wtorek, 30 października 2012

WILLY WONKA I FABRYKA CZEKOLADY

Musical & Family, 1971


Świetne kino familijne.

Pierwowzór filmu Burtona opartego i tak na książce. Ironia polega na tym, że ta część bardziej skupia się na Charlie'm niż remake zatytułowany "Charlie i fabryka czekolady", który z kolei skupiał się na Wonce...

Różnic jest więcej - najpierw wyglądało to bardziej jak "Igrzyska śmierci", czyli pół filmu na komentarz społeczny a drugie pół na konfrontację. Pierwsze skojarzenie, stfu. Losy biletów które zostały ukryte w batonach są śledzone przez cały świat, w telewizji gada się tylko o nich, nawet pojawia się coś na kształt Koreańskiego przywódcy który okłamuje ludzi, że to jego naród zdobył wszystkie medale na Olimpiadzie, bo to wspaniały naród. Generalnie się zabijają o te bilety, choć jednocześnie nie ma tego co u Burtona, czyli ludzi próbujących przekupić Charliego by zdobyć jego bilet. Hm.

Sama fabryka to paradoksalnie ciekawsze miejsce niż w tej nowej wersji. Wszystko wygląda trochę surowo, tekturowo, ale klimatu jest więcej. Proste sztuczki: Wonka wprowadza gości do pomieszczenia a to okazuje się być bardzo małe. Zdziwiony przeciska się między nimi szukając drzwi a ostatecznie wraca do punktu wyjścia i mówi: "o, tu są". Otwiera je a tam zupełnie inny pokój niż ten z którego przyszli. Działało u Meliesa, działa w '71 roku.

Cały film jest wypełniony świetnym humorem i klimatem z tych naprawdę dobrych bajek. Gene Wilder przecudny, ze swoimi ironicznymi spełnieniami próśb rodziców ("Proszę jej coś powiedzieć!; Nie rób tego. Przestań.") oraz poetycznymi tekstami i wrzucaniem płaszczy do mikstury, by ją ocieplić. Zakończenie również mi się podobało, zdecydowanie lepsze niż w wersji Burtona.

Generalnie film jest miodny, a jedyny minus to piosenki. Klasyczne, ale... to piosenki. To zawsze jest słaby moment filmu. Można wyskakiwać z "Once" i tak dalej, ale reguła jest niezmienna dla większości, a "Wonka..." jest w niej. Na dodatek, piosenki te są całkowicie przypadkowe. Pierwsza jest na początku, gdy grupa dzieci kupuje słodycze po szkole. Wcale jej nie powinno być, niczego nie zmieniła, nie służyła niczemu. Dalej jest np. śpiewanie matki do syna, by pozostał sobą. Problem w tym, że syn na samym początku idzie w cholerę i znika zanim piosenka dojdzie do połowy. A matka śpiewa dalej. Nawet jak syn robi już cokolwiek innego na drugim końcu miasta ona wciąż śpiewa.

Albo to: dziadek wstaje z łóżka... I Śpiewa. Czy w ogóle byście się spodziewali w tym momencie piosenki? :/

Stopowały film. Gdybym oglądał film w tv, wyszedłbym z pokoju i zrobił sobie np. kanapkę.


7+/10.


http://rateyourmusic.com/film/willy_wonka_and_the_chocolate_factory/


http://www.youtube.com/watch?v=7PJPJy00514
http://www.youtube.com/watch?v=sz9jc5blzRM - pewnie najbardziej pamiętny z tych drobnych momentów filmu.:)

czwartek, 25 października 2012

SPONSORING

Drama, 2011


Gośka, ja cię lubię, naprawdę..

Ale czemu ten film wygląda jak czyjeś wyobrażenie o prostytucji zamiast kogoś kto poznał ten temat?

Pierwsze 15 minut filmu sprowadza się do dwóch pytań:
1) Kto w takich warunkach uprawia seks?
2) Jaki dziennikarz kupuje sobie taki wielki monitor? Mało kto ogląda filmy na takim ekranie, a ona używa go do pisania. Jakby była grafikiem komputerowym to ok, ale pisać na tym? Kto tak robi?

