, i jak cały występ został rozplanowany.

czwartek, 20 lutego 2014

Terje Vigen (5/10)

Drama, 1917


Początek Szwedzkiego kina. Ogląda się całkiem dobrze dzięki fabule i ciekawej sytuacji która tu powstanie - jednak nie bardzo chcę o tym opowiadać, bo to praktycznie opowiedzenie całego filmu. Bohaterem jest tytułowy Terje - rybak, który by zapewnić pokarm rodzinie postanawia przełamać angielską blokadę na morzu. Co dalej się stanie - w jednych opisach przeczytacie, u mnie nie. Po prostu uwierzcie na słowo, że finałowy konflikt jest czymś, dla czego warto zasiąść i obejrzeć. Szczególnie, że to niecała godzina.

Z drugiej strony - to początki kina, i Sjostrom opowiada w sporym pośpiechu. Początek zupełnie nie mógł mnie schwytać, a potem zupełnie nie mogłem się wkręcić w główny dramat, taki przecież w teorii dobry. Miałem oczekiwania wobec finału, jak ta sytuacja się rozwiąże, i po prostu zawiodłem się (twórcy poszli na łatwiznę wyraźnie). Do tego owy pośpiech sprawił, że pominięto kilka kwestii. Czemu nie skontaktował się z rodziną? Nie mógł? Takie detale trzeba pokazać!

Na uwagę zasługują sceny na morzu. Natura tu jeszcze jest tylko tłem, w przeciwieństwie do śniegu w "Banitach", jednak taka realizacja podoba się nawet dziś. Szkoda, że ostatecznie daję taką cyferkę a nie inną.
https://rateyourmusic.com/film/terje_vigen/

środa, 19 lutego 2014

Lalka (6+/10)

Absurdist Comedy, 1919


Ernst Lubitsch zanim został kupiony by robić filmy dla USA, kręcił w Niemczech. Obok dramatów również to, z czego został potem słynny: komedii. "Lalka" miesza w sobie slapstick z romansem, z lekką domieszką popularnego wtedy motywu ekspresjonizmu, który wprowadził też pewne wątki rodem z science fiction. Baron von Chanterelle jest już stary, chce więc przypilnować, by jego ród był kontynuowany. W tym celu zmusza swojego potomka imieniem Lancelot do ożenku. Ten w te pędy ucieka do zakonu, goniony przez 40 dziewic (liczyłem). Z jednej strony mnisi zgadzają się go przygarnąć, z drugiej - lubią jeść i wypić, a Baron daje ogłoszenie do gazety w którym oferuje Lancelotowi mnóstwo kasy, jeśli ten się ożeni. Lancelot jednak zaparcie odmawia poślubienia kobiety. Wtedy jeden z mnichów wpada na genialny pomysł: "Nie musisz żenić się z kobietą! Możesz poślubić lalkę!"

Pomysłowa fabuła, pomysłowa realizacja. Całość ma naprawdę unikatowy styl, którego z pewnością bym się nie spodziewał po komedii romantycznej - toż to czasy rycerzy i zamków w których możliwe jest skonstruowanie robota perfekcyjnie imitującego zachowanie człowieka. A pomiędzy tą dekoracją ganiają się ludzie, działają sobie nawzajem za plecami, nikt nie zna całej prawdy poza widzem który ogląda komedię pomyłek... można się pośmiać. Mi osobiście tylko pojedyncze momenty nie pasowały, które były zbyt głupie. Uzasadniając ocenę ciąg dalszy - fabuła nie była za dobrze rozplanowana, jest tu jeszcze jeden bardzo istotny zwrot fabularny, o którym jednak nie piszę, bo to by zdradzało ponad połowę filmu. Wstęp się ciągnie, rozwinięcie jest za krótkie, a zakończenie trwa tyle ile trzeba. Większości postaci raczej nie zapamiętam, ale wszyscy byli jednak potrzebni w tej historii.

Grunt, że to co najważniejsze - humor - działa dzisiaj niemal w 100%. I z tego powodu kiedyś wrócę do tego tytułu. Mam nadzieję, że więcej niż raz.

I jakby nie patrzeć, to najlepszy obraz Lubitscha jaki widziałem. "Być albo nie być" do powtórki, pamiętam z niego tylko "Heil myself".
https://rateyourmusic.com/film/die_puppe/

wtorek, 18 lutego 2014

Banici (5/10)

Romance, 1918


Fajnie oglądać kino spoza głównego nurtu. Szczegóły się wtedy wyłapuje. W "Banitach" na przykład, gdy pojawia się nowa ważna postać, to na ścianie tekstowej poza np. imieniem i nazwiskiem tej postaci są również podane dane aktora, który ją gra. Inna jest też konstrukcja - zastosowano podział na siedem aktów, przez co ten krótki obraz (73 minuty) wygląda trochę jak serial. W każdej "części" skupiono się na danym segmencie historii, pierwszy wprowadza bohaterów, jak się poznają. W drugiej bohater znika, a jakaś postać z dalszego planu mówi, że rozpoznała w nim przestępcę. Trzecia - konfrontacja podejrzenia z rzeczywistością. I tak dalej. A ogląda się całkiem nieźle. Przynajmniej jest zrozumiałe.

To jednak bardzo znana historia. Wiem, ponad 90 lat ma ten tytuł, poza tym oparty jest jeszcze na sztuce teatralnej, ale takie były moje odczucia. Muszę jednak oddać, że nie jest to zbyt często opowiadana fabuła... bo niewiele w niej można zmienić.

O ile dobrze pamiętam, to "Banici" właśnie wprowadzili do kina konflikt człowieka z naturą. Tutaj jest nim śnieg, i to znakomicie uzupełnia całą historię, wynosząc tę wersję ponad teatralną. Nie wiem, swoją drogą, jak to mogło się sprawdzić na deskach teatru... Całość ma pewną pętlę w historii i ten śnieg jest tu bardzo istotny. Wręcz można się zgodzić ze stwierdzeniem w czołówce, że jest "trzecim bohaterem".

"Banici" nie robią wrażenia, może z wyjątkiem epilogu. Ale "Kari has loved you" to cholernie dobra kwestia. I uwaga na koniec - angielskie napisy lepiej zatrzymywać, bo przelatują za szybko. Pewnie wstawiono je w miejsce oryginalnych, nie zważając czy ich przeczytanie tyle samo będzie trwać.
https://rateyourmusic.com/film/berg_ejvind_och_hans_hustru/

(serial) Prisoner

Gdy szukałem czegoś, by przeżyć odwyk od "Lost",
"Prisoner" był jedną z najczęściej wymienianych pozycji. Opowieść o szpiegu, który tuż po rezygnacji z dotychczas wykonywanego zawodu został porwany we własnym mieszkaniu. Obudził się w tajemniczej wiosce, gdzie ludzie dziwnie się zachowują, połowa elementów wydaje się wyjęta z "Odysei kosmicznej 2001", wyjścia nie ma - strzeże go przedziwna, mistyczna kula. Bohater od teraz nazywa się Number Six. Został porwany przez własny rząd, a Wioska to miejsce, gdzie odpoczywają wszyscy szpiedzy z całego świata. Są w końcu cenni, nawet na emeryturze. Zawartość ich umysłu mogłaby się przydać niewłaściwym ludziom, dlatego dotrwają końca swoich dni w tym miejscu. Nie ma nazwy, podobnie jak ulice, a wzgórza to... Wzgórza. Wzgórze #1, Wzgórze #2. Mają dostęp do morze, i do drogi. Jest tu też helikopter. A jednocześnie uciec stąd nie sposób. Część wierzy w to na słowo i zgadza się na pobyt. Inni najpierw muszą stoczyć walkę, by pogodzić się z losem. Jak zachowa się Number Six? Jego praca jeszcze się nie skończyła. Musi wyjawić przełożonemu, przedstawiającemu się jako Number Two, czemu zrezygnował.

Jeśli słyszeliście kiedyś piosenkę Iron Maiden pt. "Prisoner" to sporo już wiecie o tym serialu. Pamiętam, że nie znając jeszcze fabuły, wyobrażałem sobie jak to wygląda. Jakaś pustynia na obcej planecie pośrodku której jest wioska otoczona palisadą, niczym te z Asterixa, wysoki sąd niczym z powieści Lema, bohater na samym dole, drący się w górę... Prawda jest kompletnie inna. Na kilka sposób.

