środa, 27 lutego 2013

FLASH FORWARD / PRZEBŁYSK JUTRA

Sezon I, 2008-09


Dołączam do tych co chcą zobaczyć kolejny sezon. Krótka piłka. Wiecie, jak bardzo męczyłem się i zawodziłem na pierwszych odcinkach. Twórcy prezentowali minimalne ambicje, opowiadali tak, jakby w ogóle im nie zależało. Fabuła w ogóle nie posuwała się do przodu, ktoś ginął i guzik mnie to obchodziło, dochodziło do ważnego odkrycia a twórcom nie udało się najpierw mnie tym odkryciem zainteresować. Byłem absolutnie obojętny na dywagacje bohaterów i ich reakcje na to, że widzieli własną przyszłość. Miałem wrażenie, że w każdym odcinku zaczynają od nowa nad tym myśleć, zamiast kontynuować wnioski do których doszli wcześniej. Odkryli, że podobne zaćmienie wystąpiło już wcześniej. Przez ponad 5 epizodów zachowują się, jakby tego nie odkryli i słowem o tym nie wspominają.

Są takie momenty jak porywacz, który zaczyna tortury od słów: "Wyobraź sobie pole kasy wielkie jak pół stanu. Tyle dostaję, by z tobą rozmawiać". O, czyli będzie dobry? Przebiegły, podpuści go? Nie, wpieprzy mu, i zagrozi skaleczeniem przyjaciela. Tyle w temacie pomysłowości scenarzystów. Albo gdzieś polecą, dwoje bohaterów plus zastęp świeżo stworzonych ochroniarzy lub pilotów. Zgadliście, są tylko po to, by zginąć w tym odcinku. Bohaterowie też nie będą jakoś specjalnie zapadający w pamięć. Simon do końca będzie Charliem z "LOST", tylko inaczej ubranym i ogolonym na łyso. Główny bohater też będzie do końca sztywno zagrany. Takie rzeczy będą aktualne od początku do końca.

Ale co z tego zostaje na koniec? Nadmiar wątków, które są kontynuowane bo... zostały zaczęte. A że pierwszy sezon ma zakończenie w dniu, który wszyscy zobaczyli w futurospekcji, to trzeba wszystkich tam dostarczyć i pokazać, jak spędzili ten dzień. W efekcie widz przeskakuje np. na drugi koniec ziemii na kilka minut na odcinek. Żaden z tych wątków pobocznych nie jest związany ze śledztwem itd. Ale poza tym - serial jest naprawdę dobry. W zasadzie od środkowego, podwójnego odcinka, ale tak na 100% wszystko idzie dobrze od odcinka w którym w końcu są w Somalii. Fabuła jest kontynuowana, gdzieś dochodzą w kolejne odkrycia pewnych faktów naprawdę ciekawią i sprawiają, że chciałem zobaczyć więcej. Odkrycie osobowości Obiektu Zero? Miód. Jak przekazał wiadomość? Świetne. Odcinek w którym próbują ustalić kreta? Świetny. Kontakt z Frostem? TA MUZYKA! Cóż za napięcie i tempo. Wyjaśnienie, czy Dimitri umrze? Świetne. Finał sezonu? Fenomenalny. Wizje sprawdzają się albo i nie, ale podobało mi się jak do nich dochodziło, ich reakcja, że to właśnie ten dzień, ta chwila i... spełniła się. Albo nie. I ta niesamowita scena akcji w biurze...

Finał to rzecz, którą trzeba poznać. Choć gdzieś tam z tyłu głowy piszczy mi głosik, że scenarzyści wiedzieli, że to koniec pracy na serialem, więc napakowali tam wszystkiego pod sufit, bo nie mieli już gdzie tego umieścić. I dlatego wyszło tak oszałamiająco.

Z jednym ale - gdy je oglądałem, to stawiałem to zakończenie w czołówce. Nie zakończeń-podsumowań, tylko zakończeń - cliffhangerów. Coś jak piąty finał "LOST". Ale... gdy po paru dniach usiadłem do pisania tego tekstu, zauważyłem jedno: nie myślałem o tym co zobaczyłem przez ten czas. Wywołał wielkie emocje wtedy, i wywołuje je teraz, ale pomiędzy była cisza. Stawiam na to, że autorzy nie dali widzom jakiegoś pola dla wyobraźni. To jednak nie był 5 sezon "LOST". Tam mogło się wydarzyć absolutnie wszystko, i to było cudowne w tym zakończeniu. "Flash Forward" to nie ta klasa, tutaj wiadomo, że scenarzystów nie stać na absolutnie wszystko. Gdyby było spojrzenia do bunkra, to teraz mógłbym się zastanawiać: co jest w tym bunkrze? Ale tu żadnego bunkra nie ma. Nie wiadomo, co się wydarzy dalej...

Poplątane to wszystko. Serial jest ok, to porządny produkt, choć ja radziłbym darować sobie odcinki od 5 do 10.


7/10.

wtorek, 26 lutego 2013

(książka) PUSTYNNA WŁÓCZNIA - TOM I

Fantasy, 2010


Czyli kontynuacja "Malowanego człowieka". Pamiętacie Jardira, Abbana? Jacyś statyści, chociaż istotni. W tej części są bohaterami głównymi, od dzieciństwa do dorosłości. Dzieci Krasji, czyli mieszanka Islamu z treningiem marines w wersji hard. Jak są małe to się ich zabiera, trenuje, gwałci psychicznie i ogólnie wychowuje tak, by nienawidzili siebie, innych, pragnęli śmierci, zabijali się nawzajem, a przede wszystkim: by uważali to za słuszne.

I co ja mogę? Świat nabrał trochę barw autentyzmu, ładnie to sobie Bratt rozpisał, te stopnie w społeczeństwie, i ogólnie wszystko brzmi jak przewdziwa kultura. Jej mieszkańcy myślą inaczej, zachowują się inaczej, są inni. Nie ma w tym fałszu. Ale to po prostu skurwysyni i idioci, do tego religijni maniacy. Tego się nie da obejść, nawet jeśli Jardir naprawdę sam z siebie (ehe..) w to wszystko wierzy, w przeznaczenie, Everama itd. i podbój Zielonych Krain jako czegoś dobrego? Chuj mu w dupę. I dobrze, że ma żonę sukę, która nim manipuluje aż miło. Wszystko co mnie wiązało z tą postacią to nadzieja, że Jardir pójdzie do Miln, zobaczy Naznaczonego, ten go ujrzy, bez słowa ukręci mu łeb i pójdzie załatwiać jakieś istotne sprawy.

Ale to Brett. Potrafi tworzyć bogatych bohaterów i ciekawie o nich opowiadać. Jardir gdy zobaczy chin bijących się z demonami, uzna że nie są jego wrogami. Nie są chin. To nie tektura, tylko żywa postać, która myśli. To tyczy się każdego bohatera. Dzięki temu nadal czyta się dobrze pierwszą księgę. W drugiej akcja wraca do teraźniejszości, a raczej rok po zakończeniu "Malowanego człowieka" oraz walce o zakątek i wyruszeniu Jardira na podbój świata. W tym czasie ten ostatni posuwa się do przodu przez pustynię i dowiaduje się o tym, co się wydarzło wcześniej, z drugiej ręki. To bardzo przeze mnie lubiany zabieg narracyjny, sprawdza się naprawdę dobrze. Jednak wtedy również Leesha oraz Rojer będą głównymi bohaterami (ich losy będą opisywane na przemian z Jardirem oraz - rzadziej - Naznaczonym).

Spełniła się moja prośba i Rojer dostał więcej charakteru. Jego rola też wzrosła - pamiętacie, umie grać skrzypcami tak, by zahipnotyzować demony. W tej części stara się uczyć pozostałych tego daru, do tego wykorzystują go, by prowadził demonów na spacer po naznaczonych runami przedmiotach... Pewnie orientujecie się, jak cholernie to sprytne i ważne.~~

Co dalej? Koniec. "Pustynna włócznia" ma ponad 1000 stron, i wydawca słusznie zdecydował się podzielić ją na pół. Że znowu źle to zrobiono to inna sprawa.

Ocena końcowa jest jaka jest, pierwszej połowy nie czyta się z zainteresowaniem, bardziej jak czytadło które już się zaczęło więc z rozbiegu się je skończy.


