wtorek, 31 lipca 2012

MROCZNY RYCERZ POWSTAJE

Superhero, 2012


(Notatka pozbawiona spoilerów, recenzja właściwa) Mroczny rycerz spełniony.

Kocham ten film za przezroczyste efekty specjalne. Ani na moment nie pomyślałem, że to co widzę jest efektem komputera, green screenu lub tekturowych makiet. Miałem prawo uwierzyć, że to co widziałem wydarzyło się naprawdę. Każdy wybuch, przelot nad miastem, pościg. Nie miałem wątpliwości, że każdy z tysięcy statystów, dziesiątek samochodów lub setek budynków nie istnieje naprawdę. Kamera jedynie przeleciała przed tym i tyle.

To o tyle zachwycające, że nie miałem do czynienia z czymś zwyczajnym, jak w "Hugo" Scorsese, gdzie udało się twórcom przekonać mnie, że tam naprawdę był dworzec. W nowej części przygód Batmana widziałem spektakularne akcje, cały film znaczył przepych i rozmach. Widać już to w pierwszej scenie, gdy to widzimy w akcji dwa samoloty... I ani na chwilę nie przestałem wierzyć,że to naprawdę się działo. Że ci ludzie naprawdę znajdowali się na tej wysokości i tak dalej. Absolutnie niesamowite uczucie, pomijając wszystko inne co tworzyło tę scenę.

A było to przede wszystkim poznanie się widza z Bane'em, nowym przeciwnikiem Batmana. Jaki jest jego plan, czego dotyczy i jaki jest związek tej postaci z samym Waynem - tego nie mogę napisać. Właściwie o samej fabule jako takiej nie mogę za wiele zdradzić, bo tym razem nie jest tak prosta jak w "Avengers" lub "Mrocznym rycerzu", tu nie ma po prostu przeciwnika którego trzeba pokonać i wszystko wróci do normy. Fabuła jest złożona, wielopoziomowa, rozpisana na wiele postaci, wątków drugoplanowych i retrospekcji, bardzo mocno wykorzystuję strukturę trzech aktów. Czy to znaczy, że jest dobra? Do tego jeszcze wrócę.

Kocham ten film za Bane'a i Selinę, zarówno aktorsko jak i... wizualnie. Bane jest wielki, ma głos Seana Connery'ego wydobywający się z jego... maski, uprzęży, założonej na usta. Od samego początku jest tej postaci bardzo mało, ale za każdym razem chciałem jej więcej. Żeby jeszcze raz zobaczyć go, jego manierę, posłuchać jego tekstów ("Calm down, Doctor! Now's not the time for fear. That comes later"), usłyszeć ten głos nadający całej postaci zupełnie inny wymiar. A to wszystko było jeszcze zanim zobaczyłem go w akcji, tzn. w starciu z Batmanem. Powiem jedno: nie tego się spodziewałem.

Selina to zaskakująco kobieca postać, rewelacyjnie zagrana przez Hathaway, której w życiu nie podejrzewałbym o takie umiejętności. I nie piszę tylko o scenach walki, ale tych pojedynczych momentach gdy zdejmuje maskę bezbronności i zamienia się w Kobietę Kota. Niebywale atrakcyjne widowisko.

Kocham w tym filmie rozmach wszystkiego - wiem, wspomniałem już o tym pisząc o efektach specjalnych, ale sceny akcji same w sobie są w tym filmie bardzo ekscytujące. Szerokie ujęcia na miasto, dziesiątki prawdziwych aut biorących udział w scenie pościgu po prawdziwej autostradzie. W scenie na stadionie miałem pewność, że każdy z tych ludzi na trybunach jest prawdziwy, a wszelkie ujęcia na każdego z zawodników wymagało pracy w wymyśleniu, zorganizowaniu a na koniec wykonaniu tego wszystkiego. Za tym wszystkim stało mnóstwo pracy umysłowej i fizycznej. W czasie seansu zauważyłem zaledwie kilka powtórzeń, pozostałe sceny niosły coś wyjątkowego i często w trakcie seansu byłem pod wrażeniem tego, co twórcom udało się dokonać. Szczególnie wobec popularnej ostatnio mody na nieprzykładanie się do realizmu i logiki w filmie.

Główną wadą filmu jest ograniczenie jego długości na potrzeby wersji kinowej. Nie piszę tu o 5-10 minutach, ale minimum godzinie usuniętego materiału, bez którego w trakcie seansu byłem tak samo podekscytowany jak i zdziwiony, że sceny są tak krótkie, niektóre boczne wątki tak niekompletne a historie nowych postaci tak pobieżne. Chyba na każdej scenie zauważałem braki, co po wyjściu z kina strasznie zaczyna przeszkadzać. Dla przykładu - widz nie dowie się, skąd Selina nauczyła się bić i czemu zakłada kostium, czego w Trylogii Nolana raczej spodziewałem się nie zobaczyć. To w końcu ta seria filmów, w których wszystko było tłumaczone - kostiumy, historie, decyzje.

Również nie do końca wiedziałem co z czego wynikało w kilkunastu momentach, motywacje Bane'a lub Catwoman budzą wątpliwości, a film po głębszym zastanowieniu się wydaje się nadgryziony, a nawet okaleczony, wybrukowany. Czy więc historia jest dobra? Z jednej strony tak, jest tu bardzo dobre wprowadzenie, precyzyjne prowadzenie wielu wątków jednocześnie, dialogi są znakomite. W pewnym momencie nawet pomyślałem sobie: "To będzie to. Wyzwanie dla Batmana, któremu może nie podołać. Może przegrać albo i zginąć", a to naprawdę coś! Tego nie poczułem choćby w "Mrocznym Rycerzu", Gotham lub inne postaci mogły zginąć, ale Batman był tam nieśmiertelny i bez problemu stawał wobec kolejnych zagrożeń, szczególnie wobec chuderlawego Jokera. Tutaj sprawa się zmieniła. Ale z drugiej strony są braki, i to spore, ale mi nie przeszkadzały jakoś mocno, szczególnie wobec takiego rozmachu jaki film oferuje. Po prostu za kilka miesięcy - liczę na to - zobaczę pełnoprawny film w wersji DC.

Nie mogę jednak zapewnić, że wy też będziecie zadowoleni z wizyty w kinie. I będziecie mieć do tego prawo. Oczywiście, w kinach sceny akcji będą wręcz przygniatać a bębny Zimmera będą bombardować... Ciężki wybór. Ja bym polecał pójść do kina i czekać na wieści o wersji DC, szczególnie jeśli ktoś jest fanem poprzedniej części trylogii. Bo część trzecia zdecydowanie nie jest poniżej jej poziomu. Zauważcie też, że braków nie tłumaczę lenistwem twórców lub brakami w umiejętnościach, zamiast tego piszę "Naprawią to, na pewno!". To też spore osiągnięcie dla filmu, przekonać widza do takiego stanowiska.


8+/10

poniedziałek, 30 lipca 2012

MROCZNY RYCERZ POWSTAJE (tekst ze spoilerami)

Superhero, 2012


Notka w wersji ze spoilerami.

W moim wypadku jest tak, że łatwiej mi pisać o filmie na świeżo w wersji właśnie bez bawienia się w pisanie recenzji. Na nią przyjdzie czas, ale teraz w ramach bonusu - dla tych którzy już widzieli - wyrzucę z siebie uwagi odnośnie filmu. Nie czytać bez znajomości filmu.

Pierwsza uwaga, to film w kinach jest w wersji kinowej i bardzo wiele na tym traci. Sceny za szybko po sobie następują, są pocięte, krótkie, często brakuje chwili by się nimi nacieszyć. Ta wada nabiera "istotności" wraz z rozwojem filmu, bo cały trzeci akt jest już naprawdę powierzchowny. Żeby tylko wiedzieć mniej więcej co się dzieje w głównym wątku, i gdzie scena się rozgrywa, ale na więcej nie liczcie.

Na oko mógłbym powiedzieć, że film powinien trwać 200 minut, ale wcale się nie zdziwię, jeśli DC będzie dłuższe. Bo naprawdę jest o czym dopowiedzieć, i to nie tylko trzymając się logiki filmu lub logiki tej trylogii, ale na przykład - początek trzeciego aktu, kiedy to czołgi Batmana podjeżdżają pod więzienie, wysiada z niego Bane, wchodzi na pojazd i zaczyna przemowę. Tego co napisałem w filmie nie ma. Jest jedno ujęcie przedstawiające jadące samochody, jedno pokazujące budynek, i jedno pokazujące Bane'a od sutków w górę, po czym jest ta przemowa. Wszystko w jakieś 3 sekundy, podczas gdy całość nabrałaby nie tylko oddechu po finale drugiego aktu, ale też byłoby więcej napięcia - bo zanim do widza dotrze, że Bane zacznie coś nawijać i zaraz zdarzy się coś, no, ważnego, to już się dzieje. Nie ma dreszyku napięcia i oczekiwania, efekt jest słabszy. W filmie naprawdę dużo jest takich momentów, gdy akcja jest zbyt szybka i zbyt pobieżna. A trwa przy tym i tak te 2,5h więc DC trwający godzinę dłużej to absolutne minimum.

