sobota, 28 lutego 2015

"Widzę, widzę" (6/10)

Psychological Horror, 2014


Przykład oceniania błędnego po okładce - w tym przypadku plakacie. Film jest/był w ofercie Scope50, które i tak miałem obejrzeć (takie wymagania tej akcji), ale właśnie: przeczytałem opis, zobaczyłem trailer i uznałem, że to jakiś gniot w stylu Hanekego o dzieciach znęcających się nad swoją matką w celu zdenerwowania widza.

Okazało się, że jest inaczej. Film nie ma nic wspólnego ani z owym Austriakiem, ani też jego założeniami. To psychologiczny horror w stylu "Oculusa", gdyby z tamtego zabrać cały "setup": gdy się zaczynał, postawiono sprawę jasno: wydarzyła się tragedia i winne temu może być nawiedzone lustro... albo bohaterowie są chorzy na głowę, i pamiętają przeszłość inaczej niż to było naprawdę. Wyobraźcie sobie "Oculusa" który toczy się bez tego wstępu, i macie "Goodnight, mommy"

Dwoje dzieci, bliźniaków w wieku ok. 10 lat, bawi się na dworze. Elias i Lukas. Wraca do domu gdy akurat wróciła ich matka... z twarzą w bandażach. Widać tylko jej oczy oraz usta. Przerażające? Owszem. Co się stało? Nie wiadomo. Synowie z czasem zaczynają podejrzewać, że to wcale nie jest ich rodzicielka. Ponad to, od początku stawia ona sprawę jasno: nie będzie się odzywać do Lukasa. Ignoruje to, co on mówi, zabranie synowi z nim rozmawiać, rano przy stole będzie czekać tylko jedno nakrycie przy stole.

czwartek, 26 lutego 2015

(felieton) Kino powinno nauczyć się kochać samo siebie

Co jest wspólnym mianownikiem między wszystkimi dobrymi książkami? Miłość do literatury. Każdy tytuł ma coś z tej mieszanki:

- stary dom z gigantyczną bibliotekę, której sam wygląd zachwyca, nawet jeśli nie umiesz wyjaśnić z jakiego powodu to czujesz;
- postać lubiącą czytać. Jedna, jedyna albo dominująca cecha jej charakteru. Zwykle dziewczyna;
- wymieniony zostanie tytuł ulubionej powieści postaci. Zazwyczaj więcej niż jednej;

"Harry Potter" miał nie tylko Hermionę, ale też cały szacunek do książek. Wiedzy w nich, tajemnic z nimi związanych, ich historią. Były one ważnym obiektem dla całej magii tego świata. Bohater "Norwegian Wood" czytał "Wielkiego Gatsby'ego" i zapytany, czym jest "ulubiona książka" odpowiada, że to taka pozycja, do której zagląda się co jakiś czas by przeczytać ulubiony fragment. Cholera, "Tajemnicę Wawrzyńców" Agathy Christie kupiłem tylko dlatego, że dosłownie pierwszą linijką dialogu było "Kocham książki!". Charlie z "Perks of Being a Wallflower" czytał tyle, że doszedł aż do "Źródła" Ayn Rand.

A co filmy mają? Randalla z "Clerks", rozmawiającego z kumplem o zakończeniu "Powrótu Jedi", a oglądającego pornosy z udziałem shemale.

wtorek, 24 lutego 2015

(serial) Shield - sezon 2

Crime, 2003


Bezpośrednia kontynuacja całościowa. Wątki pociągnięto, postarano się o nieco większy rozmach i uchylono rąbek tajemnicy, jakie rozmiary może przybrać ten serial w przyszłości. Widzę wyraźnie, że jest tu szerszy plan dla wszystkiego. Teraz tylko oglądać, bo jestem złapany na dobre. Chcę poznać całość. Jeszcze tylko 59 epizodów przede mną.

Wszystko co napisałem o pierwszym sezonie wciąż tu jest, nie ma potrzeby się powtarzać. Druga seria wprowadza do produkcji głębię u pozostałych postaci. Teraz każda ma historię, która zapada w pamięć. Julien leczy się z homoseksualizmu i bierze ślub (!). Danielle postrzeli w samoobronie Araba który wymachiwał bronią - ale byli sami, a zaraz potem wbiegła na scenę żona zastrzelonego przekonana, że biała kobieta zamordowała jej męża bez powodu - a skoro władze wierzą policjantce, postanowiła samotnie obrócić życie Danielle w piekło (!). Dutch zyska jaja i będzie bardziej aktywny. Aceveda startuje do wyborów, Claudette będzie rozważana na stanowisko następcy Acevedy a jej relacje z grupą uderzeniową będą bardziej napięte. Sama grupa też wybierze sobie ciekawy cel... Pojawi się pani z kontroli, szukająca brudów na Vica. Temu w życiu będzie coraz trudniej, bo żona od niego uciekła.

Taka moja cicha nadzieja, żeby Corrine nie okazała się tak denerwująca jak się na to zapowiada. A ja należę do ludzi, których nie wkurzała Skyler White.

Tyle ode mnie. Serial trzyma poziom, jest teraz bardziej ciekawy i świeży, jest tylko jeden odcinek dociśnięty na siłę, w którym pokazano powstawanie posterunku (tak, retrospekcja która nie podobała się Garretowi). Flashback tylko z jedną zaletą - zobaczyłem znowu Aarona Stantona.

To nic pewnego, ale od końcówki pierwszej serii mam wrażenie, że "Shield" będzie takim rewersem "Breaking Bad" - i jak na razie... wciąż jest to możliwe.
Sezon II - 7/10
Sezon I - 6/10

niedziela, 22 lutego 2015

"Baranek Shaun" (6/10). Udało się!

