środa, 30 stycznia 2013

Dark Knight Returns, part 2 (7/10)

Animation & Action, 2013


Historia jest kontynuowana - Gang został pokonany, większość jego członków znalazło inspirację w Batmanie i zostało jego chuliganami... I znowu - na okrak, jedną nogą wynika to z fabuły, a z drugą wynika z dupy. Joker się obudził i jego doktor proponuje mu, że pójdzie z nim do talk-show, będzie mu dzięki temu lepiej. Joker pojawił się w pierwszym filmie w dwóch ujęciach i miał chyba jedno zdanie dialogowe. Trzeci ważny wątek: na Kubie (?) USA walczy z Rosjanami, a pomaga im Superman. Też niby o tym wspomnieli w pierwszej części, ale również jednym zdaniem.

Who cares? Joker rządzi. Był tym powodem, dla którego obejrzałem ten i wcześniejszy film. Gra go Michael Emerson, i byłem z tego powodu strasznie nakręcony. Gdy tylko go usłyszałem, rozpoznałem bez problemu. Znałem ten łagodny, spokojny głos. Gdy skończyłem oglądać pierwszy part, była chyba 1 w nocy, ale i tak włączyłem drugi. Tylko do pierwszej sceny z Jokerem, chciałem to zobaczyć. I to dostałem. Jego występ w talk-show był tym, czego oczekiwałem po takiej postaci, i właśnie to zobaczyłem. Wspaniałe uczucie.


Ale... To trwa tylko 70 minut. To nie prawie 3 godziny Nolana, tutaj wiedziałem od razu, że nie dostanę porządnej, rozbudowanej, bogatej historii. Joker szybko wbiega do huba po czym wątek szybko się zamyka, by zrobić miejsce kolejnemu. Narzekałem na to już wcześniej, ale teraz ma to większe znaczenie, chodzi w końcu o Jokera! Wszystko kończy się o wiele za szybko i niezbyt ciekawie - oczywiście sama postać i jego konfrontacja z bohaterem jest satysfakcjonująca, tylko... to durne wbieganie do huba, nie ma nic więcej.

A potem - Superman wkracza do akcji. I wszystko wraz z tym jakoś zespala się w końcu w całość, choć można rzecz: na słowo honoru. Z początku nawet go nie widać, albo jest skryty w cieniu albo pokazany zostaje tylko ślad, że tu był - jednak w końcu dochodzi do jego pojedynku z Batmanem. Supermana, nadczłowieka, kosmity, niepokonanego, a mimo to Batman podejmuje z nim równorzędny pojedynek... z efektem, który musicie zobaczyć. Bo wszystko to zamknie się doskonałym zakończeniem filmu. Nie powiem, że całej historii, jak mówiłem, trochę tego pojawia się z dupy, ale zakończenie samo w sobie jest doskonałe. Kilka postaci umrze, wspomniany pojedynek skopał mi dupę, końcówka zmiażdżyła a ostatnie sceny usatysfakcjonowały. Po prostu: doskonałość.


Ale się cieszę, że w podsumowaniu 2013 roku będę miał przynajmniej jeden tytuł do odznaczenia w kategorii "Najlepsze zakończenie".

Czy najlepszy film o Gacku? Na pewno należy do czołówki, ale każdy wyróżniał się czym innym. "Maska Batmana" miała retrospekcje wprowadzającymi w znajomość Bruce'a z pewną kobietą. Dwa ostatnie filmy Nolana miały napięcie i bohaterów, "DKR, P2" ma dwa fantastyczne pojedynki, akcję, i Emersona w roli Jokera. Nolan ma lekką przewagę w tym, że jego historie były bardziej rozbudowane, dłuższe. Ale na dłuższą metę cieszę się, że obejrzałem wszystkie te tytuły.
http://rateyourmusic.com/film/batman__the_dark_knight_returns__part_2/

wtorek, 29 stycznia 2013

(NIEZŁY) DARK KNIGHT RETURNS, PART 1

Animation & Superhero & Crime & Action, 2012


Obejrzane ze względu na drugą część i pewną osobę w pewnej roli... Ale o tym jutro.

Nie siedzę w komiksach, o Batmanie mam takie se pojęcie. Widziałem filmy fabularne od Nolana, Burtona i tego trzeciego-którego-nazwiska-nie-umiem-napisać, z 50 lat temu oglądałem sporo odcinków serialu animowanego, zobaczyłem też niedawno "Maskę Batmana". Znam jako-tako realia uniwersum, umiem wymienić kilku przeciwników... Odpalam "DKR" i widzę, że Batman ma tu z 70 lat, jest staruszkiem, Joker siedzi sobie w spokoju w szpitalu Arkham, Two-Face przeszedł operację twarzy i obie połówki teraz się zgadzają...

...Okey.... To ile lat ma w takim razie Alfred? 180?
Po seansie się dowiedziałem, że to film na podstawie komiksu Franka Millera, więc to nie tak, że jakiś random wszedł z butami w to uniwersum i pozabijał połowę postaci, bo tak mu się podobało. Mnie to uspokaja.
Warto nadmienić, że nawet świeży widz dostaje wprowadzenie we wszystko co trzeba - pojawi się scena straty rodziców lub z nietoperzem w jaskini.


Przede wszystkim - silne upolitycznienie wszystkiego. Właściwie każdy ruch Batmana jest komentowany w telewizji, cała jego sylwetka jest omawiana i analizowana przez ludzi. Przez cały film toczy się dyskusja, czy jest przestępcą czy nie. Ale nie tylko - w jednej scenie przestępca w sklepie zakradnie się z bronią od tyłu do Gordona, ten jednak strzeli pierwszy. W domu pewnej nastolatki rodzice oglądający telewizję powiedzą: "zabił 17-latka. Wielka akcja policji!". Tego nie było w innych ekranizacjach Gacka, to z pewnością go wyróżnia. Podnosi wszystko na nowy poziom, dodaje smaczku wszystkiemu.

Akcja jest bez zarzutu. Przeloty nad miastem na tle wieżowców lub księżyca, wszelkie wybuchy a przede wszystkim finałowy pojedynek - rewelacja. Efektownie, ma dobre tempo, jest świeże i zachwycające. Sceny ociekają klimatem, są mroczne i dosadne. Gdy Batman dostanie w twarz, krew z nosa od razu się poleje.

Oczywiście, trzeba zaakceptować parę luk lub ułatwień ze strony twórców. Akcja na wysypisku, Batman wyciąga z kieszeni czoł i naciera. Czemu tak? Bo ładne? Albo każdy pościg kończy się w jakimś ujściu, placu budowy lub na klatce schodowej, podając w wątpliwość czy ci co uciekają naprawdę wierzą, że stamtąd wyjdą? Jakby na sam koniec zapomnieli, że mają zamiar uciec, a zamiast tego wpadają do takiego huba i się tam skradają, bawiąc z Gackiem w "Znajdź i zniszcz".

Minusy są generalnie dwa. Pierwszy - Gang, główny wróg w tej części, jest... śmieszny, wręcz żałosny. Składa się chyba wyłącznie z jakichś pryszczatych nastolatków, wyrwanych wprost z lat 80. To zwyczajnie słaby przeciwnik, serio ktoś taki sterroryzował całe miasto? Przy scenach z nimi cały film zalicza spadek, do poziomu dla 5-latków.
Drugi: narracja jest bardzo rwana. Wszystkie wątki stoją w rozkroku pomiędzy "pojawiają się z dupy" a "wynikają z fabuły", cała historia jest bardzo niezgrabnie połączona w całość.


A Robin jest dziewczyną. Przez pół filmu brałem ją za chłopaka, który wygląda na dziewczynę... Nie wiem, czemu jakaś randomowa dziołcha postanowiła być Robinem i skąd miała kostium, ale poza tym sprawdza się jako faktyczny pomocnik.
I jeszcze jedno... Kobieta z naklejonymi swastykami na sutkach. Nie łapię. Wstaliście kiedyś z rana i postanowiliście - "dziś nakleję sobie swastyki na sutki i tylko w tym będę chodzić!" Co się musiało stać, by do czegoś takiego dojść? Dziwne.

Ale to i tak nieważne. Oglądało się całkiem dobrze, animacja poza kilkoma wyjątkami (sztywne sięgania i siadanie na krześle w jednej scenie, tego typu drobiazgi) jest idealna, akcja jest efektowna. Jak na to czym to jest - liczącym sobie 70 minut wstępem do drugiej części filmu o Batmanie - jest w porządku.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/batman__the_dark_knight_returns__part_1/

niedziela, 27 stycznia 2013

STYLE WARS

Art Documentary, 1983


Lata 80, Nowy York. Kultura hip-hopu, kiedy to każdy zaczynał mówić językiem graffiti, break-dance'a i wspomnianego hip hopu. Biali, czarni, Latynosi - wszyscy się w tym odnaleźli, a ich celem było zostawić swoje imię na wagonie metra podróżującym do każdego zakątka miasta, pokazując wszystkim mieszkańcom jego dzieło i kto je zrobił.

Reżyser naprawdę wyszedł do tych ludzi, pogadał z nimi, dowiedział się sporo, i to na wielu poziomach. Jeden grafficiarz nie miał prawej ręki gdy zaczynał szkicować, inny mówił o wszystkim swojej matce która w ogóle tego nie rozumiała i cały czas się o niego martwiła, gdy o 2 w nocy wychodził by pomalować wagon. Jeden maluje, by bombować wagony. Drugi robi to dla siebie. Inny dla podobnych sobie. Zwykli ludzie nawet nie potrafią odczytać jego graffiti, więc oni go nie obchodzą.


