wtorek, 31 marca 2015

"Agenci T.A.R.C.Z.Y." (sezon I) Lubicie znęcać się nad serialami?

Teen & Superhero, 2013


Opis tej produkcji brzmi: Agent Phil Coulson wraca do S.H.I.E.L.D., gdzie dowodzi małym oddziałem świetnie wytrenowanych agentów, którzy zajmują się niesklasyfikowanymi jeszcze dziwnymi i trudnymi do zrozumienia sprawami. Potem to się zmienia, dlatego już nawet nie pamiętałem. Pierwsze wrażenie nie jest złe - jest jak jest, ale nie nudzi, nie zabija głupotą, da się oglądać. Jest dosyć standardowo: zbieranie ekipy, parę lekkich żartów, jakaś rebeliancka postać która na koniec zaczyna pracę dla tych, których nie lubi. Brzmi jak 10 innych seriali, które nawet taki laik jak ja widział.

A więc konkrety: "Agenci..." to serial nastolatkowy, co wiele mówi. Ludzie, którzy coś faktycznie umieją, trzymani są na drugim planie, a na pierwszym są ludzie którzy nic nie umieją ale są jacyśtam (nie przestrzegają reguł, nie współpracują w drużynie, fsdhfdfj!) i muszą pracować nad swoim charakterem i to wszystko czego trzeba by być najlepszym, najważniejszym, najbardziej lubianym. We wszystkim. Gdy jest lekko, jeszcze da się na to patrzeć, ale gdy dojdzie do poważniejszych momentów, to widać, że ci ludzie nie rozmawiają ze sobą jak dorośli.


niedziela, 29 marca 2015

"Cold Fish / Tsumetai nettaigyo" (6/10) Kolejna narracyjna przygoda

Crime, 2010


Shion Sono to ten pan, który parę lat temu zdecydował się nakręcić film trwający cztery godziny w taki sposób, by oglądało się go jakby trwał trzy razy krócej. I tak powstał "Love Exposure" - tytuł tak rozbudowany, że jego poznawanie do prawdziwa kinematograficzna przygoda. Pan SS po paru latach podszedł w podobny sposób do realizacji opowieści inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w latach 90'tych, ale lepiej nie zdradzać co się wtedy wydarzyło, ponieważ część uroku "Cold Fish" kryje się w odkrywaniu, co tak naprawdę oglądamy.

"Ziemia powstał 4,6 miliarda lat temu. Za kolejne 4,6 miliarda lat już jej nie będzie"

Pierwsza scena. Kobieta agresywnie robi zakupy w markecie, wkładając do koszyka mrożonki. Następnie równie wściekle wkłada je do mikrofalówki w domu, by zaraz tak przygotowaną kolację trzyosobowa rodzina mogła zjeść w ciszy, nudnej i krępującej. Córka Mitsuko pomiędzy kęsami wybiega, bo odebrała telefon od znajomego. Wkrótce zadzwoni policja w jej sprawie, bo dokonała kradzieży. Tam na miejscu pojawi się tajemniczy pan Murata, który nie tylko załagodzi sprawę, ale i przyjmie Mitsuko do swojego zakładu pracy, tzn. sklepu z rybkami hodowlanymi. A to dopiero początek.

sobota, 28 marca 2015

"Mój sąsiad Zombie / Yieutjib jombi" (5/10) Chcieliście nakręcić własny film?

Anthology Film & Zombie, 2010


Kilku twórców filmowych z Korei Południowej - głównie członkowie ekip filmowych, którzy nie mieli jeszcze szansy na stworzenie własnych dzieł - nakręcili film nowelowy pod wspólnych hasłem "Inwazji zombie w Seulu". Zebrali mniej niż 20 tysięcy dolarów za które zrobili krótki film składający się z oddzielnych historii, każda opierająca się na jakimś świeżym pomyśle. Tło jest takie jak zawsze: wirus, epidemia, w kilka dni umierają miliony ludzi - ale zamiast walki o przetrwanie, twórcy skupili się na czymś nowym. Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby życie Nieumarłych gdyby wymyślono szczepionkę na zarazę i mogli wrócić do normalnego życia? Albo jakie są pierwsze chwile życia takiego Zarażonego? Gdy jeszcze nie jest chodzącym trupem, umysł wciąż działa ale jest już porządnie stępiony - i jego wzrok pada na własną stopę, bierze ją w ręce, zaczyna lizać...

Z całą pewnością jesteśmy w Korei. "Tej dobrej"

"Mój sąsiad Zombie" zaskoczył mnie gdy przyjrzałem się realizacji. Jest ona perfekcyjna i w życiu bym nie pomyślał, że taki film może wygląda tak profesjonalnie. I trzeba do tego wyrobionego oka, by zobaczyć, że to wcale nie jest standardowy obraz za którym stoi cała ekipa a jedynie grupka ludzi bez większych możliwości. Przykładowo, pierwsza nowelka to zapewne dzieło jednego człowieka, przynajmniej w dominującej jej części. Historia jest zrealizowana w bardzo tani sposób (zapewne we własnym mieszkaniu), z tajemniczą kreaturą kryjącą się za kanapą (zza której nie wychodzi ani razu), wszystko opiera się na ekspresji aktora który prawie nic nie mówi. Ujęcia z reguły są statyczne; widać też, że każda scena była powtarzana wielokrotnie. Braki finansowe zdecydowanie zostały zrekompensowane.

