czwartek, 31 października 2013

Czy zabiłbyś dziecko?

Psychological Horror, 1973



Para turystów, w tym kobieta w zaawansowanej ciąży. Wynajmują łódkę by popłynąć na wyspę i odpocząć przez 2 tygodnie, 4 godziny drogi od brzegu Hiszpanii. Jest tam mała wioska, w której będą mogli wynająć pokój... Ale po przybyciu okolica wydaje się wymarła. Tylko pojedyncze dzieci biegają gdzieś w tle bez słowa, znikają tak szybko jak się zjawią.

Nie wiem, czy powinniście czytać dalej. To horror nietypowy, chociaż jednocześnie stosujący podobny schemat co każdy film z seryjnym mordercą lub plagą w stylu zombie i innych piranii. Ale nie tak, jak to widzieliście wcześniej. Jest sporo napięcia i na pewno warto to obejrzeć, chociaż po seansie do głowy mogą przyjść dziwne myśli.

środa, 30 października 2013

Oczy bez twarzy

Psychological Horror, 1960


Znany lekarz zostaje wezwane do kostnicy, by zidentyfikować ciało swojej córki. Procedura kończy się pomyślnie i jednoznacznie, doktor nie ma wątpliwości. Jednak gdy wraca do domu, zastaje tam swoją córkę, całą i... prawie zdrową. Czemu skłamał?

To nie jest horror, którego oglądanie zmusza do krzyku i wyjścia na papierosa. Bardziej wywołuje wewnętrzny wstręt i ból, który udziela się widzowi z czasem, który ten coraz więcej spędza z główną bohaterką. Lepiej nie będę się bardziej rozpisywał.;-)

Trzeba powiedzieć jedno: nie jest to zbyt spięty film, z czasem się rozłazi, dodając nowe wątki które niezbyt pasują do wcześniejszych scen, które z kolei były czasem zbyt rozwlekane. To prosty, poruszający i bardzo sugestywny temat, ale czy wystarczył na 90-minutowy film? Nie dla mnie. Gdyby był krótszy, bardziej skondensowany... byłoby lepiej. Taki techniczny zarzut.

Ale twarz bohaterki będzie się śnić po nocach. Mimo tego, że nawet jej nie zobaczycie.


7/10. Z minusem.
http://rateyourmusic.com/film/les_yeux_sans_visage/

wtorek, 29 października 2013

Koralina i tajemnicze drzwi

Puppet Animation & Fairy Tale, 2009


Z okazji Halloween dziwnie tak oglądać bajki dla dzieci. Jeszcze dziwniej jest, gdy okazują się one całkiem straszne. A przynajmniej intensywne i całkiem sugestywne. "Koralina" to adaptacja powieści Neila Gaimana w reżyserii Henry'ego Selicka ("Nightmare Before Christmas"), to póki co jego ostatni film. Jego styl animacji posłużył tym razem do opowiedzenia o małej dziewczynce, która właśnie się przeprowadziła do starego domu, który ma własną legendę. W domu ignorują ją rodzice, którzy chcą spokoju bo pracują. Poza domem prześladuje ją dziwny gaduła, oprócz niego są w okolicy tylko starsi, nudni ludzie. I kot. Z braku zajęcia bohaterka przeszukuje dom, poznaje go. Znajduje malutkie drzwi za którymi są... cegły. Jednak w nocy, będzie tam przejście do dziwnego świata, w którym niby wszystko jest takie same. Tylko lepsze. A postaci zamiast oczu mają przyszyte guziki...


Widać schematy i ogólną prostotę. Rodzice, którzy nie rozumieją dziecka, drzwi prowadzące w nocy do milszego świata, ogólna stylistyka wzięta niczym z gry "Psychonauts", tylko bez tamtejszej głębi. Szans na większe kino więc nie ma, ale i tak było ciekawie. Klimat mi się udzielił, wczułem się w ten wygodny i uśmiechnięty świat, a kolejne coraz bardziej psychiczne momenty bardzo przypadły mi do gustu. Cała ta gra toczy się o dosyć nijaką naukę by docenić rodziców jakimkolwiek by nie byli. Głównie przez to ostatnia trzecia część filmu nie robi już większego wrażenia, pod żadnym względem. Bardzo niespójne i bardzo nieprzemyślane to było.

Ale dla klimatu, piekielnie dobrej animacji i wielu drobnych, kreatywnych momentów warto obejrzeć. Na Halloween z młodszymi jak znalazł.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/coraline/

Obejrzałem ostatnio kilka seriali...

"Batman - TAS". Miałem się zabrać od dawna, w końcu zmotywowała mnie lista najlepszych odcinków od NC. Zachęciło mnie postawienie na psychologię postaci, i to właśnie dostałem. Większość przeciwników ma motywację, i w swoim wymiarze robi słusznie. Momentami nie mogłem uwierzyć, że oglądam serial dla dzieci. Takie odcinki jak o panu Freeze mogą być za ciężkie nawet dla dorosłego. Gotycki klimat i tak dalej, wiele tu od siebie nie mogę dodać, czego inni nie powiedzieli. Inspirujący serial, bardzo mi się podobał. Obejrzałem pierwsze 20 odcinków, więc te najlepsze ("Trial") dopiero przede mną. Będę oglądał dalej.


"Różowe lata 70-te". Z tego co pamiętałem, był to serial pełen niskiego humoru, cały czas odwołujący się do seksu. Niedawno przypadkiem obejrzałem kilka odcinków w telewizji, nie wiem który to był sezon ani nic. I obok wspomnianego seksu było tu jeszcze sporo normalnego humoru. Tytuł wisiał mi w "Chcę obejrzeć", postanowiłem zobaczyć z 15 odcinków i mieć to z głowy, zaliczone.
Dzisiaj za mną ponad 40 epizodów, i mam ochotę obejrzeć pozostałe 150. Ta produkcja przede wszystkim trzyma poziom (bezbłędny styl wizualny i casting). Nie ma słabych momentów, choć nie ma też wybitnych. W każdym jest coś wartego zobaczenia, coś co nawet jeśli nie wywoła mocnego śmiechu, to przynajmniej nie zniechęci do dalszego oglądania.
Odcinkiem który zmienił moje nastawienie był też oznaczony jako 6x22, w którym bohaterowie kombinują, co zrobić z kajakiem. I tego tak naprawdę oczekiwałem, nieco głupkowatego humoru nastolatkowego, pełnego wygłupów, to właśnie dostałem. Serial jest w pełni szczery w tym co robi, a takich produkcji nie ma wiele.
Nie powiem, by nie było tu mocniejszych odcinków. Są, nawet udane, gdy pojawia się śmierć w rodzinie z jednej strony twórcy umieją zachować powagę i pozwalają postaciom przeżyć tę historię. Z drugiej strony, robią to wysyłając Erica do baru, i tam wdaje się w bójkę. Komediowe, ale też naturalne. Nie będzie to jednak nic specjalnego, jak mówiłem: nie ma wielkich momentów. Porównałbym to chętnie do "Scrubs", tylko gorszego o 2 klasy. Ale zrobię to po obejrzeniu reszty odcinków. Wtedy też chętnie zrobię np. jakąś listę w stylu "160 najlepszych odcinków z serialu". Jest tego wart. Polubiłem ten świat, tych bohaterów. Takie detale: przyjaciele zostający na kolacji, zwracający się do rodziców bohatera po imieniu (ale bohater już mówi tylko: "Sir"). Sporo tego.


"House of Cards". Będzie krótko. Nie podobał mi się. Widziałem dwa odcinki i pas. Główny bohater bez sensu i uzasadnienie gadający z widownią to nie jest coś pozytywnego. To lenistwo w czystej postaci, brakuje tylko śmiechu z widowni. Taki bohater zepsułby każdą produkcję. Dowolna postać z "Lost" zaczęłaby tak robić, i wtedy przekreśliłbym produkcję nawet takiej klasy.
To nie jest łamanie czwartej ściany. To jest lenistwo. Obejrzyjcie "Muppety" albo "Community", tam jest łamanie czwartej ściany, i to mocno uzasadnione. Tam nie robią tego tak po prostu.
Widziałem drugi odcinek i zza tego lenistwa dostrzegłem niezłą intrygą czy coś w tym stylu, i tam twórcy jednak się starają, więc wiem, że ten serial nie jest gównem. Ale nie nadaje się do oglądania przeze mnie. Fajnie, że zaryzykowali, i innym się to podoba, ale ja odpadam. Oceny nie wystawiłem.

poniedziałek, 28 października 2013

Świt żywych trupów

Zombie & Black Comedy, 1978


Tani, półamatorski, kultowy film o chodzących trupach i grupie ludzi znajdujących prowizoryczne schronienie w centrum handlowym. Jest przeciętne aktorstwo, tanie efekty specjalne w stylu bardzo sztucznej krwi i szarej cery u martwych ludzi. Elementy gore są udane, klimat zaszczucia też wyszedł.

Gorzej, że nie jest to zbyt fabularny film, momentami jest to opowieść w stylu "z kamerą wśród zombie". Bohaterowie w pewnym momencie zaczynają po prostu sobie żyć, chodzić po sklepach i brać co popadnie, bawić się piłką w sportowym i tak dalej. Rozumiem, co w ten sposób chciano zrobić, ale nie zrobiono tego dobrze. Nie jest to fajne ani interesujące, zamiast tego nudzi. To wyglądało, jakby twórcom zabrakło pomysłów, i kręcili aktorów "bo jeszcze mamy taśmy na 20 minut, wykorzystajmy to". Inna sprawa, że to generalnie był nudny, pozbawiony charakteru i dłużący się film.

To jeden z tych produkcji, którym mogę wiele wybaczyć, bo widać, jakie mieli środki, i jak się starano, by zrobić więcej niż to było możliwe. Ale poza kilkoma momentami, nie ma tu wiele pozytywnych momentów. Złych w sumie też jest niewiele, jednak ogólne wrażenia nie są najlepsze i tak.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/dawn_of_the_dead/

(książka) Historia filmu dla każdego

Na początek: nie pytajcie się, co "polecam". Przejdźcie się do swojej biblioteki, znajdźcie dział o filmie, przejrzyjcie co macie. Jeśli coś będzie oprócz biografii/autobiografii ludzi kina, to już jest dobrze. Jak nie w tej, to w drugiej, na pewno macie ich więcej w swoim mieście. Ja przy pierwszym podejściu znalazłem tylko biografie Hopkinsa oraz Audrey Hepburn, i inne opisy "historii polskich aktorów", chociaż może was to akurat interesuje.

Do rzeczy: przeczytałem "Historie filmu dla każdego" Jerzego Płażewskiego, wydaną w 1968 roku. Autor wyszedł z założenia, że każdy powinien znać chociaż podstawy tego, czym jest kino, tak jak każdy zna podstawy malarstwa i kojarzy różne style lub artystów, oraz "ważne" dzieła. Około 70 lat pobieżnie opisał na blisko 400 stronach, choć jest ich więcej w książce (strony ze zdjęciami nie są wliczane). Pobieżnie, ale dokładnie. Każda dekada w każdym ważniejszym kraju jest opisywana, plus na początku ogólny rozwój wydarzeń (minus kinematografia Azjatycka, która wtedy dopiero zaczynała karierę za granicą). Zaczyna od wynalezienia kinematografu przez braci Lumiere, wypisuje innych ludzi którzy byli tego bliscy w tamtym okresie, i zaznacza, że jakby nie oni, to tego by dokonał ktoś inny, i to całkiem szybko. Sami Lumiere nie mieli za bardzo pomysłu, co z tym zrobić, co ciekawe. Potem przyszedł Melies i zrobił magię. W Anglii wymyślono coś takiego jak zbliżenie (początkowo bohater filmu musiał spoglądać przez lornetkę, by takie zbliżenie było możliwe). Potem okazało się, że robienie filmu na zbliżeniu nie bardzo ma sens, i trzeba to mieszać z innymi ujęciami. I tak powstało coś, co za kilka lat zyska termin "montażu".

Wtedy kino było rozrywką dla chłopów, jedną z atrakcji cyrkowych, i kina nie były miejscem, tylko przenosiły się od osady do osady, i grały tak długo, aż taśma ulegała zniszczeniu. Potem chciano z tego czerpać większe zyski, kino chciano sprzedać elitom, więc zrobiono "pierwszy film który zalicza się do sztuki", czyli "Zabójstwo księcia Gwizjusza". Czyli postawiono kamerę w teatrze, i ludzie klaskali, chociaż aktorzy teatralni ze swoją nadmierną mimiką na zbliżeniu wychodzili śmiesznie. I wtedy kino umarło na chwilę, przestało pracować nad swoim językiem. Aż przyszli włosi ze swoimi słoniami, i wtedy ludzie zaskoczyli: "Hm, tego faktycznie nie da się pokazać w teatrze". Szwedzi wprowadzili do kina naturę (śnieg, wiatr), Griffith zrobił pierwszy ważny w historii, wymyślając jednocześnie kino tak na dobrą sprawę. A potem Hollywood rozwinęło system klasowy, zaczęło ściągać do siebie wszystkich zagranicznych twórców, zdominowało rynek i wszystko szlag trafił.