W ogóle wszystko tu jest tak banalne, że wręcz niemożliwe. Wszystkie prostytutki są ładne, wszystkie sceny seksu wyglądają jak wyglądają (białe, czyste, delikatne), co jakiś czas pojawi się logo Apple'a, każdy sprzęt jaki na ekranie zobaczycie warty jest więcej niż wasz komputer... a w środku tego wszystkiego znikąd pojawiają się te dwie dziwne sceny, czyli nauka przeklinania po polsku (nie wiem, co było gorsze: uczenie czarnego rasistowskiego tekstu czy fakt oglądania kobiety mówiącej takie rzeczy) oraz sikanie na prostytutkę, po czym następuje... granie dla niej na gitarze. Randomiada totalna.

Największy dramat? Przewracający się słoik czy inna butelka na drzwiczkach lodówki. Tragedia. I ja wcale nie żartuję.


4/10.

http://rateyourmusic.com/film/elles_f1/

środa, 24 października 2012

Moonrise Kingdom (7+/10)

Adventure & Coming-of-Age, 2012


"Czemu się śmiejesz? To nie jest śmieszne"

Wes Anderson w kilka minut wsysa widza do swojego świata, zdobywając sobie jego zaufanie aż do końca seansu. Po raz kolejny całkowicie pochłonęła mnie abstrakcyjność jego spojrzenia na historię którą opowiada i ma moje zaufania do wszystkiego. Jeden z bohaterów mógłby gdzieś zadzwonić, i w tym czasie na scenę mogłaby wejść inna postać, przynieść sobie krzesło, usiąść naprzeciwko tej pierwszej, wyciągnąć z kieszeni komórkę i odebrać od niej telefon, a ja bym się na to zgodził. U Andersona wszystko jest trochę dziwne, trochę niezwykłe, trochę oryginalne. Nawet proste bajki dla dzieci.

"Moonrise Kingdom" (lub jak wolą polscy tłumacze: "Aligatory jedzą śniadanie na Jowiszu" - czy jakoś tak, w każdym razie w ogóle nie odnoszące się do filmu lub oryginalnego tytułu, bo ten stanowi nazwa własna pewnego miejsca które odwiedzą bohaterowie, więc nie powinno się jej tłumaczyć) opowiada o parze dzieci. Ona ucieka z domu, on z obozu harcerskiego, wykonując przy tym numer ze "Skazanych na Shawshank" z sobie tylko znanego powodu. Razem wyruszają na podróż przez Wyspę, przez lasy, ku zatoce o nazwie... Etam, nie jest istotna. Bohaterowie nazwą ją po swojemu.

Kamera porusza się jak po sznurku, niczym w starej grze przygodowej pokroju "Mysta", od jednego miejsca do drugiego, przy każdym zatrzymując się na chwilę. W openingu każde ujęcie kończy się kamerą zwróconą w dziewczynkę patrzącą na nią przez lornetkę. Bohaterowie zachowują się w dziwny, niezręczny sposób, nie pasujący do ich wieku, mówią na tematy niecodzienne, ale wiecie co? Gdy trafi taki na sobie podobnego to przestaje być odmienne, a staje się naturalne. Generalnie film opowiada o dorosłych skonfrontowanych z dziecięcą miłością, z dwojgiem ludzi za młodych by być choćby nastolatkami a już czującymi miłość do siebie nawzajem, uświadamiając mimochodem wszystkim wokół jak naprawdę wygląda ich życie i czego w nim brakuje. Wszystko jest tu miniaturą o wiele większego świata - jest tu tylko jedna rodzina, jeden policjant, jeden ksiądz który jednocześnie jeszcze inną rolę. Każdy z bohaterów ma imię, ale jest ono nie istotne - chyba nikt nie zwraca sę tu do siebie po imieniu. Opieka społeczna to tak naprawdę jedna osoba, a cały teren ma kilka kilometrów powierzchni w którym jednocześnie nie brakuje miejsc odosobnionych. Duży, sprawnie działający świat któremu niczego na pozór nie brakuje, a okaże się, że brakuje bardzo dużo.

Anderson opowiada więc o miłości... Czymkolwiek ona jest. Film o tym nie mówi, właściwie to tak naprawdę jedyną wskazówką jest to, że miłość jest wtedy gdy jesteś z kimś najszczęśliwszy na świecie... Dziecinne? I takie jest. W końcu to bajka o dzieciach z ich perspektywy. Nie ma tu dramatów, reżyser pozwala miłości przetrwać choćby w tej ostatniej formie jaka w tym niewielkim świecie została. Cały film jest przyjemny i sprawia, że się człowiek uśmiecha. I to nie za sprawą żartów - choć nie mogę ukryć, jest bardzo zabawny. Ale ja miałem na myśli inny rodzaj uśmiechu.
http://rateyourmusic.com/film/moonrise_kingdom/

Frances McDormand: Czy obchodzi się, że twoja córka uciekła z domu?
Bill Murray: To podchwytliwe pytanie.

