sobota, 28 lutego 2015

"Widzę, widzę" (6/10)

Psychological Horror, 2014


Przykład oceniania błędnego po okładce - w tym przypadku plakacie. Film jest/był w ofercie Scope50, które i tak miałem obejrzeć (takie wymagania tej akcji), ale właśnie: przeczytałem opis, zobaczyłem trailer i uznałem, że to jakiś gniot w stylu Hanekego o dzieciach znęcających się nad swoją matką w celu zdenerwowania widza.

Okazało się, że jest inaczej. Film nie ma nic wspólnego ani z owym Austriakiem, ani też jego założeniami. To psychologiczny horror w stylu "Oculusa", gdyby z tamtego zabrać cały "setup": gdy się zaczynał, postawiono sprawę jasno: wydarzyła się tragedia i winne temu może być nawiedzone lustro... albo bohaterowie są chorzy na głowę, i pamiętają przeszłość inaczej niż to było naprawdę. Wyobraźcie sobie "Oculusa" który toczy się bez tego wstępu, i macie "Goodnight, mommy"

Dwoje dzieci, bliźniaków w wieku ok. 10 lat, bawi się na dworze. Elias i Lukas. Wraca do domu gdy akurat wróciła ich matka... z twarzą w bandażach. Widać tylko jej oczy oraz usta. Przerażające? Owszem. Co się stało? Nie wiadomo. Synowie z czasem zaczynają podejrzewać, że to wcale nie jest ich rodzicielka. Ponad to, od początku stawia ona sprawę jasno: nie będzie się odzywać do Lukasa. Ignoruje to, co on mówi, zabranie synowi z nim rozmawiać, rano przy stole będzie czekać tylko jedno nakrycie przy stole.

czwartek, 26 lutego 2015

(felieton) Kino powinno nauczyć się kochać samo siebie

Co jest wspólnym mianownikiem między wszystkimi dobrymi książkami? Miłość do literatury. Każdy tytuł ma coś z tej mieszanki:

- stary dom z gigantyczną bibliotekę, której sam wygląd zachwyca, nawet jeśli nie umiesz wyjaśnić z jakiego powodu to czujesz;
- postać lubiącą czytać. Jedna, jedyna albo dominująca cecha jej charakteru. Zwykle dziewczyna;
- wymieniony zostanie tytuł ulubionej powieści postaci. Zazwyczaj więcej niż jednej;

"Harry Potter" miał nie tylko Hermionę, ale też cały szacunek do książek. Wiedzy w nich, tajemnic z nimi związanych, ich historią. Były one ważnym obiektem dla całej magii tego świata. Bohater "Norwegian Wood" czytał "Wielkiego Gatsby'ego" i zapytany, czym jest "ulubiona książka" odpowiada, że to taka pozycja, do której zagląda się co jakiś czas by przeczytać ulubiony fragment. Cholera, "Tajemnicę Wawrzyńców" Agathy Christie kupiłem tylko dlatego, że dosłownie pierwszą linijką dialogu było "Kocham książki!". Charlie z "Perks of Being a Wallflower" czytał tyle, że doszedł aż do "Źródła" Ayn Rand.

A co filmy mają? Randalla z "Clerks", rozmawiającego z kumplem o zakończeniu "Powrótu Jedi", a oglądającego pornosy z udziałem shemale.

niedziela, 22 lutego 2015

"Baranek Shaun" (6/10). Udało się!

Family, 2015


Jeśli coś wam mówi ten tytuł, to zapewne kojarzycie serial animowany, który parę lat temu leciał na TVP1 po Teleexpresie pod tym właśnie tytułem. Była to prosta bajka o tytułowej owieczce i innych zwierzętach żyjących na farmie. Prosta, zabawna, nie oparta na przemocy ani też dialogach, ponieważ całość była niema. Skojarzenia z "Uciekającymi kurczakami" jest oczywiste, ponieważ za tymi tytułami stało to samo studio, a więc metoda animacji była bardzo podobna. Ręczna, poklatkowa i bez zarzutu.