A co do logiki trylogii i filmu jako takiego. Tutaj zauważę brak konsekwencji w konwencji. Batman ma wszystko wytłumaczone, historia, gadżety, kostiumy, psychika i decyzje - bardzo się z tego cieszę. A tutaj mamy "Batmana z cyckami" czyli Selinę Kyle alias Catwomen. Historia nieznana, motywacje i powiązanie z Banem ledwo wystarczające, a kostium to już w ogóle z d... wzięty. O ile się nie mylę, to mieszkała w jakimś chlewie i miała przekichane, a tu kostium i umiejętności walki których sam Batman by się nie powstydził.

A teraz logika samych wątków filmu - główny jest jako tako w porządku i wszystko się w nim klei, ale poboczne... Skąd funkcjonariusze w zawalonym tunelu przez 3 miesiące mieli jedzenie i wodę? Kiedy i jak obliczono, kiedy wybuchnie bomba (na początku doktor mówi o 4 miesiącach, Bane poprawia go, a potem już wiadomo co do minuty kiedy wybuchnie)? Skąd Bane wiedział o tajnym garażu Batmana i gdzie on jest? Jak Gacek zabrał stamtąd co potrzebował skoro wcześniej ludzie Bane'a zabrali stamtąd wszystko? Jak tak naprawdę wyglądało życie po przejęciu Gotham - z jednej strony mieszkali we własnych domach, a Gordon to już w ogóle, chodził po ulicach i nic, a drugiej non-stop wyciągali ludzi przed sąd i wygnawali ich do rzeki. To trochę niespójna koncepcja, trzeba przyznać. Kim byli ci ludzie, którym trzeba było tłumaczyć sprawy bomby w trzecim akcie i którzy w większości zgineli zaraz później?

Jak policjanci po uwolnieniu wyszli na ulicę napotkali opór w postaci Bane'a, 5000 statystów z bronią palną i trzech czołgów. Policjanci idą do przodu na śmierć z jakiegoś powodu, jedynie mając te pałki i pistoleciki... Nadlatuje Batman, rozwala jeden czołg i nagle policjanci na hura lecą wpieprzyć statystom i Bane'owi. I w większości im się udaje. What the f...? Środek nocy, Batman gadający coś o tym, że mają 45 minut do czegoś tam. Następna scena - dzień. To już gruba przesada była (btw, po napadzie na giełdę też był przeskok, początek pościgu w dzień, a środek i koniec już podczas nocy).

Im bardziej przyglądać się temu filmowi tym bardziej wydaje się on skrzywdzony poprzez bycie wersją kinową zamiast DC i w pełni zrozumiem ludzi którzy będą uważać ją za śmieć, bo nie wymieniłem nawet początku momentów w których film wyraźnie się nie klei. Montaż sam w sobie nie jest najlepszy w trzecim akcji (w drugim też była pomyłka, kiedy to słabo zmontowano wybuch), gdy to jest multum wątków i postaci i nie zawsze za tym nadążano. Szczególnie zabolała mnie przemowa Talii tuż przed naciskaniem guzika powiązana z działaniem Gordona. Gordon nie dotarł na czas, dziewczyna monolog skończyła, zaraz naciśnie guzik, Gordon nie dał rady... Więc trzeba dorzucić szybko 3-4 zdania, totalnie zbędne i nic nie wnoszące, ale Gordon dzięki nim zdąży!... Ktoś się dał na to nabrać? Dajcie spokój.

Śmierć Bane'a. Był a teraz zemdlał czyli że nie żyje, szybko filmie, biegnij dalej! To tylko rewelacyjna postać której obecność cieszyła widzów przez ostatnie 2 godziny, zostaw ją jakby tylko zemdlała, nie poświęcaj temu więcej uwagi!

Michael Cane, Joseph Gordon-Levitt, Marion Cotillard. Wszyscy oni zagrali postaci z którymi miałem jakiś problem. Cotilliard uwielbiam, ale jej akcent przeszkadza mi jak u żadnej innej aktorki. Józef zagrał Bale'a alias Robina (o którym później) ale jego postać była zbyt szybko napisana. Pierwsza scena, rozmowa z komisarzem w samotności na dachu, pytania o Batmana itd. Druga scena, monolog przed Waynem o swoim dzieciństwie ("a tak btw, wiem że jesteś Batmanem. Bo wiesz, miałeś taką samą minę jak ja, zrozumiałem że też ukrywasz gniew... I w jakiś sposób powiązałem to z Batmanem... Eee... Jesteś Batmanem. Miło mi, muszę już iść"). Trzeciej sceny już nie było, od tego momentu był jego wpływ na akcję i rozwój jako postaci, i z czasem przestawało to przeszkadzać, ale jednak jej wprowadzenie było o wiele za szybkie.
A Caine... Był bardzo dobry, oczywiście, ale podsumujmy: miał 5 scen, z czego nie płakał tylko w jednej i to tej niewłaściwej. W każdej poprzedniej zaczynał jakieś ważniejsze wątki jak przyszłość Wayne'a, jego stanu psychiki, przeszłości, zawsze kończyło się to stawianie łezki w oku albo u mnie albo u Bruce'a. I dobrze, bo były to naprawdę mocne, wyraziste i szczere sceny. Ale były tylko one, niemal żadnych innych scen ta postać nie miał. Potem był ten pogrzeb i znowu płacz, a potem ta Francja i... nic. On żyje! Z nią! Nie? Żadnej specjalnej reakcji? Tylko... tylko tyle? ...Why?

Czemu to w ogóle jest zakończenie Trylogii? Tutaj trzeba czwartej części a nie reboota - Robin przechodzi na stronę Batmana który teraz jest z Seliną, Gordon ogarnia że Batman to Bruce, wciąż jest sporo przeciwników jak Pingwin, Freez lub Riddle i Hugo Strange... No powiedzcie, że nie chcecie zobaczyć kontynuacji.

Muzyka. U znajomego nie było tak głośno, może nie siedział w 4 rzędzi jak ja, ale.. było naprawdę głośno. Przez cały film, z wyłączeniem 3-4 scen, z czego jedną był ten mecz i śpiewanie hymnu. Nie żeby mi aż tak przeszkadzało, dudnienie bębnów było idealne do tego filmu a serce łomotało mi przez 3h niemal bez przerwy, bardzo przyjemne, ale... też kilka razy miałem dosyć, pragnąłem zmiany beatu, albo żeby ściszyć bo np. w scenie na moście Robina z policjantem ledwo słyszałem co mówili.

To chyba tyle.

środa, 25 lipca 2012

KULT

Mystery & Psychological Horror*, 1973


Horror w którym więcej musicalu niż horroru.

Co trudne nie jest bo horroru tu w ogóle nie ma. A piosenek - choć nie w tradycyjnej musicalowej formie - jest od groma. Opowieść jest o policjancie który zagląda na kompletne zadupie w poszukiwaniu dziewczynki która tam niby zaginęła, jak podaje anonimowy donos. Problem w tym, że nikt tam o takiej dziewczynce nie słyszał...

Ciekawie. Ale to tyle dobrego. Policjant odkrywa, że działa tu oficjalnie jakiś kult, na co on: "Co??? Nie uczycie tych dzieci nauk chrześcijaństwa? Poganie! Dzikusy!". Na podobny stuff zejdzie 1/3 filmu. Drugie 1/3 zejdzie na piosenki. Reszta na fabule, ale z tą mam problem.

Przede wszystkim, reakcje ludzi nie były naturalne. Policjant przybywa i od razu: "Gdzie ona jest?!", jakby się spodziewał, że porywacz jest jednym z tych kilku ludzi na przystani gdy akurat przybył. Nie mówiąc już o wierze w przyznanie się. Potem jest ta reakcja na kult, na zwyczaje mieszkańców, na informacje o porwanej... On nic nie robi z tymi informacjami, w finale po prostu zaczyna chodzić po domach i szukać jej. Detektyw, nie ma co.

Zgoda, posąg na koniec świetny. I trzeba oddać filmowi, że nie jest tak zły jak remake. Jest Szkocja, muzyka, akcent... Ale to tyle.


4/10.


*przynajmniej oficjalnie jest tak klasyfikowany...

wtorek, 24 lipca 2012

PTASZNIK Z ALCATRAZ

Prison Film, 1962


Uprzedzę na początku, to będzie bardzo dokładna analiza tego filmu. Jest bardzo znanym i uznanym klasykiem, więc to automatycznie wymusza na mnie dokładne wyjaśnienie co jest nie tak z tym filmem. Choć mógłbym napisać "Absolutnie wszystko" i też by się zgadzało, ale wtedy nikt by mnie nie zrozumiał, a ja zamiast wytłumaczyć dokładnie plułbym tylko żółcią jak w przypadku "Rozstanie" na przykład. A tak wszystko dokładnie sobie wypisałem... i nawet nie nienawidzę tego filmu. Cała złość na ten film mi przechodziła razem z pisaniem, więc nawet nie mam ochoty dawać mu najniższej oceny. Ale fakty są takie, że na nią zasługuje. Byłem na ten film zły, już nie jestem, ale on się wcale nie zmienił.