Takie kino może zainteresować jedynie kreatywnością i świeżością. Film oparty na dosyć oklepanym temacie z którego wyciąga coś nowego, czego na ekranie jeszcze nie oglądałem. Powinni go zobaczyć wszyscy amatorzy kina klasy B którym marzy się by w wakacje nakręcić jakiś własny film telefonem, razem ze znajomymi. Oni wyniosą z "Yieutjib jombi" najwięcej.

Film dostarczył dystrybutor What Else Films, który na polskim rynku wyda niniejszy film na początku kwietnia.

czwartek, 26 marca 2015

(felieton) VoD nie jest dla mnie, choć jest temu tak bardzo bliskie


W teorii to ideał. Jest sobie strona, na niej film, zakładasz konto albo nie i oglądasz, wcześniej płacisz kartą w kilka chwil i masz np. 48h by obejrzeć dowolną ilość razy. Czasem od razu w HD, czasem trzeba do tego dopłacić, czasem bez HD i już. Teoria.

W praktyce część takich stron należą do TVN, Polsatu i innych, a to wiadomo: niech ich pies goni. Inne są związane z konkretną usługą telewizyjną. I jeśli tego nie wiesz to się wystraszysz, bo cię proszą o podanie peselu przed obejrzeniem. Ale tak czy siak, ich też niech pies pogonił. Ja chcę film, a to czego nie chcę, to wykupowanie abonamentu we wszystkich dostawcach, by dopiero potem zapłacić za obejrzenie "Watahy". A byli tak blisko dostania moich pieniędzy... Kwestię tego, ile z moich pieniędzy na ten "legalny" proceder naprawdę idzie do twórców, a ile na haracz, wolę zostawić.

Należy dodać, że VoD to tak naprawdę VHS bez reklam. Jakość obrazu to jedno, ale przede wszystkim nie ma opcji które są standardem od czasu DVD, czyli wyboru wersji językowej czy też z napisami. Wciąż jestem nowym odbiorcą tej usługi, więc nawet nie zwracam uwagi przed zakupem. Dopiero po odpaleniu "Bardzo poszukiwanego człowieka" słyszę lektora, a przy "Muppety: Most Wanted" polski dubbing. I reaguję donośnym: "CO KURWA?!".

wtorek, 24 marca 2015

(serial) Mad Men - sezon 4

Obyczajowy, 2009


O tak, produkcja zdecydowanie zbiera u mnie punkty za oryginalność. Jest tu jedna rzecz której nigdy wcześniej nie widziałem. I nie było to coś, co jest na mojej liście "do zobaczenia w filmie", to ma być jasne, dobrze? Napiszę jedynie, że jest w nią zaangażowana mała dziewczynka... I w sumie Sally wyrasta na moją ulubioną postać całego serialu. Teraz brakuje mi jeszcze jakiejś dorosłej postaci, która będzie umiała z nią poważnie porozmawiać.

"Mad Men" ogląda się coraz lepiej. Dziwna rzecz do powiedzenia, szczególnie ode mnie i w obecnych czasach, ale: coś czuję, że zaraz ten tytuł się rozkręci. Przerwanie seansu w którymkolwiek momencie byłoby równoznaczne nie oglądaniu w ogóle, bo chyba jeszcze nie doszedłem do właściwej treści tej produkcji. I coś mi się wydaje, że to nastąpi dopiero w 7 sezonie, gdy te wątki budowane powoli z precyzją w końcu dojdą do punktu kulminacyjnego.

A ja oglądam, jest miło i czekam tylko, co z tego wyniknie. Nie chcę się zawieźć. Na tym coraz mocniej polega siła serialu.

13 epizodów po 47 minut

niedziela, 22 marca 2015

"In Your Eyes" (4/10) Słaby film nad którym warto się pochylić

Low-Fantasy, 2014


Wyjątek od reguły - nisko ją oceniam, ale i tak poświęcam niniejszej produkcji miejsce na blogu. Czasem trafi się na tytuł będący zły w dobry sposób. Można obejrzeć i uczyć się, jak powinna wyglądać produkcja filmów na poziomie. Przypomnieć sobie, że podstawowe elementy w filmie też można zepsuć, i bardziej docenić pozostałe produkcje.

Zaznaczę tylko, że to nie jest tragiczny obraz. Ale jest zwykły i nie spełnia obietnicy. Jest też nieco niezręczny.

