środa, 30 lipca 2014

(serial) All in the Family

Comedy, 1971
S1 - 13 odcinków po 30 minut


Jedna z najlepszych produkcji telewizyjnych w historii, do tego uznawany za jeden z najlepszych sitcomów. Na YouTubie z angielskimi napisami.:) Jak miło...

Akcja toczy się głównie w domu należącym do małżeństwa Bunkerów. Archie Bunker to starszy mężczyzna, stuprocentowy Amerykanin, konserwatysta, protestant. Edith Bunker to jego żona. Ma już dorosłą córkę, Glorię, która wyszła za mąż za polaka: Mike'a Stivica. Jest on przedstawicielem młodego pokolenia - kwestionuje, krytykuje, nie chce wojny w Wietnamie, nie chce różnic rasowych, nie chce zanieczyszczeń. Żart polega na tym, że wszyscy oni mieszkają w jednym domu, i cały czas wybuchają kłótnie na tematy, które już wymieniłem. A klasa "All in the Family" polega na tym, że wszystko traktuje bardzo poważnie. Tak, to kontrowersja za kontrowersją, jednak bohaterowie zachowują się tak bardzo naturalnie, i tak też mówią, że nie ma wyboru poza takim, by w to uwierzyć. Każda ze stron została potraktowana z szacunkiem - Mike używa argumentów, zawsze jest tym, który ma za zadanie dyskutować z poglądami zatwardziałych Amerykanów, którzy uważają, że Bóg jest biały i stworzył ich na swoje podobieństwo. Archie został z kolei napisany tak, żeby nie był pozerem. On autentycznie wierzy w każde słowo które mówi. I gdy murzyni wprowadzą się do domu obok, on podniesie larum i zacznie zbierać podpisy pod petycją, żeby więcej kolorowych nie zamieszkało w sąsiedztwie. Bo jedna rodzina wystarczy.

- Miałem wujka który jadł oliwki wkładając po jednej na każdy palec. Wiesz jak go nazywali?
- Nie.
- Vincent.


Btw, to Rob Reiner w roli Mike'a. Jakbyście się zastanawiali, co robił zanim reżyserował "Narzeczoną dla księcia". A czarni obok to rodzina "Jeffersonów", która potem wyewoluowała w inny serial. Jak oglądaliście "Scrubs" to może coś wam zaświta.

wtorek, 29 lipca 2014

(książka) Miecz przeznaczenia

Fantasy, 1992
A. Sapkowski - 350 stron


Nie pamiętam dokładnie pierwszego zbioru opowiadań o Wiedźminie. Kojarzę jedynie, co mi przeszkadzało: uległość głównego bohatera. Zgadza się on, by go traktowano jak zarazę, a jednocześnie służy tym, którzy go nienawidzą. To był główny temat "Ostatniego życzenia" i względem kontynuacji miałem tylko to jedną prośbę: pogłębieniem tego tematu. Dlaczego się na to zgadza, może jakieś wątpliwości? "Miecz przeznaczenia" wybrnął z tego w zaskakujący sposób: w ogóle tego tematu nie poruszając, podejmując szereg kolejnych. Jedynie w paru miejscach działanie Geralta nabrało pewnej głębi, teraz uznaje on również własne zasady, i np. może skłamać, by uratować istotę której nie uważa za zasługującą na śmierć. Mnie to usatysfakcjonowało.

Jest to zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań, w których Geralt z Rivii ma przygody, i czyta się to świetnie. Polowanie na Złotego Smoka, pojedynek z magiem o kobietę, poszukiwanie stworka któremu miejscowy kościół zabrania nawet prawa do istnienia (bo miasto otacza Wieczny Ogień, więc gdyby taka plugawa istota się przedarła, to by świadczyło o tym, że Ogień nie działa). Wszystko było opowiedziane z pomysłem, według najlepszych zasad narracyjnych. Za każdym razem zaczyna się gdzieś obok historii - na przykład, jedno ma początek na ulicy miasta. Geralt spaceruje sobie z rana, i widzi Jaskra stojącego pod oknem. W oknie baba drze ryja i wyrzuca na bruk rzeczy poety. Bohater podchodzi do przyjaciela, wita się z nim, rozmawiają, tamta się drze. "Kolejna kochanka przestała się nabierać na czułe słówka?", "No... to nawet nie są moje ciuchy, kobieto!". Jakby leżeli gdzieś na plaży na leżaku. Ale jednak są gdzie indziej, więc trzeba zjeść śniadanie. Nie mają ani jednej monety w kieszeni, więc Jaskier wpada na pomysł: idą do knajpy i liczą, że zastaną tam jakiegoś znajomego, który postawi im posiłek. Tak się stało, zastali niziołka Dainty'ego Biberveldta. Rozmawiają trochę, jedzą, a po chwili do pomieszczenia wbiega... Dainty Biberveldt w samej bieliźnie, i oskarża tamtego Dainty'ego o kradzież jego osobowości. I akcja rusza z kopyta.

