wtorek, 31 grudnia 2013

Między słowami (9+/10)

Drama & Comedy, 2003


Charlotte skończyła filozofię, do Tokio trafiła u boku męża, który ostatnio pracuje tu jako fotograf. Wychodzi na całe dnie, więc większość czasu ma dla siebie. Bob to starszy aktor, który od dawna nie zrobił filmu, a do Tokio trafił by kręcić reklamę alkoholu. Oboje zamieszkają w tym samym hotelu, będą się mijać w windzie, w barze późnym wieczorem, gdzie zajrzą by uleczyć bezsenność...


Za pierwszym razem gdy go oglądałem, chyba nie mogłem się zdecydować jak bardzo go lubię. Poza tym faktem, naprawdę myślę, że to film który trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy. Przy pierwszym seansie szkodliwie działa przyzwyczajenie, przeczucie graniczące z pewnością o tym, co się zaraz wydarzy. Młoda dziewczyna bez pomysłu na siebie, stary wypalony aktor - jak to się może skończyć? Były już takie historie, ta jest ładnie nakręcona i zagrana, ale po co znowu o tym kręcić? To będzie do bólu typowe. Prześpią się ze sobą, będzie z tego romans stulecia, będą razem szczęśliwi jak nikt inny nigdy nie był i nie będą wiedzieli co zrobić, a na końcu i tak wybiorą swoje stare życie, bo tak. Co niby wyróżnia ten tytuł, poza nazwiskiem reżyserki?
Trzeba to obejrzeć do końca, dowiedzieć się, że to historia o zupełnie czymś innym, i następnie podejść do niego z pełną świadomością, co się ogląda.

Film o pogodzeniu się z samym sobą. O życiu ze sobą, z rzeczywistością, stanem obecnym, konsekwencją tego co było kiedyś i zaakceptowaniu tego, co jest. A jednocześnie - o patrzeniu w przyszłość, w oparciu o nową wiedzę i doświadczenia. Z optymizmem i satysfakcją. To również jest film o wyborze "czy z nim/nią zostać", ale bardziej pod względem znalezienia siły by podjąć decyzję.

I chyba nie ma takiego drugiego filmu, a ten robi co zamierzał właściwie bez jednego potknięcia. Uwielbiam ciszę w tym filmie, chociaż nie ma tu jakoś mało dialogów. Uwielbiam spojrzenie między Charlotte i Bobem, które trwa i trwa, bez słowa wypowiedzianego na głos. Uwielbiam klimat, przypominający swoistą medytację, tylko niepolegającą na głupim siedzeniu w miejscu. I do dziś pamiętam wrażenie, jakie wywarło na mnie ujęcie Scarlett Johansson siedzącej na parapecie, a za oknem widać Tokio z wysokości 50 piętra. Bo teraz oglądam i czuję dokładnie to samo. Moment geniuszu.

Zresztą, jeden z wielu. Można to było kręcić wszędzie, ale wybrano Tokio, by m.in. przez zwykłe spojrzenie wyrazić pragnienie zaakceptowania samego siebie (Charlotte oglądająca tubylców grających na automatach). Można było zatrudnić wielu aktorów, a wybrano Billa Murraya. Zwróćcie uwagę na drobiazgi, jak pomiędzy dwiema scenami spotkania się widać pojedyncze migawki tego co robili, kiedy byli sami.
https://rateyourmusic.com/film/lost_in_translation/

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Schultze Gets the Blues (7/10)

Comedy, 2003


Film mający starego ducha, o starszych ludziach i tym, że wolne tempo też ma plusy. Nawet gdy patrzy się z boku. Tytułowy Schultze mieszka sam, zaczął właśnie emeryturę, niewiele mówi i nie narzeka. Gra na akordeonie. "Fabuła" kręci się wokół odkrycie nowej melodii, którą ten będzie grać w kółko i w kółko, w efekcie zapragnie trafić na pewien Amerykański Festiwal.

To nie jest tak, że ja polecam ten film. Tak, oglądało się dobrze, i doceniam jego szczerość, ale to nie jest obraz do oglądania przez wszystkich. W pewnym momencie życia, albo na wieczór filmowy z dziadkami - wtedy owszem, ta opowieść będzie idealna. Przy oglądaniu złapie się odpowiedni rytm, poczuje się ten humor. Uśmiechnie się tu i tam, bo opowieść jest w pełni autentyczna, a twórcy zadowoleni z siebie. Ale jako jeden z wielu, obejrzany "bo na niego wypadło, zjem do pizzy, bo komedia" zrobi o wiele mniejsze wrażenie.

Jestem za młody, by takie filmy sprawiały mi przyjemność.
https://rateyourmusic.com/film/schultze_gets_the_blues/

niedziela, 29 grudnia 2013

Tabu (5/10)

Drama, 2012


Jak dobrze, że nie poszedłem na to do kina... Fabuła? Historia? Sam nie wiem, co napisać. Starsza kobieta oskarża potajemnie swoją służącą o to, że ta chce ją zabić? To strasznie chaotyczny film, męczący brakiem organizacji, dodatkowo aktorzy widać uczęszczali do szkoły aktorstwa imienia Wujka Boonmee, każdy wypowiada swoją kwestię jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, i wygląda przy tym jakby miał problemy z pamięcią. Po ujęciu podejdziesz do takiego, zapytasz co ten przed chwilą mówił, a ten nie będzie wiedział o czym mówisz - jakim ujęciu?

Sceny następują po sobie bez większego ładu i składu, o rytmie nie wspominając. To bardzo nudny film, który strasznie nuży. Szybko miałem już gdzieś uważne oglądanie, praktycznie zasypiałem słuchając monotonnego głosu narratora, który na dodatek mówił kwestie wyjęte jakby z wiersza. Wiecie, scena trwa kilka minut, narrator cały czas usypia widza swoim wolnym tonem, i wszystko co mówi można zamknąć tak naprawdę w dwóch zdaniach.

Jestem obojętny wobec "Tabu". Mam gdzieś, czy to dobry film. Może i tak. Może o czymś opowiada. Ale stracił moje zainteresowanie gdzieś w 3/5 seansu, i nie ma szans by je odzyskał. Jest nudny i wygląda na typowy offowy obraz, który nie został stworzony po to, by go ktoś potem oglądał.
https://rateyourmusic.com/film/tabu/

sobota, 28 grudnia 2013

Narodzenie (5/10)

Christmas & Drama, 2006


Przed narodzinami Jezusa działo się całkiem sporo. Maria zaszła w ciążę, Józef chciał ją ukamienować, Herold obawiał się przepowiedni i zaczął działać, by jej zapobiec, a trzech mędrców wyruszyło w drogę za gwiazdą. To oczywiście Biblia, wiele z tego nie dało się zrobić. Przed obejrzeniem trzeba się przygotować, że usłyszy się kilka rzeczy w stylu "Nie wierzysz mi? To cię oślepię, masz nauczkę!" - ale naprawdę się starano opowiedzieć to jak porządną historię, z trzema wątkami przeplatającymi się równolegle. Spodobało mi się, że dodano do tego całkiem sporo życia na każdym kroku - mędrcom nie uśmiecha się podróż tak daleko, i wątpią czy to w ogóle ma sens. Marii nie podoba się pomysł z potomkiem bez udziału mężczyzny, Józef jest wkurzony, i śni o ukamienowaniu własnej żony. Dopiero anioł mu się objawił, wtedy uwierzył.

Najciekawszy moment to Maria pytająca się, co Józef zobaczył w swoim śnie. Miał jej powiedzieć o tym, że prawie ją w nim zabił?

Do tego większość postaci ma karnację bardziej Arabską, co też doceniam. Podobało mi się jeszcze kilka elementów, jak kolory i filtry obrazu, takie tam detale. Nie mam jednak zamiaru chwalić tego tytułu, nic z tych rzeczy. Większość takich elementów jak dialogi, aktorzy, montaż lub zdjęcia, ma naprawdę wiele słabych momentów. Jakaś scena za bardzo się trzęsie, kiedy indziej przejście jest toporne, większości postaci brakuje życia. Parę razy pojawi się jakiś dramatyczny moment, z którym tak naprawdę nie wiadomo było co zrobić, i czemu się ostał w gotowym filmie, bo był tak krótki i nic nie wnosił. Wiele scen zostaje rozwiązanych "po prostu" (jeden z Trzech Króli nie chciał jechać, bo nie, a potem jedzie, bo tak).

Do tego to budowanie napięcia... nadchodzi zbawiciel, oczyści nas z grzechów - cokolwiek to znaczy - będzie Królem Królów, obali Herolda... po czym są narodziny, nic się nie dzieje, film się kończy i to tyle. Wysoce niesatysfakcjonujące. Ktoś zdrowo przesadził, albo nie wiedział, jakie są granice opowieści którą prowadzi. Tak czy siak - nie zasnąłem, nie wkurzałem się, ani nie męczyłem. Można obejrzeć.
https://rateyourmusic.com/film/the_nativity_story/

piątek, 27 grudnia 2013

Dekalog V (7/10)

Drama & Crime, 1990


"Nie zabijaj" - czyli "Krótki film o zabijaniu" obcięty o jakieś pół godziny. Chłopak zabija taksówkarza i teraz czeka go wyrok śmierci. W tym wypadku mniej znaczy... mniej. Teraz jest to historia bardziej nakierowana na konfrontację dwóch zabójstw, obu brutalnych, bezosobowych i nienaturalnych, do tego obrzydliwych. Dobrze się stało, że wydano również wersję rozbudowaną, z dłuższym początkiem, dodatkowymi scenami które dodają kolejny wymiar tej historii. Tamta jest ciekawsza i bardziej szokująca. A także - ją pierwszą obejrzałem.

Sam w sobie - to dobry film. Początkowe monologi o prawie to znakomity wstęp, pomysł z brunatnym filtrem obrazu znakomicie pasuje do klimatu. Baka i Gajos to mistrzowie, tylko Barciś pojawia się tak jakoś... niezwyczajnie.

I chyba w "Krótkim filmie..." nie ma tej ostatniej sceny z Gajosem krzyczącym w lesie "Nienawidzę!"
https://rateyourmusic.com/film/dekalog__piec/


Miałem początkowo plan, by obejrzeć cały "Dekalog" w 5 dni, po dwa dziennie, ale nie znalazłem odpowiedniego formatu, by zmieścić notatkę o dwóch filmach w jednym wpisie. I fajnie, mam co oglądać za rok. A tymczasem - "Dekalog" na 8/10. Traktować go jako miniserial i dodać na listę ulubionych seriali, czy jako film, i dodać go na listę tychże, obok oddzielnie lubianego "Dekalogu 4"?

I małe podsumowanie:

1. Dekalog IV
2. Dekalog I
3. Dekalog III
4. Dekalog V
5. Dekalog II

(felieton) Kończę chwalić się, że czegoś nie lubię

Wszystko zaczyna się od nienawiści. Masz fana, potem masz antyfana. Fan cicho lubi co robisz, antyfan promuje twoją pracę na każdej płaszczyźnie Internetu, a nawet i poza nim. To rodzi konflikt, przez który o tobie mówią, dyskutują, kłócą się o to, kto ma rację na twój temat, i kto ma prawo cię lubić, a kto nie. W ten sposób zyskuje się popularność.

Jakby się nad tym zastanowić, to nie wiem, jak bardzo ta moda wpłynęła na moje życie. O ilu ludziach usłyszałem tylko dlatego, że ktoś ich nienawidzi? Sportowcy, piosenkarze, kobiety, i bardziej precyzyjnie: konkretne wydarzenia, momenty, chwile. Dzisiaj zaglądam na jakąś stronę i widzę, że kto chwali się tym, jak to kogoś nie lubi. Co ta osoba zrobiła. Pokazuje mi czyjąś obrzydliwą fotkę, której sam z siebie nigdy bym nie zobaczył. Życzy tej osobie śmierci... Kiedyś tak nie było, prawda? Pamiętacie to?

W tytule nazywam to zjawisko "chwaleniem się", ale coraz częściej jest to już mentalna masturbacja. Tacy ludzie stają przed swoją publicznością i wprost osiągają orgazm samym faktem, że czegoś nie lubią, czymś gardzą, i jacy to oni nie są tacy sami co fani tego czy owego. A potem zbierają się w grupę i zaspokajają nawzajem, wyglądając przy tym jak grupa mężczyzn z "South Parku", którzy przeszli na homoseksualizm, by zastopować emigrantów z przyszłości.