Teraz ktoś wpadł na pomysł, by serial przenieść na duży kran i tak Shaun trafił do kin. Zadanie zdawałoby się karkołomne, szczególnie jeśli pamięta się jaki los spotkał choćby Toma i Jerry'ego. Obie produkcje są w teorii bardzo podobne: trwały po siedem minut, a główni bohaterowie nie mówią. Jak z tego zrobić pełny metraż? Właściwie, to "Baranek..." miał przed sobą trudniejsze zadanie, ponieważ nie opierał się nawet na przemocy! Cały humor brał się ze slapsticku, zbiegu okoliczności, absurdalnych zdarzeń, ale to wszystko.

I dlatego muszę docenić, że finalny efekt daje radę w jakikolwiek stopniu. Zachowano ducha oryginału, nie złamano żadnej zasady - humor jest ten sam, a postaci ludzkie mówią ze sobą tym samym językiem co Simsy. Całą opowieść zaprezentowano poprzez obraz bez żadnych skrótów, i nie brakowało mi w narracji niczego. Seans mija miło, parę razy się uśmiechnąłem, jest kilka kapitalnych scen i szczegółów które aż chce się pamiętać! Pies świdrujący wzrokiem siedzący w celi obok... albo obiad w restauracji podczas której owce nie wiedzą jak się zachować, więc naśladują gościa siedzącego przy stoliku obok - co szybko zamienia się w parodię. Albo...

Właściwie, to będzie wszystko. Kilka razy ziewnąłem, widziałem też słabe wykorzystanie formuły trzech aktów w której sporo przeciągano, dlatego jest to film warty jedynie wypożyczenia gdy już trafi na VoD. Ma przyjemny klimat, jest lekki a humor wystarcza na czas trwania seansu. To również niezły przykład narracji czysto filmowej.

Chyba, że chcecie wkurwić kilkudziesięciu ludzi, wtedy koniecznie pójdźcie na seans z dzieckiem i straćcie twarz w oczach wszystkich współwidzów. Oraz pieniądze, bo mały będzie chciał wrócić do domu po 20 minutach... albo usiądzie sobie na oparciu krzesła, zamiast samym krześle, zasłaniając widok połowie sali... albo bardziej będzie zainteresowany bieganiem między siedzeniami...

Sam obejrzałem, bo nagle w kinie urozmaicili repertuar. Chcę wspierać takie przypadki. Zresztą, sami zobaczcie: http://i.imgur.com/isjFKm4.png

sobota, 21 lutego 2015

"Wojna polsko-ruska" (7+/10) Wciąż to lubię

Black Comedy, 2008


Nie znaczy to, że rozumiem ten film. Oglądam czwarty raz i znowu nie trafiłem w moment, gdy miałbym ochotę to rozgryzać. "Wojna polsko-ruska" jest niezłym trzepaczem mózgu, w którym trudno dostrzec logikę lub jakikolwiek porządek. Ale to nieład, za którym idzie nadążyć. Pamiętałem każdą scenę, co po sobie następowało, chociaż było to coś zupełnie innego niż powinno. Silny - główny bohater, lepiej znany jako Borys Szyc - chce wejść na teren konkursu piękności. Ale potrzebuje wejściówki. Woła znajomego żeby mu taką załatwił. Ten go poznaje ze swoją dziewczyną. W kolejnej scenie Silny jest w mieszkaniu owej niewiasty, ona coś do niego mówi, on nic nie ogarnia, bierze prochy, obsikuje jej kanarka i wychodzi. A ja, jako widz, myślę tylko: "Dziwne... ale dobra, nie mam z tym problemu. Zobaczę, gdzie to prowadzi".