Historia kina naprawdę jest niesamowita. Tyle razy to wszystko upadło i powstało, że brak mi słów. A to jedynie szczegóły, to nawet nie jest historia, to ciekawostki, luźno wyciągnięte z tego tomiska. Zresztą jedynie z okresu kina niemego, które zamknięto konkluzją: "Może gdyby kino narodziło się z dźwiękiem, nigdy by nie wyrobiło swojego języka, i służyłoby jedynie do rejestrowania przedstawień w teatrze". Daje to do myślenia.

A potem jeszcze McCarthyzm, neorealizm, kino faszystowskie, radzieckie, polskie, francuskie, angielskie, meksykańskie, hiszpańskie, włoskie, reakcje na wojnę, na dźwięk, wszystko w tym ogólnym kontekście przyjmowania wszystkich nowinek (Goebbels przez 10 lat próbujący zmusić swoich ludzi, by zrobili "Potiomkina" na Hiltera), tomiska teorii na temat "Jak korzystać z dźwięku" (by nie dublował tego co widać na ekranie, tylko dodawał nowe elementy, w stylu wewnętrznych monologów bohatera).

Sporo tego. Ale w sporym skrócie, i co chwila pojawia się jakiś nowy temat, czyta się więc bardzo szybko. Minusem są dla mnie momenty subiektywne, w których Płażewski nie opisuje samych faktów, tylko wkręca swoje opinie, i zawsze są to jakieś dwu zdaniowe, dziwne wyrażenia. Filmy Cayette'a "zbyt logiczne", teoria Canudo "naiwna", "Obywatel Kane" jest ponoć o tym, że żadnej prawdy nie ma. Nie dla takich rzeczy sięgałem po tę książkę.

Ale swoją rolę wypełnia, więc jest dobrze. Ostatni rozdział obejmuje ówczesną teraźniejszość, czyli 1955-1967, w których sporo spekuluje na temat przyszłości. Miejcie to na uwadze. Niemniej, pozycja warta poznana, jeśli wcześniej nic na ten temat nie czytaliście.

niedziela, 27 października 2013

Take Shelter

Psychological Drama, 2011


Opowieść o Curtisie, który żyje od wielu lat jako ojciec i mąż od wielu lat, aż niedawno zaczął widzieć różne rzeczy. Nadciągająca burza, deszcz gęsty niczym olej, nagłe grzmoty chociaż na niebie nie będzie nawet chmurki. W snach z kolei dzieje się jeszcze gorzej. Tam Curtisa może zaatakować pies, a rana od ugryzienia będzie go boleć jeszcze na jawie. Co się dzieje? Co to oznacza?

"Take Shelter" to jeden z tych tytułów, o których chyba lepiej nic nie wiedzieć. To co będę pisał w następnym akapicie niektórzy mogą potraktować jako spoiler. Sam nie wiem, czy bym tak to potraktował. Podszedłem do oglądania nie wiedząc nic i byłem zaskoczony ogólnym kierunkiem scenariusza. Sami zdecydujcie. Tutaj napiszę tylko: obejrzyjcie, jeśli lubicie kino psychologiczne. Nie jest to Bergman, nie są to "Szepty i krzyki", ale momentami jest to kino ocierające się o takie, które fani kinematografii powinni zobaczyć. Uprzedzam tylko, momentami może być nużące, chociaż jest dobrze jak na temat i zagrożenia jakie ze sobą niósł (łatwo można było przesadzić, i popaść w fałsz lub pretensjonalność). Jeśli nuży was słuchanie ambientu, możecie momentami mieć problem z wytrwaniem do końca.



Schizofrenia. To chyba ostatnie, czego bym się spodziewał. Schemat filmowy do którego współczesny widz jest przyzwyczajony wyklucza właściwie większość tego, co tu się działo. Matka z chorobą, zagrożenie, że przeszło to na syna, pójście do psychiatry... Cholera, kto chodzi w kinie do psychiatry? Dzisiaj to zdanie nie brzmi nawet prawdziwie, jest używane jako żart ("Może powinieneś z kimś o tym pogadać, HEHE?"). Kto był na kozetce ostatnio? De Niro w "Depresji gangstera" i Tony Soprano. Pomijam epizody, jak Tony Stark w "Erosie".
Zresztą, wykluczono w ogóle możliwość, że te wizje coś znaczą. Spodziewałem się czegoś w stylu Noe, a zamiast tego dostałem opowieść o schizofreniku, który się boi. Co ważniejsze, jeszcze nie jest w pełni chory, jest na granicy, większość dnia spędza jak normalny człowiek, ale w nocy zmoczy łóżko. I stara się radzić sobie z tym problem na własny sposób, bez łykania czego się da. To naprawdę kino, które potrafi sięgnąć do widza, dotknąć go. A on nie poczuje się, jakby ktoś zrobił na niego kupę. Zamiast tego, miałem wrażenie jakby ta opowieść poszerzyła moje horyzonty. Jestem teraz w stanie choć trochę zrozumieć taką osobę, jak ona widzi świat i radzi sobie ze swoimi problemami (fenomenalne sceny w schronie), i jeszcze czuję za to pewną wdzięczność.




"Take Shelter" ma całkiem niezłe efekty specjalne, ładny klimat (dużo otwartym przestrzeni, mała znająca się nawzajem społeczność okolicy) i dobrych aktorów. Całość jak pisałem wcześniej, może poważnie znużyć, częściowo celowo. Na przykład, jest scena w której bohater oddaje psa. Pyta: "Chcesz psa?". Tamten mu odpowiada twierdząco. Cięcie. Bohater już wykonuje ten gest zamykania samochodu, pies już jest zapakowany i gotowy do drogi. Wszystko tak ustawione, by cała scena składała się wyłącznie z dialogów, by nie było żadnego działania pomiędzy. Tylko stanie i gadanie. Zresztą dialogi też nie są najlepsze, momentami pisane jakby pod idiotów, żeby i oni zrozumieli.

Minusy?... Włosy Chastain nie skomponowano ładnie z całą tą zielenią.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/take_shelter/

sobota, 26 października 2013

1000 lat po Ziemi

Adventure, 2013


Ponoć miał to być film o wycieczce rodzinnej, w której ojciec zostaje ranny i syn musi się przebić przez niebezpieczny las i znaleźć pomoc. A potem wsadzono do tego kosmitów, przestrogę przed niszczeniem Ziemi, dziwne stwory których jedynym zmysłem jest wyczuwanie strachu, cała historia wystrzeliła w przyszłość więc dodano jeszcze klimaty post-apokalipsy, czego tak naprawdę nie widać, bo chodzą po lesie... A potem jeszcze zatrudniono M. Night Shyamalana, by to reżyserował. Nie powinienem się go czepiać, bo PONOĆ pomysłodawcą i twórcą filmu był Will Smith który chciał z syna zrobić gwiazdę letniej superprodukcji, ale... trudno, będę jechał Shyamalana.

Niedawno przypomniałem sobie "Znaki" w recenzji od NC, i to niemal ten sam film. Will Smith gra to samo co Mel Gibson, Jaden Smith gra to samo co Rory Culkin (tylko tak 10 razy bardziej), i to w zasadzie wystarczy za komentarz odnośnie poziomu aktorstwa w tym filmie. Cały ton opowieści jest pozbawiony życia i emocji. Co jakiś czas pojawiają się retrospekcje cholera wie czego, w całkowicie przypadkowych momentach które nic nie mówią, a gdy w końcu wyjaśni się o co chodzi, to okaże się, że... były całkowicie zbędne, nie warte zapamiętania i na siłę udziwnione. I najważniejsze: "After Earth" jest pieruńsko nudne, bo nic się tu nie dzieje. A twórcy nie mieli zielonego pojęcia o budowaniu napięcia, atmosfery zagrożenia lub narracji filmowej, o poczucie smaku nie wspominając. Ktoś za Shyamalana mógł wymyślił jakieś podstawy, ale to on nadał im ostateczny kształt, to on poprowadził aktorów. Wszystko tu wygląda jak film Shyamalana i tyle.

Oglądanie tej sceny grozi śmiercią ze śmiechu.

Początkowe przekombinowanie fabuły ma tylko taki skutek, że film zaczyna się pół godziny po rozpoczęciu. Dopiero wtedy trafiają na Ziemię, starszy Smith jest ranny, więc Młody musi przejść na piechotę do drugiej części statku którym tu przylecieli, i rozbił się on na dwie części, i w tym drugim jest sposób, by wysłać sygnał, i wtedy przylecą po nich i ich uratują. Więc młody wychodzi, i idzie, i biegnie, i idzie... Jestem przekonany, że Randal Graves już nigdy nie nazwie trylogii "Władcy pierścieni" jako "filmy o chodzeniu". Przy "After Earth" filmy Jacksona są jak "Szybcy i wściekli 6".

Braki akcji wypełniono mnóstwem żenady. Starszy Smith siedzi cały czas na fotelu i gada do Młodego, który tam sobie chodzi, bo to przecież nie jest żadną przeszkodą, by był między nimi dialog. Gadanie do krzaczka wcale nie wygląda debilnie, szczególnie podczas kłótni. Ojciec lubi sobie pogadać do syna, nawet gdy ten go nie słyszy. Natrętne retrospekcje pełne pretensjonalności i dialogów, które guzik znaczą, i sprowadzają się do powtarzanie 10 razy tego samego ujęcia). Częste wtrącanie motywu "to MY, tysiąc lat temu, zniszczyliśmy Ziemię". Absolutnym Królem Żenady w tym filmie jest Jaden Smith, który na przykład widząc zwierzątka lubi do nich pokrzyczeć. Wiecie, w stylu: "Zostawcie mnie w spokoju!". Coś mi to przypomina...

Były momenty, w których spod tego beznadziejnego aktorstwa i reżyserii wystawał na chwilę dobry film. Jednak szybko był zagłuszany przez kolejny monolog lub dialog, albo flashback, bo czemu nie. Pierwszy moment po rozbiciu, kiedy Młody dochodzi do siebie po szoku, wtedy była cisza, i naprawdę można było to poczuć. Atmosfera lasu, katastrofy i zniszczenia była bardzo wyraźna. Ale szybko zaczęto gadać, przyspieszono tempo i wszystko zepsuto. Albo to: w pewnym momencie siada komunikacja między Ojcem i Synem. I młody musi sobie przypomnieć słowa ojca, jak i gdzie miał iść. Rysuje sobie trasę na ścianie jaskini - materiał na udaną scenę, prawda? A skąd, cały czas słychać łopatologiczny monolog z offu, zresztą ów moment ledwo trwa sześć sekund. Głupie i żenujące kino.


2/10.
http://rateyourmusic.com/film/after_earth/


Top 5 Shyamalana

1. Szósty zmysł
2. Osada
3. Znaki
4. 1000 lat po Ziemi
5. Zdarzenie

piątek, 25 października 2013

Niewidzialny duch

Horror, 1941


W sumie nigdy nie zastanawiałem się, co Joseph H. Lewis robił, zanim nakręcił "Big Combo". Teraz już wiem. Przydzielano mu rzemieślnicze, tanie filmy drugiej klasy, w jednym z nich wystąpił akurat Bela Lugosi. Rozpoznawalna twarz w produkcji, która klimatem do niej pasuje, do tego wydarzenia mają się kręcić wokół "mrocznych" rzeczy, a reszta jakoś wyjdzie. Łącznie z tytułem. Spójrzcie na ten tytuł, piękny jest.

Wyszło tak, jak można się było tego spodziewać. Niechlujnie, tandetnie, w pośpiechu i bez smaku. Martwi upadają robiąc kroki, kilka scen wygląda jakby jeszcze raz użyto taśm z wcześniejszej części filmu. A Lugosi szarżuje, bardziej zahaczając o własną parodię Draculi. Sceny morderstw wyglądają dziwnie - mordowana w ogóle nie krzyczy, tylko zada głupie pytania, a zabójca patrzy się w kamerę, co skutkuje nie do końca tak, jak to zaplanowano. Fabuły nie chce mi się komentować.

Rozgrzewka przed Halloween to jednak całkiem mocna zaleta.;-)


3/10.

Filmweb Offline 2013

W sumie niezły pomysł, opisać jak było na Filmweb offline. Było kilka momentów wartych wspomnienia. Kilka uwag na początek: całość była darmowa - spotkałem gościa, który obawiał się np. że tylko jeden film będzie darmowy, a reszta za dopłatą, więc uspokajam podobnych. Istotnym ulepszeniem było znalezienie miejsca siedzącego. Rok temu stałem cały czas i pewnie to było głównym powodem zmycia się niedługo po północy. Ważne: większość ław w tym lokalu była ustawiona plecami do siebie lub do ściany, ale ta moja z tyłu miała przejście pomiędzy stolikami. Więc mogłem przez nią przeskakiwać, gdy chciałem wyjść lub wejść, bez przeszkadzania innym (siedziałem pośrodku). To naprawdę dla mnie było istotne. Poczułem się młodo.