Przeszkadza mi w tym brak równowagi, wyraźnie wskazujący na głębokie problemy z tymi ludźmi. Potrafią coś bardzo głęboko nienawidzić, ale nie potrafią równie zażarcie chwalić? Nie chcę zobaczyć, jak tacy ludzie skończą. Ale przede wszystkim nie podoba mi się fakt, że gdyby nie ci antyfani, nigdy sam nie dowiedziałbym się o rzeczach które wypromowali. Doug Walker, w swoim filmiku o "A.I." Spielberga zrobił kilkuminutowy rent o dziennikarzach żyjących z pokazywania, jak to ktoś znany wyszedł na ulicę bez makijażu, albo wymyślania o nich jakiś kompromitujących artykułów wyssanych z parówki. Nigdy o nich nie słyszałem, nie widziałem ich pracy, i nigdy zapewne bym się nie dowiedział, ale teraz wiem, że takie coś istnieje. Kilka tysięcy kilometrów ode mnie, po drugiej stronie tej pięknej planety, i właśnie to ktoś chciał wysłać do widza gdzieś w Europie. O tym, że czegoś nienawidzi.

Taki bardziej konkretny przykład, bo nawet panu Walkerowi zdarzyło się zaliczyć do takich ludzi. Bo oni z pewnością działają w dobrej wierze, widząc, że ktoś coś lubi, a to przecież nie jest tego warte... ale potem to się zmienia w coś diametralnie innego. Niech historia będzie przykładem - nikt nie pamięta słabych filmów. Dziś nawet trudno obejrzeć coś naprawdę słabego z lat 70-tych. To po prostu nie przetrwało, zniknęło w zapomnieniu. Oglądam skecz Billa Hicksa z przełomu lat 80-90-tych, w których sra żarem na jakiś zespół który gra muzykę bez jaj. Dzisiaj nie istnieje ani ten zespół, ani pamięć o nim. Wszystko co istnieje, to ten skecz, który go przywołuje zza grobu.

Kilka miesięcy temu na ulicy zobaczyłem plakat nowej produkcji, jednej z tych, przy której by pracować trzeba umieć jak najmniej. Temat tego felietonu chodził mi po głowie już wtedy, i chociaż z początku chciałem o tym napisać, dosyć szybko się z tym wstrzymałem. Już sam plakat wywoływał ból, a ja miałem go przekazywać dalej? Pewnie wiecie, o jakim tytule mówię. A może jednak nie? Nie ma sprawy.
Wpisałem tę produkcję, by potwierdzić swoje przypuszczenia, w końcu plakat to tylko plakat. Pierwszy wynik? Czyjś artykuł/felieton, jak to w polskiej telewizji znowu kopiuje się zagraniczne śmieci, które przedstawiają fałszywy obraz rzeczywistości. Potem natknąłem się na post Kominka, standardowa wypowiedź w stylu "Oglądacie takie coś, to takie coś produkują, wasza zasługa". Nie widziałem ani jednej reklamy tej produkcji, poza wspomnianym plakatem, ani nie słuchałem jednej osoby która by ją zachwalała. Tak działa dziś marketing. Darmowy. Ale - żeby coś takiego napisać nie mógłbym tylko zobaczyć plakatu. Musiałbym to obejrzeć, by prawidłowo potem to obsmarować na swoim blogu. To już czysty masochizm. W imię czego?

Chcę posłuchać najwyżej ocenionych płyt roku, a także wyczekiwać na Steamowe promocje gier uważanych za najlepsze w minionych dwunastu miesięcy. Ale nie chcę grać w najgorsze gry ani słuchać najgorszej muzyki. Po co? Jaki sens tak naprawdę mają takowe zestawienia? Co innego pisać recenzję, by potencjalny zainteresowany sobie darował kupno, a co innego pokazywać mu palcem: "Tego masz z pewnością nie tykać!". Zastanówcie się. Mi osobiście brakuje czasu, by zainteresować się tymi najlepszymi, i żal mi tych "tylko dobrych", a to co poniżej... cóż, staram się nie myśleć, ilu utalentowanych ludzi się nie przebije.

Często słyszę: "Lepiej samemu posłuchać i przekonać się, czy to naprawdę takie złe" - ale czemu to nie działa w drugą stronę? Czemu nie słyszę "Przekonam się, czy to naprawdę takie dobre". Ponownie: zanika umiejętność chwalenia. I wpływa to na całą kulturę, to widać. Promowana jest nienawiść, coraz bardziej jest ona akceptowalna (chociaż czy może być jeszcze bardziej, skoro ludzie piszą "Chcę, by ta osoba umarła", i zawsze znajdzie się ktoś, kto da temu łapkę w górę?). Posłuchajcie, jak w zwykłej konwersacji twój rozmówca o czymś mówi w sposób pozytywny. Coraz mniej tam jest pochwał, a więcej porównywania do czegoś w jego opinii gorszego. Weźmiecie 100 recenzji, i co najmniej 50 razy będzie tam wymieniony "ten" tytuł, który wszyscy powszechnie znają jako oczywistą kupę. A główny tytuł, o którym powstaje tekst? Też się z raz o nim wspomni...

Takie więc jest moje postanowienie noworoczne. Przyhamować z przypominaniem czytelnikowi, czego to ja nienawidzę. Daruję sobie podsumowania w stylu "Najgorszych filmów 2013 roku". Pójdę w tym drugim kierunku.

czwartek, 26 grudnia 2013

Dekalog IV (8+/10)

Drama, 1990


"Szanuj swoich rodziców". Tego epizodu obawiałem się, bo nie podoba mi się idea kazania komuś szanowania drugiego człowieka. Kieślowski obrazuje to przekazanie zupełnie od drugiej strony, uczy o tym, że rodzicem nie jest się z automatu, tylko trzeba na to zapracować. Historia - Michał przed wylotem w sprawie służbowej zostawia (przypadkiem?) swojej córce Annie list, zatytułowany "Otworzyć po mojej śmierci". Anna jest już dorosła, uczy się aktorstwa, i długo ze sobą walczy, by zajrzeć do koperty. Jednak gdy ojciec wraca do kraju, ona na lotnisku recytuje mu z pamięci cały list, który napisała jej matka, która umarła parę dni po jej urodzeniu. A w nim stoi jak byk, że Michał nie jest ojcem Annny...

A potem wszystko się zmienia. Główny motyw związany z dekalogiem odchodzi na bok, a wszystko skupia się na dwójce głównych postaci, ojca i przyszywanej córki, którzy zaczynają prowadzić dialog... bardzo mi przypominający Ayn Rand. Dwoje ludzi próbujących się nawzajem poznać, rozszyfrować, dojść do prawdy, do samego sedna o sobie samym i tej drugiej osobie. Jakie były intencje za każdym ruchem i słowem? Tylko czytając "Atlas zbuntowany" miałem poczucie równie głębokiego wejścia w czyjąś psychikę.

Jak nazwać relację dwojga ludzi, którzy żyją ze sobą tak długo, kochają się, ale przecież nie są rodziną? A to dopiero początek. Nie chcę wiele zdradzać... ale to kolejny niezwykle ciekawy i pomysłowy film Kieślowskiego. Z jeszcze lepszym cameo Barcisia niż w "Trójce".

Cała reszta składowych na poziomie do którego byłem przyzwyczajony. Z małym wyjątkiem - ostatnie sekundy zakończenia, tutaj mógłbym się przyczepić... Tylko tutaj.
https://rateyourmusic.com/film/dekalog__cztery/

środa, 25 grudnia 2013

Dekalog III (7/10)

Drama & Christmas, 1990


"Dzień święty święcić". Dosyć naturalne, że wybrano Wigilię jako czas akcji. Janusz gra Mikołaja przed dziećmi, potem do Kościoła. Na ulicach pusto, dzieci idą spać, dorośli przy kieliszku składają sobie życzenia... i tu do drzwi dzwoni domofon. Janusz udaje, że ktoś go poinformował o typie kręcącym się koło jego samochodu. Tak naprawdę jednak schodzi na dół i spotyka tam Ewę. To ona dzwoniła. Edward zaginął, chce by Janusz pomógł go jej szukać.

Film niemal kryminalny, bo i zagadka naprawdę wciągająca. Kim są dla siebie Ewa i Janusz, jaka jest ich przeszłość, co stało się z Edwardem? Fabuła jest naprawdę satysfakcjonująca, rozgrywająca się w ciągu kilku godzin, od późnej nocy do wczesnego ranka. Klimat polskich świąt, polskiego miasta, noc i Kieślowski. Tym razem nie jestem do końca pewien - inni piszą, że "święcić" oznacza wg filmu "spędzanie tego dnia z wyjątkową osobą", ale nie jestem przekonany, by tylko o to chodziło. Podczas gdy wcześniejsze "Dekalogi" można wyraźnie na różne sposoby interpretować w związku ze swoim mottem, tak ten nie wydaje się mi z nim powiązany.

Dlatego traktuję go jako najsłabszy do tej pory. Ale też bardzo ciekawy i stanowiący w pewnym stopniu wyzwanie dla oglądającego. Narracja filmowa czy skalowanie obrazu do czasu który mają, jak zwykle, bezbłędne. Może z wyjątkiem sceny w której opowiadają sobie, jak spędzili tamten wieczór... mało naturalne i płynne.

Dodatkowo, zobaczyłem miejsce w którym mieszkam. Te sklepy które zmodernizowano dopiero dwa lata temu, były tu już wtedy? Nieźle...
https://rateyourmusic.com/film/dekalog__trzy/

wtorek, 24 grudnia 2013

Dekalog II (7/10)

Drama, 1990


"Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno", czyli dramat kobiety której mąż prawdopodobnie umrze. Jego zgon będzie oznaczać, że zatrzyma dziecko, które ma z innym mężczyzną. Jeśli wyzdrowieje, będzie musiała dokonać aborcji, co z kolei oznacza, że straci życiową szansę by mieć potomka.

Dramat niekoniecznie pode mnie, do tego całe założenie ma jeden konkretny problem: niewiele można z nim zrobić poza czekaniem i życiem ze świadomością tego, co nadciąga. Nie ma tu miejsca na akcję, więc... jest trochę monotonnie. Szczególnie pierwsze 15 minut miało problem by mnie "chwycić". Potem jest nieco lepiej, Janda razem z głosem Fronczewskiego sprawiają, że tej historii nawet nie idzie kwestionować. Akceptuje się jej reguły i czeka na rozwój wydarzeń.

Nie bardzo widzę związek z dekalogiem. Domyślam się, że chodzi o to, iż czasem nie wiadomo o co prosić, ale wybór zostanie podjęty, w tę lub drugą stronę, i trzeba się zdecydować. I lepiej najpierw to dobrze przemyśleć. Takie sobie.

Końcówka wiele dodaje do finalnej oceny. Ciekawe, czy zaplanowali to ujęcie ze szklanką...
https://rateyourmusic.com/film/dekalog__dwa/

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Dekalog I (7/10)

Drama, 1989


Miałem obejrzeć coś z lat 80-tych. Potem wyszło tak, że obejrzę sobie wtedy "Dekalog" Kieślowskiego, 560 minut. A na końcu jeszcze okazało się, że obejrzę to... w Wigilię. Na wszystko przyjdzie czas i miejsce, w takich chwilach łatwo w to uwierzyć. I lubić filmy podobne do "Kolejnego roku" Leigh.
Obejrzę pierwszy czy kolejny raz? - trudno powiedzieć. Kiedyś widziałem z pewnością niektóre części "Dekalogu", ale nie jestem pewny, które. Na różnych stronach oceniłem niektóre epizody, ale bardziej dlatego, by ta ocena była i tyle. Trzeba to zmienić, choćby dlatego, że ostatnio doceniłem samego Kieślowskiego i jego stałych współpracowników. "Jedynkę" akurat widziałem już wcześniej, na lekcji polskiego w gimnazjum, ale niewiele pamiętałem.

"Nie będziesz mieć bogów cudzych przede mną", zobrazowane za pomocą ojca matematyką, pokładającego całkowitą wiarę w nieomylność liczb. Można to oczywiście odczytywać w płaski religijny sposób - ja wolę widzieć w tym przypowieść o niepoleganiu na obcych siłach, tylko na sobie samym. I byciu odpowiedzialnym.

I to wszystko. Seans trwa 55 minut i jest bardzo prosty. Precyzja scenariusza jest idealna, nie ma tu elementu zbędnego lub takiego, który został nie do końca rozbudowany. Świat zbudowano, postaci stworzono, i każdy element składowy doznał spełnienia. Jedynie do końcówki mam zastrzeżenia, trochę się ciągnie. Narracja filmowa poprowadzona bezbłędnie.

Humanitarny film. Bardzo go lubię.
https://rateyourmusic.com/film/dekalog__jeden/



niedziela, 22 grudnia 2013

Opowieść wigilijna Muppetów (6/10)

Christmas & Family, 1992


Muppety, ich piosenki oraz poczucie humoru, a także My Cocaine w roli Ebenezera Scrooge'a, któremu trzy duchy postanawiają przypomnieć, czemu dziś jest taki jaki jest, i co się stanie jeśli czegoś nie zrobi. W wykonaniu bardziej dla niemowlaków. Finalny strach Scrooge'a i jego żałość spowodowana tym, co zobaczył, została sprowadzona do wymiaru wdepnięcia na ciastko. Tak szybko zresztą po wszystkim się podnosi i zaczyna cieszyć, bo są przecież święta!...

