poniedziałek, 30 września 2013

Pianista (drugi seans)

Historical Drama & Biopic, 2002


Tak mało polskich filmów sobie powtarzam ostatnio, że postanowiłem cały tydzień im poświęcić, tak oddzielnie. Oczywiście, po topie filmwebu... i pierwszy tytuł to "Pianista". W ogóle może to nazywać polskim kinem? Komplikował nie będę, przynajmniej na teraz, tym czasem policzę to jako normalny polski film.

"Pianista" opowiada o okresie z życia Władysława Szpilmana, Polaka żydowskiego pochodzenia, który podczas WW2 musiał się ukrywać, i ludzie mu w tym pomagali. Reżyser trzymał się blisko szarego bohatera, który z boku obserwował wszystkie typowo wojenne działania, jak atak na getto żydowskie. Nie ma tu zbędnego rozmachu i dobrze, bo film go nie potrzebował. Umiał opowiadać o emocjach i w sumie wystarczało. Ale pod względem merytorycznym jest to opowieść równa notce z Wikipedii, kolejne osoby pojawiają się i znikają, są po prostu bardzo chętne by pomóc bohaterowi. Ja bym chciał bliskości, opisu relacji między Szpilmanem i ludźmi, którzy ryzykowali dla niego życiem. Kim byli i dlaczego tak dokładnie robili co robili. I co sam Szpilman robił będąc w zamknięciu tyle czasu? Czym się zajmował?



Dosyć długo w trakcie seansu kłóciłem się ze sobą, czy utrzymać ocenę jaką dałem 5 lat temu, czy jednak obniżyć? Pękłem, gdy zaczęło lecieć końcowe 30 minut, gdy bohater był już zdany sam na siebie i swój głód przetrwania. Wtedy dialogi przestają istnieć, reżyser komunikuje się z widzem tylko obrazem, a Adrien Brody daje z siebie wszystko. Powstała niesłychanie potężna i piękna kompozycja, esencja całej tej opowieści o biedzie, marnym życiu, głodzie i zniszczeniu. Ten film umie uczyć wrażliwości, trzeba mu to oddać. Jak on z tą konserwą chodził, trzymał blisko siebie... a to były zwykłe ogórki. Jasna cholera.

Niech ma taką ocenę, a co. Choćby dlatego, że to jeden z tych tytułów, które były ze mną na początku, i robiły na mnie TO wrażenie. Do dziś pamiętam scenę wyrzucania dziadka na wózku przez balkon, albo pierwsze spojrzenia na zniszczoną Warszawę. Niezapomniane. A dziś oglądam je ponownie, i nie straciły nic ze swojej mocy. Jedynie co chwila gratuluję w myślach ludziom odpowiedzialnych za scenografię itd. Wielka robota z ich strony.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_pianist/

(książka) SCHIZMĄ ROZDARCI

David Weber, cykl Schronienie - tom II


Cóż... zmiany są niewielkie. 100 stron mniej, czas akcji obejmuje teraz właściwie nieco ponad pół roku (od połowy maja po 1 listopada), są tylko dwie niewielkie bitwy, niewydarzy się nic spektakularnie ważnego, większość treści to dialogi... Ale poziom bez zmian.

Wkręciłem się. Chciałem wiedzieć, jak rozwinie się sytuacja ze Szmaragdem i Chisholmem. Jak skończy Hektor? Jak rozwiążą incydent w porcie? Kto stał za zamachem na arcybiskupa i Hektora? Czym jest źródło energii pod Syjonem? Czytało mi się to jeszcze lepiej niż wcześniejszą część. Chociaż nie ma tego zachwytu pierwszego spotkania z rozmachem całości, prawda.

Jak wspomniałem, sporo jest rozmawiania. Gadania. Kurtuazji. Omawiania szczegółów. Ale w istocie jest to pieruńsko ważny dialog w czasie którego ustawia się całą taktykę i wiele innych spraw na przyszłość. Rozejmy i porozumienia zostaną zawarte, dwa kraje połączą się w Imperium, waśń między dwoma innymi się skończy... Wojna nie kończy się tylko na polu bitewnym.

Do tego Merlin w końcu będzie miał przed kim się ujawnić, a także kilku dowie się o istnieniu Nimue... ale nie od niej. Dzieje się!

Jest to również pierwszy przypadek, gdy pomyślałem, że religia może żyć w zgodzie z nauką. Zobaczyłem uczciwych księży, którzy są w stanie powiedzieć bez problemu: "Nie, to polityka, nie możemy się w to mieszać, to nie nasza działka".

Ponownie z przyjemnością wróciłem do tego świata. Trzecia część do wypożyczenia na drugim końcu miasta, więc trochę później się do niej zabiorę.


5/6
http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=179782

niedziela, 29 września 2013

Greenberg

Drama & Black Comedy, 2010


Parę lat temu przypadkiem zetknąłem się z "Walką żywiołów", które to bardzo przypadło mi do gustu. Dobre dialogi, dobry temat, dobra opowieść o dorastaniu i kontaktach z rodzicami, plus świetny humor. Dodałem sobie do kolejki kolejny film tego reżysera, Noaha Baumbacha. Cóż, teraz go w końcu obejrzałem, kiedy poleciał w telewizji. Nie sądziłem, że ten film w ogóle powstał. Baumbach tymczasem nakręcił docenione "Frances Ha", też kiedyś obejrzę.

Tytułowy bohater, Roger Greenberg, mieszka w domu brata, który wyjechał na kilkutygodniowe wakacje do Wietnamu. Nim i domem opiekuje się z kolei Florence. Roger ma 40 lat i właśnie wyszedł ze szpitala psychiatrycznego. Bierze leki i nie czuje się dobrze ze wszystkim, ale się kontroluje. Po kolei widz poznaje jego przeszłość, jego przyjaciół. Dowiaduje się, że mógł w wieku 25 lat nagrać płytę z zespołem, ale coś nie wypaliło - czym to "coś" było? Albo, że teraz pracuje jako stolarz.

Nie wiedziałem przez większość czasu, jak ten film ugryźć. Nie ma on tyle humoru ile powinno być - bohater na przykład pisze listy do różnych firm, w stylu kawiarni lub taksówek dla zwierząt, narzeka w nich. I co? Gdzie to zmierza, jaki tego cel? Co z tym bohaterem, jest bardzo niezręczny, nie ma prawa jazdy, nie umie pływać, w domu brata jest basen, wchodzi do niego i próbuje coś tam poćwiczyć ale ledwo dopływa do barierki... I co dalej? Niezręczność dla samej niezręczności? Wkurzają go różne rzeczy, siedzi w restauracji i widzi, jak ktoś się głośno śmieje, a do tego jeszcze zaczyna klaskać - "Sam śmiech przecież wystarczy, po co jeszcze klaskać". Gdzie w tym żart? To powinno być śmieszne, prawda? Ale tego tu nie ma. Właściwie mam wrażenie, że twórcy bardzo rzadko się starali, by tu jakikolwiek żart się znalazł... Tak bardzo wyrzuca z siebie takie uwagi, i są one zazwyczaj takie nijakie. Jest tylko niezręczny bohater obok ludzi, którzy go trochę akceptuję, ale i wtedy nie jest zbyt fajnie, a ja to oglądałem i nie wiedziałem, jaki tego wszystkiego jest cel.

Ale gdy zobaczyłem gdy bohater naprawdę wybucha, postać mu wtedy towarzysząca... wyszła. To nie było coś fajnego, to było wulgarne i podłe. Przypomniałem sobie, jak przy okazji filmu "Buffalo '66" bardzo przeszkadzało mi nobilitacja bycia dupkiem. Bohater traktował wszystkich jak gówno, ale dziewczyna i tak widziała w nim coś więcej, chociaż tylko ze względu na scenariusz. "W prawdziwym życiu to nie działa, i bardzo dobrze", wtedy myślałem. I w pewnym stopniu chciałem obejrzeć film o tym. O człowieku, który się powstrzymuje, przed byciem dupkiem, choć wszystko mu w środku krzyczy, że powinien coś rozwalić i na kogoś nakrzyczeć. Czyżby to właśnie Baumbach starał się zrobić?

Mam wrażenie, że twórcy mogli sobie pozwolić na produkcję takiego taniego filmu, który mógłby się nie zwrócić, i postawili sobie wyzwanie zrobienia filmu o tym. Szczególnie, że to nie jest jednak konwencja komediowa - takich opowieści już kilka było, o żartowaniu z czegoś poważnego przez większość czasu by na końcu zrobić z tego dramat. "Greenberg" to opowieść na poważnie, pełna niezręczności i sytuacji, w których niby jest w porządku, ale żadna z postaci nie czuje się dobrze w danej sytuacji. I dalej tym bardziej film pozwalał się docenić, odsłaniając przeszłość głównego bohatera, pozwala mu pożyć i pomyśleć nad sobą. Do głosu dochodzą detale i echa pewnych wydarzeń, których istnienia nie podejrzewałem, ale twórcy poszli w tym kierunku, i zbudowali swój film na wielu konkretach. Nawet to całe pisanie listów okazuje się mieć większe znaczenie w kilku finałowych scenach.

Udało się oddać ten stan umysłu i nastrój, jaki panuje w życiu człowieka takiego jak Greenberg. Szczególnie to co czuje, musząc żyć sam ze sobą, to dopiero wyjątkowe. Jednak wciąż mam wątpliwości, bo w takiej sytuacji zaczęły mi przeszkadzać te wszystkie żartobliwe sytuacje, jakby film przynajmniej starano się przystosować do szerszej widowni, ale okazało się, że nie mają tyle talentu by zrobić w tym stylu cały film. Ostatecznie nie jest to ani dramat, ani czarna komedia. Przynajmniej nie w pełni. Nie śmiałem się, nie przejąłem się specjalnie.

Ale doceniłem ten film. Jeśli dobrze zrozumiałem intencje twórcy, sporo tu się udało. To udany film, choć niespójny. Ale nie bardzo nadający się do oglądania. Czy to ma sens? Wyszedłem na snoba.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/greenberg/

sobota, 28 września 2013

NAJLEPSZE, NAJGORSZE WAKACJE

Coming-of-Age & Comedy, 2013


Chrzanić ten film. Jest aż tak dobry.

Trent i Pam wybierają się na "Spring break dla dorosłych". Będą imprezować, siedzieć przy ognisku, chodzić na plażę i pływać jachtem. A ich dzieci będą... robić co chcą. Nastolatki będą grupowo zachowywać się jak nastolatki, mały pirat będzie ganiać pod stołem, a Duncan poszuka sensu życia w parku wodnym. W domu go nie ma na pewno - rodzice się rozwiedli, nowy ojczym wytwarza złą energię, matka stara się na siłę zintegrować syna ze wszystkim w okolicy co ma puls, sąsiadka obok jest dumna, że od 20 lat nie była trzeźwa... Zresztą i tak nie ma tu kogoś, kto nie potraktowałby Duncana jak trędowatego. Do czasu, aż całkowicie przypadkowo wpadnie na pana Owena. Trzy razy. Albo i cztery.


Niesamowite, jak mało mnie obchodziło to, co powinno tu w zasadzie być głównym tematem filmu. Relacje nieśmiałego bohatera z rodziną i otoczeniem? Jego rozwój wewnętrzny? Brak zainteresowania z mojej strony. Każda z tych postaci jest blada i nijaka, nic nie wiadomo o żadnym z nich ani o ich przeszłości aż do końca filmu. O ojcu bohatera, z którym ten chciałby spędzić to lato, widz dowie się pół faktu, i to pod koniec tej historii. Z całą resztą bohaterów jest tak samo. Łącznie z Owenem. Nic o nim nie wiadomo, jego przeszłość i życie osobiste nic twórców nie obchodzi, ale gdy wejdzie na scenę, to klękajcie narody, bo to jedna z najlepszych postaci w historii kina. Tak charyzmatycznego skurczybyka nie było nigdy. Jest pewny siebie, jest bezpretensjonalny, i mówi jeszcze z prędkością karabinu maszynowego. Gdziekolwiek się pojawi, w kilka sekund roztacza aurę pozytywnego myślenia i chęci do życia. Ot tak, po prostu. Co mam dodać - ten człowiek powinien nie tylko żyć naprawdę, ale i żyć wiecznie. Gdyby film kręcił się tylko wokół niego, Owen mógłby reagować na cokolwiek, i byłby lepszy niż "Big Lebowski".