Przede wszystkim, myślałem że to serial całościowy. I tak jest, bo ta historia ma zakończenie... ale większość odcinków to jednak samodzielne epizody. W każdym Number Two stara się wydobyć prawdę z bohatera w inny sposób. Złamać go psychicznie, oszukać, omamić, przekupić. Kilka razy pozwala mu nawet uciec tylko po to, by niósł Wioskę we własnej głowie gdziekolwiek się uda. By uwierzył, że prawdziwie uciec nie może. Jak w piosence słyszycie: "I'm not a number, i'm a free man!" Z czasem bohater zamienia się w symbol ostatniego człowieka podejmującego walkę o bycie jednostką, wolną i niezależną, która nie zgadza się na kategoryzowanie, oznaczenie, zaszufladkowanie, tagowanie, ograniczanie się. Każdy odcinek to stoczona bitwa, z czasem dotycząca coraz głębszych wymiarów całego zagadnienia. Po kilku odcinkach wszystko już przestaje mieć naprawdę jakiekolwiek znaczenie, i bohater walczy tylko o to, by nie przegrać. Ta historia jednak ma finał, a poszczególne odcinki układają się w większą całość. Nawet jeśli z tych 50 minut powróci tylko jakieś jedno zdanie lub inny detal.

Oznacza to również, że nie ma tu czegoś na kształt bazy. Każdy epizod przynosi nowy wątek, nowe postaci poboczne, nawet w rolę Number Two wciela się ktoś inny. Stały jest tylko bohater, temat i Wioska. Odbierzcie ten fakt jak tylko chcecie.

Nie jestem do końca usatysfakcjonowały z tego serialu, bo oczekiwałem czegoś innego, jednak to wciąż jest jeden z najważniejszych produkcji w historii. I zapewne oddaję jej mniej niż na to zasługuje, bo specjalnie nie wkręcałem się w całą symbolikę, jaką ten tytuł jest przesiąknięty. Nie wiem, o co chodzi z tym rowerem choćby. Nie mogę powiedzieć, że w pełni zrozumiałem przedostatni odcinek, który jest niesamowitym praniem mózgu. Mogę jednak dostrzec, jaki to mądry serial, i ile twórcy wiedzieli na wielu różnych płaszczyznach. Nie znam też całego kontekstu historycznego, w jakim kręcono ten serial. A całą tą ambitną otoczkę zbudowano wokół gatunku przygodowo-szpiegowskiego. Jest tu też akcja, bijatyki i napięcie.

Długo piszę. A jeszcze nie wspomniałem o tym lekko szalonym stylu, z przedziwnymi najazdami, miejscami odrealnionym klimacie... Mocne skojarzenia miałem z "Mechaniczną pomarańczą"

Ulubiony odcinek: "Many Happy Returns". Za znikomą ilość dialogów. Cholernie dobry odcinek przygodowy...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Złamana lilia (5/10)

Melodrama, 1919


Melodramat na pierwszy rzut oka bardzo klasyczny, z czasem jednak coraz bardziej odbiega od ustalonych ram gatunku. Nie tylko dlatego, że w finale brakuje pocałunku... Yellow Man przybywa z dalekiego wschodu do Londynu. Początkowo ma to coś wspólnego z naukami Buddy, jednak szybko kończy w biednej dzielnicy, prowadząc mały sklepik. Następnie poznajemy drugą postać: Lucy Burrows, żyjącą pod pięścią swojego ojca. Wiadomo: on tu nosi spodnie w tej rodzinie. A jak się zdenerwuje, to lepiej nie być w jego pobliżu. A dla Lucy nie ma żadnego ratunku, jedynie momenty wytchnienia podczas samotnych spacerów ulicami... wtedy zauważa ją Yellow Man.

To pierwszy moment z wielu, gdy Griffith łamie zasady gatunku - bohaterowie naprawdę są ku sobie z jasnych przyczyn. To z pewnością zaleta. Każda z postaci dostała też sporo czasu tylko dla siebie, zanim się spotkali i rozpoczął się drugi akt filmu. Gorzej, że są bardzo prości, podobnie jak cała historia. Nie ma tu innych postaci poza tymi trzema, konflikt jest niemal że prymitywny, a fabuła bardzo krótka (a potem przy kręceniu nieco ją rozwodniono, spowolniono, by trwała nieco dłużej). Można to wszystko streścić w góra czterech zdaniach.
Żałuję, że nie mogę tego filmu bardziej pochwalić. Niemniej, warto go obejrzeć. A napisać coś takiego o produkcji sprzed ponad 90 lat to jednak coś. Szczególnie zapamiętam realizację wspólnych scen Lucy i jej ojca, jak będąc w tym samym pokoju, krążyli po pomieszczeniu. Odpychali się wzajemnie, niczym dwie siły, jing i jang.:D Nie wiem, czy też mieliście takie skojarzenia? Znakomita reżyseria, naprawdę...

Najlepiej oczywiście wychodzi Lillian Gish. Jej uśmiechy w tym filmie są perełką całej kinematografii.
https://rateyourmusic.com/film/broken_blossoms_or_the_yellow_man_and_the_girl/

niedziela, 16 lutego 2014

Raj: Wiara (5/10)

Drama, 2012


Wyobraźcie sobie takiego stereotypowego, szurniętego żołnierza religijnego XXI wieku. Bijącego się biczem by zasnąć, żałującego za grzechy, modlącego się cały czas, noszącego dyscyplinę, chodzącego po domach i przekonywującego do uwierzenia w Chrystusa. I idźcie przy tym na całość, taki żołnierz ma wiedzieć tylko dwie rzeczy, i będzie je powtarzać w kółko: "On umarł za twoje grzechy!" oraz "To stało się z jego woli, i jestem mu za to wdzięczna". Nie da się? Tacy ludzie już nie istnieją? A jednak. Udało się takową znaleźć  przy produkcji "Raju: Wiary". Nazywa się Anna Maria, ma aparycję poprzednich bohaterek trylogii Seidla. I jest dokładnie tak, jak to sobie można wyobrazić. Są nawet sceny "dyskusji" Anny Marie przekonywującej przypadkowych ludzi. Oni ją pytają "i gdzie ten bóg jest?", oczekując poważnych odpowiedzi. Do tej pory myślałem, że takie rzeczy zobaczę już tylko w kabaretach.

Nie wiem, czy macie moje doświadczenia, czy są one jakoś odosobnione, ale myślałem, że tacy fanatycy już przycichli. Sam ich nie spotykałem. Poza ateistami, ale to już w Internecie. A tutaj historia rozgrywająca się współcześnie, wyciągnięta niczym ze średniowiecza.

Dobra, do rzeczy - czemu to nie działa (poza tym, że przedstawia ludzi religijnych tak stereotypowo, że wręcz obraźliwie)? Bo jest męcząca i nudna - bije się, modli, wkurza ludzi, powtórzyć. A główny wątek kręci się wokół dwóch toksycznych i stereotypowych postaci który był mi totalnie obojętny (Anna Marie i jej mąż Islamista, wymagający opieki, bo jeździ na wózku). Zatruwali sobie życie nawzajem, czekając aż wypełnią czas antenowy by się w końcu pozabijać i trudno, mogę już wyjść? To chyba trzeba uznać za sukces, bo w teorii powinien wyjść wkurzający obraz, a tak się nie stało. A może sam nie miałem od tak dawna kontaktu z ludźmi, chcącymi mi mówić, jak mam żyć? Ostatni bardziej mnie rozśmieszyli. Dwie baby zapukały do drzwi i pytają, co według mnie powinno się zrobić, by uczyć dzieci w szkołach nauk Jezusa (czy coś w tym stylu). Ocipiałem na miejscu.

I o ile "Raj: Miłość" był mniej więcej jasny w swoim przekazie (uwrażliwić na ubogie duchowo społeczeństwo, upomnieć by samemu za kilka dekad nie być na miejscu bohaterek - nie mam siły by napisać to mniej banalnie) i był skierowany w ten lub inny sposób również do normalnych ludzi, tak ten jest chyba skierowany wyłącznie do takich wariatów jak Anna Marie. By pokazać, czym kończy się fanatyzm, i zawsze można się złamać, bo istota religii nie jest czymś istniejącym poza nimi samymi? Nie wiem, jak opisać ten "morał" płynący z filmu. Chętnie poczytam, jak go odebraliście.