A Kara Hayward za 10 lat będzie jak Scarlett Johannson, tylko lepsza. I będzie grać w Avengers... eee... Siedem. W "Avengers 7". Tak.

NIESAMOWITY SPIDERMAN

Superhero & Teen Movie, 2012


Świetne postaci i dobór aktorów... ale gdzie akcja?

Reboot trylogii Spidermana zapowiadał się bardzo obiecująco. Nie żeby był potrzebny, bo to co Raimi zrobił było przynajmniej zadowalające w przeważającej części, ale zawsze można podejść do tematu w nowy sposób. Ot, choćby poprzez pokazanie przemieszczania się Spidermana po Nowym Jorku z perspektywy jego oczu. Wyobraźcie sobie: patrzycie jego oczami, jak niemal dosłownie lata po jednym z największych miast na Ziemi. To właśnie obiecywał zwiastun, czego trzeba było więcej? Co się mogło nie udać?

Marc Webb zaczyna swój film od pokazania dzieciństwa Petera Parkera, który teraz zostaje odstawiony przez rodziców do swojego wujka i ciotki - wtedy też widział ich po raz ostatni. Następnie już w teraźniejszości widzimy, jak Peter jako nastoletni uczeń stara się poznać jednego z przyjaciół jego ojca. To w jego laboratorium zostanie ukąszony przez pająka, przez co pozyska kilka specjalnych mocy - jak umiejętność chodzenia po ścianach, wyczulone zmysły i szybszy refleks. Jednym słowem, stanie się Spidermanem.

Widać więc, że to nie remake "Spidermana" z 2001 roku, tylko dosłowny reboot całej serii. Sporo rzeczy jest tu inaczej, począwszy od tempa opowieści na postaciach kończąc. Od początku: człowiek-pająk nie od razu postanawia być superbohaterem. Najpierw jedynie szuka tego jednego, który zabił mu wujka, wszystko jest bardzo osobiste. Najpierw w kapturze, dopiero gdy od jednego bandyty usłyszy "Znajdę cię!" zaczyna używać maski. Właściwie to chyba w całym filmie nie uznaje, że jego misją jest ratowanie miasta - nawet samego terminu "Spiderman" używa się w tym filmie tylko kilka razy, a pierwszy będzie dopiero w jego drugiej połowie!
Co się tyczy postaci - tu jest naprawdę ogromna różnice. W ogóle nie ma Mary Jane, zamiast niej rolę "dziewczyny Spideya" przypada Gwen Stacy - a ta zamiast zwisać z mostów i drzeć się o pomoc woli sama o siebie zadbać, a w międzyczasie czarować widza, bo sympatia wręcz bije od niej. Wnosi sporo do historii, jej relacja z Peterem naprawdę może się podobać, jest po prostu pełnoprawną postacią. Sam Peter też się zmienił, jest bardziej naturalny, zwykły i przyjemny w odbiorze. Dosłownie od pierwszej sceny, w której jakaś dziewczyna na korytarzu w szkole go zagaduje. Wspominam o niej, bo już w niej można było wiele zepsuć, można było pójść w standardowe rozwiązanie, czyli: najpierw bohater napala się, że dziewczyna do niego zagaduje, robi ten głupi uśmiech, podrzuca sobie wyżej plecak na ramieniu, wiecie, albo przeczesuje sobie włosy. Wszystko po to, by potem gdy okaże się, że dziewczyna wcale go nie podrywa, móc zrobić smutną minę, zgarbić się, wybąkać jakieś "och", żeby widz zrozumiał kontrast i było mu go żal. Tego w ogóle nie było, mimika Garfielda w tej scenie prawie w ogóle się nie zmieniła, ale efekt i tak był zrozumiały. Ale różnica polega na subtelności.