Ale po kolei: w telewizji leciał z jakiegoś powodu "Dyliżans" Forda, bez dźwięku. Każdy przy wejściu dostał darmowe kupony na picie, alkohol i pozostałe. Niby ograniczone, ale po jakimś czasie w naszej małej grupie wywaliliśmy to wszystko na stół i każdy brał jak chciał. Zresztą potem i tak chodzili po ludziach by rozdać jeszcze. Dzięki temu nie mam pojęcia ile wypiłem. Strzelam, że jakieś 10-15 szklanek coli. Za rok będę brał jakąś wodę do tego, bo następnego dnia warg nie czułem. Szacunek dla kelnerki, która chodziła z tacą większą ode mnie, i ładowała na to wszystkie szklanki, do oporu. Jedną ręką.

Konkursy. Na początek każdy dostał taki pasek z nazwiskiem jakieś postaci filmowej, i trzeba było znaleźć jego parę. Ja tym razem zrobiłem dwie rundy po całym lokalu, pytając się kogo mają i im pomagając jak Batman. Trudność była w tym, że miałem Stana Goodspeeda i nie miałem zielonego pojęcia, skąd on jest (myślałem, że z "Breaking Bad"). A także w tym, że moja para okazała się siedzieć obok mnie przez cały czas. Tak się na nią wydarłem za to, że do dziś mi z tego powodu głupio.

Większą wiochę zrobiłem jednak, gdy były cytaty. Chodziło o to, by podnosić rękę a nie krzyczeć na cały lokal. Pan Walkiewicz na początek zaznaczył: "W jakim mieście rozgrywa się akcja filmu, z którego pochodzi ten cytat: " (jakiś debil obok mnie krzyczy: "Andrzej Wajda!"). Wyciągam rękę i walę: "Bulwar zachodzącego słońca!". "Źle, chodzi o miasto". Zaskoczyłem w pół sekundy i wypaliłem jak ostatnia pała: "Los Angeles!". Pan Walkiewicz tylko zacisnął zęby i pozwolił mi już wygrać. Koniec błazenady? Nie. Bo po odebraniu wygranej wycofałem się i zauważyłem, że dostałem dwa filmy. Więc żeby już nie krzyczeć klepnąłem pana Walkiewicza w ramię, podałem mu "Polowanie" z 2012 roku i odszedłem. Borysa się mnie pyta: "Czemu oddałeś tamten film?", i ktoś mnie klepie z tyłu w ramie. Przypadkowie ludzie podali mi inny film. Walkiewicz po prostu mi go wymienił.:D Jak słowo daję, nie wiedziałem, że tam się wygrywało 2 tytuły.

Najdziwniejszym momentem wieczoru była rozmowa w kolejce do toalety. Byliśmy tam we dwóch tylko, tamtego poznałem już rok temu na poprzednim "Offlinie". Jak mnie zobaczył to od razu zaczął gadać o mnie, o moim blogu, że mnie lubi... pewnie miało to sporo wspólnego z kuflem, który trzymał cały czas w dłoni, a machał nim tak żywo, że wciąż jestem w szoku, że wylało mu się tylko parę razy (w tym raz na mnie). A ja stałem zaskoczony, przez jakieś 5 minut, słuchając go. Skończyło się na tym, że gadaliśmy o filmach Bergmana.

Były jeszcze m.in. kalambury i konkurs muzyczny, ale to ledwo brałem udział. Wiem, że była ścieżka z "Drive" i "Kill Bill'a", ale ledwo słyszałem. Potem jeszcze grupa chłopów śpiewała na własny użytek piosenki Kultu. Niechcieli śpiewać Arahji, choć ich poprosiłem. Nie wiem dlaczego.

Ogólnie wspominam to wszystko bardzo miło. Usłyszałem wiele miłych rzeczy o sobie, swoim blogu, ktoś inny mnie rozpoznał... Poznałem też wielu nowych fajnych ludzi, z którymi chętnie wypiję w przyszłym roku. Rotacja była spora, bodaj 20 minut przed wyjściem ktoś nowy się do nas dosiadł. I to było w porządku. Plus mogłem sobie usiąść, pomilczeć i nikt nie miał o to do mnie pretensji.

Wszystko skończyło się po 5 rano, kiedy przestało się chcieć czekać, aż słońce wzejdzie, i wróciłem do domu. Gdy zapisywałem się na imprezę to miałem w sumie 7 punktów, powodów, żeby się tam udać, i wszystkie spełniłem. Obejrzeć filmy, wygrać coś, spotkać się z określonymi ludźmi... Jeden znajomy się rozchorował i miał nie przyjść, to go dzień wcześniej odwiedziłem. Po północy to było, więc w sumie co do dnia to się zgadzało.

Zdjęcie jedno zrobiłem, ale były na niej cztery osoby i już pierwsza się nie zgodziła na publikację, więc nie będzie. Wygrałem: "Straszny hiszpański film", "Hipnotyzer", "Żywie Biełaruś!" i "Pokłosie". Wciąż nierozpakowane, ale to temat na inny felieton.

czwartek, 24 października 2013

Podejrzenie

Thriller, 1941


Po powtórce - efekt spodziewany: to film jednej sztuczki. Dziewczyna wychodzi za chłopaka, ten okazuje się tylko pozornym milionerem, a tak naprawdę nie ma nawet pracy. Powoli przechodzi od podejrzewania ukochanego o to, że chodziło mu jedynie o jej posag, aż do panicznego strachu przed tym, że mogła poślubić mordercę...

Większość budowania dwuznaczności jest dosyć naiwna, i dosyć szybko można się "domyślić", jakie będzie zakończenie. Nawet jeśli wcześniej nie oglądało się "Lokatora" (1927) czy czegoś innego w tym stylu. Jak kogoś interesuje teoria to pewnie spodoba mu się "historia zza kulis" różnych scen (kulminacyjna na schodach, z podświetlaną szklanką, powtarzana ponoć zbyt często nawet jak na Hitchcocka). Przez większość seansu film ratuje Archibald Leach, który bawi się swoją rolą aż miło, nie sposób go nie polubić. Jako postać -z tym jest już różnie, ale jego beztroska... to przecie Cary Grant, co tu można dodać?

Do ostatnich 15 minut, kiedy akurat mieli pomysł, jak zaintrygować widza i go skutecznie nabrać. W samym zakończeniu podobało mi się logiczne wyjaśnienie wszystkiego - co było zaskakujące akurat. Dosyć nużąca jako całość opowieść, chociaż są powody by ją obejrzeć.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/suspicion/


Top 5 Hitchcocka

1. Psychoza - 9+/10
2. M jak morderstwo - 8+/10
3. Nieznajomi z pociągu - 8+/10
4. Szał - 7/10
5. Vertigo - 7/10

środa, 23 października 2013

OBYWATEL KANE

Mystery, 1941


Fajnie tak w końcu obejrzeć "Obywatela Kane'a" i stwierdzić: bardzo lubię ten film. Lubiłem go już wcześniej, ale na samym początku wgłębiłem się w to wszystko wyłącznie dzięki dokumentowi "Bitwa o Obywatela Kane'a". Wtedy zafascynował mnie nie tyle sam film, ile kino i jego możliwości. Tajemnica, odkrywanie nowych horyzontów, tego typu rzeczy. A w międzyczasie wracałem do Kane'a, czując do niego coraz więcej sam z siebie. Trudno, by było inaczej. Tajemnica stojąca za wyjaśnieniem, czym "Rosebud" jest, można zrozumieć dopiero później. To nie jest proste wyjaśnienie w stylu "Kim jest morderca". To wyjaśnienie jego motywacji i pełne ich zrozumienie. A to nie jest możliwe, gdy widz pewnych rzeczy sam nie przeżył, i nie ma własnej perspektywy. Ten film to doskonała fabuła o człowieku, jego wnętrzu, jego psychice i skomplikowanych przeżyciach. Zaraża fascynacją, rozkazuje spojrzeć na twarz bohatera i chcieć wiedzieć, kim on jest, i co znaczy to, co on robi. Obiecuje wiele, by na końcu słowa dotrzymać. Udziela wszelkich odpowiedzi, bez mówienia niczego wprost lub pozwalania sobie na "twórcze niedopowiedzenia", za którym nie stoi żaden konkret. A z każdym kolejnym seansem przekonuję się, że ten film złożył jeszcze jedną obietnicę...

wtorek, 22 października 2013

Sierżant York

War & Biopic, 1941


Pamiętam ten film. Opowieść z pierwszej wojny światowej o Alvinie Yorku, który niemalże w pojedynkę zdobył wzgórze i pojmał ponad setkę jeńców, a gdy ich odprowadził do obozu to okazało się, że nie mają dla nich miejsca... Ależ to był film!

Wracam do tego tytułu po 5 latach i zastaję jakąś wiejską bajkę, w której nikt nie gada zrozumiałym angielskim, a prawdziwą historię o wydarzeniach w życiu Yorka sprzed wojny obrócono w religijny bełkot. Zamiast rozwoju psychologicznego jest śpiewanie w kościele, piorun jako znak boży i przypowieść o przebaczeniu. Wiecie, gdy komuś przebaczycie, to ten od razu okazuje się porządnym człowiekiem i wszystko jest super. Tak jak w Biblii! "A Biblia to sama prawda". To dosłowny cytat z filmu, jakbyście mieli wątpliwości. Tak, to bardzo złe, przerabiać fakty i fałszować historię, by jakieś instytucje na tym skorzystały, oczywiście... ale gdzie ten kozacki film, który pamiętałem?

poniedziałek, 21 października 2013

SOKÓŁ MALTAŃSKI

Film Noir & Mystery, 1941


Pamiętacie, jak Kevin po nocach oglądał stare, czarno-białe filmy dla dorosłych? Wtedy "dla dorosłych" oznaczało brutalne sceny. Przemocy. Strzelania się znaczy, z broni palnej. Zbaczam z tematu, chodziło mi o to, że "Sokół maltański" jest dla mnie filmem idealnie nadającym się do takiego typu seansu. Sam widziałem go trzy razy na starym VHS-ie, wtedy jest pełen klimat tego filmu. Na komputerze przy zasłoniętych oknach w środku dnia to już nie to samo.

Formuła niezestarzała się pewnie ani trochę. Cyniczny bohater który nikomu nie wierzy otoczony przez samych kłamców i manipulatorów, to się nie mogło znudzić. Nadal za każdym razem gdy każe "gadać prawdę", ja jestem zaskoczony. Nie ma drugiego takiego filmu. Takie ekranizacje Christie są powolniejsze, mają więcej klasy i tylko niektórzy tam kłamią, zresztą zawsze mają jakiś "pozytywny" powód, by zmyślać (ochraniać kogoś dobrego itd.). W "Sokole..." wszyscy stoją po tej drugiej stronie, kłamią, a gdy są przyparci do muru mówią co innego, i to też okazuje się kłamstwem. Prowadzą własną grę i nie ufają nikomu. A jednocześnie wszystko jest tu bardzo proste i szczere. Do póki masz coś do zaoferowania, grasz dalej, ale potem - odejdziesz samotny. Tylko cynizm może cię uratować.

Bardzo drapieżny i dynamiczny film, w imię czego poświęcono poczucie realizmu. Detektyw zagląda do biura raz dziennie, często na minutę, i akurat ktoś do niego przyjdzie, i już muszą wyjść... Innych klientów oczywiście nie ma, wszystko dzieje się tak szybko, że aż trudno temu dać wiarę. Nie przeszkadza to, warto o tym tylko wspomnieć. Dialogi, bohaterowie, tempo, gra aktorska, klimat, zakończenie... mistrzostwo. Tylko wypatrywać wieczoru przed telewizorem, kiedy to akurat dadzą "Sokoła maltańskiego"...



8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_maltese_falcon/


Top 5 Hustona

1. Sokół maltański - 8+/10
2. Noc Iguany - 8+/10
3. Asfaltowa dzungla - 7/10
4. Człowiek, który chciał być królem - 7/10
5. Pod wulkanem - 7/10

niedziela, 20 października 2013

Atlantic City

Crime & Romance, 1980


Lou Pasco na starość dostaje jeszcze jedną szansę, by być prawdziwym gangsterem, w legendarnym Atlantic City. Czuć w tym europejskie korzenie twórcy (w tym wypadku Louisa Malle), cała historia ma wolny i mało konkretny rozwój. Kilka postaci całkowicie oddzielnie względem  siebie prowadzi swoje życie, by po około pół godzinie dojść do momentu, który opisałem w pierwszym zdaniu. A wcześniej uwierzyć w to, że wcześniej prowadzili inne życie. Opiekowali się starszą osobą w zamian za drobne na papierosy, uczyli się by móc następnie pracować w kasynie. Wszystko zmieni się wraz z przyjazdem pewnego młodzieńca...