Kiedyś wagony zamykane były na weekend i wyjeżdżały dopiero w poniedziałek. Teraz zatrzymuje się na 10 minut i zdążysz namalować kontury, wszystko się zmieniło. Każdy tworzył własny styl, każdy dokładał coś od siebie, wszystko się rozwijało i żyło, nabierało tempa. Różni urzędnicy główkowali nad tym, jak nie pozwolić na taki wandalizm, zwykłe mycie tylko rozmazywało i mieszało malunki ze sobą, wnerwiając tylko autorów. Sami grafficiarze zaczęli się ku*wić, gdy trafił się w końcu taki co zamalowywał ich robotę swoim graffiti, albo gdy członkowie innej ekipy kradli ich ruchy taneczne, samemu nic nie wymyślając. Powstały też wystawy graffiti, dzięki którym dzieciak mógł zarobić na swojej pracy. Wszystko się zmieniało, każdy w końcu żarł się z każdym.

Ciekawe, jak to wygląda dziś.

Dwie myśli:
- byłem strasznie biały w podstawówce. Przynajmniej w niektórych klasach.
- póki graffiti da się rozczytać, nie mam nic przeciwko niemu.



Mimo początkowego sceptycyzmu, ten dokument pozwala spojrzeć na ścianę w metrze i dostrzec tam nie tylko chuje namalowane markerem. A potem wychodzi daleko ponad to, mieszcząc wszystko w niecałych 70 minutach.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/style_wars/

piątek, 25 stycznia 2013

BLIZNY PRZESZŁOŚCI

Drama, 1996


Billy Bob Thornton gra, pisze scenariusz a nawet reżyseruje całość. Wciela się w łagodnie niedorozwiniętego mordercę w średnim wieku o imieniu Karl, który w dzieciństwie zabił dwie osoby (w tym swoją matkę). Teraz zostaje wypisany jako wyleczony, i po prostu zaczyna nowe życie.

Bohater jest świetny. Jest opóźniony i specyficzny, gada trochę jak robot (choć może to Thorton przeszarżował z południowym akcentem), ale nie czułem się przy nim niezręcznie lub że wymaga pomocy bo już nie umie sam o siebie zadbać. To ktoś kto dużo osiągnął, ktoś komu naprawdę pomógł pobyt w szpitalu a teraz mimo wszystko da się z nim pogadać. Jego rozmowy z Frankiem, młodym chłopakiem którego pozna spacerując po okolicy, są rewelacyjne. Rozmawia z nim o wszystkim, o życiu i jego rodzinie, ale przede wszystkim o sobie, czemu zabił i innych doświadczeniach życiowych (chowanie brata).


Mój problem z filmem... To przeciwnik. Jest nim chłopak matki Franka, z którym ta się spotyka dla tych chwil kiedy akurat jest trzeźwy i miły dla niej. Jest dupkiem, homofobem, chodzi nalany i całą winę za siebie zrzuca na gorzałę. Przede wszystkim, przez większość czasu miałem wrażenie, że ta historia nie potrzebuje villiana. Serio. Pewnie nawet jak czytacie tę notkę to wszystko trochę upadło gdy przeszedłem do niego. To film o życiu wyjątkowo ciekawej postaci i o tym, jak oddziałuje na otoczenie, jak sobie radzi i spotyka tych kilka miłych mu osób. I te sceny są świetne. To była moja pierwsza myśl związana z filmem: świetne sceny mieszają się z takimi-se. Sporo z tych drugich to właśnie wprowadzanie przeciwnika, pogłębianie jego sylwetki by widz naprawdę go nienawidził i kibicował Karlowi, by ten go na końcu zabił... bo do tego miało to prowadzić, to oczywiste. To ten schemat, pachnie nim od samego początku. Tylko z powodu konfrontacji w finale wykorzystuje się takich bohaterów w takiej historii. Ale wcale tego typa nie potrzebowałem, chciałem by sceny z nim się jak najszybciej kończyły. Wolałem, jak Karl rozmawia z lesie z Frankiem.

Ale im dalej, tym bardziej się przekonywałem, bo również i w tym wątku dochodziło do lepszych, mocniejszych scen. I było naprawdę dobrze. Nawet liczyłem przez moment, że dojdzie do dobrego zakończenia, to jest niestety zaledwie typowe (spoiler: mógł odejść, ucząc Franka że nie każdy problem w życiu da się rozwiązać przemocą lub sięgając po drastyczne środki. To byłoby naprawdę ambitne, a zamiast tego jest tak jak sobie to założyłem na samym początku. Z wyjątkiem samobójstwa, tego akurat nie ma. A skoro piszę w spoilerze - końcowa scena pożegnania małego z bohaterem rządzi. Właśnie przez to, że jest taka długa, od razu czuć że to naprawdę ich rozstanie. Koniec spoilera).

Jeśli polubiliście, obejrzyjcie koniecznie "One False Move" z 1992 roku. Też scenariusz Thortona, tylko solidniejszy i konkretniejszy jako całość, z magiczną gitarową muzyką. Ja go stawiam wyżej od "Blizn przeszłości". Jednak oba filmy są godne uwagi.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/sling_blade/

czwartek, 24 stycznia 2013

LES MIS NĘDZNICY

Musical & Historical Drama & niezamierzona komedia, 2012


Znajomy wygrał dwie wejściówki na przedpremierowy pokaz w połowie grudnia. Miał iść z dziewczyną, ale ta była niedostępna, zamiast tego powiedziała: "To idź z Garretem". To poszedł. Pozdrawiam Kasię.
Na początek - nie wiedziałem o filmie nic. Spodziewałem się musicalu, ale nie totalnego. Ku mojemu zaskoczeniu jednak, wszyscy tu wszystko śpiewają. Krótko, z początku zachowywałem się jak murzyn w operze z "Nietykalnych". Śmiałem się, widząc Jackmana i Crowe'a stojących naprzeciw siebie,  śpiewających z totalną powagą. To jest poza moją percepcją, dramat śpiewany. Tego nie umiem wziąć na poważnie, i chyba się nie da. Gdy jest komedia, albo inna lekka konwencja, mogę jeszcze tą umowność zaakceptować. Ale tu jest dramat na każdym poziomie, od upokorzenia przez śmierć i niewolnictwo. Niema nic niepoważnego, poza tym śpiewaniem. I przez to zamienia się w komedię. W scenie gdy Crowe chadza po dachu i śpiewa w ciemną noc, ktoś z mieszkańców powinien wstać i krzyknąć na niego, by poszedł spać. Bardzo się zdziwiłem, gdy tego nie dostałem.


Ale tak poza tym, to "Les Mis" są filmem w którym bardzo dużo rzeczy poszło źle i będę tu raczej pisał o nich. Poczynając na historii - jest słaba. Zaczynamy z więźniem który pracował niewolniczo przez ostatnie 19 lat za kradzież bułki. Jak to się stało, że za coś tak drobnego dostał tak wysoką karę? Nieczytałeś książki, nie wiesz. Teraz jest wolny, ale nikt niechce zatrudnić więźnia. Więc zrywa z przeszłością i postanawia zostać kimś. I zostaje. Koniec filmu? Nie, to dopiero pierwsze 5 minut. I nie wiadomo, jak tego dokonał. Przeskakujemy o 8 lat do przodu, bo po co to wyjaśnić. Więc jest już kimś, ma biznes i zatrudnia ludzi. Jedna z jego pracownic zostaje wydalona a jedyną opcją dla niej pozostaje prostytuowanie się. Więc jej pomaga, ale za późno. Więc pomaga jej córce. Ale jest jeszcze ten strażnik który ściga bohatera - i przyzwyczajcie się do tego, bo on w cudowny sposób będzie trafiać na bohatera przez cały film - podobnie jak masa innych postaci. Nikt o zdrowych zmysłach nie da rady zaakceptować takiej liczby przypadków. Dalej nie będę pisał bo pewnie zorientowaliście się, że nie ma tu czegoś w rodzaju wstępu. Całość jest strasznie rwana, niezgrabnie połączono kilka wątków w skutek czego po godzinie seansu nie pamiętałem ani też nie musiałem pamiętać o czym ten film był na początku.

Relacje między bohaterami nie istnieją, sami bohaterowie bardzo często są też plastikowi. Jest tu dziewczyna czująca miłość, rozumiejąca przez to, że ona go kocha więc on ma z nią być mimo że on do niej nic nie czuje... Ale nazywa się to miłością. A po tym umiera i zostawia po sobie tylko pytanie "Co ona w tym filmie robiła?". Była na ekranie przez 5 minut z czego 4:30 to śpiewała o swojej głupocie. Super. Trzeba to przyspieszyć - większość postaci jest niezapamiętywalnych a ich decyzje często są niezrozumiałe. Cosette jest w zasadzie przedmiotem którym się nikt nie interesuje. Ojciec dowie się, że ktoś ją kocha to nawet jej nie zapyta o zdanie tylko pobiegnie i przyprowadzi gacha, a reszta zrobi się sama.


