niedziela, 30 czerwca 2013

"Star Wars: Nowa nadzieja" (5/10)

Adventure & Science Fiction, 1977


Spokojnie, powtórka.;) Ale z drugiej strony, dopiero pierwsza. I tak mi się dostanie zapewne.

SPOILERY!

Zastanawiające dla mnie było, jak scenariusz wykorzystujący schemat podróży bohatera bardziej niż "Hobbit", mógł nie przejść od razu. Zamiast tego Lucas pałętał się z nim przez kilka lat. Przede wszystkim, brakuje tu kompletnej, satysfakcjonującej historii. Jasne, to tylko wstęp do kolejnych części, ale nawet to można opowiedzieć tak, by słuchacz był usatysfakcjonowany, zamiast zawiedziony, że w połowie seansu ktoś wyciąga do niego rękę po następne 20 dolców. Z tej części nie wynika, na czym polega główny konflikt i z kim Vader o co walczy, coś niby na koniec osiągnięto, ale nie jest jasne, co to daje i co to zmieniło w głównej historii. Fabuła ani się nie urywa, ani nie zapowiada czegoś w przyszłości... Tak, nie dziwię się, że producenci nie byli zachwyceni. Też bym wątpił, że to przyciągnie ludzi do kin na tyle, by potem produkować kontynuację. Nie pomyślałbym: "Hell Yea, nie mogę się doczekać kontynuacji!" - bo co? Bo Han dostanie więcej medali? Bo Luke nauczy się jeszcze bardziej na ślepo odbijać pociski? Bo Rebelia wygra? A co właśnie się stało, wygrała? Dlaczego nie? Bo Vader wykombinuje coś jeszcze? Bez swoich ludzi raczej jest nieszkodliwy...

Po drugie, cały film ma naprawdę niedopracowane tempo. Lucas wyraźnie nie umiał tego zbalansować, raz zajmuje mu wieki by przejść do rzeczy, a innym razem robi to o wiele za szybko, nienaturalnie.

- Hej, Luke, leć ze mną chuj wie gdzie, chuj wie jak daleko stąd i chuj wie po co w ogóle cię ze sobą biorę.
- Mam złe przeczucie, Obi.

I po trzecie - sceny bitew lub strzelanin ssą. Ludzie twardo stoją pod ostrzałem, nawet nie szukają osłon, ciężko się tym przejąć. Raczej nie będę w szoku, jeśli zostaną trafieni. Wszelkie momenty "napięcia" też nie działają.

Nie podoba mi się też, że "force" to pochwała wyłączenia myślenia, dopiero wtedy dostrzega się prawdę i w ogóle. Magic. Poza tym, nie wiadomo co to tu robi - Luke nie umie czegoś, zasłaniają mu oczy, i nagle to umie, bez treningu, przygotowania, pracy nad sobą. Zamiast tego - magic. To bardzo dziecinne. I słabe.

Ale trzeba oddać, że Lucas stworzył ładne uniwersum, a między bohaterami jest autentyczna chemia. Jak tam na koniec się ściskali po wygranej - mała perełka, uśmiech gwarantowany. Efekty specjalne z kolei są niesamowite, chyba jeszcze lepsze niż te w "Parku Jurajskim". Szczególnie w odnowionej wersji HD, Jaba wygląda pięknie.:)


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/star_wars/


Ranking George'a Lucasa

1. Amerykańskie graffiti - 7/10
2. Gwiezdne wojny: Część I - Mroczne widmo - 6/10 (Lepiej to powtórzę :D )
3. Gwiezdne wojny: Część IV - Nowa nadzieja - 5/10
4. Gwiezdne wojny: Część III - Zemsta Sithów - 5/10
5. Gwiezdne wojny: Część II - Atak klonów - 4/10

piątek, 28 czerwca 2013

Upstream Color (7/10)

Low Fantasy & Psychological Drama, 2013


"Zakochany bez pamięci" w wersji ambient.

Shane Carruth po blisko 10 latach wraca do kina, nie tylko jako reżyser czy scenarzysta, ale i główny aktor, producent, współmontażysta i twórca muzyki do własnego filmu. Stworzył bardzo płynny obraz, dokładny, a także skoncentrowany. Niecałe półgodziny wypełnione jest widocznym wysiłkiem w niego włożonym. Widać, jak bardzo to wszystko zostało przemyślane i dopracowane. To puzzle, ułożone na swoim miejscu co do jednego, i wszystkie skrócone w montażu jak tylko się dało. Różne etapy czasowe, wszelkie odmiany doznań, metafory, psychozy, sny i emocje - jest w tym porządek, skutkujący hipnozą. To naprawdę dobrze się ogląda, o wiele lepiej niż "Primer". Magiczna jest sekwencja składająca się wyłącznie z nasłuchiwania - zaintrygowani?




Nie mówię, że ostatecznie ten film ma powód w byciu właśnie tak opowiedzianym, albo że wysiłek włożony w rozgryzienie go zostanie wynagrodzony. Ale dobrze jest obejrzeć taki film, bo wiele ich nie powstaje (i całe szczęście). Mało który obraz potrafi aż tak zaangażować, mało który ma ambicje opowiadać w tak skomplikowany sposób, jednocześnie potrafiąc zapewnić, że za tym wszystkim coś konkretnego stoi.

Chętnie go sobie powtórzę. Chociaż...?
http://rateyourmusic.com/film/upstream_color/

czwartek, 27 czerwca 2013

Skarb Sierra Madre (powtórka)

Adventure & Neo-Western, 1948


Humphrey Bogart wraz z ojcem Johna Hustona wyruszają na poszukiwania złota, ale młodemu odwala psychoza.

Oglądałem to w 2007 roku z VHS'a! A może to był 2008?... Tak czy siak, szpan. I kijek w oczko ludziom cieszącym się, że te stare filmy oglądają na blu rayu w HD. Co do filmu - już mnie dziś nie jara. Cholernie nie podoba mi się idea zrzucania winy na złoto samo w sobie, i upokarzanie bohatera poprzez robienie go słabym. Na początku - "Wystarczy mi jak znajdę 5 tysięcy!". Kilku minut później już chce wszystkich pozabijać, a że psychologia leży, to... to co ja mam dodać? Wątek ssie, cały dramat bardziej wymuszony niż ten w polskich telenowelach. Bo wiadomo - postać grana przez Bogarta była całkiem normalna, tylko gdy to złoto się pojawiło, to ono go kusiło, to wina złota... Słowo daję, to jedyny powód. Nie ma nic co by usprawiedliwiało jego przemianę. Zła idea stojąca za filmem, pokazywanie że człowiek z natury jest słaby i staje się zły, gdy spotyka pieniądze.

Psychologia jako taka w ogóle leży. Bogart to Bogart, nadałby charakteru swojemu bohaterowie, nawet gdyby grał w filmie Tomku i jego kolejce. Ojciec Hustona miał najlepszą sytuację, bo miał co grać. Jego postać to doświadczony poszukiwacz z bagażem doświadczenia i mądrości życiowych. Ale jest jeszcze trzecia postać... Która jest trzecią postacią, no. To zwykła pomoc w scenariuszu, która ma być pod ręką, gdyby ktoś chciał o czymś mówić a on będzie tego słuchać... Albo gdy trzeba komuś zadać ważne pytanie - to właśnie zadanie trzeciej postaci. Czysta kartka bez charakteru, która może zrobić wszystko. Szczególnie to widać w zakończeniu. Albo gdy na jednego zawali się kopalnia, i on... zawaha się, by uratować partnera! Bo... złoto, wiecie. Jest złe. Ono tak robi z ludźmi. Trzeba się go pozbyć i żyć w systemie niewolniczym, jak za starych dobrych czasów.

Bardzo nie podobał mi się scenariusz, z kolejnymi scenami pisanymi na kolanie. "Hm, niech bohater zacznie pracę. I mu nie zapłacą. Więc on... znajdzie jakoś pracodawcę, i go zbije, i w ten sposób odzyska pieniądze. Czekaj, to nie ma nic wspólnego z fabułą. Więc... za odzyskane pieniądze pójdzie spać do motelu. I tam spotyka tego dziadka, i on mu naopowiada o poszukiwaniu złota. I on na to pójdzie, bo nie będzie mieć innych pomysłów na fabułę, em, to znaczy - na życie. Ale potrzeba tu, tego, no - punktu... jak on się nazywał... jakiś moment zawahania. Wiem! Zabraknie mu pieniędzy na wyprawę. Ale skąd je weźmie? O, dopiszę na początku scenę, jak kupuje los na loterię, by ją wygrać właśnie w tym momencie zawahania. To tylko trochę wymuszone. Coś czuję, że Oscara za to dostanę..."