6/10.

poniedziałek, 25 lutego 2013

(cute) SZTUKI WYZWOLONE


Comedy & Coming-of-Age, 2012



Lekki film o niczym, o wszystkim, i cześć. Gościu chodzi sobie w tunelu od jednej postaci do drugiej, wszystko jest proste, zorganizowane i dzięki temu składa się jakoś w całość. Jeden z tych filmów, w których bohater spaceruje po parku o 5 rano. Nie ma wokół ludzi poza tą jedną osobą, którą akurat spotyka.

Nie mówię, że to coś wielkiego lub niezwykłego, ale ogląda się przyjemnie. Film do jednego seansu, nie wracam do niego myślami, nic z tych rzeczy. Jesse ma 36 lat, odwiedza swojego nauczyciela ze Studiów gdy ten odchodzi z dotychczasowego stanowiska, tam poznaje Elizabeth (co to za wynalazek, dziewczyna dobrze wyglądająca ze spiętymi włosami? Oburzające !!), Deana - chłopaka z problemami, Nata - postać pojawiającą się całkowicie znikąd, odrealnioną tak bardzo, że Jessie zacznie się zastanawiać, czy skubaniec jest prawdziwy. Spotka też swoją ulubioną nauczycielkę od romantyzmu. Zacznie się zastanawiać nad swoim życiem, nad studiami, nad czym co go później spotkało, konfrontował to z przeszłością, dotrze do niego, jak stary naprawdę jest... Nic specjalnie zajmującego, Josh Radnor wie o czym mówił, ale nie opowiadał o tym w jakiś świeży sposób.

Fajne jest nie tyle to, jacy ci ludzie są, ale jak się porozumiewają, jak wygląda relacje między nimi... Cholera, Jessie i Elizabeth zaczną do siebie pisać w pewnym momencie listy! Zac Efron będzie chodził w tej szalonej czapeczce i gadał, że wszystko jest w porządku, Jessie oczu od książki nie oderwie... Fajno było.
Podobało mi się uczucie reżysera do książek. To samo miałem z "Malowanym człowiekiem".

Z drugiej strony, jakim trzeba być skurwielem, by gadać przez półtorej godziny: "To najlepsza książka w historii" lub "Ostatnie trzy strony miażdżą, ilekroć widzę ją w księgarni muszę je przeczytać" I NIE ZDRADZIĆ TYTUŁU?

Minusy? Jak był moment z książkami o wampirach, to... nie. Dziewczyna była fajna, a tu wyskakują, że czyta "Zmierzch". Nie, nie, nie. I gadali o tej książce, taka nierzeczowa dyskusja, szlag by to trafił.

Do powtórki za 15 lat.~~



7/10
http://rateyourmusic.com/film/liberal_arts/

niedziela, 24 lutego 2013

(naprawdę warto) ROBOT AND FRANK

Science Fiction & Buddy, 2012


Indie z USA, debiut reżysera i scenarzysty. Frank Langella, Liv Tyler i Susan Sarandon w rolach głównych. Przeszedł bez echa, sam się o nim dowiedziałem z podsumowania roku zrobionego przez Lindsay Ellis. U nas wydany na dvd parę dni temu.

Niedaleka przyszłość. Frank Langella gra ojca, którego reszta rodziny już opuściła. Odzywają się do niego, ale najbliżej ma syn, mieszkający tylko 10 godzin drogi samochodem od niego. Jest więc przeważnie sam, źle się odżywia, ma kłopoty z pamięcią które coraz bardziej dają sobie znać. Dostaje więc do pomocy robota.





Co się zdarzy potem, jak będzie wyglądać relacja tych dwojga, co kryje przeszłość Franka - cholera, jest tyle rzeczy których nie warto zdradzać... Przede wszystkim, nastawiłem się na smutny film, w którym bohater umrze na koniec. I wcale tego nie dostałem, to raczej lekki i pogodny film o przyjaźni - niezwykły, bo w głównym duecie ustawiono osobę starszą oraz robota. To naprawdę oryginalne i przyjemne w oglądaniu, bo zawierające sporo łagodnego humoru.

Na koniec są co najmniej dwie bomby emocjonalne, jedna to zwrot-nie-do-końca-fabularny. Ujawniona zostaje pewna ważna rzecz, która naprawdę szokuje. To wam obiecuję. Z minusów - pozostali bohaterowie będą ledwie zarysowani, sama historia będzie taka se, szczególnie wątek z tym dziwnym młodym nowobogackim, którego można znielubić w ułamek sekundy. Film trochę zwalnia przed samym zakończeniem, które jest... cóż... Warte zobaczenia. Ten film nie potrzebował zabijać nikogo by wywołać wielkie emocje.

Boże, jak mi się chciało płakać na koniec.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/robot_and_frank/


PS. Jake Schreier, Christopher Ford - czekam na wasz kolejny film!

sobota, 23 lutego 2013

Lot (7+/10)

Disaster & Legal Drama, 2012


Pamiętam, jak na przed premierze "Nędzników" zobaczyłem zwiastun tego filmu. Reakcja: "chcę to zobaczyć". Zasłużyli sobie, bym poświęcił na to swój czas. Dziś już się chyba nie robi dobrych zwiastunów, "Lot" jest wyjątkiem. Na tyle mocnym, że przetrwał zalew przeciętnych ocen i recenzji, ja nadal chciałem go zobaczyć.

Cholera, jakie to było dobre!

Pierwsza scena - Denzel Washington w roli pilota Whipa Whitakera, budzi się rano w pokoju hotelowym. Odebrał telefon. W tym czasie kobieta obok wstała i poszła do łazienki. Pierwszy szok - Zemeckis to genialny reżyser. Najlepszy reżyser roku, a co. Nie wiem, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem. Czy może dlatego, bo te wszystkie "Powroty..." i "Forresty" widziałem tak dawno - w czasach, gdy myślałem, że reżyser to ten co lata z kamerą? Czy po prostu dopiero teraz to w sobie rozwinął?
Ale tutaj wszystko było perfekcyjne. Sam bym usunął tylko postać Johna Goodmana - taka trochę Deus Ex Machina, która była właściwie niepotrzebna. Każdą scenę z jego udziałem można by rozwiązać inaczej, bez niego, a i poważny, surowy klimat by nie opadał wtedy.

Poza tym - nie mam się do czego przyczepić! NAWET NIE CHCĘ!

Zemeckis osiągnął tutaj klimat pozornego wyciszenia, spokoju, ciszy (w znaczeniu dźwięków tła). Przez cały film dzieje się mnóstwo, napięcie kipi w każdej sekundzie - cały czas coś z tyłu głowy pika, oznajmiając: "Zaraz coś się stanie" lub "Coś się dzieje, tam, dalej". O co chodzi - wiadomo, film jest o katastrofie samolotowej. Whip obudził się pijany, wypił, wciągnął, na pokładzie po wystartowaniu też wychylił. Sprzęt nawalił, maszyna zaczęła pikować, a Whitakera dokonał cudu i posadził bydle na niezamieszkałym terenie. Zginęło jednak 6 osób (na ponad sto) i jeśli udowodnią mu, że prowadził pod wpływem, dostanie dożywocie.



Cała historia ma bardzo powolną, szczegółową narrację. Nie ma pośpiechu, przy zmianie lokacji bohaterowie nie znajdują się od razu na miejscu tylko najpierw tam dochodzą pieszo (np. długim korytarzem). Atmosfera rośnie, a każda scena wybrzmi tak jak potrzebowała. I cały czas aż do końca widz trzymany jest obok wydarzeń - bo tak naprawdę cały kraj, wszystkie media, chcą wiedzieć: co tam się stało? Jak to wyglądało? Whip cały czas ich unika, zmienia miejsce pobytu. Właściwą sprawą zajmują się adwokaci i inni ludzie pracujący w jego imieniu. Jak wszystko aktualnie wygląda, Whitaker dowiaduje się z telewizji, z wiadomości na sekretarce, z rozmów z wspomnianym adwokatem. Wszystko co dociera do widza to uczucie presji i nieuchronności tego, co musi nastąpić. Z wierzchu są spokojne rozmowy, bardzo rzeczowe i cierpliwe, ale słychać jak wielkie są emocje które pod nimi się kryją. Czuć, że każde zdanie było przemyślane. Miałem tą świadomość, że wszystko tu jest istotne, a jedno słowo może o wszystkim zaważyć. Bohaterowie zachowują się tak, jakby od tego zależało ich życie. I więcej.