W gigantycznym skrócie: montaż dźwięku nie istnieje. Nie ma tu dźwięków otoczenia, skrzypiącej podłogi, wiatru, czegokolwiek i poza nielicznymi wyjątkami jak dźwięki wystrzałów brzmi tu po prostu cisza. Są piosenki, jest muzyka, ale ludzie poruszają się jakby byli w próżni, to strasznie dziwne. Montaż jest katastrofalny, po upłynięciu godziny film zalicza niesamowite przyspieszenie kończące się tym, że po zmianie sceny daje się widzowi jedną sekundę by ten zorientował się, gdzie ta scena się rozgrywa, i zaraz potem zrobić zbliżenie na aktora gdy ten zacznie śpiewać. Wielkie sekwencje, sceny zbiorowe z setkami ludzi, kręcone z ręki w żywiołowy, dynamiczny sposób, trwające 5 minut skrócono do 30 sekund w montażu, w skutek czego nie da się po prostu docenić ogromu scenografii czy wysiłku, bo się tego nie dostrzeże.

Nawet piosenki są tylko poprawne, przez większość czasu słyszałem bardzo podobną melodię i przez pół filmu przygotowywałem się na to, że zaraz usłyszę "One Day". Aktorzy na wokalu ogólnie to spisali się przyzwoicie, taki Hugh Jackman i wielu innych dali radę, inni z kolei śpiewali bez melodii albo w piszczący sposób. Film był najlepszy wtedy gdy usiadł na tyłku i patrzył się na aktora śpiewającego swoją smutną piosenkę. Gdy taki moment przypadł Anne Hathaway, to wszystko przestało się liczyć. Nie trzeba było tych kostiumów, makijaży, greenscreenów, mnóstwa statystów i budżetu liczącego na oko 160 milionów. Ale gdy z kolei film to wykorzystywał, wtedy też było dobrze. Ale zrobił to jakieś 3 razy na film. Tylko tyle razy zobaczyłem wielkie, masywne najazdy kamery i tysiące ludzi w kadrze. Cała reszta filmu utoneła we wspomnianym montażu przez który naraz widziało się maksymalnie kilka osób podczas gdy w scenie uczestniczyły setki. Ale jak wspomniałem - są te ciche momenty. Jest scenografia, makijaż (Jackman jako niewolnik niszczy wszechświat), piosenek słucha się bez bólu. Film ciągnie się strasznie nawet mimo tego montażu skracającego zakończenie z 50 minut do 4.

Jako fan dobrej opowieści nie miałem tu czego szukać. Piosenki były przyzwoite, również pod względem wykonania. Ale wiecie co? Miło wspominam całość. Podziwiam ogrom tego wszystkiego, gigantyczną dekoracje i rozmach... Rzadko takie kino powstaje, tak naprawdę ostatnim był "Titanic". Więc nawet jeśli do kina się nie wybierzecie, to zachęcam do obejrzenia kilku fragmentów na YouTube, lub sięgnięcia po wersję reżyserką jeśli kiedyś wyjdzie. Sam na pewno tak zrobię.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/les_miserables_f12/
Morał jest taki, że trzeba rozkraść kościoły i oddać złoto do produktywnych ludzi którzy stworzą miejsca pracy i wtedy będzie już ok, dobrze zrozumiałem?

środa, 23 stycznia 2013

CRUMB

Art Documentary & Biography Documentary, 1994


- Jeśli nie rysuję przez jakiś czas, całkiem mi odbija. Jeśli nic nie narysuję, wpadam w depresję i chcę się zabić. Ale czasami kiedy rysuję, również chcę ze sobą skończyć.
- Co chcesz osiągnąć poprzez swoją pracę?
- Jezu! Nie wiem. Nie pracuję z jasno określonego powodu. Nie potrafię tak. To musi być coś... Zaczynam to rozumieć, kiedy już pracuję, ciężko to wyjaśnić. To znaczy, że nie do końca wiem, co robię. Potrzeba odwagi, żeby dać sobie szansę. Co z tego będzie? Jaki będzie rezultat?
To nie jest jakiś wycięty dialog. To początek filmu. Po prostu. Mieliście kiedyś wrażenie, że właśnie oglądacie coś, w czym każde słowo jest istotne?


Robert Crumb to autor komiksów, a film jest dokumentem mu poświęconym. Reżyserem jest Terry Zwigoff, ten sam od "Ghost World" i "Bad Santa" (dziwne). Dlatego w tym wpisie nie widzicie kadrów z filmu tylko jego prace, to wam o wiele więcej powie.
Film jest porażająco dojrzały i poważny, nakręcony tak że ma się pewność jednego: autora naprawdę interesowała sylwetka tego, o kim kręci. Chciał go poznać. Zaprowadziło to na tereny słuchania o seksualności, dzieciństwie, rodzicach, braciach i opowiadania o komiksie, w którym bohater po zgwałceniu kobiety stwierdza, że tej zniknęła głowa.


Dziwne jest to, że przez sporą część filmu nie odbierałem tego jakoś śmiertelnie poważnie. Bohaterowie z taką lekkością mówili o tym, jacy wtedy byli, mówili w swojej obecności co myślą o Crumbie i innych, interpretowali jego komiksy pod względem seksualności... Jeden brat fantazjował o zabiciu drugiego gdy byli mali, wszyscy zaczynali brać prochy (znaczy lekarstwa) w pewnym momencie, żeby się uspokoić, to było dawno... Ale z czasem to wcale nie przechodzi. Nie ma czegoś "dalej", i to co było 20 lat jest dla nich teraźniejszością.


Przyszło to do mnie dosyć późno. Może gdzieś tam chciałem by Crumba coś miłego spotkało dzięki czemu naprawdę nabrał równowagi którą teraz tryska. Chociaż może po premierze filmu coś takiego nastąpiło, kto wie.

Film sporo mi po sobie pozostawił.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/crumb/

PS. Niedługo obejrzę przynajmniej jeden art dokument.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

(książka) MALOWANY CZŁOWIEK - TOM II

Fantasy, 2008


Jest lepiej. Piszę ten tekst w czwartek wieczorem, a wczoraj musiałem przerwać lekturę o 2:30 w nocy. Początek jest trochę niemrawy - zaczyna się od urwanego jak się spodziewałem w połowie rozdziału, którego początek był w poprzedniej części.

Tak w ogóle to się zorientowałem, że błąd który przypisałem książce wcale do niej nie należy, bo książka w oryginale jest jednoczęściowa. Wina jest polskiego wydawcy który postanowił podzielić całość w złym momencie.

Wracając do początku: Arlen odwiedzi kraj na pustyni, do którego jedynego ma szacunek za to, że ten nadal toczy wojnę z demonami. Kraj ten jest bardzo słabą "metaforą" arabów i Islamu w ogóle, kobiety na głowach noszą chusty i w ogóle jebać tam kobiety, niech się cieszą, że pozwala im się oddychać. Wszyscy wierzą w swoją księgę i tego jedynego który przybędzie, a do obcokrajowców mają ciut więcej szacunku niż do swoich kobiet. Czyli wciąż zero. Oni są najfajniejsi, bo tak mówią. Pierwsza część miała "metaforę" chrześcijańskiego kościoła, który powraca w drugiej części, czyli sprowadza się to do tego, że całkowicie nieprzydatny ksiądz przyjdzie i wkurzy Arlena gadaniem w stylu "Ja wiem, jakie są plany boga, ale nie wszystkie". Znacie to, nie lubię takich wątków. Poza tym są kolejnym przykładem na to, że autor nie umie tworzyć oryginalnego świata tylko zżyna w najlepsze, z innych kultur i powieści.

Ale reszta jest nie tylko dobra, jest jeszcze lepsza niż poprzednia część. Rozwój Leeshy i Arlena jest po prostu niesamowity, to do czego dorastają i ich osobowość to mistrzostwo świata, a precyzja z jaką o tym opowiedziano to narracyjny miód. W tej części cała trójka ma już blisko 30 lat, i Rojer trochę od nich odstaje na każdym poziomie - miał mniej "czasu antenowego", mniej przeżył, i jako minstrel jest mniej ciekawą postacią, a moje myśli w stosunku do niego sprowadzają się wyłącznie do: "Oby nie stał się zazdrosnym dupkiem w przyszłości". Bo cała trójka nadal jest całkowicie normalna, dojrzała i odpowiedzialna. Myślą o swich błędach, uczą się na nich i potrafią się z nimi pogodzić. Rozmwa Rojera z Leeshą w szpitalu o tym, że nie można brać odpowiedzialności za wszystkich, albo jak Leesha uświadomi Arlenowi, że ten złamał obietnicę którą złożył samemu sobie... Wow. Konsekwenja i dojrzałość po obu stronach kartki, i u postaci, i u narratora.

Arlen przypomina mi teraz jakieś surrealistyczne połączenie Voldemorta z Edwardem z "Full Metal Alchemist: Brotherhood". Te same eksperymenty i zajście tam, gdzie nikt inny nie doszedł, ten sam młody wiek i niezliczone próby którym podołał. Uwielbiam tę postać.

I muszę coś sprostować - pisałem, że fabułą jest życie i jego małe kroczki, małe problemy po których przychodzą sukcesy i kolejne problemy. To nie znaczy, że nie było tu celu - ten był, od strony technicznej jest bardzo wyraźny. Widać, że wszystko zmierzało bezpośrednio do spotkania bohaterów, którzy musieli mieć określony charakter. I żeby tacy sie stać musieli przejść długą drogę, której autor poświęcił dokładnie tyle miejsca ile trzeba. Nie ma tu sprzeczności, pośpiechu, skrótów. Są tacy jacy mieli być, a ja mogę w to uwierzyć bez problemu.