Zakończenie też słabe.

Nie spodziewałem się, że w takim filmie będę musiał szukać zalet. Bogart to jedno. (John) Huston to drugie. Hm, tak z boku na to patrząc, wyrzucając z obrazka brak psychologii i tę Trzecią Postać, to w sumie kawałek męskiego kina, z brodami, siedzeniem przy ognisku i ciężkim życiu na własnym... jakieś milion klas niżej od pierwszych 20 minut "Brokeback Mountain", ale jednak przez kilka chwil patrzyłem na ten film z przyjemnością.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_treasure_of_the_sierra_madre/

wtorek, 25 czerwca 2013

Noc żywych trupów

Zombie & Exploitation, 1968



Powtórka z dawnych lat. Dzisiaj pierwsze wrażenie jest wręcz szokujące, bo ta opowieść o zombie wygląda, jakby reżyserowali ją Cassavantes na zmianę z wczesnym Polańskim - w stylu, w ogólnym klimacie. Potem człowiek zauważa cały amatorski wydźwięk. Zombie którzy nie wyglądają jak zombie, tylko grupa ludzi poproszona o zaprezentowanie ich imitacji zombie. Bez żadnych kostiumów lub makijażu, sam ruch. A potem wrzucono ich do filmu, bo nie było nikogo lepszego pod ręką. Aktorzy w ogóle to amatorzy a ich sceny dialogowe wyglądają jak te tanie nagrania z castingów, w których ludzie czytają z kartki i próbują się wczuć w postać poznaną 2 minuty wcześniej.

Poza tym, to nie jest zbyt rozrywkowy film. Cała tonacja filmu jest na serio, ciężki dramat i tak dalej, a do tego fabuła jest... bazowa. Pojawiają się zombie, bohaterowie barykadują się, siedzą tam... wow, sporo wam zdradziłem. Brakuje tu akcji.

Nie siedzę w tematyce filmów zombie, ale spodobało mi się to barykadowanie domu. Cwany wydał mi się też pomysł z podpalaniem mebli i wyrzucaniem ich na podwórko, by odstraszyć nieumarłych - tak jakby nie chciał ich zranić, bo widział w nich wciąż ludzi... To już było wcześniej? I czy tylko mi się tak wydaje, czy to później bardzo rzadko było powtarzane.
Dobry był też protagonista, bardzo zaradny i nawet kobiecie w twarz dał by się zamknęła.:) Zakończenie również świetne - aż wpadłem na pomysł ciekawego filmu o zombie.:)


5/10
http://rateyourmusic.com/film/night_of_the_living_dead/

poniedziałek, 24 czerwca 2013

DROGÓWKA (korupcja, panie)

Crime & Drama, 2012-13


Polycyja!

Pewnie nikt już nie ogarnie, z którego ten film jest roku. W grudniu 2012 premiera światowa (zapewne gdzieś na festiwalu), w lutych 2013 premiera polska, jedne serwisy liczą od 2012, drugie 2013. I handluj z tym, człowieku...

Smarzowski tym razem kręci film bez fabuły, bo zbędna. Zamiast tego pokazuje po prostu życie policjantów, stały krąg wypełniony pijanymi kierowcami chętnymi do dania łapówki, żartami w szatni, sajgonkami z azjatyckiej budy i wizytami w burdelu, a pomiędzy mówi się o tym, że trzeba wyników wśród policji, za wszelką cenę. I tak to się kręci, gdzieś tak do połowy kiedy to wchodzi wreszcie jakaś historia o zgonie jednego policjanta, o które zostaje oskarżony nasz bohater, i teraz on musi uciekać... I nie wiem, jak to jest możliwe, ale od tego momentu całość jest jeszcze mniej angażująca.

Smarzowski na pewno wykonał dobrą robotę, wszystkie sceny wyreżyserowane są naprawdę dobrze. Czy to sceny akcji z bieganiem po dachach, czy te zbiorowe, z udziałem wielu aktorów - jak była jakaś stłuczka i biegało mnóstwo policjantów i lekarzy, samochód wywrócony, pijany kierowca rzęził, że ma tylko 500 na łapówkę - świetnie to ogarnięto. Sam casting też trzeba pochwalić, bo nie spodziewałem się zobaczyć aż tylu znanych aktorów, i wszyscy świetnie pasowali, nawet jeśli pojawiali się tylko na chwilę.

Widać też, że to polskie/europejskie kino.:) Jest taka scena, jak bohater wychodzi z metra i od razu zaczynają go ścigać! Więc ten zawraca, biegnie po schodach, krzyczy do wszystkich, by spierdalali, metro odjeżdża więc skacze na tory i ucieka, by w końcu uciec jakimiś schodami i wyjść na ulicę "od zaplecza"... Cała scena trwała, ja wiem, z 12 sekund. W USA zrobiliby z tego 10-minutową scenę akcji ~~

Poza tym, montaż jest pojebany, skacze wszystko po wszystkim, główna fabuła przeplatana jest ujęciami kręconymi z ręki przez bohatera, który chyba wszystko nagrywa na komórkę. Do tego normalne długie ujęcia są skracane w środku o jakiś ułamki sekund- tak, żeby jednocześnie cięcie niczego tak naprawdę nie skróciło, ale by było one widoczne, ponieważ...

Dobre zakończenie. Za nie punkt w górę. Ale reszta była mi straszne obojętna.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/drogowka/

niedziela, 23 czerwca 2013

Iluzjonista

Animation & Drama, 2010


Smutny film z odrobiną humoru, o starszym człowieku i jego próbie zostania ojcem.

Sylvain Chomet wcześniej nakręcił "Trio z Belleville", cichą i skromną animację ze szczątkowymi dialogami. Całość bardziej przypominała animowane kino nieme niż produkt z XXI wieku. Siedem lat później powstał "Iluzjonista", Chomet sprężył się przy nim mocno - napisał, wyreżyserował, zmontował a nawet muzykę stworzył. I wydaje się, że nic się nie zmieniło. W pewnym sensie to dokładnie ten sam film.



Tytułowym iluzjonistą jest starszy mężczyzna którego epoka już minęła, a sztuczki z królikiem i drugim dnem w cylindrze nie mają już zwolenników. Bohater musi sobie znaleźć nowe miejsce na świecie.

Z tego obrazu bije nostalgia i pewien rodzaj bólu, na którego nazwanie jestem jeszcze za młody. Jakiś Beatlo-podobny zespół zgarnia trzy bissy, a dwie sekundy po nich kurtyna się podnosi i okazuje się, że sala jest niemal pusta. Nikt nie poczekał na magika... Wszystko opowiedziane właściwie za pomocą obrazu, nieliczne dialogi lub zdania w tej animacji tłumaczono napisami (oglądałem na Kulturze). I zrobiono to w taki sposób, że nie wydaje się, by temu filmowi czegoś brakowało.


7/10. Soundtrack też dobry, choć bardziej w połączeniu z filmem.
http://rateyourmusic.com/film/l_illusionniste/

sobota, 22 czerwca 2013

Dzień Szakala

Political Thriller, 1973


Francja, rok 1963. Prezydent de Gaulle musi umrzeć - tak twierdzi grupa patriotów. Pierwszy zamach nie wyszedł, dlatego do zadania zostaje ściągnięty zawodowiec zza granicy o pseudonimie Szakal. Film prezentuje jego przygotowania do przeprowadzenia skutecznego zamachu, a także działania policji by go udaremnić.

Klimat, poważne podejście i dokładność przebiegu zdarzeń zadowala, ale w tym nie ma napięcia. Jest mnóstwo energii, wszystko się dzieje bardzo szybko choć akcji wiele nie ma (większość rozwiązuje się tu dialogami), ale nie ma tu napięcia. Przypomina to bajkę opowiadaną bardzo sennym głosem.

Nie pomaga też sporo skrótów ("Może nasz zamachowiec to Charles Calthrop?; Czemu tak myślisz?; Bo jak napiszesz Jackal po francusku to będzie to Cha Cal, a początkowe inicjały Charles Calthrop to właśnie Cha Cal; Przekonałeś mnie"). I w tak realistycznym filmie można było się spodziewać, że tłumik zachowa się w inny niż typowy dla filmów sposób.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_day_of_the_jackal/

piątek, 21 czerwca 2013

Mocny człowiek

Crime & Drama, 1929


Pierwszy istotny polski film. Przynajmniej fabularnie. I jeden z niewielu przedwojennych, które dziś jeszcze warto oglądać, a gdy jeszcze to zawężyć do kina niemego - to już w ogóle. I co z tego, że w momencie premiery kino nieme poszło już do lamusa? Opowieść na modłę "Zbrodni i kary" - Bielecki chce być sławny i bogaty, chce pisać, więc postanawia zabić przyjaciela Górskiego który akurat napisał arcydzieło. A potem będzie mieć z tego powody wyrzuty sumienia ciągnące się za nim aż do końca.