Do tego uwaga widza jest skupiana gdzieś obok, nawet w tych mniej istotnych scenach. Wracając do początku - wtedy Whip rozmawiający z byłą żoną przez telefon jest oddalony, a kamera na to nie reaguje. Reaguje za to na ubierającą się obok kobietę, która chodzi obok, zapala papierosa, zakłada majtki. Z punktu fabularnego nie ma to znaczenia aż do końca filmu, wtedy jeszcze liczył się tylko ten klimat - błogości, przebudzenia się po wypoczętym śnie - w którym kolejny teksty Denzela płyną razem z całym obrazem, a w tle słychać tylko dźwięki urządzeń lub ulicy. Doskonała scena.

Scena katastrofy. Kolejna doskonała scena, trwające 10 minut apogeum każdej jednaj zalety jakie ten film ma. Reżyser idealnie wyśrubował rosnące napięcie które opadło dopiero na koniec, scenarzysta idealnie wszystko zróżnicował (ten samolot spadał przez 10 minut, rozumiecie to?). Dał każdej postaci jakiś cel, dodał do wszystkiego nieprzytomną stewardessę której ciało idealnie podkreślało każdą zmianę pozycji samolotu. I przede wszystkim - stworzył postać Witha, najbardziej opanowanego pilota jakiego w kinie zobaczycie. Człowiek ten zapanował nad wszystkim, nie pozwolił zawładnąć emocjom ani nad sobą ani nad ludźmi w swoim otoczeniu. I zrobił, co musiał zrobić (ważne - widać, że on faktycznie wykonuje swoją robotę, pilotowanie takiego odrzutowca to nie tylko kwestia podciągnięcia drążka).

Serce mi waliło jak... bardzo mi waliło. Najlepsza scena katastrofy od czasu "Titanica"? Zatonięcia statku z "Życia Pi" nie liczę, tam to było bardziej metafizyczne i baśniowe doświadczenie. Zemeckis poszedł w realizm, i osiągnął wiele.

Ręka mi drżała po tej scenie. Serio.



Długa ta notatka. A u mnie budzi się ten sam syndrom co przy "Avengers", chcę każdą scenę opisać, opowiedzieć co w niej mi się tak bardzo podobało, napisać jeszcze kilka słów o głównym bohaterze... To był bohater, nie ma wątpliwości. O tym, że zachował spokój umysłu to już wspominałem, ale pierwsza rzecz jaką zrobił, po opuszczeniu szpitala? Opróżnił wszystkie butelki alkoholu, tzn. wylał do zlewu zawartość. Każda szkocka, browar, czysta, poszło w cholerę. I kiedy tylko pojawiała się jakakolwiek możliwość, że wróci do picia - ja tego nie chciałem.
Tylko do jednego mam wątpliwości, mianowicie: With coś za lekko prowadził samochód pod wpływem. Nigdy wprawdzie nie widziałem, jak ktoś naprawdę prowadzi po wypiciu alkoholu, ale tutaj wyglądało to właściwie tak, jakby był całkowicie trzeźwy. Może był na tym poziomie, na którym dopiero po wypiciu jest się trzeźwym?

Brawa dla Zemeckisa, dla Denzela, dla Johna Gatinsa (scenariusz), oklaski dla Dona Burgessa za zdjęcia.
http://rateyourmusic.com/film/flight_f2/


*więcej napiszę w podsumowaniu Oscarowym. Tutaj mi te zdania jakoś nie pasują.
PS. Przy pisaniu słuchałem coveru "Cortez The Killer" do Dave Matthews Band.

piątek, 22 lutego 2013

(koniecznie) SEARCHING FOR SUGAR MAN

Music Documentary & Biography Documentary, 2012


Dokument o muzyku imieniem Rodriguez, który wydał dwie płyty, zebrał pozytywne recenzje, "pisał lepiej niż Bob Dylan", a potem minęło 40 lat i nikt za cholerę nie wie, co się z nim potem stało. Dawno temu ktoś pojechał do RPA z jego płytą, spodobała się, ale nie mogli jej kupić, więc od niego ją przegrali... I tak pirackie kopie rozeszły się po drugim końcu świata, zyskując coraz większą popularność. W końcu jeden z drugim pomyśleli - "Hej, kim w ogóle jest ten gość, którego każdy słucha od ponad 40 lat?"

Tak zaczęło się śledztwo kilku niezależnych od siebie ludzi, którzy jako wskazówki mieli tylko okładkę, logo wytwórni i kilka wersów z jego piosenek. Oraz plotki, jakoby to podpalił się na scenie i umarł. Do listy pytań takich jak "Czemu nie zyskał popularności w USA?" lub "Czemu nigdy nie dowiedział się o sukcesie który odniósł w RPA?" trzeba było dopisać: "Jak zginął?"

Historia jest niesamowita, a słuchanie o wpływie tych piosenek na losy mieszkańców RPA to naprawdę niezwykle doświadczenie. Niby piosenek tylko się słucha, a ich wartość zazwyczaj jest indywidualna, a tu dla wszystkich zaczęła znaczyć to samo. Niezwykłe. Z całości oczywiście można wyciągnąć podstawowe wartości, by być po prostu dobrym człowiekiem. Jako dokument - film na medal, po seansie ma się świadomość, że właśnie poznało się coś wartego poznania.

Zresztą, w pewnym momencie mówi się, że wtedy każdy miał w domu trzy płyty - "Abbey Road", "Bridge Over Trouble Water" oraz "Cold Fact" Rodrigueza. Ktoś dziś ma w domu nawet te dwie pierwsze? Lub w ogóle zna te płyty?

Macie to w dupie? Też w porządku, bo sama muzyka jest warta poznania. Cały film jest przeplatany fragmentami około 20 piosenek, i to zostaje w pamięci. Nawet jeśli nie ze względu na tekst to z powodu głosu Rodrigueza. Poważnie, świetnie się tego słuchało.



7/10
http://rateyourmusic.com/film/searching_for_sugar_man/

Wygrałem wszechświat!

Nie pamiętam, co było pierwsze. Jeden znajomy mi kiedyś napisał, że na stronie z której można pobrać "Stalkera", ktoś w ramach opisu dał moją recenzję tego filmu.




Bez słowa, kto jest prawdziwym autorem. Innym razem - dostałem wiadomość, że publikuję swoje recenzje na innym portalu. To oczywiście nie byłem ja, tylko ktoś o moim nicku, który dodał moje recenzje i posty z forum, a w nagrodę od tegoż serwisu dostał film. Na filmwebie jest przynajmniej Dorota, która nie chciała przepuścić mojej recenzji "Ratatuja", gdy ją wcześniej opublikowałem na stronie swojego gimnazjum. Musiałem zapewniać, że ja to ja. I to rozumiem.

Parę dni temu dostałem newsa, że zacytowano mnie w gazecie.

xDxDxDxD

Na przełomie grudnia i stycznia zmęczyłem się filmwebem, przeniosłem się na bloga, i jest mi tu dobrze. Wcześniej zostawiłem tylko krótkie wyjaśnienie, m.in. że przestała mi pasować społeczność tamtego portalu: "Przestałem należeć do tej społeczności, która już na dobre zaczęła się składać chyba wyłącznie z ludzi którzy chcą innych denerwować, spamerów, pustych kont psujących rankingi, komputerowych analfabetów nie mających zamiaru nigdy w życiu skorzystać z opcji "szukaj", oraz "elity", która co prawda nie umie uzasadnić własnej opinii ale to wcale jej nie przeszkadza wymagać od wszystkich, by się z nią zgadzali". I ten fragment poleciał do "Dziennika Bałtyckiego", w artykule o wiarygodności ocen w recenzjach (było o tym, że ktoś zamawiał w gazecie recenzje książek na 5 gwiazdek).

http://imageshack.us/a/img407/6538/img035h.jpg (skan owego artykułu, trzecia kolumna na dole)

Miło mi, nie powiem. Jestem miło zaskoczony, nie zaprzeczę. Ale poza tym, to udowodniono moją rację - "wszystko co napiszę przestaje należeć do mnie". Myślicie, że ktoś się wcześniej do mnie odezwał? Z zapytaniem, czy może? A skąd. Teraz publikuję na blogu i dopiero teraz teksty należą do mnie. A przynajmniej w większym stopniu.