"Opowieści wigilijnej" nadal nie lubię. Tym razem jeszcze bardziej mogę narzekać. Gdy młodego Scrooge'a rzuca dziewczyna, ja myślałem tylko o absurdzie małżeństwa, i jak bardzo to niedzisiejszy konflikt jest. Wtedy małżeństwo miało jakiś status, wymyślony bo wymyślony, ale jednak będący w powszechnej opinii. Dzisiaj ma się sprawa inaczej. "Nie ożenisz się ze mną, to cię opuszczam" i to wszystko, cała geneza charakteru Scrooge'a. Dlatego poświęcił się robieniu pieniędzy dla robienia pieniędzy. Bardzo słabo. A jeszcze gorzej, bo ową żonę grał manekin.

A jednak, oglądało się całkiem nieźle. Konwencja kukiełek wykonana bez zarzutu, humor świetny, wiele żartów czwartej ściany oraz pomysłowych momentów (narratorem jest postać podająca się za Dickensa - "Ale ty nie jesteś Dickens!; Jestem. Udowodnię ci to: znam całą Opowieść wigilijną jak własną kieszeń. Opowiem ci ją"). Udało się nawet przemycić kilka mroczniejszych akcentów (takich dla nieco dojrzalszych pięciolatków). A cała reszta działa wyłącznie dzięki Michaelowi Caine, który gra jakby to miał być poważny film dla dorosłych. I dobrze.
https://rateyourmusic.com/film/the_muppet_christmas_carol/

sobota, 21 grudnia 2013

Święty Mikołaj to śmieć (7+/10)

Christmas & Absurdist Comedy, 1982


Napisałbym: toż to francuski "Arszenik i stare koronki"!, ale już tego użyłem przy okazji "Oscara" z 1967 roku. Więc napiszę: Toć to "Oscar" z 1967 roku rozgrywający się w Wigilię! Bartosz Żurawiecki narzekał kilka lat temu na łamach "Filmu", że nie  ma czegoś takiego jako film anty-świąteczny. Jest anty-western, ale anty-christmas nie ma... a jednak jest. Tylko że znany najwidoczniej wyłącznie we Francji. Czego tu nie ma: Mikołaj pijak, uciekający przed policją, kradnący i żyjący na wysypisku śmieci. Żona nie chce z nim już żyć, więc zaczyna ją gonić. W innym miejscu, dwoje ludzi prowadzi infolinię dla samotnych podczas Świąt. Nad nimi mieszka obcokrajowiec, który w kulminacyjnym momencie wejdzie na scenę z akordeonem. Na klatce winda działa jak jej się podoba, co w połączeniu z nawiedzonym babskiem lubiącym dużo krzyczeć da popalić wszystkim mieszkańcom... Brakuje tylko transwestyty, nie uważacie?

Gdy to wszystko połączy się w jedno, niezostanie kamień na kamieniu. Śmiałem się ze wszystkiego - z postaci, ze slapsticku, z przeklinania, z czarnego humoru, z krzyczenia na siebie, z absurdu, z robienia sobie krzywdy nawzajem... Pomysły sypią się aż do końca, aż do ostatniej linijki, co chwila byłem zaskakiwany i miałem mnóstwo powodów, by się śmiać.

W sumie... nie jest to aż tak świąteczny film. Szczególnie od momentu, gdy wszyscy zaczynają się zabijać na śmierć. Pierwsza połowa, zboczeńcy dzwoniący na infolinię, Mikołaj z siekierą oraz sąsiad znoszący tradycyjne dania - tutaj źródłem gagów jest Wigilia, ale im dalej tym jest na tym polu gorzej i gorzej. A jednocześnie śmieszniej. Nie ma też chyba ani jednego dowcipu, którym mógłbym tutaj opisać, a wam wydałby się po opisie śmieszny.

Ja nie szukam na siłę wad. Ja naprawdę nie wiem, co tu jeszcze napisać. To rewelacyjna komedia absurdu, i życzę wam, byście śmiali się na niej tak samo jak ja. Wesołych świąt.
https://rateyourmusic.com/film/le_pere_noel_est_une_ordure__/

Moja "Opowieść wigilijna"...

Zanim zaczniecie czytać, w tle powinno lecieć oczywiście "I Cant Help Falling In Love With You" Elvisa Presleya.

To musiała być chyba pierwsza klasa liceum, gdy wpadłem na pomysł napisania "Opowieści wigilijnej". Prawdziwej, nie tej Dickenowskiej, która z każdą kolejną adaptacją ma coraz mniej wspólnego z tym wyjątkowym okresem, a ich twórcy skupiają się wyłącznie na stronie wizualnej, a co do morału... po prostu rozdawaj pieniądze i będziesz szczęśliwy. Nie wiem, co to ma wspólnego z Gwiazdką. "Home Alone" też by mogło się nazywać "Christmas Carol", bo się rozgrywa w tym okresie roku. I dlatego zacząłem pisać własną wersję.

Łatwo się domyślić, że nigdy jej nie skończyłem. Jedynie zaprojektowałem ogólny układ fabuły, już wtedy robiłem dosyć skomplikowane schematy, szczególnie jak na krótkie opowiadanie. Bohaterem miał być 12-latek, jego matka na kilka tygodni przed świętami ma wypadek samochodowy i leży w szpitalu w śpiączce, ojciec kursuje od pracy do szpitala i prawie w ogóle nie zagląda do domu. Bohater szybko przestaje chcieć odwiedzać matkę, a w domu cicho i ciemno. Nie ma dekoracji, rodziny, potraw, klimatu, prezentów, przez śnieg jest tylko zimniej. Podupada na duchu, robi się coraz bardziej cichy i markotny. Wszystko wokół dotyczące świąt, w szkole i na ulicach, w telewizji, wydaje się puste i "nie takie, jak powinno". Nawet jego koleżanka ma dla niego coraz mniej czasu, widząc jaki robi się zrzędliwy.

Wątkiem pomocnym miała być Wigilia klasowa, z plastikowymi ciastkami i colą, w której wszystko jest byle jak, ludzie pojawiają się na chwilę "bo muszą". Jedni robią chlew i uciekają, drudzy zostają by posprzątać po pierwszych, bo "tak wypada" i "ktoś musi". I to właśnie miała być jedyna Wigilia bohatera w tym roku.

Matka ostatecznie budzi się, i spędza z mężem Wigilię w szpitalu - i oboje są szczęśliwi z tego powodu. Koleżanka głównego bohatera jak się okazywało, nie miała dla niego czasu, bo uczyła się gotować, by móc u niego zorganizować sensowne święta. Rano w Wigilię przeszła do niego do domu, wyjaśniła mu wszystko, i razem spędzili cały dzień na robieniu dekoracji. Dla niej samej miały być to pierwsze udane święta w życiu, planowałem by miała ojca alkoholika, który nawet nie był w domu od tygodnia, czy coś w tym stylu.
Planowałem też wątek pogodzenia się postaci ojca z tym drugim kierowcą, który spowodował wypadek, ale nic konkretnego tu nie miałem.

I to jest szczęśliwe zakończenie mojej opowieści wigilijnej. O tym, że w tym okresie ludzie niesamowicie się mobilizują do wyjątkowych czynów. O tym, że święta sprowadzają się do spędzenia tego czasu z wyjątkowymi ludźmi, i nadziei, że za rok spotkamy się w tym samym gronie.

Dosyć wcześnie wiedziałem, że to nie nadaje się na papier, i dopiero w wydaniu filmowym ta historia wydaje się kompletna. Na przykład: bardzo chętnie zobaczyłbym ten film w 3D. Dla śniegu. Jakiś pajac nakręcił swój film, bo chciał kobiece piersi w 3D, a ja chcę śnieg. Do tego, cholernie podoba mi się wizja tego filmu razem z soundtrackiem złożonym z "Empyrean" Johna Frusciante. Nie non-stop, nawet nie całe piosenki, tylko fragmenty lecące we właściwych momentach.

Żebyście mieli wyobrażenie, jak miałoby to wyglądać: pierwsza scena miała trwać 10 minut, bohater budzi się rano i za oknem pierwszy śnieg, jest jeszcze ciemno, w świetle latarni ulicznej. I wstaje, nastawia muzykę ("Before The Beginning") i idzie do łazienki, myje zęby, ubiera się, schodzi na dół do kuchni, robi sobie płatki z mlekiem, wraca do pokoju i je, oglądając śnieg za oknem. Całość kręcona zzewnątrz, kamera zagląda do środka przez okna, przemieszcza się na wyciągniku z piętra na parter. I śnieg w 3D, pamiętajcie. Tak bym to widział. Szalone, może.

Nigdy jednak nic z tym nie zrobiłem. Jeśli miałoby się to dziś zmienić, najchętniej umieściłbym to w uniwersum "Awake", jako pełnometrażowy film przedstawiający dzieciństwo jednaj z postaci. Wystarczyłoby tylko zmienić imiona postaci, wtedy jeszcze pisałem używając polskim. I już wtedy zupełnie mi to nie pasowało.

piątek, 20 grudnia 2013

Mary Poppins (7/10)

Children's & Family


Rodzice nie mają czasu dla dzieci. Ojciec rano wychodzi do pracy, matka walczy o prawa kobiet, dzieci potrzebują niani. Te jednak, jedna za drugą, mają dosyć małych szkrabów. To nie jest zadanie dla kogoś zwykłego, tu trzeba wypowiedzieć życzenia. Dzięki niemu pojawia się właśnie Mary Poppins...

Jeśli zaglądacie na stronę tgwtg.com to wiecie, że w tym miesiącu pojawiają się tam krótkie filmiki o aktorskich filmach Disneya. W ten sposób zostałem zachęcony do obejrzenia tego klasyka. Wcześniej nie miałem takiego zamiaru. Wiedziałem, że taki film istnieje, i to wszystko, nie interesował mnie. Ale usłyszałem kilka ciekawych zdań i postanowiłem zobaczyć, co mnie ominęło, gdy byłem mały. W sumie sporo, bo jak na film dla młodych, jest idealny. Kolory, dźwięki, atmosfera, chwile pełne zabawy i ludzi przyjaznych dla dzieci, a nade wszystko idealna muzyka oraz zrozumienie młodych. A także nauka dla nich, przekazana bardzo zręcznie - nad nimi czuwają ich rodzice, ale kto czuwa nad rodzicami? Oni sami. I czasem dzieci muszą zaopiekować się swoimi opiekunami. Dobrze coś takiego zobaczyć w filmie dla najmłodszych.

Nawet piosenki są dobre, twórcy wiedzieli jak je zaprezentować, dzięki czemu po jednokrotnym seansie znam 4-5 piosenek! To chyba rekord. O kominie, łyżce cukru, karmieniu ptaszków, najdłuższym słowie świata...

Ale jednak dziś jestem starszy niż target, i piosenek jest dla mnie za dużo. 4-5 zapamiętam, ale pozostałe 20 gdzieś poszły i nie wrócą. Film jest dosyć długi, a półtorej godziny z niego to niekończące się scenki które nic nie dodają, bo tylko... scenki. W ostatnich 30 minutach zdarza się bardzo ważny zwrot dramaturgiczny, który jest zwyczajnie kretyński, i nawet jakby był w jakimś filmie z dużymi robotami, to i tak byłaby to jedna z czołowych głupot. Trochę mi się seans dłużył, zanim doszedłem do tego co było dla mnie, czyli całkiem poważnej końcówki, w której uzasadniony jest nawet długi metraż opowieści.

W międzyczasie bawił mnie rozmach całości - perfekcyjna strona techniczna, pełna pomysłów, z lewitującą herbatką na czele - klasa aktorska i dystyngowano-baśniowy klimat. Nawet te marne żarty, z których "najśmieszniejszy" leci jakoś tak:

Kobieta otwiera drzwi. Widzi mężczyznę, który mówi:
- Bardzo mi przykro, ale przejechałem pani kota.
- Ojej!
- Chciałbym go zastąpić.
- Wątpię, by łapał pan myszy tak dobrze jak on.

Podczas oglądania mogłem zrzędzić nieco bardziej, ale to taki film, który lepiej się wspomina niż ogląda. Te mniej istotne się zapomina, lub nawet nie warto o nich wspominać, a te dobre chce się chwalić i chwalić... Bert był wspaniały. Z pewnością usiądę do telewizora, gdy tam poleci kiedyś.
https://rateyourmusic.com/film/mary_poppins/

czwartek, 19 grudnia 2013

To wspaniałe życie (...nie lubię)

Christmas & Low Fantasy, 1946


To raczej coś na kształt felietonu, artykułu o filmie, niż recenzji. Opisuję zakończenie i inne ważne szczegóły dzieła.

