niedziela, 31 maja 2015

Full Metal Jacket (7/10). Hehe

Satire & Psychological Drama, 1987


Pierwszy raz zetknąłem się z polskim lektorem przy filmie Kubricka gdy ten leciał w telewizji. Ale i tak włączyłem wersję angielską, bez napisów.

Jak większość widzów, jestem fanem przede wszystkim pierwszej połowy, gdy w nieco przejaskrawiony sposób pokazano, jak wygląda trening żołnierzy, zanim trafią oni na pole walki. W tym wypadku - do Wietnamu. To pięknie sfilmowana część, w której zdaje się - nie ma żadnych dialogów. Wciąż mówią, śpiewają, rozmawiają, jednak brzmi to jak muzyka. Nie ma w nich większej wartości informacyjnej, nie posuwają one akcji do przodu - ta robi to sama, i kamera musi tylko to przedstawić - zlewają się jedynie w tle z dźwiękami. Służą podkreśleniu emocji, albo i pokazaniu ich, gdy obraz tego nie może. To mogła być produkcja niema i tyle. Sierżant krzyczy na ochotnika, nic nie słyszymy ale widzimy minę biedaka - i to wszystko, czego potrzebujemy.



piątek, 29 maja 2015

"Niezamężna kobieta" (7/10) Kino kobiecego dialogu!

New Hollywood & Romance, 1978


Jest kilka takich produkcji, które nie są duże. Są bardzo małe, podejmują jakiś pojedynczy temat, często osobisty, który staje się twoim udziałem raz w życiu albo i wcale. Przez to nie stają się arcydziełami i nie wchodzą do historii, ale zostają w pamięci tej niewielkiej grupy widzów, którzy się z nimi zetknęli. "Syreny", "Mona Lisa", a teraz "Niezamężna kobieta". Opowieść o Erice - żonie, żyjącej w Nowym Jorku, prowadzącej galerię, obracającą się w towarzystwie artystów. Mąż zostawia ją dla innej po blisko dwóch dekadach małżeństwa. Wciąż ją kocha, ona jednak zmienia swoje życie.



środa, 27 maja 2015

(Sezon I) "Attack on Titan / Shingeki no Kyojin". Szybko miałem dość.

Anime & Adventure


Od "Neon Genesis Evangelion" minęło tyle czasu, że data w kalendarzu dobiegła do futurystycznych lat w trakcie których działa się akcja serialu - tak więc można spróbować zrobić coś podobnego jeszcze raz. Co tam jest teraz popularne... "Jak wytrenować smoka"? "Gra o tron"? Dobra, dorzucamy coś z tego. Będzie dobrze.

Uniwersum "Attack on Titan" to przede wszystkim grube i niebotycznie wysokie mury, w których żyje ludzkość, bo za nimi jest już świat Tytanów. Olbrzymich jednostek, które 1000 lat temu zaatakowały i tylko mur je powstrzymał, ale nigdy nie udało się ich pokonać. Teraz znowu atakują. Człowieczeństwo jest na granicy wymarcia. Główny bohater widząc strach w oczach innych potępia ich za tchórzostwo, i obiecuje, że dołączy do wojowników polujących na Tytanów. I zabije wszystkich, do ostatniego.


poniedziałek, 25 maja 2015

"Mad Max: Na drodze gniewu" (7+/10)