Ładnie się posłużono językiem kina niemego, całość nie wygląda jak przysłowiowe polskie kino - pod względem realizacyjnym postawiłbym to na równi z takim "Człowiekiem z tłumu". Poza tym działa to uczucie, że to Polska sprzed prawie 90 lat, że tak to właśnie wyglądało, że mieliśmy wtedy takich aktorów, że tworzono tutaj taką sztukę. Muzyka dograna dużo później do filmu wykonuje niesamowitą robotę, poza mamrotaniem Maleńczuka w jednej scenie. Ale też ostatnie 10-15 minut wynosi się na wyższy poziom, właśnie dzięki muzykom.

Problem z tym kinem jest taki, że postaci są słabe. Nie przypominam sobie nawet sceny w której Bielecki próbuje coś sam stworzyć. Tylko siedział w kawiarni, widział nagłówki w gazetach o setkach sprzedanych egzemplarzy czegoś tam, i nagle stwierdził: "A, zabiję sobie kogoś". A to tylko początek niestety. Bardzo naciągane, po prostu.


[spoiler] Zmieniłbym zakończenie. Po zastrzeleniu się, wszyscy zbliżają się do niego, wtedy kurtyna znowu się podnosi, widownia klaszcze... widzą, co się dzieje na scenie, powoli przestają klasakać, aż w końcu nikt tego nie robi. Aktorzy patrzą się na widownię, nikt nie wie jak zareagować, milczą. Kurtyna opada, muzyka już w tym momencie całkowicie wyciszona, film się kończy [/spoiler]


6/10
http://rateyourmusic.com/film/mocny_czlowiek/

czwartek, 20 czerwca 2013

Vabank 2, czyli riposta

Comedy & Crime, 1984


W sumie to podobało mi się bardziej od pierwszej części.

Główne założenie jest dużo ciekawsze, wszystko opiera się na dokończeniu historii zamiast spodziewanego dopisywania telenoweli, oraz na znanych postaciach. Kramer znajduje się w więzieniu przez Kwinto i chce się zemścić... ale najpierw musi uciec, potem wymyślić zasadzkę. Kwinto w tym czasie byczy się na hamaku i korzysta z emerytury. Widz już zna te postaci, i dlatego wszystko działa o wiele lepiej. Ale też intryga jest ciekawsza - chciałem wiedzieć, co wymyśli Kramer, jak Kwinto na to odpowie, jak wszystko się rozwinie. Do tego sama intryga jest ciekawsza, bardziej zaskakująca pomysłowością jednej i drugiej strony. Więcej żartów zapada w pamięci, całość jest bardziej emocjonująca, bo bardziej się w to wszystko zaangażowałem. Nie ma tu w końcu scen z pierwszej części, z oszukiwaniem alarmu bardzo przypominającym późniejsze budowanie wirusa w "Kodzie dostępu".

Ale dobrze, że nie powstała trzecia część. Tu też kilka razy brakowało pomysłów, choćby z tą głupią piosenką o powtarzaniu Vabanku, albo rozwalaniu krat... Serio, jak on je rozwalił?


6/10
http://rateyourmusic.com/film/vabank_ii__czyli_riposta/

"Nie zajmuję się mokrą robotą. Jestem uczciwym oszustem!"


Ranking Machulskiego (czołówka):

1. Seksmisja - 8+/10
2. Vinci - 7/10
3. Kiler - 7/10
4. Vabank II, czyli riposta - 6/10
5. Vabank - 6/10

środa, 19 czerwca 2013

Stoker

Psychological Thriller & Mystery, 2013


Włączam film, i pierwsze co słyszę, to bohaterkę z offu gadającą bzdury. "Nie odpowiadamy za to, kim się staniemy. Gdy to zaakceptujemy, stajemy się wolni". Ujmę to tak: Miller z Wasikowską i Parkiem powinni przeczytać "Harry'ego Pottera". Taka ponoć popularna seria książek. Żeby na przyszłość nie wychodzić na głupców w 5 sekund.

Skoro już jestem przy nazwiskach: Wentworth Miller z "Prision Break'a" pisał tu scenariusz (!!!) - Wasikowska w głównej roli, do tej pory grała w kilku słabych filmów, ale aktorsko w każdym dawała radę - Park, ten od trylogii zemsty - w czołówce pojawi się też nazwisko braci Scott, a na ekranie mignie Nicole Kidman grająca to samo co gra od 10 lat, i Ozymodiusz, ponownie wywołujący fascynację. Solidnie! To tyle z nazwisk.

Film opowiada o dziewczynie, której umarł ojciec, co sprawiło, że do domu przyjechał jej wujek, którego nigdy nie poznała, a teraz wywiązuje się między nimi relacja pełna nieufności, niedopowiedzeń i seksualności. Resztą można streścić w dwóch terminach: "nic się nie dzieje" / "dziwne dziwności". Co to jest to drugie? To na przykład Wasikowska niosąca lody do zamrażarki będącej w piwnicy... która wygląda jak baza Jigsawa z serii filmów o "Pile". Klimat psychodelii bije po nerkach, żyrandol lata w tę i z powrotem, ujęcia z ciemności mieszają się z tym, co dzieje się u dorosłych w kuchni, muzyka robi swoje... Jest dziwnie! I nie mam zielonego pojęcia dlaczego. I to dopiero jest dziwne! Nie pomaga też wręcz amatorska reżyseria w kierowaniu aktorami (przede wszystkim Mią). W jednej scenie miała pokazać, że nie lubi wujka, gdy ten prosi ją o zniesienie wspomnianych lodów. I pokazuje to poprzez... stanie w miejscu. Em, subtelne? Takich momentów jest sporo w całym filmie, gdy aktorzy mają coś przekazać i robią to poprzez nienaturalne zachowanie, pasujące jak pięść do nosa.



Ile zresztą postać Mii ma lat? Wiadomo, jaką urodę ma Wasikowska, wygląda jednocześnie na 15 jak i 32 lata, dlatego gdy Nicole Kidman traktuje ją jak dziecko ("Nie 'nie', tylko 'nie, dziękuję'!"), ja się czuję jeszcze dziwniej.

A potem, żeby było jeszcze ciekawiej, okaże się, że cała historia nie jest linerna, i pewna scena będzie mieć miejsce tak naprawdę nieco wcześniej, bohaterka spoglądając na nogę będzie miała flashback ujęcia z początku filmu, inna postać powie trzy razy to samo zdanie w różnych częściach filmu, i potem one się połączą jakby mówiła to jednocześnie, jedne partie będą nawet wyglądać na sen... Nic się nie dzieje, ale ukrywają to jak tylko mogą. Serio, spróbujcie jakoś streścić pierwszą połowę filmu - nie będzie o czym mówić. Będzie tylko coraz dziwniej - nawet mam wątpliwości, czy to wynikało ze scenariusza, czy to montażysta się zabawił. Możecie tu wstawić każdy dowcip o montażu nowego "Supermana", stawiam że będzie pasował.

Na szczęście efekt nie jest irytujący, ale pewnie dlatego, że nie spotkałem się z opiniami ludźmi doszukującymi się w tym filmie cholera wie czego. Sam przestałem się w nim doszukiwać czegokolwiek po usłyszeniu pierwszego zdania. Mam tylko nadzieję, że żaden nawiedzony się do mnie nie przyczepi, wołając "Patrz, zakłada jej buty na obcasie, to symbol wyzwolenia jej seksualności! Myślałem nad tym tylko trzy dni!"

"Stoker" to nudny, męczący i nijaki film, z fajnymi aktorami i ładnie wygląda, choć to tylko sztuka dla sztuki i zwykłe przechwalanie się grafików, że potrafią zrobić efektowne napisy w czołówce. Nie miały one żadnego innego celu.

I serio, Wasikowska powinna w końcu zagrać w jakimś porządnym filmie. Jeszcze ani razu nie zawiodła jako aktorka, ale filmy wybiera bez sensu. "Albert Nobbs" był tylko niezły.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/stoker/

wtorek, 18 czerwca 2013

Godzina zemsty

Action & Crime, 1999


Porter to przestępca. Współpracował z innym sobie równym, by zajumać 130 kawałków. W decydującym momencie Porter dostaje 2 kulki w plecy, wspólnik ucieka zadowolony, i wszyscy myślą, że Porter nie żyje. Błąd.