Na początek: to strasznie dołujący film. Monologi Beli Tarra są pogodniejsze. Ludzie wyrażający radość w sposób świadczący o tym, że nigdy w życiu nie byli szczęśliwi. Bohater przepraszający za uratowanie komuś życia. Dziewczyna, która w wieku kilku lat została prawdopodobnie przez matkę zaszufladkowana do bycia żoną bohatera, dzięki czemu w wieku 30 lat nie ma osobowości, tylko "zostanę twoją żoną", co zaczyna być psychiczne. Tak bardzo, że nienawidzi swojego przyszłego męża - gdy ten wyraża swoje życiowe marzenie, jej marzeniem jest, by mu się nie udało.

Nic dziwnego, że bohater chce się w końcu zabić. A oni co zamiast tego? Modlą się! Dobrze, że gdy włączyli się do WW2 to faktycznie coś robili. Też mogli tylko się zacząć modlić. Boska interwencja powinna polegać na trzepnięciu ich wszystkich po głowach i nauczeniu, by zaczęli w końcu doceniać co George dla nich robi/robił, by w końcu mu się odpłacili, i żeby zaczął się dla niego dobry okres w jego życiu. Dzięki temu zamiast modlitwy zebraliby się i mu faktycznie pomogli. Po co Zeusowi zawracać głowę, skoro sami mogli sobie poradzić?

A na końcu okazuje się... że tak właśnie się stało. Wszystko idzie się jebać, przez 99% filmu wszyscy mieszkańcy byli samolubni, brali ile tylko się dało (skoro dawał to trudno wyłącznie ich winić), i zawsze byli na miejscu by się z niego śmiać i sprzedać kopa... ale na końcu przeszli przemianę złego scenariusza i zebrali kasę, no bo kurwa. Wątek pana Pottera nie zostaje zakończony bo po co.
Więc... po co tutaj boska interwencja? Poszedł na most, chciał się zabić, w międzyczasie tamci się zebrali w kupę, zdobyli pieniądze, poszli go szukać, znaleźli, happy end. Film krótszy o ponad pół godziny, efekt dokładnie ten sam. Może nawet lepszy. Najistotniejszy, kluczowy i najsłynniejszy motyw z filmu w ogóle okazuje się do niego nie pasować.

Bo chciał się zabić, by rodzina dostała pieniądze z jego ubezpieczenia. To rozumiem. Rozwiązałoby to problemy w jego firmie, tamci by się zapewne zaopiekowali jego rodziną (telepatycznie im przekazał tę prośbę, ale niech będzie), i ogólnie to byłby gorzki happy end. Ale Anioł go ratuje, bo akurat w ciągu najbliższych 10 minut w żadnym uniwersum i w żadnej linii czasowej, żadne dziecko nie wyjdzie na ulicę nie patrząc w obie strony, więc może zająć się takimi jednostkami. To też rozumiem, naprawdę. Ale po uratowaniu George nadal jest przybity, też rozumiem. I Anioł ma problem: jak mu pomóc? I wtedy wygodnie George wypala: "chciałbym się w ogóle nie urodzić". Po co nad tym myśleć, robi pstryk i tak jest. W jaki sposób George do tego doszedł? Mógł w zasadzie wtedy powiedzieć cokolwiek. "Chciałbym być filiżanką", "Chciałbym być arbuzem", "Chciałbym być dziewczyną, wtedy wszystkie problemy ktoś za mnie rozwiąże" To ostatnie przynajmniej byłoby powiązane z fabułą.

Zamiast tego lekarstwem na problemy George'a jest przypomnienie sobie, że przecież wiele rzeczy zrobił, więc będzie miał co wspominać w więzieniu (zapewne). Gdzie wcześniej w filmie jest zaznaczone, że on sam siebie nie doceniał? W życiu bym nie pomyślał, że on tak o sobie myśli. Nie spodziewałbym się, że takie właśnie życzenie wypowie. Raczej: "Chciałbym, by te pieniądze się znalazłby" lub "Chciałbym być teraz na Majorce".
Zresztą, jeszcze raz, to cała reszta miasteczka powinna zobaczyć świat bez George'a i go docenić, nie on sam. To, że on sobie o tym przypomniał, nic nie zmienia. Nadal będą go traktować jak gówno. Ale ponownie, na koniec zły scenariusz daje im tę wiedzę oraz przemianę o miliard stopni. Magicznie. "Gdyby nie ty, to nie miałbym domu". Olśnienie, w idealnym momencie.

Reżyseria jest zła, w wielu momentach tło zamiera, nie mając czegoś do roboty gdy na środku sceny aktor zamiera w dramatycznym momencie. James Stewart słabo wypada, a reszta nie lepiej od niego. Nie kupiłem jego gniewu na koniec. Scenariusz to chaos, choć z przebłyskami. Dobra scenografia. Charakteryzacja na minus, James Stewart wygląda tak samo przez 20 lat. Są błędy - George nie uratował Harry'ego, nikt tego nie zrobił. Było tam 15 chłopa, ale tylko George mógł to zrobił. Nikogo przyzwoitego w tym miasteczku. Straszny film. Bardzo przygnębiający. Życie w takim miejscu i z takimi ludźmi, postrzeganie tego jako coś dobrego, nieprzyjemny seans. Dobrze, że mam go już za sobą.
https://rateyourmusic.com/film/its_a_wonderful_life/

środa, 18 grudnia 2013

Brazil (7/10)

Dystopian & Tech-Noir, 1985



Pierwsza godzina wypada bardzo dobrze. Spodobał mi się sposób opowiedzenia, każda kolejna scena wydaje się wyjęta z innej bajki. Na początku jakiś pracownik lata za muchą, na szczęście idzie mu to szybciej niż Heisenbergowi, i mucha szybko spada martwa do maszyny, powodując tym samym błąd - nazwisko zostaje wydrukowane z błędem i Tuttle zamienia się w Buttle. Efektem tego policja włamuje się do niewłaściwej osoby - ale o tym widz dowiaduje się na końcu tej sceny. Po zabiciu muchy pojawia się normalna rodzinka siedząca wokół choinki, aż tu nagle jakieś zbiry robią najazd przez sufit. Dopiero potem okazuje się co się wlaściwie stało, że działali z ramienia rządu, że wszystko jest na papierze, i mieli dostać właśnie owego Butlle'a. I w ten sposób żyje cała pierwsza połowa, od sceny do sceny, każda coraz dziwniejsza, bardziej pomysłowa i zaskakująca. Mnóstwo przerysowanej technologii, kolorów, czarnego humoru, surrealistycznych wizji miasta - wszystko tak dobrze zrobione, jakby na planie był Kubrick. Kreacja świata filmowego jest doskonała.

Ale z czasem zaczyna brakować pomysłów, co z tego stworzyć, jak pokierować akcją, niekiedy przejścia stają się zbyt przekombinowane ("Jedyne rozwiązanie to zgodzić się na awans")... I sam obraz świata oraz humor przestają wystarczać.

Potem jest jeszcze to zakończenie, które dziś nie robi wrażenia. Znaczy, samo w sobie jest świetne, ale podobny chwyt widziałem już kilka razy, i zawsze był to pokaz lenistwa niż sprytu (patrz - "Community", sezon czwarty). Stąd jako całość "Brazil" odbieram z początku bardzo dobrze, a potem coraz gorzej (z nielicznymi skokami), jednak wciąż jestem pod wrażeniem wielu jego elementów. Bez entuzjazmu, na chłodno, takie filmy też lubię.
https://rateyourmusic.com/film/brazil/

wtorek, 17 grudnia 2013

Urodzony przestępca (6/10)

Drama, 2012


Zauważyliście, że w telewizji prawie wyłącznie filmy z USA lecą? Tak patrzę i widzę - film z Korei, o którym wcześniej nie słyszałem. To obejrzę, produkcji ze Stanów i tak mam za dużo zaliczonych. Tytułowym przestępcą jest tu nastolatek, któremu po trafieniu do poprawczaka znajdują matkę. Ta zniknęła dawno temu, teraz wraca i stara się nadrobić stracony czas. Na skróty. Zamieszkują razem, jednak szybko dają o sobie znać jej prywatne problemy. Z pracą, z organizacją własnego życia, z dojrzałością której jej bardzo brakuje...

Jeden z tych bezwzględnych filmów, które przedstawiają tego typu sytuacje bez wyjścia, czekając aż sami bohaterowie to zrozumieją. Historia jest dobrze przedstawiona, można w nią uwierzyć, i w zasadzie brakuje tylko pazura, czegoś co wybiłoby ten tytuł do kategorii "trzeba zobaczyć". Nie trzeba. Piszę tę notkę po jakimś czasie i nawet nie pamiętałem zbyt dobrze fabuły, a co dopiero by napisać coś ją wyróżniającego. Nie interesował mnie dalszy los postaci, wiedziałem jak to się skończy. Nie spodziewałem się, że stanie się coś specjalnego lub pomysłowego, i to właśnie dostałem.

Zdecydowanie nie pomaga brak zakończenia. Ten film urywa się na nijakiej nucie. Już nigdy więcej nie pomyślę o bohaterach i ich życiu.
https://rateyourmusic.com/film/범죄소년/

(serial) The Wire & Kroniki Seinfielda

Nie wiem, może robię coś źle, ale obejrzałem pilota Seinfielda oraz cały pierwszy sezon (bagatela, razem 5 odcinków) i nie zobaczyłem nic, co by go wyróżniało. Przeciętny sitcom, nic więcej. Nawet nie mam o czym napisać, poza tym, że fabuła pilota nijak do samego serialu pasuje. Pamiętam skecz o bohaterze chcącym zerwać przyjaźń z irytującym gościem, ale nie bardzo wiedział jak to zrobić (pomyślcie o tym). To było dobre. Cała reszta nie wyróżniała się w żaden sposób. Drugi sezon obejrzę, może wtedy coś będzie na plus.

***

"The Wire", sezon pierwszy. Kiedyś obejrzałem pierwszy odcinek, zobaczyłem tylko przeklinających murzynów i nic więcej. Zero akcji lub fabuły. Minęło trochę czasu, sam zacząłem pisać i... jest lepiej. Co ciekawe, okazało się, że to biali więcej klną.

To w zasadzie takie "Lost", gdyby wyjęto z niego retrospekcje, wszystko ułożono chronologicznie, a wątki prowadzono jednocześnie. Nie ma tu głównego bohatera lub takiej postaci, która byłaby w każdym odcinku. W jednym są postacią dominującą, w kolejnym pojawiają się góra na dwie minuty. Nie ma tu głównego wątku, bo wszystko układa się w nierozerwalną całość. Śledztwo McNolty'ego, problemy z biurokracją, wątek z byłą żoną Jimmy'ego, D'Angelo ponownie wspinający się po drabinie w hierarchii, Omar bawiący się w Robi Hooda, jego potyczki z Avonem, zmiany wewnętrzne D'Angelo, jego relacja z dziewczyną barową, okoliczny ćpun idący na leczenie i Bubbs chcący być czysty... wymieniać można bardzo, bardzo długo. Liczba postaci poraża, bo już po 3-4 odcinkach jako widz rozpoznawałem jakieś 30-40 twarzy. To samo z lokacjami i zasadami gry, ale to już mnie zaskakujące.

Stąd właśnie brała się moja radość z oglądania. Podziwiania, jak to wszystko jest bezbłędnie złożone w całość, prowadzone równolegle i precyzyjnie. Do tego, to prawdziwy serial całościowy, który mnie tym zaskoczył. Przykład: w okolicy trzeciego odcinka grupa policjantów podjeżdża nocą pod wieżowce i wszczyna burdę. To nie był ich teren, jakiś dzieciak dla jaj położył im się na masce i nie chciał zejść. Jeden z glin przyłożył mu więc kolbą pistoletu w oko, i rozpętało się piekło. Na koniec odcinka okazuje się, że dzieciak stracił oko. W każdym innym serialu, nawet w "Breaking Bad", to byłby wymuszony dramatyzm, żeby całą sytuację podkreślić, by widz wziął ją na poważnie i zobaczył, jaka jest stawka w tej grze. W "The Wire" oprócz tego co wymieniłem, chodzi o coś więcej. Wspomniany dzieciak wraca w 6 odcinku.

Inny przykład: ćpun który w pierwszym odcinku kantował dealerów, wkładał fałszywy banknot między prawdziwe. Przyłapali go, zlali na pomidora i wylądował w szpitalu. Jego kumpel Bubbs to zobaczył i zmienił zdanie, dzięki czemu zdecydował się pomagać policji. Jak wyżej, to nie tylko wygodna pomoc fabularna, by doprowadzić do tylko jednej kolejnej sceny, która z kolei doprowadzi do kolejnej. W "The Wire" wspomniany ćpun wraca w 4 odcinku, gdy doszedł już do siebie i może chodzić. I będzie tu aż do końca, pojawi się nawet w jednej z ostatnich scen sezonu. Taką całościowość kocham.