Nawet na drugim planie wiele wysiłku włożono w postaci wujka Bena i cioci May. Dla przykładu, wujek potrafi porozmawiać ze swoich siostrzeńcem, dać mu przykład, przemówić do rozsądku, wesprzeć. Gdy Parker po ukąszeniu wraca do domu i na oczach wujostwa obrabowuje lodówkę, jego wujek komentuje: "On je twoje pulpety. Nikt ich nie lubi". Na co ciotka: "Dlaczego mi nigdy nie mówiłeś, że ci nie smakują? Robiłam je od 36 lat, ile razy ci je przyrządziłam?".

A więc wszystko pięknie, do tego momentu trylogia Raimiego nie ma nawet startu do wersji Webba. Bohaterowie, relacje między nimi, rozwój psychologiczny, wszystko świetnie... Do czasu, gdy minie jakaś połowa filmu i zniecierpliwiony widz zacznie coraz bardziej dziwić się, jak niewiele jest w tym filmie scen akcji. Takiej typowej akcji-akcji, z pościgami, pojedynkami i bujaniem się na linie. Tego jest tak niewiele, że aż trudno w to uwierzyć. To przecież "Spiderman"! Z widokiem z pierwszej osoby!

Prawda jest jednak taka, że wspomnianej perspektywy użyto w całym filmie na krótko w jakichś trzech scenach. I to dosyć przypadkowych, nie miały za zadanie uatrakcyjnić tego, co obecnie widz miał zobaczyć. Do tego nie ma żadnych płynniejszych przejść między nimi a resztą ujęć, żadnego zbliżenia na ramię Spidermana lub coś.

Kiedy jednak akcja trwa, to jest wykonana dobrze. Bohater porusza się z gracją po wszystkim co się da, różne rzeczy latają, inne zostają rozwalone... ale nie ma niczego, co byłoby warte zapamiętania. Poza sceną, w której nagle zacząłem słyszeć muzykę klasyczną i zobaczyłem na pierwszym planie starszego bibliotekarza w słuchawkach, a za nim w tle Spidey tłuk się z Lizardem. To było przekomiczne.

Ale to wciąż ekranizacja "Spidermana". Widzowie mieli prawo oczekiwać akcji, zamiast tego poczułem się trochę jak fan Harry'ego Pottera który poszedł do kina i zobaczył, że lekcje w większości prowadzone są na błoniach, a sam Hogwart pojawia się w kilku ujęciach. Łapię, naprawdę łapię na co chciano postawić w tej wersji, i to się udało, gratuluję! Całość jest o wiele przyjemniejsza w odbiorze, nie ma tanich zagrań, bohaterowie są mądrzejsi, a akcja jest bardziej realistyczna (bohater już nie lata do przodu łapiąc się linami nie wiadomo czego, teraz wyraźnie widać do czego strzela, a jego ruch przypomina huśtanie). Ale uprzedzam - chciałeś scen akcji, czekaj na drugą część lub odpal którąkolwiek z trylogii Raimi'ego.


6/10.

http://rateyourmusic.com/film/the_amazing_spider_man_f1/

wtorek, 23 października 2012

MIASTO BEZPRAWIA

Western & Drama, 1946


Rewolucyjny, romantyczny western my ass

Klasyczny do bólu dupy z nudów. Wszystko tu jest takie jakie powinno być w klasycznym westernie. Grajkowie grają tylko dwie melodie, bo wtedy niczego innego nie słuchano poza "Oh My Darling Clementine", w kółko i w kółko. Reszta dźwięków to też klasyczne skrzypce. Scena przemowy na pogrzebie pamięta czasy kina niemego, jest aż tak klasyczna. Kobiety jak na klasykę przystało, grają coś, co można nazwać "postaciami kobiecymi". Wiecie: "Nie opuszczę cię"; "Musisz". Zamach głową w bok, w ramiona, poczekać na podjazd kamery, przyssać się, obraz zostaje przygaszony. Klasyka.

Natknąłem się na ten film przeglądając ranking westernów przy okazji oglądania Tombstone, które było na miejscu 40. Z czołówki nie widziałem tylko właśnie "Miasta bezprawia" (5 miejsce), wtedy jeszcze nie wiedziałem, że oba filmy to w zasadzie ta sama historia. Z tym, że u Forda wszystko rozgrywa się na tle wyraźnej dekoracji, fabuła pełna jest od zmian w stosunku do faktów, byle wszystko pasowało bardziej do klasycznej formuły westernu, a aktor grający Doca... Zawsze jak na niego patrzyłem to się zastanawiałem, czy on już gra czy może dopiero przygotowuje się psychicznie, że zaraz będzie musiał wcielić się w tę postać. Poważnie.

