piątek, 31 stycznia 2014

The Selfish Giant (5/10)

Drama & Coming-of-Age, 2013


Miałem obejrzeć "Paradise: Hope", ale to okazało się zwieńczeniem jakiejś trylogii, więc zamiast tego - inny Coming-of-Age z 2013 roku. "The Selfish Giant" to opowieść z dna Anglii, dzieciak z ADHD imieniem Arbor zbiera złom by zarobione pieniądze dać matce na rachunki. Do tego przyłączają się jego przyjaciel z ręką do koni, sam konik, oraz szkoła i jej władze, wyrzucające bohatera na początku opowieści. Swoje trzy grosze dorzuci też właściciel złomowiska, wprowadzając Arbora i Swifty'ego w zawód.


To tytuł, o którym równie trudno powiedzieć coś dobrego jak i złego. Ani tego polecić komuś, ani też odradzić. Niby obejrzeć bez bólu można, ale by był ku temu powód - też nie bardzo. Dramat jest bardzo prosty - jest źle, bo jest. Dorośli nie pełnią tutaj jakiekolwiek roli. Są by wyszło naturalnie (w końcu bohaterowie muszą mieć jakichś opiekunów), ale nie robią nic, by odebrać uwagę od najmłodszych. Na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Cała ta tragedia z zimnym posiłkiem z puszki, brakiem kasy na leki i rachunki - wszystko to złożono na kark głównego bohatera.

Niby wszystko wygląda całkiem realistycznie, jakby twórcy wiedzieli o jakim środowisku opowiadają, ale to nie robiło na mnie wrażenia. Z drugiej strony - nie mam pomysłu, by wskazać coś i napisać: "To zrobiono źle". To co zobaczyłem było całkiem wiarygodnym portretem świata do którego najmłodsi starają się dopasować.

Jeśli wam to może zapamiętać tytuł - "The Selfish Giant" startuje w nagrodach BAFTA. Kategoria: "Najlepszy film brytyjski 2013 roku". Cóż - jak obejrzycie całą resztę, możecie i ten. Nie zaszkodzi.
https://rateyourmusic.com/film/the_selfish_giant_f1/

(felieton) Pięć minut w Internecie

Jednego dnia, tuż przed obiadem, włączam Youtube'a. Oglądam kilka krótkich filmików, na których ktoś znalazł zabawnego buga w grze, albo też zrobił coś, czego projektanci gry nie przewidzieli, co z kolei skutkowało w zabawny sposób. I się śmieję. Ktoś na drugim końcu świata bawił się przy jakimś tytule, trafił na coś wyjątkowego, wysłał to do kogoś, kto prowadzi kanał z takimi rzeczami, on to zmontował i w ten sposób trafiło do mnie.

Następnie oglądam kilka akcji graczy w multiplayerze. Tych dobrych, niezwykłych lub śmiesznych. Ktoś prowadził zaciekłą walkę, wygrał ją a potem zginął w głupi sposób. Inny trafił kogoś w locie trzy razy pod rząd, zanim ta osoba dotknęła ziemi (i umarła od upadku). Kolejny filmik: gracz podczas lotu, tuż przed tym, jak ktoś go zabił, trafił w głowę przeciwnika, i obaj zginęli w tym samym czasie. Wyjątkowe chwile chwały, efekty długotrwałego treningu i wielu miesięcy grania skutkujące tymi krótkimi ujęciami. Wykonane i nagrane przez jedną osobę, zmontowane i umieszczone w Internecie przez kogoś innego. A ja nawet nie zauważam nicków tych pierwszych, kto kogo pokonał, w ogóle na to nie zwracam uwagi.

Tylko tyle spodziewałem się o tej porze tu znaleźć. To był środek dnia, większe produkcje pojawiają się w innych porach dnia, zresztą w zupełnie inne dni tygodnia. Nikt też wtedy nie nagrał vloga ani nic innego.

Z wyjątkiem filmiku TeamTGWTGpl, w którego tytule było imię, nazwisko i pseudonim pewnego człowieka. A obok - dwie daty. Ktoś umarł. TeamTGWTGpl to zespołu fanów lubiących produkcje ekipy TGWTG i tłumaczących je na język polski. Jeden z owych twórców popełnił samobójstwo parę dni temu, o czym z żalem poinformował zespół. Zapowiedzieli przy tym przetłumaczenie kilku filmików, które owy człowiek stworzył. A w komentarzach płacz, żal, "pokój jego duszy". Potem pewnie ktoś napisał, że ci pierwsi piszą komentarze na pokaz, i wybuchła wojna o to, kto nabije więcej wyświetleń pod filmikiem. Nie chcę sprawdzać. Ja nie oglądałem żadnych filmików które zmarły stworzył.

Wieczorem tego dnia (albo następnego) na kanale Angry Joe pojawił się vlog, w którym Joe żegnał się ze swoim przyjacielem. Były urywki z tych pozytywniejszych jego momentów oraz prośba do wszystkich - "Jeśli macie jakieś problemy, skontaktujcie się z właściwymi ludźmi" i nawet dane takich ludzi w opisie.

A ja wtedy pomyślałem, że właśnie uczestniczę w pogrzebie. I spojrzałem do tyłu, na te krótkie filmiki z gier, będące w tym miejscu obok tego wszystkiego. Spojrzałem obok - Doug Walker we wtorkowy wieczór zamiast kolejnego filmiku z Nicolasem Cagem dał pożegnania swojego przyjaciela, a obok - pozostali dawali swoje prace zgodnie ze swoim rozkładem. Nie musiałem spoglądać na to, co właśnie oglądam, to były normalne filmiki - zmontowane i przemyślane. Mogę kliknąć obok i zobaczyć tego samego Angry Joe wściekającego się z powodu przeróżnych blokad w zapowiedzianym Xboxie One sprzed ponad pół roku.

Internet to taki ciekawy kontekst. Postaram się o tym pamiętać.


PS. Tytuł tłumaczcie sobie jak chcecie. To drugie znaczenie nie było moim zamiarem. Ani dwa kolejne. Chodziło mi o to, ile można w takim okresie czasu zobaczyć w Internecie zwykłego dnia. A że można odczytać go pod innym kątem, to przyszło mi do głowy w trakcie tworzenia tekstu.

czwartek, 30 stycznia 2014

Młoda i piękna (6/10)

Drama, 2013


Isabelle ma 17 lat. Podczas wakacji nad morzem poznała pewnego Niemca, z których traci dziewictwo. Gdy wraca do domu i codziennego życia, zaczyna zajmować się prostytucją. I... to tyle. Przynajmniej do połowy filmu, poważnie. Do tego czasu są tylko kolejni klienci, kolejne erotyczne sceny, migawki z rodziną, "pożyczanie" ubrań matki, przebieranie się w publicznej toalecie, zakładanie kont w Internecie... I tyle. Oczywiście zdradzę, co się dzieje w połowie, bo inaczej ten tekst raczej nie miałby sensu, ale jak nie chcecie wiedzieć - to nie czytajcie.


Matka Isabelle dowiaduje się w pewnym momencie, czy zajmuje się jej córka. Z pomocą policji, ale tego już nie zdradzę. Tu zaczyna się właściwa część opowieści - życie z tym, że mamy w rodzinie kurwę. Życie ze świadomością, że oni wiedzą. Co zrobić z pieniędzmi, które do tej pory zarobiła? Meldunek na policji, terapie u psychiatry. Z jednej strony - mamy obraz dosyć typowy o relacjach świata dorosłych z młodymi. Nikt nie pyta o nic samej Isabelle, wszyscy tylko mówią jej, co ma robić, i gadają byle nie dojść do etapu w którym są istotne odpowiedzi (w tym - "Czemu to robiłaś". Nie czekają, aż odpowie, tylko zadają kolejne pytania - "Przecież dawaliśmy ci na wszystko co chciałaś. Czy brakuje ci pieniędzy?"). Z drugiej strony - to udana opowieść o seksualności, i całkiem interesujące spojrzenie na samą Isabelle która też przecież żyje sama ze sobą.

Tak więc, co zaskakujące, ale pod pewnymi względami jest to film warty obejrzenia. Pomimo przedłużającej się ekspozycji, która zajmuje połowę filmu, i kompletnego braku trzeciego aktu. Sceny erotyczne są krótkie, i zrobiono je ze smakiem.
https://rateyourmusic.com/film/jeune_and_jolie/

środa, 29 stycznia 2014

Cudownie tu i teraz (6/10)

Teen Movie, 2013


Sutter Keely miał dziewczynę. Do czasu, gdy w skutek pewnych wydarzeń znalazł się w całkowicie niewinnej sytuacji z inną kobietą, co zostało odczytane jako "zdradę". Sutter próbował poprawić sobie humor w towarzystwie i przy alkoholu, ale mu nie szło. Aż następnego rana obudził się na czyimś trawniku bez pojęcia, gdzie jego samochód, a nad nim stała Aimee. Była obok, bo rozwoziła gazety po okolicznych podjazdach.

wtorek, 28 stycznia 2014

Królowie lata (7/10)

Teen Movie, 2013


Joe i Patrick mają mają po 15 lat oraz dosyć swoich rodziców. Ojciec Joe znalazł sobie nową dziewczynę i jest dupkiem 24 godziny na dobę, a rodzice Patricka są tak słodcy, że od samego przebywania w tym samym mieście co oni można dostać cukrzycy. Nastoletni bohaterowie postawiają więc uciec z domu. Warunki im sprzyjają - zbliżają się wakacji, a podczas powrotu z jednej z imprez na plaży znaleźli w lesie idealną polaną, gdzie nikt ich nie znajdzie. Nawet dołączył do nich jakiś dziwak, który przynajmniej nie robi nikomu krzywdy, więc... może zostać. I nazywa się Biaggio. Po kryjomu więc zaczynają budować dom...

Chwila. Czy to Alison Brie? Owszem! Nikt mi nie powiedział, że tu jest Annie z "Community"...



poniedziałek, 27 stycznia 2014

To już jest koniec (7+/10)

Comedy & Buddy, 2013


Wbrew pozorom, to nie jest film o końcu świata. Szefowie polskich tłumaczy nie oglądali co nazywali, więc zrobili tylko tak, by kojarzyło się z "This is The End". Marketing. A to tak naprawdę jest tylko opowieść o grupie ludzi idących się napić... W 1990 roku Gary King i jego najlepsi przyjaciele skończyli szkołę. Postanowili to uczcić zrobieniem Złotej Mili - czyli zaliczyć wszystkie 12 pubów w jedną noc, a ostatni nazywa się "The World's End". Nie udało im się to, ale wciąż - dla Gary'ego Kinga była to najlepsza noc w jego życiu. 23 lata minęły i nic się nie zmieniło. Postanawia więc zebrać starych znajomych i spróbować jeszcze raz. Każdy z nich wprawdzie dorósł i ma obowiązki lub żony, ale jednak daję radę - w piątek są w swoim małym, rodzinnym miasteczku. I podejmują wyzwanie Actimela. Z czasem jednak strona dramatyczna całości zaczyna przeważać - przyjaciele z tamtych lat dzisiaj dażą się mniejszą ilością ciepła niż wtedy. Wszystkich zaczynają boleć coraz bardziej oszustwa Gary'ego, jego nałogi i wciskanie kitu. Na dodatek - prawda jest taka, że ich wykonanie Złotej Mili w ogóle nie interesuje. Wiek zrobił swoje. Oni dorośli, mają życie i inne sposoby na zabawę w piątkowy wieczór. Tylko Gary próbuje się oszukiwać życiem w przeszłości...