Jest oczywiście druga strona medalu, którą dostrzegam. Jako widz, ten serial nie jest dla mnie ciekawy. Nie oglądałem kolejnych epizodów by zobaczyć, co tam będzie, czym mnie zaskoczą, co tam się okaże. Wiedziałem bardzo dobrze, co dostanę, i to właśnie otrzymywałem. Nie ma tu zapadających w pamięć scen, wyróżniających się dialogów, nawet postaci nie są aż tak dobre, raczej aktorzy są wyśmienici. Całość pamiętam jako całość, nie podzielę tego na odcinki a nawet mniejsze elementy. Cały czas coś się dzieje, ale gdybym sam nie pisał, to bym tego nie dostrzegł. Format jest nieco za długi, raz to bardziej widać, raz mniej, ale odcinek trwający 55 minut to często za dużo. Gdyby to przycięto do 45 minut, byłoby lepiej. W obecnej formie widać wypełniacze, sceny trwające minutę lub pół, wciśnięte tam lub tu, w której D'Angelo gada z kolegami o jedzeniu kurczaka. Pojawiają się też rysy - wątek "jeśli bla bla bla to nas zamkną za tydzień" wraca tak 10 razy za często.

Stąd pierwszy sezon ma u mnie 6+/10. Jako widz przy pierwszym seansie to średnia produkcja. Nie wciągnąłem się, nie mam wielkich oczekiwań względem kolejnych sezonów, ani nadziei na wielki finał. Ale z punktu widzenia na scenariusz i całościowości, "The Wire" to czyste złoto. Pozostaje mi tylko oglądać dalej i podziwiać.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nietolerancja (7+/10)

Melodrama, 1916


Cztery historie prowadzone równolegle, układające się w spójną mozaikę, której obejrzenie daje więcej niż gdyby pokazano owe historie oddzielnie, lub gdyby tylko jedną z nich - i tak narodziła się narracja filmowa, której wpływy dopiero od bardzo niedawna są wyczuwalne. Co innego niby jest w "The Wire"? W "Lost"? Co innego robię w moim "Awake"? I czuję za to wdzięczność. Różne tła historyczne, różne historie, jeden bohater: nietolerancja i jej przeróżne kolory oraz objawy. Wszystko połączone klamrą, ujęciem kobiety, które powraca w czasie trwania filmu. Im bliżej końca, tym częściej. W tej niewielkiej roli - Lilian Gish. Film będący sztuką, zapewne pierwszy raz w historii. Starający się nawiązać kontakt z widzem i sprawić, by świat był lepszy. Pokazać i tłumaczyć na zasadzie kontrastu, skojarzeń, by widz sam doszedł do własnych wniosków, by samodzielnie, we własnym zakresie wykrystalizował sobie definicję problemu.

Bo te historie nie są tak do końca typowe. Gdy ja myślę o nietolerancji, myślę o represjonowaniu czarnych, białych, gejów, Żydów. A tutaj tego w ogóle nie było. Ta niecodzienność tylko sprzyja opowieści. Niestety, to film o ponad 100 lat za wcześnie zrobiony. Dziś też to by nie przeszło. Co ja mówię, dzisiaj ten film nawet nie zostałby wyświetlony. Wtedy przynajmniej tyle się stało. A że widzowie nie chodzili, i właściciele kina wymusili cięcie filmu na cztery, i układanie chronologicznie, by było łatwiejsze w oglądaniu, to inna sprawa. Bankructwo Griffitha również. Ale za to mamy Babilon, który imponuje bardziej niż Titanic na planie filmu Camerona. I udoskonalenie jazdy kamery, dzięki której monumentalna dekoracja nie wydaje się płaska, ale właśnie nabiera głębi... Porażający widok. Obowiązkowa pozycja na liście scen do zobaczenia.

O minusach nie będę teraz pisać. Raczej przy okazji drugiego seansu, gdy będę miał za sobą powtórkę "Narodzin narodu". Mieliście kiedyś wrażenie, że film wyraża miłość? Nie: opowiada o miłości, albo "miłości", ale właśnie ją wyraża? Ja tak mam z "Nietolerancją". Serio powinienem wyżej oceniać ten film...
https://rateyourmusic.com/film/intolerance__loves_struggle_throughout_the_ages/

(książki) Mechaniczna pomarańcza & Herezją naznaczeni

Na początek krótko o "Mechanicznej...". Na półce w domu znalazłem wydanie z '89 roku, liczące sobie około 70 stron. Strasznie tici druk, do tego przekład z nowomową stylizowaną na gwarę śląską połączoną z językiem rosyjskim. Nie czytało się tego dobrze. Przejrzałem po łebkach, nie wczytywałem się specjalnie. Dodatkowy rozdział na koniec raczej ujmuje tej historii niż dodaje coś niezbędnego. Wolę wizję filmową, która jest bardziej poukładana, przesłanie jest tam lepiej wyeksponowane, do tego przemiana bohatera jest bardziej zauważalna. Bez oceny, bez chęci do czytania dalszego, bez budzenia entuzjazmu.

****

Trzecia część sagi "Schronienie" Davida Webera nosi podtytuł "Herezją naznaczeni". Najkrótsza, nieco ponad 600 stron, najdłużej czytałem. Nie wiem czemu. Chyba już nie budzi to mojego entuzjazmu jak dawniej - z przyzwyczajenia. Weber nadal wszystko dokładnie opisuje na tyle stronach, na dodatek wydarzenia z kilku miesięcy są tylko przystankiem w całości, więc i wielkiego ładunku emocjonalnego to nie niesie. Co nie zmienia faktu, że to wciąż bardzo dobra lektura. Świat i jego filozofię nadal bardzo lubię. Są rewelacyjne momenty, jak wieszanie złoczyńców na samym początku, albo atak na pewną osobę, w której giną zastępy ludzi, a czytelnik zna tak wielu z nich... drobiazgowość ma dobre strony. Podobnie ma się rzecz z kampanią na kolejne królestwo, którą opisano tak, że mogłem uwierzyć w umiejętności dowódcze Cayleba i Merlina. Tej wojny nie wygrają jedynie rewolucyjne wynalazki, co do tego nie mam wątpliwości. A po drugiej stronie też są ludzie, z krwi i kości.
Widzę więc, co Weber chciał osiągnąć, i klękajcie narody, bo to mu się udało. W czytaniu trochę idzie to wolniej niż bym sobie życzył, ale jakie to ma znaczenie? Druga połowa lepsza od pierwszej. To nadal wzorowe militarne hard sci-fi.

Czwarta część ma ponad 1000 stron, więc jeszcze dłużej będę to czytał...

niedziela, 15 grudnia 2013

Suzumiya Haruhi no shoshitsu (7+/10)

Mystery & Christmas, 2010


I kolejne kinowe anime, będące finałem serialu - tym razem pełnoprawnym, którego nie trzeba oglądać w środku, między odcinkami. Najpierw ogląda się "Melancholię Haruhi Suzumiyi" (o której więcej pisałem już w zeszłym tygodniu), potem film, który tak naprawdę jest powodem by serial w ogóle oglądać. Jest rozwinięciem motywów i świata serialu, a nawet to wszystko podsumowuje. Zainteresowałem się nim, bo widnieje jako jeden z najlepszych produkcji bieżącej dekady, co robi wrażenie - jak na film, który wolno oglądać dopiero po obejrzeniu serialu o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Na dodatek, trwa to tyle co "Stalker".

Potem się okazało, że anime jednak we właściwych kręgach jest kultowe. Ponownie, nie napiszę tu o czym to wszystko jest, bo to trzeba samemu poznać. Dotyczy grupki uczniów liceum w Japonii, którzy zakładają swój klub po lekcjach, i tyle na początek wam wystarczy. Film zaczyna się kilka miesięcy po akcji z serialu, jest 16 grudnia, i Haruhi planuje coś zorganizować z okazji zbliżających się świąt. Jednak gdy następnego dnia Kyon idzie do szkoły, okazuje się, że nikt tam nie słyszał o Haruhi, takowa nigdy tu nie chodziło, a jego Brygada SOS nigdy nie powstała. A to tylko początek niespodzianek.


sobota, 14 grudnia 2013

Neon Genesis Evangelion: The End of Evangelion (8+/10)

Mecha & Psychological Drama, 1997


Na początek, jedna istotna informacja - kiedy oglądać? Pomiędzy 24 i 25 odcinkiem serialu "Neon Genesis Evangelion". Znajomość serialu jest niezbędna, bo nie tylko film jest bezpośrednią kontynuacją akcji z epizodów, ale też wypełniony jest po brzegi chaosem, który tylko widzowie serialu są w stanie zrozumieć.

O czym jest serial to wiadomo: dzieci dosiadają mechów i biją się z obcymi, tu nazywanych Aniołami. A potem rozkręca się w coś zupełnie nieoczekiwanego. Z jednej strony są sceny akcji, planowania, trenowania, dowodzenia, niektóre to prawdziwe perełki (walka z 19 odcinka, oglądać z poduszką pod szczękę). Z drugiej... wszystko rozkręca się w bardzo odrealnionym kierunku, pełnym schizofrenii i filozofii, skutkujące tym, że od pewnego momentu elementy filmu zaczynają ze sobą rozmawiać w świecie pozbawionym znanych nam zasad*. "The End of Evangelion" to chyba pierwszy film próbujący tego co zrobiono przy "Odysei kosmicznej 2001".

Nie nastawiajcie się jednak na poznanie nowego świata. Raczej... poznacie jednego człowieka. Który zada wam kilka pytań. I warto wysłuchać jego odpowiedzi, bo wskazują ciekawy kierunek. Nawet jeśli nie interesują was setki odniesień biblijnych.

Sam nie wiem, czy teraz piszę bardziej o filmie czy zakończeniu serialu, czy też o obu? Trudno to rozdzielić.

Oglądajcie uważnie.
http://rateyourmusic.com/film/新世紀エヴァンゲリオン劇場版_air_まごころを、君に/


*tak naprawdę to nie, ale jakoś musiałem oddać ten klimat słowami.

piątek, 13 grudnia 2013

Samotność długodystansowca (7/10)

Coming-of-Age & British New Wave, 1962


Gdy nie miałem komputera, wykorzystałem okazję, by powtórzyć sobie ten film, gdy leciał w telewizji. Bez większych oczekiwań, kiedyś go obejrzałem i nie byłem zachwycony. Dziś trochę bardziej go sobie cenię. Colin Smith trafia do "poprawczaka o zaostrzonym rygorze", praktycznie więzienia. Kim jest, za co siedzi, jakie jest miejsce do którego trafił? Odpowiedzi pojawiają się wraz z retrospekcjami, które co chwila mijają się ze scenami rozgrywanymi w teraźniejszości - w obu liniach czasowych jednak zachowano chronologię.

Dziś poznajemy więzienie i naczelnika chcącego w tym roku, by jego placówka wygrała olimpiadę. Szuka więc wśród "podopiecznych" jakiegoś pewniaka, który na przykład mógłby wygrać w biegach. Lokatorzy walczą o pozycję jego pupilka, a Colin jest ostatni do tego.
W retrospekcjach z kolei, pokazane jest życie bohatera zanim został złapany. Śmierć ojca, matka znajdująca kochanka, irytujące młodsze rodzeństwo, życie urozmaicone drobnymi kradzieżami - podkradanie samochodu na kilka godzin, by zaimponować dziewczynom i tym podobne.

Wszystko to układa się w swoistą mozaikę, nad którą główny bohater pomyśli w swoim zakresie, zmuszony stawić temu czoło i podjąć decyzję, kim będzie. Wszystko rozegra się podczas biegu przełajowego, na co złoży się tytułowa samotność.
Oczywiście widz debil i sam do tego nie dojdzie, więc trzeba mu to wytłumaczyć jeszcze zanim pojawi się tytuł. A mogło być tak dobrze, postać biegnąca długą drogą. W ciszy i spokoju, bez muzyki i gadaniny z offu, tylko bieg przez jakieś 2 minuty, po których pojawia się tytuł: "Samotność długodystansowca". Tak po prostu. Po co dodawać zbędne elementy?

 W każdym razie - kiedyś miałem filmowi za złe, że zadowala się jedynie wskazaniem problemu, zobrazowaniem go w bardzo dobrym stylu. Jak działa system, jak kontaktuje się z jednostką, co jest nie tak, i jak wygląda rzeczywistość, której rodzice oraz dorośli nie widzą. Dzisiaj doceniam to co jest. Mogłoby być lepiej, twórcy mogliby być mądrzejsi i mieć więcej do powiedzenia, wtedy ocena też byłaby wyższa. Ale jest dobrze, i koniec końców lubię ten film. Podoba mi się narracja, złożenie dwóch opowieści w płynną całość, z rewelacyjnie podanym finałem, w którym wszystkie elementy układają się w całość.

Poza tym, że dziś jest dokładnie tak samo.
https://rateyourmusic.com/film/the_loneliness_of_the_long_distance_runner/

(felieton) Mój ulubiony świąteczny specjał filmowy

Widziałem dziś w Centrum Handlowym Mikołaja-kobietę. Miała brodę zawieszoną tak w okolicy dekoltu, zamiast na twarzy, i rozdawała ulotki. Widać jeszcze poczekam na Świętego z "A Christmas Story". Ale tak naprawdę to martwi mnie sam widok kobiety Mikołaja. To zaszło za daleko. Ponoć jakiś czas temu ktoś tam miał ból dupy, gdy Mikołaja nie mógł odegrać czarny. Cóż. Czekam na adaptację filmową biografii Skłodowskiej-Curie, w roli Marii oczywiście Robert De Niro. Jej męża: Morgan Freeman. Jak równouprawnienie to równouprawnienie.