Action, 2015


Mad Max pakuje się ponownie w tarapaty, kiedy zamiast skorzystać na tym, że inni się biją, postanawia pomóc jednej ze stron konfliktu. Furiosa ucieka od demonicznego dyktatora Joe, trzymającego w łapach okoliczne źródło wody i ludzi tam mieszkających. Ten nie ma zamiaru się poddać, więc rusza w pościg, który nie zatrzyma się na żaden postój aż do końca. "Fury Roads" to kino akcji tak czyste, że już teraz znalazł się w kanonie gatunku obok "Szklanej pułapki", "Speed" oraz "Terminatora 2". George Miller wrócił do żywych, by naprawić każdy błąd, jaki popełniają twórcy kina rozrywkowego od długiego czasu. Przeszkadza wam, że w ciągu ostatnich lat kino akcji okryło się hańbą i przylgnęła do niego łatka bezmyślnego, pustego kina? A przecież może stać za nim równie dużo pracy co za kinem ambitnym. Macie dosyć polegania na efektach specjalnych oraz nieudolnej reżyserii, która potrafi zanudzić widza źle obliczoną ilością fenomenalnych pościgów i pojedynków? Najnowszy "Mad Max" jest skierowany do was. Z zapachem ukochanego miejsca który czujecie, gdy go otwieracie.

piątek, 22 maja 2015

Odwiedziłem Netflixa. Zostanę tu na dłużej.

Status tej usługi jest już chyba ustalony, działa w końcu od 1997 roku, kiedy to była wypożyczalnią. I wciąż nią jest zresztą, ale obecnie jej podstawową usługą jest streamowanie kinematografii. Ponoć jest idealna do seriali, w filmach nie ma co wybierać, a dzięki wygodnemu interface'owi aż chce się korzystać. Z mojej perspektywy wygląda to trochę inaczej.




wtorek, 19 maja 2015

Krakowski Festiwal Filmowy - przegląd kina Polskiego i nie tylko

KFF rozpocznie się 31 maja, a seanse będą się odbywać m.in. w kinie Pod baranami, Kijów.Centrum, Agrafka, Pod Wawelem i kilku innych. Powinni się na niego wybrać przede wszyscy miłośnicy dokumentów (muzycznych i nie tylko) oraz fani krótkich metraży, których w tej edycji będzie blisko 50. Dokładnych liczb nie podaję, bo głowa od nich może rozboleć - jest tego mnóstwo.




sobota, 16 maja 2015

Absolwent (7/10). Kamień milowy pornografii.

Coming-of-Age, 1967


Nie, serio. O niczym innym nie myślałem przez pierwsze 30 minut seansu, że to zaraz obróci się w jakieś vintage porn. Mimo mojej znajomości tego tytułu, w końcu oglądam go drugi raz... po przeszło 5 latach najmniej.

Benjamin skończył średnią szkołę, i teraz nie wie, co robić z życiem. Chce tylko być... inny. Od czego? Pierwsza podpowiedź podsuwa się w chwili następującej, gdy widz obserwuje przyjęcie wystawione na cześć naszego bohatera i jego wyników szkolnych. Wszyscy są tam nie tylko dużo starsi od niego, ale też są to jego pośredni przyjaciele: tak naprawdę są to bliscy jego rodziców, zachowują się na dodatek jakby spadli z księżyca. Szybko od nich ucieka do swojego pokoju, tam jednak odwiedza go pani Robinson, starsza już kobieta, matka dziewczyny z którą Ben chodził do szkoły. Prosi o podwiezienie do domu - tam są sami; proponuje młodemu drinka a kilka chwil później już nawet on nie ma wątpliwości: ona chce go uwieść.

czwartek, 14 maja 2015

Yakuza Weapon (5/10). Bez sensu, ale przyjemny.

J-Splatter, 2010


Doszedłem do wniosku, że w pewnym sensie trudniej jest zrobić fajną tandetę niż film tak po prostu dobry. Kręcąc takie produkcje jak "Yakuza Weapon" trzeba się porządnie napocić, by widz dobrze się bawił pomimo aktorstwa na poziomie rosyjskiego remake'u "Commando", choreografię walk w których większość kaskaderów sama rzuca się pod sufit, a lepsze efekty specjalne można zobaczyć na co ambitniejszych kanałach YouTube'a. Potrzeba wręcz nieskończonych pokładów pomysłowości, by co chwila zaskakiwać i bawić oglądającego. Nie można iść w schemat; to nie może być coś, co kinomaniak już widział. Trzeba zebrać ekipę, która bez zawahania pójdzie w ogień tego projektu, da z siebie wszystko, i to jedynie dla garstki wybranych ludzi którzy zamiast tylko spoglądać na cyferki pod recenzją tak naprawdę poświęcą jej czas i zadecydują, że to może być coś dla nich...