Trzeci tom - czyli technicznie pierwsza połowa drugiej części - już zarezerwowana. Wystarczy opis by wiedzieć, że wszystko to ma o wiele większy rozmach, a wojna będzie prawdziwą wojną. Tu niewystarczy wrzucić jednego pierścienia do wulkanu. I liczę, że Rojer jednak dostanie więcej do roboty, by cała trójka była tyle samo warta.


7+/10.

wtorek, 15 stycznia 2013

FLASH FORWARD / Przebłysk jutra

Odcinki trzeci i czwarty za mną. I nadal mogę głównie pisać o tym, co można było zrobić duuużo lepiej. A to co dobre w większości dotyczy fabuły więc nie chcę spoilerować. Jest gość który w black-out'cie widział swoją zmarłą córkę żywą. Wiedziałem to już z poprzednich odcinków, wątek absolutnie poboczny i niezwiązany z niczym. I łatwo mi pisać, czego tu nie ma: podbudowania. Zero wstępu, zero zainteresowania widza tą postacią, fakt że zmarła osoba żyje jest ciekawy sam w sobie, ale ginie on bardzo szybko pomiędzy innymi scenami które dla odmiany mają znaczenie dla historii. Nie ma czegoś w stylu "Zacznijmy mówić o córce, jakby żyła, wkręćmy w to widza, a na końcu skonfrontujmy to podwójnie: z faktem, że jednak nie żyje, oraz że ojciec widział ją żywą w swojej futurospekcji". Albo: "Pokażemy życie rodziców po śmierci córki, jak starają się o niej zapomnieć a potem - już w innym odcinku - ojciec powoli wraca do tego, wspomina ją. W końcu żona go zapyta, czemu to robi, i wtedy pokażemy widzowi, co zobaczył, a następnie jak powoli pozwala sobie na rozważanie, że jego futurospekcja może być prawdziwa".

Ale nie. Wstępem jest tu "Widziałem moją córkę żywą". Skończyłem to oglądać 10 minut temu, jest 28 minut po północy, tyle wymyśliłem w tak krótkim czasie o takiej porze. Póki co.

Inny przykład: w trzecim odcinku bohater leci do Niemiec, by tam spotkać się z kimś kto twierdzi, że może coś wiedzieć. Tu już były pewne próby: na wstępie jest scena w której ten ktoś zostaje zapytany "Po co to robisz". Odpowiada: "Żeby się stąd wydostać" wskazując za siebie i tu następuje długi najazd kamery, by pokazać, że tym miejscem jest niemieckie więzienie. Ale znów, można było to trochę pociągnąć i wyjawić, że bohater ma się spotkać z zbrodniarzem wojennym dużo później, zbudować jakieś napięcie.

Swoją drogą, rozmowa z tym dziadkiem to już góra złych schematów. Wiecie, to ta rozmowa w której jedna osoba nie daje dokończyć i cały czas przerywa takimi zdaniami jak "Czemu mi to mówisz" lub "To do czegoś prowadzi?". A ta pierwsza tłumaczy w zawiły, baaardzo barwy sposób... I tak się denerwują nawzajem. A na koniec okazuje się, że dużemu podbudowaniu towarzyszył mały skutek. Coś niby dostali. Ale nie będzie to tak ciekawe jak wspomniany koncept z żywą córką w futorospekcji. Różnica polega również na tym, że do tego nieciekawego przygotowywano widza przez cały odcinek. Do tego ciekawego w ogóle.

Ogólnie takich scen jest sporo w tych dwóch odcinkach, i błędy się powtarzają. Niewykorzystany potencjał, słaba ekspozycja postaci, bardzo pobieżny charakter akcji, robienie sztucznego zamieszania wokół nie tego co trzeba lub niewspółmiernie wobec pozostałych elementów fabuły (ten zbrodniarz chce dostać uniewinnienie za powiedzenie tego co wie, więc jakaś statystka będzie męczyć dupę bohaterowi, że to za wiele i jeśli w sprawiedliwości chodzi o to, by z nazisty robić kogoś dobrego to ona już nic nie wie). Ale nadal opowiada ciekawą historię która gdzieś zmierza, na koniec trzeciego odcinka bohater zadaje świetne pytanie którego nie ośmielę się wam zdradzić, a na koniec czwartego pojawił się Charlie (!). I to dla mnie niezła rozrywka, tak oglądać i rozmyślać "Ja to bym inaczej zrobił. Na pewno. No ba"

MALOWANY CZŁOWIEK, TOM I

Fantasy, 2008



Na początek - jako że piszę teraz na nowym blogu do ludzi którzy niekoniecznie muszą mnie znać - wyjaśnię, jak to u mnie z książkami. Nie czytam obecnie dużo. Kilka rocznie, i to pewnie przesada. Lubię czytać, ale z jednej strony znalazłem już swoją ulubioną książkę, i nie miałbym nic przeciwko temu, że będę już tylko ją czytał, na przykład raz do roku. Jednak wiem, że książki to świetne medium i gdzieś tam czekają na mnie kolejne, nie tak dobre ale też dobre, po poznaniu których stwierdzę, że żałowałbym, jeśli bym ich nie przeczytał. Z drugiej - bardzo rzadko trafiam na powieść, która jest warta mojego czasu. Odpadam po kilku stronach, znudzony opisami lub powtarzanymi schematami. Ostatnio wziąłem "Klub Pickwicka", który był nawet fajnym językiem napisany, ale epizodyczność całości mnie odrzuciła. Lubię jak jest fabuła, a tu były epizody powiązane bohaterami i ekscentryczne opisy. Odpadłem po 40 stronach. "Nędznicy" - sto stron opisu zastawy stołowej, odpadłem. "Na wschód od Edenu", sto stron opisu życia poprzednich pokoleń pewnej rodziny (po tych stu stronach główny bohater jeszcze się nawet nienarodził), i nie miało to wpływu na nic, bo gdy przyszło do opisu matki Caleba to narrator wprost napisał: "Była zła i ch*j, nie wiem czemu, po prostu tak". Odpadam.

"Malowany człowiek" opiera się na takim pomyśle: po zmroku przychodzą demony, a ludzie bronią się przed nimi za pomocą runów które ich chronią. Rysują je na ziemi, a gdy taki demon przywali w barierę runiczną to pojawi się rozbłysk magii. Koniec, reszta to sztampowe fantasy. Bohater to dziecko wychowywane w małej osadzie która leży zdala od cywilizacji. I jest tam rynek, na którym ludzie handlują. I wszyscy są prostymi ludźmi. I są minstrele, śpiewajcy i opowiadający historie. I jest kościół. Wow, dno dna, autorowi wyraźnie się nic nie chciało. Przeczytałem w życiu z pięć fantasy i nawet ja narzekam.



Przypominam: przeczytałem całość. Nie z litości, była tego po prostu warta. Bohater jest ciekawą postacią, a narrator poświęca jej wiele czasu, by jego decyzje były realistyczne a historia poważna. Dzięki czemu całość w efekcie była ciekawa. Czytelnik poznaje Arlena gdy ten ma kilka lat, by 500 stron później opuścić go gdy będzie sporo starszy. Wszystko zaczyna się w małej obsadzie gdzie największym osiągnięciem jest zwykłe życie bez komplikacji, i to będzie w zasadzie wszystko. Nie ma tu odgórnego celu, przepowiedni czy innych schematów. Tylko ludzie i ich życie, toczące się własnym tempem. Bohater stawia sobie jakiś cel i małymi kroczkami do niego zmierza, i będzie to mieć znaczenie z grubsza tylko dla niego. I to naprawdę działa. Miło też, że to jedna z tych opowieści w których książki są przedstawione jako skarb a bohaterowie pożądają poznać zawartość tajemnych księgozbiorów. W ogóle wiedza jest tu dobrze opisana, że to dzięki niej ludzie przetrwali i w ogóle jeszcze żyją.

W pewnym momencie słodki, nierozgarnięty chłopak przyrzeczony jednej dziewczynie okaże się brutalnym osiłkiem. Wiadomo, schemat i można się było tego spodziewać. Ale zamiast tego moja reakcja brzmiała: "Cholera, szkoda że tak to się rozwinęło. Zapowiadała się dobra para z nich". To największe osiągnięcie tej książki. Polubiłem bohaterów, przynajmniej głównych i tych pobocznych. Brunę, Leeshę, Coba, Regena, Elishę, Słodką Pieśń, nawet Wieprza dobrze wspominam.
Nie ma tu jakiegoś punktu kulminacyjnego, książka kończy się w pewnym wyraźnym momencie dla wszystkich bohaterów, jednak nie ma nic spektakularnego. Bardziej w stylu "Gry o tron", chociaż nie aż tak. Jestem ciekaw, jak będzie to wyglądać dalej, co nowego dowiedzą się o świecie, jak to wykorzystają i kim zostaną.

Całość ma zasadniczo trzy wady. Po pierwsze, erotyka. Po stu stronach nagle Arlen spotyka dwie dziewczynki z którymi musi spędzić czas gdy dorośli będą rozmawiać. I dziewczynki oczywiście namawiają go na zabawę w pocałunki. A potem opowiadają o tym, co ich starsza siostra musi robić ojcu, gdy matka umarła. "Podobne do pocałunków, możemy ci tak zrobić jeśli pokażesz nam siusiaka". I tak dalej. Podobne wątki wracają przez całą książkę, czasami są wykonane lepiej, czasem gorzej, ale nigdy aż tak źle jak ten pierwszy przykład. Zero subtelności i właściwie znikąd wzięty wątek. I do teraz właściwie nie wiem, czy to książka dla dzieci, nastolatków, dorosłych? Sposób, w jaki wtedy o tym autor pisał nie wskazywał na żadną z tych grup.