Family, 2015


Jeśli coś wam mówi ten tytuł, to zapewne kojarzycie serial animowany, który parę lat temu leciał na TVP1 po Teleexpresie pod tym właśnie tytułem. Była to prosta bajka o tytułowej owieczce i innych zwierzętach żyjących na farmie. Prosta, zabawna, nie oparta na przemocy ani też dialogach, ponieważ całość była niema. Skojarzenia z "Uciekającymi kurczakami" jest oczywiste, ponieważ za tymi tytułami stało to samo studio, a więc metoda animacji była bardzo podobna. Ręczna, poklatkowa i bez zarzutu.


Teraz ktoś wpadł na pomysł, by serial przenieść na duży kran i tak Shaun trafił do kin. Zadanie zdawałoby się karkołomne, szczególnie jeśli pamięta się jaki los spotkał choćby Toma i Jerry'ego. Obie produkcje są w teorii bardzo podobne: trwały po siedem minut, a główni bohaterowie nie mówią. Jak z tego zrobić pełny metraż? Właściwie, to "Baranek..." miał przed sobą trudniejsze zadanie, ponieważ nie opierał się nawet na przemocy! Cały humor brał się ze slapsticku, zbiegu okoliczności, absurdalnych zdarzeń, ale to wszystko.

I dlatego muszę docenić, że finalny efekt daje radę w jakikolwiek stopniu. Zachowano ducha oryginału, nie złamano żadnej zasady - humor jest ten sam, a postaci ludzkie mówią ze sobą tym samym językiem co Simsy. Całą opowieść zaprezentowano poprzez obraz bez żadnych skrótów, i nie brakowało mi w narracji niczego. Seans mija miło, parę razy się uśmiechnąłem, jest kilka kapitalnych scen i szczegółów które aż chce się pamiętać! Pies świdrujący wzrokiem siedzący w celi obok... albo obiad w restauracji podczas której owce nie wiedzą jak się zachować, więc naśladują gościa siedzącego przy stoliku obok - co szybko zamienia się w parodię. Albo...

Właściwie, to będzie wszystko. Kilka razy ziewnąłem, widziałem też słabe wykorzystanie formuły trzech aktów w której sporo przeciągano, dlatego jest to film warty jedynie wypożyczenia gdy już trafi na VoD. Ma przyjemny klimat, jest lekki a humor wystarcza na czas trwania seansu. To również niezły przykład narracji czysto filmowej.

Chyba, że chcecie wkurwić kilkudziesięciu ludzi, wtedy koniecznie pójdźcie na seans z dzieckiem i straćcie twarz w oczach wszystkich współwidzów. Oraz pieniądze, bo mały będzie chciał wrócić do domu po 20 minutach... albo usiądzie sobie na oparciu krzesła, zamiast samym krześle, zasłaniając widok połowie sali... albo bardziej będzie zainteresowany bieganiem między siedzeniami...

Sam obejrzałem, bo nagle w kinie urozmaicili repertuar. Chcę wspierać takie przypadki. Zresztą, sami zobaczcie: http://i.imgur.com/isjFKm4.png

sobota, 21 lutego 2015

"Wojna polsko-ruska" (7+/10) Wciąż to lubię

Black Comedy, 2008


Nie znaczy to, że rozumiem ten film. Oglądam czwarty raz i znowu nie trafiłem w moment, gdy miałbym ochotę to rozgryzać. "Wojna polsko-ruska" jest niezłym trzepaczem mózgu, w którym trudno dostrzec logikę lub jakikolwiek porządek. Ale to nieład, za którym idzie nadążyć. Pamiętałem każdą scenę, co po sobie następowało, chociaż było to coś zupełnie innego niż powinno. Silny - główny bohater, lepiej znany jako Borys Szyc - chce wejść na teren konkursu piękności. Ale potrzebuje wejściówki. Woła znajomego żeby mu taką załatwił. Ten go poznaje ze swoją dziewczyną. W kolejnej scenie Silny jest w mieszkaniu owej niewiasty, ona coś do niego mówi, on nic nie ogarnia, bierze prochy, obsikuje jej kanarka i wychodzi. A ja, jako widz, myślę tylko: "Dziwne... ale dobra, nie mam z tym problemu. Zobaczę, gdzie to prowadzi".

Wszystko co tym razem wymyśliłem to rozpoznanie elementów parodiujących polaków. Tak myślę. Cały ten bełkot Andżeli i wielu innych postaci o życiu czy ludziach - gdzieś w połowie filmu pojawia się scena jak Narratorka wchodzi do kuchni i słyszy swoją rodzinę rozmawiającą o podobnych rzeczach. I to jest prawda, znam to z doświadczenia. Nie wiem, czy to jest typowe tylko dla Polaków, ale codziennie słyszę jakieś "złote myśli" o sensie życia, Bogu, religii oraz ostatnich wydarzeniach z telewizji, i zwyczajnie słychać, że oni je powtarzają, bo kiedyś coś takiego usłyszeli. Ale sami by na to w życiu nie wpadli, i tylko zasłaniają swoją pustkę, i ich zachowanie sparodiowano najwidoczniej w "Wojnie polsko-ruskiej". Tak przynajmniej myślę. Nadal te wywody bohaterów nie mają sensu i raczej męczą uszy, ale sam zamysł był... dobry?