Ale koniec końców będzie to kino gangsterskie, z wieloma brutalnymi, drastycznymi momentami. Tak jak powinno być. Najczęstszym uczuciem jednak będzie samotność, starość, smutek z powodu przegranej i uciekającego życia, w ten czy inny sposób. Reżyser wszystkie te niuanse połączył w zgrabną, uzupełniającą się całość. Zakończenie zaakceptowałem po jakimś czasie. Nie było fałszywe, naiwne lub wybiórcze. Wzięto wtedy całą historię i zamknięto, jak tego wymagała.* Tak, jakby się to skończyło w prawdziwym życiu.

Mam wrażenie, że po seansie miałem więcej do powiedzenia, ale tydzień minął i zapomniałem. Trudno.

Aha: w filmie nie leci piosenka Springsteena :( Oszukali mnie. Oni.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/atlantic_city/

sobota, 19 października 2013

Uniwersytet potworny (7/10)

Computer Animated & Buddy, 2013


Pierwsza część miała wiele pomysłów, potrafiła stworzyć i przedstawić zaskakujący swoimi rozwiązaniami świat, by potem jeszcze dwa razy obrócić wszystko do góry nogami. Prequel jednak korzysta z dosyć podstawowych schematów. Jest tu "nieprzyjemny kampus", który jest nieprzyjemny dla bohaterów tak w zasadzie bez powodu. Jest "obciachowy kampus", do którego dołączenie będzie jedyną możliwą opcją. Jest bohater, w którego nikt nie wierzy, ale on obstawia przy swoim, i na pewno mu się uda!... Niestety, Mike Wazowski, bo on nim mówię, w swoich wczesnych latach też nie był straszny. Szybko został wyrzucony z uczelni przez brak potencjału. Razem z nim wyleciał James Sullivan, który z kolei polegał tylko na swoim nazwisku i jednej minie, co okazało się niewystarczające. Dla obu szansą jest udział w "Igrzyskach strachu", w których będą mogli udowodnić swoją wartość. To oczywiście kolejny schemat, połączony z jeszcze jednym, tzn. nieudacznikami (wspomniany obciachowy kampus), ich treningiem i "wiarą w siebie"!... Czyli wszystko jest tak, jak można się było spodziewać. Po innej marce, po innym studiu.


Ranking filmów z 1936 roku

1. Jedyny syn / Hitori musuko (Drama)
2. Dzisiejsze czasy / Modern Times (Comedy)
3. Mój pan mąż / My Man Godfrey (Comedy)
4. Skamieniały las / The Petrified Forest (Psychological Drama)
5. Pan z milionami / Mr. Deeds Goes to Town (Romantic Comedy)

piątek, 18 października 2013

Narkotykowe szaleństwo

Propaganda Film & Drugsploitation, 1936



Kojarzycie mity w stylu "Zapalił skręta po czym zabił rodzinę siekierą"? Z pewnością. Bill Hicks z tym walczył, Nostalgia Critic się z tego śmiał, South Park krytykował. Najwyraźniej zaczęło się to już w latach 30, wraz z serią filmów propagandowych "Tell Your Children", w których między innymi przedstawiano marihuanę jako coś bardziej szkodliwego od heroiny. I odpowiadali za to ludzie nie mający zielonego pojęcia o czym mówią, co dziś jest jasne nawet dla takiego laika jak ja.

Pewnie gdyby temat interesował mnie bardziej, lub gdybym żył w innych czasach... Dziś złość na to wydaje się dosyć bezcelowa, i tak wszędzie się o tym mówi, z samego filmu i mitów jakie przedstawia wszyscy tylko zdrowo się śmieją... Sam się śmiałem, choć chyba nie z powodu samego filmu. Widzicie, oglądałem wersję po koloryzowaną, w której dym z narkotyków miał barwę fioletową. Lub zieloną. Kosmos...

Poza tym z filmu przemawia w pewnym stopniu prawdziwy strach. Czuć, że tego nie tworzyli źli ludzie, którzy chcą szerzyć kłamstwo, tylko zwyczajni głupcy którzy najwyraźniej powtarzają co sami usłyszeli, święcie w to wierząc. A przynajmniej część takich ludzi była na planie. Takie miałem wrażenie.


2/10.
http://rateyourmusic.com/film/reefer_madness/

"Awake", part 3: gotowy odcinek do przeczytania.

Napisałem serial, i powoli kończą mi się pomysły, co z tym zrobić. Blog jest dobrym miejscem na takie rzeczy.

Nie mam zamiaru prezentować tu całości. Wszystko zależy przede wszystkim od odbioru, jeśli będzie - wtedy ma sens prezentacja kolejnych stron. Ale na pewno nie będę dawać kolejnego epizodu co tydzień, z pewnością nie będzie tu finału pierwszego sezonu. Reszta pierwszego sezonu nie zapowiada niczego z tego, co będzie później, i nie ma czego kopiować, ale ów finał... powiem tak: jestem świadom jego potęgi. I jestem pewien, że sporo osób po jego obejrzeniu powie: "To najlepszy cliffhanger w historii". Dlatego nie mam zamiaru z nim tak po prostu wychodzić, na to trzeba będzie zasłużyć. To samo z resztą serialu, nie będę tego nikomu wciskał.

Tytuł: "Awake".
Motyw główny: relacja ze światem, który nie odpowiada na twoją obecność.
Główne źródło inspiracji: "Lost", szczególnie w zakresie narracji filmowej. Każdy odcinek i sezon to dwie linie fabularne prowadzone jednocześnie.
Fabuła pierwszego odcinka: grupa ludzi budzących się w zaciemnionych ruinach bez pamięci i zaufania względem siebie nawzajem. Poboczny: pierwsze kilka dni w nowej pracy jednej z postaci.
Postać centralna: Scott.
Tytuł odcinka: "Say Yes", wzięte z piosenki Elliotta Smitha. Odnosi się przede wszystkim do tego, że to odcinek pilotażowy (w tym wypadku widownia ma wyrazić zgodę dla serialu). W samej opowieści Scott będzie mieć dwa momenty, w których to on będzie osobą proszącą o ową zgodę. Poza tym chciałbym usłyszeć solo z tej piosenki w pewnym momencie serialu.

Tak naprawdę tytuł wybrałem przypadkowo, i się okazało, że pasuje bardziej niż przewidziałem i powyżej napisałem. Co jeszcze powinniście wiedzieć? Raczej same ciekawostki:

- imiona postaci wybierałem z różnych krajów. Szkocja, Irlandia, Norwegia, Australia. Nie chciałem imion polskich, bo mi nie brzmią.
- przy kreśleniu podstaw serialu stworzyłem jedynie dwóch bohaterów, z pełnym życiorysem i w ogóle. Reszta była po prostu "Postać1" i tak dalej, a ich osobowość tworzyła się wraz z pisaniem. Dopiero przy pisaniu 4 odcinka miałem jakieś pojęcie o tym, kim oni wszyscy są (np. Nathaniel, jako "ten samotny, który łatwo zaczyna żyć cudzymi historiami")
- kreślenie założeń "Awake" zacząłem od opisu zakończenia. Do tej pory zmienił się w detalach, obrósł w szczegóły, ale dzisiaj jest dokładnie taki sam.
- tytuł "Awake" odnosi się do czegoś więcej niż tylko przebudzenia na początku z amnezją.
- psychodeliczne, obrzydliwe intro nie jest tylko plamą atramentu u psychologa w której macie zobaczyć, co chcecie. Wyraża ona coś bardzo istotnego, ale nie jestem pewien, czy to w ogóle da się zrozumieć, bo to nie jest kwestia inteligencji lub kreatywności.


Pięć ciekawostek na początek to chyba dobra liczba. Sypać nimi mogę na temat każdego odcinka, naprawdę. Nawet na temat tego pierwszego, godzinami mógłbym się tu rozpisywać o mojej obsesji, by zacząć genialną klamrą... Wiele w tym odcinku zmieniłem, by być z niego w ogóle zadowolony. Wiele czasu godziłem się sam ze sobą, by zaczął od amnezji. Rozpisałem całą fabułę i to był jedyny moment, w którym ta historia mogła się zacząć. Nie będę nikogo wkręcał, że zacząłem nie wiadomo jak dobrze. Trzeba czasu, by ten serial chwycił.


Obecnie "Awake" jest dla mnie jedyną istotną kwestią w moim życiu, pomijając te standardowe. Na każde poważniejsze pytanie bym odpowiedział: "Nie, najpierw chcę skończył to pisać" lub coś w tym stylu. To jedyny przypadek w moim życiu, gdy robiłem kopie zapasowe tego co tworzyłem, regularnie, co miesiąc. Były momenty, gdy niemal dosłownie żyłem tym serialem i tworzyłem go w głowie przez cały dzień. Za sukces biorę fakt, że wciąż to wszystko ogarniam sam - tu nie chodzi tylko o gotowy produkt, ale również same wątki jako oddzielne historii, które muszę umieć opowiedzieć na wyrywki, a także wciąż pamiętam każdą wariację i alternatywę dla każdej sceny. To kilkukrotnie więcej niż spamięta dowolny widz, jeśli ten serial powstanie.

Chcę, by powstał. To nie jest tak, że "chcę drugie lost", bo "to był taaaki fajny serial". "Awake" jest o czymś, to nie tylko pusta historia, czego można było się obawiać po tym, co do tej pory pisałem w tym temacie. Jednym z podstawowych warunków była rezygnacja z metafor, nie chciałem by to wszystko interpretowano w sposób, którego nie przewidziałem. Ale wszystko tu ma jakieś znaczenie, jest wierzchnią warstwą czegoś innego, za wszystkim stoi jakiś powód i dusza. O jednym już wiecie - relacja ze światem, który nie odpowiada na wasze istnienie. To ten stan, gdy np. wysyłacie podanie o pracę, na które nie dostaniecie odpowiedzi. Albo wysyłacie sms do dziewczyny... i nic. Czyli wszystko wygląda tak, jakbyście nic nie zrobili, jakbyście nie istnieli. Na pewno to znacie. To nie było zamierzone, dopiero przy okazji 8 odcinka dotarło do mnie o czym piszę. I wtedy uczyniłem z tego wstępny temat całego serialu.

Przede wszystkim, od samego początku była to historia o szacunku. Nawet gdy stawiam się w pozycji widza, i staram się wczuć w to, jak on to wszystko odbierze, i do jakich wniosków dojdzie - zawsze wtedy docieram do tego prostego tematu szacunku. Nie podoba mi się, że obecnie nikt nie czuje do drugiego człowieka szacunku. Terminem tym wytarto podłogę obory, kiedy zrobiono tak, by każdy czuł go do każdego, nie ucząc go, że na szacunek trzeba zasłużyć, ani co to oznacza. Dziś każdy myśli, że szanuje tę drugą osobę, podczas gdy w rzeczywistości on jedynie wyraża akceptację, że ta druga jednostka jest zdolna do oddychania. Większość ludzi jest zdziwiona gdy odkrywa, że osoba przed nim stojąca jest zdolna do myślenia. To dziś nazywa się szacunkiem. Chciałbym, by to się zmieniło.

Niedawno usłyszałem jak kobieta twierdziła, że wszystkie kobiety należy lepiej traktować, bo to one rodzą dzieci i to boli jak skurwysyn. 5 minut myślałem, dlaczego to jedno zdanie brzmi jednocześnie logicznie i nielogicznie. Zrozumiałem, jaka filozofia stoi za tym poglądem: nobilitacja człowieka na zasadzie tego, ile wycierpiał. To też mi się nie podoba. Ale znowu, wszystko ma źródło w temacie szacunku.

Mam wrażenie, że nie przesadziłem z długością tego wpisu, i ma chyba dobre tempo do czytania. A mógłbym oczywiście napisać jeszcze więcej. Teraz dopiero oddaję wam do przeczytania coś, co nazywam scenariuszem, choć pełno w owym tekście uwag do samego siebie, myśli bohaterów a nawet easter egg się tam znalazł. Wszystko to do korekty, edycji i tak dalej. Ale dzięki temu czytelne dla tych, którzy nie są producentami - i przede wszystkim, dla mnie.

Link do pobrania, miłego

Piszcie o wszystkim. Jak zazwyczaj mi nie zależy na komentowaniu, tak tym razem chętnie poczytam każdą reakcję. Nie martwcie się, czy to będzie mieć znaczenie - czytałem, jak interpretować różne uwagi, na pewno zrobię użytek ze wszystkiego co tu przeczytam.