niedziela, 27 lipca 2014

Life Itself

Biography Documentary, 2014


Dokument oparty na wspomnieniach Rogera Eberta, słynnego amerykańskiego krytyka filmowego. Typowy biograficzny materiał miesza się tutaj z obrazem kilku ostatnich miesięcy życia, kiedy to pan Ebert zaprosił do współpracy Steve'a Jamesa, znanego dokumentalisty z Virginii. Wtedy to ten człowiek był już w stanie, gdy nie mógł mówić, leżał na łóżku szpitalnym i nie miał dolnej części szczęki. Ja nie byłem przygotowany na taki widok, ale wy już tak. Nie jest to ponury obraz - opiekowali się nim zarówno rodzina jak i obsługa szpitalna. Był w dobrych rękach, miał Maca i na bieżąco komunikował się ze wszystkimi za pomocą syntezatora  mowy. I pisał swojego bloga. Teraźniejszość miesza się z przeszłością, w której Roger Ebert zdobywa Pulitzera, staje się najmłodszym krytykiem filmowym w USA, dostaje propozycje prowadzenia programu telewizyjnego w którym razem z Genem Siskelem będzie opowiadał recenzje kinowe.

Miałem pewne obawy, czy nie powstanie jakaś łzawa laurka ku pamięci. Cóż, moje obawy nie  zostały potwierdzone. Ale też nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Część teraźniejsza jest bardzo dobra, James robi to co umie najlepiej: dociera z kamerą do ludzi, pozwala im mówić, samemu będąc praktycznie niewidzialnym, niedostrzegalnym łącznikiem między osobą na ekranie a widzem. Zarówno Ebert jak i jego żona zostali potraktowani z szacunkiem, nie przerywano im, opowiedziano ich życie, dramat i wspomnienia bez ingerencji. Radzenie sobie z chorobą, życie razem do końca, odnajdywanie pozytywów w ciężkich chwilach... I jak umarł.

sobota, 26 lipca 2014

Calvary

Drama & Mystery, 2014


John Michael McDonagh to brat gościa, który nakręcił "In Bruges". Razem sobie żyją w Irlandii i kręcą wokół motywu czarnej komedii. Taki był "Gliniarz" - pierwszy film reżyseria "Calvary" - jednak już jego najnowsze dzieło posiada go tylko trochę. Reżyser przemyca humor w bardzo małych ilościach, prawie niedostrzegalnych. Nie oznacza to jednak, jak się obawiałem, że seans jest doświadczeniem traumatycznym. To z pewnością nie. Jest tylko bardzo życiowy. Aż nie chciałem pisał u góry "Drama". Ale nie wiedziałem za bardzo, co tam dać w takim wypadku.

Opowieść rozpoczyna najlepszy opening 2014 roku: spowiedź tajemniczego grzesznika, dorosłego mężczyzny który wyznaje, że był molestowany przez księdza w wieku siedmiu lat. Pragnie się zemścić, więc postanowił zabić mężczyznę, u którego się spowiada. Tamten zapewne i tak już nie żyje, zresztą - nie wierzy, że to by mu coś dało. Musi tego czynu dokonać na niewinnym. Daje swojej ofierze tydzień. Zabije ją w przyszłą niedzielę. Wszystko to zostało nakręcone w jednym ujęciu - nie widać grzesznika, ekran wypełnia znużona twarz naszego bohatera, księdza granego przez Brendana Gleesona. I to wszystko. Cały "setup" zmieszczono w 2 minuty, mistrzostwo świata. A dalej to już właściwie kino autorskie, bardzo brytyjskie. Trochę w tym melodramatu, tragedii, czarnego humoru, kina drogi... a także zagadki. Bo osobowość możliwego mordercy nie jest wyjaśniona. I będzie to dopiero początek.