A w "Tombstone" nie ma większości zmian w historii (Wyatt Earp wcale nie zostaje szeryfem w 15 sekund), wszystko rozgrywa się w wiarygodnym miasteczku a Doc w wykonaniu Kilmera jest przesympatyczny. Nie znaczy to, że "Miasto..." to zły film. Jest solidnie wykonany i wiadomo, czego się spodziewać przy jego wyborze, o ile wcześniej nie poczyta się o tej "rewolucyjności" i nie zacznie się oczekiwać cholera wie czego. Dla mnie to tylko tyle, dla niektórych aż tyle i będą zadowoleni. Proste.


5/10.

http://rateyourmusic.com/film/my_darling_clementine/

sobota, 13 października 2012

BIAŁE KOŁNIERZYKI /sezon I

Comedy & Crime, 2009


Jeden pracuje w FBI, drugi jest fałszerzem. Pierwszy złapał drugiego już dwa razy, teraz te musi jednak być na wolności, by odnaleźć swoją dziewczynę która zniknęła. Proponuje układ: będzie konsultantem w FBI pod opieką tego pierwszego, będzie mu pomagał łapać przestępców. Da sobie nawet przypiąć obrożę na nogę, by federalni wiedzieli, gdzie jest i gdy tylko ją zdejmie.

Pierwszy ma na imię Peter, drugi Neal. Obaj są tak cholernie sympatyczni, to można by oglądać tylko dla nich, przynajmniej miałem takie wrażenie na początku. Mają poczucie humoru, osobowość, są inteligentni, ich rozmowy, relacje lub "wojenki" są po prostu świetne. Micha się cieszy na samą myśl o nich. Drugi plan też jest świetny - żona Petera, El, no ogarnijcie: kobieca postać, która jest sympatyczna. Kino przecież takich nie produkuje. Albo Moz, pomocnik Neala, nerwicowy i cały czas opowiadający o wszystkim. Nawet te stereotypowe postaci, jak szef... albo ta laska z FBI, albo ten czarny z FBI. Niby tylko tło, a też sympatyczne.

Ta... Fabuły nie ma. Odcinki wypełnia śledztwo w jakieś sprawie którą rozwiązują jeszcze w tym samym odcinku, kilka sekund na końcu lub początku jest poświęcone tej całej sprawie z Kate. Przeciwnicy zawsze są jacyś najbardziej poszukiwani, nieuchwytni, tacy na których Interpol się czai od kilku lat a łapią ich w dziecinny sposób, albo dziecinnie zachowuje się też ta zła strona i wtedy jest jeszcze słabiej. Zwroty akcji to często nielogiczna kpina.

A potem przychodzi odcinek 7 w którym spory nacisk jest położony na główny wątek i jest nawet cliffhanger. Ale już 8 odcinek to powrót do dawnej "formy". Więc: nie wszystkie odcinki się trzymają tej formuły. Kilka trzyma się fabuły w większym stopniu. Te są najlepsze. Fabuła jeśli już jest to i tak ssie.

Jeśli więc przesympatyczni bohaterowie wam wystarczą, to oglądajcie.


5/10

Najlepsza scena (szukanie plusk przez Moza, bez spoilerów):
http://www.youtube.com/watch?v=dtmaqGagAtE

poniedziałek, 8 października 2012

NIEZNISZCZALNI 2

Action & Buddy, 2012


Na ratunek... eee, komuś.

"Niezniszczalni" z 2010 roku był filmem udanym. Trochę humoru, trochę akcji, trzy warte zapamiętania sceny oraz dużo gadania przed filmem, że to taki powrót przygasłych gwiazd kina akcji, zew nostalgii za tamtym kinem. Szkoda, że nie miało to niemal żadnego wpływu na film jako taki. Nadal oglądało się go jak zwykłe, poprawnie wykonane kino akcji. Z kontynuacją jest już nieco lepiej. Błędy są, kino nadal szczególnie dobre nie jest, ale nawet mnie to nie obchodzi.