Ulrich Seidl trzyma wciąż klasę. Jego film jest bardzo surowy, neutralny i prawdziwy, a kolejne sceny wymagają wiele od aktorów. To wciąż obraz skierowany na brzydotę i to, co niewidoczne dla wszystkich. Kolejny tytuł, przy którym cyferki nie mają żadnego zastosowania...
https://rateyourmusic.com/film/paradies__glaube/

sobota, 15 lutego 2014

Her (7+/10)

Romance & Science Fiction, 2013


Niedaleka przyszłość. Theodore pracuje jako twórca pocztówek, wiadomości, listów. Te kartki, które dziś kupujecie, tylko się pod nimi podpisując - to coś w tym stylu, tylko na wyższym poziomie. Theo nie tylko je pisze, on je kontynuuje. Zna ludzi dla których tworzy jakby poznał ich osobiście, pisze korespondencję którą oni się wymieniają przez lata. I jest w tym wyjątkowy, szef określa jego prace jako sztukę. Jednak towarzyskie życie nie wychodzi bohaterowie. Rok temu zakończył formalnie związek, wciąż go wspomina. By uporządkować życie, kupuje nowy OS mający mu pomóc w uporządkowaniu życia. Owy OS jest reklamowany jako możliwe partner życiowy. Tak, trudno w to uwierzyć. Do pierwszego włączenia.


Reżyser nadał tej opowieści świetne tempo - na wszystko tu jest miejsce, i w to można uwierzyć. W świat, w bohaterów, w ich relację między sobą. Tak, to wszystko co zobaczyłem, było prawdą. Początek jest bardzo pozytywny, jakby się leżało na hamaku i słuchało idealnej muzyki... Im bliżej końca tym bardziej się jednak stresowałem. To po części moja "zasługa", jak zareagowałem na ten tytuł: już po 20-30 minutach zacząłem spekulować sam ze sobą, jakie będzie zakończenie. Ale też film sam w sobie należy do kategorii opowieści, w których koniec może zdefiniować całą resztę. "O czym był to film" oraz "czy mi się podobał". I tak naprawdę powtórny seans będzie tym właściwym, wtedy będę mógł odebrać film takim jakim jest, nie licząc moich obaw. Zresztą, sami zobaczcie - film o miłości z komputerem mógł mieć 4 zakończenia:
a) Theo opowiada znajomym, że jest zakochany w OS, ci chcą go leczyć i ogólnie zostaje wyklęty.
b) Theo zostaje z Sam do końca, umiera szczęśliwy, a Sam wyłącza się sama by z nim zostać.
c) Theo dzięki Sam odnajduje porządek w życiu, zaczyna się umawiać z kobietami, a Sam... jest sama. Chlip.
d) Spike Jonze mnie zaskakuje.

Widzicie więc, że to mogłyby być całkowicie różne opowieści. Wkurzające albo przesadnie płaczliwe. Na szczęście wybrano opcję ostatnią. Właściwie, to dwa razy.

Opowieść zachowuje balans pomiędzy rzeczową fabułą a metaforami przeróżnych rzeczy, choćby stanu w którym gadasz sam ze sobą, rozpamiętując przeszłość, starając się ją napisać na nowo. Dawne kłótnie z ukochaną i takie tam. Wszystko to prowadzi do poważnych rozmyślań nad istotą miłości i człowieka w tym wszystkim. Nawet jeśli odpowiedzi są ci znane, prawdopodobnie zastanowisz się jeszcze raz. I nie na tym wszystko się kończy. "Her" można spokojnie odebrać również jako opowieść o wyjątkowości kina. Film Jonze jest wypełniony dialogami, nie ma tutaj zbyt wiele "filmowości", całość niewiele by straciła gdyby była książką. Ale to nie wada, tylko podkreślenie tego, czego tak brakuje w relacji z Samanthą. Mieliście podobne myśli? Albo przy drugim seansie skupcie się na profesji Theo, i jak ją skonfrontujecie z resztą filmu...

Futurystyczny świat wypadł bardzo przekonująco. To nie jest zbyt odległa przyszłość, ale wygląda bardzo realistycznie jako konsekwencja teraźniejszości. Tak może wyglądać świat za 10-20 lat. W krajach pierwszego świata, oczywiście. Gry komputerowe,zawód głównego bohatera, rozwój sztucznej inteligencji, zanik stosunków międzyludzkich, wynajdywanie coraz dziwniejszych sposobów zapełnienia potrzeby towarzystwa... Ale sterowanie głosem nadal wygląda głupio i niepraktycznie. Na potrzeby kina jest idealne, ale gdy się nad tym zastanowić nie ma to ani trochę sensu. Chodzisz w tłumie ludzi i gadasz do siebie, jak ma to inaczej wyglądać? Nie działało w "Babylon 5", nie działa w "Her". Chociaż trzeba oddać - jest tu jedna scena nadająca całemu zjawisku realizm. Sami zobaczycie.

Scarlett Johanson - ideał.
https://rateyourmusic.com/film/her/

piątek, 14 lutego 2014

Iluminacja (7/10)

Psychological Drama, 1972-73


Franciszek Retman chciał wiele. Poszedł na fizykę, bo sądził, że to ona da mu odpowiedzi i pozwoli czegoś istotnego dokonać. Widz obserwuje, jak wyglądało jego życie na studiach, w akademiku, gdy musiał porzucić naukę - i wiele więcej. Aż do momentu osiągnięcia tytułowej iluminacji - przynajmniej według Zanussiego - w której godzi się ze swoim życiem oraz zwykłością.

Całkiem przyjemny seans - opowieść zrealizowano w niecodziennej formie. Całość jest złożona z krótkich scenek, przebijanych informacjami, faktami. Przykład: bohater rozmawia z kimś i słyszy, że zazwyczaj wszystkie dokonania fizyków mają miejsce przed 30-tką. I tutaj wyskakują tablice zaprzeczające tej tezie, podające informacje o słynnych fizykach i w jakim wieku dokonali swoich odkryć, kiedy dostali nagrody.

Bije z tego filmu prawdziwość. Zarówno w pokazaniu życia studenta, jak i przekazania na ekran poczucia spoglądania wstecz. Cała ta fragmentaryczność i pośpiech, jakimi cechuje się ten obraz, ma sporo wspólnego z takim nagraniem z wakacji. Tylko w tym wypadku jest to zapis o wiele dłuższego okresu, dotyczącego rozważań na temat studiów i życia. Przede wszystkim w Polsce w tamtym okresie. Gdy bohater ma określić swoją specjalizację, odpowiada wtedy: "Nauczyliście mnie tego, co było wiadomo 20 lat temu, ale nie wiem, co teraz się dzieje na świecie. Jak mam wybrać, w czym się najbardziej przydam?". Jest też parę ogólnych myśli dotyczących studiowania i nauki. Kilka ciekawych scen dyskusji na takie tematy jak: która dziedzina jest dziś najważniejsza? Znajdzie się też chwila, by poszukać swoje miejsca na tym świecie.

"Iluminacja" chyba najwięcej traci na tym, że dotyczy szarego człowieka, wziętego niemal z ulicy.
https://rateyourmusic.com/film/iluminacja/


Top 5 Zanussiego

1. Barwy ochronne
2. Iluminacja
3. Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową
4. Persona non grata
5. Zaliczenie

(Felieton) Coś na rozbawienie...

Rok 2014. Trzecia nad ranem lokalnego czasu. Półtorej godziny temu w końcu skończyli odśnieżać małą skocznię narciarską. Nawet zebrano wokół turystów, którzy właśnie z Azji przybyli, by zawodnikom było raźniej. Osiem godzin różnicy, ale kto mógł przewidzieć, że te bariery ochronne jednak się przydadzą i należałoby je zbudować? Komentatorzy na stanowiskach, po ośmiu wiadrach kawy wypełniają swoje zadanie. Głównie dlatego, że ktoś zamknął im drzwi i powiedział, że nie wypuści do toalety póki nie skończą. Ponoć ma to coś wspólnego z krajem który organizuję ten cyrk na kółkach. Mogli się tego spodziewać więc trzymają. Przynajmniej nie zasną w takich okolicznościach.

A jaką oglądalność to zapewnia! Od 20 minut żaden z nich nie kontroluje już swojego głosu, i tylko w połowie myśli nad tym, co właściwie mówi. Widzowie na całym świecie sikają po nogach ze śmiechu, a pan Mirek z panem Janusza tylko o tym mogą pomarzyć. Ale mężczyzna musi mieć zasady.