piątek, 25 lipca 2014

(felieton) Flashbacki i śmierć, czyli sztuka

Jest kilka elementów, które łączy "Lost" z "Six Feet Under". Ostatnia kwestia jaka pada w tym pierwszym to: "We've been waiting for you". Ostatni odcinek tego drugiego nosi tytuł: "Everyone's Waiting". W obu serialach okazuje się na koniec, że wszyscy umarli w pilocie. W obu serialach poruszany jest temat śmierci - w ujęciu Alana Balla jest on głównym motywem, poruszanym z wielu stron. Największy nacisk jest położony na to, jak ono wpływa na żywych już po wydarzeniu. Zamiast pokazać ból śmierci - pokazany jest ból rozstania. Zamiast ostatecznego końca pokazane jest wieczne życie w pamięci żywych. W ekstremalnych chwilach, śmierć jest tym, co prześladuje bohaterów. W "Lost" śmierć jest, cóż - jak wszystko inne - zarówno głównym wątkiem jak i drugoplanowym, a także tłem do innych wydarzeń. Wszystko zależało od danego odcinka i z czyjej perspektywy aktualnie widz poznawał wydarzenia. Opowiadano o niej jako czymś, co można zamknąć. Przejść żałobę, pożegnać się ze zmarłym i żyć dalej, bardzo rzadko wracając do przeszłości. Do tego dąży między innymi Jack: by pochować ojca, i mieć to już za sobą. W "SFU" coś takiego nie byłoby możliwe

Teraz chcę omówić, to co się dla mnie najbardziej liczyło: w obu produkcjach udało się zająć połowę odcinka czymś innym niż główny wątek, scalając efekt końcowy w jednolitą całość, która bez owego "sztucznego wypełnienia" nie byłaby kompletna. W "Lost" były to retrospekcje jednego z bohaterów, w "SFU" każdy odcinek zaczynał się czyjąś śmiercią. Najczęściej nowej postaci, której bliscy w danym epizodzie zostaną klientami rodziny Fisherów.

Oczywiście - bez spoilerów. A żeby było ciekawiej, będę w kilku miejscach zmyślać.



środa, 23 lipca 2014

(serial) Sześć stóp pod ziemią - sezon V


Melodrama, 2005


Jedną z idei serialu jest "Każda chwila się liczy"
Do drugiego sezonu tak było. Każdy epizod coś zmieniał, wprowadzał coś nowego, na czym trzeba było budować fabułę kolejnego odcinka. I to dotyczyło jeśli nie wszystkich, to większości wątków. Potem, w sezonie trzecim i czwartym, a nawet i piątym, coraz wyraźniej było widać, że nie jest to serial całościowy jak "Babylon 5". Tam, jeśli pojawiały się fillery, to nawet one były potrzebne, by pokazać różnicę czasu pomiędzy kilkoma wydarzeniami, by przedstawić postaci/uniwersum. Tam każdy sezon odpowiadał okrągłemu rokowi akcji. W "Six Feet Under" jest inaczej - to wciąż serial całościowy, zaplanowany w wielu szczegółach (myślicie, że bieganie Nate'a pojawiło się bez powodu?), ale zarówno szczegółach istotnych jak i nieistotnych. To opowieść, która potrzebowała czasu i podziału na rozdziały. Dziś nie jestem pewny, czy akurat potrzeba było ich pięć, jednak fakty są takie, że każdy sezon miał zaplanowany punkt startu, zakończenia oraz drogę pomiędzy w życiu każdego z bohaterów. Potrzeba było wielu chwil, by doszli do tego ganku przed domem w jednym z ostatnich ujęć. Potrzeba było czasu, by widz ich poznał. Zobaczył w nich siebie. Po trochu w każdym.

niedziela, 20 lipca 2014

Drapieżne maleństwo

Screwball Comedy & Romantic Comedy, 1938


Kiedyś to była jedna z moich ulubionych komedii. Gdy w okolicach 2008 roku puścili go na ale kino! to obejrzałem go trzy razy w ciągu miesiąca. Dziś wróciłem do tej produkcji i dalej bawię się całkiem nieźle, jednak nie stawiam jej obok "Oscara" oraz "Arszeniku i starych koronek". Tytułowym "maleństwem" (ang. Baby) jest lampart, który jednak nie jest w tym filmie największym zagrożeniem. Tym jest Kasia Hepburn, której buzia nie będzie chciała się zamknąć, do tego będzie ingerować w życie głównego bohatera - Cary'ego Granta, który gra Harolda Lloyda. Przeszkodzi mu w zdobyciu dotacji na muzeum, w którym pracuje, sprawi, że bezcenna kość dinozaura zostanie zgubiona, wywiezie go na wieś by ten nie mógł wziąć ślubu, a na końcu zmusi do uganiania się za tytułowym kociakiem.

Byłem zaskoczony, jak bardzo Kasia jest w tym filmie irytująca. Jest tak stereotypową kobietą, że głowa mała: nie może się zamknąć, cały czas przekręca to co do niej się mówi i zrzuca z siebie odpowiedzialność za to co zrobiła na innych. Do tego oczywiście się zakocha w głównym bohaterze, i wybłaga na kolanach ślub, bo ona taka biedna i bez niego żyć nie może (płacz obowiązkowy). Koszmar. Jeśli ktoś nie da rady przez to przebrnąć - w pełni rozumiem. Chciałem tylko ostrzec. W teorii sam nie powinienem dać rady, ale... to po prostu było śmieszne. I było coraz lepsze.