Po drugie, jest trzech głównych bohaterów żyjących w tym świecie, jednak w różnych wioskach, nieznający się nawzajem. Ich losy pozostaną oddzielnymi do samego końca. Każdy z tych wątków przecina się z innym zdaje się w sposób całkowicie losowy, na jednej stronie czytałem o Arlenie, a następna strona już dotyczyła Leeshy. Brak płynnego przejścia lub choćby obietnicy, że tych ludzi coś połączy poza wspólnym światem. Do książki nie ma dołączonej mapki więc nie wiem, czy są koło siebie blisko choćby w znaczeniu geograficznym. Wprawdzie każdy z trójki weźmie się za inną specjalizację i mogę przypuszczać, że w przyszłości stworzą drużynę, ale na chwilę obecną przez brak płynności i powiązania cała książka zdaje się bardziej zbiorem trzech opowiadań które ktoś dla hecy pomieszał ze sobą.

Trzecią wadą jest ostatnie 20 stron, lub nawet mniej. Ja bym je przeniósł na początek następnej części, w obecnej formie wiedziałem, że i tak nic z tej sytuacji nie wyniknie bo zostało tylko kilka stron. Zakończenie tak czy siak jest słabe, bo i tak żadnego klarownego nie ma. Jak wspomniałem, historia to życie głównych bohaterów. Nie było tu odgórnego celu, tylko małe problemy i małe sukcesy, po których przyjdą kolejne drobne kłopoty - i tak dalej. Wszystko skończyło się zapowiedzią tego, że coś będzie w przyszłości i byłem ciekaw, jaka będzie ich przyszłość. Chciałem to odłożyć i być happy, ale nie. Jeszcze 20 stron, które nic nie zmieniły, i na 100% będą wspomniane w następnej części.
Żeby bardziej wam rozjaśnić. Czytacie to długie, rozbudowane i dopracowane zakończenie "Czary ognia". Po którym jeszcze macie 50 stron o tym, jak Harry spędza wakacje u wujostwa, czyli początek "Zakonu Feniksa" tylko przeniesiony do wcześniejszej części. Nie pasuje, prawda?

Ale to jak widać niewielkie błędy. Czytało mi się świetnie, ciekaw jestem kolejnej części.



7/10. Drugi tom już czytam.

niedziela, 13 stycznia 2013

BAMBI

Animation & Coming-of-Age & Children's, 1942


Czyli... jakiej płci jest Bambi? Męczy mnie, że tego nie wyjaśniają jakoś szybciej. Rodzi się i wszyscy przychodzą go zobaczyć, ten króliczek podchodzi i go sobie ogląda z każdej strony... Niepokojące. Mówi jak chłopiec albo i dziewczynka, wygląda jak chłopiec lub dziewczynka, nikt w filmie nie wydaje się tym zdziwiony i zachowują się, jakby wiedzieli, albo udają że wiedzą. Bambi to nie jest też zbyt jednoznaczne imię. Martwi mnie trochę ta obojnaczość filmu, poważnie.
I w końcu okazuje się, że jest chłopcem. I naprawdę nie wiem, czy to lepiej czy gorzej wobec tych scen z królikiem który go tam dotyka, łapie za nogi na lodowisku i tak dalej. A dziewczynka jelonek różni się z wyglądu od niego tym, że ma... dłuższe rzęsy? I tyle.


Generalnie całość nie jest do końca filmem, jest bardziej doświadczeniem do oglądania. Te wszystkie animacji, tła, kolory, to wszystko jest wręcz niemożliwie piękne i urocze. A zwierzątka leśne sobie po tym skaczą, biegają, fruwają, śpiewają nawet, i tak mija film. Są elementy coming-of-age, czyli bohater po urodzeniu sobie chodzi i uczy się świata. Dziwi się na widok śniegu, myli ptaki z motylami, a skunksa nazywa kwiatem (btw, czemu ten skunks jest tak bardzo homo?), ale to tyle. Niby dorasta ale robi to tak po prostu, jakby to była kwestia wzrostu. Potem patrzy na jedyną dziewczynę jelonek na całym świecie więc nie ma wyboru, zakochuje się w niej a przynajmniej tak to zostaje nazwane przez pozostałe postaci z filmu. Ogarnijcie jaki syf by się zrobił, gdyby w tym filmie było więcej damskich jelonków w wieku Bambiego.

Całość jest cukierkowa, ale nie aż tak by nie dało się tego ścierpieć, z wyjątkiem kilku scen. Jest też kilka mocniejszych, jak wataha psów przygnieciona kamieniami, ale poza tym seans mija... miło. Widoczki, nieśpieszny klimat (z powodu tego, że film nigdzie nie zmierza), to potrafi wystarczyć. Jak na to, w co ten film celuje - osiąga dobry poziom. To co jest tu dobre, jest naprawdę dobre. Po prostu jest tego mało.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/bambi/

czwartek, 10 stycznia 2013

ROSETTA

Coming-of-Age & Drama, 1999


Świetne, naturalne kino. Nie ma tu scenariusza w tradycyjnej formie, dla przykładu w ogóle nie ma ekspozycji. Widz uczy się świata i poznaje bohaterów po prostu obserwując, będąc obok nich. Cały film to mała historia o zwykłych ludziach radzących sobie z własnym życiem i decyzjami które podjęli. Wszystko kręcone w trochę niezdarny sposób, jak ojciec na przyjęciu urodzinowym swojej córki. Zawsze kilka razy podejdzie za blisko, niemal dotknie jej twarzy obiektywem.


To ciężkie kino, mimo wszystko. Bohaterka walczy z wieloma problemami, z czasem tego robi się tak dużo, że sama nie ma pojęcie co robić. A na pomoc liczyć nie może. Nie to, że nie zasługuje. Z tym akurat nie ma problemu.

Cała Europa to bliska rodzina. Polska w "Domie złym", Rosja w "Lily 4-Ever", Francja w "Rosecie" - dokładnie tak samo wszystko wygląda.
Dobrze, że bohaterką jest ktoś, kto zrobi wszystko by zmienić swoją sytuację.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/rosetta/

poniedziałek, 7 stycznia 2013

ZMOWA

Film Noir & Sports, 1949


Mały, świetny film. Krótki, trwa nieco ponad godzinę, jest prosty - bokser musi wygrać, prościej i banalniej się nie da. Jest świetnie opowiedziany - podczas walki są emocje, całość jest niezwykle intensywna i żywa. Od samego początkowego, intro z walką anonimowych zawodników w której widziałem tylko ich nogi. Następnie zobaczyłem obłędny opening z wręcz Altmanowską pracą kamerą pokazują u wejścia sprzedawców gazet, widzów oczekujących show, ludzi obstawiających prywatnie zakłady, menedżera martwiącego się o zakładnika. Wszystko w jednym, przepięknie skonstruowanym ujęciu - niesamowite. Zapewne drugi mastershot w historii kina, pierwszy był w "Scarface" (a w trzeci w "The Killer" z '46).


Cóż, jestem zwolennikiem narracji. Historia banalna, ale opowiedziana dobrze jest dla mnie atrakcyjna. A ta taka właśnie jest - postaci są proste i oczywiste, ale mogłem w nie uwierzyć. Jest bokser, który powinien przejść na emeryturę ale tego wieczora ma walkę i wierzy całym sobą, że wygra. Jest jego... kobieta, która boi się o niego i nie chce by wyszedł się bić. A tytuł zdradza już na starcie, co będzie dalej. Tak, oglądałem już to nieraz. Ale nerwówkę bohatera świetnie przedstawiono, sceny w szatni w których każdy poprzedzający go bokser opowiada o czym innym (jeden wspomina zawodnika, który przegrał 21 razy pod rząd, a i tak został mistrzem), a bohater rzadko coś na to odpowiada. Reaguje głównie twarzą, co jest o wiele wymowniejsza. Niemniej, czas leci. Co kilka scen przed kamerą pojawia się zegar przypominający o tym. Jest to w zasadzie klamrą, całość zaczyna się o 21:05 a kończy 22:15.

A gdy dochodzi już do walki, jest świetnie. Napięcie sięga wysoko, a całość z pewnością stawiam obok "Rocky'ego" oraz "Warriora".


7/10
http://rateyourmusic.com/film/the_set_up/

Podsumowanie 2012 /bonus cz.3

Na kolejne podsumowanie filmowe nie mam już pomysłów, więc wrzucę trochę statystyk z mojego lasta.

Nie wiem, czemu jakaś piosenka/płyta mi się podoba, bo się na tym nie znam, więc ten post to tylko wyjątek od reguły. Wątpię, bym pisał tu jakoś dużo o muzyce. Daję wyłącznie jako ciekawostkę.