A potem... jest legendarna scena w łazience. Wiecie - są pewne sceny, w "Lost", "Breaking Bad" albo pod koniec wyjątkowych tytułów, których nie wolno zdradzać. Rozumiemy się?


niedziela, 26 stycznia 2014

Kapitan Phillips (7/10)

Thriller, 2013


Statek załadowany po brzegi towarem płynący na południe Afryki zostaje zaatakowany przez piratów. Niestety, jesteśmy po tej białej stronie, więc to nie kino przygodowe tylko thriller łamany na dramat. W tonie całkiem realistycznym - załoga obu statków nie jest wcale liczna, atakujący są zdeterminowani i pogodzeni z ryzykiem. Broniący boją się i przy pierwszych oznakach zagrożenia zakopują się jak najgłębiej mogą. Do tego fakt, że tytułowy kapitan na końcu żyje (to nie spoiler - czego innego byście się spodziewali po "historii opartej na faktach"?), będzie tylko i wyłącznie jego zasługą. Był opanowany, umiał rozmawiać z oprawcami tak, by nikogo nie skrzywdzili.


Wszystko to w dynamicznym stylu, z mnóstwem napięcia, oraz kamerą z ręki, która w niczym nie przeszkadza. Spodobało mi się, chociaż mogliby trochę to zagęścić, i obciąć z pół godziny. Emocjonowałem się i cieszyłem na koniec. Solidna robota.

Trzeba jednak zaznaczyć - to strasznie biały film. Tom Hanks gra Jezusa, wszyscy czarnoskórzy to wyłącznie Arabska hołota (od "białej hołoty") nie umiejąca powiedzieć jednego zdania bez oplucia siebie i wszystkich dookoła, a wojsko oczywiście przybyło wszystkich uratować i Bóg im świadkiem, że dadzą z siebie wszystko. Są grzeczni, profesjonalni i generalnie zachowuje się bardzo dyplomatycznie. Nawet nie przekrzykują przez siebie nawzajem, złote chłopaki. I by jeszcze rozczulić wszystkich białych, dołożono wątek biednych Somalijczyków, którzy u siebie nie mają innych sposobów by przeżyć, poza łowieniem ryb i okradaniem statków. A skoro biały człowiek zabrał wszystkie ryby to co im zostaje?...

Ale wszyscy tu przecież jesteśmy biali, więc komu ma to przeszkadzać?
https://rateyourmusic.com/film/captain_phillips/

sobota, 25 stycznia 2014

Przechowalnia numer 12 (9+/10)

Psychological Drama, 2013



Zobaczyłem film warty obejrzenia.

Tytułowa przechowalnia to miejsce, do którego trafiają dzieci i nastolatkowie które próbowały popełnić samobójstwo, ich rodzice mają problemy prawne lub - ujmując to bardziej ogólnie - zachowywali się nieprawidłowo albo mają różne delikatne problemy, i ten ośrodek to miejsce dla nich. Nie mają prawa go opuścić, ale jeśli uciekną, ludzie tam pracujący nie mogą ich nawet dotknąć. Poza terapeutami i zarządem, pracują tam ludzie odpowiedzialni za stworzenie bezpiecznej atmosfery. Jedną z takich osób jest Grace, główna bohaterka.


piątek, 24 stycznia 2014

Frances Ha (7/10)

Drama & Comedy, 2012


Strasznie niezręczna opowieść, a przy tym zaskakująco dobra w oglądaniu. Baumbach kontynuuje ton "Greenberga", który nie miał być ani śmieszny, ani też nie miał być dramatem. Wziął stamtąd Gretę Garwing i razem napisali scenariusz, w którym stworzyła rolę dla siebie. 27-letnia Frances praktykuje w grupie tanecznej, liczy na poważną pracę ale wciąż nie jest wystarczająco dobra. Patch, jej chłopak, proponuje jej, by zamieszkali razem. Odmawia - mieszka z najlepszą przyjaciółką, która zapewne będzie chciała przedłużyć umowę. To zdarzenie w sumie prowadzi do rozpadu jej związku z Patchem, a przyjaciółka okazuje się jednak zamieszkać z kimś innym. Tak, to jest początek historii, nie żartuję. Tego typu wydarzenia wypełniają film - drobne, podobne do siebie, mało istotne dla kogoś poza bohaterką. Zbyt małe by opierać na nich opowieść. A jednak, koniec końców okaże się to spójnym, przemyślanym obrazem.



To może być najlepszy film o tragicznym bohaterze, spośród trzech które ostatnio widziałem ("Blue Jasmine" i "Co jest grane, Davis?"), bo... najbardziej uniwersalny i nieodnoszący się wyłącznie do genetycznie przegranych ludzi. Frances również co chwila zawala jakąś sprawę, odmawia zmian, w końcu zaczyna okłamywać ludzi, że sprawy wyglądają inaczej niż się prezentują naprawdę. Próby udawania tylko pogarszają jej sytuację, a ona dalej swoje. Znajomi idą swoją drogą, nie odwracając się na nią, prowadzą własne życie. Frances szuka sama nie wie czego, starając się po drodze żartować ze swojej sytuacji, co jej nie wychodzi... i tak to się toczy.

Myślę, że to opowieść o etapie kryzysu, który każdy będzie mieć w swoim życiu, i lepiej mieć go wcześniej niż później...? Chyba tak. Każdy w tym filmie, będzie miał ochotę zrobić to co Frances w jakimś momencie swojego życia. Rachel na przykład. Będzie miała jej życie, za które ta by oddała wszystko, jednak pewnego dnia pomyśli, by wszystko zmienić, zacząć od nowa, nie zdając sobie sprawy z tego, ile ma.

Ot, świat ludzi niezbyt mądrych, muszących uczyć się przez doświadczenie. Sprawiedliwy film. A nawet... pogodny?
https://rateyourmusic.com/film/frances_ha/

(felieton) Nowy początek - w "Awake"

Było podsumowanie blogu, filmów*, muzyki... to teraz kilka słów o "Awake". Jeśli nie wiesz, o czym piszę, kliknijcie w etykietę pod tą notką.

W grudniu zacząłem pisać retrospekcję do siódmego odcinka. Miałem plan, by zacząć ją w gabinecie, wcześnie rano. Za oknem miał być mroźny widok, to powinien być opis nieco zagraconego pomieszczenia w którym pracowało kilku ludzi i ledwo dowlekli się na kanapę zanim zasną. Nagle ktoś puka do drzwi, rozbudzają się natychmiast i wychodzą. Koniec sceny, leci intro i jest dobrze. Ale gdy doszedłem do końca, nie przestałem wtedy pisać, tylko kontynuowałem opis - budzenie się w sekundę nie pasowało mi, przeciągnąłem to trochę, potem uznałem, że mogę przedstawić to, co niby miało się rozegrać w domyśle. Coś się wydarzyło, gdy spali, mieli się o tym dowiedzieć pomiędzy scenami - ale czemu tego po prostu nie pokazać? I tak to szło. Kobieta leżąca na kanapie nie mogła przez sen nic powiedzieć, więc rzuciła książką w drzwi - czemu nie zrobić z niej czegoś istotnego? Więc sprawiłem, że po rzuceniu nią w drzwi uszkodziła się, i ta kobieta będzie musiała ją naprawić, bo od kogoś ją pożyczyła... Potem nazwałem ten proces "dodaniem życia". Ostatecznie opening, który miał trwać jedną lub dwie strony, zamienił się w sześciostronny mastershot, z kamerą wolno przesuwającą się między postaciami budzącymi się do życia, zaczynającymi dzień, powoli zdający sobie sprawę z tego, o czym się dowiadują...



Podoba mi się klimat, który wtedy stworzyłem. I wiele innych rzeczy, ale nie o tym miałem tu mówić. Otóż - jedną z moich największych obsesji był właściwy początek całej produkcji. Z konkretnymi odcinkami, wątkami lub scenami radzę sobie o wiele lepiej, ale pierwsza scena całego serialu? Tutaj dla spokoju ducha, by móc w ogóle pisać, napisałem cokolwiek, by potem to zmienić we fragmencie lub całkowicie, a jest łatwiej, gdy już na czymś stoję. Problem w tym, że to niewiele dało. Wciąż do tego tematu wracałem, wymyślałem coraz dziwniejsze rzeczy, i tworzyłem kolejne warianty z których nie byłem zadowolony.

Gdy tylko zacząłem rozważać możliwość zamiany retrospekcji siódmego odcinka z tym z pierwszego, już o tym nie myślę. To wydaje mi się idealnym początkiem. Cała reszta serialu w ogóle się nie zmienia - historia, bohaterowie, świat, to zostaje jak było. Bo widzicie, retrospekcje w "Awake" są w pewien sposób powiązane z kolejnymi fragmentami głównej fabuły, ale jednak mogę je zamienić i pokazać w innej kolejności. Gdy czytam owy opening w gabinecie, raz po raz, widzę coś, co mogę przedstawić na początku bez poczucia "to nie jest wystarczające". Mogę to wyciąć i wstawić na blog, nie myśląc przy okazji "ale bez tej poprzedniej sceny to nie będzie zrozumiałe" lub "ta scena samotnie nie daje rady, ona tylko prowadzi do tej dobrej". Nie, ten opening jest inny.

Dodatkowy wymiar tego wszystkiego jest taki, że w październiku albo listopadzie dowiedziałem się o konkursie na serial. I specjalnie zwlekałem, by przy pisaniu zgłoszenia (do którego miałem dołączyć scenariusz pilota) mieć jak najwięcej gotowego materiału. Pomysł by modyfikować pierwszy odcinek, przyszedł mi 28 grudnia, czas miałem do 10 stycznia.

Ostatecznie owa modyfikacja ma wady i zalety. Z jednej strony, dorzucam do pierwszego odcinka kilka postaci i nie daję czytelnikowi/widzowi żadnego kontekstu. Z drugiej - kiedyś te postaci i tak trzeba wprowadzić. Z trzeciej - w siódmym odcinku jednak była relacja pomiędzy "głównymi scenami" a tą retrospekcją, której nawet nie byłem świadomy. Z czwartej - nie mam lepszej retrospekcji do tego siódmego epizodu. Z piątej - nie mam nic lepszego na pilota. Z szóstej - gdy wprowadzę te postaci w pilocie, potem pojawią się dopiero w odcinku ósmym, i do tego czasu widz/czytelnik może o nich zapomnieć, trzeba będzie mu przypominać. Z siódmej - ten opening. Ten idealny początek. Ech...