"Mam świadomość, że powinienem uciekać, ale z jakiegoś powodu nie mogę się ruszyć"

sobota, 19 lipca 2014

Złote sidła

Romantic Comedy, 1932


Gatunkowo, jest to komedia kryminalna, w której para złodziei planuje okraść wdowę z jej biżuterii i dobrać się do jej sejfu. A by mieć taką możliwość, próbują zdobyć jej zaufanie.

Polubiłem film za jego styl. Klasę, życzliwość, uprzejmość między postaciami. Stare czasy, stara szkoła, stare kino, humor który przeminął. Pierwsza rozmowa między złodziejami w której się zakochują między sobą jest tak niesamowicie pozytywna i miła, że nie ma innego wyjścia: cieszyłem się i tyle. Szczere, naturalne i wystarczyło. Tylko dzięki poczuciu humoru ten film ogląda się z przyjemnością. Jest w tym sporo romantyzmu, bliskości postaci i patrzenia sobie w oczy... Urok starego kina. Z dzisiejszej perspektywy można tu dostrzec też nieco przemilczanego erotyzmu.

Z drugiej strony jest brak istotniejszej fabuły, a postaci i ich relacje między sobą guzik mnie obchodziły. Nie jest to zbyt istotne, chyba dopiero w końcówce gdy dokonują oni pewnego wyboru - wtedy dopiero zauważyłem, jak mało mnie to wszystko interesuje. Muszę też przyznać, że humor sam w sobie nie jest idealny. Nawet nie mogę napisać, że na sto procent trafi do każdego. Jest dziwny, jakby... hermetyczny. Wewnętrzny, żyjący tylko w tym filmie. Miałem świadomość, że w jakimś tam stopniu, z wielu żartów śmieję się... z grzeczności. Znacie to, prawda? Jest w tym filmie pewien procent tego.

Ja się cieszę, że jednak dobrze się bawiłem na tym filmie. Przez pewien czas obawiałem się powtórki z "Ninoczki", że będzie to film jednego żartu, ale tak jednak nie było. Od Lubitscha wciąż wolę "Lalkę", miał najlepszy pomysł wyjściowy.:)

czwartek, 17 lipca 2014

(serial) Sześć stóp pod ziemią - sezon IV

Melodrama, 2004


Ten serial pogubił po drodze parę istotnych rzeczy... niezauważenie. Ale one wracają w piątym sezonie. Na przykład: na początku Diaz był genialnym artystą. I potem ten temat w ogóle przestał istnieć, stał się po prostu zwykłym pracownikiem. To samo z konkurencją, która chciała wykupić "Fisher & Son", gdzie się ona podziała? Temat kompletnie zniknął, jakby go nigdy nie było. Same postaci nie są już tak fajne, i nie przyciągają do oglądania same w sobie. Dość powiedzieć, że w czwartym sezonie najlepszą postacią jest... Szeregowiec Brian ze "Scrubs". Dali mu rolę tak bardzo nie pasującą do niego, przez co właśnie była tak idealna... Zapadający w pamięci koleś.

Fabularnie to kolejny odcinek telenoweli: Kieth zacznie pracować, tym razem jako ochroniarz. Nate się załamie i odejdzie z zakładu, ale wkrótce wróci. Claire dalej będzie pracować nad tym, by być artystką, ale jej rozwój był taki zły, że nie ogarniam. Chłopak jej podsunie pomysł na sztukę, ona go wykorzysta i będzie się upierać, że to było w 101% jej pomysł... Jako wstęp do bycia "wielką artystką" która sama nie wie, o czym tworzy. Do tego Ruth ma nowego adoratora, z którym spędzi mniej czasu niż z wcześniejszymi, a i tak uzna, że to wystarczy, by się ożenić. Z ciekawym skutkiem na koniec, więc też trochę na siłę. Ale owym chłopakiem będzie James Cromwell, więc kto będzie narzekać? Reszta wątków nie zapadająca w pamięci, zresztą te co wymieniłem też mają mały impet (Kieth ochroniarz). Problemy małżeńskie Federico były głupie i nudne.

wtorek, 15 lipca 2014

(książka) Tysiąc wspaniałych słońc

Melodramat, 2007


Trzydzieści lat życia pary kobiet w Afganistanie, na tle rewolucyjnych wydarzeń, wojen, konfliktów, starć i zrzucania bomb. A bohaterki ledwo co z tego dostrzegają, bo na horyzoncie mają wyłącznie swoje własne problemy, które nie znikają w zależności od sytuacji politycznej, jaka obecnie w kraju panuje. Temat intrygujący, ale wykonanie masochistyczne, więc dosyć szybko olałem tę książkę, i czytałem do końca, bo... liczyłem, że potem wydarzy się coś, co podniesie poziom i uzasadni takie pochlebne przyjęcie tej książki.