Zacznijmy może od bohaterów. W większości ich nie ma. Aktorzy tak naprawdę grają samych siebie, czasami tylko z nutką ironii. Wiadomo, Jet Li gra "tego azjatę". Sylvester Stallone gra "tego, który dowodzi". Terry Crews gra "tego czarnego". Randy Couture gra "tego, co nic nie robi". I tak dalej. Na tym tle jest oczywiście kilka naprawdę sympatycznych postaci, jak Jason Statham w roli Christmasa, którego dosłownie każda linia dialogowa rządzi. Jest sarkastyczny, poirytowany i mógłby przez cały film nic nie robić tylko komentować, a i tak lubiłbym go najbardziej ze wszystkich tych, co przewineli się przez ekran.
Tak więc film nie posiada grupy złożonych z naprawdę fajnych ludzi, i na pewno nie warto obejrzeć filmu tylko dla nich. Wiecie, tak jak w grze "Bad Company 2", ją warto było przejść tylko by posłuchać tekstów bohaterów (rozmowa o ulubionej scenie z "Predatora"). Można to uznać za minus filmu, albo jego brak.

Jeśli jednak chodzi o ogólny poziom humoru, został wyraźnie podniesiony względem poprzedniej części - dla przykładu, w pierwszej scenie bohaterowie szarżują bazę przeciwnika z ciężarówką na której jest taran, a na jego boku widnieje napis "Knock, Knock". Było? Było. Ale działa i tym razem.
Największe zmiany zaszły jednak w temacie akcji. Jest jej więcej, postojów jest mniej, a film zlatuje bardzo szybko. Nie jest jakoś specjalnie dobra, na dodatek całość jest strasznie chaotyczna (tyczy się to również historii i montażu). Najpierw bohaterowie uciekają skądś na piechotę, w następnej scenie są już na łódce i niewiadomo dlaczego tak. Historia zdaje się była tworzona na bieżąco - najpierw Stallone zapragnie zemsty, a dopiero potem dowiemy się, kim ten zły jest i jak ma na imię (swoją drogą, nazywa się niemal dosłownie "Ten Zły", i nadal nie jestem pewny, czy to lenistwo czy całkiem dobry żart). Za to sceny w których pojawia się Chuck Norris chyba były dopierane na zasadzie "podaj mi dowolne trzy liczby, byle takie większe".

Ale jakie to ma w ogóle znaczenie, szczególnie w kontekście możliwości ujrzenia duetu Arnold Schwarzenegger & Bruce Willis przekomarzających się nawzajem tekstami z "Terminatora" i "Die Hard" oraz jeżdżących po lotnisku w najmniejszym samochodzie świata? Dla mnie nie ma żadnego. "Niezniszczalni 2" to nadal film tylko poprawny, ale co z tego? Ogląda się dobrze, a czas zlatuje przy nim zaskakująco szybko, na dodatek z uśmiechem na twarzy.


5/10

http://rateyourmusic.com/film/the_expendables_2/

sobota, 6 października 2012

UPROWADZONA 2

Action & Thriller, 2012


Porwali mu córkę. Teraz zafundują mu kontynuację...

Pierwszą "Uprowadzoną" wspominam dobrze. Ojciec ratujący córkę z rąk porywaczy, którzy chcą ją sprzedać - bardzo łatwo się w czuć w taką postać, przez którą całość wydawała więc niemal kameralna. Żadnego ratowania świata lub walki z tajnymi organizacjami. Tylko jeden człowiek chcący uratować najbliższą sobie osobę, przed którym nie ma rzeczy niemożliwych. Film wciągał, osiągnął względny sukces... ale druga część? Nie liczyłem w ogóle, że taka powstanie. A gdy z okazji Filmweb Offline pierwszy raz dowiedziałem się, że taki film istnieje... spodziewałem się równie solidnego filmu, muszę przyznać. Pierwsza część była w końcu dosyć schematycznym kinem, jedynie solidnie wykonanym. Czemu miałoby się nie udać drugi raz Szczególnie, że na liście płac zmienił się jedynie reżyser?

Pierwszego zawodu doświadczyłem, gdy w końcu poznałem pomysł na cały film. Widzicie, reżyser poprosił ładnie ojca jednego z zabitych w poprzedniej części, by zapragnął się zemścić na tym, kto odebrał mu syna. I jednocześnie by nie obchodziło go, co syn za życia robił. Trzeba go pomścić i już. Reżyser poprosił, a takiemu trudno odmówić, prawda?
Jednym słowem, wyobraźcie sobie takiego kapryśnego przedszkolaka krzyczącego "Ja chcę, ja chcę!", ale mającego tak na oko z 60 lat. Będziecie mieć główny czarny charakter w filmie. Słabo? Słabo.