Najczęściej słuchani wykonawcy (w znaczeniu ilości przesłuchanych piosenek):
1. John Frusciante
2. Opeth
3. Fleetwood Mac
4. Michael Giacchino
5. Shack
6. Carole King
7. Elton John
8. Susan Tedeschi
9. The Magnetic Fields
10.Tom Waits


 Najczęściej słuchani wykonawcy (w znaczeniu, ile czasu łącznie ich słuchałem):
1. Opeth
2. John Frusciante
3. Red Hot Chili Peppers
4. Fleetwood Mac
5. Shack
6. Sigur Rós
7. Gov't Mule
8. Elton John
9. Iron Maiden
10.Carole King


Najczęściej słuchane piosenki:
1. John Frusciante – Time Goes Back
2. Opeth – Burden
3. David Bowie – "Heroes"
3. Michael Giacchino – Parting Words
5. Dexys Midnight Runners – Come On Eileen
5. Michael Giacchino – Win One For The Reaper
5. Michael Giacchino – There's No Place Like Home


Najczęściej słuchane płyty (wg ilości piosenek):
1. The Magnetic Fields - 69 Love Songs
2. Shack - H.M.S. Fable
3. Michael Giacchino - LOST
4. Michael Giacchino i inni - Lost: Season 3
5. Lucinda Williams - Car Wheels On A Gravel Road


Najczęściej słuchane płyty (wg ilości czasu):
1. Shack - H.M.S. Fable
2. Porcupine Tree - In Absentia
3. Gov't Mule - Dose
4. Kult - Tata Kazika
5. The Stone Roses - Second Coming


Nie są to oczywiście zbyt obiektywne statystyki. Fleetwood Mac przesłuchałem wiele płyt, ale tylko kilka porządnie. Soundtrack z trzeciego sezonu "LOST" i  "69 Love Songs" mają ten sam problem: obie mają bardzo dużo piosenek, stąd ich jedno przesłuchanie wystarczyło by były wysoko. Poza tym widać spory wpływ filmu "Perks of Being a Wallflower".
Najlepiej jednak wypada ranking czasowy. Opeth wygrało ze swoimi 10-minutowymi wałkami z gigantyczną przewagą. Musiałbym słuchać drugiego w zestawieniu Frusciante przez 12 godzin, by lider się zmienił.

I nadal nie ogarniam jazzu oraz rapu. Tylko rock do mnie trafia.

Na koniec w ramach ciekawostki dam link do swojego rankingu ulubionych płyt, choć proszę wziąć pod uwagę, że nie jest zbyt aktualny.
http://www.youtube.com/watch?v=MdBAgyRGKQw

sobota, 5 stycznia 2013

ZABÓJCZA MANIA

Crime & Film Noir & Thriller, 1950


23 lata przed "Badlands" (oraz innym słynniejszym filmem wykorzystującym ten schemat, ale nie chcę psuć niespodzianki). Rezultat nieporównywalnie gorszy, choć ma swoje lepsze strony. Dla przykładu, twórcom udaje się dosyć długo ukrywać, jaki schemat mają zamiar wykorzystać. Blisko połowa filmu to poznawanie bohatera i jego zwykłe życie. Ale gdy już ten schemat wejdzie na scenę, wszystko opada. Ten schemat ma tylko jedno rozwiązanie, znałem je bardzo dobrze, a film nie bardzo się wysilił by je uatrakcyjnić lub zmienić. Od pewnego momentu na film zaczęło się składać wyłącznie wyczekiwanie na koniec.


Sporo rzeczy wykonano w filmie solidnie. Jest ciekawy opening, w którym bohater jeszcze jako dziecko kradnie z wystawy broń, a następnie jest rozprawa w sądzie. I on tłumaczy, że nie chciał zabić, tylko mieć przy sobie broń, bo tylko w tym jednym jest dobry. Potem jest kilka dobrych scen, w tym końcowa. Jest kilka dobrych zdań dialogowych (kiedy bohaterowie rozmawiają o tym, dlaczego zrobiła to co zrobiła - cudne, wiarygodne psychologicznie kwestie) i ciekawy koncept ze stosunkiem bohatera wobec zabijania.

Ale jest kartonowa postać kobieca, Hollywood w najgorszym stylu. Zachowuje się jak każda inna kobieta w tamtym kinie, podobnie z fryzurą i ubiorem. Bieg po bagnie? Szpilki i ciasna spódnica, żaden problem. Od statystki odróżnią ją fakt, że dziś nikt nie pamięta kto grał statystkę. Jej relacji z bohaterem w ogóle nie ma, zamiast tego tylko mówią sobie takie slogany jak "Cieszę się, że jestem z tobą", które nic nie znaczą. Ich przejście na ciemną stronę mocy też jest powierzchownie przedstawione, i trochę na siłę.


Ale klimat jest, i jako fan kina noir jestem z seansu zadowolony. Jednak w temacie powtórki wolałbym obejrzeć jeszcze raz "Badlands" z jego świetnymi bohaterami, klimatem i historią.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/gun_crazy/

piątek, 4 stycznia 2013

WALKABOUT

Dramat przygodowy, 1971


Czym jest walkabout wiedzą wszyscy, którzy obejrzeli ten genialny odcinek "LOST". Nie chcę wam zdradzać, czemu dwójka głównych bohaterów - nastolatka i mały chłopczyk - znaleźli się na pustyni, którą teraz muszą przejść by się uratować. To naprawdę dziwny wstęp, trochę zaskakujący pozytywnie ale też negatywnie, bo bohaterowie nie reagują właściwie. Och, musimy przejść pustynię? No dobra. Więc idą.



Idą. Cały film idą. I nic więcej. Trafią na aborygena, popływają w jeziorku, na koniec znajdą drogą i wrócą do siebie. W międzyczasie jeszcze zobaczymy z jakiegoś powodu polowanie na kangura pomieszane w montażu z ujęciami rzeźnika krojącego jakieś mięso. To chyba miało być głębokie, nie wiem. A ja siedzę i żałuję, że nie oglądam tego filmu z Randalem Gravesem.

Ujęcia są ładne, muzyka i plenery świetne, mnóstwo zwierząt przewinie się przed obiektywem, i to w zasadzie może się podobać. Ale sednem filmu nadal jest to, że oni idą. I nic więcej, to cholernie nudne. Nawet chyba nie wyjaśniono tej dziwnej rzeczy z początku filmu.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/walkabout/

PODSUMOWANIE FILMOWE 2012 /cz. 4

15 najlepszych filmów w 2012 roku wg polskich premier kinowych.



1. Koń turyński / Torinói ló, A (2011)
2. Avengers 3D / Avengers, The (2012)
3. Moonrise Kindgom (2012)
4. Mroczny Rycerz powstaje / Dark Knight Rises (2012)
5. Artysta / Artist, The (2011)

6. Muppety / Muppets, The (2011)
7. Elena (2011)
8. Kobieta w czerni / Woman in Black, The (2012)
9. Valhalla: Mroczny wojownik / Valhalla Rising (2009)
10.Róża (2011)

11.Skyfall (2012)
12.Cztery lwy / Four Lions (2010)
13.Arirang (2011)
14.Wstyd / Shame (2011)
15.Lęk wysokości (2011)



"Koń turyński" to bardzo smutne, bardzo mocne i bardzo hipnotyzujące kino. Dobrze, że w końcu nawet Tarr miał premierę w naszym kraju, choć sam widziałem go na resztkach po Nowych Horyzontach w styczniu minionego roku.
"Avengers", bo w końcu dostałem kino akcji kompletne, angażujące, pomysłowe i emocjonujące. Nie będę narzekał na brak dobrego kina akcji aż do 2015 roku (co najmniej).
"Moonrise Kingdom" to film, który najbardziej mi podszedł z filmografii Andersona. Tym razem ten dziwak pokazał, jak wyglądałby świat bez dziecięcej miłości - cóż mogę powiedzieć, ujął mnie tym.
"Mroczny Rycerz powstaje" - jestem świadom minusów tego filmów, ale cóż. Widziałem dwa razy i za każdym razem dałem się wciągnąć. Uwierzyłem, że Batman może przegrać, że Bane jest dla niego zbyt potężnym przeciwnikiem. Jednak minęło sześć miesięcy i nadal nie wyszła wersja reżyserka, zwracająca widzowi godzinę (lub półtora) które z filmu wycięto. Za to ocena w dół.
"Artysta" z kolei mnie kupił - nie lubię kina niemego, a tu niespodzianka: film został nakręcony całkowicie w sposób nowoczesny, jedynie ustylizowany na niemy. I to był strzał w dziesiątkę. Niezwykle urokliwa podróż.


"Muppety" pokochałem za rewelacyjne żarty czwartej ściany, "Elenę" za poważne i konsekwentne podejście do bohaterów ze strony reżysera. "Kobieta w czerni" kupiła mnie na starcie, perfekcyjnie wykonując wszystkie dawno temu wynalezione schematy, dodając tylko świetnego bohatera głównego. "Valhallę" widziałem dawno, ale polubiłem ten surowy i psychodeliczny klimat. "Róża", bo to mocna historia która ze mną została.

"Skyfall" dzięki scenom akcji, cała reszta sensu lub wartości wiele nie miała. "Cztery lwy", bo doceniam wysiłek twórców, nawet jeśli niezbyt efektowny. "Arirang" to zdecydowanie najbardziej pomysłowy film działający na wielu poziomach. Kim Ki Duka terapia własna, wykorzystujący swoje bóle by zrobić o nich film. Doznanie unikatowe w 100%. "Wstyd" był trochę za wolny i miał słabe zakończenie, ale muzyki warto posłuchać. "Lęk wysokości" to również niezła historia, choć od połowy przestaje zwracać zainwestowany czas w ciekawy sposób.