Mariam to pierwsza z bohaterek. Jest nieślubnym dzieckiem wynikłym z nielegalnego związku, jej ojciec miał trzy żony, ale zrobił skok w bok z jakąś wariatką i teraz ją odwiedza co tydzień, by na oczach małoletniej Mariam się kłócić z matką. Matka będzie cały czas wyklinać jej ojca i pluć na niego jadem, by osiągnąć w ten sposób cholera wie co. Ojciec z kolei jest miły, daje jej prezenty i w ogóle. A mała stoi po środku i ucieka przed torturowaniem psychicznym, które robi jej matka, w ramiona ojca, z którym chce spędzić 15 urodziny. Chce pójść do kina. Gdy ojciec się nie stawia, jedzie do niego, do miasta, śpi pod drzwiami jego posiadłości, rano okazuje się, że jednak był w środku i świadomie jej nie wpuścił. Mariam wraca więc do matki i zastaje ją dyndającą na gałęzi. Przyznaję, był to moment gdy wydałem z siebie jęk żalu. Ale krótko później zorientowałem się, że to nie był dramat, tylko mechanicznie wykalkulowana manipulacja czytelnikiem, polegającą na coraz bardziej skrajnym, niedorzecznym, a na końcu nawet kreskówkowym przerysowaniu kolejnych takich dramatów w życiu bohaterek książki. I dlatego po pierwszych 100 stronach nic mnie już nie ruszało, i nawet przez myśl mi nie przeszło, że to ma w ogóle coś wspólnego z rzeczywistością, że autor chciał przekazać jak wygląda dzisiejsza sytuacja kobiet w Afganistanie. Nie, chciał pokazać, że ludzie na Titanicu mieli lepiej, dorzucił do tego Jeffreya z "Gry o tron", "Przesłuchanie" w wersji hardcore, zalał to "Listą Shindlera" i sprzedał jako "spójną" całość.

niedziela, 13 lipca 2014

The Interrupters (6/10)

Hood Film & Crime Documentary, 2011


Steve James po raz drugi, znowu zawitał do czarnej dzielnicy. Tym razem w Chicago, na okrągły rok, by przedstawić projekt ludzi, którzy nazwali siebie jako "Interrupters of violence". Chcą przeszkodzić rozszerzaniu się przemocy, która sama się rozprzestrzenia, niczym organizm niepotrzebujący drugiej płci do rozmnożenia. Wybrany zostaje komitet i ludzie zaczynają akcję uświadamiającą. Zbliżają się do ludzi, pytają, czemu oni sami tak często odpowiadają brutalnością.

Styl dokumentu ponownie wyróżnia dzieło James'a. Jest przezroczysty i bardzo osobisty, jakby to każda z tych postaci sama z własnej woli nagrała każdą kwestię którą wypowiada do kamery i wysłała ją bezpośrednio do Ciebie, byś to ty ją zobaczył. Dokumentarzyści całkowicie usunęli się z drogi pomiędzy widzem i tym, co ogląda. Temat, przesłanie, cel - to wszystko jest mu podawane po drodze, jakby w niezamierzony sposób. Nie wyobrażałem sobie, że dochodziło za kamerą do sytuacji, gdy to reżyser lub ktoś w tym stylu zadaje pytania ludziom, jakoś tym nadzoruje. Pozwala swojemu dziełu zaistnieć bez komplikacji. To zasługuje na uwagę. Czarne Chicago jest bardzo prawdziwe, brutalne i pełne dramatyzmu od którego nie można odwrócić oczu, bo po drugiej stronie będzie to samo. A ci ludzie spędzili w tym całe życie.

sobota, 12 lipca 2014

W obręczy marzeń (7/10)

Sports Documentary & Hood Film, 1994


4 kwietnia 2013 roku zmarł Rogert Ebert, który razem z Genem Siskelem tworzył najsłynniejszy duet krytyków w historii amerykańskiej telewizji. W 2014 roku miał premierę dokument poświęcony życiu pana Eberta: "Life Itself", w reżyserii Steve'a Jamesa - kiedy będzie w Polsce, nie wiadomo. Gdy usłyszałem, że taki film powstaje, byłem zaniepokojony - nie chciałem kolejnej łzawej wydmuszki typowej dla USA. Postanowiłem więc sprawdzić wcześniejsze dokonania pana Jamesa, który okazał się autorem dwóch dokumentów znajdujących się na mojej liście tytułów, które chcę zobaczyć.