Przede wszystkim - wokół Portera można było zakręcić jakąś serię filmów akcji, jak "Die Hard" - to aż tak dobra postać. Twarda, z dobrymi tekstami, nie czekająca tylko po prostu robiąca swoje, nawet trochę cwana i posiadająca nieco poczucia humoru. Co więcej, ma sporo niezłych scen akcji - chce z kogoś wycisnąć informacje, ten mu odpowiada: "Ale oni mnie zabiją!". Na co Porter: "A myślisz, że co ja zrobię? Mną się martw" - i jest w tym absolutnie wiarygodny. Jakiś kelner gra w kotka i myszkę, to mu przy...dala w palce blatem i po sprawie. Podobało mi się również, jak wykiwał gliny..;-)

Do tego całość jest naprawdę nieźle opowiedziana, trzyma się tej starożytnej zasady o akcji wynikającej z bohatera, choć też w kilku momentach korzysta z gadania z off-u. Dodać do tego wspomnianą niezłą akcję, czemu film wywoływał u mnie obojętność? Trochę nad tym spędziłem czasu, zanim dostrzegłem, że fabuła jest do dupy. To też zresztą powód, przez który nie powstała jakaś trylogia "Payback", jak w przypadku "Die Hard". Tu nie było o czym opowiadać. Zdradzić wam, jak słabe jest spotkanie Portera z tym, który zabrał mu kasę? To jedna z pierwszych scen filmu, i jeśli nie chcecie psuć nadziei, to nie czytajcie - ale Porter przychodzi do niego w środku nocy. Chce kasy. Ten mu odpowiada: "Nie mam, daj mi kilka dni; Ok, na jutro". I wychodzi. A dalej będzie tylko gorzej i gorzej. Nie było żadnego pomysłu na całość, scenarzysta będzie dopisywał kolejne sceny na kolanie i wprowadzał nową ważną postać na 20 minut przed końcem. Całość będzie strasznie wymęczona, i to uczucie mi się udzieliło. Do tego stawka będzie nijak pasować do tych wszystkich zabójstw i ryzykowania życiem. Będą próby obrócenia tego w żart, ale to nie zmieni faktu, że to w najlepszym wypadku średnie kino akcji.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/payback/

- Mam wolną chwilę...
- To ugotuj jajko.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Blaszany bebenek

Low Fantasy & New German Cinema, 1979


Pierwsza połowa XX wieku widziana z perspektywy trzyletniego Oskara, który postanowił dwie rzeczy: nie urośnie już ani centymetr więcej, i nie rozstanie się ze swoim blaszanym bębenkiem, który otrzymał na urodziny. Miks kultur, od Wolnego miasta Gdańsk po Kaszuby, wprawna reżyseria, klimat ze szczyptą "magicznego realizmu". Kilka rzeczy przypadło mi do gustu.

Ale to też dosyć męczący i nużący film. Zaczyna się z jakiegoś powodu od bohatera opowiadającej o tym, jak dziadek zapłodnił babcię. Ukrywając się jej pod spódnicą, bo uciekał przez odpowiedzialnością za podpalenie czegoś-tam. Poza tym pierwszą godzinę bardzo łatwo streścić do tylko kilku zdań, niezbyt zresztą satysfakcjonujących. Nie chciał dorastać, bo nie chciał dorastać, to nie dorastał. Zapewne chciano by widz go poznał, spędził z nim trochę czasu zanim zacznie oglądać np. WW2 z perspektywy kogoś takiego... ale to o dziwo też nie była jakaś ciekawa perspektywa. O wiele bardziej męczyło mnie, dlaczego nikt nie zwraca uwagi na beznadziejnych rodziców bohatera. "Oskar, oddaj bębenek; Nie!; Oddaj mówię!; Nie !!!!!; Co ja mam z nim zrobić?". Dziwnie się czułem, będąc chyba jedynym który to dostrzega. Przez to chyba gdzieś mi umknęło sedno filmu.

"Nie mogę jechać, muszę najpierw wypić kawę" - Top 10 najgłupszych momentów w historii kinematografii.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/die_blechtrommel/

sobota, 15 czerwca 2013

Haunted House

Parody, 2013


Zaskakująco dużo gagów wyszło.:)

Tak, większość nie działa, konwencja z kamerą często nie trzyma się kupy, nie ma tu żadnego porządku lub poczucia smaku... Ale jest kilka jasnych punktów. Tytuł ten jest zasadniczo parodią "Paranormal Activity". Dziewczyna wprowadza się do swojego chłopaka i zaczynają się dziać... rzeczy... przerażający widok kobiety bez makijażu, w piżamie i idąca do łóżka nawet nie myśląc o seksie... Albo korzystająca z toalety przy otwartych drzwiach... O tak, ta dziewczyna zmienia życie bohatera w piekło...




Ta idea miała potencjał, i w rękach kogoś bardziej utalentowanego na tym można było pociągnąć cały film. Ale temat szybko się wyczerpał, duchy jednak się pojawiają, ale wtedy też będzie co nieco śmiesznego. Choćby bohaterowie palą trawkę, przychodzi zjawa... i upala się razem z nimi. Późniejsze wykonanie już gorzej, ale sama idea całkiem-całkiem! Albo to: dziewczyna wstaje w nocy, wpatruje się w chłopaka przez półgodziny, po czym........ zaczyna tańczyć break-dance'a. A chłopak rano ogląda nagranie z tego i krztusi się ze śmiechu.:)

Ale przypominam - to rodzynki wśród masy nieśmiesznych, zboczonych, wrzuconych na siłę gagów, a najbardziej obrywa sam reżyser i odtwórca głównej roli. Sam w końcu wpadł na pomysł kręcenia siebie, jak uprawia seks z poduszką...


2/10
http://rateyourmusic.com/film/a_haunted_house/

Ranking filmów - rok 1993

1. Co gryzie Gilberta Grape'a (Drama & Coming-of-Age)

2. Dzień świstaka (Romantic Comedy & Low Fantasy)
3. Żegnaj, moja konkubino (Historical Drama & Romance)
4. Ścigany (Thriller & Action)

5. Upadek (Thriller & Black Comedy)
6. Bad Boy Bubby (Black Comedy & Drama)
7. Kalifornia (Road Movie & Crime)
8. Dzieciątko z Macon (Drama & Satire)
9. Okruchy dnia (Romance & Psychological Drama)
10.Batman: Maska Batmana (Superhero & Crime)
11.Benny i Joon (Drama & Romantic Comedy)
12.Babylon 5: Zjazd (Science Fiction)
13.Arizona Dream (Black Comedy & Drama)
14.Rudy (Sports & Melodrama)
15.Nadzy (Drama, Black Comedy)
16.Na skróty (Drama & Black Comedy)
17.Tajemnica morderstwa na Manhattanie (Comedy & Mystery)
18.Samowolka (Drama)


Szkoda, że powtórka "Listy Schindlera" skończyła się wyrzuceniem tytułu z tej listy. Przynajmniej pozostałe powtórki przeżyły. Ogólnie z tego roku widziałem 71 tytułów, 4 z nich będą wśród ulubionych filmów w ogóle.

piątek, 14 czerwca 2013

Żegnaj, moja konkubino (powtórka)

Historical Drama & Romance, 1993


Trzy godziny seansu ponownie za mną. Wciąż jest to bardzo dobry film, ale tak czytam swoje wrażenia z seansu sprzed 2 lat i nie widzę nic, co bym chciał dodać. A więc kopiujem.


Pierwsze 20 minut to dzieciństwo bohaterów, dzieci którzy mają być aktorami w operze. Pierwsza połowa XX wieku, Chiny. "To odróżnia zwierzęta od ludzi. Ludzie chodzą do opery! Nie chodzisz do opery, nie jesteś człowiekiem!" – tymi słowy trener motywuje podopiecznych. Małych chłopców przechodzących morderczy trening – muszą w końcu umieć tańczyć, grać i śpiewać. Ćwiczenia rozciągające polegające na przywiązaniu do ścian i rozstawieniu nóg... cegłami. Wyrywkowe pytania co do treści sztuk, które będą w przyszłości odgrywać. Surowe kary. A bohater, syn prostytutki, urodził się z 6 palcami u jednej dłoni – rośnie, matka nie daje rady go wychowywać, brak miejsca w burdelu. W teatrze też go nie chcą, z uwagi na defekt dłoni. Więc – w pierwszej scenie filmu! – matka odcina mu palec tasakiem. Już wiedziałem, że ten dzieciak będzie mieć trudne życie. A film spełnił swoją obietnicę.