Co zaskakujące, film jest zabawny nie tylko dzięki Owenowi. To po prostu bardzo dobra komedia, z wieloma śmiesznymi sytuacjami i żartami, a nawet kilkoma mądrymi dialogami na poważnie, i jest w tym coraz lepsza i lepsza. Dosyć szybko zaakceptowałem, że tu jednak pojawi się kilka żenujących sytuacji, schowam wtedy głowę między kolana i jakoś przecierpię (bohater mający "movement kozy"* tańczący na kartanie). Bo tam gdzie był humor dla mnie, było go bardzo dużo. Każda postać mówi tu coś zaskakującego, zabawnego, fajnego. Cholera, śmiałem się tak bardzo, że po seansie chciałem ściągnąć ten film tylko po to by zrobić wpis na bloga w stylu "Top 10 najlepszych tekstów", nie zważając na to, że większość z nich działa wyłącznie w kontekście. Zrobiłbym to po prostu dlatego, by oddać filmowi cześć i tyle. Uwielbiam go.


Ale scenariusz pisali ci sami partacze co "Spadkobierców". Dostali za niego kilka nagród, więc tym razem wzięli się jeszcze za reżyserię. Tak źle jak w ostatnim filmie Payne'a nie było, bo całość jest mniej rozbudowana i bardziej jadąca na kliszach, ale i tak jest straszny chaos. Postaci zagarniają dla siebie ekran przez 2 sceny by potem nigdy się już nie pojawić, wątki pierwszoplanowe tracą na znaczeniu w starciu z tymi drugoplanowymi, gros postaci nie ma tu żadnego celu, ilość postaci i wątków które zostają choćby należycie rozwinięte można policzyć na palcach drwala alkoholika z długoletnim stażem, który na koniec musiał siekierę trzymać zębami. Relacja Duncana z Susanną dosyć szybko zamienia się w reklamę ośrodka wypoczynkowego, w której wszelkie dialogi są wyciszone, a ich życie jest skrócone do przebitki kilku ujęć. Zakończenie jest na swój sposób tak beznadziejne, że aż zacząłem nienawidzić ten film. Twórcy rozdzielili mnie z tymi cudownymi postaciami, a ja chciałem wiedzieć, co się dalej stało! Chciałem, by potraktowano ich z szacunkiem. Chciałem podsumowania, chciałem by sprawy między synem i ojczymem się rozwinęły w jakikolwiek sposób. Chciałem, by Duncan w jakiś sposób odwdzięczył się Owenowi, może pomagając mu w jego problemach? Ale widz o życiu prywatnym Owena wie tyle co nic. Jakieś tam problemy miał, ale je... go, kończmy już ten głupi film. Brak nawet wspomnienia, że Susanna i Duncan będą ze sobą pisać listy czy coś. Film nawet się nie urywa, tylko kończy - udając, że to co pokazał na koniec to idealne i w pełni satysfakcjonujące zakończenie.

I tak to się toczy. Film uwielbiam tak bardzo, że go nie cierpię. I oczywiście zobaczę kolejny film tych twórców, wiedząc że będzie tak dobry i tak zły jak "The Way Way Back". Wbrew końcowej ocenie, to film warty obejrzenia. Szczególnie, jak ominie was szansa na seans w kinie i zamiast tego obejrzycie go na dvd chociażby. Dzięki temu przewiniecie żenujące momenty, by ograniczyć się tylko do tego co tu najlepsze. A jest ono zaprawdę bardzo dobre! Po seansie sami zrozumiecie, że ocena sumaryczna powinna być o wiele niższa.


6/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/the_way_way_back/


Utwór z soundtracku: Mr. Mister - Kyrie
* jak ktoś gra w TF2 ten złapie.

Ranking filmów z 2001 roku

1. Spirited Away: W krainie Bogów / Sen to Chihiro no kamikakushi
2. Potwory i spółka / Monsters, Inc.
3. Męska sprawa
4. Adazhio
5. Ziemia niczyja / No Man's Land
6. Hotel
7. Wyścig szczurów / Rat Race
8. Deszcz / Baran
9. Genialny klan / The Royal Tenenbaums
10.Failan

11.Ghost World
12.Gosford Park
13.Shrek
14.I twoją matkę też / Y tu mamá también
15.Ichi Zabójca / Koroshiya 1
16.Donnie Darko
17.Mulholland Drive
18.Opowiadanie / Storytelling
19.Kroniki portowe / The Shipping News
20.Obietnica / The Pledge

piątek, 27 września 2013

Cześć, Tereska

Drama & Coming-of-Age, 2001


Jak ja nie lubię polskiego kina. Chciałem coś przy czym można zjeść, to Gliński mi zrzuca na łeb sąsiada-pedofila, ojca który pije i lubi sobie windę zdemolować, świat bez jednego porządnego dzieciaka. Każdy przed 18 kibicuje tu jedynej możliwej drużynie, chce każdemu najebać, jego jedyną rozrywką jest picie. I jeszcze walnięto to na czarno-białą taśmę, ja pierdolę.

I to jeszcze wbrew pozorom nie jest jakieś bardzo słabe, bo sama historia (z technicznego punktu widzenia) jest całkiem nieźle rozplanowana. Bohaterka znajduje oparcie w ludziach prezentujących negatywne wzorce, wnika w ten świat i tak dalej, wszystko w odpowiednim tempie, więc taki czarno-biały świat nie musiał niczego przekreślać. Do czasu aż usłyszałem dialogi, i coś wtedy we mnie umarło. Było to wszelkie zainteresowanie filmem.

Przyznaję, w pierwszej połowie podstawówki, podobne słownictwo było fajne. Tzn. za takie było uważane, i faktycznie ludzie tak mówili, przynajmniej całkiem podobnie. Ale to była podstawówka. Tutaj bohaterowie są prawie dorośli, a zachowują się jak te bałwany z "Bejbi Blus". W wypadku tego filmu wiem, że miał on przedstawiać dzisiejszy świat, więc wiem, że jego twórcy po prostu całe swoje życie spędzili pod kamieniem. Jednak "Cześć, Tereska" powstał 12 lat temu, może faktycznie 18-latkowie zachowywali się jak 8-latkowie. Wiem na pewno, że tak mówili 8-latkowie i tyle. Pewne jednak jest, że dziś ten film nie nadaje się do oglądania. Tym bardziej do "edukacyjnego" puszczania w szkołach, bo uczniowie będą płakać ze śmiechu bardziej niż ja oglądając "Intruza".

Zresztą, sami spróbujcie nie złapać się za twarz, widząc bohaterkę uciekającą od wspomnianego sąsiada.
On: No daj!
Ona: "Daj" to był chiński sprzedawca jaj!

Tego się nie spodziewałem.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/czesc__tereska/

Trivia, pozytywnie o nieistotnych

...."Community" w polskiej telewizji! Wprawdzie to kolejny serial który oglądam w tv i zastanawiam się, czemu to mnie o wiele mniej śmieszy niż gdy oglądałem w Internecie - ale nie powiem, by lektor był tragiczny. Jest całkiem w porządku, choć w pełni rozumiem ludzi dla których albo jest idealny, albo niech spierdala. Zdarzają się też wpadki, lektor tłumaczy tak, że po drodze gubi żart. Ale jeśli wcześniej tak jak ja oglądałeś ten serial, i tak z przyjemnością przypomnisz sobie to, co było tak dawno, bo w pierwszym sezonie. Pamiętacie gag ze ściąganiem spodni?


----
....Miałem wirusa na kompie ostatnio. Nawet kilka razy. Raz w formie fałszywego antywirusa, którego nie pobrałem, a zaczął traktować co się dało jako zagrożenie i wyłączać. Innym razem w formie zablokowania dostępu do komputera w ogóle. Każde wymagało "opłaty", by móc odzyskać własny system. Ciekawa sprawa, trochę jakbym z mafią się zetknął, tylko cyberpolicji nie miałem jak zawołać. Na szczęście Valve wcześniej "wymusiło" na mnie, bym zainstalował sobie Ubuntu, dzięki czemu mogłem nie wstając z krzesła znaleźć rozwiązanie. Nie będę się wgłębiał w szczegóły, bo są ludzie którzy takie rzeczy piszą, omawiają każdy wirus oddzielnie, i to oni zasługują na dodatkowe kliknięcie.


----
....Będę na Filmweb OFFline, już dzisiaj. To pozytyw sam w sobie, filmy za darmo i w ogóle - choć tego tytułu, który wygrałem tam rok temu to do dziś nie obejrzałem. W zeszłym roku nikt się ze mną nie chciał bić, ale i tak było fajnie.


----
....Artur Pietras w Internecie radzi sobie ostatnio całkiem nieźle! Niedawno pojawiły się jego opinie z wakacyjnych filmów.


----
....Obejrzałem opinię Nostalgia Critica o filmie "Most do Terabithi"... I nadal go lubię. Jego i sam film. I w zasadzie nawet zgadzam się z nią. Pełny sukces!


----
...."South Park" po 17 sezonach dorobiło się czołówki, która nie przyprawia mnie o ból głowy, i której nie muszę przeskakiwać.


----
...."666 Park Avenue", czyli "ten horror z Johnem Locke'im", też będzie w polskiej telewizji. Jak lubicie opowieści w których występują postaci, które da się polubić, obejrzyjcie. Wiem, że ja chętnie do nich wrócę.

czwartek, 26 września 2013

CAL OD SZCZĘŚCIA (a.k.a. Hedwig and the Angry Inch)

Queer Cinema & Rock Opera, 2001


John Cameron Mitchell gra głównie w teatrze, gościnnie występował w telewizji i filmach. Cd czasu "Calu od szczęścia" zajął się jedynie reżyserią, zrobił znany u nas "Między światami". Omawiany tu film powstał na podstawie jego sztuki (między innymi) o niemieckim dziecku które wyrosło na lidera podrzędnego zespołu rockowego, grającego w Amerykańskich barach mlecznych. Na ekrany przeniesiono to dosyć niezręcznie, czuć bardzo mocno źródło tej historii. Całość taka ciasna się zdaje, w ogóle nie złapano tu drugiego oddechu przy zmianie medium.

Druga rzecz, która mi się nie podobała, to muzyka podyktowana tekstem piosenek. Nieźle grają w tle, chciałbym posłuchać jakichś partii instrumentalnych. Te są niestety znikome.

Na szczęście sama historia wyśpiewana w piosenkach bohaterki/a potrafiła utrzymać moją uwagę przez te półtorej godziny, więc jest dobrze. Piosenki zresztą same w sobie są świetne (jak na filmowe), szczególnie "Origin of Love" i "Angry Inch". Odkrycie, czym owy cal jest, też daje kopa.;-) Mitchell śpiewa o swojej seksualności, jednak niezbyt wulgarnie. Chociaż ludzie w filmie mieli spory ból dupy.;-)

Jaskrawa i pełna charakteru opowieść w konwencji rock opery. Mi wystarczyło.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/hedwig_and_the_angry_inch/

środa, 25 września 2013

Mulholland Dr.