"Hoop Dreams" (polski tytuł: "W obręczy marzeń") to dokument obrazujący historię z wczesnych lat 90-tych, w którym kamera towarzyszy dwojgu młodych ludzi chcących zawodowo grać w koszykówkę. Osobiste aspiracje, inspiracje, marzenia "co zrobią gdy już będą sławni". Dostanie się do odpowiedniej szkoły, spotkanie z idolem, treningi, i w końcu to co najważniejsze: mecze.


piątek, 11 lipca 2014

(felieton) Top 5 minusów w "Harry Potter i Insygnia Śmierci, part 2"


Uwielbiam ten film, obie części po trochu z tych samych jak i innych powodów. Na samym końcu tej długiej kinowej przygody dostałem obraz, który mnie kompletnie usatysfakcjonował, ładował moją wewnętrzną energię, natychmiast po skończeniu seansu chciałem kupować bilet na kolejny... Więcej, ta ekranizacja przeszła moje oczekiwania, wiele dodając i zmieniając. Finał jest bardziej dynamiczny, bohaterowie mądrzejsi, nastrój zahaczający o psychodeliczne klimaty... Było tak dobrze, że aż czułem szczęście oglądając go.

Co nie zmienia faktu, że tu i tam nie znalazł się błąd lub minus. :)

środa, 9 lipca 2014

(serial) Sześć stóp pod ziemią - sezon 3

Melodramata, 2003


Ten sezon ogląda się wyraźnie gorzej niż wcześniejsze (pierwszy pochłonąłem w trzy dni). Początek jest znakomity - do pewnego momentu. Cliffhanger z drugiego sezonu od razu zostaje tu wyjaśniony i to naprawdę był mocny cios w tył głowy. Gdy zobaczyłem jedno z pierwszych ujęć, wyłączyłem i nie mogłem dalej oglądać - musiałem zrobić sobie od razu przerwę. Myślałem, że twórcy poszli w kompletną zmianę gry, i teraz będzie on trudny do oglądania biorąc pod uwagę temat.

A potem się okazało, że jednak nie... i znowu nie... i znowu nie... Bardziej konkretnie nie mogę pisać. Ale gdy schizofreniczne sceny się skończyły, ja dalej czułem się, jakbym oglądał sen. Jakby na koniec tej i następnej sceny znowu miał być wielki szok - nie, to wciąż sen! Ale tak jednak się nie stało. A wrażenie pozostało. Z czasem trochę się rozmyło, ale nawet w 9 odcinku, gdyby miało się okazać, że te wcześniejsze 450 minut było "żartem", to i tak nie byłbym zaskoczony. Nie mogłem się wkręcić w nowe przygody bohaterów, potraktować ich poważnie, wczuć się i przejąć. Poziom zresztą też się obniżył - teraz jakby mniej rzeczy się zmienia z odcinka na odcinek, wszystko ma jakiś mniejszy ładunek... Claire miała jakiegoś chłopaka przez parę odcinków, o którym dopiero teraz sobie przypomniałem - był aż tak nieistotny. Potem zaczęły się studia i miała nowego bardzo artystycznego nauczyciela przestrzeni w sztuce, oraz znajomość z prawdopodobnie-gejem, Benem Fosterem. Ależ on ładny był. Co z Natem nie mogę wyjaśnić, ale Brenda na pewno wróci. Będzie smutna. Pojawi się nowy pracownik w firmie pogrzebowej, Arthur, który strasznie spodoba się Ruth. Pojawi się Kathy Bates jako Kathy Bates, również w roli reżysera paru odcinków. Nie ma tu wiele do wspominania pod względem historii.

niedziela, 6 lipca 2014

Under the Skin (7/10)

Surrealism & Psychological Drama, 2013


Zacząłem oglądać ten film wczoraj późną nocą, i to były idealne warunki. Holandia się bawiła z Kostaryką, a ja włączyłem na chwilę by zobaczyć, jak to wypada. Po chwili wstałem, by wyłączyć światła i kontynuowałem oglądanie w środku nocy. Byłem zaskoczony podwójnie, gdy zobaczyłem ten tytuł wymieniony w zestawieniu najlepszych obrazów ubiegłego roku - raz, że w ogóle "Under the Skin" powstało! Pamiętam, że zwróciłem uwagę na niego, bo Scarlett Johanson miała w nim grać, ale jakoś nic nie było słychać o nim... "Martwy tytuł" - uznałem. A tutaj niespodzianka. Tych zresztą przybywa w trakcie oglądania! Zupełnie nie byłem przygotowany, że pierwsze ujęcia będą kojarzyć mi się ze Stanleyem Kubrickiem i jego "Odyseją kosmiczną". Ta elektroniczna, eksperymentalna muzyka, ten powolny rytm, ten zagadkowy widok niejasnych kształtów wyłaniających się z czerni - absolutny szok!