Na belce ustawia się ostatni zawodnik imieniem Zbigniew. Tablica z wynikami poniżej przeliterowała jego imię trochę inaczej, podobnie jak innych uczestników tej farsy. W końcu trzeba jakoś zatrzymać tych skośnych amatorów od siedmiu boleści. Zbigniew jednak się nie martwi niczym poza jednym - jest faworytem tych zawodów. I jego dziołcha w to uwierzyła. Więc jeśli wróci bez medalu dyndającego mu na garbie to Gabrysia mu nogi z rzyci powyrywa.

Nie ma to jak dobra motywacja. Zbigniew odpycha się od belki startowej i na dygoczących girach przyjmuje pozycje, by dać z siebie wszystko. Raz a dobrze.

Leci jak leci, ale komentatorzy z podnietą powtarzają raz po raz, że to już ostatni zawodnik dzisiaj! Widownia nie wie, jak zareagować, z miejsca w którym są nie wiedzą dokładnie ile skoczył. W napięciu oczekuje, aż ktoś im powie, co mają myśleć. W odpowiedzi słyszą ryk dobiegający ze stanowisk komentatorów, aż góry wokół podskoczyły, budząc się ze swego wiecznego snu. Mirek z Januszem cieszą się najbardziej - wylądował! Otwierać te zakichane drzwi bo skończy się dzień dziecka!

Nikt nie chce drażnić 70 rosłych chłopów pełnych gazu i innych ciekawych elementów. Nawet w tym kraju. Ustępują więc i wypuszczają ryczącą w 17 językach tłuszczę.

Żaden z nich się nie odwrócił, by zobaczyć, co się działo na arenie po wylądowaniu Zbyszka. Stoi tam sam, biedny i dygoczący, czekający aż coś się stanie. Zaśnieżona tablica runęła w drzazgi pod naciskiem rozweselonej gawiedzi na widowni, która podbiegła ochoczo by pogratulować - jak zrozumieli - wygranej panu Zbyszkowi. Albo pobiciu rekordu. Kto wie, może to sukces, że wciąż żyje? Aż się palą, by dodać swoje trzy grosze do okrzyków wypełniającej teren pięciu kilometrów w tę i nazad.

Zbyszek przerażony motłochem zaczął tuptać na nartach w drugą stronę. Nie ma pojęcia, ile skoczył i czy wygrał. Teraz o tym nie myśli. Jego oczom okazał się przedziwny widok - zobaczył 26 dorosłych mężczyzn zjeżdżających ze skoczni jak ze zjeżdżalni, wszyscy radośni i szczęśliwi że ho-ho.

A wszystko przez to, że ze stanowiska trenerów nie widać stoku. I każdy zasugerował się okrzykami radości w swoich językach, śnieżyca popsuła całą elektronikę, a koniak, który miał ich tam rozgrzać, też bardzo pomógł. To huzia, lotem bliżej, skoczyli i pośladkami suną po skoczni. Jak przystało na okoliczności, drąc się wniebogłosy w mniej i jeszcze mniej poprawny sposób. A co, wyczekali swoje! Najwyższa pora!

Widzowie oczom nie wierzą. Komentatorzy najwidoczniej stracili już głos, bo taki burdel musieliby jakoś wytłumaczyć oglądającym. Połowa świata nie wie, jak zareagować na wydarzenia na skoczni. Druga też nie, bo śpi i nie wie o niczym. Część z nich nigdy sobie tego nie wybaczyła, i umarła potem na bezsenność.

Trenerzy po zsunięciu się i zaliczeniu kilku tuzinów poważnych złamań starli się w połowie trasy z panem Zbyszkiem i masą jego adoratorów bliżej nieokreślonej płci. Nikt nie przeżył, ale też nikt nie narzekał.

Rok 2020. Zaangażowani myśliciele wciąż nie mogą ustalić, czego powinni zakazać w związku z powyższym incydentem - gier komputerowych czy marihuany? Ktoś nieśmiało zaproponował, by nie wpuszczać Azjatów do Europy...

Rok 2188. Na granicy Królestwa Polsko-Francuskiego (lub Francusko-Polskiego, zależy gdzie spytać) z Tybetem znaleziono medal przeznaczony dla skoczka, który zwyciężył na małej skoczni podczas Olimpiady 2014 w skokach narciarskich. Nie ma tam wygrawerowanego niczyjego nazwiska. Polska ogłasza Żałobę narodową.



****
Tekst powstał jako improwizacja w około 15-20 minut, wcześniej miałem gotowy pomysł ze zjeżdżaniem ze skoczni. Chciałem sprawdzić, czy umiem jeszcze pisać komediowe teksty.

czwartek, 13 lutego 2014

Popiół i diament (8/10)

Polska szkoła filmowa, 1958


8 maja 1945 roku, Polska. Następne 24 godziny dla bohaterów za chwilę zostanie ustawione: drogą ma przejeżdżać dyrektor komunista, Szczuka. Maciek Chełmicki bierze udział w zamachu na jego życie. Później okazuje się, że przypadkiem zabił dwóch szarych pracowników cementowni. Gdy zatrzymuje się w pensjonacie, przez okno z bloku naprzeciwko zobaczy rozpacz dziewczyny jednego z nich. W międzyczasie tuż obok rozpoczyna się uroczystość z powodu zakończenia wojny. Zjawia się tam między innymi nowo mianowany minister. Oraz Szczuka. Zadanie trzeba będzie dokończyć, tylko opóźnienie rozbudza przeróżne dylematy...

Pierwsze wrażenie jest... ujemne. To wszystko jest zrealizowane tak pokracznie, że zadziwia. Ludzie umierają w przerysowany sposób, scena zasadzki jest sztuczna (Maciek strzela w drogę i tam są efekty tych strzałów, ale to samochód 10 metrów z boku zostaje niby trafiony; kierowca wstaje i niby to oznacza, że dostał kulkę). Trochę później jest ta scena w recepcji, postać rozmawia przez telefon na pierwszym planie, w tle widać Szczukę wchodzącego do środka. Maciek patrzy się na niego. Cięcie. Teraz Maciek siedzi z nosem w gazecie, słyszy głos Szczuki, kładzie gazetę, odwraca się i jest w szoku! Takie dziwne to jest, zwykle takie rzeczy zauważa się po iluś seansach, a tutaj nawet nie trzeba cofać by się upewnić, to po prostu widać.

Do tego to usymbolizowanie wszystkiego... Z czasem jednak zaczyna się akceptować tę stylistykę. Mam w pamięci, jakie wtedy były warunki w kraju, i że to był jeden z pierwszych tytułów podejmujących rozrachunek z drugą wojną. To i tak tytuł zaskakująco otwarcie atakujący komunizm, ale jednak większość przekazu to symbolika. Nie ma tu normalnych postaci z krwi i kości, każda na pierwszym planie to romantyk martwiący się o ojczyznę, główny konflikt filmu to Polacy zabijający Polaków, kobieta w której Maciek się zauroczy jest tak naprawdę Legionem wszystkich kobiet, których ukochani są patriotami, a cała struktura ugina się od stylistyki podchodzącej pod poetycki realizm. I to wszystko działa, bo układa się w spójną, przejrzystą całość. Bardzo obszerną oraz spełnioną. Jakby nie patrzeć, filmowi udało się objąć cały ten temat, przekazując więcej niż było widać. Był tym, czego wtedy widownia potrzebowała. Wajda - wieszcz narodu.
https://rateyourmusic.com/film/popiol_i_diament/

środa, 12 lutego 2014

Trzy kolory: Niebieski (7/10)

Psychological Drama, 1993


Julie de Courcy traci w wypadku samochodowym męża, słynnego kompozytora, oraz córeczkę. Po tych wydarzeniach postanawia zniknąć - sprzedać posiadłość w której do tej pory mieszkali, całą jej zawartość, ostatnie niedokończone dzieło męża zniszczyć, i ukryć się przed światem, sama ze sobą.