Miałem dać go w tym felietonie, ale wiecie co? Nie. Jeśli chcesz przeczytać, pisz na maila - garretreza@gmail.com (albo skorzystaj z formularzu po prawej), wyślę ci. To w końcu sześć stron. Na warunki blogowe naprawdę dużo. Tutaj piszę chyba po to, by przypomnieć o moim projekcie. A nowym, by się o nim dowiedzieli. I zapewnić, że wciąż żyje i powstaje. A ja zabrnąłem z nim tak daleko, że zacząłem mieć wyimaginowane problemy przy składaniu go.:)

*ranking tych z 2013 roku za tydzień. Spokojnie, będzie.

wtorek, 21 stycznia 2014

(serial) The Wire - sezon III

Notatka miała się pojawić w przyszłym tygodniu, ale jednak wyrobiłem się wcześniej. Otóż "The Wire" w końcu udało się mnie wciągnąć. Wcześniejsze sezony były fenomenalnie opowiedziane, w niebywałym stylu, jednak to była przy tym dosyć zwyczajna opowieść. Gliniarze ścigali przestępców - po obu były silne osobowości, zapadające w pamięci postaci oraz silny nacisk na realizm. Owszem. Jednak to dosyć zwykłe śledztwo, jedni i drudzy robili wszystko by wygrać w tej grze, nie dochodziło do scen wybijających się ponad poziom (były drobne wyjątki, przyznaję).

Trzeci sezon to zmienił. Akcja z doku wraca na ulicę i handel narkotykami... z drobnym poszerzeniem horyzontów o działalność polityków, zarządzanie miastem, biurokrację, martwienie się statystykami, dopłatami z funduszy, komu trzeba smarować, a kogo trzeba kopać. I nawet nie chcę wiele zdradzać - otóż jeden z majorów - kolega McNulty'ego - zda sobie sprawę, że zaraz przejdzie na emeryturę. A jego dystrykt nie zmienił się pod jego rządami. Właściwie jest nawet gorzej, i postanowi coś zmienić. Nie do końca legalnie. Mała podpowiedź - ma to coś wspólnego z papierowymi torbami na alkohol, umożliwiającymi picie w miejscach publicznych. Wyczekujcie piątego odcinka, a to co potem się dzieje, to ideał. Nie chciałem przerywać seansu, wolałem oglądać dalej. Sześć godzin pod rząd, a co... Chciałem wiedzieć, jak to się rozegra.

To było coś nowego. Twórcy chociaż zaczęli od wyburzenia, zbudowali w tych 12 odcinkach coś wyjątkowego. Zbudowali Hamsterdam. Z całym realistycznym zapleczem, zaprezentowali intrygującą ideę i pokazali mi, jak by to wyglądało w prawdziwym życiu. Mogłem to oglądać i zgodzić się albo nie z filozofią majora Culvina. Było warto. Na koniec cieszyłem się, że dałem radę zobaczyć cały obraz. Dobrze zagospodarowane 12 godzin.

A wy? Zgodzilibyście się na Hamsterdam w swoim mieście? Dopiero po obejrzeniu trzech sezonów "The Wire" można odpowiedzieć na to pytanie... Tego mi brakowało. Czegoś nowego, odważnego, wyróżniającego się, rekompensującego zainwestowany czas. Ciekawe, czy serial jeszcze mnie czymś zaskoczy? Choć po prawdzie wystarczyłoby mi jeszcze więcej trzeciego sezonu.

Aha, to tylko jakieś 30% akcji w sezonie. Reszta to nadal świetne śledztwa, prowadzenie wątków zaczętych w pierwszych i drugim sezonie, perfekcyjny rozwój nowej zawartości. Szczegóły...;-)

...Naprawdę udało mi się obejść bez spoilerów całego serialu, i nadal do niego zachęcić?!


Sezon 3 - 8+/10
Sezon 2 - 6+/10
Sezon 1 - 6+/10

niedziela, 19 stycznia 2014

Wilk z Wall Street (4/10)

Black Comedy & Biopic, 2013


Wiecie, jeśli film trwa trzy godziny, a scenariusz, na podstawie którego powstał, liczył zapewne jakieś 10 stron... to jestem jako widz w prawdziwych kłopotach. Spójrzmy: ćpanie, seks z prostytutką, ćpanie, prostytutka, ćpanie, zdradzanie, gadanie z offu, elementy fabularne, bycie dupkiem, gadanie z offu, ćpanie, ćpanie, ćpanie, elementy fabularne, prostytutka, prostytutka, zdradzanie, bycie dupkiem, gadanie z offu, the end. I jeszcze co chwila przebija się na ekran Jonah Hill, który jest tak przerysowany, że nie mam pojęcia kogo jego postać miała docelowo obrażać - Żydów? Białych? Mieszkańców przedmieść?

Jordan Belfort to prawdziwa postać, która naprawdę wzbogaciła się na Wall Street i skończyła w więzieniu. Dzisiaj spłaca długi, gdzieś po drodze pomyślał by spisać swoje wspomnienia. Ktoś inny stwierdził, że druga taka szansa na zrobienie grzecznego pornosa którego jeszcze można wypromować na arcydzieło prędko się nie powtórzy, więc zrobiono z owych wspomnień film. Dano znanego aktora i znanego reżysera, i będzie dobrze. I jest. Rozumiem przez to, że ludzie do kin poszli, i ogólnie jest chwalony za bycia bardzo śmiesznym, i bardzo dzikiem obrazem.

Z miejsca w którym jestem, film jest przede wszystkim strasznie nudny. Przez trzy godziny prezentuje całą historię od początku, gdy Belfort dopiero zaczął pracę, a kończy na wspomnianym kursie, na którym uczy ludzi jak sprzedawać. Z jednej strony można na to spojrzeć jak na historię człowieka który sięgnął gwiazd, a potem spadł na samo dno. Z drugiej - owe gwiazdy są tu synonimem seksu za pieniądze, do tego wszystko w tym grzecznym kostiumie Hollywood. Narkotyki nie skutkują żadnym poważnym uszczerbkiem na zdrowiu (po prostu - zażywasz i jest fajnie do rana), prostytutki są śliczne a seks uprawia się w koszuli, chyba że jesteś nieistotna, to bez nagości nie wejdziesz na plan. Ale niektórym wystarczy, jak Di Caprio poprzeklina i wsadzi sobie świeczkę w dupę na 5 sekund i wtedy już mają "odważny", "drapieżny" i "dziki" obraz.

Po drugie, nie zapada w pamięć. Pamiętam tylko Leonarda Di Caprio mówiącego do kamery co chwila " po co ja wam mam to tłumaczyć? Chodzi o to, że się udało i jest fajnie", sprzedawanie długopisu oraz scenę w której Belfort tak się doprawił, że zapomniał jak się chodzi. Brak tu powodu, by ktoś miał ten film oglądać, albo go w ogóle kręcić.

A wszystko to mnoży przez nieskończoność fakt, że "Wilk z Wall Street" trwa trzy godziny. Na bok odłożę na chwilę fakt, że większość scen jest zbędna w tym i tak bezcelowym filmie - te trzy godziny nawet nie wyczerpują tematu. Tak, kwestia zdobycia milionów to sprawa równie łatwa jak umycie zębów - wg filmu. Ale mi chodzi o inne sceny - dla przykładu, jest pod koniec moment, w którym bohater słyszy, że zabiorą mu dziecko. Więc bierze je pod pachę i chce z nim uciekać!... Wielki dramat! Oczywiście całkowicie obojętny. Bo wcześniej to dziecko przewinęło się gdzieś z tyłu w dwóch scenach może. Na koniec mogli nawet udać, że nie było żadnego dziecka, i bym nie zauważył. Przez trzy godziny nie znalazło się miejsce dla wspólnej sceny tych dwojga. Jakiejkolwiek. Ale widza można zaszantażować korzystając z utartego schematu, bo czemu nie? Wstydzić się tego musiałby tylko dobry film. I dobry twórca.

Wiecie co? Chciałbym przeczytać (albo posłuchać) wypowiedź kogoś naprawdę wściekłego na ten tytuł. Tak jak przy "Ritchie Milionerze" usłyszałem "a kogo obchodzi, jak żyje 1%?", tak przy tym chciałbym zobaczyć okrzyki niezadowolenia z oglądania, jakie to niby fajne jest oszukiwanie, wykorzystywanie innych, zażywanie narkotyków i seks za pieniądze. Bo do tego to się tak naprawdę sprowadza. Pod płaszczykiem "biografii" oraz "to się wydarzyło naprawdę".
[UPDATE] http://www.laweekly.com/informer/2013/12/26/an-open-letter-to-the-makers-of-the-wolf-of-wall-street-and-the-wolf-himself
Podziękowania za podesłanie linka dla niego

Czytałem autobiografię Kiedisa, obok której "Wilk..." bałby się nawet stanąć na 5 sekund. Tam też były narkotyki i seks, oraz różne przestępstwa, ale przede wszystkim tam była prawda i powód dla którego ktoś ją napisał, a ja - jako czytelnik - miałbym ją przeczytać. Seks tam był prawdziwy i pełny miłości, narkotyki robiły swoje, ale to nie było najważniejsze. To ledwo było istotne, bo cała opowieść uginała się od  rewelacyjnych i szalonych momentów z życia, które zastygały w pamięci. A całość była tak dobrze napisana, że czytało się bardzo szybko i po dziś dzień do niej wracam, by przeczytać jakiś rozdział. Więc to nie wina tematu, że "Wilk..." mi się nie spodobał. To wina jak go ujęto - przerobioną w nudną, pozbawioną pazura, życia i powodu by powstać opowieść.

Aha, i beznadziejne efekty specjalne.
https://rateyourmusic.com/film/the_wolf_of_wall_street/

sobota, 18 stycznia 2014

Czarownice z Salem (7/10)

Historical Drama & Legal Drama, 1996


Mroczne Wieki w pełnej krasie - by uniknąć kary śmierci za czarowanie, Abigail Williams i jej podobne oskarżają kolejne osoby o konszachty z Diabłem. A te by uniknąć kary muszą robić to samo... a religijni są coraz to szczęśliwsi, uwalniając coraz to więcej osób od opętania. Zasada "mogę powiedzieć cokolwiek i mi uwierzą, jeśli najpierw zaznaczę, że kocham Boga" szybko zostaje wykorzystana w osobistym celu...

Tak, mi też to nie brzmiało najlepiej. Oglądanie jak szykanowano Imię Boże (głównie przez kościelnych) było średnio interesujące jednak jest w tym filmie więcej niż tylko łopatologiczne przedstawianie ciemnoty ówczesnych ludzi. Wspomniana Abigail Williams pokieruje tą szopką w konkretnym celu, by zniszczyć swoją byłą panią, która wyrzuciła ją za bycie kochanką jej męża, Johna Proctora - w tej roli widziany na plakacie Daniel Day-Lewis. Konflikt między tymi dwoma został świetnie zbudowany, przez pierwszą godzinę ledwo są na ekranie, a i potem nie mają wielu wspólnych scen. Ale to bez wątpienia film o pojedynku tych dwóch osób i filozofii które prezentują. Proctor będzie chciał uratować żonę, ale bez wykorzystywania systemu, jak to będzie czynić jego była kochanka.

Wszystko to prowadzi do bardzo długiego punktu kulminacyjnego w sądzie, który autentycznie trzema za gardło. Nie miałem pojęcia, jak to się wszystko skończy, a w najważniejszym momencie - nie byłem pewny, co świadek odpowie. Tak, to również film o tym, że to Kościół był tym złym, który szargał imię boże i zachęcał ludzi do kłamania, ale dla mnie miało to znaczenie drugorzędne. Pojedynek dwóch mentalności, poważna próba moralności w takich czasach - o, to, to było dobre. To było warto obejrzeć.