sobota, 5 lipca 2014

Jodorowsky's Dune (6/10)

Movie Documentary, 2013


Wiadomo, że powstała "Diuna" Davida Lyncha, będąca adaptacją legendarnej powieści sci-fi Franka Herberta, i że spodobała się ona w przybliżeniu 14 osobom. Powstała w 1984 roku, jednak czy wiecie, że wcześniej miała powstać inna wersja, która zrodziła się w głowie słynnego ekspresjonisty, Alejandro Jodorowsky'ego? Dokładnie. "Jodorowsky's Dune" to ni mniej, nie więcej, tylko historia tamtych wydarzeń. Co było po tym, jak Jodorowsky stał się sławny po zrobieniu dwóch przedziwnych filmów, którymi chciał wprowadzić widzów w stan upojenia narkotycznego, bez jednoczesnego ich zażywania. "Diuna" miała być jego następnym krokiem po nakręceniu "Świętej góry", a ambicje reżysera sięgały najwyżej - chciał, by jego film wywołał rewolucję, zmienił świat.

Opowieść zaczyna się od początku - o czym pokrótce jest "Diuna", o problemach, wstępnych przymiarkach. Największą część dokumentu zabiera opowiadanie o zbieraniu ekipy - jak chciał, by Pink Floyd robiło soundtrack, ale na spotkaniu z nim jedli hamburgery, więc ich opierdalał. Jak zobaczył francuskie okładki wydań Asimova i innych autorów fantastyki, i stwierdził: "Chcę, by ten człowiek zaprojektował statki w moim filmie". Jak namawiał Salvadora Dali (!) na rolę Imperatora, i ten się zgodził pod warunkiem, że dostanie 100 tysięcy za każdą minutę na ekranie. Jak przekonał Orsona Wellesa do innej roli, zapewniając mu francuskiego kucharza na planie. Rozmach i pracowitość oraz upór pana Jadorowsky'ego zasługują na podziw.

piątek, 4 lipca 2014

(Felieton) Czy zakończenie The World's End jest dobre?

Komedia Wrighta to ciekawy przypadek. Jest to produkcja o grupie starych znajomych którzy wybrali się do rodzinnego miasteczka, by wypić w każdym barze w ciągu jednej nocy, i z każdą minutą z kina kumpelskiego przeobraża się w czarną komedię, by po jakimś czasie stać się dramatem, który śmieszy - w dobry sposób. Finał mający miejsce w tytułowym barze The World's End jest już gorzki i ponury, pozbawiony nadziei oraz happy endu. Wszystko co do niego doprowadza po drodze, szczególnie licząc od 30 minuty i sceny w łazience, to spoiler za spoilerem, którego nie można przekazać drugiemu człowiekowi - on musi to zobaczyć na własne oczy by w pełni przyjąć do wiadomości obraz całości. Bez uprzedzeń, z zaskoczenia.

środa, 2 lipca 2014

The Raid 2

Gangster Film & Martial Arts, 2014


Komandos Rama wraca, tym razem by infiltrować gang i robić za ochroniarza syna szefa mafii, Ucoka, który z kolei zajmuje się ściąganiem wyrazów wdzięczności - czyli haraczu. Pojawiają się tutaj jeszcze motyw relacji ojca-syna na poziomie osobistym jak i zawodowym (starszy planuje, jak tu zrobić z młodego następcę na stołku przywódcy). Jest również wątek rywalizacji między gangami, spisek by poróżnić je, kilku dodatkowych zabójców, którzy są równie fajni jak duet Chris Partlow i Snoop, oraz rodzina Ramy o którą ten się będzie martwić.

Względem pierwszej części jest to obraz wyraźnie lepszy - ambitniejszy, ciekawszy, zróżnicowany i rozbudowany. Jest tutaj parę intrygujących postaci, choćby syn szefa, Ucok. W scenie, gdy zaczął się znęcać nad prostytutkami to zapomniałem, że oglądam film. Musiałem sobie przypomnieć, że to jedynie fikcja. Przypominał mi w pewnym stopniu największego psychola w historii, czyli Catargię z "Babylon 5" - z tym, że Ucok to nie psychol, bardziej postać dramatyczna. W owej scenie nie było jakiegoś bicia, krwi, łamania kości - a jednak było to brutalne, i samo patrzenie potrafiło wywołać ból. Ten w ogóle znaczy cały film w sporym stopniu. Rama jako policjant pod przykrywką boi się o rodzinę, boi się, że go odkryją. Boli go, gdy by ochraniać mafię musiał bić się z innymi policjantami. W pewnym momencie zaczyna cierpieć z powodu zadawaniu bólu.