Już, nieważne. Ta produkcja to przede wszystkim dobra zabawa, i z tego powodu obejrzę ją jeszcze nieraz. Sama postać Silnego, jego zachowanie i słownictwo, nieprzewidywalność i bogactwo możliwości. Zdaje się, jakby mógł być każdym, ale jednocześnie jest bardzo konkretną postacią, którą można zapamiętać wyraźnie i rozpoznać w tłumie. Liczne niewytłumaczalne smaczki, jak dziwne oczy bohatera z rana, gdy dowiedział się o śmierci psa. Burdel w wykonaniu Nataszy, opierdalanie kasjerki, dramat z krótkofalówkami - mam wrażenie, że to się nigdy nie zestarzeje. To wciąż jest tak samo śmieszne i świeże jak 7 lat temu, gdy widziałem w kinie. Dzisiaj mogę jedyne dodać do tego rozwój języka filmu, oraz wspaniałą reżyserię. Jak się nad tym zatrzymać, to większość filmu nie miała prawa zadziałać (poszczególne scenki są aż tak zróżnicowane), a pan Xavery Żuławski połączył je w całość. Widać również, że aktorzy świetnie się tam bawili, i dzięki temu również żałosne chwile działają (atak tłumu na Silnego). Każdy tam rozumiał, co robi, wiedział o czym jest film, i poszli na całość. Jeden z najbardziej szalonych produkcji jakie w życiu widziałem, i nieliczny przypadek w rodzimym kinie dającego zabawę. A przy tym jest stymulującą zagadką, którą chce się rozwiązać. Pewnego dnia...

czwartek, 19 lutego 2015

(felieton) Czym są dla mnie Oscary?


Niby wszyscy je hejtują, ale też wszyscy nimi żyją. I nie zrozumcie mnie źle, też tak uważam, i również oglądałem nominacje na żywo, 15 stycznia, o 14:30 na YouTube. Za rok to powtórzę, i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Ale lepiej to wyjaśnię.

Tak, Oscary nie są istotne. Ale to wciąż najlepsza nagroda filmowa. Czytałem książkę im poświęconą i wiem, że ludzie za nią stojący zawsze wiedzieli, co robią, i byli bardzo inteligentni. Umieli wyczuć wiatr zmian i przetrwać, a także wygrywać aż do dnia dzisiejszego. To była pierwsza nagroda w kinie, to dzięki niej zakończył się konflikt telewizji oraz kin w latach 50'tych, ta statuetka sprzedaje bilety i jest stałym symbolem zrozumiałym dla każdego obywatela żyjącego w mniej więcej cywilizowanym kraju. Nawet jeśli nie interesuje się kinem, to kojarzy tytuły i wie co zrobić z informacją o tym, że zostały ogłoszone nominacje. Nawet jeśli nie lubi czytać o kinie, zobaczy w tytule posta to magiczne słowo i wejdzie.

Wszystkie inne statuetki, jak Palmy, Niedźwiedzie, Muszelki, nawet razem wzięte, nie mają takiej siły przebicia. To festiwale niedostępne dla większości, o których dowiadują się z relacji, których tytuły i nazwiska nic większości nie mówią, a premierę - jeśli już - będą mieć za wiele miesięcy. Ktoś wygrał główną statuetkę? Cóż... dodam do "Chcę obejrzeć" i poczekam... USA ma to wszystko w dupie. Zalewa rynek na bieżąco nowościami, tytuły nominowane do filmu roku są już w kinach. Nie zdziwiłbym się, jeśli te tanie wersje w Internecie też były tam wrzucane celowo. Jest głośno, i jest to jedno z nielicznych, a zazwyczaj jedyne w roku święto kina, gdy kinematografia zajmuje w jakimkolwiek stopniu uwagę ogółu na kilka tygodni. Możecie pamiętać, kto wygrał Orły, ale w przypadku Oscarów pamiętacie nawet nominacje.

Czy ma to jakieś prawdziwe znaczenie dla normalnych ludzi? Kierować się wynikami nigdy nie mogli, ale to rzadko można powiedzieć o którymkolwiek imprezie. Należy tylko docenić, że w jakikolwiek stopniu, nawet najmniejszym, X muza ma swoje święto.

Ogłoszenie nominacji ma dla mnie znaczenie symboliczne. To wciąż tylko tytuły i blaski fleszy, ale to bardzo dobry moment, by postawić kropkę. Rok się skończył. Co prawda większość świata wciąż się namyśla, czy wypuścić z kraju swoje dzieła, i zajmie im to pewnie jeszcze trochę czasu, ale nie zmienią faktów. Rok się skończył. Teraz jest czas na podsumowania, a chociaż wrócić do niego można zawsze, to już nie będzie to samo. To nie będzie nowe, własne, świeże. Historia będzie utworzona. I cóż, znowu będzie to historia Stanów Zjednoczonych. Nawet jeśli spojrzę na nominowanych, poczytam recenzje i stwierdzę, że nic z tego mnie nie zainteresowało, kropka zostanie wtedy postawiona. Lista do obejrzenia się zamknie, i będę miał możliwość stworzenia własnego podsumowania z dużą pewnością, że TERAZ niczego nie ominąłem.

Taki jestem. Lubię statystki, rankingi, Top 10. I potrzebuję tej granicy, za którą mogę wrócić do oglądania klasyki, bez jednoczesnego traktowania teraźniejszości po macoszemu.

Zresztą - w 2014 roku głównym kandydatem do bicia jest Złota Palma. Jeśli chcecie kogoś karać za to, że język obrazu jest ubogi, film nadal nie potrafi się oderwać od literatury i zyskać własnej świadomości, a widzowie wciąż umieją "czytać" to co widzą na ekranie w stopniu bardzo podstawowym i najczęściej bez narratora sobie nie radzą... To nagroda dla "Zimowego snu" może być temu wszystkiemu winna. Trzy godziny gadania będące jeśli już to wyreżyserowanym audiobookiem. Ale filmem może być dziś każde nagranie, prawda?