Kolejny film, którego nie zrozumiałem przy zwykłym oglądaniu. Musiałem jeszcze raz do niego podejść, po paru dniach, by móc cokolwiek potem napisać. Zupełnie nie miałem jak tego wszystkiego poskładać w całość, czego dotyczy historia którą oglądam. A to dlatego, że Kieślowski jest za dobry, i nie dopuszcza do powtarzania się. A poza tym jego myśli wędrują po raz kolejny w niestandardowy sposób. Słowo "wolność" nie pojawia się w samym filmie, przez co oglądanie bez zwracania uwagi na niego jest bardzo nieukształtowane. Ot, przyzwyczajenia, że tytuły zazwyczaj guzik znaczą. Tutaj jest składnikiem całości.

I o tym jest ten obraz. I to nie o odpowiedziach, tylko o drodze jednostki, pojedynczego człowieka, próbującego się zmierzyć z tematem wolności w swoim nieschematycznym, niefilomowym życiu. Czy to chodzi o wolność do kończenia czyjeś twórczości, do popełniania błędów, do wyboru jak spędzić życie. Czy pozwolić Julie zniknąć? Czy pozwolić zginąć niedokończonemu arcydziełu? Ilość przykładów i pojedynczych momentów zadających jakieś pytanie jest olbrzymia w "Niebieskim", wszystko bez wyjątku podane za pomocą języka obrazu. Niezwykłe. Bardzo chętnie obejrzę kiedyś czwarty raz, najlepiej całą trylogię. Powinienem być wtedy gotowy docenić ją bardziej niż teraz mogę.

Polubiłem zakończenie, krótkie mrugnięcia podsumowujące wszystkie postaci, bardzo treściwe chociaż będące na ekranie przez parę sekund. Bardzo wolne i wymuskane na pozór, ale połączone z podniosłą muzyką komponują się bezbłędnie.
https://rateyourmusic.com/film/trois_couleurs__bleu/

wtorek, 11 lutego 2014

Symetria (7/10)

Prison Film, 2003


Łukasz Machnacki po wyjściu z kina wyrzucił bilet, i to był jego błąd. Jeden z wielu, jak się okazuje. Na seansie był sam i nikt nie może udowodnić jego niewinności. Staruszka rozpoznaje w nim napastnika, więc policja go zgarnia. Na początku słyszy radę - ma iść grypsować, jeśli nie chce być frajerem. I się słucha. Potem sprawy się jeszcze skomplikują. Towarzystwo pali się, by sprawdzić czy nowy jest swój, strażnicy się dostosowali to klasy przeciętnego lokatora i lubią bawić się w swoje gierki. Wokół nie ma nikogo, kto by miał się zajmować sprawiedliwością jego pobytu tutaj... A staruszka umiera w międzyczasie. I Łukasz może beknąć za nieumyślne spowodowanie śmierci.

Ciekawe uczucie, nawet w Baltimore mają lepsze więzienia niż w Polsce. Zresztą jest więcej skojarzeń z "The Wire" - język którym bohaterowie się posługują jest zagadką dla przeciętnego polaka, tak jak slang z Baltimore był zagadką nawet dla aktorów grających w tamtym serialu. Jeden seans to zdecydowanie za mało, by oglądanie było płynne w odbiorze. Ja się pogubiłem.
To mój drugi seans, i wciąż lubię ten film. Za klimat beznadziei, polską martwotę wewnątrz budynków, szare widoki... Czuć nawet ten smród i ciasnotę celi, zmęczenie i wizję kolejnej nieprzespanej nocy, brak własnego kąta. Presję otoczenia i świadomość, jak niewiele tu brakuje, by się zatracić. Jak łatwo jest stracić wszelkie standardy i się dostosować, przestać widzieć świat poza tymi murami i ludźmi, którzy tu są.

Ale nie jest aż tak dobrze. Ani historia nie jest tak brutalna jak planowano, ani bohaterowie nie są tacy prawdziwi. Sama fabuła może momentami się ciągnąć, postaci wydadzą się w kilku scenach przerysowane, a dramatyczny rozwój głównego bohatera nie będzie absolutnie wiarygodny. Ambicje były z pewnością większe, i był ku temu powód. Znajomość realiów oraz tematu w zupełności wystarczyła, by stworzyć film warty obejrzenia.
https://rateyourmusic.com/film/symetria/

(serial) The Wire - sezon V

W 2007 roku fani "The Wire" z nowości mogli tylko oglądać
dwie półgodzinne zapowiedzi tego, co zobaczą
w ostatnim sezonie, oraz trzy krótkie scenki z przeszłości Baltimore, prezentujące m.in. pierwsze spotkanie Bunka i McNulty'ego. Rok przerwy, by napisać 10 odcinków składające się na solidne zakończenie, i zaprezentować je w 2008 roku. Powstał najsłabszy sezon.

Przede wszystkim - temat. Tym razem niby głównym założeniem było pokazanie Baltimore od strony prasy. Jak przekazują mieszkańcom najświeższe wieści, jak wygląda praca w redakcji, jakie prawa tam rządzą. Przez połowę odcinków tego nawet nie ma, bo chociaż są sceny w Baltimore Sun i zaprezentowane są nowe postaci, to cały ich wkład we wszystko, mógł być pokazany w domyśle - tak jak to było do tej pory. Zamiast pokazać policjanta i dziennikarza rozmawiających przez telefon można było pokazać tylko tego policjanta, pięć scen potem owy policjant dowiaduje się co z tej rozmowy wyszło bez pokazywania, jak do tego dochodziło. Im bliżej końca obraz redakcji jest istotniejszy, ale nadal bardzo niewielki. To raczej ciekawostka była. To tak, jakby powiedzieć, że cały pierwszy sezon był o ośrodkach leczących uzależnienia.

Po drugie - McNulty i jego własny Hamsterdam, tylko głupi jak but. Co ten palant tu zrobi nie zdradzę, ale uprzedzam: sami się złapiecie za łeb gdy to zobaczycie. Przy Hamsterdam w nikogo nie trafiali rykoszetem, i mieli też plan jak to zakończyć. McNulty po prostu został przestępcą na sześć różnych sposobów. Oczywiście, jest to całe zaplecze, że tylko w ten sposób można było sobie poradzić z systemem, ale to była gruba przesada. Szczególnie, że Jimmy w czwartym sezonie odszedł na trzeci plan, uspokoił się i nie pił, był z Amy Ryan itd... A tu bach, robimy z niego wariata, bo możemy.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nóż w wodzie (6/10)

Psychological Drama, 1962


Andrzej i Krytstyna to małżeństwo. Jadą nad jezioro, by na luksusowej łodzi spędzić cały dzień, a nazajutrz z rana wrócić do cywilizacji. Po drodze napatoczyli się na chłopaka łapiącego stopa, którego zamierzali tylko podwieźli, by w końcu zaproponować wspólny odpoczynek. Z bliżej nieokreślonych powodów. A tam zacznie się prawdziwa walka... to znaczy najpierw sobie posiedzą i popatrzą, jak woda płynie. Bo to dosyć monotonny film jest. Mało robią na tej łodzi, przez co to nie jest takie interesujące. Większość akcji skupia się na ostatnich 20 minutach.

Wcześniej jest budowanie atmosfery Mazur oraz powolne i subtelne konstruowanie relacji między bohaterami, którzy jednak nie są aż tak interesujący. Krystyna po pierwsze nie istnieje jako samodzielna postać (jedynie wespół z inną cokolwiek robi, jest reakcją nie źródłem), a po drugie jest nudna. Siedzi na łódce ze spuszczonym wzrokiem. Można się kłócić, że taki był plan na nią, jako niemą obserwatorkę męża, by wyszła wiarygodnie, ale to nie zmienia faktu, że jest nudna. Gdyby dano widzowi jakieś pojęcie o tym, jaka była kiedyś, i jak stała się taka obojętna, wtedy już było lepiej. Bez tego jest tylko anemiczką z kilkoma scenami na samym końcu.

A para męska... ich pojedynek opiera się w głównej mierze na ówczesnej różnicy poziomów w klasach społeczeństwa, młodego nie widzącego szans w starciu ze starymi, posiadających wszystko. Pierwszym wydaje się, że drudzy nie wiedzą o ich istnieniu, drudzy gardzą pierwszymi za pychę i podobne. A na końcu okazuje się, że obaj są tacy sami...

Gdyby było więcej pomysłów na fabułę, a te które są lepiej wykonano (wejście młodego na pokład, zwrot dramaturgiczny pod koniec, zakończenie), powstałby ciekawszy film. Ale chyba jego kręcenie było wystarczająco ciekawe, i gdzieś po drodze zapomniano o widzu. Wciąż jednak pozostaje dobrze wykonana robota, zważywszy na podjęte schematy.