wtorek, 1 lipca 2014

(serial) Sześć stóp pod ziemią - sezon II

Melodrama, 2002


To co napisałem o pierwszej serii, mogę w zasadzie przekopiować tutaj. To dobry serial z własnym klimatem, stylem i poczuciem humoru. Postaci są niezwykle ciekawe i z przyjemnością ich poznawałem, słuchałem jak ze sobą rozmawiają - chociaż za wiele tutaj banalnego gadania podczas którego nic innego nie robią tylko siedzą. Sekwencje psychodeliczne, w których bohaterowie rozmawiają z duchami, będącymi tak naprawdę tylko projekcjami ich strachów lub odczuć, wciąż pasują bezbłędnie i są unikatowe. To co mi obiecano, to dostawałem w każdym odcinku i to chciałem otrzymywać.

O czym więc tu pisać? O postaciach napiszę raczej przy którymś kolejnym sezonie. O tym, o czym serial jest - bo tutaj to zaczęło się krystalizować wyraźnie nawet dla mnie - lepiej napisać po obejrzeniu całości. Teraz więc omówię pokrótce konstrukcję.

Z punktu widzenia koncepcji na każdy odcinek jest to bez wątpienia serial całościowy i zaplanowany. Wykonanie leży w rękach kogoś innego, i to wciąż kuluje, ale jednak pomysły były. I są znakomite, oraz jest ich bardzo, bardzo dużo. Ten serial to właściwie telenowela - nie ma tu większej dramaturgi, jeśli już pojawia się problem w stylu przejęcia przez konkurencję, to stoi on na równi z osobistymi problemami, i tak jak nad nimi można przejść, zająć się czymś innym. A tamto - "Jakoś to będzie, zobaczymy". Wątków jest tutaj wiele: szefowa konkurencji uosabiająca cały ten konflikt: korporacje kontra rodzinna firma. David będzie próbował z kimś innym, jego były chłopak Kieth będzie mieć problemy z nowym narzeczonym. Nate będzie coraz lepiej poznawać Brendę, ta z kolei będzie pisać książkę i zacznie znajomość z prostytutkę, co rozpocznie jej własną drogę by zacząć poznawać samą siebie. Claire będzie chodzić do psychiatry i zacznie zastanawiać się nad swoim przyszłym życiem. Ruth będzie sobie radziła z samotnością względem reszty rodziny, szukała pocieszenia we własnych ramionach, kontynuowała znajomość z rosyjskim sprzedawcą kwiatów. Federico będzie kupował dom i potrzebuje pomocy finansowej od Fisherów, do tego pojawi się pewien zaskakujący problem z jego znajomym... A tego jest więcej. Taki Kieth zastrzeli gościa gdy ten wyceluje w niego na ulicy, i będzie się martwił pójściem do pierdla. Do tego pojawi się na ekranie jego siostra oraz jej córka. Rosjanin okaże się mieć długi... Jest tego od groma, i wymieniłem wyłącznie drugi sezon, miejscami bardzo wybiórczo - w końcu każdy odcinek to kolejny klient. "Babylon 5" to nie jest, ale i tak robi wrażenie.

I każdy odcinek coś zmienia. Nie mam pewności, czy w każdym wątku czy tylko w większości, ale każde 50 minut jest istotne. Kolejny epizod musi się opierać na tym, co wydarzyło się wcześniej. Każdy coś kontynuuje i do czegoś dąży. I to jest naprawdę niesamowite, jak pogodzono zasady pisania scenariusza z odpowiednim wyczuciem. Te wielkie, istotne zmiany nie są takie wielkie, przychodzą naturalnie, można wręcz ich nie dostrzec. To takie rzeczy jak wspólne zamieszkanie razem. Pierwsze przemilczenie, gdy chce ci się krzyczeć, ale jednak tego nie zrobisz. Pierwsza myśl, by zrobić coś szalonego, którą natychmiast postać wyrzuca z głowy, ale ona wróci w następnym odcinku, tylko mocniej. Z punktu widzenia widza jest tu tylko życie. Niezwykłych ludzi tworzących oryginalną kombinację, ale jednak nie ma tu nic zbytnio odbiegającego od zwykłego życia u samych jego podstaw. Tylko postawa bohaterów je wyróżnia. Aż chcę klaskać po każdym odcinku.

Ulubiony moment: opening ostatniego odcinka. Pozamiatało mną... Na drugim miejscu Nate jedzący kolację na 3,4-Metylenodioksymetamfetaminie.
Sezon II - 7/10
Sezon I - 7-/10