Co dalej? Wypełniam "Awake", ale poza tym robię przymiarki do kolejnego tytułu, w którym chcę naprawić jedyną rzecz, której nie udało mi się zrobić w pierwszym tytule. "Awake" miało być dużo bardziej rozbudowane, dłuższe i miało mieć więcej bohaterów. Efekt końcowy jest jednak dosyć kameralny, i dobrze. Ale wciąż siedzi we mnie potrzeba napisania czegoś trwającego minimum pięć lat. Póki co jest nieźle, mam nie tylko zakończenie ale i intrygujący początek. Ale zanim tamto nadejdzie, muszę odbyć drogę przez "Awake".

czwartek, 17 października 2013

Romans szulera

Comedy, 1936


Tym razem kino dźwiękowe oszukuje Sacha Guitry - ponoć taki jego styl, że w każdym filmie musi nawijać z offu przez cały czas, ale jednak: przez większość seansu ze sceny nie wydobywa się żaden dźwięk. Bohaterowie zwykle nie rozmawiają ze sobą ani nic w tym stylu, wszystko jest opowiadane na bieżąco, w bardzo szybkim tempie przez głównego bohatera z offu. Tematem wywodu jest on sam, tzn. jego życiorys. Zaczęło się gdy był mały, i ukradł kilka monet. Za karę nie zjadł kolacji. Jak się okazało, grzyby zebrane przez chorą babcię były szkodliwe, i jeszcze tej samej nocy wszyscy z rodziny umarli. Z wyjątkiem głównego bohatera, który dzięki kradzieży nie zjadł posiłku i przeżył. Tak to się właśnie zaczął żywot szulera...

Humor jest udany, tak jak to piszę to dopiero dociera do mnie, jak czarny był ów opening. W samym raczej mnie to zaskoczyło i ubawiło, więc wszystko działa jak powinno. Całość ma wdzięk "Gangu Olsena" pomieszanego z czymś, co za kilka lat będzie "francuską nową falą". Albo, odwołując się do dzisiejszych warunków: komedii kryminalnej skrzyżowanej z "Moją łodzią podwodną". To samo tempo, ten sam styl... ale nie ten sam urok.

"Romans szulera" nie zrobił na mnie wrażenia. Gdzieś tam błąkał mi się blady uśmiech pod nosem, ale to koniec możliwości tego filmu, przynajmniej w stosunku do mnie. Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że tylko chłam z US oglądam, hehe. Ale serio, fajnie tak od czasu do czasu obejrzeć coś, czego nikt nie widział... i pewnie jeszcze długo po mnie nikt nie obejrzy.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/le_roman_dun_tricheur/

środa, 16 października 2013

Jedyny syn

Drama, 1936


Reżyseria Yasujiro Ozu, najkrótsza możliwa recenzja. Niewiele więcej trzeba mówić.

Ten człowiek potrafił pokazać ludzi jedzących posiłek, i to nadal będzie wyglądać na ciekawe tudzież pasujące do całości. Nawet u Beli Tarra to czasem potrafiło wyglądać na wzięte znikąd, tutaj jest inaczej. Ujęcia co chwila się zmieniają, aktorzy cały czas mówią, a scenariusz daje im jakiś materiał do odgrywania. To nie jest po prostu jedzenie przed kamerą. Widz za bardzo jeść nie może oglądając ten dramat, ale z drugiej strony nie jest też przytłoczony. Dramat u Ozu zawsze jest prawdziwy i naturalny, zamiast "filmowy", wyolbrzymiony albo przygaszony. Zawsze jest tylko taki jaki jest w zgodzie ze swoją naturą.

W "Jedynym synu" za wstęp służy scena, w której matka dowiaduje się o kłamstwie swojego młodego potomka: twierdził on, że w przyszłości pójdzie do liceum. Matka krzyczy na niego, bo przecież nie mają na to pieniędzy. Jednak po namyśle postanawia spełnić marzenie syna. Tylko tyle, aż tyle? Naturalne, życiowe, proste i aktualne do dzisiaj. Bo zaraz po wstępie, następuje przeskok do przodu, gdy syn jest dorosły. Cały dramat sięga dużo dalej i głębiej.

Dodatkowo, coś we mnie pękło na koniec. Był tam pewien piękny moment. Pewnie go wyłapiecie sami, nie chcę nic zdradzać. W każdym razie, za niego plus przy ocenie.



7+/10
http://rateyourmusic.com/film/ひとり息子/


Dopiero trzeci filmu Ozu... Mam nadzieję, że o pozostałych będę miał co pisać bez powtarzania się ;-)

wtorek, 15 października 2013

Jestem niewinny

Legal Drama, 1936


Co by się stało, gdyby tłum w "M" się pomylił? Joe Wilson wraca do narzeczonej, rok jej nie widział, a tu nagle na drodze zatrzymuje go podwładny szeryfa, ze strzelby celuje mu w twarz, a następnie ciągnie do więzienia w charakterze podejrzanego. Plotka się roznosi, tłum domaga się ukarania tego, który porwał dziewczynkę. Ale szeryf nie ma zamiaru dopuścić nikogo w pobliżu podejrzanego. Agresja wybucha...

Nie ma tym razem atmosfery zagrożenia, niepokoju wśród mieszkańców. Prawdziwy winny guzik kogokolwiek obchodzi, jego zbrodnia - która wszystko rozpętała - zostaje porzucona jak najszybciej tylko się dało. Opowieść podano mi z punktu widzenia niewinnego, i zrobiono to dobrze. Udzieliła mi się furia bohatera i jego zagubienie wobec tego, co się dzieje. Jego strach, gdy doszło do linczu. Obok tego: zachowanie tłumu oddano całkiem realistycznie, i mogłem je zrozumieć, wczuć się w tempo wydarzeń. Poza tym cała sekwencja, od pierwszych plotek po najazd na posterunek, jest niebywale intensywna i pełna napięcia. Ogląda się to znakomicie. Brutalne i drastyczne sceny, po prostu ideał.

Myślę, że czasy w których ten film powstał, najbardziej mu zaszkodziły (plus sporo pozostałości z poetyki kina niemego) . Główna para gra szaleństwo zbyt zachowawczo, zupełnie nie czułem, żeby coś w nich pękło. A na tym opiera się cała druga połowa filmu, jest ona cała bardzo zachowawcza. Główna postać zapowiada apokalipsę, a okazuje się nie mieć żadnego planu. Do tego obowiązkowy happy-end, nawet jeśli oznacza to ucięcie filmu byle jak. Znaleziono też miejsce na dziwne przemowy, żeby na pewno nie doszło tu do "moralnej dwuznaczności". I tak dalej. Mogę jeszcze wspomnieć o początkowych dialogach, brzmiących jak te z polskich telenowel, którym stuknęło 1000 odcinków. I jeszcze te zapędy, by opowiedzieć o linczu w ogóle, z podaniem statystyk z ostatnich 10 lat... po co to było?

Powstał niezły dramat kryminalny, to na pewno. Trochę zbyt zachowawczy, zabrakło na niego pomysłów i takich tam, ale swoją misję spełnia. Dodatkowo pewne partie udały się na medal.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/fury/


Ranking Langa (jeden z trzech reżyserów, u których mam największe zaległości)

1. Metropolis - 7+/10
2. Banion - 7/10
3. Jestem niewinny - 6/10
4. M - Morderca - 6/10
5. Zmęczona śmierć - 6/10
6. Kobieta w oknie - 4/10

(książka) FILM W KULTURZE

Przeczytałem książkę Aleksandra Jackiewicza, "Film w kulturze" wydanej w 1989 roku*. Jackiewicz był  teoretykiem i krytykiem, na jego dzieło natknąłem się przypadkiem przeglądając półkę w bibliotece, spodobał mi się temat i styl, dający nadzieję na coś świeżego i konkretnego. Właśnie to dostałem. Nauczyłem się m.in., że język filmu to język sugestii. Dzięki temu nie przeszkadza świadomość, że na scenie są aktorzy, a nie prawdziwi ludzie, dzięki temu można uwierzyć w opowieść, jeśli jest dobrze pokazana. Nauczyłem się o Canudo, teorii "Siódmej sztuki" i początkach kina, które wtedy nie było nawet uznawane za sztukę. O tym, czemu kino US było lepsze od tego z Europy. Od stosunku polskiego romantyzmu do kina powojennego, o Chaplinie, o Hitchcocku.

Dawno już nie miałem styczności z taką fachową literaturą. Jeśli czytaliście moją opinię o czeskim "Szczęściu" z 2005 roku, pewnie zauważyliście jak bardzo innym stylem ją napisałem, czego od dawna nie robiłem. Właśnie pod wpływem Jackiewicza tak ją napisałem. Bo film był tego warty, bo przypomniałem sobie jak to się robi, jakiego języka wtedy użyć.

Nie jest to spójna, napisana od początku do końca książka, raczej zbiór różnych przemyśleń pod wspólnym szyldem i w formie tekstów, które były publikowane w różnych okresach czasowych, tu i tam. Raz Jackiewicz opisuje swoje życie w Polsce, kilka stron dalej jest już w Paryżu od 10 lat.

Jest to literatura przystępna, chociaż może nie dla totalnego laika. Odbiorca musi się interesować tematem sam z siebie, by z zainteresowaniem czytać przemyślenia Jackiewicza. Pisze konkretnie, ale używa trudnych słów. Do tego zawsze stosuje jakiś wstęp, przytacza definicje lub różne znaczenia tego, o czym zaraz będzie mówić, i zaznacza który z kontekstów ma na myśli. Czuć chęć bycia czytanym i zrozumianym, co staje się jasne w rozdziałach dotyczących kultury - wysokiej, popularnej, wulgarnej i tak dalej. Autor zaznacza tam, że w pełni rozumie znaczenie tej środkowej, i z tego co pisze wynika, że ją rozumie. Nie odcina się od niej, nie zniża się, dostrzega jej zalety, by następnie z boku opowiadać o wszystkim, czego ona dotyczy. Wyjaśnia wiele zagadnień, wiele opowiada, i świetnie mu to idzie. I tak dalej, na naprawdę wiele tematów. Kino nieme, polskie, nowa fala, teatr na tle filmu, film na tle powieści, rola krytyków, przemijanie i Rene Clair.

Jak mieszkacie w Warszawie, to dacie radę ją wypożyczyć z biblioteki. Mam nadzieję, że w pozostałych miastach jest tak samo.;-)



*przedmowa wieńcząca książkę pochodzi z 1984 roku, Jackiewicz umarł w 1988 roku.

Obecnie czytane: "Herezją naznaczeni" (David Weber) / "Historia filmu dla każdego" (Płażewski)

poniedziałek, 14 października 2013

Dzisiejsze czasy

Slapstick & Romance, 1936


Powtórka. Chaplin w erze kina dźwiękowego ostatni raz próbuje nakręcić kino nieme, i to w zasadzie jest najczęstszy żart w tym filmie. Jak stara się, by wyglądało na dźwiękowe, ale bez wydawania głosu. Jest oczywiście slapstick i zwykłe gagi, ale dzięki owemu kontekstowi ten film tak śmieszy. Jak na końcu szef pyta się Charliego, czy umie śpiewać - jego mina mówi wszystko. A gdy w końcu mówi, odmawia użycia słów. I tak dalej, o tym jest ten film. Oczywiście jest tu luźna fabuła i różne małe dramaty w stylu człowieka, który woli być za kratkami niż na wolności, ale jednak ten film nie porusza ani nie śmieszy tak bardzo jak pozostałe filmy Chaplina.

Chociaż całość jest bardzo urocza i pozytywna. Reżysersko z kolei naprawdę imponująco, dużo skomplikowanych scen zbiorowych. Plus naprawdę pomysłowe gagi z użyciem maszyn.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/modern_times/

niedziela, 13 października 2013

Metropolis

Dystopian & German Expressionism, 1927


Powtórka po wielu latach. Era filmów na TVP Kultura, i oglądania ich bo miały 5 gwiazdek w programie telewizyjnym z Wyborczej. To był pierwszy z tytułów, przy których musiałem się tłumaczyć, czemu nie dałem dychy. Trochę się obawiałem tej powtórki, to głównie urywki z tego filmu miałem na myśli gdy mówiłem, że nie lubię kina niemego za dziwaczne aktorstwo. Przybranie pozy, zastygnięcie, czekać aż reszta sceny zrobi co trzeba, wykonać swój ruch, powtórzyć. Ale nie jest tak źle, dzisiaj już  to się nie rzuca mi w oczy, do tego już rozumiem ten okres, że wtedy tak musiało być, i wszystkie inne trudności z którymi artyści musieli się zmierzyć.

Choć jednocześnie rozumiem tych, którzy nie akceptują takiego kina. Też mają rację.