Wszystko co tym razem wymyśliłem to rozpoznanie elementów parodiujących polaków. Tak myślę. Cały ten bełkot Andżeli i wielu innych postaci o życiu czy ludziach - gdzieś w połowie filmu pojawia się scena jak Narratorka wchodzi do kuchni i słyszy swoją rodzinę rozmawiającą o podobnych rzeczach. I to jest prawda, znam to z doświadczenia. Nie wiem, czy to jest typowe tylko dla Polaków, ale codziennie słyszę jakieś "złote myśli" o sensie życia, Bogu, religii oraz ostatnich wydarzeniach z telewizji, i zwyczajnie słychać, że oni je powtarzają, bo kiedyś coś takiego usłyszeli. Ale sami by na to w życiu nie wpadli, i tylko zasłaniają swoją pustkę, i ich zachowanie sparodiowano najwidoczniej w "Wojnie polsko-ruskiej". Tak przynajmniej myślę. Nadal te wywody bohaterów nie mają sensu i raczej męczą uszy, ale sam zamysł był... dobry?

Już, nieważne. Ta produkcja to przede wszystkim dobra zabawa, i z tego powodu obejrzę ją jeszcze nieraz. Sama postać Silnego, jego zachowanie i słownictwo, nieprzewidywalność i bogactwo możliwości. Zdaje się, jakby mógł być każdym, ale jednocześnie jest bardzo konkretną postacią, którą można zapamiętać wyraźnie i rozpoznać w tłumie. Liczne niewytłumaczalne smaczki, jak dziwne oczy bohatera z rana, gdy dowiedział się o śmierci psa. Burdel w wykonaniu Nataszy, opierdalanie kasjerki, dramat z krótkofalówkami - mam wrażenie, że to się nigdy nie zestarzeje. To wciąż jest tak samo śmieszne i świeże jak 7 lat temu, gdy widziałem w kinie. Dzisiaj mogę jedyne dodać do tego rozwój języka filmu, oraz wspaniałą reżyserię. Jak się nad tym zatrzymać, to większość filmu nie miała prawa zadziałać (poszczególne scenki są aż tak zróżnicowane), a pan Xavery Żuławski połączył je w całość. Widać również, że aktorzy świetnie się tam bawili, i dzięki temu również żałosne chwile działają (atak tłumu na Silnego). Każdy tam rozumiał, co robi, wiedział o czym jest film, i poszli na całość. Jeden z najbardziej szalonych produkcji jakie w życiu widziałem, i nieliczny przypadek w rodzimym kinie dającego zabawę. A przy tym jest stymulującą zagadką, którą chce się rozwiązać. Pewnego dnia...

czwartek, 19 lutego 2015

(felieton) Czym są dla mnie Oscary?


Niby wszyscy je hejtują, ale też wszyscy nimi żyją. I nie zrozumcie mnie źle, też tak uważam, i również oglądałem nominacje na żywo, 15 stycznia, o 14:30 na YouTube. Za rok to powtórzę, i nie mam zamiaru się tego wstydzić. Ale lepiej to wyjaśnię.

Tak, Oscary nie są istotne. Ale to wciąż najlepsza nagroda filmowa. Czytałem książkę im poświęconą i wiem, że ludzie za nią stojący zawsze wiedzieli, co robią, i byli bardzo inteligentni. Umieli wyczuć wiatr zmian i przetrwać, a także wygrywać aż do dnia dzisiejszego. To była pierwsza nagroda w kinie, to dzięki niej zakończył się konflikt telewizji oraz kin w latach 50'tych, ta statuetka sprzedaje bilety i jest stałym symbolem zrozumiałym dla każdego obywatela żyjącego w mniej więcej cywilizowanym kraju. Nawet jeśli nie interesuje się kinem, to kojarzy tytuły i wie co zrobić z informacją o tym, że zostały ogłoszone nominacje. Nawet jeśli nie lubi czytać o kinie, zobaczy w tytule posta to magiczne słowo i wejdzie.

