piątek, 30 stycznia 2015

"John Wick" (6/10) Ciekawe, co mu zabiją w drugiej części?


Zabili mu psa, więc idzie się zemścić, niszcząc każdego kto mu stanie na drodze. Bo zwierzątko dostał jako prezent od żony, która nadała mu go zza grobu, by miał co kochać. I to w sumie wszystko, poza wstępem są może jeszcze trzy sceny w których coś mówią. Cała reszta to akcja, i w zasadzie to była całkiem satysfakcjonująca.

Fabuła jest znośna. Daje kontekst, jest bardzo podstawowa, nie przeszkadza. Wiedziałem, kto jest kim i co się dzieje. Dobrze łączy poważne akcenty z komiksowymi scenami przemocy - gdy John Wick leci na plecy z 1 piętra, czuć jego ból. Ale zaraz potem wstaje i sobie idzie, ledwo bo ledwo, ale jednak pozostaje to spójne. Jest tu nawet miejsce dla absurdalnego hotelu dla morderców, w którym jest lekarz przez 24/7, za pokój pewnie płaci się w milionach za godzinę, i nikt nie zadaje pytań. Dodatkowo, za recepcją stoi Matthew Abaddon, z jakiegoś powodu posługujący się akcentem nie dającym się zidentyfikować. Lester Freamon też się pojawi, ale jego nie warto nawet wspominać, i sam nie wiem, po co tu wystąpił.

wtorek, 27 stycznia 2015

Duży fragment mojego scenariusza. Scena samobójstwa.

Chciałbym wam zaprezentować swoje "Awake". Bez opisów, tylko dosłowny cytat z "gotowego" scenariusza. Plus, jest to otwarcie ostatniej z głównych zakładek na tym blogu, do której będę wrzucał wszystkie notatki dotyczące mojej twórczości. Brakuje w niej tylko takiego przykładu treści, i oto on.

Jest to scena bardzo dla mnie ważna od momentu gdy zaplanowałem ten odcinek i gdy zdałem sobie sprawę, jak ambitny będzie jej punkt kulminacyjny. Cały epizod jest bardzo ważny, skupia się w zasadzie na jednej postaci i pozwala jej wybrzmieć, ponieważ do tej pory widz/czytelnik prawie w ogóle jej nie znał. Teraz postanawia się ona zabić, z powodu czegoś, co zrobiła kilka odcinków wcześniej. Przedstawiam jej tryb myślenia, a potem jest scena na tarasie wysokiego budynku. Stanowiła ona wyzwanie, ponieważ owe samobójstwo nigdy nie jest nazwane i zidentyfikowane. Sam bohater nie zdaje sobie sprawy, czemu czuł potrzebę wjechania tak wysoko. Chciałem uzyskać efekt, w którym to jego podświadomość podjęła tę decyzję, jako jedyne rozwiązanie jego sumienia, i natychmiast osiągnęła spokój. I to uczucie właśnie przebiło się do świadomości. Chciałem, by postać balansowała na tej granicy przez całą scenę, pomiędzy napawaniem się tym, że decyzja została podjęta, i samym skokiem. Napawał się przez ten czas życiem, widokiem zachodu słońca, dotykiem kamiennej balustrady, mocnym wiatrem typowym dla tej wysokości. Większość tego czeka, aż zostanie przekazane przez obiektyw kamery i ekspresję aktora.

Występują tu dwie postaci: Richard Mustar, starszy człowiek który pojawia się co kilka epizodów niczym Matthew Abaddon z "Lost". Zawsze we właściwym miejscu, zawsze wie co powiedzieć; jedna z tych postaci które wiedzą, co się dzieje, ale nie muszą tego nikomu mówić. Teraz odpoczywa na tarasie i jest jedynym świadkiem tego, co robi Xavier, główna postać odcinka. Pozbawiony pewności siebie, osłabiony przez ranę psychiczną z przeszłości.

Całość do przeczytania pod poniższym linkiem.
http://www.mediafire.com/view/s668g2lgnkcvifi/Odcinek9Przykladowydialog.pdf

piątek, 23 stycznia 2015

"Na skraju jutra" (6/10) Dobra zabawa!