A jakie ładne zakończenie nad morzem!
https://rateyourmusic.com/film/the_crucible/

Moje ulubione filmy z 2011 roku

1. Koń turyński (Drama)
2. Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część II (Adventure)
3. Artysta (Romantic Comedy)
4. Wszyscy wygrywają (Drama)
5. Muppety (Family)
6. Elena (Drama)
7. Wojownik (Sports)
8. Jeden dzień (Romance)
9. Super 8 (Mystery)
10.Druga Ziemia (Science Fiction)

11.Drive (Neo-Noir)
12.Kod nieśmiertelności (Science Fiction)
13.Wymyk (Psychological Drama)
14.Pearl Jam Twenty (Rockumentary)
15.Róża (War)
16.Gliniarz (Black Comedy)
17.Pamięć cielesna (Drama)
18.O północy w Paryżu (Romantic Comedy)
19.To nie jest film (Movie Documentary)
20.Sala samobójców (Drama)

piątek, 17 stycznia 2014

To nie jest film (7/10)

Movie Documentary, 2011


Czy to można nazwać filmem? To zaskakująco poważne pytanie. Jafar Panahi sam pyta kamerzystę: "Nazywasz to filmem?", gdy ten nagrywa go gdy ten czyta scenariusz i go prezentuje w wybitnie prostacki sposób. Otóż Panahi dostał zakaz kręcenia filmów z powodów nie wyjaśnionych w tym obrazie (oraz zakaz opuszczania kraju). Jednego ranka postanowił włączyć kamerę i nagrać swoje czekanie na zapadnięcie wyroku. Je śniadanie, dzwoni by się dowiedzieć, jak sprawy stoją, dowiaduje się, że więzienie jest więcej niż pewne - choć może da się je skrócić. A potem dzwoni do znajomego, by mu towarzyszył. I potem właśnie czyta scenariusz niepowstałego filmu, bierze taśmę i zaznacza na dywanie granice wyimaginowanego pokoju, by wygodniej mu było prezentować akcję filmu. Pokazuje na telefonie zdjęcia planu zdjęciowego, który znaleźli. I w pewnym momencie łapie doła - "po co kręcić film, skoro można go opowiedzieć?"

Mógłbym pisać dalej, ale mniej więcej możecie to sobie wyobrazić. Z jednej strony film ma wartość i ma określoną, choć improwizowaną strukturę. Z drugiej wiele tu scen, które nie mają żadnego celu, i niewiele z niego można wynieść po obejrzeniu, czego nie dało przeczytanie genezy powstania filmu.

Pamiętam, jak podczas polskiej premiery tego dokumentu bodaj Żukowski na stronach magazynu FILM gromił polskich twórców za niewystosowanie listu do władz Palestyny, by nie nakładali cenzury. W końcu jaki inny kraj powinien znać zasięg takiej kary? A takiego listu nie było, ani nic w tym stylu. Jak to wygląda dzisiaj? Panahi nakręcił kolejny film. W 2013 roku. Sami o nim poczytajcie.

To dobre nagranie, o konkretnej wartości. Obejrzeć można, choćby dlatego, by utrwalić sobie tę historię w pamięci.
https://rateyourmusic.com/film/این_فیلم_نیست/

(felieton) W 2014 roku czekam na...

Już chyba w zeszłym roku pisałem o bezsensie robienia list w stylu "48 milionów premier na które czekam w 2199 roku". To zazwyczaj lista filmów, które swoją premierę miały (gdzieś) i wiadomo, że przynajmniej dwóm osobom się spodobały. Częściej to jednak tylko produkt marketingu, który powiedział wyraźnie, na co czekać. Ja kiedyś czekałem, aż obejrzę "Szatańskie tango". I ten stan raczej już się nie powtórzy w przypadku innego tytułu.

Mam wrażenie, że tak zwani "kinomani" zamienili się niedawno w stereotypowe kobiety, które nie wiedzą czego chcą, ale nie spoczną, póki tego nie dostaną. Więc trzeba im to powiedzieć i będzie spokój. Ale... serio? Ostatnia część ekranizacji o gościu który idzie, sam nie wiedząc czemu. Biografia czarnego, którą można streścić w czterech słowach, co zresztą zrobiono pisząc tytuł (uwaga, spoiler!). Biografia białego maklera, którą można streścić w jednym zdaniu, ale nie wolno tego zrobić, bo zdradza cały film. Ekranizacja historii z Biblii, i to na poważnie. To są serio filmy, które chcecie zobaczyć? Biorąc pod uwagę możliwości kina, jego potencjał i osiągnięcia. Gdyby za rok już nie było możliwe stworzenie filmów w ogóle, to tak by zostało? "Już tylko przez 12 miesięcy będą powstawać filmy? Dobrze, więc... poproszę kolejne X-Man, kolejne Avanegers, kolejnego Batmana..."

Wiem, że podchodzę do tego od dupy strony, i nie taki był zamysł robienia owych list. Ale dobry czas by zadać sobie to pytanie. Czego chcę? Z jednej strony niby wiadomo - dobrego kina gatunkowego spod znaku "coming-of-age". Kolejny film osadzony w świecie "Babylon 5", opowiadający choćby o Pierwszych, albo o kontakcie Ziemian z Centauri i poznaniu technologii skoków. Kolejnego serialu na miarę "Lost". Ale to wszystko takie drugorzędne się wydaje. Co bym zaliczył do tej najważniejszej kategorii, o czym kino powinno opowiedzieć?

Cóż. Przydałoby się zrobić film o Davidzie Warku Griffithie.

Nie zwykłą biografię. Nie chcę drugiego "Katynia". Chcę dzieła sztuki opartego na faktach, opowiedzianej z pełną świadomości, ile zawdzięcza Griffithie. Hołd dla niego, albo pokazanie brutalnej prawdy o tym, kim był. Nie będę pisał więcej, chociaż mam kilka pomysłów - w końcu wystarczy sobie wyobrazić możliwości! Młody niezależny artysta nawiedzony przez ducha Griffitha, zaczyna się interesować historią kinematografii i komu zawdzięcza sztuczki z których korzystał na planie... Ale to nie jest koncert życzeń. Tylko zauważam, że takiego czegoś jeszcze nie ma. A to właśnie na ekranie ta historia powinna być opowiedziana. To jest właśnie film, który powinien powstać, na którym bym czekał i który bym wspierał, jeśli okazałby się tak dobry jak by mógł. Czytałbym kolejne artykuły o powstawaniu tego tytułu, o koncepcjach jakie rozważali twórcy i tak dalej. Tym bym się szczerze ekscytował i wyczekiwał dnia premiery.

Ale to raczej nie w ciągu najbliższych 365 dni. W 2014 roku czekałbym prędzej na zapowiedź, pod roboczym tytułem... "Narodziny kina". Czemu nie? Podniosłoby to status kinematografii, ogólny poziom, jednemu z drugim przypomniało o kilku ważniejszych kwestiach...

czwartek, 16 stycznia 2014

Zupełnie inny weekend (6/10)

Queer Cinema, 2011


Opowieść o geju, który poznaje drugiego geja, i jest im razem całkiem miło. Wszystko w stylu który ja nazywam "indie movies" - kamera z ręki, blisko bohatera, dużo ujęć zwykłych czynności w stylu mycia się lub palenia trawki. Częste korzystanie z ujęć śledzącym (np. bohater długo idzie zanim zapuka do drzwi), a przede wszystkim: mnóstwo dialogów, przy zerowym nacisku na jakąkolwiek akcję. Inni nazywają to "Sundance Style" chyba.


Najlepszy moment był wtedy, gdy główny bohater jechał tramwajem na spotkanie w klubie, i słuchał grupy nastolatków w tle, gadających o zachowaniu "kogoś tam". Zachowywał się jak pedzio, ubrał się jak jeden z nich, na pewno nim jest - i takie tam. A bohater niewiele w tym czasie robił, wyglądał jakby tego nie słyszał. Ale było jasne, że jest inaczej. Zdjął czapkę. Tylko tyle. Cięcie, następna scena - tramwaj odjeżdża, a on idzie ulicą. To było naprawdę dobre. Wiele to dało, obserwowanie jak radzi sobie w takich sytuacjach - i szerzej, że każdy gej zapewne napotyka na taki moment... Daje to do myślenia.

Reszta... Cóż, nie była tak interesująca. Owszem, były sceny w klubie, i naturalne poznanie się, były sceny seksu. Ale większość filmu to dwoje ludzi siedzących na tyłku i gadających o byciu gejem. Muszę oddać twórcom, że napisali świetne postaci, i słuchało mi się ich całkiem dobrze, ale przydałoby się, by jeszcze gdzieś poszli, robili coś. By działo się nieco więcej, by był chociaż jeden pomysł na całość. Albo i dwa. "Weekend" to obraz zbyt powierzchowny, zbyt prosty i zbyt krótki (mówię tu o czasie który obejmuje akcja filmu, nie o czasie trwania), bym mógł ocenić go jako coś więcej.
https://rateyourmusic.com/film/weekend_f2/

Moje ulubione płyty z 2013 roku

W 2012 roku zacząłem słuchać bardzo dużo muzyki. Czułem potrzebę poznania tych wszystkich kultowych płyt i zespołów. Wcześniej miałem na półce około 25 płyt i myślałem, że to mi wystarczy. Rok słuchania wiele zmienił. W 2013 roku musiałem wiele ocen wystawić na nowo, kiedy zrozumiałem, ile razy trzeba coś posłuchać by przynajmniej wstępnie poznać.

Ale też poczułem potrzebą poznania tego, co powstaje teraz, dzisiaj. Jeśli coś nowego wypuszczał artysta, którego wcześniej znałem, to owszem, słuchałem też jego najnowszych nagrań - ale to wszystko. Nie miałem pojęcia o istnieniu The National, Quenns of the Stone Age albo Radiohead, żeby dać wam wymiar tego, jak bardzo do tyłu stałem ze współczesnymi albumami. 2013 to rok, w którym chciałem to zmienić, i słuchałem sporo nowości, kierując się rankingiem na RYM, ocenami znajomych i tymi na Pitchfork.

To również rok, w którym zacząłem słuchać polskiej muzyki. Armia, Świetliki, SBB? - nic mi to nie mówiło 12 miesięcy temu. I obowiązkowo poznałem nowości - Riverside, Blindead i wiele innych.


Jedno musi być jasne: nie znam się na muzyce. To nie są najlepsze płyty 2013 roku. Tymi są różne czarne Jezusy i inne Współczesne Wampiry. Poniższe zestawienie to ciekawostka, co spośród przesłuchanych nowości polubiłem. Nie słuchałem wszystkiego, nawet nie słuchałem jakoś dużo. Jeszcze mniej przesłuchałem na tyle porządnie, by móc to potem ocenić - ale co najważniejsze przynajmniej pobieżnie poznałem.

Nie będę się rozpisywał o poszczególnych tytułach, bo po pierwsze nie umiem, a po drugie wychodzę z założenia, że nie ważne, co tam wysmaruję. Ktoś zobaczy tytuł który tu proponuję, przesłucha raz i sam zdecyduje czy mu to się podoba. Ja tak przynajmniej robię z czyimiś podsumowaniami.