Surrealism & Neo-Noir, 2001


Drugi seans. Za pierwszym razem widziałem to podczas nocnego maratonu filmowego w Multikinie. Byłem... zachwycony. To chyba dobre słowo. To się zmieniło.

Będzie krótko i bez spoilerów. Dzisiaj lubię sporo w tym filmie. Lubię sekwencję z policjantami, którzy zaglądają na zaplecze, by przekonać się, że sen to tylko sen. Podobały mi się zrzynki z Tarantino, w stylu przezabawnej sceny zabójstwa ustylizowanego na samobójstwo... po którym broń znowu wypala przez przypadek, i trafia w ścianę. I rozlega się krzyk! Morderca biegnie, widzi grubą kobietę krzyczącą "Coś mnie ugryzło!". Próbuje ją zabić, ledwo mu się to udaje, ona ryczy jak prosie... ale na końcu korytarza widzi kolejnego świadka! I jego też trzeba sprzątnąć... a na końcu znowu stylizuje pierwsze morderstwo na samobójstwo. Przecież to na bank jest jakaś niewykorzystana scena z "Pulp Fiction"!
Podobała mi się ogólnie pojęta reżyseria, tempo całości i złożenie tego do kupy, choć tylko z technicznego punktu widzenia. Każdy element tu pasuje, do wyrazu całości. Każda chwila mogłaby być wizytówką tego filmu. Nie byłoby to takie imponujące, gdyby na planie było kilku aktorów, ale tu co chwila pojawia się ktoś nowy, i niemal natychmiast wnika w ten film, spaja się z nim.



Nie budzi entuzjazmu jednak. Nie jako całość. Schizy były przeciętne, i poza bezdomnym na zapleczu nic na mnie nie zadziałało - i tamta scena zrobiła to tylko i wyłącznie dzięki reżyserii. Reszta wydawała mi się taka prosta i banalna. I takie też się okazało w zakończeniu (zupełnie go nie pamiętałem). Lepszą psychodelę widziałem w animowanym "Batmanie", o "Perfect Blue" i reszcie nie wspominając.

Do tego Badalamenti zrzynający "Cienką czerwoną linię".;-)

I tak poważnie, skończcie z tym całym "Ależ to zagadkowe i skomplikowane". Zakończenie wyjaśnia wszystko, po prostu je obejrzyjcie. Fabuła z kina klasy B opowiedziana "symbolami" + masa dodatków, by się to dało oglądać, w stylu pary policjantów, którzy mają dwie sceny na początku, a potem znikają na resztę filmu.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/mulholland_dr_/

wtorek, 24 września 2013

Spirited Away: W krainie Bogów

Fantasy & Coming-of-Age, 2001


Nie wiem, który raz oglądam ten film. Co najmniej czwarty. I chyba za pierwszym razem nie polubiłem go, a przynajmniej nie pamiętam by ten tytuł zapisał mi się pozytywnie w pamięci. Jedynie przy okazji polskiej premiery "Hauru" w kinie poczytałem slogany w stylu "Dzieło twórcy genialnego Spirited Away!". A ja: "Chyba to widziałem... kiedyś. To było to? To chyba było to. Takie kolorowe, i latali tam, no, fajne było" Bo wbrew opinii z Internetu, anime to nie bajki dla dzieci. Przynajmniej nie dla tych z poza Azji. Dopiero gdzieś przy 2-3 seansie doceniłem ten film, kiedy byłem sporo starszy niż w 2003 roku. "Hauru" zresztą też średnio mi podszedł.

Fabuła. Chihiro to dziewczynka, która jest w trakcie przeprowadzki z rodzicami. Podczas jazdy do nowego mieszkania trafiają na trudną drogę pośród drzew, którą kończy tunel, do którego samochód na pewno nie wjedzie. Pomylili drogi? Z ciekawości zagladają tam. Ojciec idzie przodem, matka za nim, a Chihiro nie chciała zostać sama. Po drugiej stronie tunelu znajdują rozległe polany oraz wymarłe miasteczko, w którym jednak działa jadłodajnia. To znaczy, działa bez załogi, na blacie po prostu stał szwedzki stół. Rodzice częstują się, myśląc, że zapłacą później. I zapłacą...


Co się dzieje później, to już festiwal kolorów, kreatywności i wyobraźni, jeśli chodzi o wygląd świata, tła, postaci. Chihiro trafia do świata Bogów, staje przed wyzwaniem i musi mu podołać, by uratować swoich rodziców. Ciekawym pomysłem jest start z bohaterką, która nie nadaje się do polubienia. "Ja nie chcę się przeprowadzać!"; "Ja nie chcę iść do tunelu, zostanę tutaj!"; "Mamoooo?!!" - niby nie do przesady, niby po 5 minutach nadal można ją tolerować, ale nie ulega wątpliwości, że to słaba postać. Ale film jest tego świadomy, wytyka to i podkreśla, jak trudna droga przed nią.

Owa droga jednak jest prawdopodobnie największą przygodą filmową XXI wieku. Można tworzyć wielkie opowieści za wiele milionów, ale żadna z nich nie miała tyle magii i uroku co te kilka dni z życia Sen, i żadna nie będzie tak niebezpieczna jak podejście do Boga Bez Twarzy.

Prawdą jest, że oczekiwałbym pełniejszej opowieści o tym świecie. Niewiele o nim powiedziano. Niewiele postaci rozwinięto na tyle, by były jednoznaczne. Koniec końców nikt nie okazuje się tu jednoznacznie zły, postaci z początku takie na końcu przestają takie być i już, a to jedynie wierzchołek góry lodowej, którą są kwestie "wątpliwe". Ale czy to naprawdę minus?

Na koniec Chihiro odwraca się by spojrzeć za siebie, i nic tam nie ma. Wszystko było snem? Dziecięcą wyobraźnią? Jedynie jej gumka do włosów mruga do widza, przypominając mu, jak go dostała, i zapewniając w ten sposób, że to wszystko było naprawdę. Ale potem film się kończy, i po ponad dekadzie, nie doczekał się on kontynuacji. Nie wiadomo, jak wyglądała dalej historia Sen i Haku, co było dalej w tym świecie. I dobrze. To nie był dla mnie film, który wymagał wyjaśnienia. To było jak opowieść w głowie dorosłego, który wspomina zabawy z dzieciństwa. Albo i dzieciństwo samo w sobie. Ile się wtedy nauczył, kogo wtedy poznał, i jakie wszystko było wtedy niezwykłe i piękne. Bez przyglądania się całości lub szczegółom, bo wtedy wszystko się rozleci. Wszystko to zamknięte w pętlę, przypominającą o tym jednym jakże istotnym fakcie: był wtedy dzieckiem.



8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/千と千尋の神隠し/

PS. Swoją drogą, ta droga wydaje się już jakaś nieco prostsza niż gdy byłem młodszy. Pierwsze zadanie bohaterki będzie polegało na zdobyciu pracy, i musi być nieustępliwa gdy jej odmówią, bo jak jej nie dostanie to... będzie bardzo źle. Brzmi znajomo? :)

poniedziałek, 23 września 2013

Potwory i spółka

Buddy & Adventure, 2001


Jeden z tych tytułów które uwielbiam, a natknąłem się na nie z przypadku. Mogłem sobie wybrać film który dostanę, i zamiast "Shreka" wziąłem kasetę z "Potworami i s-ka", bo znalazłem egzemplarz tańszy od innych, i sprzedawca stwierdził, że skoro jest na nim taka cena to mam prawo za tyle go kupić. Nigdy później nie miałbym szansy zetknąć się z tym tytułem, nawet Doug Walker nie jest jego fanem. A on o większości animacji które omawiał mówił: "Warto obejrzeć przynajmniej raz". A ja w międzyczasie oglądałem, oglądałem... jak byłem chory i leżałem w łóżku okryty trzema kołdrami, to lubiłem sobie puścić ten film. Kilka lat temu zapytałem się: "Co jest moją ulubioną animacją?" i ku swojemu zaskoczeniu ten tytuł był w czołówce. Jest po prostu... bardzo fajny.

Mike Wazowski i James P. Sullivan to starszy przyjaciele, którzy pracują w fabryce produkującej energię napędzającą cały ich świat. I są potworami, a prąd wytwarzają strasząc małe dzieci z naszego świata, wchodząc do ich pokojów przez szafę. Dzięki krzykowi bachorów mogą oglądać telewizję (Nadal uważam to za dosyć pomysłowe, szczególnie w kontekście zakończenia i ogólnego morału). Cały system działa sprawnie, a bohaterowie żyją w nim beztrosko, do czasu aż o zmroku drzwi otworzą się w drugą stronę, i to do świata potworów wkroczy mała dziewczynka...

Od tego momentu film zaczyna za... bardzo szybko biec. Bardzo. To jeden z najbardziej dynamicznych filmów jakie widziałem, a końcowy pościg jest już w ogóle najlepszym w swoim rodzaju. Pomijając początek w którym każda postać dostaje jedną scenę by się przedstawić - trochę mało subtelnie to wyszło. Ale gdy akcja ruszy, to zaczyna się bieganie, wątki ładnie się układają ze sobą, znikąd wyskakuje nagle dziewczyna Mike'a, pojawia się tajemnica, Wazowski gada z prędkością karabinu maszynowego, żarty rosną jak szalone na każdej klatce filmu, wszyscy mogą zginąć, dwa razy akcja obróci się o 180 stopni, rzeczy się rozpadają w drzazgi a tempo ani na chwilę nie spada.

Ale nie pytajcie mnie, w jaki sposób oni wchodzą z sypialni do świata potworów. Ani jak ten świat miał funkcjonować po zamknięciu fabryki, skoro to była najwidoczniej jedyna tego typu lokacja w ich świecie. I czemu rada nadzorcza miała ich w takim razie zamknąć za słabe wyniki. Po prostu nie pytajcie.

Podobało mi się rozłożenie w czasie tych wniosków, do których Sully dochodzi w zakończeniu. Podobało mi się, że to prawdziwe kino kumpelskie, cały czas na ekranie jest dwóch głównych bohaterów. I nie dlatego, że są partnerami jak w "Zabójczej broni", ale dlatego, że są przyjaciółmi. I jest ich tylko dwóch, zwykle w takich filmach główna postać ma więcej przyjaciół lub są inni bohaterowie z którymi spędza czas. "Potwory i spółka" to 90 minut dla duetu, ode mnie uznanie za to.
Lubię też morał. Subtelnie wyłożono tu te podstawowe wartości bez jednoczesnego nazywania ich po imieniu. Śmiech okazuje się lepszy od krzyku, ale oczywiście tylko ze względu na biznes. Nie każdy potwór jest potworem, ale jednocześnie może się nim okazać...

...a tak naprawdę liczy się wyłącznie polski dubbing. Z oryginalnym nie daję rady tego oglądać. Złoty okres Bartosza Wierzbięty, dodał do tego filmu więcej gagów niż twórcy, to dzięki niemu śmieszy mnie większość tych które oni stworzyli (końcowy musical). To dzięki nim tak często wracam do tego filmu, i jeszcze nieraz wrócę, wyłapując masę smaczków. Dzięki nim dostrzegam całą resztę pracy, jaką włożono w tę produkcję.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/monsters__inc_/

niedziela, 22 września 2013

SZCZĘŚCIE (!!)

Drama, 2005


"Wiesz, ile lat ma ten wiatr?"