Fabuła wygląda następująco: pewna kobieta i mężczyzna mają zdolność widzenia wzajemnie oczami tej drugiej postaci. Są od siebie oddaleni o połowę Stanów Zjednoczonych, nie znają się, ale w ważnych chwilach nagle widzą to co widzi tamta druga osoba. Czasem wystarczy jak się zdenerwują, ale najczęściej jest to coś o wiele poważniejszego. Jak wypadek. I wtedy oboje zachowują się, jakby wpadli na drzewo, chociaż tylko jednej jest tak naprawdę źle. Gdy dojrzewają, uczą się kontrolować tę zdolność i zdają sobie sprawę, że nie zwariowali. Ta druga osoba naprawdę istnieje...


sobota, 21 marca 2015

"O-Bi, O-Ba. Koniec cywilizacji" (8+/10)

Post-Apocalyptic, 1985


Post-apokaliptyczna sceneria, ludzkość schowała się pod kopułą poza którą jest mróz i promieniowanie, którego nikt nie przetrwa. Ostało się 2000 dusz, i pozostaje im tylko czekać na Arkę - czym ona jest? Samolotem? Statkiem? Latającym spodkiem? Zbawieniem? Szczęściem? Ratunkiem? Niebem? Celem w życiu? Usprawiedliwieniem? Wytłumaczeniem? To metaforyczna podróż, w której każda postać i linijka dialogu jest jakimś symbolem. Wszyscy wiedzą, że Arka tak naprawdę nie istnieje - ale czynią ją prawdziwą. Jedni okłamują się - inni słysząc głos z mikrofonu zapewniający o nieistnieniu walki i zaprzestaniu czekania zyskują pewność, że Arka jednak jest rzeczywista. Każdy ma do niej inny stosunek. Miejscowy generał nie mający realnej władzy krzyczący "Tam nic nie ma, tu też nic nie ma, ale tu przynajmniej jestem królem!". Prostytutka pyta: "Wy sprzedajecie swoje mózgi, ja sprzedaję swoje ciało. Daję trochę radości. Które z nas jest gorsze?". Jakieś brudne dziecko po serii zapewnień, że Arka nie istnieje, zapyta: "Głupcze! Skoro wiesz, że nie jest prawdziwa, to czemu sam jej nie zbudujesz?"

Wszyscy są tu głupcami. Tak się do siebie nawzajem zwracają. Iście hipnotyzująca satyra na głupią część ludzkości, ich stagnację, wiarę w cuda, do tego parodia reżimu PRL. Sci-Fi jakby Lem pisał scenariusz.

I jak to wygląda! Co za film! Żywiołowa kamera będąca cały czas w biegu, obraz skąpany w błękicie, jedynym źródłem światła są tu gigantyczne reflektory. Częsty rozmach z wieloma ludźmi na scenie jednocześnie brodzących w oparach mgły. Zaskakujące i trudne do uwierzenia wykorzystanie banalnie prostej scenografii, czyli biednych i surowych PRL'owych zabudowań, wyglądających miejscami jak kanalizacja. Jak ludzie mają tu żyć? Tylko po apokalipsie!

Przykładowa scena, jak zrobić coś z niczego: http://youtu.be/DD7jlbn9n-g?t=5m15s W takich chwilach łatwo jest uwielbiać polskie kino!

czwartek, 19 marca 2015

(felieton) Kiedyś do wypożyczalni to się chodziło

Czyli kiedyś było źle i do dupy, a nie lepiej. Wódka jest teraz chłodniejsza niż wtedy, panie Linda.

A zaczęło się od VHS'ów wypożyczanych przez mamę w Beverly Hills na Alejach Jana Pawła II w Warszawie. "Dr Dolittle" (z Eddiem Murphym, druga część też), "Jack Frost", "Nico". Chciałem ponownie zobaczyć "Kevina samego w domu", a po powrocie okazuje się, że jest nawet trzecia część, o której nie wiedziałem, że istnieje. I bardzo mi się wtedy podobała...

Tak właśnie było. Chciałem coś obejrzeć ponownie, trzeba było po to iść do wypożyczalni. Oglądać reklamy na początku, których przewijanie trwało z 5 minut  (chociaż wiele wspominam dobrze, szczególnie te które były na produkcjach posiadanych na własność. Zwiastuny przed "Ritchie Richem" oraz "Potworami i spółka" kojarzę do dzisiaj). Lektor, napisów do wyboru nie było. Sam film wracał często do wypożyczalni nie przewinięty, taśma mogła się wciąć w odtwarzacz, sama zresztą ulegała niszczeniu przy każdym odtworzeniu. Jakość obrazu odpowiadała dzisiejszemu 360p, ekranom bliżej było do kwadratu niż prostokąta, dźwięk był akceptowalny. Mała próbka:


To właśnie pierwsze wspomnienie z obiektem VHS jakie posiadam. "101 dalmatyńczyków" z oryginalnym polskim dubbingiem z lat 60'tych. Da się to gdzieś teraz dostać? Wiecie, w HD.;-)

wtorek, 17 marca 2015

(serial) Mad Men - sezon 3

13 odcinków po 47 minut

Produkcja ewoluuje. Aktorzy wciąż grają do środka, ich bohaterowie wciąż są ostrożni, ale tylko na początku nowych sytuacji. Potem są bardziej otwarci i bezpośredni, kiedy na przykład zwierzają się wybranej osobie. Rozumiem w pełni, skąd ta zmiana - taki wymóg historii. Kiedyś chodziło o to, by nic się nie zmieniło. Tajemnica pozostała tajemnicą, a oskarżenia były nieprawdziwe. W trzeciej serii to ulegnie zmianie.