Uznałem, że 5 pozycji będzie wystarczające. Jak widać Polska rządzi.

wtorek, 14 stycznia 2014

The Sunset Limited (5/10)

Drama, 2011


Sztuka autorstwa Cormaca McCarthy'ego rozpisana na jeden pokój i dwoje postaci. Profesor chce popełnić samobójstwo i rzuca się pod pociąg. Ratuje go czarnoskóry pracownik metra, i zabiera do swojego mieszkania by tam z nim porozmawiać o tym, czemu chciał się zabić? A docelowo: przekonać go, by tego więcej nie próbował. Nie wyszło z tego interesujące kino dialogu, pewnie głównie z tego powodu, że głównym tematem jest problem zwątpienia i wiary, w którym w ogóle nie umiałem się odnaleźć.


Wiele jest "nie tak". Na scenie nie mieli wyboru, musieli mówić o tym, co działo się wcześniej, ale w filmie mogli to pokazać. Zamiast tego bez zastanowienia skopiowali wszystko 1 do 1. Postaci czasem mówią za szybko, nieco nienaturalnie, wiać że recytują wyuczoną kwestię. Innym razem gubiłem się nie rozumiałem, czemu przechodzą do pewnego tematu. Nawet mam problem by to wszystko jakoś podsumować i streścić w krótkim zdaniu: o czym jest ten film? Biały ma dosyć tego świata, a Czarny stara się go przekonać, że bóg istnieje. Za szybko mówią, jakby nie byli pewni, czy się zmieszczą w tych 90 minutach, i okazuje się, że mają jeszcze czas i go wypychają jakimiś dyskusjami na poboczne tematy.

Miałem około 25 minuty nadzieję, że tu chodzi o coś więcej, że na koniec okaże się, że to mieszkanie to swoisty czyściec, że Biały naprawdę umarł. Liczyłem na jakikolwiek powód, dla którego akcja filmu została ograniczona do tego jednego pokoju. Tak jednak się nie stało. Pokój to tylko pokój, rozmowa to tylko rozmowa. Trochę chaotyczna, trochę nie w moim temacie, ale dobrze zrealizowana i zróżnicowana, z udanym zakończeniem i kilkoma satysfakcjonującymi scenami.
https://rateyourmusic.com/film/the_sunset_limited/

(serial) Sherlock - sezon III

Czemu ten serial jest dobry? Bo nie zważa na fakt bycia adaptacją. Zawsze w wypadku przekładania czegoś na nowe medium coś jest niedopowiedziane, zostaje zmodyfikowane, skrócone albo "musiało tak być, bo tak było w oryginale, chociaż to głupie". "Sherlock" jest kompletny, bo oddzielny, a jednocześnie w kontakcie z pierwowzorem. To konstrukcja zbudowana niemal od samego początku, mająca być samowystarczalna. Nie jest istotne, że Conan Doyle stworzył kiedyś postać bardzo spostrzegawczego człowieka z fotograficzną pamięcią, dodał mu przyjaciela imieniem John Watson, i oni rozwiązywali sobie zagadki kryminalne, wykorzystując przywilej bycia postaciami fikcyjnymi. "Sherlock" to coś, co można oceniać w osobnych kryteriach. Popis aktorstwa, inteligencji scenarzystów przy budowaniu intryg, ich umiejętności przy pisaniu dialogów oraz relacji... O montażu, zdjęciach i edycji nie trzeba nawet wspominać. To wciąż Top 3 wszechczasów pod tym względem, na równi z "Breaking Bad" oraz "Planet Earth".

Nigdy wcześniej nie pisałem o tym serialu, stąd taki wstęp. A teraz - sezon trzeci, pierwsza ważna premiera 2014 roku. Jeśli nie pamiętacie co się wydarzyło wcześniej to przypomnę: Sherlock skoczył z dachu i się zabił, Watson zapuścił wąsy co przyciągnęło żonę, Molly została lesbijką, Lestrade popełnił samobójstwo bo coraz więcej spraw nie dawał rady rozwiązać... Po co to piszę, przecież wszyscy wiecie co się stało. Clifhanger na koniec drugiego sezonu trzymał was za gardło przez prawie 24 miesiące (!!!), dając pole do popisu spekulantom. Niektórzy z nich nawet gadali,że Sherlock wcale nie umarł... Dziś istotne jest tylko jedno: czy serial trzyma poziom? Tak.


"Sherlock" nadal ocieka od ilości pracy przy nim wykonanej, chociaż niekoniecznie w rejonach które by mnie najbardziej usatysfakcjonowały. Nie pod względem fabuły całego sezonu, w obrębie samych odcinków jest całkiem dobrze, pomysłów na rozwój wydarzeń oraz budowanie napięcia nie brakowało, ale gdy spojrzeć na to z dystansu nie było tu jakiegoś spójnego motywu lub wątku. Do tego kilka historii kończy się "tak po prostu", po najmniejszej linii oporu.

Ale w kwestii relacji lub budowania postaci serial wszedł na zupełnie nowy poziom. Benedict Cumberbatch i Martin Freeman dostali tyle materiału do grania, że nawet jakby nie miałyby sensu, i tak byłyby złotem. Patrzenie na nich to czysta przyjemność. Będą mieć tyle niezwykłych chwil - śmiesznych oraz poważnych, będą razem pić, grać, bić się, krzyczeć na siebie... A zważcie na to, że nie mogę nic konkretnego napisać, co w tym sezonie bohaterowie będą robić. Postać Sherlocka postanowiono potraktować nieco poważniej, opowiedzieć nieco o jego dzieciństwie, stanie psychicznym i tym jak się sam ze sobą czuje. Watson będzie nieco istotniejszą postacią, bardziej zaangażowaną i mającą zdanie. Poważnie potraktowano nowy rozdział w znajomości głównych bohaterów, kiedy już nie mieszkają razem i muszą "przejść dalej". Świetnie poradzono sobie z wprowadzeniem nowej postaci, i jasno określono jej związek ze starymi.

W sumie sezon trzyma poziom - tu trochę mniej, w innym miejscu dużo lepiej, razem się to zbilansowało. Czekam na czwarty sezon. Clifhanger na złoto, o którym wprawdzie mogę napisać złe słowo lub dwa, mimo wszystko jednak jednak daje pewność, że twórcy widzą wszystko z o wiele szerszej perspektywie. Sezon trzeci był tylko przystankiem między drugim i czwartym, potrzebna była przerwa między pewnymi motywami. Stąd też brak pewnych tematów w trzecim, co pewnie zdenerwuje niektórych. Ale radzę wam - wstrzymajcie się do premiery sezonu czwartego. Ja tak zrobię.

Do przeczytania za dwa lata. A w tym czasie połknę ostatnie trzy epizody z siedem razy, gdy polecą w telewizji.


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Restless (6/10)

Romance & Low Fantasy, 2011


"Harold i Maude" na smutno i z Wasikowską zamiast starej. To w sumie wyczerpuje temat, ale spróbuję coś napisać. Otóż, Enoch Brae chodzi na pogrzeby ludzi, których nie znał. Na jednym z nich poznaje Annabel Cotton, która go rozpracowuje na pierwszy rzut oka. Jest w jego wieku, oboje nie chodzą obecnie do szkoły, i zaczynają wspólnie spędzać ze sobą czas. Między innymi chodząc na pogrzeby, albo porozumiewając się z duchem Japończyka z WW2. Poznają się. Widz dowiaduje się, jak wygląda ich życie osobiste, oraz że jedno z nich umrze za trzy miesiące...


W teorii brzmi to bardzo dobrze, ale szybko zacząłem zadawać sobie pytanie: czemu to nie wychodzi tak uroczo jak powinno? Taka scena nad grobem rodziców Enocha - Annabel zaczyna się zachowywać, jakby żyli, i właśnie się poznali. A Enoch się przyłącza i mają ten dziwny-ale-pozytywny moment. Ten film ma sporo momentów, które czuję i które działają, i owa rozmowa to jeden z nich. Czemu cały film nie jest taki? Nawet na wspomnianym "Harold i Maude" bawiłem się przednio, choć to film anarchistyczny.

Obstawiam nijakich bohaterów. Relacje między nimi są świetne, ale oni sami już nie. To bardziej główne osoby dramatu, który już nieraz widziałem. Zachowują się jak z góry zaplanowano, brakowało w nich naturalizmu - jedno dowiaduje się o stanie drugiego, "ojej, umierasz! Cóż, widać musimy się w sobie zakochać teraz". I jest miło, są razem, miłość po grób, seks, wymuszone rozstanie w gniewie żeby nie było zbyt monotonnie, powrót i zakończenie. A ja bym chciał zobaczyć bohaterów, którzy tylko się zaprzyjaźniają. Szczególnie wobec faktu, że wcześniej nawet tym nie byli. To by było coś!

Jak wspominałem,  poczułem kilka momentów, i ogólnie zapamiętam ten tytuł. Przynajmniej niektóre momenty, szczególnie motyw Hiroshiego.
https://rateyourmusic.com/film/restless_f1/

"Jest ptak, który myśli, że umrze gdy zajdzie słońce. Dlatego codziennie rano śpiewa, by wyrazić swoją radość, gdy odkrywa, że wciąż żyje"


Top 5 van Santa

1. Buntownik z wyboru
2. Restless
3. Moje własne Idaho
4. Słoń
5. Paranoid Park

niedziela, 12 stycznia 2014

Blue Jasmine (5/10)

Psychological Drama, 2013


Dobrze się stało, że nie oglądałem tego od razu w kinie, kiedy był chwalony. Wyczytałem wtedy, jakoby Allen promował nim okłamywanie siebie na starość - już czułem tę pianę na ustach, z którą będę pisał potem recenzję... Poczekałem, zdystansowałem się, i gdy przyszło do oglądania przypomniałem sobie, czemu czekałem pół roku z obejrzeniem. I nic nie czułem. Trudno, film nadal jest wymieniany jako najlepszy w 2013 roku, trzeba obejrzeć. Dosyć szybko okazało się, że Allen zrobił film o czymś innym - ot, starsza kobieta leci samolotem, rozmawia z nieco starszą współtowarzyszką podróży, która prawie w ogóle się nie odzywa. I przy pierwszej okazji ucieka, opowiadając mężowi który po nią przyszedł, że tamta dziwna kobieta całą podróż gadała do siebie... Owa kobiecina to główna i tytułowa bohaterka "Blue Jasmine". Ma już ona swoje lata, i stara się zacząć życie na nowo nie mając o tym pojęcia.

Zdaje się, jakby były tu tylko wątki poboczne, i każdy z nich zmierzał donikąd. Bo zamiast opowiedzieć historię, chciano opowiedzieć postać. Która była nudna. Nie przedstawiono jej w ciekawy sposób, wszystko co do niej czułem to niechęć. Ale tylko z początku, potem była już tylko nuda i nuda. Allen wcale jej nie chwali, raczej tylko obserwuje i zauważa, że nie ma dla niej ratunku. W ciągu pierwszych kilku minut. A przez następne półtorej godziny niczego nie zmienia. Nie żartuję, jedna z pierwszych scen - Jasmine wraca do siostry i opowiada, jak to nie ma pieniędzy. Ale tamta zauważa, że przyleciała pierwszą klasą. Ok, zrozumiałem. A kilka sekund później - "Nie masz pieniędzy? To skąd masz taką drogą torebkę?". Cały film to tylko kolejne przykłady na których opowiedziane jest to samo, co zostało przekazane na samym początku.