Kino europejskie w najlepszym stylu, z wyczuwalnym wpływem choćby Beli Tarra, przywołujący na myśl "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni". O czym opowiada - to skomplikowana kwestia. Bohdan Sláma odnalazł się idealnie w narracji nie tylko czysto filmowej, i tej ogólnej. Jego opowieść to życie i ludzie, bez podziału na gatunki lub akty. Nie ma tu wstępu lub finału, choć ma początek i zakończenie. Przez większość czasu nie dostrzegałem głównego bohatera, choć ten cały czas tam jest. Postaci stojące blisko kamery, blisko widza, zwyczajni, w starciu z nieprzewidywalnym życiem. Wszystko to w formie czystego kina, karmiącego się wyłącznie swoją poetyką. Żadne słowo, które pojawiło się w mojej głowie po seansie, nie było mi podane przez reżysera w żaden widoczny sposób. Jego obrazy wykonały całą robotę.



Widz na początku otrzymuje trzy historie: o dziewczynie, której chłopak wyleciał do USA. O matce dwóch dzieci, która zaczyna wariować. O facecie pragnącym zachować dom ciotki, zamiast oddać go pobliskiej fabryce. Ci ludzie się nawzajem znają, wpadają na siebie co jakiś czas, i ich losy są ze sobą powiązane w pewnym stopniu, by gdzieś w połowie filmu zetknąć na dobre. Naprawdę miałbym wam teraz zdradzić, w jaki sposób?

Ten film wymaga skupienia, ale co rzadko spotykane, potrafi się za nie odwdzięczyć. Historia rozkręca się powoli, z początku dostrzegałem tylko fenomenalne zdjęcia, by dopiero potem przejść do tego, jak ten film jest intensywnie skomponowany. Reżyser łączy tu niemoc z obowiązkiem natychmiastowego działania, szuka powodu, dla którego jest to uznawane za obowiązek, pozwala bohaterom zastanowić się nad tym i przyjąć tego konsekwencje, które tak naprawdę mają zasięg indywidualny - własne sumienie. Opowieść o zwykłych, dobrych ludziach którzy jak chyba każdy musieli stanąć wobec problemu, z którym musieli coś zrobić, choć ich nie dotyczył.

Wszystko to jednak środek fabularny do opowiedzenia o tym, co było jego zamiarem od początku - o szczęściu. Każda z postaci zrobi na końcu to, co uzna za właściwe, że to właśnie da im szczęście. I zniknie z tej opowieści, zabierając coś ze sobą. Z tego wszystkiego wyłoni się postać głównego bohatera, ogołocona ze wszystkiego, nawet dachu nad głową. Niczym bohater "Oslo, 31 sierpnia", będzie się wałęsał w długim ujęciu, zmuszony do stawienia czoła prawdzie o sobie. Gdzie jest jego szczęście?


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/stesti/


sobota, 21 września 2013

Umrzeć powtórnie

Neo-Noir, 1991


Kenneth Branagh pierwszy raz dobiera się na ekranie do Emmy Thompson (chociaż nie oglądałem "Henryka V" z '89 roku, może tam już startował). Tym razem on gra detektywa który ma za zadanie pomóc kobiecie z amnezją, która na dodatek zapomniała języka w gębie. Gdy nikt się po nią nie zgłasza, jedynym rozwiązaniem wydaje się hipnoza... Wierzycie w życie po życiu? Okazuje się ono istotne dla fabuły. Szczególnie kwestia karmy, i to, że po śmierci odradzamy się jako ktoś inny, ze sposobnością odpłacenia się temu, kto nas zranił... albo by zostać zranionym, jeśli było odwrotnie.

Dopóki ktoś z twórców nie zacznie tego traktować zbyt poważnie, było ciekawie. Kiedy jednak tak się stanie... tego już nie udało się odwrócić. Klimat był solidny, podobnie fundamenty fabuły, ale gdy zaczęto zbyt uważnie przyglądać się szczegółom, sporo magii uleciało by nie wrócić. Pozostały momenty, sceny które miały "to coś". Np. romans wypadł całkiem nieźle! Spacerują nocą i nagle on proponuje: "Chodźmy potańczyć na dachu". Na co ona odparła: "A jeśli będzie padać?". "W słonecznym LA? Mowy nie ma.". Następna scena, deszcz pada aż miło a oni i tak tańczą... miłe! Takich momentów jest w tym filmie kilka. I będę je wspominał z uśmiechem.

Scenarzysta nie poradził sobie z rozłożeniem tej historii na bohaterów, w wielu scenach nie wiadomo, co dana postać tam w ogole robi i jak tam trafiła, nie wiem jaki był cel dla Robina Williamsa w tym filmie, oraz mam wrażenie, że zakończenie w stylu "Piły" ma kilka niejasnych punktów... ale poza tym to udany film, i fani gatunku będą usatysfakcjonowani. Trochę.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/dead_again/


Ranking filmów Branagha

1. Wiele hałasu o nic - 7+/10
2. Stracone zachody miłości - 7/10
3. Czarodziejski flet - 7/10
4. Frankenstein - 6/10
5. Pojedynek - 6/10
6. Umrzeć powtórnie - 5/10
7. Thor - 5/10

Ranking filmów z 1928 roku

1. Cyrk / Circus (Romance & Comedy)
2. Męczeństwo Joanny d'Arc / La passion de Jeanne d'Arc (Historical Drama & Legal Drama)
3. Laugh, Clown, Laugh (Melodrama)
4. Życie zaczyna się jutro /  The Docks Of New York (Romance)
5. Wojna gangów / Gang War (Gangster Film)


Chociaż mógłbym dodać też "Człowieka z tłumu", "Człowieka z kamerą" lub "Upadek domu Usherów". Jak na kino nieme, były całkiem niezłe.
I tak zostałem zaskoczony. Oficjalnie nie lubię niemych filmów, ale te kilka które ostatnio obejrzałem sprawdziły się zaskakująco dobrze. Cieszę się, że zaliczyłem ten rocznik, i że w przyszłości kolejne takie będą.

PS. "Wojnę gangów" zobaczyłem kiedyś na TCM. I chyba tylko ja. Dałem wtedy 7/10, przez co klasyfikuje się do tego rankingu, ale niczego nie obiecuję.;-) Dziś mógłbym niżej ten film ocenić.

Szampan

Comedy & Melodrama, 1928



Bogaty ojciec ma dosyć zachowania swojej córki. Robi jej żart, mówiąc jej, że zbankrutowali - a ona chwyta haczyk.

W biografii Hitcha jest kilka istotnych wzmianek o tym tytule. To pierwszy film we współpracy z Eliotem Stannardem, i jeden z nielicznych opartych na oryginalnym pomyśle (nie jest to adaptacja sztuki). Początkowo Stannard rzucił pomysł - tematem będzie szampan. I zbudowali wokół tego dramatyczną fabułę o prostytutce, z gorzkim finałem... ale w głównej roli obsadzono znaną, uśmiechniętą aktorkę, producenci wymusili zmianę tonacji historii na komediową, wszystko się posypało. Skończyło się na tym, że scenariusz powstawał na bieżąco w drodze do studia co dzień rano. Plus inne problemy, w stylu napięcia na linii aktor-reżyser.

I tak powstał "Szampan". Sam Hitchcock ponoć nigdy go nie polubił. Widać, że to obraz z problemami: sam bym się nie domyślił, że to komedia, żart jest aż tak rzadki i niedostrzegalny. Rozbawiło mnie, jak ona z nim się witali, ona mu rękę do ucałowania, a on normalnie jak facetowi podał rękę. I jednocześnie się przywitali na oba sposoby.:) Ale to jedyne o czym będę pamiętać. Tempo filmu jest za wolne - moment o którym wspomniałem na początku, ojciec robi córkę w balona, ma miejsce dopiero około 30 minuty. I tak dalej.
Ale nie oglądało mi się tego jakoś źle... Przypadło mi do gustu mnogość sztuczek, z jakich reżyser skorzystał. Na przykład, gdy ojciec zrzuca bombę na córkę, zobaczyłem wtedy dwa przenikające się obrazy - drzwi i za nimi bohaterkę stojącą przed tłumem, który się z niej śmieje. Naturalny sposób pokazania o czym ona wtedy pomyślała, sami przyznacie. Takich ujęć jest w tym filmie mnóstwo, i bardzo mało jest samego tekstu. Całkiem ładna narracja niemym obrazem.

Takie tam szczegóły. Średnio angażujący film. Oglądałem wersję z YouTube'a bez muzyki, ciekawe doświadczenie. Absolutne kino nieme.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/champagne/

piątek, 20 września 2013

Top 10 najlepszych odcinków South Parku

Z okazji zbliżającej się premiery 17 sezonu, powtórzyłem sobie najwyżej ocenione przeze mnie odcinki i wyselekcjonowałem tę oto listę.


Miejsce 10
"Cash For Gold"
Sezon 16, odcinek 2


Emeryci kupują za ostatnie grosze jakieś badziewie z telezakupów. Sten nazywa takich telemarketerów największym złem tej planety i postanawia z tym skończyć. A Cartman zarobić na tym.

To za co lubię ten odcinek, to atak na każdą ze stron jednocześnie - choć "atak" mi tutaj zupełnie nie pasuje. Ten odcinek tak naprawdę nikogo nie atakuje, bardziej uświadamia każdemu jego rolę w całym tym procederze. Cóż, to naprawdę bardzo dużo!

Plus metafora ostatniego kryzysu ekonomicznego, ale osobiście jej nie dostrzegłem.



Miejsce 9
"Raising The Bar"
Sezon 16, odcinek 9


Cały świat zaczął wspierać grubasów w byciu grubymi, by ci stawali się coraz grubsi, a ludzie mogli na nich zarabiać. Co się stało? Czemu ludzie przestali czuć wstyd? Zupełnie jakby... ktoś obniżył poziom...

Odcinek i śmieszny, i zachęcający do dyskusji, jeśli można tak powiedzieć. Nie popełnia zbrodni którą sam wytyka, tzn. zarabiania na wstydzie. Nie ma tu takiego momentu, w którym sam zacząłbym oglądać grubasów bijących się w kałuży tłuszczu. Cały czas oglądałem tylko ludzi zmartwionych tym co się dzieje, zastanawiających się nad nim lub go akceptujących, przyjmujących do wiadomości. Jest tu kilka takich cienkich linii których twórcy nie przekroczyli, i chwała im za to.

Plus fajne żarty z Camerona, takie go stopujące przed napuszeniem, jednocześnie bez ubliżania mu... po prostu - śmiali się z niego.:)



czwartek, 19 września 2013

Ostatni rozkaz

Historical Drama, 1928



Rosyjski reżyser w Hollywood, dawny rewolucjonista, będzie kręcić film o upadku Caratu i wojnie domowej z 1917 roku. Wśród kandydatów do kluczowej roli generała obsadza... jego samego. Uciekł on do Ameryki i żyje w nędzy. W retrospekcji widz poznaje jego historię...

Jest tu kilka niezłych scen, zarówno pod względem reżyserskim i aktorskim, początek jest nawet poruszający: stary, trzęsący się człowiek, jako jedyny z tłumu statystów nie rozpycha się łokciami, jest spokojny i z godnością zakłada prawdziwy medal na kostium... Ten obraz ma kilka takich udanych scen.

Ale oczekiwałem innego filmu. Bardziej złożonego. Spodziewałem się, że to będzie tylko teraźniejszość i historia skupi się na relacji między oprawcą i ofiarą w nowych czasach, kiedy oni sami się zmienili... Ale to widać zbyt eksperymentalne podejście. Retrospekcja trwa przez większość filmu, by w finale wrócić do teraźniejszości i zakończyć w równie uproszczony, wygodny i nieskomplikowany sposób - więc nawet jak na to czym film jest nie mogę tego ocenić zbyt wysoko. Chętnie bym zobaczył współczesny remake tego filmu. Cholera, nawet jakiś mini-serial z tego mógłby powstać. Fikcja non-stop przeplata się z czwartą ścianą, dodając całości tyle głębi... pomarzyć można. Zamiast tego jest tylko jedno ujęcia okopów wypełnionych żołnierzami, aż tu nagle pojawia się... stołek reżysera. Trudno w takim momencie nie pomyśleć o tym, czym ten film mógł być.