Nie pamiętam, bym do tej pory zżył się z bohaterami tak bardzo w tak krótkim czasie. Najpierw z bohaterem zbiorowym, wszystkimi wychowankami tej szkoły, potem z wydzieloną dwójką przyjaciół: Cheng Dieyi (temu odrąbano palec) oraz Duan Xiaolou, których łączy sztuka „Żegnaj, moja konkubino” - klasyczna opowieść w której Dieyi będzie grać konkubinę, a jego przyjaciel Króla. A może nawet coś więcej niż tylko przyjaźń?

Jako dopełnienie trójkątu – Juxian, prostytutka, której Xiaolou się oświadczy. Ich historia będzie się rozgrywać na tle rewolucji kulturowych Chin, a ich decyzje będą konfrontowane z czasami, w których przyszło im żyć. Jest co oglądać!

To ten rodzaj artystycznego kina, które opiera się nie na długich ujęciach, ale ferii barw, pięknych kostiumach, kulturze kraju oraz jego fascynacją u reżysera. Postawiono na rozmach i emocje. Tu wszystko jest ciekawe, nawet sposób w jaki bohaterowie nalewają sobie herbatę (przytrzymują sobie manierycznie ten długi rękaw). Bardzo dobre aktorstwo, świetne wyczucie barw. Sceny początkowe, sceny przy ognisku na koniec oraz ta sztuka, odegrana po raz ostatni – one pozostaną w mojej pamięci!


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/霸王别姬/

czwartek, 13 czerwca 2013

WIEK NIEWINNOŚCI

Romance, 1993


Całkiem fajnie było zobaczyć, że Scorsese kiedyś jeszcze umiał pracować z żywą scenografią a nie greenscreenem - opening w teatrze zrealizowany z rozmachem i mnóstwem statystów, bo przecież każdy widz musiał być żywy, a teatr naprawdę musiał tam być. Chociaż wtedy dostawał tylko nominację za to, więc to chyba nie była właściwa droga.

Ale to w zasadzie koniec miłych rzeczy, bo scenariusz adaptowany jest tragiczny. To nie jest film, to audiobook połączony z jakimiś tam ujęciami aktora idącego pomiędzy innymi aktorami przez dekorację. Czasem jakiś dialog się pojawi, ale często będzie ucinany, wyciszany, i przede wszystkim krótki. Wyciszony na rzecz czego? Narratorki napierdalającej z offu przez niemal cały czas. Dosłownie wycięto opisy z książki i wstawiono je do scenariusza. Kopiuj-wklej. Już wiecie, jak dostać nominację do Oscara za scenariusz. To znaczy, ja tylko przypominam, bo już to wiecie, patrząc po latach 2010-12.

Poza tym całość znaczy brak subtelności. Niby jest to opowieść o tym, jak XIX wiek był nudny i sztuczny, ale jest to pokazywane tak: bohaterowie mówią o czymś, dodają do tego "Ale to nudne i bez sensu, ale mi z tym źle". Bo po co się bardziej starać?

Kolejne minusy się pojawiają, jeśli dacie wiarę opisom mówiącym o "pokazywaniu prawdziwego życia wyższych sfer w XIX wieku". Ludzie wtedy tak nie mówili, i nie wystarczy aktorom założyć frak i kazać mówić spokojnie, by przywołać tamte czasy.


4/10. Za techniczne rzeczy. Soundtrack też niezły.
http://rateyourmusic.com/film/the_age_of_innocence_f1/


Top Scorsese (czołówka + bez krótkich metraży)

1. Wyspa tajemnic - 7/10
2. Kolor pieniędzy - 7/10
3. Po godzinach - 7/10
4. Król komedii - 7/10
5. Alicja już tu nie mieszka - 6/10
...
12.Wiek niewinności - 4/10

środa, 12 czerwca 2013

LISTA SCHINDLERA

Historical Drama & War, 1993


Powtórka. Kiedyś widziałem ten film na VHS'ie. Pamiętam że dopiero po zajrzeniu do Internetu dowiedziałem się, że tytuł ten trwa 3 godziny. Poza tym kilka scen końcowych i to tyle.

Za jakiś czas pewnie to będzie znowu tak samo wyglądać, bo wiele tu do zapamiętania nie jest. Bo całość jest tak bardzo o wszystkim, że nawet nie wiadomo do końca, jak to opisać. Gdzie zacząć? Przede wszystkim - całość zdaje się adresowana wyłącznie do tych, którzy nie mają zielonego pojęcia, że kiedyś wybuchło coś takiego jak WW2. Najazd na Polskę (obowiązkowe przekłamanie, że trwało tylko 2 tygodnie), tworzenie getta, życie Żydów pod okupacją, chowanie cennych rzeczy, tworzenie się różnych ruchów, potem wyjazd do obozów, życie tam... Wszystko nakręcone z rozmachem kogoś, kto dostał za dużo pieniędzy*, więc teraz korzysta. I zwykle 5 sekundowe ujęcie musiało być nakręcone z udziałem setek statystów. Są momenty, gdy to wszystko robiło wrażenie, np. gdy po wyjechaniu Żydów pokazano magazyn z ich rzeczami, gdzie wszystko segregowano. Takie rzeczy były naprawdę potrzebne, ale cała reszta? "Chłopie, przesadziłeś. Zdrowo". Poza tym Kamiński jako operator, Williams jako kompozytor, ktoś tam od scenografii i kostiumów - wszystko to działało i zachwycało. No i fajnie, ale tytuł całości brzmi "Lista Schindlera".

A więc to chyba powinna być opowieść o tym, że jeden gość kupił sobie ponad 1000 Żydów, więc - spoiler !!1 - przeżyli oni wojnę. Pod tym względem Schindler może się bić z Robertem Stroudem o tytuł "Postaci historycznej w którą nie da rady uwierzyć". Pierwsza godzina, chłop chce zarabiać hajs. Otwiera fabrykę, zatrudnia Żydów bo taniej, zarabia. Koniec sprawy. To za mało, by być dwuwymiarową postacią.

Najbardziej w tym wszystkim zabija mnie lekkość całości, jakby te sceny z WW2 dokręcono na boku i wstawiono bez wiedzy reżysera. W ogóle nikt się nie przejmuje tragedią i konfliktem wokół - przepraszam, ale to zwyczajnie nienaturalne. Bo gdy zaczyna się czystka getta, Schindler znika na pół godziny z ekranu. Potem wraca i zachowuje się... luźno. "Och, zabiłeś dziś 104 ludzi? Musiałeś bardzo wcześnie rano wstać, nieprawdaż?". Do tego momentu nie miałem zielonego pojęcia, o czym ten film jest. Ani to o Schindlerze, bo nic o nim nie wiem po półtorej godziny oglądania jego życia. Ani o Żydach, bo nic do nich nie czuję jako postaci filmowych. To tylko tło, które nikogo tu nie obchodzi w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Jakby nie wiedziano, jak zainteresować widza ich życiem, więc po prostu je pokazano, licząc że właściwy efekt sam się osiągnie. To opowieść o nikim, bo ani jedna postać nie wybija się ponad chociaż trzeci plan. Dano imię, nazwisko, ciuchy, kazano robić jakieś rzeczy i to tyle. Jedyna postacią, która się z tego wybija, to ten pomocnik Schindlera który nie tylko podejmuje jakiekolwiek działanie. On w zasadzie odwala całą robotę, szkodząc tym samym głównemu bohaterowi - bo jemu nic nie pozostaje jako osobie zarządzającej całym biznesem. On tylko tam rozmawia o niczym z innymi postaciami, przy rozmowie z pracownikami używa kilku zwrotów na zmianę (Naprawdę? / Dobrze / Cieszę się). Nie licząc epizodu z brakującym ramieniem, dopiero na koniec ma jakąś własną myśl, czyniącym z niego trójwymiarową postać. Do tamtego momentu nawet nie wiadomo, jak przeszedł z "Chcę zarabiać hajs" do "A, uratuję sobie kilku, to będzie dobre". A że film na faktach, to wykonano bardzo złą robotę. "Steven, zrób film o Schindlerze; A kto to?; Uratował ponad 1000 osób z WW2, kupując ich; Ciekawe... Nie, nie mów mi nic więcej, to mi wystarczy na trzygodzinny film"

Ostatecznie jest to chyba film o tym, że kilku ludzi przeżyło WW2 dzięki Schindlerowi i są mu za to wdzięczni. O tym przynajmniej jest końcówka, w której dla odmiany pojawia się jakiś dramat, emocje, całość nabiera charakteru - do tej pory to była bezosobowa historia, bez bohaterów, bo tym był tłum. To by się nawet zgadzało - pokazano ich drogę od samego początku do końca wojny, pobieżnie ale jednak, i docenić wypada, że to w ogóle się udało. Zapominając po drodze, że chciano też złożyć szacunek Schindlerowi, ale nie wyszło, bo po seansie śmiało można wątpić, że taka osoba żyła naprawdę, więc trzeba było tej sceny z jego grobem na koniec.