Dodać do tego brak zakończenia i mamy film, który można ominąć. Zresztą, czy Allen nie zrobił już tego filmu 20 lat temu? "Alicja" się nazywał... W sumie, jakby się nad tym zastanowić, to nie dziwię się Allenowi, że opowiada taką historię, skoro wciąż są ludzie którzy potrzebują ją usłyszeć.
https://rateyourmusic.com/film/blue_jasmine/


Top 5 Allena

1. Zelig
2. Annie Hall
3. Manhatann
4. Purpurowa róża z Kairu
5. Miłość i śmierć

sobota, 11 stycznia 2014

Goniec (7/10)

Coming-of-Age, 1986


Ten film ma ponad 30 lat na karku, a wygląda bardzo współcześnie. Jeśli dzisiaj włączylibyście jakiś tytuł z tego gatunku, wyglądałby bardzo podobnie do radzieckiego "Gońca". Jest to historia chłopaka wkraczającego w dorosłość, bez przekonania zdającego na studia, nie umiejącego znaleźć odpowiedzi, co ze sobą zrobić. Zatrudnia się jako kurier w gazecie.

Będzie znajdowanie miłości życia, będzie stawianie sobie trudnych pytań* i poszukiwanie samego siebie. I wszystko to z zaskakująco dużą dozą humoru oraz sympatycznym bohaterem, który co chwila przed każdą nową postacią potrafiłby wyczarować sobie nową osobowość. To intryguje i bawi. Jest tu nawet miejsce na komentarz odnośnie poprzedniego pokolenia, które narzeka na obecne, i wytyka im się prawdę: wy ich wychowaliście.

Nie jest to szczególnie urzekający obraz, na dodatek widzowi niekoniecznie musi się chcieć oglądać kolejny raz taką historię. Ale wykonano ją dobrze, z doświadczeniem i uczuciem. A to skutkuje zobaczeniem na ekranie skrawka prawdy.

Podziękowania dla TVP Kultura za nadanie takiego filmu. Teraz poproszę "Mam 20 lat" z 1966 roku.;-) Oczywiście w częściach... Albo z powtórką następnego dnia.
https://rateyourmusic.com/film/курьер/


*z pamięci:
- Jakie jest twoje największe marzenie?
- Kurtkę bym chciał.
- Kurtkę?
- Tak. Zima idzie. Poprzednią przechodziłem w takiej byle jakiej, w tym roku wolałbym mieć taką grubą.
- Ale takie największe marzenie. Nie myślisz w przyszłość?
- No, zimno będzie. I dobrze byłoby mieć co założyć.

Moje ulubione filmy z 2010 roku

1. Debiutanci (Drama)
2. Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część I (Adventure)
3. Pogrzebany (Drama)
4. Noc i Dzień (Children's)
5. A-jeo-ssi (Action)
6. Suzumiya Haruhi no shôshitsu (Mystery & Christmas)
7. Wyjście przez sklep z pamiątkami (Art Documentary)
8. Jak zostać królem (Buddy)
9. Moja łódź podwodna (Coming-of-Age & Black Comedy)
10.Toy Story 3 (Adventure)

11.Tajemniczy świat Arrietty (Family)
12.Blue Valentine (Drama)
13.The Social Network (Legal Drama)
14.Incepcja (Action)
15.Wyspa tajemnic (Psychological Thriller)
16.Jak wytresować smoka (Adventure)
17.Greenberg (Drama)
18.Miasto złodziei (Heist Film)
19.Shrek Forever (Family)
20.Diabeł (Thriller)

piątek, 10 stycznia 2014

Wściekłość (5/10)

Gangster Film, 2010


Zwykłe kino. Właściwie tylko tyle mógłbym napisać. Kolejny gangsterski obraz, w którym biją się dwie rodziny. Dużo się strzelają, a potem to się kończy i nie przypominam sobie jednego elementu który by mi się zapisać w pamięci, z wyjątkiem dwóch brutalnych momentów. Jeden u dentysty, a drugi opierający się na przywiązaniu chłopa do prętu na drodze i odjechaniu samochodem... ze wspomnianym chłopem na tylnym siedzeniu. To wszystko, naprawdę.

Cała reszta była zwyczajna. Bohaterowie, sceny akcji, sceny intrygi, sceny Azjatów krzyczących na siebie i robiących sobie krzywdę... Nawet końcowy akcent starości niczego nie zmienia. Wtedy też miałem wrażenie, że "już to widziałem", i całość wydała by się tak naprawdę oryginalniejsza, jakby tematu starości w ogóle nie było. Wyobrażacie sobie jakiś nowy film o przestępcach, gdzie w którymś momencie bohaterowie nie mówią właśnie: "Co mi zostało w życiu?. To takie płaskie i zwyczajne się zrobiło. A twórcy nie zrobili nic, by jakoś to urozmaicić, lub opowiedzieć w ciekawszy sposób.

Ot, jeden z wielu filmów podejmujących ten temat. Ani zły, ani dobry, tylko nieco nużący.
https://rateyourmusic.com/film/アウトレイジ/


Top 5 Kitano

1. Lalki
2. Kikujiro
3. Brother
4. Hana-bi
5. Takeshis'

czwartek, 9 stycznia 2014

Jaskinia zapomnianych snów (6/10)

Paleontology Documentary, 2010


Pod koniec 1994 roku odkryto jaskinię Chauveta zawierającą rysunki wykonane ludzką ręką sprzed ponad 30 tysięcy lat. W 2009 roku Herzog dostał zgodę, by wejść do środka z małą amatorską kamerą, i opowiedzieć o tym miejscu. Dziś to miejsce zamyka na solidne wrota, z cienką trasą na dole po niej wyłącznie można się w środku przemieszczać.

Z pasją poety i filmowca, oraz znanym osobistym urokiem opowiada o tym miejscu, ale najpierw pozwala wypowiedzieć się specjalistom którzy odwiedzili to miejsce, co ono dla nich znaczy, co tam odkryli, co im to dało. Dzięki niemu można spojrzeć na samego człowieka, na Ziemię jaką wtedy była, a także w większej skali na całą historię. Sztuki, człowieka, i nie tylko.

Szczególnie zapamiętam opowiadanie o rysowaniu, jakby zwierzęta były w ruchu. Wiadomo dlaczego, ale naprawdę to dostrzegłem.

W jednej scenie gościu w środku jaskini woła na pozostałych: "Bądźmy przez chwilę cicho, może usłyszymy odgłosy przeszłości i ludzi, którzy tu byli! A nawet - własnych serc". I przez chwilę faktycznie jest cicho, wszyscy milczą, kropla gdzieś tam pada symulując odgłos serca. Tylko potem ktoś nałożył na to muzykę z "Bravehearta", by było bardziej epicko. Mogę tylko przyklasnąć. Czołem w najbliższą ścianę. Ale wyłączając takie momenty, obejrzałem wartościowy, ładny i przystępny dokument.
https://rateyourmusic.com/film/cave_of_forgotten_dreams/

Najczęściej słuchane w 2013 roku

Nic nie będę linkował. YouTube na to nie zasługuje, lepiej poszukać tytuły na własną rękę gdzieś na grooveshark albo Spotify.


Wykonawcy których najczęściej słuchałem w ciągu ostatnich 12 miesięcy:

1. Red Hot Chili Peppers (8 albumów)
2. Elliott Smith (5 albumów, w tym cztery po raz pierwszy)
3. John Frusciante (6 albumów)
4. The Beatles (4 albumy, w tym trzy po raz pierwszy
5. The Magnetic Fields (1 album)
6. Neil Young (3 albumy, w tym jeden po raz pierwszy)
7. Lady Pank (4 albumy, wszystkie po raz pierwszy)
8. David Bowie (4 albumy)
9. Fleetwood Mac (5 albumów)
10.The Rolling Stones (4 albumy, wszystkie po raz pierwszy)



Najczęściej słuchane piosenki:

1. Suzanne Vega – Gypsy
2. Elliott Smith – Between the Bars
3. Breakout – Modlitwa
4. The Stone Roses – This Is the One
4. Suzanne Vega – Tired Of Sleeping
4. The Cure – Last Dance
4. Lady Pank – List Do B.
8. Thelonious Monster – Body And Soul?
9. Agalloch – In the Shadow of Our Pale Companion
9. Lady Pank – Znowu pada deszcz


Przy czym "In the Shadow of Our Pale Companion", które słuchałem około 14 razy, trwa 15 minut, więc jakby to porównać czasowo - deklasuje "Gypsy" (28 odsłuchań) prawie dwa razy.



Najczęściej słuchane albumy:

1. The Magnetic Fields - 69 Love Songs
2. The Beatles - White Album
3. Red Hot Chili Peppers - Stadium Arcadium
4. Lady Pank - Łowcy głów
5. Elliott Smith - XO
6. Sufjan Stevens - Illinois
7. Elliott Smith - Either/Or
8. The Beatles - Abbey Road
9. Lana Del Rey - Born to Die
10.Ennio Morricone - The Legend of 1900



Ulubione piosenki, odsłuchane pierwszy raz w ciągu ostatnich 12 miesięcy:
1. Breakout – Modlitwa
2. Agalloch – In the Shadow of Our Pale Companion
3. The National – Runaway
4. Sufjan Stevens – Chicago
5. Thelonious Monster – Body And Soul?

wtorek, 7 stycznia 2014

Tajemniczy świat Arrietty (7/10)

Family & Low Fantasy, 2010


Arrietty to mały człowieczek żyjący razem z rodzicami w ukryciu przed ludźmi. Jest już wystarczająco dorosła, by móc z ojcem wyruszyć na przygodę w poszukiwaniu... kostki cukru.

To bardzo... chudy film. Niewiele tu postaci i historii jak na pełnometrażowy obraz, twórcy woleli się skupić na tym co mieli zamiast dokładać wątków, wybrali budowanie klimatu. Pokazali świat który mają do zaoferowania widzowi, jak bohaterowie w nim żyją. I to była dobra decyzja, bo okazało się wystarczająco ciekawe! Pierwsze 20-30 minut to po prostu zwykły świat z perspektywy tych malutkich ludków. Jak dają sobie radę z problemami, które wynikają z takiego położenia, zalewając przy tym widza falą ciepła i przepiękną animacją połączoną z prostymi dźwiękami. Nie ma legend o tym, skąd się wzięli, albo jak się nazywają, czym się różnią i tak dalej. Po prostu są mniejsi i mają przygody, chociaż najlepiej by było, jakby ich nie mieli, bo są niebezpieczne.

To po lewej to kot. Taki zwykły.

Większą część filmu poświęcono na relację Arrietty z dzieckiem - tutaj udało się zamknąć dzieciństwo. Krótko i konkretnie. Dzieciak nie dziwi się, czemu ona jest taka mała, po prostu jest i tyle. Nie ma też romansu, jest przyjaźń - o co momentami było ciężko. Szczególnie w końcówce. Pięknej, swoją drogą.

Parę momentów nie było wystarczająco ciekawych, wyjście fabularne nie było satysfakcjonujące, postać służącej to bardziej lenistwo scenarzystów niż cokolwiek innego (nawet namalowana jest w stylu ropuchy, która była w każdym innym filmie od Ghibli). Mały ale warty uwagi film, szczególnie jeśli macie dzieciaka pod ręką. Nie ma tu nawet za dużo typowego anime. Inny kolor włosów nawet nie rzuca się w oczy. "Arrietty" czaruje atmosferą i klimatem ze starej baśni.