Ulubiona scena - mam ich kilka. Pierwszy pojedynek Bane'a z Batmanem, scena z wieszakiem z "Artysty" lub każdorazowe wyjście po wodę z "Konia turyńskiego". Najbardziej mnie zaskoczyła 20-minutowa sekwencja z "Kobiety w czerni", kiedy to z ekranu padnie tylko kilka zdań z offu, ale na scenie będzie tylko jedna postać milcząca przez cały czas. Wspomnieć muszę też o finale "Avengers", którego nie chcę podzielić na sceny. Dla mnie to 40-minutowa sekwencja i tyle.


Ulubiony bohater - oczywiście Bane, za jego teksty i aktorstwo Hardy'ego, ale Selina Kyle też bardzo polubiłem (choć chyba wyłącznie ze względu na aktorstwo Hathaway i tego, jak szybko zmieniała twarz). Arthur Kipps z "Kobiety w czerni" też przypadł mi do gustu, podobnie Hugo z filmu Scorsese. Miał w sobie sporo dziecka, ale był w tym dojrzały.

Najlepsza muzyka - zdecydowanie "Wstyd", ale te trzy godziny bębnów z nowego "Batmana" też mimo wszystko lubię. Również przy "Avengers" wykonano kawał dobrej roboty, to samo z "Artystą" (naturalnie, to w końcu kino nieme, tam zawsze jest świetna muzyka).

Najlepsze zakończenie - niestety nie było kandydatów. To samo z najlepszą historią. Jeśli chodzi o najlepszą narrację, od biedy mógłbym wyróżnić tę z "Kobiety w czerni". Najlepszy klimat - zdecydowanie "Koń turyński". Najlepsze otwarcie - "Mroczny rycerz powstaje", tuż za nim "Człowiek w oknie" i "Wstyd".

Smaczek roku: pieprzyk z "Artysty". Na drugim miejscu mógłbym dać piosenki z "Muppetów".

W sumie widziałem 52 filmy mające w tym roku polską premierę kinową. Nie obejrzałem jedynie "Argo", "Obławy", "Pokłosia" i "Tango Libre".

czwartek, 3 stycznia 2013

PODSUMOWANIE FILMOWE 2012 /cz. 3

5 najgorszych filmów w 2012 roku wg polskich premier kinowych.


1. Kac Wawa (2012)
2. Pirania 3DD / Piranha 3DD (2012)
3. Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 2 (2012)
4. Dziewczyna z tatuażem / Girl with the Dragon Tattoo, The (2011)
5. Musimy porozmawiać o Kevinie / We Need to Talk About Kevin (2011)



Nie żywię jakieś wielkiej niechęci do "Kac Wawa". Jest najgorszy, oczywiście, ale nie dlatego, że jest zły. Jest nijaki - nie ma właściwie fabuły lub bohaterów, seans to mniej więcej oglądanie niczego. Trudno to nawet zakwalifikować do jakiegoś gatunku. Komedia? Tam ledwo były jakiekolwiek próby wywołania uśmiechu. Jakby chociaż były co chwila żałosne gagi, to już coś by było, ale twórcom nawet tego się nie chciało zrobić. Zamiast tego jest tylko grupa polskich aktorów niszcząca sobie kariery poprzez dziwne tańce, strzelaniny na ulicy i inne próby zrobienia wiochy.
"Pirania 3DD" to standardowa kontynuacja - nadal jest bardzo głupio i bardzo nudno. Ostatnią część "Zmierzchu" nawet oglądałem z pewną przyjemnością, bo całkiem zabawnie było obserwować jak sama autorka niszczy swój dorobek i ośmiesza swoich fanów. Nawet mógłbym ten film polecić, jeśli nie lubicie "Zmierzchu" bo film jest autoparodią skierowaną do tych, którzy nie lubili serii lub wręcz byli jej antyfanami, a tych którzy serię lubili ma bardzo głęboko gdzieś (amatorzy na YouTube mający 10 widzów wkładają więcej wysiłku w tworzenie efektów specjalnych niż twórcy tego wysokobudżetowego filmu skierowanego do milionów czytelników).
"Dziewczyna z tatuażem" to książka w stosunku 1:1 tylko z kilkoma brakami psychologicznymi u postaci. Cała reszta niestety jest niezmieniona, czyli otrzymałem przerażająco nudny kryminał z niepotrzebnymi scenami przemocy w wątku tej babki który był kompletnie niepotrzebny dla głównej historii. Plus jest taki, że trwa krócej od czytania książki. "Musimy porozmawiać o Kevinie" z kolei nawet miało klimat i napięcie, ale nie miało montażysty, przez co było bardzo nudno bo nie miało sensu. Różne sceny przebijały się bez powodu i bez żadnego porządku, nałożono na to muzykę pasującą do wszystkiego (od obierania ziemniaków po kłopoty ze snem) i wypuszczono jako gotowy produkt. Na dodatek trochę pogadałem z fanami filmu i wyszło, że nie dano też bohaterom motywacji, zamiast tego pozwolono widzowi zrobić to za twórców. Gardzę takim kinem... Cała reszta niech napisze temat na blog za mnie, a następnie niech się nim cieszy.


Najgorszy kij w oko widza

Chyba w "Savages: ponad bezprawiem", gdzie pozwolono myśleć, że film wreszcie się skończył... Ale zamiast tego cofnięto ostatnią scenę i rozegrano ją inaczej. Bez powodu, bez sensu, całe kino zawyło - bo film generalnie ciągnął się i bez tego, i powinien się skończyć już po 40 minutach. Ale trwał ponad 2 godziny. Kolejne miejsce dla "Dziewczyny z tatuażem", jeśli uwierzyliście w slogan, jakoby to scenarzysta stworzył film na nowa, a w rzeczywistości niemal przepisał książkę. Trzecie miejsce dla "Prometeusza", jeśli nabraliście się na całą tą gadkę o wyższej cywilizacji i jej inteligencji. Sorry, to idioci. I agresywni, z jakiegoś powodu.


Kino polskie

Nie podobało mi się. Te dwa wyjątki o których wspomnę w temacie z najlepszymi filmami - cóż, dobre kino, ale bardzo monotonne jeśli chodzi o tematykę. Już powstały takie filmy, i zapewne powstaną. Była szansa na coś nowego, biografia Paktofoniki w filmie "Jesteś Bogiem". Z jakiegoś powodu opowiedzianą ją nie wspominając słowa o inspiracji bohaterów, o czym były ich teksty, czemu byli sławni, czemu zostali raperami i tak dalej. Nawet nie zapamiętałem pseudonimu trzeciego członka.
"W ciemności", jak na film oparty na faktach, był boleśnie pozbawiony realizmu. Mieli być cicho w tych kanałach by ukryć się przed Hitlerowcami, a co zamiast tego? Rodzenie dziecka. Bez żadnych konsekwencji. Na dodatek bohater ratował kompletnych wieśniaków, których każdy normalny człowiek by zostawił na śmierć - bo sami się zabijają nawet bez wojny wokół. Jak nie zginą teraz to później. I to nie przeszkadzało póki motywacją bohatera były pieniądze. Ale to też zmieniono (bez powodu) tak więc film już nie miał żadnych plusów. Był irytujący i sztuczny. I to były ponoć dwa najlepsze filmy roku, ten gorszy poszedł na Oscary. Reszty nawet nie chcę oglądać, choć nawet wiele nie zostało. "Pokłosie" i "Obława" - kiedyś obejrzę. Ale nie w tym roku...

środa, 2 stycznia 2013

NOC DEMONA

Supernatural Horror, 1957


Zajrzałem do programu, tam po północy trzecia część "Candymana". Poczułem chęć obejrzeć coś z tego gatunku, padło więc na dwa tytuły. Drugi obejrzę niedługo, teraz słów kilka o "Nocy demona" Jacquesa Tourneura. Film bardzo mocno gatunkowy i wątpię, by komuś się spodobał jeśli nie lubi takich klimatów lub akurat nie ma na nie ochoty.

Jedziemy z pewnym mężczyzną, deszcz i zmrok. Zajeżdża on do posiadłości, lokaj otwiera mu drzwi. Zapewnia, że pana domu nie ma i nie daje się przekonać namowami. Właściciel jednak rozpoznał głos gościa i sam do niego przyszedł. Zaczynają rozmawiać - gość przyznaje, że się mylił. Prosi, by ten czegoś zaprzestał. "Niektóre rzeczy łatwiej zacząć niż zakończyć" słyszy w odpowiedzi. Zgadza się jednak. Gość odjeżdża i wraca do siebie w burzy, przy parkowaniu w garażu dostrzega jednak kłąb dymu wydobywający się z pobliskiego lasu...

Poczułem to, i dzięki temu wyniosłem z seansu przyjemność. Jest tu sporo klimatu, posmaku klasycznego Hollywoodzkiego kina i trochę starań twórców. Niestety film ma dwa poważne braki. Pierwszym jest taki, że pokazano demona który pojawił się z dymu w lesie na początku. Jest sztuczny na pierwszy rzut oka, trochę karykaturalny, ale działa w połączeniu z nagłymi zbliżeniami, burzą oraz grą światłem. Prawdziwy problem polega jednak na tym, że wiedziałem od początku, że istnieje, a to stało w sprzeczności z całą resztą filmu. Bohaterem filmu jest naukowiec nie wierzący w nadnaturalne zjawiska i cały czas stara się wyjaśnić dziwne rzeczy które go spotykają i kpi z medium i tak dalej, jednak z punktu widzenia jest to zbędne. Wiedziałem, że się myli i czekałem aż to się zmieni. Dobijająca większość filmu to filler.