Skoro mam ten żart za sobą - mój ulubiony świąteczny specjał filmowy. Miałem pierwotnie w planach zrobić normalny ranking przynajmniej tych najważniejszych, jednak okazało się, że nie miałem o wszystkich tak dużo do napisania, a o jednym musiałbym napisać mniej niż bym chciał.


wtorek, 10 grudnia 2013

(serial) Louie, Neon Genesis Evangelion, Ground Floor

**** "Louie". Pierwszy sezon, 13 lekkich, niezobowiązujących odcinków, nieco śmiesznych, nieco poważnych. Sporo eksperymentowania, często brakowało pomysłu co z czym zrobić, całość nie ma też określonego kształtu jeszcze. W jednym odcinku bohater po rozwodzie postanawia odwiedzić dziewczynę z liceum, ta go nawet nie pamięta, ale w końcu zaczynają się całować... By przez resztę sezonu nie pamiętać tego wydarzenia. W innych odcinkach poszli w banał - agresywny nastolatek? Biją go w domu. I zaduma nad tym wszystkim... Tego też trochę będzie. Będą też lepsze chwile, zgodne z duchem serialu. Louie odwozi dziewczynki do matki i nie wie co zrobić ze sobą. Odbiera telefon, znajoma mu podpowiada: "zajmij się sobą!". Więc idzie i wpierdala pizzę i lody. Trzy dni później budzi się i stwierdza... powinien przestać. Więc bierze skakankę i ma zamiar ćwiczyć. Ale wyczuwa coś. Więc idzie do sąsiada i prosi go, by nie palił narkotyków, bo mu zapach przeszkadza. A ten go zaprasza do siebie, częstuje, pies znika, a na końcu ćpun pokazuje Louiemu sztuczkę: podchodzi do okna i wypierdala z 4 piętra baniak wody na samochód. Klaskałem z zachwytu.

Najlepszy moment: poker otwierający 1x04. Najgorszy - każda chwila z Rickym Gervaisem. Jego doktor jest strasznie irytujący. Ogólnie pierwszy sezon jest niezły, ale będę oglądał więcej. Posłucham pochwał, poza tym - widać, że jednak sporo się Louie napracował.


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Ranking 16 ulubionych filmów z 1971 roku

1. Mechaniczna pomarańcza (Dystopian & Crime)
2. Johnny poszedł na wojnę (Psychological Drama)
3. Willy Wonka i fabryka czekolady (Family)
4. Pojedynek na szosie (Thriller)
5. Bananowy czubek (Absurdist Comedy)
6. Harold i Maude (Black Comedy)
7. Znikający punkt (Road Movie)
8. McCabe i pani Miller (Revisionist Western)

9. Trzecia część nocy (Psychological Drama)
10.Klasa robotnicza idzie do raju (Political Drama)
11.Shaft (Crime)
12.Jak działa jamniczek (Surrealism)
13.Skrzypek na dachu (Musical)
14.A teraz coś z zupełnie innej beczki (Sketch Comedy)
15.Porozmawiajmy o kobietach (Drama)
16.Zawieszeni na drzewie (Comedy)



"Skrzypadek..." oraz "pani Miller..." do powtórki, "Bananowy Allen" w sumie też. " Jak daleko stąd, jak blisko" byłoby 10, gdyby nie problemy z premierą ('71 czy '72?), podobnie z "Perłą w koronie".

niedziela, 8 grudnia 2013

Diabły (5/10)

Historical Drama & Nunsploitation, 1971


Ksiądz Grandier przeciwstawia się zmianom wprowadzanym przez Kościół. Ci w odpowiedzi nie omieszkają wykorzystać skandalu, który wybuchnie po udowodnieniu księdzu, z kim to on nie sypiał, i co takiego on lubi....


Chyba po prostu nie byłem targetem tego filmu. Zgaduję, że miał być "kontrowersyjny" i wulgarny, uderzając w Kościół w brutalny sposób, ale ten cel sam w sobie niewiele dla mnie znaczy. Po odjęciu owego "odsłaniania brutalnej prawdy" w filmie nie zostaje praktycznie nic poza scenami obrzydliwymi/wulgarnymi (w których zresztą bardzo łatwo gubi się główny temat, na koniec miałem trudności z przypomnieniem sobie o co tu biega). Znam dzieła sztuki, które "odsłaniały prawdę", mając na tym jakiś cel, zamiast jedynie szokować tudzież zamieszać i poczekać, co to da.

Podobała mi się atmosfera, mieszanka surrealizmu z mroczną brutalnością, kilka szalonych momentów. Rozmach też na plus, wiele jest tu scen grupowych, zbudowano nawet kilka wyróżniających się dekoracji. Przypomniało mi się "Dzieciątko z Macon". Obejrzałbym tamten film jeszcze raz, z przyjemnością.

I znowu żadnych penisów, wtedy dopiero byłoby piekło i oburzenie, tego lepiej unikać.
https://rateyourmusic.com/film/the_devils/

sobota, 7 grudnia 2013

Johnny poszedł na wojnę (8/10)

Psychological Drama, 1971


Pierwszy film który zobaczyłem w Iluzjonie, gdy ten przeniósł się do Biblioteki Narodowej. Na słuchawkach robi jeszcze większe wrażenie niż w sali kinowej. Głos bohatera jest wtedy zbyt blisko. Jak głosi tytuł, Joe poszedł na wojnę. I wrócił z niej w stanie, który kwestionuje jego egzystencję - czy on jeszcze żyje, czy tylko wegetuje? Zakres tego stanu lepiej odkryć samemu, razem z bohaterem. Nie można tak po prostu zauważyć braku języka choćby. Nie przy pomocy słów. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością, która często okazuje się surrealistyczną projekcją wspomnień, a nawet czymś więcej...


(felieton) Przemyślenia po "Melancholii Haruhi Suzumiyi"

"Melancholia..." to serial, anime, rozgrywający się w Japonii. Bohaterami są nastolatkowie chodzący do liceum, po zajęciach uczęszczających do założonego przez siebie klubu - bo inne wydawały się zbyt zwykłe. Serial swoją drogą, przy okazji oglądania go trochę dowiedziałem się, jak to tam działa z edukacją. Otóż nieco inaczej niż u nas. Dzieci po zajęciach zostają w budynku, uczęszczają z własnej woli na dodatkowe zajęcia, wracają do domu najwcześniej o 17, a często i po 21. Wszystko jest bardziej skierowane na rozwój i edukację, w grupie, jako klasa, ale też jednostkowo. Jest więcej dodatkowych zajęć, w stylu różnych Dni którymi zajmują się wszyscy, i każdy coś robi. W moim przypadku to wyglądało tak, że kilka osób coś robiło, bo trzeba było to zrobić, i ktoś to musiał zrobić. Żeby było, więc zaczynano za pięć dwunasta i nikt nie narzekał. Z przyzwyczajenia.

Widzę tych zabieganych, zapracowanych bohaterów i przypominam sobie, że sam kiedyś lubiłem uczyć się.


piątek, 6 grudnia 2013

Kolejny rok (6+/10)

Drama, 2010


Krok po kroku. Zaczynamy od starszej kobiety mającej problem ze snem. Jest u pani doktor, prosi o przypisanie jej pigułek na bezsenność. Ale nie jest to rozwiązanie problemu, więc wysyła pacjentkę do pani psycholog - to kolejny krok. I tak już leci, a najmniej istotna okazuje się tu pani z bezsennością. Para głównych bohaterów to starsze małżeństwo, zadowolone ze swojego życia. Mają na imię Jerry (pani psychiatra) oraz Tom, który pracuje jeszcze z rurami, tymi większego kalibru. Wokół nich kręci się ciężarna pani doktor od pastylek na bezsenność, sekretarka ze szpitala, stara znajoma z problemami alkoholowymi i miłosnymi, ich syn, bracia, dalsza rodzina...

Po 35 minutach myślałem, że to opowieść o życiu w którym nic się nie zmienia, i wygląda tak jak wcześniej. Szczęśliwi zapracowali na swoje szczęście i wciąż je mają. Nieszczęśliwi nic nie robią i mają co roku to samo nieszczęście. Całość w deszczowych i niemrawych klimatach typowych dla Wysp oraz kina Leigh, bez żadnego pazura. Był film i go nie było, to tylko kolejna taka opowieść.

Okazało się jednak na koniec, że to film o tym, że na wszytko przyjdzie czas, każda sprawa rozwiąże się sama, musi być gorzej najpierw by na koniec było lepiej. Wszystko z tym pokrętnym brytyjskim czarnym humorem, które tylko takie świry jak ja dostrzegą. Taa... Nie kupuję tej historii. Nie przekonała mnie. W poszczególne historie jednak uwierzyć mogłem, szczególnie w kobietę nie przyjmującej do wiadomości ile ma lat. A z drugiej strony wiele wątków pojawia się i znika bez powodu, inne ważne dla fabuły pojawiają się pod koniec... nie spodobał mi się "styl" takiej konstrukcji. Do tego to ucięte zakończenie... które może wcale nie było ucięte?

Podobał mi się wątek z ogrodem, i zainteresowani tematem mogą dostrzec fachowe detale, w stylu nawożenia latem ziemi pod dynie. Można w sumie obejrzeć, ale nic lepszego nie mogę powiedzieć.
https://rateyourmusic.com/film/another_year/


Top 5 Leigh

1. Nadzy
2. Sekrety i kłamstwa
3. Vera Drake
4. Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia
5. Kolejny rok

czwartek, 5 grudnia 2013

Louis C.K.: Hilarious (7/10)

Stand-Up Comedy, 2011



Wideo z tego samego roku co opisywane przeze mnie dwa tygodnie temu "Live at the Beacon Theater", i generalnie wyżej oceniane. Osobiście nie stawiam żadnego wyżej od drugiego. "Hilarious" jest dłuższe o 20 minut, i bardziej zwarte. Nie licząc początku, całość wyraźnie dzieli się na dwie części: najpierw nazywa wszystkich dupkami, a potem sam się tak nazywa, i to już koniec filmu.

I podobało mi się to. Skupienie się na ruganiu ludzi za niedocenianie wszystkiego, narzekanie na wszystko, nie ogarnianie jakie to wszystko cudowne i poza jego wyobrażeniem - bardzo dobra część. Śmieje się z ludzi, którym jest źle, że podczas lotu nie mogą korzystać z Internetu, i przelot z NYC do Kalifornii trwa 6 godzin, a kiedyś podróż ta trwała 30 lat. Czego tu nie lubić?
Potem występ skupia się bardziej na dzieciach, byciu rodzicem i przygodach z tym związanych. Tutaj bardzo często sam siebie ruga za mówienie takich rzeczy jak:

- Tatusiu, Ziemia zawsze będzie się kręcić wokół słońca?
- Nie, kiedyś Słońce w końcu eksploduje.

środa, 4 grudnia 2013

Pojedynek na szosie (7+/10)

Psychological Thriller, 1971



David Mann jedzie typową, długą i pustą drogą przez pustynię. Dociera do momentu, gdy tuż przed nim wolno posuwa się wielkie, ciemne i śmierdzące bydle, ciężki pojazd bliżej nieokreślony. Więc go pan Mann wyprzedza. Wszystko w porządku, dopóki bydle nie wyprzedzi naszego bohatera. Gdy prowadzenie jeszcze raz się zmieni, tajemniczy kierowca zacznie ścigać niewinnego kierowcę małego, rodzinnego pojazdu, który przecież nic nie zrobił. 

Jeden z tych filmów akcji, które są lepsze od gier komputerowych - taka była moja myśl kilka lat temu, gdy oglądałem "Duel" pierwszy raz. W takich filmach jak "Avengers" wszystko byłoby ciekawsze, gdyby zrobiono z tego grę. "Pojedynek..." jest inny, tu emocje pochodzą właśnie z bezsilności i niemożliwości ingerencji w wydarzenia, obserwowania w napięciu co się stanie.Tak właśnie winno wyglądać kino przygodowe. Tego nie można opowiedzieć lub przenieść na inne medium. To trzeba obejrzeć by poczuć i zrozumieć.

Drugą siłą filmu jest autentyczna potrzeba zrozumienia tajemniczego kierowcy. Dlaczego robi to co robi? Może nie lubi czerwonych aut? Aż się prosi o typowego przeciwnika z gorszych filmów akcji, który na samym końcu wyjaśnia o co mu chodziło... Z czasem gra staje się naprawdę poważna. A przecież taka była od samego początku. Tylko wtedy nie dało rady w to uwierzyć.

A licznik bije. 50 mil na godzinę i coraz więcej... Zdecydowanie jeden z moich ulubionych filmów. Nie tylko od Spielberga.