A w 2015 roku zwrócę uwagę na IFTA ("Calvary") oraz Złotą Muszelkę ("Magical Girl").

wtorek, 17 lutego 2015

(miniserial) Ja, Klaudiusz

Historical Drama, 1976


Jest to jeden z najsłynniejszych produkcji telewizyjnych w historii, prawdziwa legenda opisująca kawałek historii która do dziś wywiera wpływ na ludzkość. Ale co zadziwiające, bardzo łatwo ten serial zlekceważyć. To w zasadzie tylko grupa białych ludzi stojących "u władzy", mających wszystko podstawiane pod nos nie mając nic do roboty, więc jedyną ich rozrywką jest chodzenie na szczyt władzy o trupach. A gdy już tego dokonają, to robią to samo co do tej pory, tylko tym razem już ktoś spiskuje by ich zabić. Powtórzyć. Dopiero około 10 odcinka ten burdel nabiera znaczenia, gdy wspomina się, że wycięcie w pień rodu Klaudiuszów doprowadzi do przywrócenia republiki. I jest konflikt: monarchia czy demokracja? Odpowiedzią jest: "eeee". Czemu jedno jest lepsze od drugiego? Odpowiedź: "Eeee"

I tak jest z całą resztą. Nie ma tu etyki, wartości, polityki, rządzenia. "Bycie u władzy" nic nie znaczy. Bohaterowie nie podejmują żadnych decyzji mających na cokolwiek wpływ. Jeden Klaudiusz postanowi port zbudować. Super władza. Patrząc na ten serial, mieszkańcy Rzymu zapewne nie mieli zielonego pojęcia, że mają jakąś władzę nad sobą. "Dobra, dobra, bierz połowę tego co zarabiam i nie marnuj mojego czasu, Cesarze, idź się tam mordować ze swoimi w pałacu, guzik mnie to obchodzi. Ale zorganizuj jakieś igrzyska co parę dni, ok?".

Tak, dzieją się pewne rzeczy, takie jak podbój Brytanii, ale wszystko to jest poza obrębem akcji. Jedna scena, cięcie, ktoś mówi, że od czasu tamtej sceny Klaudiusz sobie pojechał, podbił Brytanię i wrócił, i minęło 7 miesięcy w ten sposób i druga scena. Po co mu ta prowincja? Jak to zrobił? Te i inne pytanie to znowu "Eeee". Cały serial to biali ludzie gadający ze sobą, nic nie robią i nic nie znaczą.

W rzeczywistości było inaczej, i sądząc po cytatach z książki, nawet w pierwowzorze literackim było inaczej. Mam tego świadomość, żeby była jasność.

niedziela, 15 lutego 2015

(serial) Świat gliniarzy - sezon 1. Jeszcze jeden twardy glina? Chyba coś więcej...

Crime, 2002


Współczesne Los Angeles. Mniejszości etniczne, Meksyk, policja, narkotyki, przestępstwa i władza nie mająca zaufania. Wyróżnia się tu jeden człowiek: Vic Macey. Glina mający układy z handlarzami na ulicy, biorący działki od każdego za to, że nie będzie go zgarniać do aresztu. Nie boi się podjąć wszystkich kroków, byle tylko zachować nienaruszalność i by nikt nie dowiedział się o jego ruchach. Ma żonę, ale sypia z innymi kobietami. Podczas nalotu spokojnie schowa do swojej kieszeni kilka kilo proszku, a przy przesłuchiwaniu nie ma zahamowań, by wyciągnąć zeznanie siłą. Gdy przychodzi do karania, jest brutalny. Ośmiesza ludzi przy aresztowaniu, obraża ich, podle traktuje. Cały czas wykonuje na boku jakąś robotę dla siebie - szuka brudów na kogoś, nadzoruje prywatną akcję.

Nieważne, jak bardzo znajomo to brzmi - Vic Mackey jest unikalny. Kogoś takiego jeszcze na ekranie nie było, to pewne. Jest kimś więcej niż tylko zbiorem nośnych medialnie cech charakteru. Jest złożonym charakterem, którego nie rozgryzłem w pełni nawet po całym pierwszym sezonie. Idealną sceną, która przedstawia jego charakter, jest ta w łazience ze środka serii. Jeden gliniarz mu zagrażał, więc Vic go zaszantażował. Jak powie, co Vic zrobił, to ten w rewanżu powie innym, że tamten jest gejem. To oczywiście działa i sprawa jest zamknięta, jednak wkrótce następuje ta scena w łazience, gdy wspomniany gliniarz opowiada o swoim bólu, i tym jak bardzo siebie nienawidzi za bycie homoseksualistą. Vic mówi wtedy: "Nie możesz iść przez życie, nienawidząc się. Pomogłeś mi, więc ja pomogę tobie". I wiedziałem wtedy, że naprawdę wierzy w to, co powiedział. Miałem pewność, że to jest jego wartość, w którą wierzy całym umysłem.

"The Shield" w całości opiera się na tej postaci i jego wyjątkowości. To zaczyna być wadą, gdy zrozumiałem, że ta produkcja nie ma nic innego do zaoferowania tak naprawdę. Każda inna postać jest nieinteresująca, a fabuła jest szczątkowa. w pierwszym epizodzie wydarzy się coś ważnego, a potem będą o tym przypominać, ale nie zrobią z tym nic nowego. Jednak Vic Mackey ma to gdzieś i ciągnie cały serial niczym strongmen. Ten bohater cały czas balansuje na granicy, nie tylko prawa i tego, by nikt niewłaściwy nie dowiedział się wszystkich faktów o jego życiu, ale też cały czas jest o milimetry od zwariowania. Ilość roboty cały czas jest krytyczna, ciągle robi coś o czym nikt nie może się dowiedzieć, cały czas musi interweniować bo coś poszło nie tak... A na wierzchu jest jego rodzina i synek mający problemy, z którymi trzeba pójść do doktora. Jak tu znaleźć na to czas, a jednocześnie nie pęknąć i nie wykrzyczeć na żonę wszystkich swoich problemów? Trzeba być niebywale silnym. A Vic jest kimś takim.