Drugim problemem jest sztywny bohater, którego po prostu nic nie rusza i nawet na sekundę nie zwątpi - do tego stopnia, że to jest sztuczne. Naprawdę nie wiem co by musiało się stać, by zmienił zdanie... lub chociaż by stał się ciekawszą postacią. Ale on tylko mówił: "eee tam".

Czytałem jednak, że scena z demonem została doklejona wbrew woli reżysera, co ma dla mnie zaskakująco wiele sensu. Film właśnie tak wygląda, i pewnie w wersji reżyserskiej całość ogląda się lepiej. Można się pewnie nieco utożsamić z bohaterem i tak dalej. Nie wiem tylko, czy taka wersja istnieje. Normalna kinowa to trochę nudnawa historia z przeciętnym aktorstwem, jednak ma spory klimat. I jak już pisałem, twórcy trochę się wysilili, więc np. gdy bohater usłyszy, że danego dnia umrze, to znajduje też swój dziennik z wyrwanymi kartkami po tej dacie właśnie. To działa na wyobraźnię.

Nie jestem zawiedziony, bo lubię obejrzeć takie kino raz na jakiś czas. Ale jakoś zadowolony specjalnie też nie jestem.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/night_of_the_demon/

PODSUMOWANIE FILMOWE 2012 /cz. 2

Najlepsze co obejrzałem w mijającym roku


1. Koń turyński / Torinói ló, A (2011)
2. Kto sieje wiatr / Inherit the Wind (1960)
3. Perks of Being a Wallflower (2012)
4. Avengers (2012)
5. Miętowy cukierek / Bakha satang (1999)
6. Oaza / Oasis (2002)
7. Morderstwo pierwszego stopnia / Murder in the First (1993)
8. Ognie św. Elma / St. Elmo's Fire (1985)
9. Noc i miasto / Night and the City (1952)

10.As w potrzasku / Ace in the Hole (1951)
11.Papierowy księżyc / Paper Moon (1973)
12.Opętanie / Possession (1981)
13.Twarze na sprzedaż / Seconds (1966)
14.Willy Wonka i fabryka czekolady / Willy Wonka & the Chocolate Factory (1971)
15.Mroczny Rycerz powstaje / Dark Knight Rises, The (2012)
16.Moonrise Kingdom (2012)
17.Wybuch / Blow Out (1981)
18.Dziura / Le Trou (1960)
19.Piękny i zły / Bad and the Beautiful, The (1952)
20.Piętro wyżej (1937)


I jeszcze Holy Motors, Indie Game: The Movie, Elena, Arirang, Red Lights, Kobieta w czerni, Gliniarz, Diabeł, Kimssi pyoryugi, Dobry, zły i zakręcony, Wampir (1932), Premiera, Badlands, Harold i Maude, Duch roju, Słodki zapach sukcesu, Zgadnij kto przyjdzie na obiad, Jeden fałszywy ruch, Król komedii, Bez skazy, Wybory, Blade - Wieczny łowca, Duck Amuck, Muppety, Artysta, JFK, W księżycową jasną noc, Jeden dzień, Special Delivery. O tym tytułach musiałem przynajmniej wspomnieć, bez żadnego porządku. Wszystkie były bardzo dobre.


Ulubioną sceną - opening trzeciego sezonu "Community", najbardziej radosny moment w kinematografii w ogóle. Oglądałem wielokrotnie tylko po to, skupiając się za każdym razem na innej postaci. Na dalszych miejscach: końcówka "Asa w potrzasku", każda w której Sam i Charlie są sami ze sobą ("Perks of Being a Wallflower"), śpiewania "Stille Nacht" ("W księżycową jasną noc") oraz jedzenie makaronu z "Kimssi pyoryugi".
http://www.tvshow7.eu/community-season-3-episode-1-biology-101/

Ulubiony bohater - Jeff Winger z "Community". Miał być tym fajnym i nim jest już trzeci sezon, zawsze ma idealny komentarz do sytuacji. Na dalszych miejscach - Sam i Suzy z "Moonrise Kingdom", Patrick, Charlie i reszta z "Perks of Being a Wallflower", Emma i Dexter z "Jeden dzień". I wszyscy z "Avengers" oraz "Ogni św. Elma".
http://www.youtube.com/watch?v=7OFfJeSQG00

Najlepsza muzyka - "Perks of Being a Wallflower" (/"Kikujiro")
Najlepsze zdjęcia - "Morderstwo pierwszego stopnia" (/"Wybuch")
Najlepszy scenariusz - "Miętowy cukierek"?
Najlepsza historia - "Piękny i zły"?
Najlepsze aktorstwo - "Opętanie"

Najlepsze smaczki (drobnostki, bez których film by się obył, ale są i sprawiają radość): świecący ptak z "Oazy", pieprzyk z "Artysty", odśnieżanie pod wpływem z "Perks of Being a Wallflower", śmiech Kevina z "Ogni św. Elma".
http://youtu.be/wvPmP4xTruI?t=1m45s

Najlepsza kwestia:
- "Jestem taka zmęczona. Nie sądziłam, że spotka mnie to już w wieku 22 lat. Nie wiem nawet, kim jestem" (Ognie św. Elma).
- "Nie chcę myśleć. Nic innego nie robiłem przez trzy lata. Trzy lata słyszałem w głowie jedynie własny głos, mam dosyć" (Morderstwo pierwszego stopnia)
- ...i ta jedna z końcowych w "Ace in the Hole", ale nie chcę spoilerować.
- "Community" oczywiście poza konkurencją.

wtorek, 1 stycznia 2013

PODSUMOWANIE FILMOWE 2012 /cz. 1

Najgorsze wspomnienia z mijającego roku w znaczeniu osobistym, wybierałem spośród wszystkich obejrzanych filmów w 2012 roku.

Zobaczyłem sporo gniotów, filmów na których się zawiodłem bo z początku sporo obiecywały a na końcu zrobiły trollface'a. Kilka sprzedawało brednie na poważnie, więc można było się z tego pośmiać, inne były szczerze głupie i nawet nie jestem na nie zły. Było wiele nudnych filmów, które męczyły ale tylko podczas ich oglądania a w dzień później nie miałem ochoty nawet o nich pisać, tak mało mnie obchodziły. Na dodatek mam już za sobą tę fazę, w której umiałem jedynie wytykać błędy, dziś wolę chwalić dobre kino. Zresztą tym złym kinem już sporo ludzi się w Internecie zajmuje, wyczerpując przy tym zwykle temat. Po części z przyzwyczajenia, po części by zachować równowagę, wspomnieć chcę tylko o trzech tytułach, jeśli bylibyście ciekawi jak głębokie może być dno kinematografii.


- "Trzy metry nad niebem" (2010)
Za największych kretynów, jakich zobaczyłem na ekranie. Chcecie stracić szacunek do kobiet, oglądajcie. Nie ma już głębszego dna, chyba że powstanie film w którym facet na dzień dobry tłucze jakąś kobietę kijem, a ona za to go będzie kochać. To trochę niepokojące, bo ten film właśnie kobietom się podoba z tego co zauważyłem.

- "Speed Racer" (2008)
Bo gdyby nie przerwy na reklamy to dziś miałbym padaczkę, tego nie da się oglądać. Oczy dosłownie bolą już po 5 minutach, wszystko się świeci, szybko miga i kręci tak że nie wiadomo gdzie jest dół a gdzie góra, żołądek zaczyna protestować... Nigdy nie znalazłem się pod wpływem narkotyków, ale obejrzałem ten film, więc to się chyba liczy...

- "Ptasznik z Alcatraz" (1962)
Najgorszy film wszechczasów. Najprawdopodobniej. Jedyny film który zmusił mnie do napisania tekstu którego czytanie trwa ponad 20 minut. Scena po scenie, 10 stron A4 i prawie 5500 słów. Niemożliwe jest uwierzyć w cokolwiek, choć to film na faktach, niemożliwe jest przełknąć głupotę tego co się dzieje.
http://www.filmweb.pl/film/Ptasznik+z+Alcatraz-1962-31121/discussion/Film+wręcz+niewiarygodnie+zły.,1971348


Największa zła głupota to chyba nowy "Zmierzch" i temat macierzyństwa, w którym dziecko jest przedmiotem. Przynajmniej tak traktowane jest przez narratorkę i każdą postać jaka się tu pojawi. Łącznie z wątkiem pedofilii, ktoś decyduje że będzie ją ruchał gdy ta dorośnie. Liczy się jedynie zdanie jej matki w tej kwestii. Które w zasadzie zmienia się bez powodu. To jest jeden z wielu momentów, gdy uzasadniona jest obawa o przyszłość ludzkości. "Lubisz Zmierzch? Tak na poważnie, nie jakoś ironicznie?... To sorry, musimy przestać się spotykać. Ja wolę, by moje dziecko miało matkę..."

Dodałbym jeszcze do listy najbardziej irytujących postaci bohaterkę "Homeland". Kretynka w pewnym momencie zaczęła denerwować mnie każdym zdaniem które wypowiedziała, a na dodatek ma tyle psychoz z którymi sobie kompletnie nie radzi, że miałaby problem ze znalezieniem pracy w spożywczym, ale twórcy starają się ją mi sprzedać jako agentkę federalną. God bless America, obviously they need it.

Więcej wyjątków chyba nie trzeba wspominać.