Poza tym bym się zgodził, gdyby chociaż ktoś mi na maila wysłał pytanie. Czemu miałbym się nie zgodzić, nawet za darmo?

wtorek, 19 lutego 2013

FRINGE / Na granicy światów

Sezon I, 2008-09


To był jeden z pierwszych tytułów, które mi polecano po skończeniu "LOST". Podchodziłem do pilota bodaj z trzy razy w ciągu tych kilku lat, za każdym razem nie pociągnąłem dalej niż do 20 minuty. Problemy z nim miałem liczne: trwa ponad 80 minut. Po drugie: znowu jest katastrofa samolotu. Tym razem wprawdzie od środka, i pasażerowie raczej zginą na miejscu, a wehikuł wyląduje dzięki autopilotowi na lotnisku w Niemczech, ale do skojarzenia miałem prawo. I to nie był dobry, wciągający opening. Był ciekawy, był w porządku, ale to nie był poziom "LOST".

Do tego dochodzi fakt, że to nie do końca miał być serial ciągły. Rzecz miała być o detektywach i każdy odcinek miał się skupiać na oddzielnym śledztwie, obok których miała być fabuła łącząca wszystko w całość. Do tego nie podobał mi się pośpiech w przedstawieniu głównego bohatera i jej dziewczyny, a przy trzecim podejściu doszedłem do momentu w którym Michael Giacchino coveruje własne "Hollywood and Vines" z "LOST: Season 1".

Na szczęście okazuje się, że głównym bohaterem jest ta kobieta, jej ukochany idzie szybko do piachu (co nie znaczy, że znika z tej opowieści na dobre), a śledztwa może i kończą się wraz z odcinkiem, ale wpływają one na świat, na bohaterów, na całość, i nie da się tego oglądać od środka. Wszystko prowadzi do finału, który powoduje... zaniemówienie. Tyle powiem.

I nie mam tak naprawdę nic do samej konstrukcji "1 odcinek = 1 śledztwo", bo w tym serialu wszystko kręci się wokół pseudonauki, czyli mutacji, manipulacji cząsteczkami i masą innych skończonych głupot, które autorzy wciskali mi z pełną powagą... I nawet często wychodzili z tego z godnością. Serio, byłem w stanie uwierzyć, że teleportacja lub czytanie w myślach jest możliwe. Że gadali bzdury? Nie wiem, jestem idiotą, więc nie mogę mieć pewności. Ale nawet jeśli - umieli to wykorzystać, by opowiedzieć niesamowite historie z gatunku Sci-Fi. Cel uświęca środki? Czemu nie, to tylko serial. Nie jest tak, że biorę to za prawdę i solidne fakty.

Jedno, czego żałuję, że opening pilota jest taki przeciętny. Bo w kilku kolejnych odcinkach openingi są o wiele lepsze, i zatrzymują przy monitorze na te 50 minut. Szybki przykład: opening drugiego odcinka. Obejrzyjcie go, po prostu. 3 minuty samego napięcia.

http://www.youtube.com/watch?v=2VJHlp2ByqE

A to mój faworyt wśród openingów, gość jedzący kanapkę i niewiele więcej:

http://www.youtube.com/watch?v=s_8dO1bUTVQ



Początek sezonu to świetne odcinki, nawet Pilot jest w porządku, nie miałem ich dosyć i często oglądałem więcej niż jeden dziennie. Gdzieś w połowie twórcom przestało iść ze środkiem odcinka. Początek był obiecujący, a koniec intrygujący, ale środek był już... taki se. Często bez problemu przerywałem seans by zrobić coś innego. Dopiero w finale się to zmieniło (na lepsze).

Bohaterowie. Olivia ma większość czasu rozpuszczone włosy, więc ok. Peter i Walter, czyli syn i ojciec, też są świetni. Nadal nie wiem wiele o tym pierwszym, a ten drugi nadal nie pamięta wszystkiego o sobie i swoich badaniach (17 lat spędził w szpitalu psychiatrycznym, który go zepsuł). Świetne połączenie, świetnie wykorzystano też motyw naprawiania relacji ojciec-syn. Poza tym kupa śmiechu z nimi, Walter cały czas zdaje się bardzo łatwo odrywa od rzeczywistości, i w trakcie robienia autopsji może stwierdzić, że ma ochotę na tort kawowy. Peter z kolei, to jak połączenie postaci serialowej ze sceptycznym widzem, który ogląda serial i go komentuje na bieżąco. Zawiłe? Przykład: Peter o czymś słyszy, np. o tym, że możliwe jest czytanie w myślach. I to natychmiast komentuje, że to przecież niemożliwe, a następnie zaczyna z tego żartować w sarkastycznym tonie. Cały czas również podkreśla absurd każdej sytuacji, w której on - międzynarodowy oszust, jego ojciec - genialny naukowiec który postradał zmysły - współpracują z FBI nad rozwiązywaniem tajemniczych zdarzeń. Świetny koncept na postać, bardzo dobrze wykonany.


Wady są liczne, poczynając na chaosie i dużej ilości rzeczy które się dzieją, postaciach które coś robią, ale giną i nie zdążą wyjaśnić swojej roli we Wzorze, albo powiedzieć czegoś konkretnego. Zawsze tylko: "Niedostrzegasz wszystkiego" lub "Nie rozumiesz, co właśnie zrobiłaś!". A bohaterka nie jest gotowa, by usłyszeć jakiekolwiek odpowiedzi od przełożonego. Czyli widz również nie jest. Często przeszkadzało mi, że np. czyjaś ucieczka nie jest kontynuowana w następnym odcinku, tylko powiedzmy: 4 epizody dalej. A w międzyczasie zachowują się, jakby tej ucieczki nie było.

Poza tym... W kilku początkowych odcinkach bardzo natrętnie przypomina się widzowi, kto kim jest i o czym jest serial. Wiecie, jakby komuś nie chciało się oglądać pierwszych 8 odcinków to w 9 mu się wyjaśni.

Czekam na kolejny sezon i kolejne odpowiedzi. I więcej Obserwatora. Kto by pomyślał, że grając obok Lance'a Reddicka można nadal być najbardziej charakterystyczną twarzą w produkcji? I to będąc białym. Pozostałych też chętnie zobaczę.


7/10.

poniedziałek, 18 lutego 2013

(ciekawy) OSLO, 31 SIERPNIA

Psychological Drama, 2011


Chłop idzie nad rzekę. Bierze kamieć wielki jak skurwysyn. Wchodzi do wody. Coraz gębiej, aż znikają wszystkie bąbelki. Popełnia samobójstwo? Ćwiczy siebie? Trudno zdecydować, bo po chwili wychodzi, wszystko na jednym ujęciu, w plenerze. Jak na Dogmę 95 nic niezwykłego, right? :)

Anders ma 34 lata i uważa, że nie może zacząć od nowa. Właśnie skończył odwyk, wraca do życia, do przyjaciół. Stara się o pracę.


Jest tylko jeden bohater - dobry, ale nie aż tak, by wynieść film na jakiś spektakularny poziom. Historia jest dobra, angażuje - gdy bohater poszedł na jakąś imprezę i wypił tam kieliszek szampana, ja od razu pomyślałem: to jego pierwszy trunek od 10 miesięcy. Pierwszy kontakt z alkoholem i używkami w ogóle. Ale to i tak znana historia, do tego prosta. W sumie jest tylko jeden konflikt (bohater kontra on sam). Dialogi ze spotkanymi ludźmi są naprawdę świetne. Na przykład wtedy, gdy Thomas gdzieś na początku dowiaduje się, że jego przyjaciel rozważa samobójstwo - świetna rozmowa, naprawdę. Reszty nie chcę zdradzać. Na uwagę zasługuje też finałowy mastershot, trwający prawie 8 minut.

Doceniam ten film. Ale z rezerwą.