Nieudana powtórka i obniżka oceny.
https://rateyourmusic.com/film/noz_w_wodzie/

niedziela, 9 lutego 2014

Raj: Miłość (6/10)

Drama, 2012


Grupa kobiet w średnim wieku wyjeżdża z Austrii do Kenii na wakacje. Na miejscu okazuje się, że całkiem sporo tam młodych i wysportowanym miejscowych, gotowych do przeróżnych usług. Spoiler: robią to dla pieniędzy.

Gdy to oglądałem, nie wynikało to z samego filmu, jednak gdy w przerwie z ciekawości przeczytałem opis... To uświadomiłem sobie, że odczułem zawód. Bo podświadomie oczekiwałem czegoś więcej, a tu się okazało, że to wszystko. Taka jest prawda, obejrzenie filmu niemal równa się z opisem, o czym on jest. Widz dostaje grupę starszych, nieatrakcyjnych kobiet, pragnących uczucia więc je kupują, na czym zyskują miejscowi, grając przy okazji na poczuciu winy u białych Ziemian. A do tego cycki do ziemi i całą resztę tego odrzucającego* widowiska. Ten film nawet nie jest nakręcony w jakiś ciekawy sposób, najczęściej kamera staje w miejscu na kilka minut, bohaterowie gadają bardzo zwyczajnie i scena trwa aż do końca, bez żadnych odgórnych dyrektyw reżysera. Postawiono na realizm i z pewnością go osiągnięto.

Z tytułu bije odwaga, zarówno ze strony aktorek jak i aktorów, w wielu przypadkach wiele od nich wymagano. Szczególnie, że to kręcono w terenie. W jednej scenie dwie postaci są na brzegu, a za nimi widać normalnych ludzi, którzy znaleźli się tam sami z siebie. Licznych aż po horyzont i dalej, w większości gapiących się w kamerę. Zrobienie tego tytułu było bardzo trudne, czuć to w trakcie oglądania. Wiele zalet, ale impakt wywiera nieco za mały.

Ach, zapomniałbym: ten film obraża mężczyzn! Przedstawia ich jako przedmioty, wszystko co bohaterki widzą w swoich obiektach uczuć to ich ciała! Skandal! Jeden na dziesięć!!... Nie, jednak nie umiem się w to wkręcić. Jeszcze nie jestem nowoczesny. Ale kiedyś będę i oprotestuję ten film.
https://rateyourmusic.com/film/paradies__liebe/

*dopiero po przejrzeniu reakcji w Internecie pomyślałem, że dla wielu niektóre sceny mogą być obrzydliwe. Dla mnie "jednym krokiem za daleko" była jedynie scena przyjęcia, na którym prezentem był murzynek, ale wtedy jadłem obiad, więc może dlatego.

sobota, 8 lutego 2014

Wielkie piękno (7/10)

Satire & Drama, 2013


Kolejny człowiek wałęsa się po Rzymie, szukając swojej przeszłości, myśląc nad życiem oraz sztuką. W "Great Beauty" jest nim Jap Gambardella, człowiek który krótko po swoich 64 urodzinach doszedł do wniosku, że szkoda mu czasu na rzeczy, w których nie chce uczestniczyć. Dawno temu napisał książkę, tylko jedną, i do dziś ludzie pytają się go, kiedy napisze następną? Czemu jeszcze jej nie napisał?


Pierwsze co rzuca się w oczy to fenomenalna reżyseria. Pierwsze 13 minut wręcz każe zastanowić się: po co filmom scenariusze? Przecież wystarczy ruch, tempo, muzyka, rytm... Niby nic się nie dzieje, by następnie zmienić scenerię na typowo dyskotekową, ale jak to wygląda! Trudno uwierzyć, że to współczesny film, bardziej prawdopodne by było, gdyby powstał w latach 30-tych, gdy różni mistrzowie kina i teoretycy uczyli się języka kina, poszerzali go i kategoryzowali. "Wielkie piękno" to definicja ruchu, powszechnie nazywanego akcją. Co chwila jest cięcie, co chwila kamera robi jakiś gwałtowny najazd gdzieś, cięcie, kręci się wokół czegoś, cięcie, podążą za czymś. Albo aktorzy są w ruchu, albo coś innego... zwróćcie uwagę na zgranie tego, jak kamera zatrzymuje się idealnie w momencie gdy aktor zaczyna ruch i na odwrót... Pozostaje tylko mieć nadzieję, że "Avengers 2" nakręcą z taką samą dynamiką oraz pasją. Bo ogląda się to miodnie.

Wysoce prawdopodobne, że Paolo Sorrentino to najlepszy reżyser tej dekady. Gorzej w temacie zawartości, opowieści, historii, fabuły. Czyli scenariusza, bo ten jednak był. Ludzie wypowiadali dialogi, uczestniczyli w scenach i tak dalej. Samo przesłanie, morał - to jest w porządku, na dodatek ładnie na końcu wyłożone bym dał radę zrozumieć. Bardzo spodobał mi się świat wyjęty niczym ze "Śmierci w Wenecji", gdzie ludzie byli wykwintni i pełni klasy... tylko w "La Grande Bellezza" już tego nie mają. Wciąz fascynują się sztuką, są artystami, ale wystarczy ich przycisnąć i okazuje się, że sami nic nie wiedzą. Słyszeliście zapewne o ludziach, którzy jedzą farbę, wymiotują na płutno i takie dzieło sprzedają potem za grube miliony - Sorrentino opowiada właśnie o tym. I trzyma klasę, posługując się satyrą ale nie w taki jaskrawy sposób który zwykło kojarzyć z pojęciem "satyry". Ale film trwa ponad 2 godziny, i parę razy zdarza się twórcom powtarzać po sobie to, co chwili widzowi przekazać - a innym razem zwyczajnie przynudzać. Ilość scen uniemożliwia utrzymanie początkowego tempa.
https://rateyourmusic.com/film/la_grande_bellezza/

piątek, 7 lutego 2014

Chciwość (7/10)

Psychological Drama, 1924


John McTeague - były górnik, prosty chłop, obecnie dentysta bez zezwolenia co nie przeszkadza mu w wykonywaniu zawodu. Jego przyjaciel, Marcus, kręcący się wśród nieco wyższych sfer. Jego kuzynka, Trina, którą rozbolał ząb, więc zabrał ją do wspomnianego dentysty. W poczekalni sprzątaczka sprzedała jej kupon na loterii. Dla Joe był to pierwszy klient płci żeńskiej, więc stało się - ożenili się. Po powrocie okazuje się, że wygrał również loterię. Znaczy jego żona to zrobiła. Pięć tysięcy przemknęło Marcusowi obok nosa... Wiecie, to lata 20-te były.

Pierwsza kwestia, czyli czas. Oglądałem wersję trwającą 239 minuty, ale "Greed" pierwotnie trwał 10 godzin. Przed premierą skrócono go do dwóch, 70 lat później zrealizowano coś na kształt "rekonstrukcji oryginalnej myśli", dodając do wersji skróconej nieruchome fotosy z pierwotnie zrealizowanych scen. Dodano też standardowe dla kina niemego napisy, często samodzielnie wyjaśniające sens dodanych scen oraz wątków. Miałem obejrzeć również wersję skróconą, ale na YT okazała się ona mieć włoskie napisy.

Jak to się ogląda? Świetnie! Blisko cztery godziny mają swoją rację bytu - nie miałem wrażenie przeciągania, dodawania zbędnych scen lub wątków, historia płynęła tak naturalnie jak tylko się dało. Postaci mają czas dla siebie, nawet te poboczne, fabuła wypełniona jest życiem. Sporo uwagi poświęcono rozwojowi, zarówno relacji między postaciami, jak i ich zmianom psychicznym. Nie czułem tu schematów i filmowości, dla przykładu - gdy jeden z bohaterów zaczyna pić i wracać po nocach, nie jest to cel sam w sobie. To był tylko środek wyrazu prowadzący do czegoś - o ile opowieściach z alkoholem można napisać coś takiego? Dodatkowo, nie było o to tak łatwo, bo biedak wejdzie do baru wraz z trzecią godziną filmu. Dzisiaj takie rozwiązanie ciężkiej sytuacji wydaje się dosyć oczywiste, i na pozór nie trzeba się za bardzo w to wgłębiać. Po prostu, stało się i już. To jedna z wielu scen, ale to dobry przykład do zaprezentowania, jak wiele uwagi poświęcono tu "życiowości" w fabule, i budowaniu odpowiedniego tempa.