Zabrakło po prostu kogoś stopującego twórców, mówiącego "Nie" gdy ktoś chciał rozbudować jedne fragmenty z filmu, tracąc tym samym pierwotne założenia. Ale przynajmniej nieźle się to ogląda, jak na 3-godzinny obraz.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/schindlers_list/

*Zaskoczył mnie Spielberg który ponoć nie przyjął kasy za pracę bo "to krwawa forsa". To kto ją przyjął?


Ranking Spielbera (czołówka):

1. Pojedynek na szosie - 8+/10
2. Poszukiwacze zaginionej Arki - 7+/10
3. Szczęki - 7/10
4. Monachium - 7/10
5. Park jurajski - 6/10
...
7. Lista Schindlera - 6/10

wtorek, 11 czerwca 2013

POMIĘDZY NIEBEM I ZIEMIĄ

Drama & War, 1993


Dosyć łatwo można mnie zniechęcić. Wystarczy dać czytany wstęp, potem monolog bohaterki z OFF-u trwający do 7 minuty i już spokojnie mogę spisać ten film na straty. Oliver Stone poszedł dalej i postanowił dowalić Wietnamskich bohaterów mówiących wyłącznie po angielsku z lekkim akcentem. Śmiesznie zaczyna się, gdy to owi anglojęzyczni członkowie Vietkongu będą gromić w USA. Równie dobrze Polacy mogli by gromić na komunę po rusku. Czarny humor.

Tak naprawdę to śmiesznie zaczyna być, gdy na scenę wejdą już prawdziwi Amerykanie mówiący po angielsku. Wtedy skośnoocy aktorzy skończą z płynną mową i zaczną dukać jak na stereotypowego Azjatę przystało. "Nie, nie, ty pójść" Nawet nie bardzo wiem, do jakiej kategorii przypisać ten błąd. Żeby było jeszcze śmieszniej, to ["spoiler"] w jednej z końcowych scen babcia wita wnuków po wietnamsku. I oni pytają: "Co powiedziała?:)". A potem już znowu wszyscy wracają do angielskiego. Doskonała komedia pomyłek. [/spoiler]

Lista rzeczy, przez które w ogóle się nie zaangażowałem i mam teraz cały film w dupie, jest dłuższa, ale skupię się na dwóch - psychologia i rozwój postaci leży, w jednej scenie ktoś jest normalny, 5 minut później już chce sobie strzelbę w ucho wsadzić, pomiędzy tymi scenami jest tyle przejścia co "było coraz gorzej". Wciąż lepiej niż u Rosłaniec, jakby nie patrzeć. Poza tym ani jedna decyzja bohaterki nie miała dla mnie sensu i w ogóle nie rozumiałem tej postaci.

Drugi powód jest taki, że twórcy nie wiedzieli, na czym skupić film. Początek jest o tym, że bohaterkę dużo razy gwałcono, i ogólnie było źle, gdy Vietkong zabijał więcej swoich niż ich przeciwnik, bo czemu nie. Potem film jest o życiu w kraju po wojnie, potem... lepiej się zamknę.;-) Co jakieś 20-30 minut wchodzi nowy wątek, stare właściwie znikają, "focus" wciąż się zmienia, przez co całość wygląda jak maraton reklam gdzie każde 30 sekund poświęcone jest innemu produktowi. Całość niby spina fakt, że jest to historia życia jednej kobiety, ale napisałem wyżej co sądzę o bohaterce. Zresztą to tak, jakby zmieścić "Titanica", "Czas Apokalipsy" i "Americam Beauty" w jeden film trwający mniej niż 3h. Twórcy zawalili sprawę, ja czytałem różne wielowątkowe historie w stylu "Norwegian Wood", i tam jednak dawało się spiąć fabułę w całość pod każdym względem.

A może to po prostu sześciosezonowy serial, z którego wycięto 108 godzin materiału, kto wie.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/heaven_and_earth/


Aha, ponoć to film na faktach. Nie uwierzyłem w ani jedną minutę tego filmu.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

BEZ LĘKU

Psychological Drama, 1993


Niby powtórka, ale pamiętałem z tego filmu tylko kobietę z irytującym głosem. I truskawki.

Jeff Bridges przestaje się bać i robi co chce, ciesząc się życiem. A wszystko w następstwie przeżycia katastrofy samolotowej z której na dodatek uratował kilku pasażerów. Potem zniknął, by przekonać się, że naprawdę żyje. A to daje tyle możliwości...

Nie poczułem tego filmu. Wróć - nie na tyle, ile to było możliwe. Po pierwsze, scenariusz jest nieco biedny. Jest ta katastrofa, potem bohater znika przed światem by później wrócić do rodziny, ale woli towarzystwo kobiety która straciła dziecko w katastrofie... I wierzcie lub nie, to już 40 minuta filmu. Po drugie, wszystko tu uzupełnia dopiero samo zakończenie, bez niego film się ciągnie i nuży. "Dobra, ta scena jest taka sobie, ale poczekajcie do zakończenia, będzie lepiej". I to nie sprawdza się najlepiej, zamiast skupić się na tym co jest teraz film skupia się na tym, co będzie dopiero na koniec. A reszta... jakoś tam minie. Jeff Bridges idzie przez zamkniętą autostradę co grozi niebezpieczeństwem. I... podziwia zachód słońca. Zabiera synowi grę, krzycząc o tym, że w życiu nie ma drugiego życia. I... kilka scen później: "Przepraszam; Nie szkodzi. Nie uszkodziłeś jej". Koniec. I tak dalej...

Zapamiętam tylko scenę z tuleniem skrzynki z narzędziami. Reszty w ogóle nie poczułem, ani w kwestii dialogów ani bohaterów, bo ci są stereotypowi. Adwokat, który chce zarobić na smutku, rednekowy Benicio Del Toro, psychiatra-marionetka... żona z kolei to jedna z tych postaci, które wyrzuca się przez okno i tyle. Tylko irytuje. A pomysłów z kupowaniem prezentów zmarłym itd. w ogóle nie łapię.

Ale zakończenie wciąż jest satysfakcjonujące. Uzupełnia całą historię, bardzo dobrze ją podsumowuje i streszcza. To wtedy dopiero mogłem coś poczuć.~~


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/fearless/

niedziela, 9 czerwca 2013

JAŃCIO WODNIK

Drama, 1993-94


Dopiero na imdb się dowiedziałem, dlaczego film mający premierę w 1994, jest klasyfikowany do '93. Otóż w '93 miał premierę festiwalową. I co ja mam robić?

W każdym razie - polska wieś, chłop obmył sobie nogi i poszedł wylać wodę na podłogę. Patrzy, a woda leci po drabinie w górę na dach. Cud! Więc idzie wyruszyć w drogę, by cuda robić - widać Bóg mu na starość takie zadanie przypisał do wykonania.

To nie jest ciekawy film. Aspekt z Bogiem mnie nie interesuje, a poza tym to Jańcio idzie, robi cud, ludzie się cieszą, jakaś dziołcha z nim idzie do siana... A potem jeszcze raz. Nie pomaga też, że tu większość rzeczy po prostu się dzieje. Obcy ludzie po prostu wierzą, że ten obcy dokona cudu, dziołchy po prostu idą nawet bez słowa z nim do tego siana... W 2/3 filmu bohater przejdzie przemianę, i to też się po prostu stanie, bo kompletnie nie uwierzyłem, że tak sam z siebie stał się dupkiem (jak w ogóle można powiedzieć do żony, że się takich brzuchów wiele zrobiło, i w czym ten jej jest wyjątkowy?).