wtorek, 12 maja 2015

No Tears for the Dead (7/10). Oryginalny koreański kryminał

Crime, 2014


Kojarzycie "Man From Nowhere" z 2010 roku? Produkcja pozbawiona oryginalności o zwykłym gościu który okazuje się byłym agentem specjalnym, ruszającym na wendettę przeciwko mafii która zamierza skrzywdzić małą dziewczynkę. Brzmi jak opowieść sprzed 30 lat, ale powstała niemal wczoraj i wciąż miło ją wspominam. Solidna psychologia postaci, aktorstwo głównego bohatera stopniowo popadającego w szaleństwo i rasowość kryminału w każdym kadrze. Finałowe sceny wciąż wywierają na mnie piorunujące wrażenie.


Cóż, tego filmu nie ma na Netflixie. Ale jest kolejny od tego samego reżysera: "No Tears for the Dead". Tym razem oparty na własnym pomyśle. Wciąż zaskakująco solidny.




piątek, 8 maja 2015

Avengers: Age of Ultron (7+/10) A kiedy będzie wersja reżyserska?

Superhero, 2015


Akcja "Age of Ultron" rozpoczyna się za granicą, gdzie na scenę wchodzi rodzeństwo mutantów*: Quicksilvera oraz Scarlet Witch. Ta druga mąci w głowie Tony'emu Starkowi, pokazując mu świat w którym znowu dojdzie do inwazji Chitauri jak w pierwszym "Avengers", jednak tym razem nie będzie bomby atomowej pod ręką, by posłać ją do portalu. Co wtedy? Nie daliby sobie rady. Trzeba wymyślić na tę okazję coś specjalnego. W ten sposób powraca do pomysłu Ultrona: sztucznej inteligencji, której celem byłby wieczny pokój na Ziemi. Gdy ten jednak ożywa, od razu obraca się przeciwko twórcy i jego drużynie, identyfikując ich jako największych wrogów stojących na drodze rozwojowi ludzkości. Jak ma być dobrze, skoro nie ewoluują? Sam robot szybko zostaje zniszczony, ale Ultron jest oprogramowaniem, i wciąż gdzieś istnieje. Tylko gdzie go szukać? Jaki jest jego plan?

środa, 6 maja 2015

Jutro premiera Avengers wiec zakładam Instagrama

Mój kontakt z serwisami społecznościowymi nie był najlepszy. Facebook to facebook, twitter jest nudny do tego spami jakby nikt tam nie wchodził, takie dziwy jak tumblr to nawet nie wiem  co się tam robi. Byłem kilka razy, i nadal nie wiem. Ale Instagram... o, to się może nadać. Robienie zdjęć połączone z prezentacja swojego rytmu życia - to jest interesujące i inspirujące. Szczególnie, ze zmotywuje mnie by wrócić do fotografii. Poza tym, to blog filmowy, więc tym bardziej skorzystam z możliwości pokazywania zamiast tylko pisać.

Dlatego przedstawiam państwu Pooky'ego, prywatnego misia oddelegowanego specjalnie do kierowania moim instagramowym kontem. Zgłosił się na ochotnika.

Jakoś trzeba sięgać by oglądać

[Pan Pooky] Ta, ochotnika. Istoto ludzka, ja potrzebowałem twojego kciuka. Nawet nie wiecie, jak trudno byc artystą, gdy nie ma się kciuka1 Jakie wy macie szczescie, głupcy1 Prawda jest taka, że próbowałem już tego pachola nauczyć malowania, rzexby i nic, nie nadaje się do niczego. Fotografia już mi tylko została. Może da rade naciskac guzik jak mu rozkaze. Trzymajcie kciuki, skoro je macie, zeby się udalo.