Innymi słowy, "Mad Men" stał się produkcją nastawioną na losy bohaterów i rozwój fabuły. Ale nie tylko. Toczy się właśnie rok 1963, więc wiecie, czego się spodziewać pod koniec sezonu. Byłem zaskoczony, jak bardzo bohaterowie przejęli się tym wydarzeniem, i jaki impakt miał na właściwą akcją "Mad Mena".

niedziela, 15 marca 2015

"Zatrzymane życie" (7/10) Wiele rzeczy spodobało mi się tu

Drama, 2013


John May zajmuje się zawodowo dbaniem o samotnych zmarłych. Ludzi, którzy zostali znalezieni po kilku dniach gdzieś w motelu, nie mają rodziny, nikt ich nie zna. Pan May bada ich rzeczy osobiste, sprawdza czy faktycznie nie mieli bliskich - zazwyczaj nawet jeśli z kimś da radę się skontaktować, to ta osoba nie będzie chciał przyjść na pogrzeb. John przyjdzie więc sam i wysłucha przemowy księdza. Nie ma życia osobistego poza pracą, trzyma w domu album fotograficzny ze zdjęciami ludzi, których pożegnał. To jest jego celem życia - zapewnić pamięć tym, o których nikt inny nie powie już ani jednego słowa. Żyją tak długo jak żyje on sam. Zmienia się to, gdy natrafi na sprawę w którą postanowi się zagłębić bardziej.

"Still Life" jest skupionym filmem, i przypominał mi "Idę". Każde ujęcie jest treściwe i niezbędne, a do tego krótkie i jeśli akurat natrafi się coś dłuższego to wtedy również będzie miało to swoje uzasadnienie. Dla przykładu, scena na cmentarzu, w której bohater idzie dosyć długo pośród grobów zanim dojdzie do trawnika i położy się tam. Jasny znak dla widza, że to nie jest przypadkowa decyzja, jakiś impuls, ale wypracowane miejsce. "Jego" miejsce, które lubi, i tu świadomie zmierzał. "Zatrzymane życie" jest dynamiczne, chociaż tematyka tego nie zapowiada (metraż wynosi niecałe półtorej godziny), a sceny badania "miejsc zdarzenia" wygląda jak fragment kryminału.

sobota, 14 marca 2015

"Arszenik i stare koronki" (8+/10) Komedia, która nigdy mnie nie zawiodła

Black Comedy, 1944


Cary Grant w roli Mortimera Brostera gotuje się do podróży poślubnej, ale znajduje w domu swoich ciotek martwego dżentelmena. Ukrytego w skrzyni. Nie trzeba nawet czekać na wyjaśnienie: to właśnie przemiłe starsze panie dokonały tego aktu miłosierdzia. Zobaczyły starszego, samotnego i nieszczęśliwego człowieka, więc... pomogły mu. Tak samo jak 10 poprzednim. Wszyscy leżą obecnie zakopani w piwnicy. Mortimer po nabraniu trzech szybkich wdechów rozpoczyna maraton, by jeszcze przed wyruszeniem na miesiąc miodowy zapewnić cioteczkom bezpieczeństwo... gdyby cała sprawa się wydała. Bardzo pomocny okaże się zwariowany kuzyn uznający się za dawno zmarłego prezydenta USA.

Potęgą tego obrazu jest to, że każda chwila, każdy ustęp w stronę innego gatunku, takiego jak dreszczowiec, kryminał, thriller, wszystko to podyktowane jest tylko jednemu: komedii. Nawet jeśli jakaś scena wygląda jak z horroru, to jednocześnie wciąż miałem 100% pewność, że reżyser chciał mnie tym ubawić do łez. I to mu się udaje. Tu bawi wszystko: sama historia, absurdalna i niewydarzona; postaci, którzy ani trochę się nie bawią; niebywale wysokie tempo wydarzeń nie pozwalające wyjść z domu, bo po powrocie okaże się, że zastaniesz woskową figurę Borisa Karloffa stojącą na środku pokoju. Dialogi również bawią, ale jednak najważniejsze jest to, co widać. Czyli Cary Grant.

czwartek, 12 marca 2015

(nierecenzja) "Aż poleje się krew" - O czym jest ten film?


Niby uwielbiam go od pierwszego przedpremierowego seansu, i przy każdej kolejnej powtórce nie mogę oderwać od niego oczu... ale o czym jest ten film? Popełnię więc niniejszy tekst; rozłożę opowieść na kilka ważnych chwil, i pospekuluję. Może coś z tego wyjdzie?