"Trzeba było kupić nowy pasek do chłodnicy", parafrazując "Wyścig szczurów"
http://rateyourmusic.com/film/duel/

wtorek, 3 grudnia 2013

Mechaniczna pomarańcza (9+/10)

Psychological Drama, 1971


Alex to nasz narrator. Zanim widz słyszy jego głos, widzi jego szalony wzrok. Widzi, jak pije mleko w przedziwnym barze. Słyszy jego rozbudowany język, i specyficzną manierę. Obserwuje, jak bije bezdomnego pod mostem, urządza burdę w szkolę po zmroku, dokonuje brutalnego gwałtu którego oglądanie doprowadza do szaleństwa, a na końcu... wraca do swojego pokoju, by rano zostać obudzonym przez matkę goniącą go do szkoły. To ostatnie z czym bym go skojarzył - bycie nastolatkiem.


Za dużo tu tego. Ten film jest zbyt aktualny, zbyt rozległy, zbyt trudny w oglądaniu. Już sam wstęp wydaje się okropny, ale potem robi się coraz gorzej, bo tortury na głównym bohaterze wydają się nieskończone, tak jak świat wydaje się nienaprawialny. Tu wszystko jest zepsute i niewłaściwe, jedni czerpią przyjemność z zadawania bólu, drudzy dostosowują się by pierwsi mieli na kim się wyżyć, trzeci stoją z boku, starając się tylko przeżyć kolejny dzień. Z tej sytuacji, wydaje się, nie ma wyjścia, skoro nikogo ona nie obchodzi. Jedyne co się liczy to pozory. Wszyscy są tu oskarżeni i winni. To dosłownie boli w oglądaniu. Krok dalej i Kubrick zrobiłby własne "Idź i patrz".

A to przecież tylko tło dla dramatu osobistego Alexa, który na końcu nie jest nawet człowiekiem. Nie czuję się jednak na siłach, by spoilerować i wyliczać ten film. Może kiedyś.

Genialny kostium. Wszystko przede wszystkim przesycone seksem, to się nie może zestarzeć, i kto wie, ile lat ten widok będzie aktualny. 40 lat minęło, i to nadal jest jedynie jaskrawą wersją rzeczywistości.
Poza tym trzeba oddać Kubrickowi, że umie tworzyć świat filmowy. Nic tylko się uczyć.

Śmieszy mnie, że gdyby w tym filmie został pokazany penis to by został zakazany we wszystkich krajach z wyjątkiem Islandii.

Kolejna książka do kolejki.
http://rateyourmusic.com/film/a_clockwork_orange/


Top 5 Kubricka

1. 2001: Odyseja kosmiczna
2. Mechaniczna pomarańcza
3. Ścieżki chwały
4. Pełny magazynek
5. Lśnienie

(serial) Twilight Zone & Melancholia Haruhi Suzumiyi

"Strefa mroku", klasyk z 1959 roku!

Formuła jest następująca: 25 minut, dowolny gatunek, dowolne miejsce, dowolny czas, dowolna historia. Jeden warunek: widz przenosi się na chwilę do strefy mroku. Na dosłowną chwilę, trwającą jedną scenę, albo i cały odcinek tam się rozegra. Słucha opowieści o kowboju, który pije tak długo, że nie umie już strzelać - ale objazdowy sprzedawca oferuje mu miksturę, dzięki której trafi wszystko z każdej odległości! Albo o dwójce astronautów, którzy wrócili szczęśliwie z podróży - jednak poleciał z nimi ktoś jeszcze, trzeci astronauta, tylko jakoś nikt o nim nie pamięta... To może o kobiecie jadącej do Kalifornii, widzącej przy każdym postoju w lusterku tajemniczego autostopowicza? Albo o klientce domu towarowego, która wjeżdża windą na piętro, którego tam nie ma?

Dramat, komedia, dreszczowiec, satyra, sci-fi, fantasy, western, kryminał. Nie ma ustalonego momentu startowego, do którego każdy kolejny odcinek musi się równać. Bohater może umrzeć albo przeżyć. Zakończenie może być szczęśliwe lub dołujące. Wszystko okaże się snem, albo i rzeczywistością. Na końcu może być zaskakujący zwrot akcji, jednak nie spodziewajcie się go zbyt często...

Wyjątek: pierwszy odcinek ma jedno z najgenialniejszych zakończeń jakie w życiu widziałem. Nie obawiam się tego pisać, byście w przyszłości obejrzeli i zawiedli się, bo oczekiwania były bla bla bla. Nie, to zakończenie jest aż tak dobre, że możecie się spodziewać czegoś niesamowitego.

Z pewnością obejrzę kiedyś pozostałe odcinki.

----
"Melancholia Haruhi Suzumiyi" oraz "Suzumiya Haruhi no Yuuutsu". To właściwie ten sam serial. Są z nim jednak niezłe jaja już na tym etapie, ponieważ: "Melancholia" składa się z 14 epizodów, które wchodzą w skład "Suzumiya Haruhi no Yuuutsu", który poza owymi 14 odcinkami, ma kolejne 14. Żeby to wszystko popłatać jeszcze bardziej, chronologia w obu produkcjach jest odwrócona do góry nogami. Pierwszy odcinek "Melancholii" w drugim serialu pojawia się jako 25, i żeby go zrozumieć trzeba znać sagę 6 odcinków które ów 25 odcinek poprzedza. Za to finał pierwszego serialu w drugim pojawia się jako odcinek... szósty. Do tego są takie kwiatki, jak dwa odcinki tworzące całość w drugim serialu pojawiają się jeden po drugim, a w pierwszym dzieli je odcinek z dupy wzięty.

Nie miałem zielonego pojęcia jak to oglądać. Na szczęście o wszystkim zorientowałem się będąc w połowie. Jedynie gdy te dodatkowe odcinki zaczęły mnie nużyć to skupiłem się na obejrzeniu "podstawowych" epizodów, a ten nowe tylko pobieżnie. Definicja burdelu na kółkach, bo to z jednej strony jest serial całościowy, a z drugiej... nie.

Z jednej strony sześcioczęściowa "Melancholia" to prawdziwa perełka, która momentami rozwala głowę. Jest pomysłowa, oryginalna, po prostu niesamowita. I od finału 3 odcinka (kiedy dopiero zaczęło się coś dziać) oglądałem to wszystko ciurkiem, chcąc się dowiedzieć co jeszcze zobaczę. Ale poza ową "Melancholią", reszta to odcinków to z grubsza rzecz biorąc fillery. Bohaterowie idą grać w baseball. Bohaterowie spędzają dzień na Dniu Kultury. Bohaterowie kręcą film. Kiedy indziej włączasz odcinek i stwierdzasz, że to prawie dokładnie ten sam odcinek co wcześniej. Wtf? Niemniej, owa "Melancholia..." to coś wartego obejrzenia, i to ze swojej strony zalecam (zorientujecie się po tytułach odcinków). Nie odważę się nawet opisać wstępnie, co tam się dzieje. Niech to wam rozwali wyobraźnię bez żadnej zapowiedzi.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Znikający punkt (7/10)

Carsploitation & New Hollywood, 1971


Kowalki ma dostarczyć wóz do San Francisco. Zakłada się z kumplem, że będzie tam już jutro po południu, wcześniej jeszcze łyka narkotyki, i rusza w drogę Szybko zauważa go policja, ten jednak się nie zatrzymuje, a pościg za nim szybko kończy się na poboczu. Czemu się nie zatrzymał, i o co mu chodzi? Film z ochotą karmi się sam sobą, dając nie tylko widzowi milczącego bohatera który tylko prze przed siebie. Okoliczny DJ radiowy, niewidomy czarny, szybko nazywa Kowalskiego ostatnim bohaterem Ameryki, który walczy o wolność, a znaczy ona dla niego prędkość...


Muzyka którą słyszymy, puszcza DJ w radiu, i bohater też ją słyszy. Puszcza ją świadomie. To co widzi tylko widz, to przebłyski przeszłości, o dawnej karierze Kowalskiego. Męskie kino, trzeba przyznać. Przestrzenie, prędkość, Walter White zapewne gdzieś z boku turla beczkę z milionem dolarów w środku. Mnóstwo kurzu, cichy bohater, pojazdy zachowują się jak w rzeczywistości... zaczynam pisać, jakbym omawiał grę komputerową, więc lepiej przestanę. Ale jednak zobaczyć takie wolne, dokładne, a przy tym dynamiczne kino, to spora satysfakcja. Pojazd zepchnięty na piach długo wraca na asfalt, nic z tego nie jest wycięte, a mimo to pościg dalej emocjonuje.

Trochę mało się dzieje, ale to raczej czepialstwo. Zakończenie mnie zawiodło, wcześniej taki realizm, a na koniec...:/

Dużo dobrej, zapomnianej muzyki. Trochę to "Pulp Fiction" pachniało.
http://rateyourmusic.com/film/vanishing_point/

niedziela, 1 grudnia 2013

Podróż do Włoch (4/10)

Drama, 1954


Filmowa podróż do Włoch. Widz ogląda kraj, zabytki, poznaje trochę kultury i historii kraju, mieszkańców... Dodano do tego, niby na pierwszy plan, standardową historię o "małżeństwie, które po iluś tam latach zdaje sobie sprawę, że w ogóle się nie znają". Czuć w tym fałsz, kino czysto reklamowe, żeby za oceanem zobaczyli i stwierdzili: "Wow! W Europie też kręcą filmy! I to całkiem takie jak u nas! Nawet mają happy end! Ich oglądanie jest bezpieczne!". Mieszanie kultur, takie samo jak w "Spotkaniu" Davida Leana. Poziom zresztą podobny.

Nie uwierzyłem w to małżeństwo, ani jak przez tyle lat mogli byś ze sobą, zanim film się rozpoczął. Tak samo nie dałem wiary w to, co niby stanowiło akcję, jak dochodzili do wniosków co ze sobą teraz będą robić.

Bardzo spodobało mi się prezentacja rzeźb, szczególnie tej przedstawiającej wiązanie kobiety do wściekłego konia. Końcówka tak debilna i sztuczna, że w 6 sekund nie mogłem sam sobie odpowiedzieć, czemu chciałem wcześniej dać wyższą ocenę.

Dzięki TVP Kultura, za pokazanie filmów Rosselliniego. Szkoda, że nie znalazłem czasu by powtórzyć sobie "Rzym, miasto otwarte".:(
http://rateyourmusic.com/film/viaggio_in_italia/


Top 5 Rosselliniego

1. Niemcy - rok zerowy
2. Franciszek, kuglarz boży
3. Rzym, miasto otwarte
4. "Czystość" (nowelka z "Ro.Go.Pa.G")
5. Podróż do Włoch

sobota, 30 listopada 2013

Wielki Liberace (6/10)

Biopic & Queer Cinema , 2013


Rok 1977. Scott Thorson rozpoczyna bliską znajomość z Wladziu Valentino Liberace. Zaczynają razem spędzać czas, pracować, żyć. Historia oparta na faktach i prawdziwej postaci zarówno Liberace jak i Thorsona. Opowieść o homoseksualizmie, trudnych relacjach miłosnych, prywatności oraz przemijaniu.


Ulubione filmy z 1968 roku

1. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (Spaghetti Western)
2. 2001: Odyseja kosmiczna (Science Fiction)
3. Tylko dla orłów (Action)
4. Serce to samotny myśliwy (Drama)
5. Gang Olsena (Comedy & Heist Film)
6. Planeta Małp (Adventure)

7. Schody (Surrealism)
8. Żyd Jakow (Drama)
9. Piknik z Weissmannem (Surrealism)
10.Żandarm się żeni (Comedy)
11.Mieszkanie (Surrealism)


..."Dziennik schizofreniczki" mógłbym liczyć, gdyby nie problem z datą premiery. Jedno źródło - film z '68, drugie - '69. Chrzanić to.

piątek, 29 listopada 2013

Teoremat (5/10)

Surrealism & Experimental, 1968



Chciałem dobrze potraktować ten film. Wiedziałem na co się piszę. Nagromadzenie symboli przeszkadzało (bo korzystanie z nich w takim stopniu świadczy o jednym z dwojga: albo twórca bał się, że ktoś zrozumie o czym mówi, albo bał się, że sam to zrozumie), ale trudno. Dam radę. Bardzo mała ilość dialogów mi odpowiadała, obraz jest jasny i czytelny. Myśli w stylu "Dobrze, więc on jest kimś specjalnym, skoro wyczuł, co ona będzie robić - a więc wiedział o tym, co myśli wcześniej, ale to zignorował. Dlaczego? Oglądam dalej..." były całkiem normalne przy oglądaniu.