Fabuła. Pokręcony i dziwny świat, w którym są dwie grupy: rządzący i pracujący. Drudzy harują do śmierci ze zmęczenia w podziemiach, a na powierzchni ci pierwsi żyją jak królowie. Młody potomek ważnej osobistości zjeżdża na dół, i na własne oczy widzi koszmar tego, co się tam dzieje. Miałem wrażenie, że reżyser wyłożył do tego momentu wszystkie karty, i nie szykuje dla mnie żadnej niespodzianki, ale byłem mile zaskoczony. Dalsza część jest naprawdę interesująca pod każdym względem: tematyki, gatunku, postaci, wydarzeń. Ekspresjonizm miesza się z kinem utopijnym, dramat z romansem, kino katastroficzne z elementami cyberpunku, a jako całość ogląda się to znakomicie.

Wszystkie dekoracje robią wrażenie swoimi rozmiarami, rozmachem i zróżnicowaniem (a jak jeszcze człowiek zacznie się zastanawiać "Jak oni to zrobili" to w ogóle film ma u niego +10 do oceny). A powiedzieć coś takiego o filmie z 1927 roku to naprawdę wiele. Czuć wielkość tego miasta i wszystkiego co na niego się składa, niczym dinozaurów z "Parku Jurajskiego". Do tego historia ma niezwykły klimat i niesamowite tempo, od połowy jest niebywale intensywnie, niczym najlepsze kino akcji.

Może i film jest trochę zbyt czarno-biały, może trochę mało konkretów na drugim planie, może za mało to wszystko jest rozbudowane fabularnie. Zakończenie, ostatnia scena, jest słaba, znowu w kinie niemym zabrakło odpowiednich słów na koniec. Ale oglądało mi się to znakomicie. Chętnie w przyszłości obejrzę jeszcze trzeci raz.


7+/10
http://rateyourmusic.com/film/metropolis/

sobota, 12 października 2013

Śpiewak jazzbandu

Musical & Drama, 1927


Tytułowy bohater nie dogaduje się z rodzicami, szczególnie z ojcem. Opuszcza dom, zmienia nazwisko i realizuje swoje marzenia o byciu artystą. Pomysł na fabułę całkiem niezły, finałowy konflikt pomiędzy spełnieniem się w karierze oraz uszczęśliwieniem matki miał spory potencjał. I chętnie bym go obejrzał w jakimś lepszym,  dojrzalszym, wykonaniu. Film Alana Croslanda jak większość rewolucji zapomniała o tym, by być też czymś dobrym. Dylemat bohatera potraktowany został dosyć banalnie, cała sytuacja była mocno wymuszona. Większość "argumentów" brzmi niczym "Oj, rusz **** i nie *******". Nikt nie kwestionował postawy ojca, nie rozmawiano o tym, nie dyskutowano o tym czy matka ma prawo oczekiwać od syna tego, czego oczekiwała. Nie pogłębiono tego wszystkiego wystarczająco. Zresztą, czemu miałoby? To w końcu kino nieme. I tak zdrowo przesadzono ze wszystkimi wypowiedziami w formie ścian tekstu - to chyba najbardziej przegadany film niemy jaki w życiu widziałem. Miałem wrażenie, że co 5 sekund pojawia się jakiś tekst.

Bo to jednak kino nieme jest. Liczne piosenki są w pełni zsynchronizowane z ruchem aktora + sporo sztuczek (częste ujęcia na postronne elementy sceny, gdy bohater śpiewa, byle tylko nie pokazywano jego ust). Bardziej się w temat zgłębiać nie będę, lepiej przeczytajcie pełną notkę na Wikipedii. Albo znajdźcie książkę, która omawia ten temat, i czemu takie coś aż tak bardzo się ludziom spodobało. Ja wolę się nie wgłębiać :)


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_jazz_singer/

piątek, 11 października 2013

Pacific Rim

Giant Monster & Science Fiction, 2013


Kolejny z filmów akcji, przy tworzeniu którego kombinowano o wiele za dużo. Twórcy nawet nie mogli dać bohaterom jakiejś wygodnej i bezpiecznej kabiny wewnątrz mechów, zamiast tego kierują nimi we wnętrzu egzoszkieletów, do tego jeszcze wisząc na kablach. Więc gdy oberwą to rzuca nimi tak, że łeb powinni sobie urwać od tego okablowania. Poza tym wygląda to idiotycznie, a to dopiero początek. Nawet nie mam zamiaru zacząć opisywać fabuły, bo zajęło by mi to drugie więcej tekstu niż widzicie w całym tym wpisie. Nie ma tu prostego "roboty biją się z dinozaurami i jest bardzo fajnie", jeśli na to liczyliście. Sama historia świata zajmuje 10 minut rzężącego nadawania z off-u przez głównego bohatera, co brzmiało jakby Del Torro chciał nakręcić trylogię w tym świecie, ale pozwolili mu nakręcić tylko ostatnią część. Wyobraźcie sobie, jakby przed "Avengers" nie było ani "Thora", ani "Kapitana Ameryki", ani żadnego z tych pojedynczych filmów... byłoby to bardzo fajne, zgadzam się, ale wtedy też wszystkie te historie trzeba by wcisnąć gdzieś na początku filmu Whedona. A potem trzeba jeszcze omówić różne istotne elementy. W "Pacific Rim" jest to np. łączenie się myślami by kierować mechami, które są potrzebne bo... nie nadążam. I czemu choć dzielą myśli, wciąż rozmawiają, i jaki konkretnie ma ten bardzo istotny wpływ na dzielenie umysłu z kimś gdy ten umiera, i co ono daje, a tak w ogóle to owe "dzielenie umysłu" wyglądałoby dużo inaczej, i czemu w ogóle je tu wsadzono zamiast prostej nauki synchronizacji dwóch wojowników?... Komplikacje, komplikacje, komplikacje. Na "Stalkerze" nie musiałem się tyle nagimnastykować.


Zdecydowanie nie pomaga fakt, że głupot tu od groma, a bohaterowie, relacje między nimi i wszelkie wątki poboczne są nudniejsze niż w "Labiryncie". Poza tym, najwidoczniej czasy bicia się o losy ludzkości minęły. Teraz gigantyczne mechy biją się z gigantycznymi jaszczurkami o kuter rybacki. Albo coś w tym stylu. Trzeba bronić miasto zamieszkałe przez 2 miliony ludu? Jebać to, lepiej skupmy się na tych trzech kociakach. Tak, jest w tle jakiś zagrożony świat, ale ilekroć dojdzie do sceny akcji uwaga skupi się na jakimś detalu, co wygląda niemal tak samo idiotyczny jak wspomniane sterowanie mechami. To samo z obowiązkową przemową motywującą przed wielkim finałem, wypowiedziana do... mechaników, programistów, techników, menedżerów, cholera wie kogo jeszcze. I jednego czy dwóch pilotów, którzy pokierują tymi mechami. Absurd na absurdzie, gdzie tylko nie spojrzeć.

Na szczęście nie jest to poziomie drugich "Transformersów". Nie do końca. Nie ma "nieba dla robotów", a w scenach akcji faktycznie widać, co się dzieje. Projekty potworów fascynują, są szczegółowe i zróżnicowane, w pewien sposób piękne. Same sceny akcji są pełne świateł, deszczu, niezwykłego klimatu, dopieszczone co do szczegółu. Robot przebija wieżowiec ze szkła, wszystko rozlatuje się w taki sposób, że nawet można odpryski liczyć. Wizualny przepych. Jest nawet odrobina pomysłowości - będzie w tym filmie mech bijący się z godzillą za pomocą tankowca. Tego właśnie oczekiwałem przez cały film. A zamiast tego dostałem przekombinowany, dramaturgiczny burdel z kilkoma naprawdę fajnymi scenami akcji. Bardzo mało.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/pacific_rim/

O "Awake", part II: Festiwal scenarzystów

Miałem opisać, jak przyjęto mój scenariusz, a więc od początku: oczywiście, jeśli tylko udało mi się znaleźć mail jakiegoś producenta lub firmy która produkowała seriale w Polsce, to wysyłałem im tekst lub zapytanie, czy zerkną. Odpisał mi tylko jeden producent, niby typowym odmownym kopiuj-wklej, ale i tak miałem z tego radochę. Odpowiedź na moje istnienie, wow.

Pomiędzy napatoczyłem się na pewną drugą reżyser, gdy zajrzałem na plan jednego filmu. Miała dobry kontakt ze wszystkimi ludźmi i dobrze kierowała całym przedsięwzięciem. Dostałem jej maila, wysłałem, cisza. Był ten konkurs na pomysł na serial. Z tym akurat wiąże się również miłe wspomnienie. Otóż, żeby wziąć w nim udział trzeba było wysłać coś na maila do nich, oraz pewne dokumenty wydrukować i im zanieść na miejsce (lub wysłać pocztą, hehe). I pisząc dokumenty mam na myśli "trzy przykładowe dialogi w czterech kopiach".

Otóż jakiś czas później, w środku tygodnia po 10 wieczorem dzwoni do mnie pewna kobieta. Szczegółów nie pamiętam, ale to chyba mój mail nie doszedł, a razem z nim wymagane zgłoszenie (sprawdziłem skrzynkę na gmailu, na pewno wysłałem). I tu miły akcent: podała mi swój prywatny adres mailowy i poprosiła, bym jej to wysłał, ona mi to wydrukuje i nie będzie problemu. Pamiętam, że jeszcze jak dziecko zapytałem się jej, czy się spodobał mój pomysł, i potwierdziła z uśmiechem.

End of story, that's all I got.

Puenta do tej historii jest taka, że gdy nie przeszedłem do kolejnego etapu owego konkursu, to pierwsze o czym pomyślałem, to to, że mail znowu nie doszedł (czemu miałby dojść? To pytanie retoryczne, z doświadczenia wiem, jaka jest odpowiedź). Zadzwoniłem do owej kobiety, odebrał ktoś inny bo dzwoniła z firmowego, ale mogłem zostawić jej swój numer i ta właściwa osoba do mnie oddzwoni. I podałem zły numer, więc wziąłem marker i narysowałem na ścianie własny numer, bym go już nie zapomniał. Do tego momentu ochłonąłem, dodatkowo w moim życiu działy się jeszcze inne rzeczy, więc na tym cała historia się skończyła.


czwartek, 10 października 2013

KONESER

Romance & Mystery, 2013


Tytułowy bohater jest już stary. Nosi cały czas rękawiczki, nie ma telefonu komórkowego, a jeśli już zostaje zmuszony by z niego skorzystać, owija go uprzednio w chusteczkę. Jada w szykownych restauracjach, jest samotny. Zajmuje się wyceną różnych antyków, dzieł sztuki, mebli i obrazów. Prowadzi również aukcje, obracając przy tym sporymi sumami. Jest cenionym wykonawcą obu tych zawodów. Fabuła otwiera się od tajemniczego telefonu od kobiety, która chce, by słynny pan Oldman wycenił jej dobytek. Gdy ten udaje się na miejsce, zastaje ogromny dwór, ale zamknięty na cztery spusty. I nikt nie odbiera jego telefonu. Owa dziewoja odezwie się nazajutrz ponownie, przepraszając za nie dyspozycyjność na wszystkie możliwe sposoby w języku angielskim. Przekona bohatera w ten sposób, by dał jej drugą szansę. Dwór będzie otwarty, jednak jego właścicielka nadal nie będzie miała zamiaru się ujawnić... Dlaczego?



To jest taka "Mystery", jaką lubię - nikt nie mówi mi, że coś jest ciekawe, że mam wyczekiwać rozwiązania, wyjaśnienia które jest sensem całości, i dla niego oglądam cały film. Nie, dziwne rzeczy dzieją się obok, pojawiają się subtelnie i nie zagarniają wiele miejsca, można przejść obok i ich nie zauważyć. Jakie uczucie stoi za manią kolekcjonerską Oldmana? Czemu Claire nie pokazuje się osobiście? Do czego służą małe mechaniczne kółka, które bohater znalazł w piwnicy? Kim jest ta dziwna kobieta z pubu na przeciwko? To wszystko intryguje w dosłownym znaczeniu tego słowa, jednak egzystuje w tym filmie na równi z innym wątkiem: romansu. Romansu, który narodzi się między Oldmanem i Claire. Jak? Dlaczego? To zagadka dla was na tę chwilę. Udało się oddać szaleństwo takiej relacji, jej namiętność i fascynację, w której najdrobniejszy gest, pocałunek w policzek, daje bardzo wiele. I jedna osoba dla drugiej jest w stanie zrobić wszystko, bo wierzy, że tak wiele dostanie w zamian... W kinie nie ma wielu takich romansów, tak bardzo pełnych pasji i fascynacji, bo łatwo je przeszarżować. Tornatore sportretował go bardzo naturalnie - po raz kolejny pokazał, że należy do czołówki reżyserów. Umiejętnie połączył te dwa wątki w jedno, idealnie mierząc tempo, całości nadał niesłychanej klasy. Opowieść ta jest wypełniona malarstwem, rzeźbami, żyrandolami - wszystko to podane ze smakiem. Ogląda się to znakomicie.