6/10

niedziela, 17 lutego 2013

(!!!) NA SREBRNYM GLOBIE

Science Fiction & Psychological Drama, 1977-1988


To co najmniej trzy filmy w jednym. Fabuła sama w sobie, opowieść o kinie i jego możliwościach, opowieść o jego powstawaniu. Samo czytanie o tym, jak powstawała ta niesamowita historia, prawdopodobnie najlepsza tego typu. Oparte wszystko na historii prekursora polskiego sci-fi, którego stryjeczny wnuk w 1977 zaczął adaptować - oczywiście na swój język kina. Kina opętanego, szalonego, wysokobudżetowego. Miejsca kręcenia - od Bałtyku, przez Wieliczkę i pustynię Gobi, po Kaukaz. Dwa lata pracy po których wszystko zniszczono, a film zniknął - zgadnijcie z czyjego rozkazu. Dopiero ponad dekadę później pozwolono Żuławskiemu dokończyć pracę, jednak ten nie mógł tego zrobić (z powodu choćby śmierci kilku aktorów). Zamiast tego dał przypadkowe ujęcia z Warszawy i innych miejsc Polski, do których dodał własny głos z OFFu, wyjaśniający co tam miało być.

A informuje o tym na samym początku filmu. Głosem z OFFu, zgadza się.

Ale po więcej szczegółów sięgnijcie sami. Ja bym musiał wszystko po prostu skopiować ze stron, na których omówiono ten film, bo nie ma tam słowa zbędnego. Na przykład, dopiero teraz się dowiedziałem, że uwielbiane przeze mnie "Opętanie" Żuławski napisał pod wpływem depresji i myśli samobójczych, właśnie wywołanych przez decyzję o anulowaniu jego dzieła, które w momencie premiery mogłi być bardziej rewolucyjne od "Star Wars".

A czemu w ogóle zajrzałem na stronę z takimi informacjami? Bo guzik z filmu rozumiałem już po kilkudziesięciu minutach, i musiałem chociaż zarys fabuły poznać. Kamera jest dzika, bohaterowie mówią jedynie z użyciem poetyckich zdań takich jak:

- Musimy przedostać się na drugą stronę.
- A jeśli tam nic nie ma?
- ...Musi być!
- ...Tak... Masz rację. To ja wciąż zapominam, że wiem wszystko, a nie rozumiem niczego.

...(#@%@^@$^#@$?!

Wszystko tu jest inne, to kraina do której nie jestem przyzwyczajony. To język, którego nie znam, to stan umysłu w którym się nie odnajduję. Tutaj warto zaznaczyć - to że film jest niezrozumiały, nie znaczy, że niemożliwe jest jego zrozumienie. Po przeczytaniu zarysu fabuły wyjaśniło mi się całkiem sporo, i generalnie było lepiej - choć seans nadal był ciężkim doświadczeniem. Z jednej strony męczył, z drugiej gdy widzę ten film to czuję, że to jest kino kompletne i niczego już więcej nie trzeba.

Jedno zdanie dobrze zapamiętałem - "bohaterowie mówią tak, że tylko Żuławski rozumie w pełni o czym mówią". To też na mnie działa, bo to pewnie prawda. Sam wiele tekstów piszę tak, że miejscami sam muszę sobie przypomnieć, co miałem wtedy na myśli. To ciekawy zabieg, tworzyć tak, by jedna z warstw była dostępna tylko dla autora.

Kiedyś powtórzę sobie ten film. Gdy będę lepszym człowiekiem. Żuławski po tym filmie awansował u mnie do czołówki ulubionych reżyserów, obok Tarra i Leone. Prowadzenie aktorów, współpraca z operatorem, jego psychodeliczny styl, umiejętność panowania nad naprawdę monumentalnymi scenami, i przede wszystkim: on bije mnie po głowie możliwościami kina, nawet jeśli spoglądam na ekran przez minutę. To co tu się dzieje przez tą minutę, autentycznie mnie rozwala.

Ale scenarzysta chyba z niego nie najlepszy. Własny styl swoją drogą, ale tak niezrozumiałe wprowadzenie nawet w podstawy historii to spory minus. Kto wie jednak, co będzie po powtórce.

Wszyscy: Chuja nie recenzja, Garret
Garret: No.

Przyznaję, film zadziałał na mnie na wielu poziomach. Kilka z nich nie zalicza się do prostej relacji film-widz.



8+/10

http://rateyourmusic.com/film/na_srebrnym_globie/

sobota, 16 lutego 2013

(dobre) SPRAWCY NIEZNANI

Commedia all'italiana & Heist Film, 1958


Kto by pomyślał, że we Włoszech kręcono coś poza dramatami o ludziach zmuszonych przeżyć za mniej niż 3000 lirów? "Sprawcy nieznani" to typowa historia z gatunku "heist film", ale opowiedziana w humorystyczny sposób. A jak wiadomo, gdy przychodzi kogoś okraść, sposobów na gagi znajdzie się całe mnóstwo...

Żart przetrwał. O tym mogę na 100% zapewnić - nie wyobrażam sobie, że ktoś przebrnie przez seans bez uśmiechu na ustach. Od samego początku, czyli od zbierania ekipy - ktoś tam zagaduje dzieciaki na podwórku pod blokiem:
- Znacie faceta imieniem Mario?
- Tu mieszka z tysiąc o takim imieniu.
- Ale ten jeden jest złodziejem!
- To nadal daje tysiąc.



Albo scena napadu na lombard, w której bohater z bronią ukrytą w gazecie podchodzi do okienka i mówi do lichwiarza:
- Poznajesz to?
A on spogląda, nie orientując się, że to napad. I bierze od niego pistolet, przygląda się i mówi:
- Tak, to barreta. Zaniedbana. Dam za nią 1000 lirów.
Mina bandyty - bezcenna.

Sam końcowy napad, od momentu zrobienia dziury w ścianie, to kawał przesympatycznego kina, który zapamiętam na długo. Pikne to było, jak zaczęli jeść tę fasolę... O końcowym podsumowaniu w gazecie nawet nie trzeba wspominać ~~

Nie jest to typowa komedia, w której kolejne sceny służą tylko okazjom do żartów, jest raczej na odwrót. To z historii wyciskano żarty, przez co nie ma ich jakoś dużo. Ale jak już są, to działają co do sztuki. Jeśli miałbym coś zarzucić, to dosyć bezbarwni bohaterowie. Raczej ich nie zapamiętam. Jednego grał Mastroianni, i tyle.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/i_soliti_ignoti/

czwartek, 14 lutego 2013

(niezłe) TO WŁAŚNIE ANGLIA

Coming-of-Age, 2006

Lata 80, Anglia, tyci gniewny wracając ze szkoły do domu natrafia na grupę dużo starszych od siebie ludzi i... zakumplował się z nimi. Bohater w wieku 7-8 lat, oni mniej więcej 18 lat. Niby lubię takie historie (serial "Cougar Town", w którym rozstrzał między Travisem oraz resztę postaci wynosił ok. 20 lat), jednak tutaj... To było dziwne. W każdym stopniu, od "po prostu dziwne", gejowskie, przez niepokojące i w końcu zacząłem wyczekiwać wątku seksualnego.

I go dostałem. LOL.

Grupa całkowicie akceptuje bohatera, razem spędzają czas i ogólnie bawią się miło. Fabułą jest tu dorastanie bohater, nie ma jakieś konkretnych zdarzeń na celu. Młody ogoli głowę, wejdzie w konflikt z matką, ta się zdenerwuje... Jednak bohaterowie umieją między sobą rozmawiać, nawet gdy w pewnym momencie ktoś zacznie gadać o głupich ludziach walczących o Falklandy, to bohater na niego skoczy by bronić imienia ojca który tam zginął... I ta druga strona spokojnie z nim o tym porozmawia. Wielki plus filmu, bo i tematy będą poruszane sporego kalibru.



Ale... to nadal dziwne, te relacje między bohaterami. W końcu zrozumiałem, co z nimi nie tak: większość z postaci nie ma charakteru, osobowości. Bohater, oczywiście ma go mnóstwo. Kilku z dorosłych też jakiś tam ma. Ale dominująca większość z nich go nie ma, dlatego nie mogłem uwierzyć w ich przyjaźń, wydawała mi się trochę plastikowa i cukierkowa. Jakby zaraz mieli wyskoczyć i go zgwałcić z tekstem "A co myślałeś, że my tak na serio?", ale nigdy do gwałtu nie dochodzi.