Action, 2014


Ludzkość w strojach mechów walczy z robotami z kosmosu. Pułkownik Cage zachęca wszystkich do wstąpienia do armii oraz głosi dobrą nowinę, jakoby Ziemia wygrywała ten pojedynek. Problem w tym, że Cage nigdy w armii nie był i mechem nie umie się posługiwać, ale siłą zostaje tam wprowadzony, zakładają mu mechowe dodatki i spuszczają na pole walki. Szybko ginie, niewiele wcześniej zdziaławszy. Ale od razu budzi się 24 godziny wcześniej, tuż po tym, jak został siłą wciągnięty do wojska, i powtarza cały dzień od początku. I od nowa...

Sekwencje akcji są na szczęście godne obejrzenia. Jeśli oczekujecie Toma Crusie'a i Emily Blunt wewnątrz mechów bijących się z tymi mackami z "Matrixa", to właśnie dostaniecie. Jest wiele treningów, główna bitwa, walki w zniszczonym mieście. Solidna robota.Bardzo zaskoczyło mnie, jak wiele tu humoru, którego źródłem jest gapowatość bohatera, który wobec absurdalnych wydarzeń reaguje niedowierzaniem, rezygnacją, czarnym humorem, sarkazmem... i absolutnie cudownie reaguje na każdorazową śmierć. Duża zasługa w tym wysokiego tempa i znakomitego montażu w którym udało się oddać ile czasu zajmuje Cage'owi dotarcie do wszystkiego za -entą próbą.

wtorek, 20 stycznia 2015

Najlepsze odcinki seriali jakie zobaczyłem w 2014

Mam nadzieję za rok być bardziej na bieżąco z nowościami i móc zrobić drugą listę wyłączającą najnowsze pozycje... Ale to jeszcze nie w tym roku. 52 tygodnie za mną, a ja w tym czasie zobaczyłem z 40 sezonów różnych seriali. Pośród nich było mnóstwo perełek, które chcę wyróżnić.

- Bez spoilerów
- Bez powtórek
- bez dokumentów
- Jeden odcinek na produkcję
- Trzy z niżej opisanych można oglądać bez znajomości reszty produkcji ("South Park", "StarGate", "Newsroom")



Miejsce 10: "Everyone's Waiting" ("Sześć stóp pod ziemią / Six Feet Under" - 5x12)

Opowieść o rodzinie Fisherów świadczącej usługi pogrzebowe to czarna komedia na początku, a pod koniec czysty melodramat, dotykający kwestii śmierci, homoseksualizmu, szukania szczęścia i wielu innych. Podczas gdy wciąż aktualne pozostaje pytanie, czy ostatni odcinek w ogóle jest dobrym zakończeniem, ostatnie 10 minut to jedna z najsilniejszych chwil w historii kina. Nawet jeśli się nie zgodzisz i zaprzesz jak ja, i tak pękniesz. Próbowałem sobie powtórzyć, nie dałem rady, wyłączyłem w połowie. Smutna rzecz. Czy to uczciwe, by wysoko oceniać cały odcinek jedynie na podstawie fragmentu? Kiedyś się tym problemem zajmę. Ważne jest, że to trzeba zobaczyć. Piękna chwila gloryfikująca życie.

sobota, 17 stycznia 2015

Zawsze woda (5/10) Film wypełniony energią morza

Coming-of-Age, 2014


Prosta opowieść o tym, że gdzieś w Azjatyckiej części świata jest sobie dorastająca dziewczyna której umiera mama, a nasz bohaterka sobie z tym radzi, akceptując w końcu śmierć jako część życia... To może nie jest banalna produkcja, ale bardzo podstawowa, w której jest niewiele elementów. Przemiana czy też jakakolwiek ewolucja jest śladowa i ledwo zauważalna, a wszystkie wydarzenia - których jest niewiele - mają skromny impakt na pozostałe elementy produkcji. Których ilość również powoduje niedosyt.

Przed jednym muszę was ostrzec: jest tu bardzo drastyczna śmierć kozła. Nie jest tak, że zwariowałem - mam świadomość, że kozioł zapewne i tak by został zaszlachtowany, jedynie uwieczniono to na kamerze jako element historii. Ale jednak, bądźcie na to przygotowani. Cały film zaczyna się od podwieszenia zwierzęcia, nacięcia na szyi gdy ten jeszcze żyje, zajrzenia mu tam i... medytacji wokół zjawiska. Bo trochę to trwa jednak. Się nasłuchałem...