Niemniej, Kolski tworzy dobry klimat, Pieczka wymiatałby nawet gdyby przez 90 minut miał jeść drabinę bez widelca, a zakończenie uzupełnia całą historię.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/jancio_wodnik/

- Co robisz, Jańcio?
- Czas cofam.
- Czas cofasz. Ty to zawsze robisz coś ciekawego. A ja po samochód przyjechałem. Motor ci zostawię, po co ci samochód?

sobota, 8 czerwca 2013

RUDY (czołówka męskiego kina)

Sports & Melodrama, 1993


Czyli Sean Astin umiał grać jeszcze przed "Powrotem Króla".

Kojarzycie te filmy o ludziach, którzy coś chcą osiągnąć, ale wciąż tylko słyszą: "Nie dasz rady!". Ale oni są zacięci i mimo to się nie poddają, dążą do celu, bardzo tego czegoś pragnąć z całego serca!... Mam wrażenie, że "Rudy" jest jednym z pierwszych takich filmów. W każdym razie to film jeszcze sprzed epoki, w której tacy ludzie jak Steven Spielberg się dojebali się do tego gatunku i zaczęła się produkcja "Czasu wojny", "Ani z Zielonego Wzgórza" i podobnych.

Do to przede wszystkim zwyczajny film jest. O zwyczajnych ludziach. Którzy nie potrzebują wielkich oczu, na które wszystko dostają, bo oni tego chcą. Rudy chciał zagrać w uniwersyteckiej drużynie futbolowej "Notre Dame", najlepszej w kraju. Ale miał za słabe stopnie, by się tam dostać. Pracował więc 4 lata, oszczędzał, nie poddawał się i nie zaniechał starań. To wszystko. O tym ten film jest. Orkiestra gra non-stop na skrzypcach, a do tego sam Rudy to niezwykle sympatyczny człowiek, bardzo się cieszący ze wszystkiego co się spełnia. Bardzo angażujący ludzi wokół którzy aż chcą mu pomóc a on nawet o tym nie wie. I każdy człowiek którego spotka, motywuje Rudy'ego jakby naprawdę mu na tym zależało. Można w to uwierzyć. Nawet nie trzeba było dodawać napisy "Oparte na prawdziwej historii", choć jak się okazało po przewinięciu, jednak taki napis się pojawił na początku. A czemu zerknąłem na początek? Zobaczcie końcówkę, zrozumiecie.

W "Cougar Town" sąsiad puszcza kolegom "Rudy'ego" bo to najbardziej męskie kino na świecie. Cóż... to na pewno męskie kino. Ale czy kobiety tego nie ogarną? Wątpię.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/rudy/

piątek, 7 czerwca 2013

ŻĄDZA BANKIERA (smutne)

Drama, 2012


Przerwę pisanie tylko o 1993 roku, bo skoro znajomemu udało się mnie wyciągnąć do kina, i to na premierę... Za darmo, więc można dać szansę, nawet nudnej opowieści o bankierze chcącym zarabiać pieniądze bez powodu, więc wplątuje się w ten świat "poważnych" interesów i dużych pieniędzy.

Costa-Gavras to uznany reżyser, jego "Z" zapisało się dosyć mocno w historii i ogólnie jest postrzegany jako jeden z ważniejszych twórców XX wieku. Dlatego tak trudno mi pisać, że to właśnie reżyseria jest najsłabszym elementem całości. Aktorzy dają radę - Gad Elmaleh w głównej roli utrzymuje calutki film na sobie tylko za pomocą grania głosem, bo twarz musiał mieć pokerową od początku do końca. Scenariusz spełnia warunki i nawet ma satysfakcjonujące zakończenie. Muzyka z jakiegoś powodu wzięta z "Mrocznego rycerza", tylko cichsza, ale też miejscami pasuje. Ale całość nie ma żadnego wyrazu, tonu, nastroju.




Wydaje się, że najbliżej można by to określić jako czarną komedię - ale do "czarna" jest za mało poważna i zbyt dziecinna. Korporacje chcą tylko po trupach zarabiać kasę i kombinują, by ktoś coś tracił gdy oni będą zarabiać, zresztą zarabia się dla samego faktu zarabiania, nerwy przy tym traci się bo czemu nie. To jeden z tych filmów w których pada zdanie "pieniądze są źródłem zła!" i nikt nie pyta o źródło pieniędzy... Bohater chce zarabiać, bo chce zarabiać, inni chcą go udupić, bo chcą go udupić, chce przelecieć jakąś modelkę bo chce ją przelecieć, ale ta cały czas naciąga go na grube kwoty, a on je jej daje, bo przecież nie wszedł w ten biznes by zarabiać, a nie czekał, jednak dlatego, ale to nie ważne, bo na końcu okazuje się, że bohater zmienił zdanie, bo myślał, że gra w "Bejbi blues", nie wiem. Taka biegunka złożona z błędnej filozofii, dziecinnego spojrzenia na świat mającego być chyba parodią poważnego biznesu i wysokiego tempa zdarzeń wokół intrygi, na którą nabrać się można było tylko w komiksie dla dzieci. Wróć - w komiksie byłoby wyjaśnione, czemu bohater się zmienił.

Z kolei film gatunkowo do "komedii" nie pasuje, bo żarty pojawiają się bardzo randomowo, jakby scenarzysta zaglądał na plan co drugi plan i wymyślał żart do obecnej sceny na poczekaniu. Pierwsze ujęcie: chłop zalicza glebę przy próbie wybicia piłki podczas gry w golfa. Śmieszne. Ale on ma rak jąder! Akward. Kilka razy w czasie seansu bohater zalicza fantazję, w których robi coś śmiesznego, typu: "Hm, ona zwalnia innych z uśmiechem na twarzy. Zwolnię ją i zobaczę, jaką będzie mieć minę". Jednak takie sceny są zapowiadane godzinę wcześniej odpowiednim dźwiękiem z jakiegoś powodu. I do niczego nie prowadzą. I nie wiadomo, dlaczego ktoś chcący tylko zarabiać pieniądze, nagle ma takie myśli.

Nudne, dłużące się i głupie kino. Smutne na dodatek, bo ludzie naprawdę widzą ten mechanizm w taki sposób.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/le_capital/

czwartek, 6 czerwca 2013

Cienista dolina

Biopic & Romance, 1993


To jeden z tych tak bardzo brytyjskich filmów, w ciągu których często rozmyślam o skeczu Eddiego Izzarda na jego temat, i wyczekuję przysłowiowej "przerwy na kawę". Bo to dosyć męczący seans, z wolnym tempem i niewielką ilością zdarzeń, a postaci zachowują się... po brytyjsku. Nawet nie wiem, jak to opisać. Do tego całość wyraźnie zmierza do jakiejś tragedii - nic jej nie zapowiada, ale to oczywiste że coś się wydarzy. Reżyser już o to zadba, choćby film był na faktach.;-)

Ale też gdy w okolicach połowy w końcu zrobiłem sobie przerwę... Siedziałem kilka minut, dałem sobie chwilkę by przenieść się ze świata filmu do własnego. Nie mogę zaprzeczyć - reżyser wykorzystać czas który sobie dał, by pozwolić bohaterom i światu oddychać. W tym szaleństwie jednak jest metoda.

Nie wiem. Najprawdopodobniej - to nie był dobry okres dla mnie, by ten film obejrzeć. Widzę jego klasę, widzę, że to najlepszy film Attenborougha oraz najlepsza rola Hopkinsa. Widzę jaki szczery ładunek dramatyczny ze sobą niesie ta opowieść. Widzę kilka fajnych motywów w scenariuszu. Ale ostatecznie seans mnie męczył, rozbijałem go na kilka pomniejszych, i ocena jest jaka jest.


6/10. Z plusikiem.
http://rateyourmusic.com/film/shadowlands/

Zdanie, które nie daje mi spokoju:

- Nie. Nie mogę spać. To wszystko za wcześnie, po prostu nie mam na to czasu.
- Czasu na co?
- Nie wiem. Żeby mówić, powiedzieć wiele rzeczy.

wtorek, 4 czerwca 2013

KALIFORNIA

Road Movie & Thriller, 1993


Co by się stało, gdyby pisarz pracujący nad książką o mordercach, wyruszył w drogę przez Amerykę z jednym takim - nie wiedząc o tym? Brian nie wie za dużo o mordercach, jego dziewczyna Carrie z kolei nie odnosi sukcesów w dziedzinie fotografii. Early i Adele to definicja "białej hołoty", żyjącej w przyczepie, z kuratorem na karku i śmieciową robotą do której są zmuszani. Carrie chce razem z chłopakiem przenieść się do Kaliforni, jemu udaje się to połączyć z pracą nad książką - chce opowiedzieć o tym, jak działa umysł zabójcy, dlaczego zabija? Chce odwiedzić kolejne miejsca zbrodni. Nie ma na paliwo - daje ogłoszenie wśród studentów.