Dobra, nie usunę tego tylko dlatego, że jestem pod wrażeniem twojego uporu w pisaniu nosem po klawiaturze. Przypomina mi się jak sam uczyłem się pisania na dotykowej klawiaturze swojego smartfona.

[Pan Pooky] Czy ty narzekasz, że masz za dużo palców?

Emm... Więc, jutro jadę do kina. Pierwszy raz od "Boyhooda" będę w Olsztynie, a w kinie ostatnio pojawiłem się na "Baranku Shaunie", dlatego pojawi się kilka fotografii. I bez obaw, nie będę fotografował jedzenia, zawsze wolałem co innego. Jeśli chcielibyście zobaczyć próbkę, co robiłem blisko 10 lat temu to zapraszam tu, na stare/obecne konto filmwebowe, gdzie wciąż widnieje parę zdjęć.

[Pan Pooky] Widac, że mnie wtedy jeszcze nie było na Ziemi.

Zapraszam
Instagram
KLIK

niedziela, 3 maja 2015

Miniserial "Jazz". Wszystko, czego potrzebowaliście po "Whiplash"

Music Documentary, 2001
1140 minut.


Na początku było "Monster Inc." oraz "Jak ugryźć 10 milionów dolarów", które przekonały młodego i małego Garreta, że jazz jest jego ulubionym gatunkiem muzyki. Potem minęło wiele lat i gdy odsłuchałem już "Kind of Blue" albo "A Love Supreme" to nie były moje klimaty - nudziłem się i tyle, nie słyszałem tam żadnej zmiany. Wszystko brzmiało identycznie. Dopiero Mingus trochę tu namieszał, jego krótsze kawałki jakoś wyraźniej zapadały mi w pamięć.

Gdzieś pod koniec zeszłego roku odkryłem, że jazz pasuje do słuchania w pracy, i jakoś powoli zacząłem się w to wkręcać. Oczywiście, Eric Doplhy to wciąż za dużo i nudzę się przy jego "Out of lunch" strasznie, ale też powoli zacząłem kolekcjonować utwory, które polubiłem. Znalazłem momenty, gdy jazz jest jedynym co chcę wtedy słuchać (np. 5 rano kiedy jest zima i ciemno za okiem), w końcu przyszedł "Whiplash" który oczywiście przekręcił wiele kwestii ale i tak sprawił, że spojrzałem na tę muzykę w wyraźniejszy sposób. Wsłuchiwałem się teraz w to, co słyszałem. Teraz był "DareDevil", Netflix, baraszkowanie w tamtejszym katalogu i odkrycie, że mam dostęp do dokumentów Kena Burnesa. "Baseball" i "Civil War" są najsłynniejsze, ale tematycznie bliżej mi było właśnie do "Jazzu". Seria dziesięciu odcinków, każdy trwający od półtorej do dwóch godzin.

Pierwszy opowiada o narodzinach muzyki amerykańskiej w XIX wieku, kiedy to czarni przyjeżdżali do środkowej części Stanów (co ciekawe, większość nie widziała w życiu Afryki na oczy) i musieli umieć się dostosować. Musieli znać sztukę improwizacji - nie znali ludzi, języka, jedzenia, ale musieli jakoś tu żyć. Wykorzystać tę szansę. Z tej filozofii narodził się blues, a potem jazz. Muzyka wychwalająca indywidualność, ale i współpracę. Wolność, bo każdy mógł być sobą. Nie było jednej właściwej ścieżki, wchodziłeś i robiłeś coś po swojemu, czego nikt inny wcześniej nie robił, i to było coś złego. W trakcie występu następowała jakaś zmiana i wszyscy szli za nią we własnym kierunku. Nowość, świeżość, energia. Tego wcześniej nie było. Muzyka nagle była seksowna. Muzycy nie pracowali pod dyktando kompozytorów - wchodzili na scenę i grali to co mieli na sercu i umyśle. Z własnej decyzji, a widownia łączyła się z tym i rozumiała. Ta muzyka tworzyła Amerykę, była soundtrackiem dla wszystkich rewolucji które wtedy miały miejsce, była zwierciadłem każdego kryzysu. Tworzyła dom w młodym państwie, oddzielała Nowy Kontynent od Starego. Jazz był pierwszym dziełem czysto amerykańskim.