Początek jest bardzo słaby. Każdy gra bardzo słabo albo ich dialogi są tak słabe, że to odbija się na ich grze. A najczęściej to po prostu słabi aktorzy mówiący słabe kwestie. Przez pierwsze 25 minut trzeba uwierzyć na słowo, że to film na faktach, bo ani przez minutę w mojej głowie nie pojawiła się myśl w rodzaju: "Hej, tak zachowują się ludzie!". 25 minut totalnie odrealnionego zachowania. Lata 1910s, tytułowy ptasznik jedzie pociągiem do więzienia za zabicie kogoś tam. Naczelnik więzienia strzela przemowę, jak to zrobi z ptasznika głównego bohatera filmu. Fajnie.

Potem jest scena w celi, współlokator ptasznika bierze do ręki zdjęcie matki. Ten rozkazuje mu pod groźbą spuszczenia na jego jądra bomby atomowej, by natychmiast odłożył to zdjęcie. Myślę sobie: "Fajnie, bohater jest nerwowym dupkiem bez osobowości". W następnej scenie ktoś się go pyta, czemu tak zareagował - ptasznik spuszcza mu konkretny wpie*dol a po wszystkim grozi śmiercią, jeśli jeszcze raz wymieni tytuł jego matki. Myślę sobie: "Fajnie, bohater to psychopata bez osobowości". Bo po co REALNEJ, udokumentowanej postaci osobowość?

Kolejna scena - 30dniowa izolatka, uprzednio przemowa naczelnika ("bla bla, jesteś bohaterem tego filmu"), po tych 30 dniach ptasznik trochę się pokrzywi na widok słońca – tak, jasne, i tak tego nie kupuję. Dalej jest... przeskok w czasie o parę lat do przodu. Matka chciała odwiedzić bohatera, ale ponieważ jest idiotką to pofatygowała się 1000 kilometrów by trafić w zły dzień, kiedy to nie ma odwiedzin. Ale jak każdy idiota ma też szczęście, bo trafi na miłego pana który jej powie, kiedy są następne odwiedziny, i wtedy się spotka z synem. Co zrobi syn? Złapie strażnika przez kraty i będzie płakać, że ten będzie musiał to zanotować, przez co nie będzie mógł spotkać się z matką.

Tutaj muszę się zatrzymać, bo wtedy wybiło na wierzch aż za dużo gówna. Po pierwsze - co do ch*ja? Dlaczego strażnik stał tak blisko krat, by więzień mógł go złapać? Czytaliście "Zieloną milę"? Tam akcja działa się w latach 30, i było naprawdę mnóstwo przepisów jak to wszystko ma działać. Nawet jeśli to nie była prawda - ja byłem w stanie w to uwierzyć, bo każdy przepis był uzasadniony i znajdował swoje zastosowanie. "Ptasznik..." tego w ogóle nie ma. Gdy czytałem u Kinga o złapaniu strażnika przez kraty, to był naprawdę ważny moment. Bardzo dramatyczny, a strażnik naprawdę się bał - doszło w końcu do fizycznego kontaktu z mordercą. A co w "Ptaszniku..."? "Ojej, muszę to odnotować, ty niedobry chłopcze." CO DO CH...?!

Druga warstwa gówna w tej scenie - ptasznik prosił strażnika, by ten nie notował tego wydarzenia. Ten odpowiada: "Przykro mi, takie są zasady". Tak, najwyraźniej to więzienia ma jakieś zasady. Widocznie bycie złapanym przez mordercę i psychopatę gotowego zabić jeszcze raz jeśli wspomni się o jego matce, odsiadującym wyrok w więzieniu, jest jednym z tych kilku incydentów które należy odnotować w pamiętniku na koniec dnia.

Btw, co do cholery? W tej rozmowie ze strażnikiem kilka razy padło słowo "Matka" i jakoś nie zareagował nerwowo. Konsekwencja jak cholera.

Trzecia i ostatnia warstwa gówna: ptasznik chce przekonać strażnika słowami "Zasady? To wszystko co w środku masz?!". Eee... Czyli może tam być coś jeszcze? Najwyraźniej ptasznik wymaga od innych, by ci łamali swoje zasady w imię tego, że on tego od nich potrzebuje gdy tylko oznacza to korzyść dla niego. Aha. Czyli ptasznik to teraz również niemoralny psychopata. Miło w ch*j.

Oczywiście jak na psychopatę przystało, zabije potem strażnika. Widać kontakt fizyczny z mordercą może się skończyć źle. Kto by pomyślał...

Ptasznik będzie mieć 3 procesy - w ostatnim dostanie karę śmierci. Wtedy wstanie jego mamusia (wspomniałem, że to idiotka?) i krzyknie do sądu: "Sprawiedliwość?! Nie wiecie, co to sprawiedliwość!!". Tak, najwidoczniej karanie człowieka za mord na człowieku za to, że ten nie chciał działać przeciw własnym zasadom, czyli de facto przeciwko temu co czyni go człowiekiem, jest niesprawiedliwe. Powinien dostać ciasteczko i weekend na kolanach u mamusi.

Potem jest jeszcze scena w której mamusia w niewiarygodnie źle odegranej i napisanej scenie przekonuje żonę prezydenta USA by zmniejszyć wyrok do dożywocia. Gdybym ja poszedł do prezydenta i powiedział mu to co ona, to prezydent we własnej osobie dodałby mnie na filmweb i kliknął w jedynkę - te kwestie były aż tak fatalne. W żadnym z wszechświatów te słowa nie mogły przekonać kogokolwiek do odroczenia kary śmierci. Nie ma takiej opcji.

A następnie ptasznik dowiaduje się, że jednak pożyje jeszcze (co za szok! Każdy widz dowiadujący się przed i w trakcie seansu, że ten człowiek żyje do dnia premiery filmu, na pewno zaliczył opad szczęki. Co za emocje !!). Ale niestety, przyjdzie naczelnik (WEJDZIE SAM DO CELI Z MORDERCĄ) i odegra trzeci raz znaną przemowę. Tym razem jednak w stylu: "Jesteś bohaterem tego filmu, ja jestem złym który się na ciebie uwziął bez powodu, a ty zabijasz bez skruchy". Co zrobi ptasznik? Kopnie w drzwi celi. Co za realizm i naturalizm w dialogach i inscenizacji sceny! To znaczy ich całkowity brak...

Słowo daję, 25 minut. Jak można zj*bać film tak bardzo w tak krótkim czasie? Ani jedna sekunda nie przekonała mnie do tego, że to film na faktach. Inscenizacje Czerwonego Kapturka w przedszkolach są bardziej realistyczne od tej opowieści na faktach.

Dalej jest lepiej. Pewnie dla wielu ludzi następne sceny samotności będą bardzo przekonujące i artystyczne i wzruszające... Ale dla mnie nie są takie. Czemu - do tego jeszcze wrócę. Póki co są te sceny bycia w izolatce i umęczonego bohatera opowiadającego jak to mu źle jest, że niedługo oszaleje, on o tym wie, i najgorsza jest ta świadomość. Taa...

I w końcu znajduje na spacerniaku tego ptaka. Wypadł z gniazdem podczas burzy, więzień go wziął w ręce i zabrał do celi. Strażnik nie ma nic przeciwko. Nawet mnie to już nie obchodzi w obliczu tego, że parę minut później dostanie butelkę na piękne oczy. Ten film już wdepnął w głębokie gówno i nie mam zamiaru udawać, że przez kilka fałszywych scen nagle się podniósł. Tak nie jest. Jeszcze.

W każdym razie - jest kilka scen trenowania wróbla. Jeśli poprzez trening rozumiecie "No choć tutaj . No, leć" x 3. Cały trening. Kilka ładnych scen karmienia, doceniam trud jaki ze sobą niosły te sceny z żywym ptakiem i w ogóle, ale... od razu to zje*ano. Bo skoro Ptasznik ma ptaka, to wszyscy nagle zechcieli. Bo jak wiadomo, więzienie to hotel i właśnie od takich rzeczy jest. Z tego samego powodu nie uwierzyłem w "Proroka", gdzie chłop miał w celi Xboxa i całą resztę. Tak, to musiało być taaaak okropne, żyć w takich warunkach.

Nawet zakładając, że to prawda i można było tak zrobić - czemu wcześniej tego nie zrobił? Żeby widz się posmucił? TYLKO TYLE?! Żył ileś tam lat w izolatce i użalał się nad sobą ile tylko człowiek jest w stanie się użalać nad samym sobą... NA POKAZ?! I znowu - skoro można sobie zamówić ptaka i karmę dla niego... To czemu się ograniczać? Na PS3 nie liczę, ale nawet i bez tego to oferuje wiele możliwości sprawiających, że pobyt w izolatce będzie w sumie bardzo fajną sprawą. Ale zamiast tego trzeba było potraktować widza jak idiotę licząc, że ten da się nabrać na cierpienie Ptasznika. Co za gnój, wręcz nie wierzę że to piszę, ale... film jest w jeszcze większym gównie niż był wcześniej.