Trzeba jednak być przygotowanym na różne zapożyczenia z innych medium. Bohaterowie gadający sami do siebie, jakby byli na scenie teatru, aktorstwo z nad ekspresyjnymi momentami... to wciąż tu jest. Nie razi to, jednak trzeba o tym pamiętać. Z czasem o to jednak coraz trudniej, bo "Greed" potrafi zaimponować. Im bliżej finału tym bardziej.

I nie rozumiem, czemu pierwotna wersja trwająca 10 godzin jest uznawana za taką stratę, że nazywają ją "Świętym Graalem kinematografii" (tak to określają na początku filmu). Ktoś zna ten temat dokładniej? Bo wydaje się to sporą przesadą, w końcu to adaptacja powieści. Niedostępnej w naszym kraju, ale filmu u nas właściwie też nie obejrzycie. To nie tak, że jakiś oryginalny skrypt gdzieś przepadł, można zajrzeć do książki i zobaczyć, co zniknęło. A jak chcecie nad czymś płakać, to płaczcie za oryginalnym konceptem "Babylon 5", które musiało się zmieniać w trakcie realizacji, i nie jest już możliwe stworzenie tego uniwersum na nowo. Nie wspominając już o tym, że pierwotne szkice zostały ukradzione, zrealizowane pod inną marką... to dopiero tragedia.
https://rateyourmusic.com/film/greed/

Ciekawostka: aktor grający Marcusa był wujkiem Leslie Nielsena. Bo o tym, kogo potem grał reżyser Erich von Stroheim, to chyba wszyscy wiedzą?...

(felieton) Problem z wybieraniem najgorszego filmu roku

Parę tygodni pisałem o ideologicznym bezsensie tworzenia takich podsumowań. Ale problemy są jeszcze inne, a co najciekawsze - wcale nie ograniczają się do wybierania najsłabszych filmów roku. Tyczą się też często wybierania tych najlepszych, przez wielu ludzi i wiele organizacji. Oto trzy czysto matematyczne powody, dla których nie jest możliwe wyłonienie najgorszego tytułu.


#1 Trzymanie się kina mocno promowanego

Ekranizacje komiksu, filmu ze znanym nazwiskiem na plakacie, adaptacja, biografia, ekranizacja. Każdy to obejrzy. Kino polskie, z Azji, Europy i reszty świata - niewiele się tym zainteresuje. I nie gadajcie o różnicy poziomów, tu liczy się tylko marketing, nie poziom produkcji.


#2 Trzymanie się anglojęzycznego kina

Magiczna sytuacja: widzicie na jakiejś liście najgorszych tytuł w którym mówią wyłącznie po włosku. Nie oglądacie, nie? Bo dopiero tutaj włącza się ta lampka: "Po co to oglądać?". Trzeba w to włożyć jakiś wysiłek, naaaaah... I w ten sposób polskie gnioty nigdy nie wyjdą poza granice naszego kraju. Z drugiej strony, z innego rynku wyjdzie wszystko, i to ono będzie słynne, oglądane i pojawiało się na listach. A ile przy tym zarobią, to nawet nie chcę myśleć.


#3 Trzymanie się ustalonych reżyserów

Debiutant coś nakręci, nawet i dobrego, ktoś się tym zainteresuje. Ale ktoś znany coś nowego nakręci i wszyscy to oglądają, bo przy każdym można napisać to samo: "Pani/Pan X 5, 10,15, 50 lat temu nakręcił film który lubię, ale ten dzisiaj to był zawód!". Nie chcę niczego psuć, ale liczenie, że ktoś zrobi coś dobrego, bo kiedyś już raz tego dokonał, jest całkowicie nielogiczne. Szczególnie w świecie filmu, gdzie w produkcję wpierdala się w przybliżeniu jakieś Całe Mnóstwo Ludzi, i niewiele tam zależy od jednego człowieka. A gdy tak jest, to z pewnością nie robi tam za reżysera, i nawet nie wiecie, jak się nazywa.

...Do tego momentu można by tę listę zatytułować "Czemu nie jest możliwe wyłonienie najlepszych filmów roku". Ale mam tu jeszcze jeden punkt:


#4 Prawdziwie złych filmów nikt nie ogląda

Są takie dziwności jak "Złe, że aż dobre w oglądaniu", i to oczywiście wielu obejrzy. Jednak gdy tytuł jest denerwujący? Nudny? Nikt tego nie ogląda. Z tego co się orientuję, najbardziej irytującym filmem 2013 roku są "Smerfy 2". Najnudniejszym - "Diana". Ludzie się trzymają przy "After Earth", "Rekinado", "Host".



Ilekroć widzę takowe podsumowanie, widzę tylko jedno: laika, który nie wie nic o kinie, ale widzi okazję do żartowania czyimś kosztem i bezkarnego wyliczania standardowych oraz uniwersalnych epitetów. A filmy które wybiera... są bezpieczne. Można wręcz podejrzewać, że po to były wyprodukowane. Ostatnio nawet pojawiła się grupa tytułów, które bezpiecznie jest nie lubić jednocześnie będąc przy tym kontrowersyjnym. Bardzo rzadko pojawia się ktoś, kto ma argument, i w jego tonie brzmi pasja kogoś naprawdę urażonego lub zdenerwowanego. Kogoś, kto się zna i umie krytykować. Niech będzie, że prowadzącego misję. Zamiast bawiącego się faktem, że ktoś produkuje gnioty, wolącego uczciwie za to zganić. I widzi w tym sens, zamiast stwierdzić: "to normalne, ludzie to idioci, oglądają gówno, blablabla". Niech to będzie piątym punktem na tej liście.

wtorek, 4 lutego 2014

(serial) The Wire - sezon IV

Wiecie, jak wygląda piekło dla białych? Jest północ, a wy właśnie skończyliście oglądać przedostatni odcinek sezonu, finał trwa 80 minut, a rano musicie wstać. Najlepiej przed południem.

"The Wire" jest opowiedziany chronologicznie, jednak tak naprawdę poświęcając nowy sezon szkolnictwu chcieli pokazać dzieciństwo i początki tych, którzy z serialu już odeszli. Żywi lub martwi. Na przykładzie zupełnie nowych postaci, ale jaka to różnica? Odpowiedź na to pytanie jest jednym z morałów serialu. Wyższa szkoła narracji filmowej.

Z jednej strony - tak, trzeba przebić się przez rutynę, jakiej się spodziewacie po tematyce "edukacja w biednej, czarnej dzielnicy". Będą problemy z nauczaniem, niezręczne próby przekonania do siebie uczniów, odkrycie jakie są braki w ich nauczaniu, że mają na to wszystko wyjebane. Pytasz "2 + 2 to..." a słyszysz "Pierdol się pedale!!!". Będzie nawet kolacja w najlepszej restauracji jako nagroda za wykonanie zadania.Widz i twórcy stracili na tym kilka odcinków, a przynajmniej ich większą część.

Z drugiej strony - warto to przeczekać. Bo to Baltimore, które znam już z innych strony. I tym większy szacunek mam do twórców za zbudowanie w środku tego wszystkiego postaci nastoletnim. Bardzo różni, bardzo prawdziwi, każde z oddzielną ścieżką którą pójdzie, inaczej starając się sprostać życiu w takich warunkach. Bez sprzeciwu idąc na róg ulicy ale sprzeciwiających się temu. Szkoła będzie tu ich najmniejszym problemem. Rodzice są przynajmniej uzależnieni, ulica jest bezlitosna a mafia chętnie szuka nowych żołnierzy... nawet pojawi się taki fajny gliniarz, co to połamie palce młodemu, po czym odejdzie jak gdyby nigdy nic. Szkoła niewiele tu znaczy. Ot, przyjdą raz w miesiącu i wystarczy. Wtedy nikt nie cofnie dotacji dla placówki, jak uczniowie będą mieć taką obecność. A gdy przyjdzie ważny test, wystarczy się nauczyć odpowiedzi na pamięć. I nie mówię tu o ściąganiu...