Jeszcze plus za wku... wszystkich pseudo-feministek łapiących ból dupy na widok matki której spełnieniem marzeń jest luksusowa kuchnia.
https://rateyourmusic.com/film/借りぐらしのアリエッティ/

(serial) The Wire, sezon II


Wciąż Baltimore, wciąż tamtejsza policja, więzienie w którym jest Avon i D'Angelo, na ulicy liczą się Wieżowce kierowane przez Stringera, którym jednak jest coraz trudniej. McNulty pływa łódką, Daniels zszedł na boczny tor, Kima poszła za biurko... A Omar dalej gra w grę. Narkotyki przestały być głównym problemem. Wciąż są w grze, owszem, jednak pierwsze skrzypce gra środowisko doków. Oficer Russell znajduje w kontenerze 13 ciał, które trafiły tu z Europy. Co z tym zrobić?

To największa nowość jaką przynosi sezon drugi. Świat doków. Wysokich żurawi, olbrzymich statków, licznych kontenerów, rozległych portów, wielu samochodów i innych pojazdów będących w ciągłym ruchu tu i tam. Robi to wszystko wrażenie z dwóch powodów - "The Wire" nadal jest kręcone w terenie, i naprawdę zapuścili się z kamerą w ten niebezpieczny teren. Po drugie: twórcy nadal wiedzą o czym opowiadają. Z pasją opowiadają o problemach tego zawodu, jaką miał przeszłość, co znaczą doki dla całego miasta i kraju, jak działają, jak tam jest...

Do tego - sporo tu Polaków. Jedna z pierwszych rzeczy które zobaczyłem na ekranie to była polska flaga. Jedno z ostatnich zdań wypowiedziano po polsku - łamanym papieskim akcentem, ale jednak. Daleko mi do patriotycznych bzdur, jednak to było miłe uczucie, sam nie wiem z jakiego powodu. Coś w stylu "wiedzą, że mój kraj istnieje!", podejrzewam. A to 2003 rok. Brak tu tego, co dzisiaj się o nich myśli.

Reszta po staremu albo lepiej - albo gorzej. Doszły rewelacyjne postaci, takie jak Sobotka albo czarny Frank Langella, główny bohater nadal jest jaki był. Kilka genialnych z poprzedniego sezonu dostało mniej miejsca, jak choćby Stringer. Doszło też parę słabszych postaci, które gdzieś pod koniec sezonu dostały szansę by się wykazać (kuzyni Sobotki). Przez połowę sezonu można odczuć, jakby nic się nie działo - sprawa morderstwa posuwa się do przodu w tempie zerowym, dlatego to dosyć nie najlepszy materiał na podstawę sezonu. Postać Amy Ryan przez 2 odcinki ma coś do roboty, potem przez 7 epizodów nie wiadomo co z nią zrobić, i na koniec znowu pełni jakąś rolę. Zakończenie 6 odcinka i otwarcie 8 mną pozamiatało. I tak dalej, można tak długo, zapewniam. Jest co lubić, jest na co narzekać i się kłócić przy wódce, czy to sezon lepszy czy gorszy.

Ja oglądałem z większą przyjemnością. Żałuję, że to sezon wyraźnie dopisany do tego co było wcześniej, ale też zachowano charakterystyczny smak, oraz zachowano nienaganny porządek (około 9 odcinka czułem, że sam bym się pogubił). Nadal nie widzę w tym nic wybitnego, ale lubię i podziwiam co widzę. Ocena bez zmian.




...a jak "Sherlock"? Dobry. Trzyma poziom poprzednich sezonów, wybija się aktorsko. "Community" też dobrze się zaczęło, na poziomie sezonu drugiego.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Wyznania (7/10)

Psychological Thriller, 2010


Nauczycielka straciła dziecko. Zabiło je dwoje dzieci, które nie odpowiedzą za swoją zbrodnię, bo są nieletni. Domaga się zemsty, więc dodaje do ich kartoniku z mlekiem krew z wirusem HIV. A to dopiero początek...

Miałem w trakcie seansu kilka poważnych problemów. Pierwszy to styl, byłem pewien że oglądam jakiś przerywnik, albo inną nieistotną scenę mającą wprowadzić klimat albo postać... nauczycielka mówi do uczniów, uczniowie mają ją gdzieś, gadają między sobą, robią swoje rzeczy, na to ponownie zostaje nałożona wypowiedź nauczycielki, a po chwili na to nakładają jeszcze raz chaos klasy, i tak jeszcze parę razy... A to nie sprzyja uważnemu śledzeniu akcji, właściwie całkiem skutecznie rozkojarza. Problem w tym, że to były istotne sceny. Drugi polega na tym, że większość opowieści zrobiono w tym stylu.

Reszta została zrobiono w konwencji typowej raczej dla anime. Dynamiczny rozwój akcji, szybki montaż, mnóstwo scen "z głowy bohaterki", wewnętrzne dialogi w których każde zdanie jest wypowiadane w innym miejscu, przez inną osobę, wszelki ruch wystylizowany jak tylko się dało... Ale to co działa na animacji nie musi wypaść dobrze z żywymi aktorami. To co da się oglądać w krótkim odcinku trwającym 20-parę minut niekoniecznie da radę przy pełnym metrażu.

Ciężko się przez to przebić. Całkiem późno doceniłem wysiłek włożony w fabułę. Chciałbym to ocenić niżej, bo film zrobiono w stylu zdecydowanie nie pode mnie. Dostrzegam jednak ilość pracy w niego włożonego, co chciano przekazać, i w sumie - czemu nie? Ich wola. Ja się nie wkręciłem, ale to jednak taki "Oldboy", tylko z nieco młodszymi bohaterami. Może przy drugim seansie, gdy już będę przygotowany, ocenię to wyżej? Bo pewne sceny siedzą mi w głowie nadal, a poważnej i wielowątkowej narracji mogę tylko przyklasnąć.
https://rateyourmusic.com/film/告白/

niedziela, 5 stycznia 2014

Wyścig (4/10)

Sports & Biopic


James Hunt i Niki Lauda pierwszy raz spotkali się na torze Formuły 3, kiedy to zderzyli się podczas wyścigu. Od tamtego czasu nieustannie ze sobą rywalizują, a stawka zaostrza się gdy oboje są w stanie sięgnąć o tytuł mistrza Formuły 1. Całość oparta na prawdziwych wydarzeniach, które miały swój finał w Japonii w 1976 roku. Niestety oznacza to tylko tyle, że skoro można na początku dać napis "Ta historia wydarzyła się naprawdę!" to można było sobie już darować pisanie realistycznych postaci, relacji między nimi, i historii która... chociaż będzie. Przynajmniej tak uznali scenarzyści filmu "Rush".

Bo mogę.

sobota, 4 stycznia 2014

Niekończąca się opowieść (7/10)

Adventure & Fairy Tale, 1984


Tak, dopiero teraz obejrzałem... w sumie w okolicach świąt pasuje całkiem dobrze. Film rodziny, a przy tym baśń dla dzieci, i to bez zbędnych piosenek. Idealne połączenie. Bastian to chłopiec lubiący czytać. Gdy udowadnia to właścicielowi księgarni, ten w prezencie prezentuje mu "Niekończącą się opowieść", jednak zabrania się z nią zmierzyć. "To nie jest zwykła książka. Nią się żyje". Chłopak kradnie ją, zostawia kartkę w której obiecuje zwrócić co zabrał, i zamyka się przed wszystkimi, by poznać historię krainy o nazwie Fantazja...

O ile "Powrót" starał się miejscami opowiedzieć symbole niż historię, tak tutaj miejscami twórcy woleli opowiedzieć przesłanie dla dzieci niż kto, gdzie, z kim i po co. "Fantazja" której zagraża "Nicość", z tego typu elementów nie da się stworzyć wiarygodnego świata, na każdym kroku czuć, że to jedynie wymuszona przypowieść dla najmłodszych, przedstawiająca najważniejsze wartości po najmniejszej linii oporu (również w dialogach).

Ale poza tym... ta opowieść wyszła całkiem nieźle. Potraktowano poważnie zarówno postaci jak i konflikt, sama przygoda obfituje w mocne momenty (faktycznie, scena na bagnie może być zbyt smutna dla dzieci; przynajmniej na mnie zrobiła spore wrażenie) i koniec końców nie przeszkadzała mi prostota tu i tam. Obok nieco głupich pomysłów (Bastian siedzącym gdzieś i drący się do książki) zawsze pojawi jakiś satysfakcjonujący ciekawą postacią albo zwrotem akcji. W temacie bajek dla dzieci, to wszystko czego potrzeba.
https://rateyourmusic.com/film/the_neverending_story/

PS. Ale tego momentu nie kupuję:
- Ktoś musi wyruszyć w podróż.
- Ja to zrobię.
- Jesteś pewien? Jest bardzo niebezpieczna!
- Jestem!
- Cudownie. Ale najpierw oddaj mi swoją broń, musisz wyruszyć bez niej.

piątek, 3 stycznia 2014

Powrót (8+/10)

Coming-of-Age & Psychological Drama, 2003


Na początku widzimy mroźny, wietrzny dzień nad morzem. Grupa młodych sprawdza swoją odwagę - kto nie skoczy z wysokiego podestu do morza, ten tchórz i się z nim nie bawimy. Pośród nich jest dwoje braci - jeden skacze, drugi nie, jednak twierdzi, że to zrobił. Wywiązuje się kłótnia, drobna bójka, lecą do matki. Tam jednak czeka na nich niespodzianka: po 12 latach wrócił ojciec. Sprawdzają zdjęcie - tak, to on. I chce ich zabrać na wycieczkę.

Kiedyś podniecała mnie symbolika, nawiązania do Biblii i w ogóle, że tyle tu warstw, że tylko odśnieżać zostaje. Dziś oglądam i stwierdzam: symboli jest za dużo. Tak jakby twórcom bardziej zależało na przedstawieniu symboliki historii, niż jej samej. Postać ojca to archetyp, z kwadratową szczęką, zarostem, zegarkiem i przy obiedzie rozdziela kurczaka rękoma, a to tylko początek. Potem jeszcze nakładają na to symbolikę "ojciec = Bóg", z "działaniem tajemniczymi drogami", który wymaga posłuszeństwa... Jego dzieci to dwie strony medalu, jeden patrzy się w ojca jak w obrazek, drugi kwestionuje wszystkie oplecenia, zadaje pytania ("czemu cię tyle nie było"). I stoją po swoich stronach choćby nie wiem co się stało, nie zaliczają rozwoju ani nic. Przez większość czasu nawet nie zwracałem na to uwagi, jednak momentami to przeszkadza. Na szczęście jest też wiele subtelniejszych momentów, zwróćcie uwagę na drogę jaką przechodzi wspomniany zegarek ojca. Właściwie umyka uwadze, tak naturalnie wyszło.

Ale to jedyny mój zarzut. Gdy się tylko dokopałem do właściwej fabuły, doświadczyłem naprawdę mądrej opowieści o trudach dorastania, relacjach ze starszym bratem, ojcem i jego naukach - walczeniu o swoje oraz znalezieniu tej równowagi pomiędzy kwestionowaniem wszystkiego oraz ślepym posłuszeństwie. Końcówka z kolei to mocne momenty, jeden za drugim. Finalne wyciąganie łódki, taka prosta chwila, a tak bardzo zapadła mi w pamięci... Jeden z niewielu filmów pokazując, że życie dziecka jest trudne.