Potem jest jeszcze ta świetna scena jak Ptasznik prosi o butelkę. Strażnik oczywiście mu ją daje, ale najpierw upewni się, że ten nie popełni z jej udziałem samobójstwa. O morderstwie nie wspomniał słowem? To co z tego, to tylko niemoralny, psychopatyczny morderca... Poważnie, jestem jedynym który o tym pamięta?

Aha, w międzyczasie była zmiana naczelników więzienia. Nowy też wchodzi do celi i jest wystawiony na atak tegoż mordercy. To tak drobny błąd na tle reszty, że wręcz można go już zlekceważyć, przyznacie.

I teraz mój faworyt: Ptasznik proszący strażnika o skrzynkę. Strażnik odmawia, ale przygotujcie się na uzasadnienie. Gdybym się starał stworzyć najbardziej nierealne rozwiązanie tej sceny, łącznie z atakiem kosmitów i Ptasznikiem nagle zaczynającym rodzić własną matkę, w życiu bym nie wymyślił tego co ostatecznie twórcy starają się sprzedaż jako prawdziwe wydarzenie. Strażnik nie chce oddać skrzynki nie dlatego, że to morderca albo są jakieś granice lub zasady... Ale dlatego, że ma focha. Jak słowo daję, zaczyna się zachowywać jakby kiedyś był kobietą zakochaną w Ptaszniku, ale ten nie zwrócił na nią uwagi więc ta zmieniła swoją płeć i teraz wylewa na niego żale, że ten nie zrobił pierwszego kroku. "Nie masz uczuć, nie mówisz mi nigdy cześć, nie traktujesz mnie z szacunkiem, a obserwuję cię już 12 lat!". Niczego nie zmyślam. Chyba nawet na świecie nie ma tyle towaru po którego wypaleniu mógłbym coś takiego wymyślić.

W zasadzie, to czemu ja jeszcze patrzę na ten film jako bardzo zły film fabularny... Już dawno powinienem patrzeć na niego jak na bardzo złą bajkę. Nie żeby to coś zmieniało, ale... Jaki chory człowiek wpadł na pomysł by z prawdziwej opowieści o psychopatycznym mordercy który dokonał holokaustu ptaków (o czym za chwilę) zrobić bajkę? To... Tego... To jest po prostu chore. I tak nie wolno. Wyobraźcie sobie taki film o Hitlerze. Cały film o Adolfie który manifestowałby samym sobą jedno zdanie: "Zabił? Ojtam ojtam". To się nie mieści w mojej głowie.

A jednak, mam do czynienia z bajką, i to taką w stylu filmów Hollywood połowy XX wieku w którym bohaterowie nie przeklinają choćby tygrys im odgryzał każdą część ciała. To jedyne pasujące rozwiązanie. Przynajmniej już nie dostaję rozwolnienia ilekroć widzę strażnika wchodzącego do celi mordercy.
Ale jednego nie rozumiem - to chora bajka, ale w jaki sposób ma to uzasadniać brak realizmu, wiarygodności i w ogóle braku przyłożenia się do pracy nad filmem? Znowu odniosę się do "Zielonej mili" Kinga, która była historią fikcyjną i oczywistą baśnią, ale jednocześnie opartą na prawdziwych relacjach, realistycznych bohaterach i takowym świecie. Tam jakoś można było to zrobić, czemu więc nie tu? Skoro, no wiecie, to opowieść jak najbardziej prawdziwa? I większość dialogów, postaci czy historii wymagała włożenia sporego wysiłku by przestało być realistyczne? To nie ma sensu! Wychodzi na to, że twórcy na siłę sprawili, by ich film okazał się słaby!

Dobra, wracam do fabuły. Nadal nie jest ani trochę realistyczna. Ptasznik przygarnia do siebie parkę kanarków od innego więźnia, a te się rozmnażają i są młode. Mamy nawet scenę narodzin jak na porodówce, ale niedługo sielanka się kończy. I ptaszki chorują. Oczywiście inni więźniowie są zdenerwowani tym i chcą, by Ptasznik je uratował. Nie to, by choroba była uleczalna (sam lekarz tak orzekł), ale pamiętajcie: Ptasznik jest bohaterem tego filmu. Wystarczy, że będzie się bardzo starał i wtedy nawet urośnie taki duży by Księżyc w dupę pocałować.

I tak w zasadzie jest. Bez żadnej wiedzy chemicznej, bohater postanawia mieszać co mu tylko pod rękę podejdzie a efekt będzie podawać ptaszkom w nadziei, że im się polepszy. Oczywiście nie pomyśli przy tym, by ZGASIĆ PAPIEROSA, ale to "Ptasznik z Alcatraz", chrzanić logikę, realizm i cokolwiek co mogłoby mu zagrozić poprzez uczynienie go dobrym filmem.

I oczywiście lekarstwo się samo znajdzie. Po drodze bohater zabije kilka ptasząt (sądząc po spłyceniu reszty filmu, wnoszę że w rzeczywistości zabił tych ptaków tyle, że nawet Chuck Norris nie doliczyłby do tylu), ale to przecież nic... Cytując idiotę: Ojtam ojtam, to przecież bajka. Od niej oczekuje się morderstw i ich spłycania na rzecz gloryfikacji złych ludzi.

Następne sceny są dla mnie naprawdę skomplikowane. Nie wiem od czego zacząć przy ich opisywaniu. Chodzi mnie więcej o to, że Ptasznik zmieszał dwa składniki i wyszło mu lekarstwo dla ptaków na nieuleczalną do tej pory chorobę. Ptasznika odwiedza kobieta, która chce by ten produkował to lekarstwo i sprzedawał je z poziomu więzienia w skali światowej chyba. Ja pie*dolę, od nowa - do IZOLATKI Ptasznika pakuje mu się tony sprzętu laboratoryjnego, prowadzi eksperymenty i biznes. Czy tylko ja pamiętam, że miejscem akcji jest więzienie? A bohaterem jest śmiertelnie niebezpieczny psychopata? Wspomnijcie przy nim o jego matce to się sami przekonacie.
Po drugie - czemu musiał prowadzić biznes w więzieniu? Czemu nie mógł po prostu podać recepty a reszta działaby się poza lokalem?
Aha, o takich rzeczach jak zaglądanie do torebki przy widzeniach oraz przesadzonej charakteryzacji dzięki której Ptasznik po 10 latach wygląda na 60 lat, a jego matka nie postarzała się ani trochę, już nawet nie wspominam... zbytnio.

Następnie jest drugi etap tej złożonej sceny, czyli wielki zwrot akcji: Kongres zakazujący posiadania zwierząt w więzieniach. CO ZA POMYSŁ?! Święte oburzenie wybuchnie, to pewne. Ale najpierw, ten dialog:

Naczelnik: Mam tu kilka dyrektyw skierowanych bezpośrednio do ciebie.
Ptasznik: Nikt nie zaglądał do moich akt? 15 lat bez żadnej skargi, nie można tego olać.
Naczelnik: Przeceniasz się. Te dyrektywy nie są skierowane wyłącznie do ciebie.

Aha. I wszystko jasne.

Już nie będę pytać, czemu na samym początku więźniom wolno było posiadać zwierzęta oraz prowadzić biznes. Przecież to przestaje być wiezieniem, to już jest jednogwiazdkowy hotel w którym koszt pobytu, wyżywienie, wodę i ochronę masz zapewnioną przez 24/7 i to nie na swój koszt. Ale... O co tak naprawdę chodzi? To oczywiste, że takie zasady powinny obowiązywać. To w końcu więzienie.

Ale Ptasznik wie lepiej i zaczyna prowadzić kampanię przeciw tym zmianom. Wspomniałem, że naczelnik był z mordercą sam na sam? Chyba nie myśleliście, że nagle realizm dotknął ten film, prawda?...

Na czym polega kampania? Ogłośmy światu, że więźniom nie wolno mieć zwierząt i prowadzić biznesu! To ich wkurzy i będą się domagać od rządu USA, by nie znęcał się nad więźniami!... Poważnie, w jakim wszechświecie dzieje się akcja tego filmu? Bo to już zaczęło być hiper-nierealistyczne. Nie ma mowy, by taka akcja się powiodła. Nie można napisać "Podatnicy! Ci, którzy was okradali i mordowali wam bliskich, ci na których teraz płacicie podatki by trzymano ich z dala od was, nie mogą mieć kanarków w swoich celach! Walczcie w ich imieniu !!". Opinią publiczną można manipulować, ale to cholerne więzienie, tego nie da się przeskoczyć. Można walczyć o nie nadużywających władzy strażników czy czystsze cele, ale nie o zwierzęta domowe, no ku*wa.

Ale w świcie tego opartego na faktach filmu to przeszło - reżyser ma was w d... i nie daje odpowiedzi na pytanie "Jak?". Ptasznik dostał drugą stronę w jakiejś gazecie. Co w niej było? Prawdopodobnie nic, bo nigdy się tego nie dowiemy. Ale Ptasznik chce więcej. I nie chodzi mi o wstawienie jacuzzi do jego willi, tzn. celi, ale o bycie na pierwszej stronie. Czas na drugi etap kampanii - ożenienie się z tą babką, której... NIE !! KONIEC SCENY !! ŻEBY TYLKO WIDZ NIE ZACZĄŁ ANALIZOWAĆ TEGO CO ZOBACZYŁ !!