Do tego kilka głupich momentów w stylu kina niemego. Kobieta już ma kogoś zastrzelić!... ale dostaje udaru mózgu. Ale to nie mógł być udar, bo była noc, i siedziała w pokoju. Co jeszcze wygląda jak udar, ale nim nie jest? Albo żołnierze na ulicy idący w szyku. Wchodzą, stają. Jeden się kładzie. Drugi się kładzie. Cały rząd klęka i zaczyna strzelać. I dopiero tutaj pomyślałem, że ci co się położyli to chyba zostali postrzeleni. Nie wiem, która wersja okazałaby się bardziej absurdalna.

Porządny film, z kilkoma słabszymi chwilami.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_last_command/

środa, 18 września 2013

CYRK (trzeci seans)

Romance & Comedy, 1928


Właściciel tytułowego przybytku ma kłopoty - klauni których zatrudnia nie umieją już rozśmieszyć widowni, brakuje im energii. Na ratunek przybywa legendarny tramp, który akurat przebiegał obok uciekając przed policjantem, i rozśmieszył wszystkich. Przede wszystkim dzięki temu, że nie miał bladego pojęcia o tym, co się wokół dzieje. I w ten sposób znajduje nasz bohater pracę...



Gagi może nie są tak rozbudowane i zgrane jak w "City Lights", ale jednak to tutaj są one najlepsze. Pierwsza ucieczka przed policjantem, motyw z gabinetem luster i figurami, uczenie się różnych sztuk wraz z resztą klaunów, scena z lwem, końcowe chodzenia na linie... To jedna z najlepszych komedii jakie w życiu widziałem, kropka. Nieprawdopodobna dawka świeżości, energii i pomysłowości - co widać szczególnie dziś.

Z drugiej strony jest to też jeden z najmocniejszych dramatów, jakie w życiu zobaczyłem. Szczególnie ze względu na kontrast - nie ma tu nawet jednego mocnego wydarzenia, nikt nie umiera ani nie jest choćby ranny. Wielokrotnie o tym pisałem - przez 70 minut jakie film trwa, byłem przekonany, że oglądam komedię. Ostatnie 20 sekund uświadomiło mi, że oglądam dramat. Tak proste, tak piękne, tak bardzo dobre zakończenie - ono zmienia wszystko. I gdy oglądam to ponownie, miejscami zastanawiam się, jak kiedyś mogłem to brać za 100%-ową komedię? Dosłownie pierwsza scena, w której właściciel cyrku po występie krzyczy na córkę za to, że popełniła błąd podczas akrobacji, więc teraz nie zje nic na kolację... A następnie łapie ją za pysk i rzuca na podłogę. W tym po prostu nie ma żartu. Czysty dramat. Jak mogłem tego nie widzieć za pierwszym razem?

"Cyrk" to film, który najlepiej wypełnił główny motyw sztuki Chaplina, czyli: "Życie jest tragedią, gdy widziane z bliska, a komedią, gdy widziane z daleka".


9+/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_circus/


Top 5 Chaplina

1. Cyrk - 9+/10
2. Światła rampy - 9+/10
3. Światła wielkiego miasta - 8+/10
4. Dzisiejsze czasy - 8+/10
5. Gorączka złota - 8+/10

wtorek, 17 września 2013

Laugh, Clown, Laugh

Melodrama, 1928


Kiedy zobaczyłem taki gatunek obok takiego tytułu, wiedziałem że będzie ciężko. I faktycznie - historia kręci się wokół klauna, który znalazł porzucone dziecko, i postanowił się nim zaopiekować. Tytuł z kolei zostanie dwa razy użyty jako kwestia w samym filmie, i jest to chyba najlepsza kwestia z kina niemego, jaką widziałem. Obok "I can see now" z "City Light", oczywiście. "Śmiej się, klaunie, śmiej, nawet jeśli serce masz złamane..."
Ostatnia kwestia też piękna.

Ten film nakręcono z dużym uczuciem. Odegrano go z jeszcze większym. Rozwój historii jest niekonwencjonalny a końcówka wzruszająca. Bez wgłębiania się w szczegóły, choć przynajmniej raz fabuła stanie się dosyć głupia - twórcy wiedzieli, czego się spodziewałem i dokładnie to mi dali, w pełni szczerze. Dla zwolenników melodramy pozycja godna uwagi.;-)

Szkoda Lona Chaneya. Dwa lata później umarł na raka, i w tym filmie wyraźnie już wygląda na chorego. A przynajmniej na o wiele starszego niż wtedy był. Choć zapewne dzięki temu wypadł tak dobrze.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/laugh__clown__laugh/

poniedziałek, 16 września 2013

Życie zaczyna się jutro

Romance, 1928


Doki Nowego Jorku, wyczekujące cierpliwie dzień w dzień aż coś się wydarzy, i przyjmujące wszystkich którzy tu zajrzą. Późną nocą Mae rzuca się ze statku do wody, a Bill Roberts, który akurat ma jedną wolną noc poza pokładem, ratuje ją przed śmiercią...

To przyjemny film. Zamiarem było, jak przypuszczam, nakręcenie prostej historii. I chwała twórcom za to, że pamiętali o jednym: mieli to zrobić coś prostego, nie znaczy, że mieli tego nie robić wcale. Bohaterowie mają proste charaktery, streszczające się zasadniczo już w ich posturze, ale jednak je mają. Relacja między nimi jest banalna, ale jednak istnieje. Mogłem w nią uwierzyć, tak jak w bohaterów i ich historię. Szczególnie w zakończenie.

To kino nieme, i nie powiem, by było idealnie. Jest tu wiele momentów, w których np. ktoś porusza ustami przez 2 sekundy, po czym pojawia się scena tekstu, następnie ktoś inny porusza ustami 2 sekundy, i znowu ściana tekstu. Początek się wlecze, jednosekundowe ujęcia doków wymieszane z tekstem który miał wprowadzić w klimat. Dźwięk by sporo dodał do tego obrazu, bez dwóch zdań. Za to aktorzy i reżyser ładnie sobie poradzili, obyło się bez pozowania do kamery.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/the_docks_of_new_york/


Za wcześnie na ranking von Sternberga.

piątek, 13 września 2013

Krytycy cz.2

Teraz kilka słów o mojej osobistej obawie, inni jej zapewne nie podzielają.

Nie chcę, by w przyszłości nie było już krytyków. Ja to ja, przede wszystkim wypadłem z obiegu - od dawna nie byłem w kinie, i pewnie jeszcze przez jakiś czas tam nie zajrzę, stąd moja obojętność na to, jakie teraz premiery wychodzę. A więc i recenzji nowości nie czytam. Poza tym, ja już jestem na tym etapie w którym samo oglądanie filmu sprawia mi pewien rodzaj przyjemności, sam obraz nie musi być dobry. Dopiero po jakimś czasie może mi grozić znudzenie, ale tak to mogę oglądać jak leci. Byłem w kinie na "Żądzy bankiera". Nikt o tym filmie nie słyszał i nie usłyszy, i dobrze bo był głupi, ale to dla mnie nie ma znaczenia.

Nie będę tutaj ponawiał pytania, czy są jeszcze ludzie którzy zasługują na to, by nazywać się krytykami - o tym pisałem już wcześniej kilka razy. Ale policzmy: rocznie do naszych kin wchodzi jakieś 350 filmów. Średnio 60-70 z nich będzie obejrzane przez kinomanów. Kilka z nich obejrzą wszyscy, będą to animacje, ekranizacje lub kolejne części serii. Krytycy są jedynymi, którzy obejrzą wszystkie, dzięki nim kinomani będą mogli wybrać sobie ten 1 lub dwa tytuły w tygodniu do obejrzenia. A co, gdy ich zabraknie?

Konkluzja moja jest taka, że nie chcę, by w przyszłości recenzje filmów wyglądały tak jak dziś np. recenzje książek. Różnych powieści wychodzi mnóstwo, kilkakrotnie więcej niż jedna osoba da radę to ogarnąć... Kto to wszystko czyta? Czy to po prostu przechodzi niezauważenie? A co z serialami? Tej jesieni ma wyjść 27 sezonów ponoć. To więcej niż ja obejrzę w ciągu następnych 4 lat. Są w ogóle ludzie, którzy to oglądają od deski do deski? Czy tylko oglądają pierwsze odcinki, stwierdzają "Chała", piszą swoją opinię w necie i next?

Nieprzyjemna myśl. Marny koniec sztuki, gdy krytycy znikną. Liczyć się będzie tylko marketing i znajomi, wliczając tych "znanych" blogerów i innych, co w zasadzie też jest marketingiem. Ogół nie interesuje się i nie wie, co jest uznawane za najlepszą książkę 2012 roku, ani kto takie tytuły rozdaje. Ale kilka znanych osób napisze o niej pochwalny tekst i już jest jej świadomość w społeczeństwie. "Gra o tron", "Breaking Bad", od biedy "House of carts"... To naprawdę wszystko, co się liczy z nowości? Czy gdyby dziś wyszedł "Babylon 5", byłby ktoś, kto zwróciłby moją uwagę na ten tytuł, czy sam musiałbym się przekopywać?

Pamiętacie, jak trafiliście na swoją ulubioną książkę, film, serial? Komu to zawdzięczacie?

Niedawno przedstawiłem znajomemu swój pomysł na film fabularny, i zapytałem go, czy chciałby taki obejrzeć. Odpowiedział: "to zależy, jakby to było wykonane". W myślach od razu odpowiedziałem: "Dziś nie ma znaczenia, jak coś jest wykonane. Masz tylko kupić bilet, reszta się nie liczy". Z każdym dniem dochodzą do wniosku, że miałem wtedy za dużo racji.

Od dawna nie czytałem czyjej opinii o tym, czym dany film jest. O czym jest. Najwyżej, że jest piękny i delikatny. Wszystkie teksty o serialach to oddzielny wątek, nieważne czy dotyczy fabuły całościowej czy epizodycznej, o obu pisze się w ten sam sposób. Zupełnie tego nie rozumiem. Tacy ludzie mieliby "kierować" moją wiedzą o najnowszym kinie? Smutna wizja. Ludzie z Internetu, dzielących kino na fajne i nie fajne, nie traktujących go jako sztukę, lub świadomych jego możliwości, używający fraz w stylu "Najlepszy film jaki widziałem od długiego czasu!"

Ale co tam, to tylko kino - najłatwiejsza ze sztuk. A od jakiegoś czasu, najtańsza. Jak okaże się słabe to najwyżej przerwie się oglądanie i włączy następny. I następny. Komu potrzebni krytycy...

...etam. Mam za dużo prawdziwych problemów, więc wymyślam sobie by mieć się na czym innym skupić. Na pewno.

wtorek, 10 września 2013

(książka) RAFA ARMAGEDONU

David Weber, cykl Schronienie - tom I


Coś dla fanów "Babylon 5" połączonego choćby z "Grą o tron" oraz "Breaking Bad"*. Na początek, krótkie oświadczenie - nie będzie tak, że napiszę temat o każdej książce jaką przeczytam. Nie warte to zachodu, zresztą i tak za dużo publikuję. Chciałbym zostać przy tematyce filmowej, więc na pewno będę pisał o tych związanych z kinem (np. tytuły które zekranizowano), ale też chcę pisać o tych bardzo dobrych powieściach. Żeby było fair, będę jakoś jednak nawiązywał do filmów lub seriali.
----
Przyszłość. Nieznana rasa Gbaba atakuje Ziemię i ludzkość. Bez żadnego wstępu, bez poznania, czysty prymitywny atak. Siła wroga przewyższa naszą, zagłada jest pewna, walka jedynie opóźni to co nieuniknione. Jedyną opcją dla ludzkości jest odnalezienie planety podobnej do Ziemi, ewakuować tam dosłownie kilka dusz, byle tylko homo sapiens przeżyło, i sprawić, by Gbaba ich nie znaleźli. A potem odczekać kilka stuleci, rozwinąć naszą siłę militarną, by mieć szanse z tajemniczą obcą cywilizacją.