Pierwsza ważna scena to kolacja, podczas której DP kupuje ziemię. Eli pyta się, czy wie o ropie i chce za nią pieniądze. Na co? Na kościół. Widać wtedy jak bardzo stara się zachować pokerową twarz, ale jednocześnie jest ten moment opóźnienia. Trwa krócej niż sekundę, ale jasnym jest, że kościół nie jest tu na pierwszym planie. Musiał wymyślić jakąś wymówkę, czemu chce pieniędzy. Wymówki niewinnej, całkowicie go oddzielającej od DP. Religia wydaje się idealna do tego. Później w filmie, prawie pod sam koniec, widz słyszy, że Eli grał na giełdzie. Wyjechał szerzyć słowo, ale popadł w długi i potrzebuje pomocy.

Wszystko to podpowiada mi, że Eli już na samym początku chciał zniszczyć DP. Pokonać go. Aktem tego byłoby odebranie mu choćby części pieniędzy. Ale działa skrycie, nie stawia sprawy jasno. Stara się osiągnąć to samo co DP ale w inny sposób. To jest bardzo wyraźnie zaznaczone, jak się rozbudowują i rozszerzają swoją działalność. Osiągają to innymi drogami: DP własną pracą, Eli dzięki darowiznom. Czy też nienawidzi ludzi? Nie wiadomo. Czy zależy mu, by nimi rządzić? Chyba tak. Czy DP też na tym zależy? Nie. Czemu Eli chce zniszczyć DP? Nie wiadomo.

Druga ważna scena: przy ognisku. Gdy DP rozmawia z Henrym i opowiada mu, że nienawidzi ludzi. Dlaczego? Nie wiadomo. Chce zarobić, by móc się od nich uwolnić. Czy to prawda? Wątpię, bo jednocześnie zależy mu na konkurowaniu, wygrywaniu, ale w dziwny sposób, polegający na pokonaniu przeciwnika. Czy cała rozmowa w ogóle była szczera? Też wątpię, bo nie było chyba momentu, w którym DP zaskoczył, że Henry nie jest jego bratem. Musiał to podejrzewać od początku. Głupcem nie jest. Chciał w to wierzyć?

Czemu więc zabił? Nie mam pojęcia, może jednak ujawnił przed nim prawdziwą cząstkę siebie i chciał ją pochować. Skąd jego reakcja przy czytaniu dziennika, który mógł należeć do jego brata? Nie wiem, może był wrażliwy na punkcie rodziny i traktował ją jak świętość. Czemu więc nie założył własnej? Może chciał, ale nie znalazł nikogo w tym plebsie, i stąd jego rozgoryczenie? Czysta spekulacja.

Syn, H.W. Sierota, którą przygarnął, by mieć ładną buźkę przy podpisywaniu transakcji. Troszczył się o niego, był dla niego ojcem, ale gdy w potrzebie był też szyb, wybierał szyb... chociaż nie musiał. Wybicie lin mógł zrobić ktoś inny, więc rąk do pracy też nie było trzeba. Błąd logistyczny scenariusza? Może. Gdy H.W. wymagał specjalnej pomocy, było to ponad jego siły. Pytanie pozostaje jedno: czy zjednoczyli się na pokaz, czy też szczerze chciał go mieć przy sobie? Tutaj wchodzi kwestia Henry'ego: czy DP zależało na rodzinie? Chciał ją stworzyć? A gdy okazało się, że nie wyszło, adaptowana sierota stała się dla niego częścią znienawidzonego świata?

Tutaj może być powód, czemu nienawidzi ludzi. Bo nie ma w nich nic z niego samego. W H.W. na koniec nie ma nic z DP.

Finał. Czy Eli był jedyną osobą, którą DP chciał pokonać? Zniszczyć? Czy zrobił to może przy okazji, bo się takowa nadarzyła? Raczej to drugie, nie szukał gościa na starość, miał go w dupie, był tylko wobec niego czujny, ten sam przyszedł. Czym więc była ta konfrontacja, dlaczego po "wygraniu" jej padły ostatnie słowa w filmie "I'm finished", a na końcu pojawił się tytuł: "There will be blood"?

Wtedy chyba okazuje się, że ci dwaj pojedynkowali się o to, kto jest prawdziwym Prorokiem. DP mówi, że prawdziwym Trzecim Objawieniem był Paul, który wziął kasę, założył firmę i dobrze sobie radzi. Zakładam, że tu chodzi o prawdziwy kapitalizm, który wcześniej - przed akcją w filmie - nie mógł się stać. Nastąpiła rewolucja przemysłowa, teraz jest on możliwy i Paul go uosabia. Zmiana świata. Eli symbolizuje upadek systemu feudalnego, DP to kapitalista ale z systemem z poprzedniej epoki i bliżej mu do hodowcy bawełny zatrudniającego niewolników, więc jego myśl też nie będzie już kontynuowana.

O co więc chodzi z tytułem? Kiedy miała się krew polać? Gdy dojdzie do konfrontacji tych dwóch, podczas gdy wcześniej nawet nie żywili do siebie takich uczuć? A może wtedy, gdy przyjdzie kapitalizm i wcześniejsze systemy zaczną się ze sobą żreć o ostatki?