Poważnie, jedno zdanie i ciach, następna scena. Co chciałem napisać - tą babką, której czas od wejście do filmu do chwili obecnej można liczyć w sekundach, widz nic o niej nie wie poza tym że jest irytująca, sztuczna i słaba aktorsko... została żoną głównego bohatera. Nawet nie usłyszeliśmy jak się zgadza, jest cięcie i scena w której już jest po wszystkim więc teraz robimy to co jest dalej. Widać reżyser pogodził się z faktem, że kręci coś mnie realistycznego od "Zmierzchu", więc po co się wysilać by stworzyć choćby zarys relacji między zakochanymi. Cóż, ale przynajmniej dowiemy się, w jaki sposób ożenek ma się do tego, że będzie mógł sobie w celi truć kanarki dymem z papierosów.

W jakiś sposób dostał w ten sposób pierwszą stronę, na której informują, że wziął ślub. Tylko tyle. Chyba że jeszcze raz piszą o tym, że nie może mieć w celi laboratorium.

Zero logiki, ale cóż - to "Ptasznik z Alcatraz". Skutek pierwszej strony jest taki, że nawet w Waszyngtonie o tym czytają. Zero powiązania, ale już się z tym pogodziłem. Więc z Waszyngtonu przybywa do Ptasznika poprzedni naczelnik, by w związku z ożenkiem zaproponować mu... umowę. "Ty prowadzisz biznes, ale oddajesz nam 90% zysków".

Tutaj już naprawdę nie ogarniam. Więzień wyszedł wcześniej do gazet by napisać o czymś co wszyscy wiedzą (chyba że jak na świat pozbawiony realizmu, prawa są wprowadzane potajemnie z dala od prasy) więc cholera wie czemu to zrobił ale to zrobił i wywołało to poruszenie. Teraz proponujecie mu umowę stawiającą wizerunek CAŁEGO RZĄDU USA na poziomie bardzo marnego gangu? Wtedy by dopiero były zamieszki. Na co oni liczyli, przepraszam? Jak to miało działać?

Ale trzeba oddać filmowi, że teraz miał pierwszy realistyczny moment - do celi mordercy weszło dwóch ludzi. A sam Ptasznik podszedł do sprawy logicznie i stawił im czoła na poziomie. Ale znowu - dowiadujemy się, że była jakaś petycja w jakieś sprawie (dokładnie nie wiadomo) i którą podpisało 50 tysięcy ludzi i z tego powodu Waszyngton chce się dogadać z Ptasznikiem.

Gdzie by tu zacząć... Może od końca - gdzie jest ta ugoda z Ptasznikiem? Prawo najwyraźniej i tak by wprowadzono tylko omijałoby to samego Ptasznika. Czyli wtedy Ptasznik uspokoiłby te 50 000 czy jak? Jak to miało działać? Zaraz potem - 50 tysięcy? Czemu Waszyngton przejmuje się głosem takiej ilości ludzi? Nie wiem, ile liczyła populacja USA 70 lat temu, ale i tak nie wydaje mi się, by to było choćby 1% wszystkich mieszkańców. Zawsze będzie jakiś 1% przeciw jakiemukolwiek prawu, czemu tym razem nagle ten 1% stał się istotny, szczególnie w przypadku tak nieistotnego prawa? Czemu Waszyngton przejmuje się tym jednym procentem?

Ale tym się nikt nie przejmie. Ptasznik powie GTFO, Naczelnik strzeli focha i to tyle. Rezultat? Dodatkowa cela dla Ptasznika, rząd ugiął się pod naciskiem opinii publicznej! Jak, dlaczego, czy tylko dla Ptasznika? Poczuliście właśnie bardzo duży pręt w d... jeśli oczekiwaliście odpowiedzi na te pytania.

Ale koniec z celebracją faktu, że niedługo psychopata będzie mieś saunę w swojej celi na koszt podatników - czas na dramat! Ktoś wpadł na pomysł, by wrócić teraz do matki idiotki która wykona jeden z najbardziej wku*wiających ruchów w historii sku*wysyństwa: zacznie wmawiać synowi, że jego żona jest nieodpowiednia dla niego. Wyskoczy z tym kompletnie znikąd, użyje każdej wkurzającego argumentu nadużywanego przez Kinga w "Carrie" i "To!", wkurzy mnie jeszcze bardziej. Dzięki ci filmie, że ustawiasz sobie poprzeczkę coraz wyżej!
Wspomniałem o beznadziejnym aktorstwie matki i charakteryzacji obojga, przez którą syn i matka wyglądają jakby byli w tym samym wieku?!

Ale po co to całe podchodzenie do sprawy serio, czas na wnioski: matka jest zdruzgotana, że jej 100-letni syn (a przynajmniej wygląda na tyle) ma w życiu inną kobietę poza nią. Najwidoczniej w tym filmie jest wątek miłosny i ten związek będzie totalnie na serio. Tego się nie spodziewałem.
Jedno muszę wyjaśnić - to porównanie do "Zmierzchu" było żartem. Ale od teraz również jest na serio. Skoro okazało się prawdziwe to co ja mogę. W tym filmie jest wątek miłosny z kobietą, która była na ekranie 14 sekund a teraz bohater jej nie opuści bo ją kocha ponad własną matkę. Nie żeby można było kochać i żonę i matkę, nie uświadamiajcie sobie tego bo jeśli to zrobicie to nagle cały dramatyzm tych scen uleci i zobaczycie najmarniejsze kino w historii.

A no tak, wnioski. Matka jest zdruzgotana, więc jak to typowa kobieta zrobi coś bardzo głupiego i nikt się nie może do tego przyczepić. Ale ja się przyczepię - PORZUCENIE SYNA?! Ona dosłownie porzuca syna i życzy mu dożywocia. Dla jego własnego dobra. Bardzo ciekawa postać - idiotka, stereotyp kobiety i sku*wysyn w jednym. Jakże oryginalnie i trudne do napisania (i nie piszcie, że to prawdziwa postać, w tym filmie wszystko jest sztuczne).

A co w odpowiedzi zrobi syn? Spali zdjęcie matki i upije się alkoholem z laboratorium. Pożar w celi, w obecności samotnego strażnika? Nie wiem, zanotować i do izolatki na 30 dni? Nie, czekaj, on już jest w izolatce. Głupi ja, te tłumy przechodzące przez jego celę zupełnie mnie zmyliły.
Swoją drogą, w rozmowie ze strażnikiem słyszymy wyraźnie "Twoja stara" i Ptasznik nic. Nawet policzka mu nie wymierzył. Konsekwencja w budowaniu postaci jak cholera. Mam szalony pomysł - może na pierwszym miejscu nie trzeba było robić z niego psychopaty, skoro przez 85% filmu nie ma to wpływu na film? No wiecie, by był... spójny i logiczny?

Dobra, Ptasznik się upił w trzy d..., co dalej? Strażnik da mu prezent! Nie 60 dni w prawdziwej izolatce, ale prezent. Mikroskop. O tak, ciężki przedmiot z mnóstwem ostrych elementów to jest to co trzeba więźniowi z dożywociem, który na dodatek ma kaca.

Dobra, docieramy do kluczowego momentu w filmie - napisania książki, prowadzenia badań i rewolucjonizowania kilku dziedzin medycyny. Wszystko na przestrzeni 7 lat i 30 sekund czasu filmowego. Szybko, zanim dotrze do nas, że tak naprawdę nie wyjaśniono jak tego dokonał! Tego... kluczowego dla fabuły zdarzenia, traktujmy je jak najpowierzchowniej!
Poważnie, scena na kacu trwała dłużej od tych badań.

Ale książka zostaje napisana i mamy scenę naczelnika rozmawiającego z jakimś doktorkiem, który wcześniej parę razy się pojawił ale nie mam pojęcia kim on jest. Naczelnik rzuca mu maszynopis pytając, czy to wg niego jest coś warte, a ten spogląda jedynie na stronę tytułową i już musi odpowiadać, bo naczelnik go ponagla. I oczywiście słyszymy, że Ptasznik osiągnął wiele jak na samouka i jest geniuszem i trzeba by go wypuścić bo na wolności dokonałby jeszcze więcej. I teraz naczelnik wypowiada znamienne zdanie: "My tu trzymamy mordercę, proszę o tym nie zapominać".