Od razu przeszedłem do oglądania drugiej serii. To w końcu serial całościowy.

sobota, 14 lutego 2015

"Opowieści księżycowe" (6/10) Ile można zachwycać się prostotą?

Jidaigeki, 1953


Naprawdę nie wiem który raz to robię, ale jak inaczej skomentować taki wstęp? Dwoje mężczyzn opuszcza wioskę. Jeden sprzedaje wyroby gliniane i jedzie do miasta by zarobić, drugi chce zostać samurajem. I gdy dociera do centrum, mówią mu by wrócił gdy będzie mieć zbroję i broń. Wtedy go przyjmą. Będzie samurajem. W ten sposób mężczyźni łączą siły przy handlu garnkami i miskami własnoręcznie wypalonymi w piecu. Jeden robi to, by zarobić na zbroję. Drugi dla rodziny.

To takie proste i wystarczające! Człowiek robi garnki by zarobić na spełnienie marzeń. Nie ma tu czegoś zbędnego, wszystko zarysowano przy pomocy kilku zdań lub ujęć, bez postojów. Każda scena jest jakimś krokiem do przodu, coś nowego dochodzi i jest dynamicznie. A wszystko wygląda ślicznie, nawet pod względem takich niewidocznych elementów jak atmosfera. Jest w tym filmie pewne baśniowe, skromne piękno, szczególnie w sposobie kręcenia..

A potem zdaję sobie sprawę, że to jest coraz nudniejsze. Jakoś wtedy zaczęło mi przeszkadzać, że jeden z bohaterów chce być samurajem, chociaż nigdy nie miał włóczni w dłoni... potem się okaże, że chciał w ten sposób uszczęśliwić swoją kobietę, dlatego przez resztę opowieści ranił ją... Co? Kobieta gada do kogoś, kogo nawet w scenie nie ma, a ja zamiast skupić się na jej dramacie, zastanawiam się, do kogo ona mówi. I dlaczego. To nie jest teatr przecież. Chłop sprzedający garnki zobaczy na ulicy kobietę tak brzydką, że aż mnie przeraziła, i się w niej zakocha, zostawi żonę bo... Co? Jakoś wtedy zdałem sobie sprawę, że to film o słabych ludziach. I tym, że są słabi, tłumaczy się naprawdę niewydarzoną fabułę.

Problem w tym, że zamiast przejść jakąś drogę, to pogada się coś o "żądzy pieniądza", i że to wojna jest wszystkiemu bardziej winna niż same postaci które tak wybrały, i jakieś nieudolne elementy low-fantasy do tego dodano, bohaterowie zaczną gadać hasłami zamiast dialogami. Jest tu cała scena złożona wyłącznie z takich zdań jak "Wojna jest zła" oraz "Ambicja odwróciła moje serce od szczęścia". A najgorsze: nie ma tu słowa o tym, że to bohaterowie byli winni.

Oczywiste, że to nie jest kino dla mnie. A startowano tak dobrze, od pięknego zdania jakim było: "Marzenia są niczym pomost do lepszego życia".

czwartek, 12 lutego 2015

(nierecenzja) Ben Hur

Dziwna sprawa. Kolejny film, który kiedyś (początek 2008 roku) bardzo polubiłem, a teraz oglądam i nie widzę nic, co powinno imponować. Poza dwoma scenami, w których dla odmiany coś robią zamiast gadać o robieniu. Ale po kolei.

"Ben Hur" to opowieść o Żydzie, który został nazwany na cześć tego filmu, i jest przyjacielem od dziecka z Rzymianinem Mesallą. Mamy czasy, gdy Jezus dopiero zaczyna głosić swoje poglądy, i Judea jest prowincją Cesarstwa. Niesłychany przypadek, że oglądam ten film niemal zaraz po skończeniu "Ja, Klaudiusz". W każdym razie: teraz przyjaciele są dorośli i Rzymianin zarządza prowincją. Stwierdza, że sobie nie poradzi bez porady przyjaciela. Ben Hur oczywiście radzi mu (przyjacielsko, nie miejcie wątpliwości) by zwrócił Żydom wolność. Mesalla nazywa to "odmową pomocy" i zrywa przyjaźń. Wieloletnią przyjaźń na życie, opartą w zasadzie na deklaracji postaci, że taka była. Podczas oglądania jakoś przeszedłem nad tym, ale teraz to napisałem i zawiesiłem się kompletnie, nie ogarniam tego... Podczas parady Rzymskiego wojska ulicami miasteczka, dziewczyna Bena przypadkowo zrzuca dachówkę z dachu obok żołnierza, więc zostają skazani na lochy a bohater idzie na galery. Teraz bohater żyje jedynie po to, by wrócić do ojczyzny i zemścić się na byłym przyjacielu Rzymianinie, który to wydał takowy wyrok.