"Still Water" polecam przede wszystkim miłośnikom przyrody, a szczególnie morza. Film jest wypełniony bryzą i szumem przypływu, wiatrem między drzewami, kamera fascynuje się tym bardziej niż resztą produkcji. Współgra to z historią, w której wielkie znaczenie ma śmierć jako przemiana energii, która przecież podróżuje falami. Ujęcia natury jedynie to wizualizują. Szumią wokół widza energią bliskich, którzy odeszli, tajemniczej przyszłości i wszystkich innych rzeczy, z których składa się dusza. Po seansie to uczucie faktycznie zostaje z widzem... na jakiś czas.

czwartek, 15 stycznia 2015

Ulubione piosenki Garreta z 2014 roku

Pisałem już, co myślę o współczesnej muzyce. Jest jej tyle, że niczym dzieciak pierwszego świata jestem o krok od narzekania, że za dużo tego dobrego. Teraz chcę wymienić to co najlepsze.

Moje podsumowanie zaczyna się w trzeciej minucie i trzydziestej czwartej sekundzie "Blood Guru" Hail Spirit Noir. Wcześniej wokalista krzyczał, czego nie bardzo lubię, ale w tej sekundzie zaczęła się solówka, którą do dziś chcę mieć blisko siebie. Potem również ryzykuję, dając kilka niepopularnych kawałków, które jednak w mojej opinii zasługują na wyróżnienie. Zarówno staromodny David Crosby jak i bardzo nie-pinkowa "Nervana" Pink Floydów. Jedno jest pewne: z każdym kawałkiem jest coraz lepiej i lepiej, zaliczając po drodze melodeklamację La Dispute w "Object in Space", riff "Modern Blue" w piosence Rosanne Cash, kończąc na huraganie gitar w "An Ocean in Between the Waves" od The War on Drugs. Najkrótsza trwa mniej niż 3 minuty, najdłuższa prawie 13. Razem 15 utworów trwających 84 minuty.

niedziela, 11 stycznia 2015

Birdman (albo pieśń zachwytów nad Lubezkim)


Tym razem zwykła rozmowa jest niezwykła. 
Już podczas oglądania zwiastunów uderzyło mnie, jak Lubezki (operator) pokazuje ludzi, którzy nic nie robią poza staniem naprzeciwko siebie i mówieniem. Jego kamera zawsze jest w ruchu, ale bardzo minimalnym, przemieszcza się w zaplanowany sposób z matematyczną precyzją jakby grał na perkusji pod batem Fletchera z filmu "Whiplash". A przy oglądaniu całości zachwycałem się coraz bardziej. Jako że cały film jest stylizowany na mastershot, trzeba było tu od szerokich ujęć teatru przechodzić do tych intymnych zbliżeń na twarz, każda zmiana ostrości czy innego technicznego aspektu przechodziła w ogromnym biegu a ten człowiek nie popełnił ani jednej pomyłki, płynnie przechodząc od perspektywy do tego ogromnego zbliżenia, gdy twarz aktora wypełnia ekran... ale też nie czułem się jakoś zbliżony, jakbym mógł go dotknąć. Nigdy nie było tak, że mógłbym określić odległość moją od tego co widzę. Nie czułem ciężaru ani rozmiaru kamery, czy była noszona na ręku czy też wszystko na jakimś dźwigu umieszczono. Najbardziej jest to odczuwalne w ujęciach przemieszczania się między aktorami, którzy mogliby stać dosłownie obok siebie a kamera i tak by dała radę się wcisnąć między nich. Oczywiście, aktor będący z tyłu się odsuwał a potem wracał na pozycję, na tym polega sztuczka. Ja zachwycam się efektem i tym co czułem jako widz który obserwował wszystko przez ten magiczny obiektyw. Przechodziłem przez czas, skakałem w przyszłość, raz biegłem na złamanie karku przez korytarze, by zaraz potem być świadkiem cichego momentu w którym znowu kamera pozornie stała w miejscu. Ale dzięki tym delikatnym poruszeniom i kontrastowi wobec wcześniejszego wysokiego tempa czułem jakby to czas się zatrzymał, a nie operator.

piątek, 9 stycznia 2015

"Whiplash" to film o miłości do człowieka


Stoisz w swoim pokoju który dzieliłeś z bratem przez pierwsze 14 lat swojego życia, tylko tym razem jest ono puste. Pod nogami masz deski, czujesz ich zapach. Zawiąż opaskę na oczach i kręć się w miejscu. Gdy stracisz panowanie nad kolanami, udaj się w stronę okna, bez wiedzy jak wysoko jesteś ani który kierunek powinieneś obrać.