A potem się okazało, że po milczeniu przyszedł okres łopatologicznego wyjaśniania wszystkiego do kamery na przemian z bełkotem. Wszystko jest jasno wyjaśnione. Inna sprawa, że było to też bardzo nudne. I średnio podobało mi się to co oglądam. Zapewne dlatego, że to jeden z tych tytułów, które wyznają filozofię człowieka jako istoty słabej/niedoskonałej/beznadziejnej/której egzystencja nie ma sensu. Nie zgadzasz się z tym, i tak jak mnie guzik będą cię obchodzić wnioski i sceny wychodzące z tego założenia.

Bla bla bla.

Chciałbym, by to okazał się dobry film (i nie mam tu na myśli jego jakości), tak jak traktuję każdy inny film lub w ogóle sztukę filmową. W końcu nawet przy okazji "2001" natknąłem się na bardzo różne interpretacje. Może "Teoremat" jednak da się lubić, i intencje twórcy były inne. Może. Póki co trzymam się tego, że film jest nużący, męczący, monotonny. I nawet mi nie zależy, by był dobry
http://rateyourmusic.com/film/teorema/

(felieton) Przemyślenia po "Louie"

Obejrzałem niedawno pierwszy sezon "Louie". Na początku jednego z odcinków główny bohater gra z przyjaciółmi w pokera. Jeden z nich jest gejem, więc szybko pojawiają się żarty na ten temat. Równie szybko wypływa pytanie: "Czy jako gej uważa, że Louis nie powinien na scenie używać słowa faggot?".

Wyjaśnia więc, że określenie "faggot" wzięło się ze średniowiecza, gdy chciano ich spalić razem z czarownicami, tylko że uznano ich "niegodnych", więc po prostu wzięli, związali ich w paczki i tak spalili z boku. Dodał następnie, że każdy homoseksualista będąc bitym w bramie przez chuliganów słyszy takie i podobne słowa. I przypomina sobie ową sytuację, gdy słyszy to określenie, działa to na niego, nawet gdy zostało użyte jako żart.

czwartek, 28 listopada 2013

Serce to samotny myśliwy (7/10)

Drama, 1968


John Singer to głuchoniemy żyjący w małym, typowym miasteczku połowy XX wieku. Wynajmuje pokój u rodziny, odwiedza kumpla (również głuchoniemego) w zakładzie, w barze napotyka przegranego mężczyznę w sile wieku, który po pijaku zostaje wywalony na bruk, po czym zaczyna przypierdalać barana w ścianę, byle do krwi. A to jeszcze nie koniec, bo jest jeszcze czarny lekarz który wspomnianego pijaka nie będzie chciał opatrzeć, bo on opiekuje się wyłącznie "swoimi".
Czyli "Zabić drozda", "Na wschód od Edenu", "Kotka na gorącym rozgrzanym dachu". To ten sam typ kina, czuć podobieństwa w stylu i dramaturgii.



Udało się zachować równowagę między cichymi scenami i dialogami. Nie czuć, że ta opowieść zmierza wyraźnie w którąś ze stron. Do tego momenty głuchoniemych są jasne nawet bez znajomości języka migowego. Ilość wątków mnie zaskoczyła, ale wszystkie układają się w jakąś całość, i całkiem nieźle poradzono sobie z utrzymaniem uwagi oglądającego na głównym bohaterze, który jednak nie przewija się na ekranie tak często. Ale czuć jego rolę. Właściwie o tym jest ta opowieść, o cichym człowieku z tyłu który w większy lub mniejszy sposób oddziałuje na innych... więcej nie zdradzę.

Trochę zbyt naiwny (?) epilog.

Teraz muszę pewnie książkę przeczytać.
http://rateyourmusic.com/film/the_heart_is_a_lonely_hunter/

środa, 27 listopada 2013

Monterey Pop (6/10)

Rockumentary, 1968


The Who, Cass Elliot*, Simon & Garfunkel, Jimi Hendrix, Otis Redding... nawet znalazło się miejsce dla żeńskiego Iana Browna, która na początku filmu tłumaczy, czym jest tytułowy festiwal. Gwiazdką, Urodzinami, i Wielkanocą połączoną w jedno. "Monterey Pop" to zapis tamtego wydarzenia, narodzin nowej muzyki, tamtych czasów. Wszystko bezbłędnie.

The Who oczywiście coś tam zdemolują, Hendrix będzie uprawiał seks z wiosłem w trzech różnych pozycjach (a na koniec oczywiście je podpali), Otis Redding będzie improwizował na scenie w najlepszym stylu, The Mamas & The Papas przebiorą się za Sierżanta Pieprza (a główny wokalista założy czapkę Jay Kaya), na koniec jeszcze jakiś Hindus będzie 10 minut grać na cytrze. Wszystko to przeplatane widokami "na drugi dzień", kiedy to budzą się ludzie na środku pola i niczego nie pamiętają z festiwalu. Zawsze mnie ciekawiło, jak to wygląda, i teraz wiem.

Jak ktoś lubi takie widoki lub bardzo kocha owych muzyków, to da zapewne wyższą ocenę ode mnie. Niemniej, każdy dokumentalny aspekt "Monterey Pop" wykonano na medal. Lepiej tamtych czasów pokazać nie można było.

*ale wtedy jeszcze nie śpiewała "Make Your Own Kind of Music".
http://rateyourmusic.com/film/monterey_pop/

wtorek, 26 listopada 2013

2001: Odyseja kosmiczna (9+/10)

Science Fiction, 1968


Uprzedzając - ocena bez zmian, film nadal robi wrażenie. Ale ten mój ostatni seans nie był najlepszy. "2001" nie ma zbyt dużego potencjału do ponownego oglądania. Pierwszy seans to oczywiście wyjątkowe przeżycie, podczas którego nie wiadomo co się dzieje i coraz mniej się rozumie, bo by zacząć trzeba znać całość. Drugi seans nadal jest wyjątkowy, bo pierwszy raz zaczyna się rozumieć oglądane sceny. Ale gdy tym razem oglądałem to po raz piąty, to już nie było to. Są filmy które można oglądać 20-30-40 razy, "Odyseja..." do nich się nie zalicza. Sekwencje budowania napięcia już nie spełniają swojego zadania, bo wiem co tam będzie, wiem co konkretne sceny znaczą, i koniec końców tylko nieliczne momenty przy ponownym oglądaniu działają tak samo jak wcześniej. Przede wszystkim końcówka, sceny z Halem, wszystkie psychodeliczne - razem jakaś 1/3 całości, i jak na 140 minut to ciut za mało.


(serial) Legit

"Legit", serial autorstwa Jima Jefferiesa. Widzieliście jego wideo "Alcoholocaust"? Kończy je skecz dotyczący kolegi z dzieciństwa, który był chory na dystrofię mięśni. Ku zaskoczeniu wszystkich żyje nadal, ma ponad 30 lat, i gdy Jim go odwiedził, ten powiedział: "Nigdy nie byłem z kobietą. Zabierzesz mnie do prostytutki?", na co komik się oczywiście zgodził. Historia ponoć prawdziwa, ale liczy się fakt, że jest przekomiczna, i bardzo czarna. W końcu większość żartów dotyczy choroby i tego, że seks prawdopodobnie będzie zabójczy. Ten skecz trwa ponad 20 minut, w całości jest odegrany przez Jima, i posłużuł za materiał na pilota tego serialu.

Całość liczy póki co 13 odcinków, i jest to w sumie całościowa produkcja. Jim by stać się bardziej odpowiedzialnym człowiekiem, pozwala po wszystkim zamieszkać koledze na wózku (w serialu nazywa się Bill), razem z nim sprowadza się Steve, brat niepełnosprawnego, który niedawno rozwiódł się, a od czasu do czasu pojawia się Ramona, opiekunka Billa ze szpitala.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (9+/10)

Spaghetti Western, 1968


Taniec śmierci. Widz pochylony nad każdym trupem, nawet najmniej ważnym, pobocznym i nieistotnym. Anonimowa trójka wyczekująca na stacji, której nikt nie zapamięta i nikt ich nie opłacze. Spędziłem z nimi ich ostatnie 12 minut. Niewielu jest ważnymi i istotnymi postaciami, ale też niewielu służy tu za zwykłe mięso armatnie. Każda śmierć coś zabiera. Czuć ją. Nawet w zwyczajnym budowaniu stacji słychać echo końca tych, którzy ją zbudują. A ona stać będzie dalej.


(książka) The Perks of Being a Wallflower

Osoba podpisująca się jako Charlie śle listy do pewnej osoby. Nie wiemy kim ona jest, ona z kolei nie wie, kim jest Charlie. Pisze, bo chce wierzyć, iż jest na świecie taka osoba jak ona - usłyszał, że ona potrafi słychać, i nie wykorzysta tego, o czym się dowie. Bohater zmienia dane i nie zamieszcza adresu zwrotnego. Jego przyjaciela znaleziono martwego, popełnił samobójstwo. Wszyscy zaczynają się martwić, jak Charlie to zniesie - psychiatra organizuje spotkania, nauczyciele dają mu wyższe oceny mimo, że nie zasłużył. On sam często krzyczy i bardzo wiele płacze, czasami sam nawet nie wie czemu tylko tak umie reagować na wiele rzeczy. Ale rok się skończył, wakacje niedługo przeminą, zacznie się nowa szkoła. Tym razem liceum. Boi się tego, stąd pomysł z listami, w których opisuje wszystko.

Względem filmu - książka zawiera ogromną ilość szczegółów, tła, detali i historii. To właściwie coś na kształt uzupełnienia - opisane zostały chwile w starej szkole, tamtejsi znajomi. Znana rodzina bohatera sięga tak daleko jak to się chyba da. Dziadkowie, ciotka, i wiele innych. Charlie też więcej spędza z nimi czasu, opisana jest ich przeszłość (wspólne oglądanie finału "MASH"), święta, oglądanie "To wspaniałe życie" u dziadka. Przy okazji - urodziny Charliego wypadają tuż przed Gwiazdką. Czytelnik pozna również dziewczynę Billa, nauczyciela angielskiego, który w tej wersji da o wiele więcej książek swojemu uczniowi. W tym "Obcego" czy "Nagi lunch". Pojawi się też więcej piosenek na składankach, m.in. "Gypsy" Suzanne Vega, której w filmie nie ma, a ja często lubię włączyć sobie ten kawałek przed zaśnięciem.

Więcej też powiedziano o innych postaciach, siostra ma więcej niż jednego chłopaka przez ten czas. Więcej o końcówce znajomości z Bradem, o przeszłości Sam. Wprost też poinformowano czytelnika o tym, co Charlie napisał w liście do Sam na Gwiazdkę, podczas gdy w filmie trzeba było się tego domyślić (i jak się okazało, miałem rację).

Wolę film jednak. Bohater filmowy jest bardziej dostojny (niemal w ogóle nie płacze, jest bardziej pewny siebie, w książce jest piątym kołem dla Alice, Boba i reszty, w filmie autentycznie go polubili i byli wzajemnie dla siebie przyjaciółmi), narracja filmowa - o wiele przecież trudniejsza - została lepiej wykorzystana do opowiedzenia tej historii, końcówka wypada o wiele naturalniej na ekranie niż w listach. I może to dlatego, że znałem historię, nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak film. Końcówka jest gorzej przedstawiona, stało się tam to co mogło przytrafić filmowi, bo pojawia się niejako na doczepkę, zamiast finałowe uzupełnienie bez którego ta historia nie ma żadnego sensu.

Lepiej za to poradzono sobie z myśleniem Charliego o przeszłości i przyszłości. W filmie wypala pod koniec "Wiem, że kiedyś będziemy tylko historiami", w książce naprawdę wiele o tym myśli. Czy gdyby dziadek nie bił matki, to ta nie pragnęłaby wyjść za kogoś, kto nie będzie jej bił, przez co nie poznałaby ojca i w efekcie Charlie nigdy się nie urodził. Zastanawia się nad "dniami chwały", które przeżywa każdy sportowiec wybiegający na boisko... i myśli, czy przypadkiem nie mijają jego własne "dni chwały", i nawet tego nie zauważa.

To oczywiście wciąż ta sama opowieść, o bardzo skomplikowanym problemie filozoficznym, zmianie tego w co się wierzyło do tej pory, gdy dostrzega się błędy swojego rozumowania. Tak szczerze to nie zdziwiłem się, gdy na końcu Bill dał uczniowi "Źródło", sugerując by podszedł do tej genialnej powieści bardzo sceptycznie. Raczej poczułem zadowolenie, bo to coś właściwego w takim momencie. W filmie "Źródła" nie ma.:)

Warto to przeczytać, choćby jako uzupełnienie tego - z braku lepszego słowa - filmowego uniwersum, o którym faktycznie można myśleć i zastanawiać się nad pewnymi elementami. Np. do kogo pisze te listy? Piąty raz stykam się z tą opowieścią, i tak sobie myślę... on mógłby pisać do samego siebie z przyszłości. To by pasowało do tej postaci, potraktowanie samego siebie jako oddzielnego człowieka, wyidealizowanego (bo z przyszłości). Ale to tylko ślepy strzał. Zapewne pisze do zwykłego psychiatry w innym stanie Ameryki Północnej.