Wystarczy w sumie przeczytać na głos wstęp i już ma się kilka powodów, dlaczego ten film nie działa. Na przykład, czemu władzę obejmuje ktoś, kto nie ma pojęcia o rządzeniu i nie daje sobie rady? Właściwie to kiedy on nie daje sobie tej rady? (to film, pamiętacie? Trzeba rzeczy POKAZYWAĆ, zamiast mówić!) Czemu go nie zmienili na kogoś bardziej kompetentnego? I przy okazji, czemu właśnie Ben Hur, skoro w całym filmie nie pokazał żadnych cech przywódczych? Czemu twórcy w ogóle starali się połączyć te dwa zdarzenia w jedno, by zerwanie przyjaźni było powodem takiego wyroku? Czy gdyby nie stara dachówka to Mesalla inaczej by wpakował byłego przyjaciela w tarapaty? Skąd w ogóle wzięło się to zerwanie przyjaźni? Pytać można długo, a i tak nie czuję, że wyczerpię temat. Strasznie skomplikowano te kilka minut.

wtorek, 10 lutego 2015

"Oddychaj" (6/10) Bardzo kobiecy obraz


Romance, 2014


Jedna z najładniejszych kobiet na Ziemi wzięła się za reżyserię... i o dziwo to nie jedyna rzecz którą zapamiętam o "Respire".

Jest to produkcja trochę inna, ponieważ brak tu większej ekspozycji. Od początku oglądałem coś, co zazwyczaj określa się jako przebitka: skrót czynności jakie działy się między ujęciami. Charlie wstaje z łóżka. Cięcie. Siedzi w klasie i słychać nauczyciela mówiącego, że spędził niedzielne popołudnie na sprawdzaniu testów. Cięcie. Charlie z koleżanką siedzą obok kibla i coś palą. Cięcie. Zdarzają się nieco dłuższe sceny, w których postaci zdążą wymienić kilka zdań, ale to jeszcze nie było to, na co czekałem. Kiedy ta prezentacja się skończy i zacznie się fabuła? - ale minął kwadrans i stylistyka filmu nie zmieniała się.

Do tego czasu zdążono przedstawić główną bohaterkę - Charlie, chodzącą do liceum uczennicę, która niedługo skończy 18 lat, jej rodzice kłócą się, ojciec w zasadzie odchodzi od nich... I to właściwie wszystko. Cała reszta to życie nastolatki, zadawanie się z przyjaciółkami, imprezy, powroty ze szkoły. Z jednej strony to nie dziwi: film jest dziełem kobiety, do kobiet jest kierowany i najwyraźniej reżyserka jest Czwórką, ponieważ wszystko tu jest podporządkowane jednemu: by móc nim oddychać w czasie seansu. Barwy, tempo, montaż, język francuski, świat, ubiór, to wszystko tworzy tę atmosferę która idealnie współgra z takową prezentacją historii.

Ta wykluwa się po jakimś czasie dosyć wyraźnie, ale nie ma tu wykładania jej w bezpośredni sposób. Reżyserka tylko pokazuje, potem sugeruje, na tym kończy... i to w zasadzie wystarczyło! Opowieść jest w pełni zrozumiała, a przy tym naturalna. Bardzo mało tu nie tyle słów ile całych dialogów. Jako widz zrozumiałem bardzo wiele, poznałem też bohaterki. Do pewnego momentu obawiałem się, że ta ładna narracja to zaledwie skórka dla schematycznej historii o wrażliwej osobie zakochanej destrukcyjnie w jednostce dominującej, ale w pewnym momencie nastąpił zwrot którego się nie spodziewałem i dalej już oglądało się nieco lepiej.

Ale ja to ja. Obejrzałem cały film bez problemu, jednak w pełni zrozumiem, jak ktoś nie przebrnął przez nużący wstęp, a owego "zwrotu" w 47 minucie (!) zwyczajnie nie doczeka. Ale piszę o tym filmie, bo jest jeszcze przez kilka dni dostępny za darmo na vod.pl i możecie spróbować. Europejskie kino, o którym zapewne już więcej nie usłyszycie, ale nie zaboli, jeśli się zapoznacie. Mélanie Laurent wykonała kawał dobrej roboty, świetnie poprowadziła aktorów którzy zagrali parę pamiętnych chwil (finałowe ujęcie!) a przy tym opowiedziała film w zasadzie jedynie za pomocą montażu i reżyserii. "Respire" to obok "Nightcrawlera" mój wielki przegrany 2014 rok - produkcja, którą chciałbym lubić trochę bardziej, i dać na listę najlepszych tytułów roku. Taki język obrazu aż miło popierać.

Przy okazji, to drugi film który wyreżyserowała pani Laurent.

niedziela, 8 lutego 2015

"Wall-E" (8+/10) Emanuje pięknem

Family & Computer Animated, 2008


Złote lata minione, gdy Pixar był marką i przekraczał granicę, zachwycał pomysłami i całą resztą. Tym razem poszli na całość i zaserwowali najmłodszym prawdziwe kino. Idealnie do nich dopasowane, ale jednak... czyste kino. Tu wcześniej usłyszycie reklamy niż jakieś dialogi. Mówię poważnie: film zaczął się o 18, reklamy zaczęły lecieć 35 minut później. I do tego czasu był sam język obrazu. Pewnie jest to jakiś rekord.

Nie było o czym mówić, wszystko dało radę pokazać. Zaśmiecona planeta bez żywego ducha, mały robocik układający te odpady w kostkę i z tych kostek budujący budynki... wolno mu to idzie, ale już zbudował całkiem sporo, więc robi to od dawna. Zbliżenia na stare gazety, pieniądze leżące na ulicy obok banku. I wszystko jest jasne. Charakter bohatera? Bo ten wcale nie jest tylko maszyną, obok wykonywania zadania podróżuje z karaluchem i zbiera różne drobnostki które budzą jego ciekawość. Na koniec dnia zanosi je do bazy i kolekcjonuje. I tak dzień za dniem. Ostatni działający mechanizm na tej planecie.