Lecisz.

Masz tylko jedną przeszłość by zdecydować, czemu to zrobiłeś. Nadać znaczenie wydarzeniu, które jest bez sensu. Dla innych. Inaczej zginiesz.

Ale lądujesz bez szwanku, miękko i bez pamięci paniki, która wypełniła twoje oczy podczas reszty twojego poprzedniego życia.

Zrób to. Wyląduj.


Tak. Dokładnie. Rano myślę, jak tu zdobyć nowych czytelników, a wieczorem stwierdzam, że zacznę pisać o filmie od poematu... albo do czego to powinno się klasyfikować. I tak znajdzie się jakiś łoś, który nazwie mój tekst recenzją. Założę się o kilogram marchewek.

Dobra, a więc "Whiplash"
Czyli uderzenia bata, skręcenie karku lub kawałek Metalliki. Jest w tej produkcji kilka scen wartych uwagi, niektóre z nich można przywołać bez obawy przed spoilerami. Jedną z nich jest scena, którą udostępniono w Internecie jako materiał promocyjny z komentarzem reżysera. Ta scena jest pierwszą w filmie. Nie ma żadnego innego wstępu, nie wymienia się nazwisk, niczego nie uzasadnia - czemu bohater gra, gdzie dorastał, ile ma lat... Nie było takiej potrzeby, wszystkie podstawy podane są w tej krótkiej scenie. Temat, bohaterowie, relacja, muzyka, wszystko. Nie ma czasu, ten film się śpieszy, musi wykorzystać każdą minutę jaką tylko ma. Czyste kino pozbawione nienaturalnych dialogów.

Inną sceną jest spotkanie rodzinne Andrew. 
Niby nic, zwykły posiłek umieszczony gdzieś w pierwszym lub drugim akcie i nie ma żadnej wartości dramaturgicznej. Bohater nie podejmuje po niej nowych decyzji, a jednak to istotna chwila w której widz poznaje tę postać. Widzi, jak ten opowiada co osiągnął a jego najbliżsi mówią tylko: "Tak? To fajnie." Nie rozumieją skali tego sukcesu, jazzu, perkusji. Andrew stara się, by zrozumieli, zaczyna się chwalić, że bycie w tej grupie to jak finał Mundialu. W odpowiedzi słyszy: "Ale to muzyka. Ocenia się ją subiektywnie, prawda?" Ta jedna scena wyjaśnia całą sylwetkę głównego bohatera i odpowiada na wszystkie pytania, jakie widz mógłby mieć na jego temat. I pamiętałem odpowiedzi jakie wtedy dostałem, aż do końca seansu.


niedziela, 4 stycznia 2015

Justice League: War (6+/10) Tycie Avengers

Superhero, 2014


Jakby z produkcji Jossa Whedona wyjąć całą fabułę - jakkolwiek skąpa by ona była - i zostawić samą inwazję obcych oraz superbohaterów walczących z kolejnym palantem chcącym terraformować naszą zieloną planetę... Wtedy zostaje "Justice League: War". Animacja trwająca 80-minut, w której Wonder Woman je lody, Victora ojciec nie kocha, a Superman rzuca Batmanem przez kilka budynków, bo w "Man of Steel" robił większą demolkę, więc czemu nie. Poza tym pojawi się Flash, Zielona Latarnia oraz Shazam, kimkolwiek on jest.

I to w sumie wszystko, naprawdę. Batman z Zieloną Latarnią chodzą po kanałach Gotham, znajdują tam obce coś, co prowadzi do otworzenia portali przez które wchodzą obcy, więc się biją przez 40 minut. Po drodze dołączają do nich reszta postaci.


sobota, 3 stycznia 2015

Pelle zwycięzca (7/10) Film pełen życia

Historical Drama, 1987


XIX wiek. Lasse, szwedzki ojciec w podeszłym wieku (grający go Carl Adolf von Sydow miał wtedy prawie 60 lat) wraz z potomkiem wyruszają do Danii, gdzie życie miało być tak bardzo lepsze. Mieli jeść pieczywo całe obsmarowane masłem, na Wigilię miała być pieczeń z rodzynkami, a dziecko mogło się bawić zamiast pracować. Na miejscu jest ciężko, ale - cytując opis - "nie poddają się i stawiają czoła życiu". Takie opowieści lubię, co zaskakuje szczególnie mnie. Film jest długi, trwa te 2,5 godziny. Niby nie wciąga, akcja toczy się niemrawo, mogłem wyłączyć i dokończyć innym razem... ale wolałem zostać.