Niech mi ktoś wyjaśni, czemu jeszcze nie wydano tego filmu na BR.
https://rateyourmusic.com/film/возвращение/

Lubię swój blog - podsumowanie pierwszego roku

Przeniosłem się tutaj, bo chciałem by to co napiszę należało do mnie, a nie odbiorcy. I docelowo, by odstresować się od wszystkich negatywnych stron Internetu. I w skrócie, to mi się udało. Nawet zebrało się wokół mnie tych kilku ludzi, których reakcje za każdym razem jakoś mnie zaskoczą. Zawsze w pozytywny sposób. Takie rzeczy w Internecie są możliwe!

Ale okazało się, że pisanie bloga oferuje wiele więcej.

Udało mi się zorganizować swoją część życia poświęconą kinu. Późno się zorientowałem, że pisanie o byle czym nie jest atrakcyjne dla czytelnika, ale gdy do tego doszło - znalazłem czas na wszystko. Wcześniej miałem problem ze znalezieniem miejsca na dosłownie wszystko: seriale, długie filmy, stare filmy, polskie, powtórki, nowości... Blog zmusił mnie do organizacji w biegu, uporządkowania tego wszystkiego by był w tym zasada, logika. By fakt pojawienia się notki o danym filmie miał uzasadnienie.

Nie wiem, jak to wygląda z pozycji czytelnika. Z mojej strony jednak widzę same plusy: mój ranking ulubionych filmów, na przykład. Było tam ponad 200 pozycji. Wyczyściłem go pod koniec 2011 roku, i dodawałem tam tylko filmy które powtórzyłem (bo nie dało rady porównać sensownie obrazu widzianego w 2007 roku z tym obejrzanym w 2010, nie mówiąc już o tym, jak zmieniłem się ja i moje spojrzenie na filmy). Na końcu 2012 roku, po 26 miesiącach od wyczyszczenia, lista liczyła jakieś 25 pozycji, uwzględniając przy tym te którym obniżyłem oceny, dawało jakieś 30-kilka powtórek. Dzisiaj na liście jest ponad 60 tytułów, a ogólnie powtórzyłem dobre dwa razy tyle. W tym "Taksówkarza" i inne uznane filmy, które dawno temu oceniłem niżej i dziś nie mam jak tego uzasadnić, bo nic nie pamiętałem...

Wcześniej okresowo przechodziłem z fazy "nie mam co oglądać, tego mi się nie chce" do "kurczaki, tyle jeszcze muszę obejrzeć!" i łapałem się po kolei za wszystko, co miałem pod ręką. Po czym entuzjazm szybko mnie opuszczał, więc gdy znowu miałem wahanie nastrojów zmuszałem się, by oglądać, najlepiej 10 filmów dziennie, bo kto wie, kiedy znowu będę miał taki humor... Teraz jest już inaczej. Oglądam na większym luzie, kontroluję te wszystkie "segmenty" światka filmowego, godzę je i nie mam potrzeby, by to przyspieszyć. Kiedyś robiłem około 450 filmów rocznie, a zdarzyły się miesiące w których widziałem 50-60 tytułów. W 2013 roku widziałem niewiele ponad 300, z czego spora część to były powtórki, więc rzeczywista liczba oglądanych była jeszcze mniejsza. I co? I nic. Jeden dzień, jeden film. Czasem zdarzy się więcej, ale liczba notatek jest stała, dzięki czemu mogę pozwolić sobie na dzień bez filmu. Ale nie mogę sobie za to pozwolić na dzień bez notatki. I co dzień się zbieram, by coś napisać. Nie wspominając już o felietonach, które pojawiają się, jakby nie było, od wakacji. Nigdy wcześniej nie udało mi się zachować takiej stabilności.

Są ludzie mówiący: "Brzmi dobrze, kiedyś obejrzę". 8 miesięcy później przypominają sobie o tym tytule, a oglądają go po kilku latach. A ja mogę taki tytuł umieścić w konkretnym przedziale czasowym, i powiedzieć: "obejrzę ten film w lipcu". I naprawdę to zrobić.

Dzięki ci, blogu, za pomoc w organizacji własnym czasem. I możliwość zaplanowania notatek, to cholernie dobra opcja.

Mam też za sobą standardowy chrzest nowego blogera, naukę opcji jakie mam do dyspozycji (oraz ograniczeniami), do tego mam tu jakąś bazę, pierwsze "obsuwy" z terminem za sobą i posypywanie głowy popiołem, eksperymentowanie z tematyką oraz wyglądem... W każdym razie, mam tę garść powodów by być zadowolonym. W 2014 roku więcej szlifowania, więcej seriali, więcej długich obrazów. Więcej porządku. Prawdopodobnie obok miesiąca seriali zorganizuję sobie miesiąc na wyłączność dla długich filmów. Za dużo ich, by się zadowolić obejrzeniem dwunastu w ciągu roku.

Garść statystyk: typowy gość tej strony to Polak, korzysta z Mozilli (42%) oraz Windowsa (92%). Najpopularniejszych postów i liczby odwiedzin nie będzie, bo boty reklamujące seks-strony psują statystykę. Ale załóżmy, że te 30 tysięcy w tym roku zrobiłem (tyle wejść z Polski), a te 6000 wejść z Rosji to właśnie boty były.;-) Pozostałe 12 tysięcy wejść z innych stron świata to moja tajemnica.

Moja ulubiona notatka - ta poświęcona "Szczęściu". Przy pisaniu jej miałem świadomość, że to będzie mój film roku. Przy robieniu podsumowania okazało się, że jednak był jeden lepszy... Ale o tym za tydzień.

czwartek, 2 stycznia 2014

Kontrolerzy (8+/10)

Black Comedy & Mystery, 2003


Czemu musiało minąć te 5 lat (albo i sześć, czytacie to po Nowym Roku), zanim powtórzyłem sobie taki film? Kino węgierskie w stylu amerykańskim, zanim pan Antal naprawdę został tam zaproszony by pójść w ślady kolegów po fachu, zgodnie z tradycją zapoczątkowaną w latach 20 zeszłego wieku - i słuch o nim zaginął. Ale teraz mam na celowniku "Kontrolerów", więc lepiej się skupię - to z jednej strony życie pracowników metra odpowiedzialnych za sprawdzanie legalności przemieszczania się z jednego przystanku do drugiego. W ich codzienne życie miesza się plotka o człowieku, który ponoć spycha ludzi pod ciuchcie. Z drugiej... jest tu sporo scen typowych dla kina Lyncha.

To co dobre to ilość pomysłów na sceny i ich realizację. Wiele tutaj osiągnięto w prosty sposób, który wcale nie wydaje się tani. Kobieta stoi na peronie, cięcie, ujęcie na nadjeżdżający pociąg, gdy wjechał do końca, okazuje się, że peron jest już pusty. Widać tam tylko jeden but... Chodzi o to, by montaż był naprawdę szybki, nie trzeba było się bawić z techniką by pokazać kobietę wpychaną na tory i tak dalej. Mniej znaczy w tym wypadku więcej.
To dla mnie - ale normalny widz zobaczy tylko to, jak ciężko pracowano nad scenariuszem, by co chwila działo się coś zaskakującego. Bohaterowie gadają rano w knajpie, zaczynają głośniej się zachowywać, kłócą się, jeden traci nad sobą kontrolę i!... Pada twarzą w keczup i zasypia. Bo miał narkolepsję. Wjeżdża pierwszy pociąg, peron praktycznie pusty z wyjątkiem jednego bezdomnego śpiącego pod kolumną, ludzie przechodzą obok, nie patrząc na niego, on się rozbudza... Nagle zaczyna biec za jednym z pasażerem, i zaczyna go sprawdzać - bo okazuje się, że ten "bezdomny" to w istocie kontroler biletów! Innym razem jakiś starszy i otyły chłop zaczyna palić na peronie, ktoś przez megafon go upomina, że nie wolno tu palić. Ten więc gasi, wypija łyka, idzie do wagonów lekko się zataczając... I okazuje się, że jest cholernym kierowcą metra!

Humor, akcja, od czasu do czasu zagadkowy klimat. Widać, że twórcy wiedzieli, jak wygląda życie w takim zawodzie, mieli pomysły na rozwój akcji. Bardzo ujął mnie ten nieustający nocny klimat, jakby cała opowieść działa się po zmroku. Bohater na końcu jest poobijany, ranny i bardzo, bardzo zmęczony. Jedno co mi przeszkadzało podczas seansu to przerywniki. Szybkie, krótkie scenki gdy bohaterowie wsiadali do pociągu i sprawdzali bilety, a ludzie się migali... Kilka takich momentów jest w filmie, i są zwyczajnie nudne. Trochę zabawne, prawda, ale głównie nudne.

Czy jest to arcydzieło? Nie. Jest po prostu bardzo dobry, i wyróżnia się na parę sposobów. I za to go lubię.
https://rateyourmusic.com/film/kontroll/

środa, 1 stycznia 2014

Wiosna, lato, jesień, zima... I wiosna (8+/10)

Drama & Coming-of-Age, 2003


Historia rozgrywa się w sporych rozmiarów domku pływającym wolno po niewielkim jeziorze pośrodku gór i ciszy. Mieszka tam starszy mędrzec oraz jego podopieczny, mający najwyżej kilka lat. To właśnie tytułowa wiosna, w której młody bohater nauczy się rozumieć przemoc, oraz wiele więcej: pozna życie.

Film niewielu słów, za to pełen pomysłów na kolejne sceny. Cała druga połowa filmu to jedne z najistotniejszych momentów w mojej "przygodzie" kinomana. Nigdy nie zapomnę widoku liter wyrytych w drewnie, ani późniejszej podróży z pomnikiem w góry. Gdy pomyślałem, że dotarł do celu, i byłem w szoku, jak wysoko się znalazł, on poszedł dalej. I wędrował tak jeszcze długo, coraz wyżej i wyżej... Finalne ujęcie do dziś mnie szokuje.

Z grubsza - właśnie w taki sposób widzę cały film. Pewnie powinienem odebrać ten tytuł jako wykładnię buddyzmu albo metaforę czegoś, ale lubię patrzeć na niego w dosłowny sposób, brać każdą scenę za to czym jest i tyle. Bardzo lubię historię o dziecku wychowanym w takich warunkach, jego relację z opiekunem, z życiem, z samym sobą, z naturą i odrobiną magii, która egzystuje w świecie tej opowieści. Motyw dorastanie, dojrzewania, bycia rodzicem, radzenia sobie z gniewem - wszystko wykonano w dosłowny, bezpośredni sposób. Powala mnie większość scen, ich wykonanie, wysiłek włożony w ich nakręcenie, okiełznanie tego krajobrazu, wykorzystanie go. Ile musiało odwagi wymagać zwykłe wymyślenie niektórych scen? I wszystko to bez większej ilości dialogów lub historii.

Dzisiaj te sceny działają na mnie jak wtedy w 2009 roku. Jedynie wychwytuję słowa "Arirang" śpiewane w segmencie czwartym, i więcej znaczenia dopisuję roli Kim Ki Duka jako aktora oraz jego tańca na lodzie.
Drugi segment trochę słabszy od reszty.
https://rateyourmusic.com/film/봄여름가을겨울그리고봄/