Pod względem "wartości" to na pozór kino dosyć proste. Dbanie o środowisko, o siebie, generalnie: o formę. Ale tak naprawdę wartością "Wall-Ego" jest coś innego: rozwój emocjonalny, umiejętność rozpoznawania piękna i docenienia go. Jakby nie było, w końcu to produkcja dla najmłodszych. I jest tu czymś się zachwycać. Ten tytuł emanuje pięknem w przeróżnych formach: animacji, zniszczona ziemia jest wręcz fotorealistyczna - trudno uwierzyć, że to grafika komputerowa. Model głównego bohatera to osobne dzieło sztuki, oferujące tyle możliwości by nim animować i pomóc mu w wyrażaniu emocji bez słów. Najmniejsze detale czynią zauważalną różnicę - sposób składania się, obracania, wychylania "głowy"; przy tym wciąż jest robotem przeznaczonym do sprzątania.

Moment, który najbardziej mnie ujął, to Wall-E idący spać. Wjechał na półkę, złożył się do pudełka i cześć. Ale chwilę później wystawił ramię i rozhuśtał się. Malutki, tyci szczegół, ale chyba najbardziej treściwy. Jeśli miałbym kiedyś uwierzyć, że bohater czuje i ma ten charakter wrażliwego romantyka, to właśnie wtedy. Gdy zachował się jak dziecko, które nigdy nie miało matki. Chwila nieskończonego piękna.

Dalej mogę już tylko wymieniać, jak wszystko po kolei sprawiało mi przyjemność, nawet jeśli sprowadzało się to do podziwiania rzemiosła twórców. Budowanie charakterów postaci, relacji między nimi. Uwielbiam fakt, jak chętnie Ewa wszystko wysadza w powietrze (szczególnie na samym końcu na Ziemi), a Wall-E jest cały czas niezdarny i nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje, a przy tym zaskakująco dobrze sobie radzi. Uwielbiam punkt kulminacyjny na śmietnisku, gdy udaje się bohaterom dojść do porozumienia. Szczególnie podziwiam humor w tej produkcji, bo ani razu nie byłem przygotowany na to, że zaraz twórcy zażartują. A robią to całkiem często. Mój faworyt to jedna z końcowych scen, gdy Ewa jest na super-ważnej misji, a gdzieś daleko stoi sobie nasz bohater i ćwiczy proszenie Ewy o rękę. Odpadam.

Tak w sumie jedyną rzeczą, która mnie trochę rozprasza w tej opowieści to personifikacja pary głównych robotów i pomniejszych. Jakoś mózg nie może mi się przedstawić na to "uczłowieczenie" Wall-Ego oraz Ewy. W pewnym stopniu łapię, że to jest to samo jak ze zwierzętami w innych baśniach, ale wciąż jakoś nie chwytam tego bluesa - dlaczego oni mają ten charakter, podczas gdy reszta robotów to... no właśnie, roboty? Większość idzie bezmyślnie za programem (np. podróba HAL'a), a kilku ma jakąś szczątkową świadomość własną (np. robot sprzątający). Brak tu jakieś reguły, granicy. Zepsute zabawki też miały świadomość, czyli co - Wall-E oraz Ewa byli zepsuci od początku? Ech... Może potrzebuję jeszcze jednego seansu, wtedy już będę pewnie po prostu oglądał.

sobota, 7 lutego 2015

"Dzieci gorszego Boga" (6/10) Lubisz romans?

Romance, 1986


James jest utalentowanym człowiekiem, który spędził całe życie na podróży. Był wszędzie i robił bardzo dużo. Teraz przypłynął do niewielkiej miejscowości, by uczyć w tutejszej szkole dla głuchych. Umieją już komunikować się za pomocą tamtejszego języka migowego, jednak większość wstydzi się mówić. Dźwięki które wydają są nieskładne, inni nie mają "ładnego" głosu, ludzie się z nich śmieją... James przybył tu, by ich nauczyć porozumieć się również z tymi, którzy nie znają języka migowego. W kuchni zauważa Sarę - dorosłą pracownicę sprzątającą po godzinach, która również nie mówi. Nasz bohater postanawia ją uszczęśliwić.

To oczywiście prowadzi do zakochania się. Problemy z tym filmem można wymieniać niemal bez końca - James cały czas przeprasza za wszystko, Sarah to chodzący stereotyp ówczesnej kobiety na ekranie, czyli "silna, samodzielna istota, która jest jednak delikatna w środku i potrzebuje, by ją ktoś zrozumiał i przytulił". Historia jest prosta jak napięty sznurek, brak tu tła lub wątków pobocznych, życia. To jedynie kino gatunkowe, w którym on i ona się spotykają i jest miłość. Szkoła nie jest tu istotna, inne postaci nic nie znaczą, temat głuchych też w zasadzie nie istnieje. Ponadto fabuła to wzór schematu komedii romantycznej, a wszystkie dramaty jakby gubią się po drodze i chyba same postaci nie pamiętają miejscami o swojej przeszłości.

Ale jakie to jest łatwe kino! I przyjemne! Nastawiłem się na ciężki dramat, w której głusi są gnębieni i śmieją się z nich, i dzielni William Hurt broni ich własną piersią, i wszyscy płaczą, i samobójstwa... zasugerowałem się plakatem. A zamiast tego dostałem lekki, sympatyczny film. Bohaterów można polubić, a ich głębia psychologiczna - chociaż to kolejny schemat - jest solidna i zadowala. Wydaje się prawdziwa i naturalna. William Hurt i inni mogący gadać cały czas czytają na głos język migowy używany przez inne postaci, ale to też wyszło... łatwo. Nie przeszkadza, wydaje się naturalne, wchodzi bez poślizgu podczas oglądania i w ogóle nie rozprasza.