Przez takie detale czuję się, jakbym więcej wyniósł z tego serialu niż z właściwych lekcji historii nt przełomu XIX i XX wieku. Nie wiedziałem, że jazz był pierwszą muzyką którą tańczyło się razem, co przyciągało młodych ludzi. Bariera została złamana, starsi ludzie byli w szoku widząc młodych łapiących się za biodra. Nie wiedziałem, że tak było kiedyś, i aż tyle się zmieniło. A przecież tak niedawno to było.

Pierwszy epizod kończy się w 1917 roku, kiedy to wykonano pierwsze nagranie jazzu na płycie, co poskutkowało pierwszym wybuchem popularności od wybrzeża do wybrzeża. Kolejne odcinki obejmują już o wiele krótsze okresy czasu, finałowy rozpoczyna się w 1960 roku i podąża do teraźniejszości. Wciąż jest dużo opisywania dziejów tej muzyki na tle rewolucji rasowej, płciowej, kryzysu na giełdzie czy wybuchu WW2, ale równie dużo jest opisywania poszczególnych artystów, co nie jest już takie ciekawe. Szczególnie, że to co jest dzisiaj klasyką, dla tego serialu jest odległą przyszłością. Coltrane, Davis? O nich nie usłyszycie aż do dwóch ostatnich odcinków. Wcześniej będzie o Billie Holiday (która, jak się okazuje, była kobietą), Louisie Armstrongu, Duke'u Ellingtonie, Ellie Fitzgerald, Jelly Roll Mortonie, Charliem Parkerze, Whitemanie, Glenie Millerze... A dla nie znającego tematu zmiany niuansów nie powiedzą wiele. Do tego po pewnym czasie każdego zaczęto opisywać podobnymi terminami: grał jak nikt przed nim, robił coś, czego wcześniej nikt nie wymyślił, zrewolucjonizował muzykę... Ech. Nie zliczę, ile razy jazz "nagle" stał się "popularny" dzięki któremuś z nich.

Nie jest to produkt łatwy w oglądaniu, nawet 1 epizod dziennie to za dużo (narracja jest bardzo wolna). Ale ze względu na treść i tak zasługuje na wysoką ocenę. To co tu wymieniłem to zaledwie smaczek, po 10 minutach oglądania dowiecie się więcej. Oddanie hołdu muzyce, która jest ojcem i matką tego, co dziś leci w radiu. Z jazzu wyszedł hard bop, ryth & blues, rock'n'roll, awangarda... Dalej się domyślacie. Sama idea składania zespołu na własną rękę to wynalazek XX wieku.

Swoją drogą, wiecie skąd wywodzi się nazwa: "Jazz"? Nikt tego nie wie. Ale jest teoria, że pochodzi od imienia "Jassmine", prostytutki, której jaśminowe perfumy zalegały w burdelu, w którym grano tę muzykę. I na początku nazywała się właśnie "Jass", tylko było temu za blisko do "Ass", więc zamieniono literki i tak powstał termin "Jazz".
Na YouTube jest okrojona do godziny wersja pierwszego odcinka (z hiszpańskimi napisami).
Można tam nawet kupić pełną wersję za 5 dolarów.

To też dobry moment by zaprezentować swoją playlistę jazzową. 19 piosenek, trochę ponad 2 godziny, pierwsze cztery utwory (czyli Coltrane, Davis i Rollins) są w kolejności, reszta już nie. Głównie melancholijne nuty. Brakuje tutaj tylko "String Quartet no.1: I. Rispetti e Strambotti" na które trafiłem słuchając radia Benny'ego Goodmana, ale ten utwór trwa ponad 20 minut i kojarzy się z koncertem Vivaldiego, dlatego mam go na innej playliście.