Aż tu nagle pojawia się zakończenie... Nie zdradzając niczego: jest bardzo banalne*. Tak bardzo, że nawet się go nie rozważa, odrzuca natychmiast. I okazuje się, że to właśnie widz dostaje. Było mi z tego powodu bardzo przykro. Ale oglądałem dalej. Bo zakończenie tak naprawdę składa się z dwóch elementów: "zwrotu akcji" oraz momentu, w którym film właściwie się kończy. Ów zwrot robi coś bardzo dziwnego z filmem, mianowicie jednocześnie go wstrzymuje oraz w ogóle nie kończy. Opowieść w jakiś sposób toczy się dalej, i istotne staje się, co z owym zwrotem zostanie zrobione. I to będzie faktycznym zakończeniem, które... spodobało mi się. Było bardzo europejskie, bardzo melancholijne, bardzo dobrze podsumowało tę opowieść. Ostatnia kwestia jest genialna.

Scenariusz całkiem pomysłowy, szczególnie dobrze poradzono sobie z postaciami drugoplanowymi. Generalnie zastrzeżeń nie mam, poza pojedynczymi przypadkami, jak wybitnie niefilmowa ekspozycja niektórych postaci albo imię i nazwisko głównego bohatera ("Virgil Oldman", dajcie spokój). Cała reszta składa się na świetną historię z wieloma oryginalnymi motywami. Aktorzy sprawdzili się, a muzyka Morricone w samym filmie nie wybija się. Teraz jej słucham poza filmem, choć klimatyczna, to nie wyłapałem póki co momentu wartego uwagi. Może tylko "Ritratti d'autore".
Bardzo ciężki to film do jednoznacznej oceny. Miałem zamiar pisać same pozytywy, potem przyszło zakończenie które ostudziło moje zamiary, i teraz sam nie wiem, co ze sobą zrobić.


6,5/10
http://rateyourmusic.com/film/la_migliore_offerta/


*chociaż zetknąłem się z opinią kogoś, dla kogo twist był idealny.

PS. Czemu go tam pobili? Tego nie wyjaśniono, zgadza się?

PS2. Dzisiaj wyszedłem z domu w środku nocy i wróciłem zaledwie kilka godzin temu. Jutro będę miał podobnie, stąd zamiast dwóch notek o filmach z '27 roku - których nie miałem kiedy obejrzeć - dałem te które zaplanowałem na weekend. Jutro "Pacific Rim".

środa, 9 października 2013

Lokator

Mystery & Thriller, 1927


Seria morderstw wstrząsa całym miastem. Ludzie giną, nikt nie wie, kogo podejrzewać. Główna bohaterka podejrzewa współlokatora, który niedawno się wprowadził... A reżyser podrzuca widzowi kolejne sugestie tak subtelnie, że sutki mogą rozboleć od ich przejmowania na klatę. Trochę zawiniły ludzie "wyżej", którzy nie chcieli dwuznacznego zakończenia (znany aktor mogący grać tego złego? Nie ma takiej opcji), ale wspomniany brak subtelności przeszkadza i tak. Do tego jest to film po prostu nudny. 90% filmu to zmuszanie widza by podejrzewał bohatera, oraz pokazywanie, co on robi i sugerowanie, że to on zabija. Pomijając już fakt, że dziś każdy się domyśli jakie jest zakończenie, to byłem aż tak znudzony, że było mi całkiem obojętne, czy to on zabijał, czy jednak nie.

Na dodatek to taki banalny kryminał. Są morderstwa, i ktoś je popełnia, więc... trzeba złapać złoczyńcę, i wtedy film się kończy. Było mi to wszystko obojętne po prostu. Nie ma ciekawego śledztwa, poszlak, okoliczności, bohaterów, motywu ani chociaż widowiskowego zabójstwa. Wiem, że to lata 20, ale co ja poradzę - jedna ze scen wygląda tak, że nagle kobieta się drze do kamery, ujęcie na przechodniów którzy to zauważają, a w następnym ujęciu jej ciało otoczone przez gapiów którzy przeciskają się by ją zobaczyć. Z opisu to może tak nie brzmi, ale owe morderstwo wyglądało tak, jakby ją ci ludzie zatuptali na śmierć.

Powinna być niższa końcowa ocena, ale w sumie nie jest to aż tak nudniejszy film od pozostałych Hitchcocka, jakie ostatnio widziałem, i to jest tak naprawdę jego jedyna wina. Nie wkurza, nie przekazuje głupot... jedynie nudzi.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_lodger__a_story_of_the_london_fog/

wtorek, 8 października 2013

Ludzie podziemia

Gangster Film, 1927


Mały, zaskakujący film. Jeden z pierwszych w reżyserii Josefa von Sternberga, mający kilku scenarzystów, zapewne stąd pewna "niestabilność" opowieści. Tyczy się ona postaci Weeda, nieuchwytnego gangstera który jednak nie jest gangsterem jakiego zna późniejsze kino. Ten zachowuje się jak biznesmen i filantrop, jest bardziej miłą osobą. Wokół niego, jego konkurenta, dziewczyny oraz przyjaciela kręci się cała historia. Nie brzmi to zbyt zachęcającego, dlatego w opisach np. na filmwebie przeczytacie o wydarzeniu, które ma miejsce w drugiej połowie filmu. Wygląda to tak, jakby nic się do tego momentu nie działo, ale Sternberg pokazał klasę w stopniu wystarczającym, by oglądało się to naprawdę przyjemnie. To w pewnym stopniu film wyprzedzający czasy, nie polegający na trzyaktowej strukturze, zamiast tego pozwalający swojej historii pooddychać, pożyć swoim tempem. Całość opiera się bardziej na wewnętrznej przemianie bohatera niż samej akcji wydarzeń.

Wszystko pod czujnym okiem Sternberga, który jak widać od początku czuł nieme kino, i potrafił się nim posługiwać. Sceny skonstruowane są bardzo naturalnie, i w ogóle nie przeszkadzało mi, że nie słyszę, o czym postaci mówią. Ogólny sens rozmowy docierał do mnie, i to wystarczyło.:)

Naprawdę dobre zakończenie. Wyłożenie wszystkiego na tacę przeszkadzało mi tylko trochę (w dzisiejszym kinie bohater w ogóle nie wypowiedziałby tego ostatniego zdania, wystarczyłoby spojrzenie). Plus George Bancroft, który pokazuje się jeszcze lepiej niż w późniejszym "Docks of New York".


6/10
http://rateyourmusic.com/film/underworld_f1/

poniedziałek, 7 października 2013

Berlin: Symfonia wielkiego miasta

City Symphony & Documentary, 1927


Tak, naprawdę jest taki gatunek filmowy jak "City Symphony". Najwyraźniej. Polega na tworzeniu sztuki na cześć konkretnego miasta, z rozmachem pomijającym pojedynczych ludzi. W "Berlinie..." Ruttmann zarejestrował 24 godziny z życia miasta i zmieścił je w nieco ponad 70 minut. Tramwaje, fabryki, policjanci i konie. W skrócie, film ten składa się właściwie wyłącznie z montażu i pomysłu wyjściowego, bo dziś i tak ludzie oglądają to z inną muzyką niż prawie 90 lat temu. Ale wbrew pozorom można o nim napisać kilka słów.

Po pierwsze, można wykorzystać ten czas by zastanowić się nad samym kinem, i jak niewiele brakowało, a tak właśnie mogło wyglądać całe kino. Jako forma zapisu dla ciekawskich, jak to jest w innych częściach świata. Szczególnie w Europie, gdzie przez sporo czasu nie wiedzieli, co z kinem zrobić, i kończyło się to na rejestrowaniu przedstawień teatralnych. Na szczęście wydarzyli się tacy ludzie jak Chaplin czy Griffith, więc "Berlin..." jest tylko pomnikiem, ciekawostką, przy oglądaniu której można porozmyślać nad początkami tej cudownej sztuki. I oddać cześć tym, którzy ją stworzyli.

Inne spojrzenie: ile się zmieniło? Jak inaczej wyglądałby taki "City Symphony" o współczesnej Warszawie? Ludzie wtedy byli mniej bojaźliwi względem tramwajów. Normalnie przechodzili przez ulicę po torach, gdy ten był 10 metrów od nich. A nie widać, by aż tak przyspieszyły. Można ogólnie zastanowić się nad własnym miastem, jak jego symfonia by wyglądała, czym się wyróżniła... i czy byłaby ciekawa?

A jak ktoś siedzi w montażu to w ogóle będzie przeszczęśliwy. To przecież mniej popularny braciszek najsłynniejszego "filmu montażowego", czyli "Człowieka z kamerą filmową". Co nieco można w czasie seansu kontemplować, jakie wtedy było kino, i jak miało domyślnie wyglądać dziś, pełnić funkcję informacyjną. Z drugiej strony, nie ma co się dziwić, jak większość zleje ten tytuł, bo woli fabułę. Dla nich to tylko nieistotna ciekawostka...


6/10
http://rateyourmusic.com/film/berlin__die_sinfonie_der_grosstadt/

niedziela, 6 października 2013

To już jest koniec

Disaster, 2013


Przykład filmu, na który nie było pomysłu, aktorów zaciągnięto na plan i nie chciano wypuścić, póki nie zrobią czegoś, co zapełni taśmę. W ramach reklamy nakręcono śmieszną scenę która nie znalazła się w filmie, ona mnie zachęciła do obejrzenia, byłem mocno nakręcony... I dostałem komedię, w której żartów trzeba szukać niczym czterolistnej koniczyny na zboczu Wulkanu na jednym z księżyców Jowisza.



Jay Baruchel i Seth Rogen udali się na imprezę w rezydencji Jamesa Franco. W połowie zabawy następuje apokalipsa, ziemia pęka w pół, a dworze panoszą się demony, więc bohaterowie muszą zabarykadować się i siedzieć na dupie, a potem czekać, aż coś się pozytywnego zdarzy i będą uratowani. Już po samym wypowiedzeniu tego pomysłu na głos można być pewnym, że to się jednak nie uda. I dalej nie jest lepiej. Pomysłów na postaci nie było, aktorzy grają samych siebie, i guzik z tego wyniknie. Ktoś do Setha Rogena powie, że gra od 10 filmów tę samą postać i tyle. Pomysłu na relacje między nimi też nie ma. Jay i Seth są BFF, a po godzinie się okaże, że jednak ta blisko nie są, i obchodzi was to w tej chwili tyle samo co mnie, gdy oglądałem film. Pomysłów na sceny nie było. Lepiej walnąć tańczenie w slow-mo do jakiegoś popowego hitu. Pomysłów na rozwój akcji akurat kilka było, i wszystkie poronione. Siedzą tam i myślą, co się stało ze światem. I wymyślają, że to Apokalipsa, taka z Biblii. Zdradzać wiele nie będę, ale potraktują to na serio. Pomysłów na gagi też kilka było, większość poniżej poziomu. Ktoś obciąga Michaelowi Cera. Twórcy uznali ten żart za tak śmieszny, że zastosowali go trzy razy w ciągu 5 minut.

Poza tym przez ten film Emma Watson trzy razy użyła f-word.


3/10
http://rateyourmusic.com/film/this_is_the_end/

PS. Żeby było sprawiedliwie: Chaning Tatum mnie rozbawił, zdecydowanie najlepsza postać w tym filmie. I jak prawie udało się Franco uciec, też się uśmiechnąłem.

PS2. Chciałbym zobaczyć ten film z Zachiem Braffem i Donaldem Faisonem. Daję sobie 10/10 za sam pomysł.

sobota, 5 października 2013

LABIRYNT (premiera)

Thriller & Crime, 2013


Mała spokojna mieścina, pełna deszczu, ziemnych zieleni i domów jednorodzinnych, na które (i wiele więcej) stać tu nawet zwykłego stolarza. Nazywa się on Keller Dover, i właśnie wybiera się ze swoją rodziną do przyjaciół z okazji Święta Dziękczynienia. Małe dziewczynki z obu rodzin wychodzą i nie wracają, a RV który stał na ulicy, z jakiegoś powodu sobie zniknął... niepokojąca atmosfera, nieźli aktorzy, zagadka oraz kilka mocnych momentów.

Co trzeba powiedzieć natychmiast: dialogi są najgorsze od czasu "Titanica". Może nawet gorsze. Nienaturalne. Istotne kwestie brzmią jak skróty fabularne "bo jakoś musimy dojść do tej sceny która będzie potem". Istotne momenty z kolei zostają zniszczone przez kwestie, od których chce się śmiać i śmiać... Gość strzela sobie w twarz, mózg jego leci na ścianę, wszędzie krew, dramatyczny moment, może już nigdy dziewczynek się nie znajdzie... A policjant mówi w tym momencie: "Dzwońcie po karetkę!" i całe kino w śmiech. Kevin Smith musiał zajrzeć akurat na plan. Często.