Bohater w końcu dorasta, pewien drobny dramat się wydarzy, poleci mnóstwo świetnej, nikomu nieznanej muzyki... Na koniec film jest pozytywny. Mógłby być lepszy i tyle.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/this_is_england/



Drużyna pierściania



"Drużyna pierścieni" (wersja reżyserska, 3h48, licząc z napisami końcowymi trwającymi 27 minut) - 6,5/10. Ależ ja muszę lubić ten film. Nie ma tego co trzeba, a i tak osiąga co zamierzało. To będzie długa notatka, zawierająca spoilery. Wersji reżyserskiej nigdy nie widziałem, choć ta kinowa jest chyba najczęściej przeze mnie oglądaną z całej trylogii. Ostatni raz widziałem ją jednak z 6 lat temu? I teraz zasiadłem do direct cuta, wiele rzeczy oceniając na nowo. Może dlatego, że byłem dzieckiem wiele z nich mi nie przeszkadzało, może więcej akceptowałem biorąc historie takimi jakie są, ale dziś ma się to nieco inaczej.

Od samego początku - nie kupuję konceptu z pierścieniami. Kompletnie. Kto je wykuł, jak one działały, czemu je noszono, co one dawały, niby jak wywołało to wojnę? Dosłownie pierwsza minuta filmu i już jest amatorsko.
Dalej - czemu tylko Frodo jest odporny na jego urok? Czemu Sam tak bardzo chce go ochraniać, że nawet zaryzykuje życie by to kontynuować? Złożył obietnicę, tylko tyle. Bez przesady... Większość postaci leży, są płaskie i służą niewolniczo u autora historii.
Orły to wiadomo.
Większość relacji między postaciami też leży. Nigdy nie zrozumiałem tego szacunku, który wszyscy od początku mieli do Froda i hobbitów w ogóle. Zawsze było to dla mnie wymuszone strasznie. Gdy Frodo budzi się w Rivendall i Sam do niego przychodzi, cieszy się, że żyje, uśmiecha się... I już po 2 sekundach widać, że nie ma tam co robić, o czym pogadać, nic. Zero relacji.

Różne nielogiczności i chamskie pójścia na skróty. Wielkie straszne duchy, które będą Froda ścigać po wszeczasy... znikają w połowie filmu. Znajdą ich, ale Aragorn jednemu rzuci pochodnią w twarz i po sprawie, ten się rzuci na swoich i wszyscy będą razem płonąć. Ok. Ale jest jeszcze ten nieszczęsny cios którego Frodo nieprzeżyje... Spoko, cięcie montażowe i już przeżył.
I tu zaczynam pisać o tym, o czym wspomniałem na początku: emocji nie powinno być. Seans nie powinien ekscytować. Bohaterowie to marionetki, ich relacje są płaskie, oni sami są właściwie nieśmiertelni i ani przez sekundę się o nich nie martwiłem. Nawet gdy w Morii zostali otoczeni przez ten tłum wrogów, czyli byli w sytuacji bez wyjścia, oni i tak wyszli z tego cało. A potem skakali po tych wąskich schodach pod ostrzałem i też nic im nie było... Chociaż może to jest i sposób, stawiać przed nieśmiertelnymi zadania niemożliwe do wykonania.

To nie powinno działać. Ale działa. To strasznie dobrze się ogląda, każdą scenę i każdą postać. Czułem do nich sympatię i miałem przyjemność z oglądania ich przygód. O pracy kamery nie będę pisać, choć jestem za nią wdzięczny, to samo z pomysłową stroną wizualną i koncepcyjną, bo o tym wszyscy wiedzą i trudno się tym nie zachwycać (poza kilkoma wyjątkami - wejście do Morii to kpina). Wiedźcie tylko, że i ja się tym zachwycam, po prostu.

Jak pisałem, kinową wersję widziałem dawno, więc nie jestem do końca pewny w kilku przypadkach, miejcie to na uwadze. Przede wszystkim, chyba tylko w tej wersji są zarysowane relacje między postaciami. Wciąż tylko zarysowane, ale jednak są i dużo wnoszą. Rozbudowana jest postać Boromira, jego marzenie o Białym Mieście. Gandalf ostrzega przed nim Froda, w innej scenie opowiada o Gullumie. Gdy Gandalf umrze, sporo o tym rozmawiają. Nawet obłęd Boromira wydaje się bardziej zrozumiały na koniec. Decyzja Frodo o pójściu samemu też. Aragorn pozwalający mu na to... nadal nie rozumiem. Obecność Merry i Pipina też nadal niejasna. Ale i tak, wersja reżyserska daje dużo. Teraz obok wielkiej pasji do tego świata i jego historii dodano bliższe spojrzenie na bohaterów tej opowieści i ich uczuć. Zresztą, ile z tych moich 10 ulubionych momentów zawarto w całości w wersji kinowej? Trzy lub cztery.


10) Boromir mówiący: "They have a cave-troll". Sposób, w jaki to mówi...;3 Tak, pierwszy raz bez lektora oglądałem.
9) Sam starający się ułożyć zwrotkę na temat fajerwerków Gandalfa, ku pamięci o nim.
8) Pierwsza prezentacja Dwarrowdelf, dzięki muzyce to moment równy pierwszemu ujrzeniu Hogwartu.
7) Przebiegnięcie przez most Khazad-Dum, zamieniające się nagle w jedno ujęcie...
6) Cała sekwencja na początku, opowieść o Hobbitach i cały strumień magii Shire wylewający się na widza. Świetny początek.
5) Boromir rozmawiający z Frodo o śmierci Gandalfa
4) Gandalf uczący Frodo, że nie może ot tak sobie życzyć komuś śmierci. "Wielu zasługujących na nią żyje, wielu niezasługujących na nią nie żyje. Umiesz im ją zwrócić?"
3) Boromir mówiący o tym, co usłyszał w głowie, gdy spotkał się z Galadrielą. Moment, dzięki któremu za każdym kolejnym seansem będę za nim tęsknić. Wiedząc, że ta postać umrze, czułem do niej o wiele więcej gdy słuchałem jego myśli i przeczuć.
2) Galadriela rozmawiająca z Frodo o jego misji. Uwielbiam koncept na tę postać, zrobiono z niej pół-człowieka, pół-portret na ścianie. W jednej chwili przemieszcza się bezszelestnie, by zaraz potem zastygnąć i obserwować Frodo, nieważne gdzie pójdzie i kiedy się odwróci, zawsze napotka jej wzrok skierowany bezpośrednio w niego, mimo że cała reszta jej ciała w ogóle się nie poruszyła. Ale to przede wszystkim jedyna scena, w której Frodo ma wątpliwości, widz poznaje jego uczucia itd. Dopiero na koniec jak stoi nad rzeką, i wspomina słowa Gandalfa, udaje mu się przekonać samego siebie, że musi to zrobić.
1) Śmierć Boromira. Ale tylko dzięki tym poprzedzającym dodatkowym scenom.

Na pewno obejrzę ten film jeszcze wiele razy.

środa, 13 lutego 2013

U TELEWIZJI POLSKIEJ BEZ ZMIAN

Jak się pewnie kilka osób ostatnio domyśliło, popełniłem zbrodnię której jako Polak powinienem się wstydzić. Zacząłem oglądać stację, która obraża i olewa widza, wyzywając Polaków od najgorszych, domagając się jednocześnie by pozwolić im okradać obywateli tego kraju... W skrócie, oglądałem TVP.

"Flash-forward", cienki serialik ale wciąż budzący ciekawość wystarczającą, by obejrzeć kolejny odcinek. W końcu całościowy, nastawiony na fabułę. Koncept serialu to zjawisko zaćmienia - cały świat stracił w tym samym czasie przytomność na dokładnie tyle samo, i teraz "starają się dojść, co się stało"< jak brzmi oficjalna wersja. W praktyce jest trochę inaczej, ale co będę ludzi zniechęcał.

W każdym razie, nadawali po 2 odcinki w środy o 22. 2 tygodnie temu był mecz Barcelony z Realem, więc przesuneli seans o godzinę do przodu. Tydzień temu - mecz Polski z Irlandią, znów o 23 się zaczęło. Dziś zakończyłoby się o 3 w nocy. Gdyby w ogóle został nadany. I tak miało być, ale niestety (?) w ogóle go nie będzie. Za tydzień? Też żadnej wzmianki. Na stronie tvp cisza. Przecież serial miał tylko 700 tys. widzów, na pewno się domyślą sami, na kiedy przełożono emisję serialu.