Ludzkość osiedla się więc na tytułowym Schronieniu. By Gbaba jej nie znaleźli, a przynajmniej po odnalezieniu nie potraktowali jako zagrożenia, trzeba cofnąć się do etapu przed wynalezieniem elektryczności. A potem to utrzymać, przez wiele stuleci. Idealnym rozwiązaniem jest zmodyfikowanie pamięci nowym mieszkańcom Schronienia (którzy uprzednio zgodzili się na to), oraz stworzenie religii, której podstawy będą zabraniać pewnych wynalazków. A bóstwami będą dowódcy, ojcowie całej operacji, jej pomysłodawcy. Ci z kolei dzięki wynalazkom mogą żyć o wiele dłużej, choć i tak nie wystarczająco, by dożyć Nowej Ery na Schronieniu.

W kilka chwil 2500 rok naszej ery zmienia się na AD 890. Mija tyle lat i Nimue Alban budzi się. Dowiaduje się, iż mimo jej śmierci prawie 1000 lat temu, jest tu i teraz, i ma za zadanie uratowania ludzkości. Na samym początku, w ciągu pierwszych 100 lat, wśród ojców Schronienia wybuchł konflikt - jednym spodobało się bycie bogami. Chcieli trzymać lud w ciemnocie, zamiast małymi krokami dążyć do rozwoju, jak było na początku planowane. Doszło do zamachu stanu, w którym wszyscy pamiętający Starą Ziemię, umarli. Dla nieświadomych mieszkańców Schronienia wyglądało na to, że Shan-wei sprowadziła na nich zagładę i teraz smaży się w piekle za swoje grzechy - czyli chęć sprowadzenia wynalazków. Setki lat po tych wydarzeniach Nimue Alban budzi się jako robot, machina, android, sztuczny mechanizm z wszczepioną pamięcią prawdziwej kobiety poległej w walce o ludzkość, zanim jeszcze Schronienie powstało. Teraz ma je ocalić.

To dosyć pobieżny opis WSTĘPU, zapewne ma kilka nieścisłości, i momentów wymagających szerszego omówienia by nabrały sensu, ale daje jednak pojęcie o filozofii tego świata - pochwała ludzkości, nauki i tak dalej, bardzo mi się to spodobało. Naprawdę dobrze poczuć, że czyta się książkę zgodną z moją filozofią... szczególnie, że Weber nawet nie zna zapewne filozofii obiektywizmu. Serio, po prostu mogę to czytać, bez podświadomego przygotowywania się, że zaraz któraś postać wyskoczy z jakąś głupotą. Dla przykładu, drugi kinowy "Star Trek" - wszystko było fajnie, aż tu na samym końcu Spock z dupy wypala, że potrzeby większości są istotniejsze od potrzeb jednostki. Co za okropieństwo! "Schronienie" czytam bez tego bólu, dosłownie mogę odpocząć czytając ją.

Zapewne kilka osób ma teraz ból dupy, że to antyreligijna książka, ale to obawa bezpodstawna. Główna bohaterka chociażby jest Chrześcijanką, jedna z ważniejszych postaci pozytywnych to arcybiskup, i tak dalej. Chyba nawet nie ma w tej powieści kogoś, kto nie wierzy w Boga.

Wracając do filozofii - objawia się ona również w postaciach. Spodziewałem się na przykład, że książę będzie zarozumiałym szczylem, ale okazał się szlachcicem. Młodym chłopcem, jednak pełnym godności, z wykształceniem które stawiało go zasłużenie w kolejce do tronu. Jego ojciec, również ma te wszystkie cechy. Ma szacunek do innych, jest władczy, odpowiedzialny, inteligentny. Zaskoczeniem jest tu ogólny stan postaci, każda wyraża się w rozbudowany sposób, używa bogatego języka. Przeklinają, owszem, ale nawet wśród tych negatywnych postaci jest sporo godności i szacunku, który czują do siebie nawzajem. W taki umowny sposób: mówią długo, szczegółowo, ale nikt nikomu nie przerywa w pół zdania (przynajmniej nie zazwyczaj). Zadają konkretne pytania, oczekują konkretnych odpowiedzi. Przy planowaniu wojny, nikt nie powie, że ten po drugiej stronie to głupiec. Nawet w takich chwilach są świadomi, jak inteligentny jest ich przeciwnik. Jego moralność i charakter swoją drogą, ale nie traktują go jak idiotę. Przewidują ich ruchy, wyciągają wnioski, planują. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to fenomen.

Historia. Monumentalna, podniosła, wspaniała, rozpisana na kilka królestw rozmieszczonych na całej Planecie, wszystko przedstawione bardzo dobrze. To pierwsza część, więc wiadomo: tutaj stawia się dopiero fundament dla całej reszty. Cały ten ogrom został więc sprowadzony do dosłownie kilku postaci, zazwyczaj królów i ich doradców w każdym z krain. I to działa wystarczająco.
Do tego podobnie jak w "Babylon 5", cel jest jasny, ale każde działanie nie prowadzi do niego w jasny sposób. Cała opowieść rozgrywa się za pomocą małych kroczków, wszystko kończy się gigantyczną bitwą ale to dopiero wstęp do czegoś o wiele większego.

To chyba jedyny minus tej książki, który obiektywnie jest też plusem. To nie jest sezon serialu, tu nie ma ograniczeń, i autor z tego korzysta, opisując przez większą część pierwszych 200 stron jak rozwijała się sytuacja na Schronieniu przez pierwsze 800 lat, jak zmieniał się język, z jakimi wynalazkami zaczynali, do jakich zdążyli dojść... same wynalazki to oddzielny rozdział. David Weber wyraźnie posiada ogromną wiedzę w dziedzinie militarystyki, wojny, historii i tak dalej. Drobiazgowo opisuje każdą zmianę, w nowych rodzajach amunicji lub krótszych lufach armat, z czego je budowano, jak do tego doszli, w co to ewoluowało, jak to wszystko zmieni, jakie problemy i korzyści przyniesie... I tak jest ze wszystkim. Statki obite od spodu miedzią, szybszy czas przeładowania armat, nowe modele żagli... Całe szczęście, że końcową bitwę morską czyta się jak scenę akcji a nie instrukcję pralki.

Prawdopodobnie wielu z was uzna, że to nadmierna szczegółowość, ale skutek tego jest taki, że gdyby faktycznie w 2500 roku zaatakowali nas Gbaba, i gdybyśmy musieli szukać jako rasa Schronienia w kosmosie, i gdyby projekt Arka przeszedł, i rozwinąłby się w taki sam sposób, i trzeba by potem walczyć z Kościołem Boga Oczekiwanego... David Weber by nas wszystkich uratował w pojedynkę z taką wiedzą, nie mam wątpliwości. Realizm jest porażający.

Ale wolne tempo i względny brak dynamiki spowodowany masą szczegółów może odrzucić, i większość zapewne będzie przeskakiwać niektóre akapity. Autor nie ograniczał się, pierwszy tom opowiada pierwszych 2 latach działań Merlina i robi to na prawie 900 stronach. Drugi tom jest krótszy o rok i prawie 200 stron. Już go czytam, a po nim zabiorę się za kolejne tomy wydane w Polsce (ogólnie wyszło chyba sześć). Seria dla mnie idealna, i jestem bardzo zadowolony, że na nią trafiłem absolutnym przypadkiem w bibliotece.


5/6 (skala biblionetki ~~)

*bo to bogata, zróżnicowane sci-fi, rozpisane z uwzględnieniem zakończenia, w którym jednak większość akcji rozgrywa się w czasach królów i zamków. BB pasuje mi tu pod względem tempa.


"Sumienie kapłana i jego wiara wymagają, by był odporny na wszelkie żądania ze strony śmiertelnego człowieka" - arcybiskup Maikel.


Doba na Schronieniu liczy 26 godzin i 31 minut. Rok Schronienia to 301,32 dnia, czyli 0,91 standardowego roku ziemskiego. Planeta ma jeden spory księżyc, który obiega ją w 27,6 lokalnego dnia, zatem miesiąc księżycowy trwa tutaj mniej więcej 28 dni.

Doba Schronienia dzieli się na 26 60-minutowych godzin oraz 31-minutowy okres zwany "czuwaniem Langhorne'a"

niedziela, 8 września 2013

Star Trek II - Gniew Khana

Science Fiction & Adventure, 1982


W jednym z odcinków pierwszego serialu pojawił się Khan - żeby nie zdradzać za wiele, znaleźli go w kosmosie i dosyć szybko zrozumieli, czemu zamrożono go ponad 200 lat temu. Khan chciał odbić statek, więc Kirk zdecydował się wyrzucić go na niezamieszkałej planecie, by sobie żył jak chce i innym nie przeszkadzał. Miło, że zdecydowano się wrócić do tego wątku po 15 latach, by dać antagoniście szansę na dopełnienie zemsty.



Muszę powiedzieć, że takiego filmu właśnie oczekiwałem. Porządnego kina przygodowego w kosmosie. Całość jest tak odmienna od jedynki jak to tylko możliwe - nie ma prawie w ogóle kiczu, bohaterowie zachowują się dużo poważniej i dostojniej, nawet w ich nowych kostiumach jest więcej klasy. Nie ma głupich lub dziwacznych momentów, ten film zdaje się być świadomym, że jakiś dorosły może go obejrzeć. Różnicę klas widać od pierwszych sekund, gdy zauważyłem zmianę na stołku operatora - teraz zdjęcia mają większą samoświadomość, tylko dzięki nim akcja jest o wiele ciekawsza i o wiele szybciej rośnie "na oczach" widza. A to tylko początek, kolejne zalety można wymieniać i wymieniać: nowe postaci mają charakter i są faktycznie potrzebne. Starzy bohaterowie zostali ulepszeni - Kirk jest o wiele lepszym dowódcą, Spock o wiele bardziej pomocny (radzenie sobie z intrygą przez bohaterów jest o wiele bardziej przejrzyste), McCoy faktycznie zabawny. Jest taka scena, w której dwoje ludzi wsiada do windy i wstrzymuje ją, by poważnie porozmawiać. Rozmawiają, rozmawiają, i na końcu drzwi się rozsuwają, McCoy wyskakuje i woła: "Kto do diaska blokuje windę?!"

Tempo, dialogi, efekty, wątki poboczne - wszystko to zaliczyło solidnego kopa. Ale nic z tego nie równa się z kluczowym konfliktem: Khanem polującym na Kirka. Nie licząc kilku cwanych momentów, to bardzo angażująca walka, kipiąca od dramatyzmu. Raz, dzięki postaci antagonisty, który jest dosłownie opętany przez pragnienie zemszczenia się, i nic go nie powstrzyma. Dwa, jego motywacje i zaplecze historyczne, wszystko to jest bardzo mocne, i bardzo dobrze wykorzystane. Trzy, to prawdziwy, dosłowny pojedynek.

A do tego dochodzi jeszcze to doskonałe zakończenie... Nie miałem ochoty wypisywać drobiazgów, które poszły nie tak, nie miałem ochoty o nich pamiętać. Wciągnąłem się i na koniec została mi tylko jedna myśl: chętnie kiedyś wrócę do tego filmu. Nadal nie lubię "Star Treka", ale lubię ten film. Jako kino przygodowe, świetna robota.

.....Dopiero teraz ogarnąłem, że ksiądz Zulu u którego Turk chciał brać ślub, był grany przez prawdziwego Zulu ze "Star Treka".