I bez tego śmiechu film radził sobie raczej średnio. Niepokojącą atmosferę osiągnięto w ten sposób, że... nic się nie dzieje i jest zwyczajnie nudno. Reżyser oczekuje od widza sporej cierpliwości, nie dając mu po prostu niczego. Dopiero gdzieś po 50-60 minutach seansu zaczyna być ciekawie. Dopiero po takim czasie zaczyna działać budowanie sennej atmosfery miasteczka, "bezpiecznego" życia które jest tylko przykrywką dla nieustającego zagrożenia, do czego nawet widz w końcu zaczyna się przyzwyczajać. Potem w końcu śledztwo nabiera tempa i zaczyna być coraz lepiej, coraz bardziej intensywnie. Znalezisko w piwnicy, niepokojący Paul Dano, dziwne działania pewnego człowieka... Będzie naprawdę ciekawie i wciągająco. Chciałem wiedzieć, o co tu do cholery chodzi!

W sumie więc przez 4/5 filmu było całkiem nieźle, pomijając ostatnie 20 minut. Rozwiązanie jest rozczarowujące, przez co to całe czekanie (a.k.a. "budowanie atmosfery") okazuje się być tylko dłużyzną. Wyjawienie intencji porywacza to wiadro bzdur, sporo wyjaśnień brzmi tak, jakby nie chcieli powiedzieć za wiele, bo to może się rozlecieć, jeśli widz się przyjrzy. Kilku istotnych scen nie pokazano, dodatkowo część widzów odgadła kim jest porywacz w 1/3 filmu (po seansie jedna z nich wytłumaczyła mi to, i faktycznie głupio, że sam tego nie wyłapałem), więc się nudzili jeszcze bardziej przez resztę seansu. Poczułem się zawiedziony, na końcu miałem tylko jedno, ale za to bardzo ważne pytanie: "Skąd tam do cholery ten gwizdek się znalazł?"*

Aktorzy sprawdzili się całkiem nieźle, ale "Breaking Bad" to nie był. Dosyć szybko każda z postaci zaczęła chodzić na skróty i krzyczała, ilekroć trzeba było coś "mocniejszego" wyrazić. Keller Dover niemal natychmiast zacznie obijać twarze do gołej kości, ale to raczej kolejna mielizna w scenariuszu, żadnego rozwoju ta postać nie przejdzie. Po reszcie nazwisk nawet tego nie oczekiwałem, większość z nich stworzono bo powinny w takiej historii być (np. rodzeństwo porwanych dziewczynek) i same w sobie nie mają osobowości. Podobał mi się policjant, którego zachowawczość i taka profesjonalna postawa żółtodzioba wydała mi się całkiem naturalna. Z drugiej strony przeszarżowano z księdzem, eks-pedofilem i alkoholikiem, który na dodatek... a, sami zobaczycie. Z pewnością był też astronautą, bo czemu nie.

Rozczarowujące zakończenie i dłużący się seans to dwie poważne minusy. Sama historia i klimat są warte poznania, fani kryminałów dostaną co najmniej 100 minut opowieści, która przypadnie im do gustu.


6-/10.
http://rateyourmusic.com/film/prisoners_f1/

*gwiazdek został zabrany przez tego wariata, który chodził po domach i podbierał różne drobiazgi, jak skarpety, dlatego ten gwizdek zniknął na samem początku. Do tego sam doszedłem. Ale skąd on się znalazł w tej dziurze? Po seansie już spotkałem osoby chcące mnie przekonać, że gwizdka nikt nie zabrał, tylko dziewczynki go znalazły po powrocie do domu, i wtedy je porwano. Po ponad 130 dniach od zgubienia, akurat teraz go znalazły, by na końcu Jackman mógł zostać cudem uratowany... I bez tego epilog jest strasznie naciągany, i jest "akceptowalny" jedynie dlatego, że nie podano ram czasowych. Rozgrywa się w 3 dni czy 3 miesiące po zakończeniu? Nie wiadomo, i dzięki temu brzmi wiarygodnie. Ledwo. Mam nadzieję, że wersja z dziewczynkami które znalazły gwizdek nie jest prawdziwa. W takim wypadku musiałbym mocno obniżyć ocenę.

Top 50 polskich filmów

Bez dokumentów ("100 lat w kinie"), krótkich metraży ("Męskie sprawy"), koprodukcji i niepolskojęzycznych ("Pianista", "Inland Empire"). Bo tak.
Lista jest raczej poglądowa, jakie polskie filmy lubię ogólnie - kolejność jest dosyć przypadkowa (szczególnie ostatnia dziesiątka). Większość filmów widziałem dawno temu, niewiele powtarzałem.


1. Salto (1965)
2. 33 sceny z życia (2008)

3. Dzień świra (2002)
4. Sanatorium pod klepsydrą (1973)
5. Człowiek na torze (1956)
6. Brzezina (1970)
7. Znachor (1981)
8. Krótki film o miłości (1988)
9. Kanał (1956)
10.Personel (1975)

11.Tatarak (2009)
12.Symetria (2003)
13.Podwójne życie Weroniki (1991)
14.Wrony (1994)
15.Popiół i diament (1958)
16.Człowiek z marmuru (1976)
17.Przesłuchanie (1982)
18.Matka Joanna od Aniołów (1961)
19.Ziemia obiecana (1974)
20.Rękopis znaleziony w Saragossie (1964)

21.Palimpsest (2006)
22.Krótki film o zabijaniu (1987)
23.O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji (1984)
24.Seksmisja (1983)
25.Na srebrnym globie (1987)
26.Wojna polsko-ruska (2009)
27.Bez końca (1984)

28.Zaklęte rewiry (1975)
29.Pokłosie (2012)
30.Żywot Mateusza (1967)
31.Bariera (1966)
32.Amator (1979)
33.Ćma (1980)
34.Wymyk (2011)
35.Wojna światów - Następne stulecie (1981)
36.Testosteron (2007)
37.Sala samobójców (2011)
38.Piętro wyżej (1937)
39.Grający z talerza (1995)
40.Rewers (2009)

41.Westerplatte (1967)
42.Wszyscy jesteśmy Chrystusami (2006)
43.Sublokator (1966)
44.Konopielka (1981)
45.Lekarstwo na miłość (1966)
46.Vinci (2004)
47.Wygrany (2011)
48.Walkower (1965)
49.Baza ludzi umarłych (1958)
50.Fuks (1999)

piątek, 4 października 2013

AMATOR

Kino Moralnego Niepokoju & Drama, 1979


Drugi seans. Panu Moszowi urodziła się córka. Z okazji jest narodzin wpadł na pomysł, by kupić kamerę i zrobić swojemu dziecku zdjęcia co roku, zarejestrować jej dorastanie. W tamtych czasach kamera to była droga zabawka, więc zakład w którym Mosz pracuje postanawia to wykorzystać. Zleca mu nakręcenie małej uroczystości, która tu niedługo będzie mieć miejsce. Ot, ważni ludzie przyjadą, trzeba to upamiętnić. W ten sposób zaczyna się coraz bardziej zażyła relacja Filipa Mosza z nowym nabytkiem...

To opowieść pełna życia i naturalizmu. Człowiek dostaje kamerę, bawi się z nią, fascynuje się jej możliwościami. Idzie do kiosku i kupuje te same gazety co widz, rozmawia z prawdziwym reżyserem, opowiada z pasją o sztuczkach filmowych które same później w "Amatorze" znajdą miejsce. Film pełen takich drobiazgów, nawiązań i prawdy. Podobał mi się rozwój bohatera, jak zaczął mieć problemy z opisywaniem rzeczy słowami, mówił tylko: "Och, gdybym tylko mógł ci to pokazać... to trzeba zobaczyć!"

Z początku wygląda to na opowieść o utracie rodziny na rzecz pasji. Od samego początku mało subtelnie reżyser wtyka postaciom różne uwagi, w stylu "Ja mam tylko znaczki" i nadnaturalną obawę żony, który od samego początku przeczuwa, jak się to skończy. Wolałbym co innego, by drugi plan coś z tym robił, by bohater nauczył się balansować te dwie rzeczy, zamiast ignorować jedno na rzecz drugiego, by był dojrzały. Kieślowski miał jednak inny styl, i to też dobrze. Bo ostatecznie, film jest o czym innym.

O relacji artysty z tym co tworzy, o poczuciu odpowiedzialności za to, co one zrobią. O konflikcie z samym sobą, czy jest się na tyle dobrym, by zabrać głos, by ponieść konsekwencje, by je przewidzieć? I dalej: o sztuce, o jej roli w życiu, o życiu i społeczeństwie... Ostatnie sceny na polu były dla mnie niespodzianką, bardzo poważną i dojrzałą.

Wciąż zastanawiam się, czy dać plusa do oceny.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/amator/

 ...Gdybym był reżyserem pewnie dałbym nawet i wyższą ocenę. Ja jednak jestem "scenariuszowy", stąd to nie do końca moja bajka...

O "Awake", part I: Napisałem serial

Po skończeniu oglądania "LOST" chciałem oglądać dużo seriali. Uświadomiłem sobie, jaki potencjał one mają. Ale jakiś czas później uzmysłowiłem sobie również, jak niewiele produkcji może mnie usatysfakcjonować, i czego oczekuję od nich od tego momentu. Ale takich seriali nie było, co dziwne. Jeszcze dziwniejsze jest to, że w pewnym momencie dla żartu pomyślałem, by samemu napisać taki serial.

Wiedziałem mniej więcej co chcę uzyskać. Chciałem stworzyć serial dla samego siebie, żyjącego gdzieś tam, czującego pustkę po skończeniu "Lost". Chciałem złożonej, wielowątkowej opowieści, rozpisanej na wiele lat i mnóstwo postaci. Chciałem, by wszystko miało znaczenie i to była spójna historia, bez zbędnych wątków, bez lania wody. Nastawionej na cliffhangery, zaskakujące zwroty akcji, chciałem by zakończenie zmieniło całkowicie spojrzenia widza na całą opowieść, chciałem by to był produkt wielokrotnego użytku, by przy każdorazowym oglądaniu można było coś nowego odkryć dzięki wiedzy wyniesionej z przyszłych odcinków. Chciałem mieć bohaterów, którzy dają się poznać po większej ilości czasu. By to była zamknięta historia, bez furtki i dopowiedzeń. By to była aż tak skomplikowana historia, że nie dałoby się jej przedstawić w prosty sposób: "O czym ten serial jest". Bez nadprzyrodzonych zjawisk i magii. Chciałem wielu rzeczy.

Long story short... zrobiłem to. Nosi tytuł "Awake" i jego temat to zetknięcie się ze światem, który nie reaguje na twoją obecność. Wymyślenie kręgosłupa całej historii, który dziś mógłbym streścić w 4 zdaniach, zajęło mi jakiś miesiąc lub dwa, nie jestem pewny. Nie miałem wtedy żadnej fachowej wiedzy, jedynie garść wniosków i rzeczy-które-sam-chciałbym-zobaczyć-na-ekranie. Np. największy minus "Lost" to improwizowanie, niekończenie wniosków, dopisywanie pewnych rzeczy na poczekaniu. Dlatego pierwsze co zrobiłem to napisałem finał, i na nim budowałem resztę opowieści. Nawet nie wiem, czy jest jakaś szkoła która uczy jak to robić, byłem samoukiem, i w zasadzie nadal jestem (bo nie spotkałem się jeszcze z żadnymi poradami, jak budować wielowątkowe historie, musiałem sam sobie wymyślić reguły). Do momentu, gdy przeczytałem podręcznik scenopisarstwa, miałem już sporo wymyślone. Okazałem się nawet prymitywistą, większość lektury polegała na jaraniu się, ile rzeczy zrobiłem bez świadomości tego, że powinienem je zrobić - np. związek głównego bohatera ze światem filmu. Wiedzieliście o istnieniu czegoś takiego? A jednak coś takiego jest.

Minus takiego jarania się był taki, że nie zwróciłem uwagi na detale w stylu właściwego formatowania tekstu, oraz nie poświęciłem zbytniej uwagi temu, jak mam pisać. Znam regułę, producent ma obejrzeć film za pomocą słów które napiszę, ale dziś nie mam pewności, czy umiem wyczuć tę granicę pomiędzy pisaniem scenariusza a pisaniem czegoś, co bardziej kwalifikowałoby się do opowiadania. Nie wiem, czy dobrze opisuję sceny, czy prawidłowo je oznaczam i tak dalej. Tutaj po prostu potrzebowałbym nauczyciela.

Podstawową moją obawą było to co zawsze - że będę nad czymś pracować, udowodnię sobie wiele, osiągnę wiele... i nic mi to nie da. Dlatego od początku starałem się znaleźć sposób, by tekst zrealizować. Jak mi szło? O tym za tydzień.