Na miejscu bohaterowie giną w tłumie innych imigrantów - młodszych, bardziej hałaśliwych, którzy zdobywają pracę od razu i opuszczają port. A Pelle z ojcem zostają na lodzie. Dopiero po kilku godzinach pojawia się spóźniony dziad i oferuje im pracę. 100 koron rocznie. Zabiera ich na farmę, gdzie będzie się toczyć prawie cała reszta filmu, której dominująca część to życie w tamtych czasach, w tamtych warunkach. Parę lat dorastania, rozwoju... życia.

czwartek, 1 stycznia 2015

Podsumowanie życia w mijającym roku

Zagrajmy po raz kolejny w grę: wskaż, kiedy żartuję!

- najlepsze filmy 2014 roku
- najlepsze odcinki spośród wszystkich seriali jakie widziałem w ciągu ostatnich 12 miesięcy
- ulubione piosenki mijającego roku.

Podam również listę ulubionych filmów które obejrzałem w tym czasie. Oryginalność można odłożyć na bok w styczniu, a raczej upakować ją gdzie indziej niż w temacie tekstu. Teraz chcę podsumować rok, także na blogu i w moim życiu.

Holiday (1938)
W ubiegłym roku niewiele się zmieniło.
Ludzkość dalej dąży do samozagłady. Nie umieją prawidłowo skorzystać z chodnika, a sztuka komunikacji zanika. Cały czas mówią co innego niż mają na myśli, temat poszanowania ortografii można wykreślić. A że nie ma nic banalniejszego w obsłudze niż chodnik, i ważniejszego niż prawidłowa komunikacja, nie ma co się spodziewać, że los ludzkości będzie inny. Kiedyś ktoś w końcu mnie przekonał, że ludzie są głupcami - bo większość nie rozwija się już po skończeniu szkoły. Nie zdobywają nowej wiedzy, gdy już stuknie im 30-tka lub 40-tka. Historia, fizyka, chemia - nic z tego. Dziś już nawet takich dowodów nie trzeba przytaczać. Smutno.

W życiu osobistym nadal wszystko udane. Wykonałem szereg czynności dzięki którym jestem lepszy od innych, czyniąc mnie również bardzo oryginalnym. Nie ściągnąłem ani jednego filmu, odcinka serialu, gry ani płyty. Nie zalogowałem się w tym czasie na facebooka ani na żaden inny portal społecznościowy. Nie przeczytałem ani jednego komentarza pod filmikiem na YouTube ani też nie stworzyłem własnego. Nie napisałem niczego ani nie przeczytałem niczego na forum filmwebu lub pod artykułami tam napisanymi. Nie zajrzałem nawet na takie strony jak wp, onet, interia i inne. Nie zrobiłem sobie selfie, nie mam nawet odpowiedniego telefonu do wykonywania takiej czynności ani konta na stronach, gdzie jej efekty się publikuje. Nie słucham radia, nie oglądam wiadomości ani reklam, nie kupuję niczego w Media Expert. Nie usłyszałem ani jednej piosenki w wykonaniu popularnych wykonawców muzycznych których się nienawidzi i nagradza. Nie kojarzę ani jednej osoby będącej "artystą roku" ani też tegorocznych "hitów". Nie wiem, czemu ludziom przeszkadza nowy kształt miecza świetlnego. Nie oglądałem żadnego z najpopularniejszych nagrań na YT ani też nie spotkałem się z coverem "Let it Go", a nawet nie oglądałem "Frozen". Nie brałem narkotyków, nie upiłem się, nie popadłem w żaden nałóg i nadal mam niedowagę, więc wygrywam ze smutnymi tłustymi. Wciąż nawet nie kliknąłem w żaden "Let's Play" ani stream na twichu. Nie ożeniłem się, nie brałem udziału w żadnej wojnie, szczególnie tej konsolowej, między markami gier i smartfonów, nie klikałem "Lubię to".

Lost 1x07
Chwila. 
To wszystko wartości negatywne. Oczywiście, dla wielu z was to dobra wiadomość, szczególnie tych martwych. Dzięki takiemu porównaniu "nicnierobiąc" stajecie się lepsi od większości ludzi. To wciąż jedynie niepełna wartość.