Same spekulacje, mało konkretów, sporo zgadywania. Nic z tego tekstu nie wynikło w sumie. Nadal uwielbiam ten film, za sam styl, rozmach i fenomenalność reżyserii, zdjęć, aktorstwa. W sumie tak sobie myślę, że Anderson za bardzo się skupił na kwestiach technicznych, zapominając o tym, by zrobić przede wszystkim dobry film. Udało mu się połączyć "Obywatela Kane'a" z "Odyseją kosmiczną: 2001" oraz "Skarb Sierra Madre", tylko... co z tego?

wtorek, 10 marca 2015

(serial) Mad Men - sezon II

13 epizodów po 47 minut

Dużo czasu minęło od momentu, gdy skończyłem oglądać pierwszy sezon tej ujmującej produkcji, dlatego też z takim entuzjazmem odkrywałem od nowa urok "Mad Mena". Jego subtelność i diabelską inteligencję w budowaniu dramaturgii nie zostawiając po sobie żadnych śladów - w końcu bohaterowie nie chcą ujawnić prawdy o sobie przed innymi postaciami, prawda? A skoro widz jest jedną z tych postaci, dlatego oglądałem bardzo ważną scenę i na końcu nie miałem pewności, czy naprawdę była ważna - a może bohaterowie faktycznie tak dobrze ukrywają swoje emocje i tylko udają? Do tego ten kunszt aktorski, ten smak w budowaniu scenografii i atmosfery!

Ale dosyć szybko zorientowałem się, że to nie to samo, bo najwidoczniej postawiono malutki kroczek w stronę mniej wyrobionego widza, by i on dostrzegł to co dostrzegałem ja. Dwuznaczności są teraz nieco bardziej oczywiste, a gdy stykałem się ze scenę pozornie nie dającą mi pewności, ja tę pewność jednak miałem. Twórcy przesadzili i zbyt dobitnie odkrywali karty.

niedziela, 8 marca 2015

Most do Terabithi (8+/10)

Children's, 2007


Opowieść o młodym Jessie i jego koleżance, którzy znajdują własny magiczny świat po drugiej stronie rzeki, z dala od rodzinnych oraz szkolnych problemów... I nie tylko. Zgadza się, ten film ma minusy. Dzieci zachowują się jakby akcja działa się kilka dekad temu, a nie współcześnie. Ich dialogi nie brzmią najlepiej, wszystko można by zrealizować lepiej, szczególnie współpracę efektów specjalnych z prawdziwym obrazem (bieganie na zielonym tle), albo związek fantazji z rzeczywistością. By prawdziwe wydarzenia miały większe odbicie w magii. To mogła być głębsza opowieść.

Ale wiesz co? Ja to wszystko wciąż lubię! Lubię stary świat, gdy ludzie inaczej mówili, i inaczej rozumieli pewne sprawy. Pisali do siebie listy i tak dalej. Wypada to trochę kiczowato, ale nie przesadzono z tym. Efekt nie jest wkurzający ani mdlący, bo sami bohaterowie kupują wszystko co mówią bez problemu. To zresztą kolejna rzecz którą w filmach lubię, gdy bohaterowie tworzą świat tylko dla siebie i nawet widz nie ma do niego dostępu. Jeśli oni są z tym wiarygodni, ja niczego więcej nie potrzebuję.

Mogę tak to wyliczać, co zresztą zrobię. Podoba mi się, że to film o dzieciach. Zaraz będą nastolatkami, ale jeszcze są młodzi i w zasadzie sami sobie radzą ze swoimi problemami. Nie tylko tymi osobistymi, ale też dają sobie radę budować domek na drzewie bez dorosłych. Ci są potrzebni tylko gdy sprawy stają się bardziej poważne. Klucze się zgubiły? Bohater sam je znajduje i oddaje bez słowa. Bohaterka była obrzucona keczupem? Przebiera se w tajemnicy, bo matka jeszcze zadzwoniłaby do szkoły. Trzeba znaleźć sposób na kłopotliwą starszą uczennicę? Sami nad tym kombinują. Jak tylko umieją, w końcu mają po 12 lat chyba, ale jednak to robią.

sobota, 7 marca 2015

"Bliscy nieznajomi" (6/10) Ten film uwodzi!

Drama & Erotica, 2004


Doradca finansowy zostaje odwiedzony przez pewną kobietę, która pomyliła go z psychiatrą. Zaczęła mu opowiadać o swoim życiu osobistym, relacji z mężem, emocjach. Po kilku sesjach księgowy zbiera się i w końcu przyznaje kim jest. A jej to nie przeszkadza... mówią sobie coraz więcej, widz poznaje bohaterów na coraz wyższym poziomie. W końcu mężczyzna zakochuje się w kobiecie i jest niemal uzależniony od jej wizyt. By ją wpuścić, poświęca swoich właściwych klientów. Czy to prawda czy tylko gra? Kto powiedział, że tajemniczy mąż istnieje? Może kłamie od samego początku i wcale nie pomyliła pokoi, i celowo weszła do księgowego? O co tu może chodzić? Może o nic?