I tu powinienem wybuchnąć z wściekłości. Zue tvp, nie szanuje widza!... Czy jest w tym kraju ktoś, kto tego nie wie? Więc po co o tym pisać? Może zamiast tego, po prostu będę pomstować na tvp, że przerwała nadawanie serialu dokładnie w połowie bez oświadczenie, niczym Smuggler wiele lat temu, który w tekście zatytułowanym "P**** POLSAT" gromił stację ową za numer który wywinęła z serialem "24" (zmienili datę emisji, a na dodatek pominęli jeden odcinek). Że wykasował cały program i go już nie będzie oglądać. Ale ja i tak nie oglądam telewizji.:) Tvp miało tę jedną szansę, bym to zmienił chociaż raz i tak ją wykorzystała. Oni na tym stracą, ja obejrzę serial we własnym zakresie. Po co mam się denerwować?


Dawno nikt nie pisał nic o tvp, więc jakby ktoś miał wątpliwości, czy coś się u nich zmieniło - nie, po staremu jest.:) Możesz oglądać coś innego ze spokojnym sumieniem...


1/10.

;-)

wtorek, 12 lutego 2013

W bagnie Los Angeles (7/10)

Neo-Noir & Mystery & Thriller, 1995


Carl Franklin po raz drugi, tym razem opiera się na scenariuszu własnym aniżeli autorstwa B.B. Thorntona. I od samego początku czuć, że to nie jest film gorszy od "One false move". Chwila nawet może być nawet lepszy.

Czołówka, pierwsze ujęcie na czarną dzielnicę, w tle - mississippi blues, jakby od samego Roberta Johnsona. Bohaterem jest Easy Rawlins, który po wojnie radzi sobie jako tako w USA lat 40 (temat rasizmu na szczęście nie jest istotny lub duży). Widz poznaje go, gdy w barze rozmyśla, gdzie będzie szukał pracy następnego dnia. Znajomy barman zapoznaje go z pewnym człowiekiem - ten zleca bohaterowi odnalezienie pewnej kobiety. Płaci za samo wskazanie gdzie jest. Łatwa kasa.


Klimat cudowny, "LA Noire" i jeszcze bardziej, widać klasę i pewność reżysera. Bohater z charakterem. Dialogi, intryga - świetna. Łatwo połapać się w tłoku i przebiegu zdarzeń. Całość opowiedziano dobrze, dając sobie trochę czasu by widz wszedł w ten upalny klimat, poczuł czarną kulturę i nie tylko.

Nie ta sama klasa co "Tajemnice LA", ale też warty uwagi. Jeśli ktoś lubi dobre kino z tego gatunku.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/devil_in_a_blue_dress/

OSCARY - KRÓTKI METRAŻ ANIMOWANY

1. Po uszy (Timothy Reckart, Fodhla Cronin O'Reilly)
2. Adam and Dog (Minkyu Lee)
3. Fresh Guacamole (Pes)
4. Simpsons: The Longest Daycare (David Silverman)
5. Paperman (John Kahrs)


Gdy pisałem o "Paperman" miałem w planach zrobić niniejszy wpis następnego dnia, ale jeszcze nie było w necie wszystkich tych produkcji. Konkretnie, dwóch najlepszych. Dopiero wczoraj dostałem powiadomienie o nich, więc dziś zamiast o reżyserach Oscarowych będzie o shortach.

"Po uszy" - cudowny drobiazg. 10 minut opowieści o małżeństwie żyjącym w przedziwnym świecie, gdzie grawitacja jest odmienna dla każdego z nich. Ona żyje na suficie, on na podłodze. Albo odwrotnie? Obraz wytłumaczy to lepiej niż słowa.


Czemu nie poświęcam temu oddzielnej notki? Bo to warto odkryć samemu, czego metaforą jest ta grawitacja, w jaką historię się to rozwinie, jakie będzie zakończenie? Niby nic wielkiego, wszystko będzie skromne, ale jednocześnie jakie satysfakcjonujące i piękne! Jedyny tytuł w tym zestawieniu o którym piszę: obejrzyjcie go!

"Adam and Dog" to najdłuższy filmik - trwa 14 minut - i jest prostą historią z ładną animacją. Relacja człowieka prehistorycznego i pierwszego psa, i łatwe do przewidzenia (po tytule) rozwinięcie. Nic wartego uwagi. "Fresh Guacamole" to 2 minuty abstrakcyjnej animacji poklatkowej, w której ktoś robi sałatkę. Zabawna, pomysłowe i kompletnie bezcelowe. Sałatka skończona i koniec filmiku. Podobny zarzut w stronę "Simpsons: The Longest Daycare", w którym Meggie leci do jakiegoś żłobka chyba, 5 minut później kończy się i tyle. "Paperman" to jedyny tytuł, do którego poczułem negatywne emocje.

Kominek stwierdził, że wygra ten ostatni, bo Akademia - podobnie jak on - pozostałych tytułów nie widziała. Trudno się nie zgodzić.

Dziwne tylko, że nie załapała się "Luna" Pixara pokazywana przed "Brave". Równie pomysłowa i rozczulająca jak "Po uszy", miałbym naprawdę poważny problem z wytypowaniem faworyta.

piątek, 8 lutego 2013

COUGAR TOWN (MIASTO KOCIC) - SEZON I

Komediowy, 2009


Zastanawialiście się kiedyś, czy ulubiony serial Abeda faktycznie istnieje? Albo co Bill Lawrence porabia po zakończeniu "Scrubs"?

Odpowiedź brzmi: Tak.

"Cougar Town" to typowy sitcom - 24 odcinki, każdy po 20-kilka minut, bez większej ciągłości fabularnej, każdy odcinek to oddzielny wątek. Motyw dominujący - dorośli po 40-tce, czyli: główna bohaterka, która zaszła w ciążę ze swoim pierwszym, a teraz są po rozwodzie, a ich syn ma już 18 lat. Ich sąsiad, mężczyzna po rozwodzie który kilka razy w tygodniu przyprowadza nową młodą dziewczynę której później już nie spotka. Sąsiednie małżeństwo z małym synkiem, niemowlakiem, którego matka jest przyjaciółką od zawsze na zawsze głównej bohaterki.

Hm, wyszło trochę smutno. Więc dla porządku - nie wyrabiałem ze śmiechu miejscami, a całość obejrzałem w kilka dni.

Największa atrakcja? Zobaczyć jak ci ludzie na koniec stanowią zgraną paczkę, jak osobnicy tak różni wiekowo wygłupiają się razem. Travis, 18letni syn bohaterki, jego wesoły ojciec i przyjaciel na zawsze tego drugiego, czyli Andy, oraz sąsiad z naprzeciwka, czyli Grayson.
Przez cały sezon widziałem to samo - żart za żartem w zabójczym tempie. Tak wysokim, że po odcinku uśmiech nie chciał mi zejść, ale też nie bardzo pamiętałem, z jakiego powodu. Nie mogłem wymienić jednego żartu, albo jak już jakiś wspominałem to miałem wrażenie: "Nie... to jeden z tych gorszych". Przez cały sezon może mam z 5 momentów, które wspominam, i są to raczej te z końcówki.~~ Przemowa Travisa na koniec liceum i jak przedstawiał pozostałym swoją rodzinę, jak Bobby został zakopany w piasku, jak Grayson udekorował dom Ellie, scena z podnoszeniem szczęki... No, kilka jeszcze bym mógł wymienić, przyznaję. Ale były ich setki.

Oczywiście, jak był jakiś moment dramatyczny to go zapamiętałem. Wszystkie... dwa. A może był jakiś trzeci? W każdym razie, ulubionym jest odcinek, w którym Travis wyjeżdża na studia i Jules (jego matka) uświadamia sobie z całą mocą, że on ją opuszcza. Ulubiony tekst: "Najgorsze w byciu dojrzałym jest to, że ma się te same marzenia co 10-20 lat temu".