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/star_trek_ii__the_wrath_of_khan/


Dziwne, że Nicholas Meyer ze znanych rzeczy zrobił potem już tylko "Nazajutrz", i zajął się scenariuszami, co mu średnio wyszło, patrząc po moich ocenach dla tych filmów ("Piętno"?, "Sommersby"?, "Książę Egiptu"?)

sobota, 7 września 2013

Star Trek

Science Fiction & Adventure, 1979


Po dwóch serialach telewizyjnych padła decyzja o nakręceniu pełnometrażowej fabuły w świecie "Star Treka". Wzięto całą oryginalną obsadę, wszechstronnego reżysera, dowalono duży budżet i... wyszedł dziwny film. Trzy minuty napisów początkowych lecących na czarnym tle i nic poza tym - to dopiero początek. Bo ktoś wpadł na pomysł, by bohaterowie najpierw byli w rozsypce i musieli do siebie wrócić, co tylko stworzy masę nielogicznych momentów. A do tego czasu wprowadzi się masę postaci, które będą tam tylko po to, by umrzeć albo zniknąć. I tak np. Kirk od dwóch lat nie dowodził statkiem, ani nawet nie latał, ale pojawia się i chce być dowódcą, więc... zostaje. Nawet nie zna statku, który zmodyfikowano, a gdy ktoś kompetentny zwróci mu uwagę, ten od razu leci do niego z pięściami i "Przestań ze mną rywalizować!". Ja to mam brać na poważnie?



Do tego wszystkiego dodano kilka dziwnych momentów, jak lot na statek... przedstawiony w czasie rzeczywistym. 10 minut patrzenia, jak ktoś patrzy na statek. Skąd to się wzięło? Albo ta dziwna wpadka z prędkością warp, gdy wszystko robi się rozmazane, bohaterowie mówią baaardzooo woooolnooo... żeby tylko mówili, oni jeszcze wolno krzyczą i się wolno rzucają. Jakby wtedy ten film zniósł jajko i tak nie byłby choć trochę dziwniejszy. A wcale nie trzeba udziwniać "Star Treka". Załoga jest tam ubrana tylko w piżamę, wszelkie guziki na komputerach zazwyczaj naciska się bez patrzenia na nie, a jeśli w pomieszczeniu jest jakiś ekran, to wszyscy grupowo się w niego gapią, i rozmawiają ze sobą nie patrząc się w swoim kierunku. To dla mnie wystarczająco dziwne.

Aha, i gdzieś tam jest jakaś fabuła, ale niewiele mogę o niej powiedzieć. Ot, jest jakaś anomalia i trzeba ją zbadać. Dojdzie do kilku podniosłych momentów, to na plus, ale z tego co wiem, to nie będzie on miał znaczenia dla uniwersum serialu. I jestem w to skłonny uwierzyć, skoro w serialu podróżowali w czasie... ale tylko w jednym odcinku.
Problemy można wyliczać i wyliczać - połowa dialogów to mało subtelna ekspozycja, w wielu momentach "osoba która nie powinna usłyszeć o czym gadamy" jest oddalona od nich o pół metra, gdy wyleci ktoś w skafandrze ze statku, Kirk od razu: "To Spock!", dla nowych widzów nie ma żadnego wprowadzenia, wyjaśnienia czym jest Federacja... Ale nie mam zamiaru nazywać tego złym obrazem. Niezbyt się nudziłem, w ogóle się nie zdenerwowałem, kilka momentów nawet mi się podobało, choćby od strony graficznej. Jednym słowem, idealna ekranizacja serialu.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/star_trek__the_motion_picture/


Ranking Wise'a (czołówka)

1. Nawiedzony dom - 7+/10
2. Zmowa - 7/10
3. Dźwięki muzyki - 7/10
4. Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia - 7/10
5. Porywacz ciał - 7/10
...
7. Star Trek - 5.10

piątek, 6 września 2013

Krytycy cz. 1

Kilka słów o ludziach, których zaprasza się na seanse dla prasy - czy jest dla nich miejsce w dzisiejszej świadomości kinomanów? - w kontekście tego,  co kieruje mną, gdy wybieram akurat ten film do obejrzenia a nie inny.

Na początek, jak to wyglądało dawno temu. Przede wszystkim, kiedyś to było dużo prostsze. Kiedyś był Artur Pietras i jego "Kinomaniak", kiedyś były Oscary dzięki którym temat filmowy przejmował wszystkie media na kilka dni, kiedyś kupowałem magazyn "FILM", kiedyś w tv leciał taki program przedstawiający najpopularniejsze filmy będące teraz w kinach. Kiedyś czytałem recenzje w programach telewizyjnych, później w "Metrze" i Wyborczej, w Internecie, a gdy przeglądałem program telewizyjny, kierowałem się gwiazdkami od pana Zarębskiego - w czasach, gdy TVP Kultura nadawała tylko 2 filmy dziennie. Jeden o 9 rano, drugi o 1 w nocy. I weź tu człowieku obejrzyj "Światła rampy", jednocześnie wyrabiając się do szkoły dzień później. Sami zapewne macie podobne doświadczenia.

Z biegiem czasu wiele się zmieniło. Artur Pietras został sprowadzony do przerw między większymi programami, a jego przygoda z YouTubem nie wypadła najlepiej. Oscary oficjalnie nikogo nie obchodzą i wszyscy wiedzą, że decyzje Akademii guzik znaczą (łącznie z samą Akademią, która się z tego śmieje). Zresztą, jak kilka dni temu w "1 z 10-ciu" padło pytanie: "Jaki film zdobył Oscara dla najlepszego filmu za 2012 rok?" to nawet nie mogłem sobie przypomnieć prawidłowej odpowiedzi (a ty?). Już nie pamiętam, kiedy ostatnio natknąłem się na program z premierami kinowymi. Gazety jakiejkolwiek też nie miałem dawno w ręku, a programów telewizyjnych (pomijając te z Wyborczej) jeszcze dłużej. Głównie dlatego, że dorosłem i zobaczyłem, czym są te ich "recenzje". Opisami fabuły. Dawno już nie czytałem żadnej opinii od krytyka, jakiejkolwiek. U was to wygląda podobnie?

I szerzej - kiedyś z ekscytacją odkrywałem, że jakiś film jest wysoko np. w rankingu filmwebu. I od razu, pierwsza myśl: "Wow, muszę go obejrzeć! To będzie arcydzieło! Obejrzę arcydzieło, boże, jakie to ekscytujące!" Przeszedłem przez wiele rankingów, począwszy od tego filmwebu, przez AFI, imdb i kończąc na liście "1001 filmów które warto zobaczyć przed śmiercią"... Jak zobaczyłem, co na nią wrzucili wraz z 9 edycją to i ją wywaliłem z obserwowanych na LoB.

Dzisiejszy stan rzeczy wygląda tak, że... patrzę po ocenach znajomych na filmwebie, ale rzadko biorę pod uwagę coś poniżej 9/10. Mało osób znam tam na tyle, by obchodziło mnie to. Z rankingów biorę pod uwagę tylko te na RYM - najgorszy/najgorszy film z danego roku, gatunku itd. Czasami jeszcze natknę się np. na pogadanki Cinema Snoba o nowościach. On zajmuje się tylko amerykańskim kinem, ale miał pomysł na to wszystko. Oglądał filmy po północy, wsiadał do auta i tam nagrywał filmik z wrażeniami z seansu. Trwający często ponad godzinę, dlatego sam oglądam zazwyczaj tylko pierwsze kilka minut by wychwycić ogólną reakcję oglądającego - syf, słabe - ale śmieszne, przeciętne, fajne, great. Skojarzę tytuł filmu z jakąś określoną emocją i to mi wystarczy. Ostatnio w ten sposób zainteresowałem się "We're the Millers" (nikt nie słyszał o tym filmie, nie tylko Ty). Dwóch gości siedziało i rozmawiało ze sobą w taki miły sposób, bez zachwytów ale... była w nich pozytywna energia. Jeśli film wprowadził ich w taki stan, to chcę go zobaczyć. Wam polecam zobaczyć recenzję "Smerfów 2", przynajmniej pierwsze 4-7 minut (potem zaczyna się szczegółowa omawianie filmu, czyli spoilery). Byli prawdziwie zdenerwowani filmem. Najśmieszniejsza rzecz tego roku, bez dwóch zdań.

I na tym praktycznie kończy się mój filmowy światopogląd. I przez to mam wrażenie, że krytycy zniknęli, a przynajmniej traktuje się ich o wiele mniej poważnie niż "kiedy byłem młody" ;-) Czy jest ktoś, kogo przegapiłem, czy dla was to wygląda podobnie jak dla mnie?

Martwi mnie taki stan rzeczy. Bo bez krytyków, liczyć będzie się tylko marketing i zdanie znajomych. O tym za tydzień.

czwartek, 5 września 2013

Doktor Jekyll i pan Hyde

Horror & Science Fiction, 1931


Warning: this video contain a lap dance.

Dr Henry Jekyll uważał, że w każdym człowieku jest tak naprawdę dwóch ludzi - jeden dobry, i jeden zły. I żeby dowieść tej teorii, wymyśla miksturę która w domyśle miała oddzielić tych dwoje... To na szczęście tyle z moralnej sraczki, jaką ten film funduje, traktując kwestie moralne jakby były niczym więcej niż hormonami. Nie wiem, jak to było w książce, bo nie czytałem, ale w tym filmie wypicie owej mikstury sprowadza się do kwestii seksu. Jekyll w tej wersji ma narzeczoną, z którą już ma się ożenić, ale ojciec panny młodej zadecydował, iż ożenią się dopiero za 8 miesięcy. A do tego czasu... więc wypija eliksir, pojawia się Hyde, i jedziemy.

Poza tym albo nie złapałem czegoś, albo film źle tłumaczył, lub to po prostu zwykłe błędy były, ale raz przemiana przebiega w bolesny, krzykliwy sposób, i wymaga w ogóle wypicia tego, a raz się dzieje gdy dramaturgia tego wymaga. Dziwne.

Fabuła i bohaterowie to zwykła nuda, ale dwie rzeczy bronią się nawet i dziś. Otóż okazuje się, że w '31 roku można było zrobić całkiem brutalny film, z przemianą bohatera i jego krzykami, z biciem kobiet, dosyć dosadną sceną morderstwa, a nawet... jest wspomniany lap dance. Spodobały mi się również sceny akcji, kolejna dziwna rzecz do powiedzenia o filmie sprzed 80 lat. Nie było ich wiele, ale jednak każdy pościg za Hydem ma w sobie sporo energii, a sam bohater porusza się w naprawdę dziki sposób.

Warto też wspomnieć, że to pod względem operatorskim i montażowym film równy dziełu Langa z tego samego roku.


4/10
http://rateyourmusic.com/film/dr__jekyll_and_mr__hyde/

środa, 4 września 2013

Światła wielkiego miasta

Slapstick & Melodrama, 1931


Komediowe złoto.

Włóczęga Charlie tym razem napotyka na swojej drodze: niewidomą kwiaciarkę, która bierze go za dżentelmena, oraz milionera, który pod wpływem alkoholu chciał się zabić. Ratuje mu życie, poprawia humor, zostają przyjaciółmi... Do czasu, aż nadchodzi poranek, procenty wyparowują z organizmu, i milioner niczego nie pamięta. Chaplin łączy te dwie historie w jeden film, w rozkroku między pełną fabułą i zbiorem gagów, między dramatem i komedią, przesadnym optymizmem i twardą rzeczywistością, kiczowatymi tekstami i pięknem romantyzmu. Kradzież kończy się pobytem w więzieniu, operacja wzroku zakończy znajomość, kiedy okaże się, że milioner nosi podarty garnitur z dziurą w spodniach, i nikt nie liczy na to, że będzie inaczej. Dobre uczynki pozostają niezauważone, pewni ludzi nigdy nie zmienią swojego podejścia po tym, jak już wyrobili sobie zdanie pierwszym wrażeniem. Wielki kryzys też da tu o sobie znać.