Kilka lat temu w felietonie dla FILMu Bartosz Żurawiecki pisał o braku w polskim kinie filmów które uwodzą. "Bliscy nieznajomi" są właśnie taką pociągającą produkcją, która powoli buduje atmosferę, uczucie, nie sięga po nagość ani sam akt, a jednak podczas oglądania jest coraz bardziej duszno i gorąco. Najbardziej niezwykłe jest tu wodzenie oczami mężczyzn po ciele kobiet. Tak bardzo różne od podobnych chwil w kinie Hollywoodzkim, gdy góruje wtedy instynkt, kobiety sztucznie wypinają się ubrane prowokacyjnie, a faceci robią wyuczone miny. W Laconte to wygląda na improwizację, przypadek, podglądanie, symboliczne i ukryte. I nigdy nie widać tego, na co oni spoglądają, a jedynie samą ich twarz, żywe oczy, wodzące po otoczeniu i skupione. Nie ma wątpliwości, co właśnie zrobili.

Bardzo satysfakcjonujące jest również zakończenie i cały ostatni akt, gdy wreszcie wychodzi na jaw o czym była ta opowieść i jaki był zamysł reżysera. I powiem tylko: to mu się udało. Nie przekroczył linii, zamknął we właściwym momencie.

Produkcja lepsza niż moja ocena na to wskazuje.

czwartek, 5 marca 2015

(felieton) Aleksander Jackiewicz - "Fenomenologia kina, tom I"

Nieduża lektura z 1981 roku o teorii kina, skupiająca się głównie na rolach poszczególnych współtwórców ostatecznego dzieła jaki jest film. Wszystko opisane w sposób specjalistyczny i poetycki, np.:

"(...) odrębność postaw reżysera i aktora jest na tyle znamienna, że godna szczególnego podkreślenia. Obie strony są, z natury ich udziału w filmie, stronami antagonistycznymi. Reżyser to potencjalny twórca dzieła, aktor natomiast to odtwórca, główny wykonawca reżyserskich zamysłów. Tymczasem wiemy jednak, że reżysera w filmie nie ma, bowiem to aktor dźwiga na sobie ciężar zawartych w dziele treści i oczywiście ich form podawczych"

Dużo rozmyślania nad językiem tej sztuki, nad samą sztuką filmową, co oznaczają poszczególne czynniki, próba ich zdefiniowania - i tak dalej. Płynna i wciągająca lektura, chociaż z początku może przeszkadzać ilość cytowania innych teoretyków, szczególnie Irzykowskiego.

Mnie szczególnie zaciekawił rozdział poświęcony relacji reżysera i aktorów, bo wcześniej w ogóle o tym nie myślałem, a tu sprawa okazała się w cholerę złożona. Szczególnie w pamięci ostał mi się rozdział poświęcony Josephowi von Sternbergowi oraz Marlenie Dietrich:

Na starość rozdrażniony dowodził, że Marlena nie była w ogóle aktorką, on ją stworzył od początku do końca, a ona stanowiła zaledwie posłuszną materię w jego poczynaniach. Te oświadczenia, okrutne i niesprawiedliwe, wymierzone we wciąż czynną i odnoszącą sukcesy - na ekranie, a z czasem także na estradzie - aktorkę, wymierzone w nią po to, żeby raniły, wskazują na niszczącą rolę, jaką w biografii reżysera odegrała sprawa Marleny. "Nie mówcie - woła siedemdziesięcioletni von Sternberg do dziennikarzy na festiwalu w Mar Del Plata w 1965 roku - [...] że Marlena wypełnia moje dzieło, że ona je opanowała, że je posiadła i daje mu życie. Nie, to nie jest tak. Żadna ludzka istota w moich rękach nie była więcej warta niż każda inna. Istota ludzka (Marlena Dietrich także) była dla mnie przedmiotem anonimowym, który znajdował się przed kamerą po to, żeby wykonywać moje polecenia, jedynie po to, żeby robić to, czego mógłbym od niej zażądać. Marlena nie jest sobą w moich filmach; wiedzcie o tym, Marlena nie jest Marleną. Marlena to jestem ja, i ona o tym wie lepiej niż ktokolwiek. Ona wie. Ona o tym wie na tyle dobrze, że przysyła mi rokrocznie bardzo regularnie od 1940 roku, swoją ostatnią fotografię z tymi samymi słowami: >Byłam niczym bez ciebie, jestem niczym bez ciebie<". Po czym jeszcze: "Tak, ja wiem, że ona mówi o mnie zawsze dobrze. Ale postępując w ten sposób, mimo to mnie rani [...]. Mówiąc o mnie z entuzjazmem, Marlena osiąga określony cel: czyni mnie odpychającym".
"Cahiers du Cinema", które ten wywiad ogłosiły, skomentowały go mniej więcej tak: egocentryzm reżysera byłby nie do przyjęcia, gdyby nie oznaczał zagubienia i próby posępnej obrony.