Od początku, ta scena była katastrofalnie skonstruowana. Po co rzucał mu ten maszynopis, skoro obie strony wiedziały, że doktorek ma już przygotowaną odpowiedź? Skąd ją miał? Dlaczego mówił tak sztucznie, jak automat? Czemu film udaje że to inni a nie on sam zapomina o tym, że Ptasznik jest mordercą?
Czemu w ogóle to musiały być morderstwa? Fakt, że jest mordercą nie ma wpływu absolutnie na nic z wyjątkiem pobytu w tym pięciogwiazdkowym więzieniu, ale... morderstwo to gruba sprawa, nie można po prostu przejść ponad nim do fascynacji ptaszkami, musi być jakiś związek. Tego nie ma, problem w tym że jest dokładnie na odwrót - to morderstwa i umysł psychopaty nie ma absolutnie żadnego powiązania z tą historią, nie ptaszki i badania. Nie wiem czyja to wina, scenarzysty, reżysera, producenta czy aktora, ale najwyraźniej żaden z nich nie uwzględnił w produkcji tego filmu pamiętanie, że kręcą film o mordercy! A teraz bezczelnie robią wała z widza który nabrał się na ten pusty dramat o geniuszu zamkniętym w celi i naprawdę zapomniał, że ma do czynienia z psychopatą! Bo sami go do tego zmusiliście, przedstawiając bohatera jakby faktycznie nie był mordercą. F... you, movie!

O, patrzcie, to żona bohatera! To już jej... 3 scena. Znowu katastrofalny makijaż, 7 lat zamieniło się w 30 co najmniej. Ptasznik nie postarzał się o nawet o rok, ale jego żona go wyraźnie dogania.
Ale do rzeczy, małżeństwo omawia szanse bohatera na zwolnienie warunkowe. Żona gada o tym, że komisja jest za resocjalizacją więc musi go wypuścić. Bo on jest takim dobrym człowiekiem i zrobił tyle dobrego. A poza tym jest psychopatą i zabił dwie osoby bez powodu, tak na marginesie.

Poważnie nie rozumiem tego filmu. Najpierw przez 40 minut stara się, by widz zapomniał kim jest bohater. Potem mu nagle o tym przypomina. I w następnej scenie wraca do wymazywania tego faktu z pamięci widza jeszcze raz!
A poza tym... jaka resocjalizacja? To, że cały świat traktuje go jak dobrego człowieka nie znaczy, że on taki jest! Szczególnie z uwagi na fakt, że traktowali go tak jeszcze wtedy, gdy miał na koncie tylko jedno morderstwo - i czym to się skończyło? Kolejnym morderstwem! Ten film to niewiarygodne wciskanie kitu, nawet bez wspominaniu o braku scen tej resocjalizacji, jakby próbował wmówić oglądającym, że siedzenie w "izolatce" jest w jakiś sposób resocjalizacją. What the f...?
Gdyby nie to przypomnienie o byciu mordercą, miałbym wrażenie że twórcy tego filmu kombinowali w taki sposób: "Myślisz, że widzowie są po godzinie wystarczająco otępieni by zacząć traktować psychopatę jako dobrego człowieka?"
Dobre uczynki swoją drogą, zgoda - ma biznes, niech zarabia na nim i przekazuje zysk żonie czy tam komu chce, ale od morderstwa się nie da wykupić, szczególnie metodą na ładne oczy którą film sprzedaje.

Ale Ptasznik mimo napakowanych nadziei zostaje przeniesiony do innego więzienia zamiast zwolnienia. Jest kilka scen mających pokazać bohatera jako dobrego, a więzienie jako złe... I mamy Alcatraz. I tego naczelnika, który jest tu złym i przewija się przez cały film, będąc zawziętym na Ptasznika... choć tak naprawdę nie ma on żadnego większego powodu ku temu. Ot, jeden z tysięcy więźniów. A przepraszam, w końcu to bohater filmu który jak każdy dobry w filmach potrzebuje przeciwnika. Jakiegokolwiek, najlepiej bez osobowości. Film na faktach? Bo umrę ze śmiechu.

Trudno, Alcatraz. Zaraz po przybyciu Ptasznik odkrywa, że panuje tu zasada ciszy. Jak myślicie, ile scen zajmie filmowi by złamać zasadę którą sam sobie narzuci? Zero. Złamie ją jeszcze w tej samej scenie w której ona zostanie narzucona. Długie ujęcie wypełnione luźną rozmową bohatera ze strażnikiem i naczelnikiem (!) o bohaterze, więzieniu i tym, jaki to bohater jest fajny, a Alcatraz okropne. Film ma generalnie duży problem z łamaniem zasad które sam sobie narzuca (film na faktach - nierealistyczny, bohater zamknięty w izolatce - a ma tam tłok większy niż w moim bloku, strażnicy niby są od pilnowania - a robią za boyów hotelowych), ale to niemal przebija wszystko pozostałe.

Aha, i jest ta świetna scena w której znowu jest długi dialog między Ptasznikiem i jakimś więźniem który niby był wcześniej w tym filmie, ale że jak reszta postaci nie miał osobowości to również go nie zapamiętałem. Co za szok.
Jednak nie to jest istotne, ani też fakt, że złamano zasadę ciszy/realizmu/czegokolwiek. Po jakiś 5 minutach strażnik woła: "EJ, CO TO ZA POGADUSZKI!". A ten drugi więzień (który roznosił jedzenie innym, OTWIERAJĄC PRZY TYM NA OŚCIEŻ KRATY, dał Ptasznikowi kilkaset ekstra porcji) od razu odkrzykuje: "Nic, nic, więzień chciał trochę mięsa więcej, ale to wykluczone – każdy dostaje po równo, Ptaszniku!". I wtedy podchodzi strażnik i centralnie zaczyna gapić się w talerz Ptasznika, na którym jest tyle jedzenia, że pewnie będzie je jadł przez tydzień. A strażnik nic, cudownie.
Btw, dziękuję roznosicielowi w imieniu więźniów których porcje poszły na konto Ptasznika. Humanitarny film, nie ma co.

Aha, Ptasznik napisał książkę o więziennictwie. Nowy wątek w filmie, kompletnie znikąd. Równie dobrze mógł napisać o czymkolwiek. Naczelnik przeczytał i stwierdził, że ten maszynopis obraża system. Nic dziwnego, skoro Ptasznik miał w życiu do czynienia wyłącznie z parodią więziennictwa, strażników, izolacji... Nawet ta scena jest parodią tego wszystkiego, naczelnik siedzi sobie w celi z mordercą i nic, a wokół cisza. Ciche więzienie, hehe.
A potem jest przemowa, nawijająca o tym, że system uderza w oryginalność każdego skazanego, zabierając mu osobowość i narzucając mu wartości moralne naczelnika. I dlatego ponad połowa zwolnionych wraca do więzienia. By te nowo nabyte wartości zamienić jeszcze raz w te same wartości. Nie widzę w tym logiki, a film nie stara się tego wytłumaczyć. Zamiast tego rzuca w widza mądrze brzmiącym monologiem w cholernie sztuczny sposób. Nie ma takiej opcji, by ktokolwiek mówił w taki sposób, może poza fanatykami stojącymi nagle na ulicy i drącymi ryja w nadziei, że ktoś zacznie ich słuchać.

Btw, w tej rozmowie poznajemy osiągnięcia naczelnika. Tak, ta postać ma historię. Nie wiem, czemu opowiada się ją na sam koniec filmu, wcześniej jadą wyłącznie na rozpoznawalnej twarzy Karla Maldena.

A potem jest scena rozmowy żony z mężem, czyli kolejny odcinek z serii zainteresujmy widza losem tej postaci. Ona go tak kocha (jak Bella Edwarda), on się o nią tak troszczy i chce by się o niego nie martwiła (jak Edward Bellę). Och, urocza scena, tyle pretensjonalności i braku osobowości. Dzieło sztuki filmowej, nie ma co.
Jeśli ktoś miał wątpliwości, że ten wątek nie był na serio do tej pory, to teraz już ich nie ma. Tak, oni byli zakochani. Z jakiegoś powodu, ale byli. Relację kończy bardzo uczuciowe "Żegnaj... żono". Nie przejmuj się Ptasznik, ja też nie pamiętam imienia tej postaci.

Film generalnie zatacza koło i znowu próbuje nabrać widza na straszne warunki panujące w więzieniach. Tylko tym razem jestem już po godzinie oglądania parodii więziennictwa i wiem, że Ptasznik nie miał tam jakoś źle. Prawdopodobnie spory procent ludzi na całej Ziemi śmiało mogło mu zazdrościć. Ale co tam, obraźmy jeszcze ich i pokażmy czym naprawdę jest niski standard życia.
W każdym razie - znowu pretensjonalny wywód narratora o więzieniach które nie resocjalizują, jedynie karzą więźniów bezproduktywną pracą, nudą, monotonią i brakiem nadziei na lepsze życie. Więc z tego powodu wybuchnie bunt - ogarnijcie, na tle tych wszystkich scen bez strażników to jest naprawdę komiczne: chłop zamiata mopem i nagle sru w strażnika, obezwładnia go z kumplem i rozpoczyna bunt. Cholera, miał tyle okazji kiedy strażnik nie patrzył ale nie, musiał wybrać tę. Jego sprawa.

Ale najpierw, ta scena: więzień z bronią przez kraty woła strażnika. Ten się odwraca i widzi broń, ma więc dwie opcje: uskoczyć w bok i się ukryć (wyraźnie mógł to zrobić) albo nie zrobić nic. Wybrał to drugie. Czemu tę parodię traktuję jeszcze jako normalny film? Ano tak, bo sam film się tak traktuje.