Ogromnym plusem są bohaterowie i ich relacje, w pełni szczerzy, zrelaksowani w swoim towarzystwie, akceptujący się nawzajem. Piękne zjawisko. Mogę śmiało zrobić ranking ulubionych postaci: 1) Grayson, 2) Travis, 3) Andy, 4) Bobby. A co z kobietami? Cóż...
Serial dosyć brutalnie stawia sprawę jasno: kobiety w wieku 5 lat znajdują wszystkie swoje wady, chowają je przed światem, hodują aż do ślubu, a dla pewności kilka lat dłużej, i wtedy dopiero pokazują, jakie są naprawdę, dumne z każdej swojej wady. I póki traktować je jako postaci, jest bardzo śmiesznie. Ale Jules jako czyjaś matka? Nie życzyłbym tego najgorszemu wrogowi. Żyłby w takiej agresji, że byłby jeszcze gorszy. Z Laurie dałoby się wytrzymać, gdyby w sali było jeszcze z 50 innych ludzi i kontakt z nią byłby niemożliwy. A Ellie... to Ellie. Co tu dodawać? Jest najbardziej z siebie zadowolona.

Bardzo fajny serial. Z pewnością obejrzę kolejny sezon.


7+/10.

czwartek, 7 lutego 2013

(broni się) PIENIĄDZ

Crime, 1983


Gdyby zatrudnili tutaj aktorów, byłoby naprawdę dobrze! Poważnie, Bresson mógł w końcu nakręcić ciekawy film. Zamiast tego uznał, że zatrudnienie naturszczyków którzy grają gorzej od przedszkolaków (bo są o 20 lat za starzy na takie rzeczy) będzie krokiem w stronę naturalności. Gdybam se, ale film jest wręcz żenująco źle zagrany. Nikomu tam się nawet nie chciało grać, Arnold się zawsze przynajmniej starał, ale u Bressona widać nawet tyle nie trzeba.

A co jest dobrze? Zaczyna się od dwójki znajomych, którzy idą do sklepu by wydać tam fałszywy banknot. Sprzedawczyni się nie kapnęła, tamci se pojechali a wieczorem właściciel zrobił raban, że do takiego numeru doszło. I tu zaczyna się ciekawie: postanawia puścić feralny banknot w dalszy obieg. Lawina ruszyła.



To naprawdę trafia do oglądającego, obserwowanie jak drobne wykroczenie pociąga za sobą kolejne, a każda kolejna osoba na to pozwalająca dokłada od siebie kolejną ciegięłkę która będzie jej ciążyć na sumieniu do samego końca. Który niekoniecznie jest odległy.

W sumie - myślę nawet, że film trafiłby do kogoś, kto sam by chciał spróbować dla jaj podrobić jakiś nominał. Obejrzałby i stwierdził, że mowy nie ma. Nie za taką cenę.

Film naprawdę się broni, mimo rażącej amatorszczyzny w realizacji. A to dużo!


5/10
http://rateyourmusic.com/film/l_argent/

wtorek, 5 lutego 2013

(książka) TRAFNY WYBÓR

Obyczajowa, 2012


Charles Tatum by powiedział: "Barry Faibrother nie żyje. Możecie już iść do domów". Jednak ta historia nie ma swojego Chucka, jedynym mu podobnym był właśnie Barry, po śmierci którego wydarzą się różne rzeczy, a ich osią będzie świeżo zwolniono po Barrym miejsce w radzie miejskiej.
Sam Barry mimo odejścia na kilku pierwszych stronach, będzie uczestniczył w historii niemal do samego końca. W ten czy inny sposób.

Ponoć ma z tego powstać serial telewizyjny, więc to nieco mi ułatwia sprawę pisania. Bo gdybym miał wskazać reżyserów, którzy powinni współpracować ze sobą przy pracy nad filmowym "Trafnym wyborem", wskazałbym na (nieaktywnego już zawodowo) Belę Tarra, Mike'a Leigh oraz nieżyjącego Roberta Altmana. Cała konstrukcja tej historii to wielka-mała mozaika, rozpisana na kilka tygodni oraz około 15 postaci których losy przecinają się, uzupełniają, tworząc razem spójną historię. Bohaterowie z początku żyją oddzielnie, lub w grupach zupełnie się nie stykających ze sobą nawzajem, z czasem jednak ktoś tam zaprosi na kolację, ktoś pójdzie do kogoś by prosić o pracę, albo wyjdzie na zaplecze by zapalić i tam też kogoś spotka. Przykładowa scena: starzejące się małżeństwo zaprasza na kolację przyjaciela oraz jego nową dziewczynę, na chwilę pojawia się i zostaje na dłużej ich znajoma. To razem pięć osób jedzących wspólną kolację, znajoma w końcu wychodzi źle się czując, więc znajomy ją odprowadza do końca ulicy. Z okna widzi ich kolejna postać, sąsiad, i zaczyna podejrzewać u nich romans. Każda z tych postaci to pełnoprawny bohater z krwi i kości, z własnymi myślami i przeżyciami które go ukształtowany, by teraz on kształtował tę historię w swoim zakresie. To typowy Altman i jego "Nashville" chociażby.

Nie piszę o postaciach nie używając ich imion nie ze złośliwości, ale dlatego, że istotne w odbiorze całości jest samodzielne poznanie bohaterów. To jest atrakcją samą w sobie, to jak autorka głęboko kreśli swoich bohaterów, jak wiarygodnie i z namysłem. Jednak tu wchodzi Bela Tarr i fakt, że całość jest napisana wybitnie niefilmowym językiem. Jest tu mnóstwo scen, w których przez 5 stron postać nie robi nic, tylko, na przykład - idzie ulicą. Ewentualnie pali papierosa przy tym. Narrator oczywiście wykorzystuje ten czas, by opowiedzieć kim jest bohater, opisać jego tok myślowy i system wartości.

Heroina zabrała matkę Krystal tam, gdzie nic nie mogło jej dosięgnąć. Wprawdzie w odpowiedzi Terri nazwała córkę zdzirą i kurwą, ale wydawała się przy tym nieobecna i obojętna. Krystal dała jej w twarz, a matka kazała jej spierdalać.

To już stary dobry Leigh, opowiadający o ludziach z dna, codzienności lub osobnikach złych nie z wyboru, choć świadomie. Autorka zdradza motywacje większości postaci, które z boku są złe ale gdy już się pozna to wypada się zastanowić, czyja to wina, że są źli. Najczęściej odpowiedzią pozostaje brak siły, by być kimś innym. To zresztą bardzo w stylu Tarra.

Jeśli miałbym coś zarzucić tej książce, to byłby to brak tła. Miasteczko nie jest duże, ale niema tu jakiegoś płynnego przejścia między bohaterami głównymi a całą resztą. Trochę to sztuczne, że każdy zna tu każdego, podobnie jak czytelnik. Jest szkoła, i wszyscy zachowują się, jakby tam było tylko ilu - czterech uczniów? Cała reszta jest ignorowana, ale o tych czterech można cały rozdział napisać.

I... tyle. Nie ma tu jakichś mocnych momentów (poza jednym, gdy Krys ponownie spotyka się ze swoim małym bratem), nie ma tu katharsis na koniec, nie ma scen które zapadają głęboko w pamięć i przytłaczają swoją monumentalnością (jak np. rozmowa ojca z synem na koniec "Na wschód od Edenu"). Nie jestem niezadowolony, że ją przeczytałem, ale mam świadomość, że koniec końców to będzie raczej statystyka w przeczytanych niż ważny moment. Sprawnie napisana, z wieloma kreatywnymi momentami, i warta przeczytania. Pierwsze 100 stron - niewiele do mnie trafiało. Ostatnie 150 stron już przeczytałem ciurkiem. Dobra. z wyjątkiem samej końcówki, epilogu. Tam już tempo zwolniło.

Trudno mi wyłuskać z tego jakiś morał, bo chyba wszystko brzmiałoby jak banał. Nie znaczy to, że nie warto tego robić, zgłębić przeszłości bohaterów i znaleźć ten decydujący moment który zadecydował o pozostałych. Co wtedy robili i jakim wartościom zdecydowali się hołdować, nawet jeśli nieświadomie.

I mam nadzieję, że Gai oraz Andrew się ułożyło. Plus dla tego drugiego, że zastanawiał się w Przedziałku nad tym, czy możliwe jest rozdzielenie piękna duszy od piękna ciała, czy to możliwe, że pod taką twarzą skrył się ktoś... Inny.
Spróbujcie opowiedzieć to za pomocą kamery, powodzenia.



7/10.