wtorek, 3 marca 2015

(serial) Heimat: Eine deutsche Chronik

Historical Drama, 1984


Wielu kliknięć mi to nie załatwi, hihi. Tytułowy "Heimat" to po niemiecku "Ojczyzna", początkowo był dokumentalnym projektem który rozwinął się w miniserial trwający blisko tysiąc minut i doczekał się kilku kontynuacji, z których ostatnia ukazała się w 2013 roku. I wszystkie wyszły spod ręki nowofalowego reżysera, Edgara Reitza. Pokazuje on losy rodziny żyjącej na wsi, począwszy od lat 20'tych XX wieku, kończąc na roku 1984. Wprowadzenie nowinek technologicznych, elektroniki, telefonu, dojście Hitlera do władzy, SS poszukujące członków, nowa nadzieja dla biednego kraju, atak Polski na Niemcy którego nie można było tak zostawić, więc oddano i wywołano tak WW2...

Zamysł jak najbardziej ciekawy, sam nieraz myślę o tym, że chciałbym zobaczyć jak wyglądało szkolnictwo albo szpitale na przełomie wielkich zmian, np. po obradach Okrągłego Stołu, albo właśnie po skończeniu wojny. Wykonanie jest jednak czymś innym niż oczekiwałem - związki bohaterów z historią są o wiele za małe, nawet jak na takie założenie, a przez to sama fabuła nie jest ciekawa, bo to w zasadzie opowieść o życiu zwyczajnych ludzi których nie zapamiętywałem, a ich losy szybko umykały mi z pamięć. Kolejne epizody oglądałem jakby "na czysto", bez pamięci wcześniejszych - z drobnymi wyjątkami.

11 epizodów, trwających od 58 do 140 minut

Zaskoczony za to byłem sposobem realizacji. Spodziewałem się wolnego, autorskiego kina, albo czegoś w stylu "Berlin Aleksanderplatz", a jednak "Heimat" jest bardzo dynamiczny. Dużo tu dialogów, akcja radzi sobie bez postojów. Tak, to zwykła opowieść w stylu "Samych swoich" z którego wyjęto humor, ale na to czym jest, opowiedziano to całkiem żwawo.

Najciekawszy był odcinek 9, rozgrywający się w 1955 roku. To właściwie porządne kino coming-of-age w stylu "Stowarzyszenia umarłych poetów", w którym syn głównej bohaterki dorósł i teraz podrywa dziewczyny na poematy, gra w zespole jazzowym i zakochał się w starszej o 11 lat kobiecie. Sporo tu też przyjemnych momentów które mogą zapaść w pamięć, jak choćby lot helikopterem na początku. To właściwie taka oddzielna fabuła w której z tyłu przewijają się znane z wcześniejszych lat twarze.

Najbardziej w całości podobał mi się ten stary świat, o którym narrator opowiadał na początku każdego odcina, przeglądając fotografie i opowiadając w skrócie wcześniejsze epizody.

niedziela, 1 marca 2015

"12 gniewnych ludzi" (5/10) Nudziłem się.


Nie wiem, w jakim stopniu dotyczy to samego filmu, ale koncept z ławą przysięgłych to skończony debilizm.Nie jestem nawet pewny, po co tam sędzia jest, i czemu to on ma najwyższy autorytet. Są adwokaci,prokuratorzy, fakty, przesłuchania, wszystko obiektywnie (w teorii, temat grania pod publikę na emocjach zostawię), a potem 12 przypadkowych ludzi może to mieć w dupie i robić co chce. Nawet skazać na śmierć, i tow przypadku niepodważalnej niewinności. Chyba o tym jest ten film, że system jest spierdolony? Tylko czemu robi to w ciągu pierwszych 6 sekund, by trwać potem kolejne półtorej godziny? Wystarczy przedstawić sam koncept takowej "sprawiedliwości" dowolnemu myślącemu i ten sam zrobi swoje, film mu nie jest potrzebny do tego. Lumet ma widzów za idiotów?

Powinni o tym uczyć w szkołach. Jak do takiego cyrku doszło. Domyślam się, że to miało łączyć klasę wyższą z niższą i średnią - uczeni dowodzą i trzymają władzę, ale to ci najprostsi muszą zostać przekonani o tym, że sprawiedliwość się dzieje. Ale czy to prawda? Powinni o tym uczyć w szkołach. Serio jestem zainteresowany. Szkoda, że "12 gniewnych ludzi" omija ten temat.

Dobra, teraz sam film. Podobał mi się sam początek, który następuje po kilku minutach. Słynne pierwsze ujęcie, przedstawiające wszystkich bohaterów - widzę tu kunszt i umysł reżyserski oraz aktorski. Nie mam siędo czego przyczepić, nawet Lubezki za kamerą zrobiłby tylko niewielką różnicę. Moment perfekcji. Potem coraz rzadziej widziałem podobny umysł. Jakby nagle twórcy zapomnieli, jak się robi filmy.