Nie tego się spodziewałem. Odkładałem ten seans od wielu lat, i teraz też myślałem, że wyłączę po godzinie, a obejrzałem z zadowoleniem i bez problemu do samego końca. Jasne - są lepsze filmy, ale dla fana gatunku jakie to ma znaczenie? Przyjemny seans.

wtorek, 3 lutego 2015

Garrety dla Najlepszych filmów 2014 roku

Rok 2014 był dobrym dla miłośników gatunków. Nie trafił się chyba nikt, kto nie byłby zadowolony, bo każdy dostał coś dla siebie: miłośnic animacji, sztuk walki, dramatów, akcji, blockbusterów, biografii, kina autorskiego, komedii... Wymieniać można prawie do samego końca, pomijając western. Bez problemu udało mi się zebrać niemal 20 pozycji, o których na koniec roku warto wspomnieć.

Przeszkadzał mi brak europejskiego kina o dominacja USA oraz języka angielskiego. Przez cały ubiegły rok tylko cztery kraje mogły kręcić (Stany, Kanada, Polska, GB) i ta lista wyglądałaby identycznie. Dopiero w styczniu bieżącego roku, dzięki darmowemu Festiwalowi Filmów Francuskich na vod.pl oraz inicjatywie Gutek Film pt. "Scope50" miałem styczność z resztą kinematografii. A to i tak niewiele. Nawet nie słyszałem, by gdzieś tam coś wartego uwagi nakręcono. Ale przynajmniej do grona moich ulubionych produkcji w 2014 dołączyła Hiszpania.

W ogóle rzadko słyszałem, że coś warto obejrzeć. O większości produkcji świat zapominał tydzień po obejrzeniu. Wyróżnia się jedynie "Boyhood", "Birdman" oraz "Whiplash".

Najważniejszy temat minionego roku to dyskusja nad dystrybucją, która nie daje rady we współczesnym świecie. Strony vod obarczone obowiązkiem zakupu pakietu tv albo zablokowane regionalnie, z ofertą ubogą niczym spożywczy sprzedający jedynie słoninę, smalec i czekoladę. Samo kino ma się dobrze i wciąż się rozwija, ale zarabia mniej.

Do tego cyrk z datami premier, który jakoś teraz był bardziej obecny niż zwykle. Czy na poniższej liście powinno być jeszcze kilka filmów, bo tak naprawdę miały premierę światową w ubiegłym roku, a nie 2 lata temu? Zrobiłem wyjątek dla "What If", ale wszędzie indziej zobaczycie, że to film z 2013 roku.

Czuję mimo wszystko pewien niedosyt, bo nie było żadnego mocnego przyłożenia. Nawet "Whiplash" zabłysnął najmocniej jedynie w finale, wcześniej będąc solidną produkcją. Brak produkcji, którą mógłbym zdecydowanie wyróżnić za scenariusz. Było dużo zabawy, mnóstwo miłych chwil, i chciałbym dostać więcej.

A teraz - do rzeczy. Oto:

Garretowy 
Top 20 (i 1/2)
Najlepszych filmów 2014 roku


niedziela, 1 lutego 2015

"Być jak John Malkovich" (8+/10) Kino mające głębię, i wciąż będące dobre.

Low Fantasy, 1999


Craig jest marionetkarzem z zainteresowania, ale jeśli chodzi o zawód sprawa jest mniej kolorowa. Zgłasza się na archiwistę w firmie umiejscowionej na 7 1/2 piętrze, na które wchodzi się zatrzymując windę między piętrami i rozwierając przejście łomem. I to miejsce dosłownie jest połową piętra, ludzie o normalnym wzroście chodzą tu zgięci w pół - a jest to dopiero początek niespodzianek, których ukoronowaniem jest ukryte przejście prowadzące do świadomości Johna Malkovicha. Nagle okazuje się, że umiejętności marionetkarza mogą się przydać w stopniu przekraczającym wyobraźnię...

To świat dziwny, i nie mający z tym problemu. Każdy akceptuje, że trzeba tu chodzić zgiętym w pół, i już po pierwszym skorzystaniu z Przejścia jasne są reguły: patrzysz na świat oczami słynnego aktora i tylko jego, znajdujesz się tam przez 15 minut a po wszystkim wylatujesz na wylocie z NYC do New Jersey. Bohaterowie zamiast badać i szukać odpowiedzi, zaczną na tym zarabiać.

To mój drugi seans, po bardzo długim czasie (od marca '08), i stąd moje zdziwienie, jak głęboki jest to tytuł. "Być jak John Malkovich" to kino metaforyczne, ale w ten przyjemny, logiczny  i jasny sposób. Opowieść Charliego Kauffmana można obejrzeć i odebrać na pewnym podstawowym poziomie: jako historia niespełnionego człowieka, który może zaznać miłości tylko oszukując. A po seansie już zastanowić się nad poszczególnymi elementami opowieści, i odkryć, że za każdym stał jakiś powód. Wszystko jest symbolem, i prawdziwe intencje twórców były diametralnie inne. Półpiętro symbolizujące "zejście" do świata marionetek, do którego bohater się wciska na siłę - i tak dalej.

W szerokim kontekście jest to opowieść o sztuce i różnorodnym odbiorze jej. Szukania w niej szczęścia, życia, własnej osobowości, odpowiedzi, a przede wszystkim życia wiecznego. Niezwykły film - przemyślany i istotny. Aż Garret żałuje, że Kaufman nie współpracował przy "Lost"...:-)