Na słabym pomyśle lista minusów dopiero się zaczyna. Film roi się o pomyłek i poronionych pomysłów. Dla przykładu, główny bohater jest teraz pedantem i umie zapamiętywać trasę przejazdu z opaską na oczach, niczym Holmes w filmach Ritchiego. Dlaczego? Nie wiem. Nabrał też irytującego nawyku z tragicznych filmów akcji, w których wszyscy cały czas krzyczą "Odbierz!" lub "Gazu!". Problem w tym, że w tamtych filmach jest przynajmniej kilka postaci które tak krzyczą, w "Uprowadzonej 2" on jest sam jeden... musi więc w pojedynkę wypełnić normę. To jest tak irytujące jak na to brzmi.
W tym filmie porywacze są na tyle uprzejmi, że nie tylko porozumiewają się wyłącznie po angielsku, ale nawet pozwolą bohaterowi najpierw zadzwonić do córki i poinformować ją, że się jest porywanym, a dopiero potem go spiorą. Sama córka też sporo zaprezentuje... w jeździe samochodem. Szkoda tylko, że przez pierwsze 15 minut reżyser opowiada widzowi, jak to ona jeździć nie potrafi, nie zdała kilka razy na prawo jazdy i ojciec jej pomaga. Po co? By widz był znudzony już po kilku pierwszych minutach filmu.

Bo jeśli chodzi o akcję to nie ma jej tu za wiele. Kilka wolnych, chłodnych bijatyk na pięści, jakiś pościg, potem jeszcze jedna bijatyka i film się kończy. Nie jest zbyt ekscytujący. Jest sporo słabych dialogów, wypełniaczy, scen w których jedna osoba zarzeka się, że nie podoła, ale pięć minut krzyczenia na nią przekona ją, że jednak warto spróbować (zgadnijcie, którą ze stron będzie Liam Neeson). Jakby co, ja nie żartowałem z tymi pięcioma minutami. Z zegarkiem w ręku, zaręczam.

Wszystko w tym filmie zostało obrócone w banał. Akcja, historia, motywacje czarnego charakteru, nawet relacje między rodziną bohatera lub kwestia uwolnienia się z kajdanek. Zero emocji. W sumie to się nudziłem.


3/10

http://rateyourmusic.com/film/taken_2/

czwartek, 4 października 2012

KIMSSI PYORYUGI

Comedy & Drama, 2009


:D:D:D:D

Kim ma rozwalone życie. Zadłużony w banku, dziewczyna odeszła, rodzice też pomęczyli i w ogóle to zbyt fajnie nie miał. Skacze więc z mostu, ale zamiast umrzeć trafia na bezludną wyspę... Będącą 2 kilometry od mostu, z którego skakał. Wyspa duża nie jest, ale nie ma połączenia ze stałym lądem. Widzi miasto z miejsca w którym wylądował, ale miasto nie widzi jego. Pływać nigdy się nie nauczył, więc wrócić nie może... Zresztą, powrót nic nie zmieni. Więc zostaje.

Przez 30 minut jest niesamowicie. A potem do gry wchodzi kolejna postać, kolejny wątek który łączy się z tym głównym w zaskakujący sposób... I całość jest jeszcze lepsza! Zdradzać nie będę, ale powiem tylko, że w Korei dla odmiany nakręcili coś bez mordobicia, krwi i śmierci wszystkich bohaterów.

Aha, jak ktoś kręcił nosem na "LOST", to ten też wyłączy. Spoiler: rozbitek ma czyste włosy do końca, a będzie tam o wiele dłużej niż Sawyer.

Generalnie Korea jest dziwna i ma dziwnych ludzi, ale liczy się to, że znaleźli sposób by w nowy sposób wywołać ciepło i uśmiech u widza.


[spoiler]
Co do zakończenia... Żałuję, że ona nie pobiegła na tę jego wyspę, nie napisała czegoś, a on by to zobaczył ze szczytu wieżowca. Obecne rozwiązanie też jest dobre, ale mam wrażenie, że to moje byłoby lepsze.
[/spoiler]


7/10
Kiedy ostatnio chcieliście, by bohaterowi smakował makaron? Jedna z najpiękniejszych scen w historii:
http://www.youtube.com/watch?v=8GYFXYuAM6I


http://rateyourmusic.com/film/김씨_표류기/