To dobrze złożony film. Z początku oba te światy są mieszane w bardzo ostry sposób, ale też wszystko jest bardzo płynne i naturalne. Nie czułem, że twórcy idą na lenistwo lub wyręczają się "przypadkami". Mogłem dać wiarę, dlaczego Early natknął się i odpowiedział na ogłoszenie lub czemu ono w ogóle było na pierwszym miejscu. Stąd bierze się pierwszy konflikt, z połączenia tak różnych światów - bo postaci są wyraziste. Early i Adele są dzicy i prości, ale on zachowuje się bardziej na luzie, podczas gdy ona jest bardziej dziecinna i łatwo się denerwuje wokół tych kulturalniejszych, umiejących jeść chińszczyznę pałeczkami i w ogóle. Brian z kolei prezentuje ciekawe idee, o tym że morderców nie powinno się wysyłać na krzesło elektryczne. Gdy Carrie skarży mu się, że Early przy posiłku zdjął but i drapał się po skarpetce, Brian odpowiada: "Robi tak, bo został w ten sposób wychowany. Powinno ci być go żal". Sama Carrie z początku nie wtrąca się, akceptuje po cichu a z czasem spędza z nimi coraz więcej czasu.

Czuć w nich ludzi, nie figury mające tam tworzyć ze sobą konflikt w filmie. Dlatego to takie ciekawe.

Miałem opory, by dać powyżej gatunek "Road movie", bo opowieści z tego gatunku zwykle są nudne i randomowe. W "Kaliforni" wszystko jest jednym ciągiem wydarzeń z początkiem i zakończeniem, w którym nie ma miejsca na coś zbędnego lub przypadkowego. Różne relacje rozwijają się z czasem, zdanie o współtowarzyszu się zmienia... I cały czas jest to napięcie - bo my wiemy, że Early to zabójca. Ale wiemy tylko o tym, co zrobił PO tym, gdy film się rozpoczął. Czy zrobił coś wcześniej? Co będzie dalej?

To solidne kino, warte obejrzenia.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/kalifornia/

niedziela, 2 czerwca 2013

DZIECIĄTKO Z MACON (świetne!)

Drama & Satire, 1993


Dzieciątko rodzi się z dziewicy. Cud! Dziewicza Julia Ormond przypisuje sobie zasługi, choć nie jest jego matką, a kościół dołącza do tej imprezy, by zarobić na całym interesie z czczeniem świętego... Potem zrobiono z tego sztukę, i o niej jest ten film. Tak jakby? Fikcja pokrywa się z rzeczywistością, która z kolei pokrywa się z filmem, a miejsce widza przesuwa się cały czas pomiędzy nimi. Klimat jest absolutnie niesamowity, bo jednocześnie widoki są naturalistyczne, zahaczające często o dekadencję i ma się wtedy świadomość, że to przedstawienie dla plebsu, reagujących na cycki i wulgarność, a z drugiej strony, w tym samym czasie... Cholera, to coś ważnego. Artystycznego. Podniosłego. Nieustający stukot obuwia o deski teatru, niesamowite echo, gra światłem i barwą, śpiewy kościelne... W ogóle, całość ma klimat jak po wejście do kościoła właśnie.

Dlatego nie jest dla mnie tak istotne to, o czym film opowiada, bo nie zgłębia mechanizmów rządzenia tłumem itd. ani też nie mówi czegoś nowego. Kojarzycie mój felieton cytujący powieść Ayn Rand? 5 minut czytania tamtego wpisu da wam więcej niż ten film w tym temacie. Istotne jest dla mnie, jak to zrobiono wszystko. A to jest niesamowite.

Wyszedł bardzo barokowy film, z mnóstwem drogich dekoracji, kostiumów, aktorów.
Całość sprawia wrażenie, jakby Jaroszewicz mógłby tu wykonać podobną robotę co w "Na srebrnym globie" Żuławskiego... Ale tego nie ma. Szkoda?

Trochę tak, ale i bez tego - zdjęcia są tu jednymi z najlepszych jakie w życiu widziałem. Widać idealną współpracę z reżyserem, który narzucił wszystko to, o czym już wyżej pisałem, a potem jeszcze montażysta się dostosował. Cały film wygląda jak nakręcony na jednym ujęciu a cięcia służą np. skróceniu sceny która powinna trwać kilka godzin, ale przeskoczono do jej końca. Zwykle po oglądaniu 20-minutowego ujęcia następne cięcia kują w oczy, ale ten film to wyjątek. Tu takie cięcia idealnie pasują do całości, nawet widać z samego tylko oglądania, czemu je zastosowano.

Jeśli chcecie przykład całego klimatu filmu, który was zachęci na bank- czytajcie poniższy akapit. Możecie to jednak uznać za spoiler, więc...

Jedna dziewica musi zostać ukarana. Ale dziewic nie można ukarać na terenie kościoła, gdzie teraz jest, więc... ksiądz rozkazuje ją zgwałcić, a każdego chętnego najpierw rozgrzesza z tego, co zaraz zrobi. Gdy dziewica znajduje się już na łożu, zasunięte zostają zasłony... A za chwilę kamera tam zagląda, by zobaczyć nie postaci, tylko aktorów. Ona już tam uspokaja pierwszego gwałciciela i w ogóle rozmawiają swobodnie. Ale gwałt jednak następuje, a mężczyźni tylko się cieszą, że na widowni jest 300 osób i wszyscy będą myśleć, że ona krzyczy na niby. Całość jest nakręcona w jednym 12-minutowym ujęciu, które wcześniej było przerwane tylko krótkim ujęciem na bok, bo bez niego by trwało z 5 minut więcej. Warto to zobaczyć.

Mocne kino. Już jestem chętny do powtórki.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/the_baby_of_macon/


- Taka strata!
- Panie... to tylko sztuka. Z muzyką. Nie rozpaczaj tak.
- Tylko sztuka! Z muzyką! Czy dla Boga każda śmierć jest taka? Gdy ja umrę, to też ktoś powie: "To tylko Książę, nie rozpaczaj"?! Tylko teatr! Z muzyką...!
- Panie!... Bądź wdzięczny za muzykę. Większość umiera w ciszy.

sobota, 1 czerwca 2013

WIELE HAŁASU O NIC (powtórka)

Romantic Comedy, 1993


Kenneth Branagh stwierdza, że chce zostać kawalerem do końca życia, więc Denzel Washington przyjmuje wyzwanie i postanawia go połączyć z Emmą Thompson, bo... jest sobota i wódka wyszła, nie wiem. Fabuła jest zwyczajnie do dupy, pokomplikowana w drugiej połowie do tego stopnia, że ziomkowi na weselu potrzeba 5 minut, by powiedzieć coś, co dałoby radę powiedzieć w 3 zdaniach. Albo 6, jeśli ktoś nielubi wulgarności. Całość to Szekspir, więc tematem miłości to każda postać podciera sobie tyłek i to się może nie podobać, ale poza tym... film jest całkiem uroczy?





Mieszanka pięknych widoków, łagodnego klimatu, dziwnych ludzi i ich stylu życia sprzed 500 lat, kpiącego podejścia do tematu relacji damsko-męskich oraz uroczego przykładu "Buddy movie" w wielu scenach. To tak w skrócie. Dziwne jest to, że ilekroć widzę na ekranie postać z czegoś się śmiejącą, to ja ani razu tej emocji nie podzielam. Wiele z ich maniery jest dla mnie zwyczajnie dziwne, poczynając choćby na leżeniu i słuchaniu Emmy Thopson czytającej wiersz. Całość ma mocny wpływ teatru, wielokrotnie ludzie w tle znikają, gdy główna postać musi pobyć sama, choć jeszcze ujęcie wcześniej cały ogród był pełny, a tłum bardzo często sprowadza się do roli publiczności reagującej w przesadzony sposób. Przesadnie śmiejącej się ze wszystkiego, wiwatującej, cieszącej się, kpiącej i tak dalej... Nienormalne jest to, że choć jest to dla mnie dziwne i nie wpływa pozytywnie na seans, to w ogóle mi nie przeszkadzało. Ot, taka konwencja... Dla mnie w porządku.

Oddać też trzeba nieziemską pracę operatora oraz reżyserię Branagha, który z szacunkiem podszedł do materiału źródłowego. Już nie jest to jedna z moich ulubionych komedii, ale ponownie spędziłem przy niej miło czas. I pewnie w przyszłości obejrzę jeszcze kilka razy.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/much_ado_about_nothing/
Scena śpiewania przy fontannie