Niektóre sceny dzisiaj mają inny wydźwięk niż wtedy

A obok tego wszystkiego - czyste komediowe złoto. Kaskaderskie perełki, zbiorowe majstersztyki z udziałem kilku postaci poruszających się jednocześnie, bez jednej pomyłki, wszystko z mnóstwem pasji i pomysłów. Jeśli chcecie mieć dobre zdanie nt slapsticku, obejrzyjcie dowolny gag z tego filmu, jest ich tu na pęczki. Część luźna, część wynikająca z historii, wszystkie śmieszne jak diabli i wzbudzająca respekt, w ten czy inny sposób. Granie hymnu z włóczęgą nadzianym na miecz, starającym się zachowywać poważnie. Samobójstwo. Bójki w restauracji. Sprzątanie po słoniu. Pojedynek bokserski, jedna z najlepszym scen w historii - można ją oglądać wielokrotnie, nawet dla warsztatu, by podziwiać szczegóły (zachowanie tłumu poza ringiem). Takie momenty wyliczać można długo, a film trwa tylko półtorej godziny. Dobrze wykorzystany czas!

Wszyscy skupieni na występie, a Charlie z przyjacielem wcinają posiłek, uwielbiam :)

Był to mój trzeci seans tego filmu. Za pierwszym razem - byłem zachwycony. Za drugim razem film okazał się nieco prostszy niż go pamiętałem, zachwyt zmalał. Dzisiaj dostrzegam jego wady i je akceptuję, w spokoju zachwycając się tym, co tu jest pozytywne. Jeden z moich ulubionych, chociaż nie powiem, by był z samej czołówki. Chciałbym, by był to obraz nieco bardziej złożony, choćby poprzez rozwinięcie postaci pijanego milionera. Taka prywatna uwaga. Film sam w sobie jest wspaniały.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/city_lights/

wtorek, 3 września 2013

Wróg publiczny nr 1

Gangster Film, 1931


Droga i życie Toma Powersa, od dzieciństwa po dorosłe życie gangstera, wypełnione szantażem, biciem się, handlem alkoholem i szacun na dzielni - wtedy jeszcze był to pełnoprawny szacunek, połączony z obawą przed odezwaniem się i nawiązaniem kontaktu wzrokowego. Ludzie inaczej mówili, dzieciństwo było inne, a w kinie przechodziły sceny z ojcem bijącym swoje dziecko pasem. Dziś by to przeszło chyba tylko u Hanekego.

Jest to jedno z pierwszych kontaktów kina z gatunkiem gangsterskim, i to absolutnie widać. Choćby po kreacji Cagneya, który na szczęście wzorował się na prawdziwych przestępcach. Każda tego typu postać odegrana w późniejszych filmach nosi w sobie cień charakteru Toma Powersa. Trudno mi nie docenić takiego wkładu, chociaż ogląda się to tak sobie. Trwa krótko, ale jednocześnie dłuży się. Tej opowieści brak właściwego tempa - twórcy wzięli na warsztat cały życiorys jednego człowieka, i zmieścili to w półtorej godziny. Większość tylko przemyka, a postaci są zagrane po najmniejszej linii oporu, byle tylko spełniały swoją mechaniczną rolę dla fabuły.

Do tego wydźwięk nie jest tak poważny jak można by się spodziewać. Może to wina lat 30-tych, może znamiona tak wczesnego kontaktu z tym gatunkiem, nie wiem. Ale gdy na samym początku usłyszałem wyraźnie komediową muzyczkę, i Jamesa Cagneya w kółeczku uśmiechającego się do kamery, to wiedziałem, że coś tu będzie nie tak. I było, aż do końca, gdy to pokazała mi się ściana tekstu z jasno wyłożonym morałem. Jest taka scena, w której gangster wchodzi do sklepu. Wchodzi i na początek prosi o broń. Pyta jak się to ładuje. Sprzedawca mu pokazuje. Ten pyta: "o tak?", wyjmując z kieszeni naboje i ładując do pełna. A sprzedawca: "o tak, bardzo dobrze!". Zgadnijcie, co nastąpiło potem...



5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_public_enemy/

poniedziałek, 2 września 2013

M - Morderca

Psychological Thriller & German Expressionism, 1931


Powtórka. Parę lat temu oglądałem, nie wciągnąłem się, i tyle, nic specjalnego. Dzisiaj mam do powiedzenia niewiele więcej.

Tytułowa postać terroryzuje miasto, małe dzieci znikają i nigdy nie wracają do swoich rodziców. Policja świruje z powodu braku poszlak, lokalni przestępcy gotują się z powodu niedogodności, jakie powodują losowe łapanki i przeszukiwania lokali z zaskoczenia przez władze. Coś przecież muszą jednak robić.
Zaczyna się dobrze, reżyser trzyma się blisko jednej z matek, która właśnie przygotowała obiad i wyczekuje córki wracającej ze szkoły... Ale ta nie wraca. Tupanie na klatce! To jednak jakieś inne dzieci były... A kolejce wieści przychodzą wraz z młodymi sprzedawcami gazet, biegnącymi ulicą krzycząc "Wydanie specjalne!"
Zaraz potem konwencja się zmienia, o matce nikt już nie pamięta. Teraz obserwuję drobiazgowe śledztwo. Planowanie. Badanie pisma podejrzanego. Snucie teorii. Brakuje tylko kamery z ręki i podpisów, i byłby dokument. To na początek, bo konwencja zmieni się jeszcze przynajmniej dwa razy, na końcu będzie nawet dramat sądowy. Wszystko mi się dłużyło, z dochodzeniem i łapaniem mordercy na czele. Sam poszukiwany też nie był ciekawą postacią. Bardzo go było mało, a gdy oddano mu głos, powiedział tylko jakieś mdłe slogany, a ja zatęskniłem za "Psychozą".


Do tego jeszcze dorzucono elementy ekspresjonizmu, aktorzy drą się do kamery, i... dostrzegam, że twórcy mieli wiele pomysłów, które potem zrewolucjonizowały kino na kilku poziomach, ale z dzisiejszej perspektywy widzę w tym bardziej eksperyment niż konkretną opowieść. Poszczególne elementy się nie kleją, żaden nie zostaje potraktowany w satysfakcjonujący sposób. O tej matce mogło powstać niezłe kino, końcowy sąd też mógł wyjść ciekawie, gdyby poświęcili mu więcej czasu. Jeśli chciano zrobić kino społeczne, nie powinni ze wszystkich robić baranów którzy w ułamek sekundy chcą śmierci każdego podejrzanego. I tak dalej.

Nie wkręciłem się.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/m_f3/

PS. Jak do cholery można robić tytuł z jednej litery, niech to szlag.

niedziela, 1 września 2013

10 najśmieszniejszych głupot z filmu "Intruz"

Nie będzie tradycyjnej recenzji, nawet w moim tradycyjnym stylu. Obejrzałem jakieś 10 minut tego filmu (jeśli nie wiecie, na podstawie czyjej książki go nakręcono - gratuluję i nie zmienię tego) i po tym czasie doszedłem do wniosku, że przydałby mi się drink, bo na trzeźwo tego oglądać się nie da. Film opowiada o tym, że przyszli kosmici i wyssali z ludzi człowieczeństwo (czymkolwiek ono jest), przejęli ich ciała i dzięki czemu zapanował pokój i szczęście. Jak więc łatwo się domyślić, po owych 10 minutach mój mózg działał tylko dzięki temu, że nieustannie komentowałem wszystko co zobaczyłem. Niestety, na najniższym poziomie inteligencji, czyli "sarkazm". Zaszedłem więc gniota od dupy strony i zrobiłem listę - jak za starych dobrych czasów. W stylu pewnego człowieka, który mnie nie lubi.;-) Odwiedziłem nawet jeden z jego starych tematów i ze zdziwieniem odkryłem, że na potrzeby wstępu użyłem nawet niemal tych samych wyrażeń co on. Dziwne, nie?

Zdecydowałem się na listę najśmieszniejszych. Nie największych, nie najbardziej obraźliwych, nie najobszerniejszych, i z całą pewnością nie wszystkich. Dodam tylko, że niektórych scen nie oddadzą żadne słowa, choćby moment śmierci jednego chłopa... Zdecydowanie jeden z najśmieszniejszych filmów w historii.

(kolejność chronologiczna)



Miejsce 1. W sytuacji zagrożenia skok na japę z wysokiego budynku jest rozwiązaniem, które warto wziąć pod rozwagę. Wcześniej jednak koniecznie upewnij się, że chcesz żyć. W ten sposób po przyjebaniu w glebę i zrobieniu dziury, twoim organom wewnętrznym i kościom nic nie będzie, a na twarzy nie będzie nawet siniaka. Rozwiązanie to sprawdziło się w 100% zbadanych przypadków.

Miejsce 2. Po byciu przejętym przez kosmitę istnieje opcja bycia "żywym" jako głos z OFF-u, dzięki czemu będziesz mogła wtedy gadać sama ze sobą. Bóg już pracuje nad patchem który naprawi ten dziwny bug.

Miejsce 3. Jeśli opowiadasz czyjś życiorys, rób to przy użyciu języka z trailerów filmowych. Wskazane jest upewnienie się, że obok ciebie stoi wtedy jakiś ćwok z gitarą akustyczną.

Miejsce 4. Jeśli chcesz uprawiać seks, wybierz kogoś, kogo jedyną cechą charakterystyczną jest zapewnianie cię, że nie musisz tego robić, gdy tylko usłyszy samą propozycję.

Miejsce 5. Ludzie ścigani przez cały świat mogą uprawiać seks tylko na otwartym terenie, gdzie ktoś chwilę wcześniej robił ujęcie do pocztówki.

Miejsce 6. Jeśli chcesz, by kosmita z tobą współpracował, pokaż mu swoją sex-taśmę. Spokojnie, obcy nie umieją się masturbować.

Miejsce 7. W sytuacji, gdy wróg znajdzie schronienie w którym ty i twoi przyjaciele ukrywacie się przed całym światem, można zrobić tylko jedno. Przywódca musi telepatycznie podzielić swoich ludzi na trzy obozy: pierwszy będzie miły w stosunku do obcej istoty. Drugi będzie chciał go zabić ale tego nie zrobi, ograniczy się tylko do grożenia bronią, bicia i obnoszenia się swoją obojętnością wobec obcego na zmianę z chęcią zabicia. Trzeci obóz również będzie chciał obcego zabić, ale będzie mieć wątpliwości. Dla pewności skorzystaj z wehikułu czasu, by dograć szczegóły. Na pewno gdzieś jakiś znajdziesz.

Miejsce 8. Obrażanie się i czysta nienawiść do kogoś - bo ta osoba właśnie zabiła kilku z twoich ziomków - jest dokładnie tym samym. W obu wypadkach ucieka się do pokoju obok.

Miejsce 9. Od jednej kobiety gadającej do siebie w trakcie seksu śmieszniejsza jest tylko druga kobieta, która również rozmawia sama ze sobą.

Miejsce 10. Gdy w otoczeniu są ludzie którzy chcą cię zabić, nie rób nic poza robieniem wystraszonej pozy i dziwieniu się, że wciąż im się chce. Zdaj się na mężczyzn, oni cię obronią i zrobią wszystko za ciebie.


----
Bonusowy cytat z filmu, żebyście już na pewno musieli zmienić nie tylko spodnie, ale i pokój.

"Całuj mnie tak, jakbyś chciał bym ci przywaliła"