Więc jest ten bunt, masowe otwieranie cel i... niszczenie całego bloku. Wyrywanie toalet, materaców, wywalanie tego na środek bloku... Przy okazji, jak na najcięższe więzienie w historii dwóch strażników na cały blok D to trochę mało! Nawet pół setki byłoby za mało, halo?!
Więźniowie pokazali więc, że nie zasługują na ludzkie traktowanie bo zniszczeniem niezłych warunków życiowych w imię niczego zaprezentowali poziom małp, tylko po to by nobilitować Ptasznika który w porównaniu do nich wydaje się całkiem sensownym człowiekiem (bo nie robi dosłownie nic). Urocze zagranie, i jakie humanitarne. Poniżanie jednych w imię mordercy. Bardzo ładnie.

Akcja równa się reakcja, więc w odpowiedzi na bunt widzimy sceny... wojny wietnamskiej. Przyjeżdżają takie samochody wojskowe, żołnierze pakują się do okopów i z działek naku*wiają w Alcatraz... Okna wybuchają i to tyle, nie licząc strzałów z taśmy których efektu nie widzimy. Taki długi korytarz, wywalono jedno okno, puszczono strzały z taśmy i oto mamy marną scenę akcji. Nieźle.
Tak się tylko zapytam, czy ludzie kręcący film o Alcatraz widzieli Alcatraz na oczy? Tam nie było miejsca by nakręcić takie sceny. Dobra, trzeba było ciąć koszty i wzięliście materiały z filmu wojennego w stylu "Operacji Birma", ja to rozumiem, ale efekt jest za****** ch*owy! Szczególnie że odbijanie więzienia z rąk więźniów zostało sprowadzone do strzelania w stodołę i darcia ryja przez megafon: "PODDAJCIE SIĘ! PROSZĘ!".

Efektu nie poprawia fakt, że więźniowie z Ptasznikiem na czele chodzą sobie dosyć wolno i nic nie robią sobie z faktu, że Gwardia Narodowa wali do nich od 10 minut bez przerwy. Dlaczego? Bo ten który rozpoczął cały bunt dostał kulkę (nie to by go trafili specjalnie, po prostu wbiegł w jedyne okno w które strzelali i wielki szokers - dostał w bebechy :O) i teraz oświadczył, że chce umrzeć. Bo siedzi w więzieniu i on nie chce. Po prostu nie chce, nie wiadomo co on zrobił itd. Ptasznikowi oczywiście przychodzi walnąć przemowę o wartości życia.

Jaki debil wpadł na pomysł, że Ptasznik jest odpowiednim człowiekiem do takich przemów? Czuję się jakby oglądał "Zmierzch" opowiadający o aborcji. A nawet gorzej, bo tam taka gadka była jako taka uzasadniona fabularnie, a tu jest kompletnie nowy wątek który pojawia się znikąd. I nie mówcie, że taki bunt był naprawdę. To co było naprawdę jest zupełnie nieistotne dla tego filmu.

I w ten okropny sposób dobiłem do końca filmu. Ptasznik po wszystkim krzyknął do naczelnika, by wchodził do środka bo bunt skończony. Naczelnik: Jaką mam pewność? Ptasznik: Daję ci moje słowo! Naczelnik: A to okey, przecież nigdy wcześniej mnie nie okłamałeś.
Potem jest jakiś przeskok w czasie i Ptasznik opuszcza Alcatraz by przenieść się do innego więzienia. Gdy to robi dziennikarze pytają go o to, jak się czuje, i czy jakby go wypuszczono to by się odnalazł w dzisiejszym czasie. Na koniec Ptasznik strzela przemowę, że jest szczęśliwym człowiekiem i czeka go udana, produktywna przyszłość. W złym systemie, który nie resocjalizuje i skupia się na niszczeniu człowieka. Czy ten film nie miał właśnie opowiadać o... a zresztą, chrzanić to.

Ten film jest absolutnie niemożliwy. Jest opowieścią na faktach która jest totalnie oderwana od rzeczywistości. Ani jedno wydarzenie, ani jedna postać nie sprawiła bym uwierzył, że to naprawdę wydarzyło się naprawdę. Każdy dialog jest niewiarygodnie sztuczny, każda scena również. Zamienia się w bajkę gloryfikującą mordercą, wszystko w imię cholera wie czego, po drodze obrażając nie tylko inteligencję, ale też uczucia i w ogóle całą ludzkość. Jest źle skonstruowany, nie ma w nim konsekwencji ani logiki, a na to wszystko władowano pustosłowie o resocjalizacji na przykładzie parodii tego, co rozkazuje się widzowi brać za prawdę. To po prostu niewiarygodne, jak bardzo wszystko w tym filmie jest zepsute, jak do niczego nie pasuje, a przy tym irytuje i nudzi.


1/10.

http://rateyourmusic.com/film/birdman_of_alcatraz/

piątek, 20 lipca 2012

SKLEPIK Z HORRORAMI

Black Comedy & Natural Horror, 1961


Goofy. Najlepsze słowo określające ten film. Goofy. Po prostu. Dla odmiany Corman nie adoptuje Poego, tylko kręci historię o krwiożerczej roślince.

Po pierwsze - kto do cholery wchodzi do kwiaciarni i przedstawia się zanim złoży zamówienie? Oczywiście, to jedna z postaci i widz musi jakoś go nazywać na własny użytek, ale... kto tak robi? Strasznie to było dziwne.
Nieważne - jest ta roślinka. Sklep się słabo sprzedaje, więc potrzeba egzotyczny asortyment. Pada na małą roślinkę, która trzeba karmić - jak się okazuje - krwią. Bohaterem filmu jest idiota dla którego opieka nad rośliną jest ostatnią szansą by zachować pracę, więc krew roślince oddaje. W jakiś sposób to przyciąga klientelę, więc presja na idiotę się zwiększa, więc ten nawet zamorduje jakiegoś bezdomnego by nakarmić roślinkę.

Ani to parodia ani film na poważnie. Wszystko tu jest sztuczne, od inscenizacji przez scenografię (kwiaciarnia o wiele zbyt pusta) na aktorstwie i tej krwiożerczej roślince kończąc... Cholera, widać było że to muppet i ktoś macha ręką spod stołu. Co ja gadam, muppety były przekonujące, ta roślinka nie jest taka.

Wiem, że nakręcono cały film w 2 dni i miał trafić do określonej, wąskiej grupy odbiorców... Ale to po prostu nie jest dobry film. On jest... goofy. Jedną nogą stoi w parodii, w drugą stara się nabrać temu poważniejszy charakter. Ostatecznie ani mnie to nie śmieszyło, ani nie wciągnęło. Ino się zastanawiałem, co ja do cholery oglądam. Jakbym wdepnął w japoński Internet.


4/10.

czwartek, 19 lipca 2012

ZAGŁADA DOMU USHERÓW

Gothic Horror, 1960


Pierwszy adaptacja Poe od Cormana.

Stereotypowy ukochany przybywa do stereotypowej ukochanej, ale brat dziewczyny nie pozwala jej wyjechać. Bo ona nie może opuścić tego domu.

Jak na film trwający tylko 79 minut to jest zaskakująco... nudny. Pierwsze 40 minut było przyjemne, zgoda, ale drugie 40 minut już musiałem się zmuszać by dokończyć. Dziwne.
Filmowi szkodzi bezmyślne skopiowanie oryginału i budżetowość. Bohaterowie, szczególnie pan Usher, posługują się niezwykle rozbudowanymi, poetyckimi zdaniami które fajne były na piśmie, gdy to czytelnik na ich podstawie wyobrażał sobie świat opowieści, ale w filmie już miał to pokazane więc trochę nieteges. Nie wspominając o tym, że mówienie w ten sposób jest nienaturalne jak cholera.

Jest też coś nienaturalnego w tym, że dramat znowu jest rozpisany na niewiele postaci. Pogrzeb bez księdza lub kogoś z policji kto odnotuje śmierć? Hm. Niemniej akceptuję, że w taki sposób się kręciło takie filmy i nie mam z tym problemu. Ale logistycznie też kilka rzeczy leży - Usher niby ma ten wrażliwy słuch a np. w scenie ze spadającym żyrandolem wbiega do środka i szuka źródła hałasu, robiąc przy tym miny jak pan Magoo. W innej scenie, świetnej swoją drogą, pani Usher pokazuje nazwiska na trumnach. Problem w tym, że do kamery, a nie do postaci której je pokazuje. I tak dalej, choćby to dodanie do fabuły sekretnych przejść w domu na ostatnie 10 minut filmu.

Niemniej, historia jest świetna (choć nieangażująca) a reszta filmu co najmniej solidna - na szczególną uwagę zasługują portrety rodziny Usherów, budzące strach w taki abstrakcyjny i oryginalny sposób. Ktoś te obrazy namalował, pewnie na potrzeby filmu, wypada docenić!


5/10.

czwartek, 5 lipca 2012

PODGLĄDACZ

Psychological Thriller, 1960


Wyjątkowo trafny polski tytuł.