O większości moich "dokonań" w mijającym roku, które nadają się do publikacji, już pisałem w felietonach. Oczywiście, mógłbym napisać, że dałem radę przez cały rok wstawać o 5:45 i przez myśl mi nie przeszło, by się zabić, co też stawia mnie ponad masą ludzi... ale już nie chce mi się żartować.

Prawda jest taka, że największym moim dokonaniem tego roku było zwyczajne przetrwanie. Dałem sobie radę z czym miałem dać, podołałem tym kilku małym wyzwaniom które sobie postawiłem, a te nieukończone wcale nie uciekły. Mam czas.

O 23:56 włączyłem sobie "After the Ending", ostatni utwór z mojej ulubionej płyty "The Empyrean", po którym o północy wszedł pierwszy, czyli "Before The Beginning". Jeśli nie znasz tej płyty - to bardzo duchowy album, nagrany przez kogoś, "kto umarł ale wrócił do żywych", bo wciąż ma tu coś do zrobienia. Dlatego właśnie słuchałem tego w tym momencie tak jak zaplanowałem. I poczułem, że to nowy początek. Poczułem obecność tych kilku drobiazgów, które były poza moim zasięgiem rok temu, ale teraz je mam i mogę przejść dalej. Stać mnie, by płacić ten miesięczny abonament w Spotify, i mogę je sobie włączać w pracy bez poczucia zażenowania, że co kilka utwór włącza się reklama. Co jest dziwne, bo wszyscy inni słuchają radia i nikomu nie przeszkadzają tamtejsze anonsy. Jak widać, niby wyżej śmieję się z ludzi którzy schudli 2 kilo w 2014 roku i są z tego dumni, a sam mam swoje żałosne osiągnięcia.

Calvary (2014)
Na blogu
Normalne podsumowania filmowe będą przez cały styczeń, ulubione filmy 2014 na początku lutego. Na obecną chwilę do obejrzenia mam jeszcze 23 filmy, ale są tam takie kwiatki jak "Clerks III", które raczej jeszcze nie powstało, oraz "The Cobbler" Thomasa McCarthy'ego, które w zeszłym roku miało chyba tylko premierę festiwalową. A póki co, może kliknąć tu i zobaczyć moje ulubione filmy 2014 w kolejności alfabetycznej. "Rozczarowań" nie będzie. Wprawdzie mam trochę agresywne poczucie humoru, ale chujem nie jestem, i nie mam potrzeby pisać niczego na poziomie: "O, spodobał ci się ten film? Żryj gówno, bo mi nie, bo jest do dupy! I będziemy pisać w trzeciej osobie, że MNIE się nie spodobał!!!". "Najgorszych" nie będzie, bo... nie mam czasu by oglądać złe filmy.

Większych zmian nie przewiduję. Utrzymam limit 4-5 notek tygodniowo, i będę pisał domyślnie o filmach które polubiłem (od 6/10 w górę). Chciałbym oczywiście, by była tu jakaś strona startowa, ale tego na Blogerze się nie da zrobić. Dlatego dokończę tylko to, co jest zaczęte... i popracuję nad promocją, chociaż nie mam ku temu pomysłów. Tworzenie fanpage'y na facebooku odpada.

What If (2014)
W temacie filmowych postanowień na nowy rok:
- więcej niż 2 filmy tygodniowo.
- przynajmniej jeden sezon serialu na tydzień, począwszy od lutego
- obejrzeć wszystkie seriale, które mam w planach i wciąż żyją, tzn. wychodzą kolejne serie
- zaliczyć cały Top 250 na RYM. Hehe, "Mama i dziwka" pewnie mnie rozłoży.
- obejrzeć "Heimat" z 1984 roku
- dokończyć retrospekcję "Lost"
- być przynajmniej na Nowych Horyzontach... a może odwiedzę jeszcze jeden festiwal?

Największe filmowe dokonania mijającego roku:
- obejrzałem "Yi Yi", "Love Exposure" i wiele innych filmów trwających te 3-4 godziny;
- mam za sobą "Berlin Aleksanderplatz", "All in the Family", "Firefly", "Six Feet Under", "Prisonera" oraz "The Wire";
- wykonałem wiele powtórek, dzięki czemu lista moich ulubionych filmów dobiła do 80;
- powtórzyłem cały 1 sezon "Lost" w całkiem zadowalającym stylu;

Postanowienie noworoczne... tak, mam jedno
Zamiast mówić sobie: "Jestem słaby", będę mówił: "Muszę więcej ćwiczyć".