Brzmi standardowo, i tak jest. Ale nabiera interesującego wymiaru z czasem - opowieść rozpisano na 12 epizodów, potraktowano bardzo poważnie, powiązano z resztą serialu, wszystko nadal kręcono na ulicy. Nieco kolorów dodaje znany z poprzedniego sezonu Colvin, który teraz zaangażuje się w specjalny program pomocy wybranym uczniom, jednak efekt końcowy nie jest nawet w 1/3 tak ciekawy, jak na to brzmi. Jednak ogląda się nadal znakomicie, zbierając dodatkowe punkty za powiew świeżości w już i tak rozbudowanym serialu.

Wszystko podsumowano w bardzo dobrym zakończeniu, porównującym ze sobą wszystkie te ścieżki, którymi podążyli bohaterowie. W epilogu widać, kto jak skończył, i co jest "właściwym wyborem" w tym świecie.


1. Sezon III - 8+/10
2. Sezon IV - 7/10
3. Sezon II - 6+/10
4. Sezon I - 6+/10

niedziela, 2 lutego 2014

American Hustle (6/10)

Crime & Black Comedy, 2013


Para oszustów zostaje nakryta przez FBI. Zamiast jednak ich skazać, oferują im współpracę przy rozpracowywaniu kolejnych przestępców. Oczywiście zgadzają się. "American Hustle" to udana komedia kryminalna, choć nie wyróżniają się ani poczuciem humoru ani niczym innym. Postaci i ich imion nie pamiętam, fabuła ulatuje z pamięci, pozostaje tylko wrażenie miło spędzonego czasu. Dialogów słuchałem z przyjemnością, a ogólny kierunek humoru całkiem mi odpowiadał - nie mogłem się nie uśmiechać widząc "Some of this actually happen" otwierające film (zamiast standardowego "Based on true story"), albo Christiana Bale'a z brzuszkiem, przyklejającego sobie perukę na łysinę. Aż do końca miałem gwarancję, że co chwila zobaczę jakiś miły moment, dzięki czemu seans był całkiem sporą przyjemnością.

Oddzielne są dwie kwestie, których zupełnie nie rozumiem. Pierwsza to Amy Adams, która dwa lata temu tańczyła z Muppetami, a teraz chodzi z biustem na wierzchu, ponieważ... Jakieś propozycje? Po drugie, piosenki. W czasie seansu usłyszałem między innymi "Goodbye Yellow Brick Road" Eltona Johna albo "I Saw The Light" Todda Rundgrena. To oczywiście dobre piosenki i było mi miło je ponownie usłyszeć, ale jaki był powód ich obecności? Strasznie dziwne było oglądanie czołówki, w której bohaterowie mają gdzieś iść, i w czasie gdy idą a potem wchodzą do pokoju, tempo zwolniło, a ja usłyszałem "Dirty Work" Steely Dan. Bardzo dobry kawałek, strasznie go lubię - ale co on miał wspólnego z filmem? Tekst się zgadzał, ale cały klimat tego utworu już nie. Do niczego - do filmu, do sceny, do intra, a szczególnie do umiejscowienia w czołówce. Najdziwniejsza scena to "Live and Let Die" wykonywana na niby (!) przez Jennifer Lawrence (!) do jej... synka (!) przy sprzątaniu (!). I trzęsie przy tym głową, i jest strasznie... do dupy.

Ponoć chodzi o to, że "American Hustle" miał w założeniu być kiczowaty. Eeetam... Za często coś ostatnio słyszę tę wymówkę.
https://rateyourmusic.com/film/american_hustle/

sobota, 1 lutego 2014

12 Years a Slave (7/10)

Historical Drama & Biopic, 2013


Solomon Northup to prawdziwa osoba - w XIX wieku został sprowadzony z pozycji szanowanego obywatela do zwykłego czarnucha i sprzedany, by zbierał bawełnę. Jak to możliwe? Otóż... wypił, a następnego dnia samo się stało. Dopiero na napisach końcowych wyjaśniono, że byli jacyś łowcy niewolników, którzy go porwali. Miał pecha, biedaczek. "12 years a Slave" skupia się na okresie pomiędzy przed porwaniem i gdy znowu był wolnym człowiekiem.

Podczas oglądania miałem wrażenie, że ta opowieść została ograniczona, by nie była zbyt drastyczna, gwałtowna i nie zmuszała widza do niczego. By wysiedział to do końca i nie czuł się po seansie jak gówno. Kilka przykładów - tytuł. Już on daje wyraźny znak, że ten okres w życiu bohatera skończy się, daje pewność i nadzieję. Gdy Solomon budzi się na początku w kajdanach i przekonuje strażników, że przecież jest wolnym człowiekiem, nazywa się tak i tak, mieszka tu i tu... A oni zaczynają z nim rozmawiać. Nic wielkiego, ale to i tak spora różnica wobec tego jak ta chwila wyglądała naprawdę (pobicie za samo odezwanie się, ubliżanie i tak dalej... i jakoś wątpię, by dawali po jednym niewolniku do jednej celi). Na statku z kolei usłyszałem niewielką przemowę o tym, że jak to Solomon chce żyć, zamiast przetrwać... Dosyć jasny znak dla oglądającego, że to tylko film. Takich "ugładzających" momentów jest trochę w tym filmie. Największym jest Brad Pitt pytający Michaela Fassbendera, jakie on ma prawo by niewolić drugiego człowieka. Piszę absolutnie poważnie. To naprawdę jest w tym filmie.

Są też bardziej subtelne wygładzenia, np. prawie w ogóle nie ma scen przedstawiających wcześniejsze życie bohatera, więc nie czułem za bardzo tej przepaści, nie czułem smutku za tym co teoretycznie przepadło na zawsze, bo w ogóle tego nie poznałem. Takie ograniczenie sprawiły, że to bardziej kolejny film na znany temat niż coś wyróżniającego się. A może to ja? Może to do mnie nie docierają filmy o przemocy fizycznej (przemocy psychicznej w ogóle u McQueena nie ma tym razem)? Tak czy siak - podjęto z pewnością właściwą decyzję. Jeśli poczytacie opnie innych to zobaczycie, że widzowie z reguły są wstrząśnięci tym obrazem.

Zapewne niżej powinienem ocenić ten tytuł, zwłaszcza biorąc pod uwagę różne "modyfikacje" względem pierwowzoru. Ale szczerze - świetnie się to oglądało. Szczególnie jak na film bez pełnometrażowej fabuły. Główny bohater był niezły, reżyseria i klimat Nowego Orleanu, pól i natury. Co chwila pojawiał się jakiś szczegół warty uwagi (zmiana ubrania, by pokazać krew na plecach), jakaś świetnie zrealizowana scena (biczowanie!). Aktorzy sprawdzają się bez pomyłki (chociaż trochę żałuję, że Cumberbatch grał typowego dobrego białego). Jeszcze Paul Dano na medal śpiewał rasistowski pop. Taki typowy, dobry film, który się nie wyróżnia.

Mam tylko nadzieję, że za 36 miesięcy nie będę pisał "Steve McQueen się sprzedał".
https://rateyourmusic.com/film/12_years_a_slave/

PS. Teraz muszą zrobić film o tym, jak wymyślono polski tytuł.

Rok 2013 - podsumowanie i nagrody.

Miniony rok był tak chujowy, że różne magazyny lub jednostki musiały dokładać filmy z wcześniejszego rocznika, by dobić do okrągłej liczby. Jak widać "ranking dziesięciu najlepszych", to nasuwa się myśl: zapewne było z 50 obrazów wartych uwagi, i to są najlepsze z najlepszych! Ale gdy w owym topie jest tylko dziewięć tytułów... Oj, niezbyt imponujące.
A u mnie - tylko tytuły z datą premiery kończącą się na 2013. Na chwilę obecną mogę tu podać 16takowych. Ewentualne odkrycia z najbliższych tygodni, w stylu Życia Adeli" albo "Wenus w futrze", oczywiście dodam. O niektórych tytułach jeszcze na blogu nie pisałem, więc miejscami brakuje linków. W nagrodach jeśli nie widzicie jakiejś kategorii to najwidoczniej uznałem, że nie było nikogo kto się w niej wyróżnił. Jeśli nie widzicie jakiegoś tytułu to zapewne go nie oglądałem albo go nie lubię. Albo jedno i drugie. 

Ostatnia aktualizacja: 21.10.14

"Wielkie piękno"