Jak na horror, jest to film oryginalny nawet dziś - pokazana zostaje jedynie reakcja. A to na widok mordercy zmierzającego po ofiarę (nie ma samego aktu, jest tylko krzyk kobiety). A to gdy kobieta ogląda filmy bohatera - kluczowych momentów nie widać, są tylko opowiedziane przez bohatera, a wszystko co widzimy to wstręt na twarzy kobiety. I tak dalej. Ważne jest jedno - to działa.

Jak na dramat, jest bardzo dobrze. Widz poznaje motywację mordercy, rozumie go ale też potępia, jednocześnie współczując. Finał jest świetny.

Ale jednocześnie ta moja siódemka dla filmu nie jest mocna. Jest kilka błędów logistycznych w filmie (scena ze ślepą matką, słyszącą przez piętra ale gdy bohater ustawia szpilec metr przed nią to już musi wykrzykiwać pytania w stylu "co ty robisz?"). Cały wątek z planem filmowym mi nie pasował do tej historii. Z jednej strony zgoda, bo bohater pracuje tam, ale... to za mało. Taki mało konkretny zarzut z mojej strony.

Plan bohatera na film też nie jest do końca jasny. Tak w ogóle to film nie wciąga. Budzi fascynację w pewnych aspektach, ale nie jako całość.


7/10.

http://rateyourmusic.com/film/peeping_tom/

wtorek, 3 lipca 2012

TWARZE NA SPRZEDAŻ

Psychological Thriller & Mystery, 1966


Arcydzieło na dwie trzecie.

Początek to arcydzieło. Pierwsze 45 minut ocieka geniuszem, wygląda wręcz tak, jakby było dla kina tym, czym dla muzyki było "Velvet Underground". Czuć w tych scenach co najmniej kilkanaście innych filmów, tylko że każdy powstał później. "Kobiety pod presją", "Pi", "Brazil", "Oczy szeroko zamknięte"... Ale jest też "Miraż", "Strefa mroku" czy Kafka.

Sam nie wiem, do którego momentu zdradzić co zawiera fabuła. Na początku widzimy mężczyznę wsiadającego do pociągu, podczas gdy w ostatniej chwili tajemniczy pan wciska mu do ręki kartkę z adresem. Twarz tego pana nie jest zakryta, ale pośpiech całej sceny sprawia, że jej nie zapamiętałem. Na sekundę tylko wyszedł z cienie, a potem pociąg ruszył a on się odwrócił..

To co się dzieje potem do 45 minuty rozsadza mózg. Tam absolutnie wszystko gra perfekcyjnie, a gdy usłyszałem czołowe zdanie w tym akcie ("Zostałem przydzielony do omówienia z panem okoliczności pana śmierci") to już w ogóle czujecie kisiel zamiast mózgu. Arcydzieło.

A potem mija 45 minuta, zaczyna się drugi akt... I cholera, wszystko to opada. Akcja zmierza donikąd, rozterka i ból bohatera jest nieprzekonywujący, a jego kwestie wydają się puste i bez pokrycia. Do tego te bonusowe sceny z babką, wyciskaniem winogron i przyjęciem... Nie, poważnie, co miało być potem? Gdy bohater już się przyzwyczai i ogarnie nową sytuację... Jak miało jego życie dalej wyglądać? Cały 2 akt w ogóle tego nie mówi. Za to oglądamy tam kilka niepotrzebnych scen, zamiast których bohater mógł się zdecydować od razu by przejść do aktu 3. Byłoby tak samo przekonywująco.

A akt 3 znowu - rewelacja. Thriller psychologiczny, dramat egzystencjalny, ból bijący z ekranu. Nie geniusz jak akt 1, ale jednak, świetne zwieńczenie pozostawiające też trochę ciekawych niedopowiedzeń dla widza.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak fenomenalny był ten początek. Potęga kina w 100%.


7+/10.
Czołówka: http://www.youtube.com/watch?v=8nzdUxGbcvM


PS. Polski tytuł nie ma nic wspólnego z filmem.

poniedziałek, 2 lipca 2012

NAWIEDZONY PAŁAC

Haunted House & Gothic Horror, 1963


Tytuł mówi dużo.:)

Generalnie - typowy film grozy z miasteczkiem, gdzie każdy ma focha, wokół mgła i pioruny, a ten zamek w tle jest tu bardzo istotny. Tam straszy !!...

Cóż, kto lubi taki nastrój temu się film spodoba. Postawiono na klimat, historię oparto na postaciach z krwi i kości, dodano też sporo tajemniczości - zarówno w finale jak i czymś, co bardzo mi się spodobało. Mianowicie, przez sporą część filmu nie bardzo wiadomo, czego się spodziewać dalej. Z początku mamy tę historię i klątwie. Potem mamy ten obraz, "zdeformowanych" mieszkańców (!) i tę bestię trzymaną na strychu przez jednego z tutejszych...

Trochę żałuję, że nie wysilono się z narracją, obecnie wszystko jest metodą "kawa na ławę": na początku mamy retrospekcję w której widzimy nagonkę i spalenie tego złego. Potem jest już teraźniejszość i widzimy nowych przyjeżdżających do wioski, w której nikt się do nich nie odzywa i w ogóle nie wiedzą, o co biega... Ale widz już to wie. Zna historię tego miejsca. To samo m.in. w etapach z mężem znikającym na noc. Widzimy, co się z nim dzieje, widzimy co robi, a potem łapie się za głowę i nie wie, gdzie był przez całą noc. Ale widz też to wie... Film sporo by zyskał gdyby trochę namieszano w narracji i tyle.

Co do głupot - pomocnik szukał długo tego właściwego... Czyli każdy potomek tego pana ma jego twarz? I skąd on wiedział po usłyszeniu imienia, że to jego pra-pra-prawnuk? A tak właściwie to czego dotyczyły te badania? Jeśli o tym co myślę... to było nieco rozczarowujące.

Niemniej, film przyjemny.


6/10

http://rateyourmusic.com/film/the_haunted_palace/

niedziela, 1 lipca 2012

MIĘTOWY CUKIEREK

Drama, 1999



"Obywatel Kane" + "Memento" + Korea.

Ale to dosyć krzywdzące porównanie, bo film nie jest poskładany z innych. Jest całkowicie oryginalny, wręcz trudno uwierzyć jak bardzo.

Cały początek to dla mnie inny świat, ani jedna reakcja tych ludzi nie wydała mi się normalna, cała otoczka tego wszystkiego była po prostu inna. To szturchanie się, przypadkowe spotkanie, krzyczenie i zabieranie mikrofonu a na końcu główny bohater wchodzi na pobliskie tory i tylko jedna osoba podchodzi do niego i prosi, by ten zszedł. W końcu słychać nadjeżdżający pociąg...

Cały film jest złożony z kolejnych warstw przeszłości bohatera. Zaraz po openingu akcja cofa się o 3 dni do tyłu, a następnie o kilka lat - i tak dalej. Łącznie takich flashbacków jest około sześć, i tu jest pierwsza wielka rzecz której udało się dokonać - napisać historię człowieka i opowiedzieć ją od tyłu tak, by każdy z tych segmentów był równie ciekawy ale odnosił się tylko do tego, co było wcześniej. I budził u widza uczucie niezrozumienia, ale z tym pozytywnym skutkiem: chciałem się dowiedzieć, co się wtedy stało. Czemu utykał? O co chodziło z aparatem? Kim jest Yun Sunim? I czym bohater się zajmował w przeszłości? A jest tego więcej.

To cholernie trudne zadanie, napisać taką historię, i to z takim efektem. A im się udało, niesamowite. Co ważne, poszczególne segmenty nie są krótkie jak w "Memento", o wiele trudniej je wszystkie przez to ogarnąć. Dodano też bonusem mnóstwo smaczków odnoszących się do przyszłości w taki subtelny, miły sposób (jak na samym końcu młody bohater mówi: "Czuję, jakbym już tu był").

Drugie co zachwyca to filmowy sposób przekazania, że akcja zmierza do tyłu - są oczywiście podpisy, jednak chodzi mi o sam sygnał przekazania widzowi, że obserwuje przeszłość. "LOST" miało ten rewelacyjny dźwięk, "Peppermint Candy" ma sekwencje z pociągiem. Przypatrzcie się im, ciekawe uczucie towarzyszy odkryciu pewnego szczegółu...

Opowieść jest smutna. Ludzie przy płakaniu smarkają i tracą głos, a przy krzyczeniu twarz wykrzywia im się w straszny i trochę groteskowy sposób (jeśli się patrzy za długo). Ale nie ma mowy, by w to nie uwierzyć. Film jest emocjonalną petardą, którą trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy, by tę historię jakoś sobie "ustawić".

Z innej beczki - zdjęcia są genialne. Każde jedno ujęcie ma tu swój cel i wyjaśnienie, jest perfekcyjne. Nigdy nie było tak, że coś pokazano "za mało" albo przy kamerze z ręki coś umykało przez trzęsienie. Tylko "Harmonie..." są dla mnie wyżej.


8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/박하사탕/