Wszystkie inne statuetki, jak Palmy, Niedźwiedzie, Muszelki, nawet razem wzięte, nie mają takiej siły przebicia. To festiwale niedostępne dla większości, o których dowiadują się z relacji, których tytuły i nazwiska nic większości nie mówią, a premierę - jeśli już - będą mieć za wiele miesięcy. Ktoś wygrał główną statuetkę? Cóż... dodam do "Chcę obejrzeć" i poczekam... USA ma to wszystko w dupie. Zalewa rynek na bieżąco nowościami, tytuły nominowane do filmu roku są już w kinach. Nie zdziwiłbym się, jeśli te tanie wersje w Internecie też były tam wrzucane celowo. Jest głośno, i jest to jedno z nielicznych, a zazwyczaj jedyne w roku święto kina, gdy kinematografia zajmuje w jakimkolwiek stopniu uwagę ogółu na kilka tygodni. Możecie pamiętać, kto wygrał Orły, ale w przypadku Oscarów pamiętacie nawet nominacje.

Czy ma to jakieś prawdziwe znaczenie dla normalnych ludzi? Kierować się wynikami nigdy nie mogli, ale to rzadko można powiedzieć o którymkolwiek imprezie. Należy tylko docenić, że w jakikolwiek stopniu, nawet najmniejszym, X muza ma swoje święto.

Ogłoszenie nominacji ma dla mnie znaczenie symboliczne. To wciąż tylko tytuły i blaski fleszy, ale to bardzo dobry moment, by postawić kropkę. Rok się skończył. Co prawda większość świata wciąż się namyśla, czy wypuścić z kraju swoje dzieła, i zajmie im to pewnie jeszcze trochę czasu, ale nie zmienią faktów. Rok się skończył. Teraz jest czas na podsumowania, a chociaż wrócić do niego można zawsze, to już nie będzie to samo. To nie będzie nowe, własne, świeże. Historia będzie utworzona. I cóż, znowu będzie to historia Stanów Zjednoczonych. Nawet jeśli spojrzę na nominowanych, poczytam recenzje i stwierdzę, że nic z tego mnie nie zainteresowało, kropka zostanie wtedy postawiona. Lista do obejrzenia się zamknie, i będę miał możliwość stworzenia własnego podsumowania z dużą pewnością, że TERAZ niczego nie ominąłem.

Taki jestem. Lubię statystki, rankingi, Top 10. I potrzebuję tej granicy, za którą mogę wrócić do oglądania klasyki, bez jednoczesnego traktowania teraźniejszości po macoszemu.

Zresztą - w 2014 roku głównym kandydatem do bicia jest Złota Palma. Jeśli chcecie kogoś karać za to, że język obrazu jest ubogi, film nadal nie potrafi się oderwać od literatury i zyskać własnej świadomości, a widzowie wciąż umieją "czytać" to co widzą na ekranie w stopniu bardzo podstawowym i najczęściej bez narratora sobie nie radzą... To nagroda dla "Zimowego snu" może być temu wszystkiemu winna. Trzy godziny gadania będące jeśli już to wyreżyserowanym audiobookiem. Ale filmem może być dziś każde nagranie, prawda?

A w 2015 roku zwrócę uwagę na IFTA ("Calvary") oraz Złotą Muszelkę ("Magical Girl").

wtorek, 17 lutego 2015

(miniserial) Ja, Klaudiusz

Historical Drama, 1976


Jest to jeden z najsłynniejszych produkcji telewizyjnych w historii, prawdziwa legenda opisująca kawałek historii która do dziś wywiera wpływ na ludzkość. Ale co zadziwiające, bardzo łatwo ten serial zlekceważyć. To w zasadzie tylko grupa białych ludzi stojących "u władzy", mających wszystko podstawiane pod nos nie mając nic do roboty, więc jedyną ich rozrywką jest chodzenie na szczyt władzy o trupach. A gdy już tego dokonają, to robią to samo co do tej pory, tylko tym razem już ktoś spiskuje by ich zabić. Powtórzyć. Dopiero około 10 odcinka ten burdel nabiera znaczenia, gdy wspomina się, że wycięcie w pień rodu Klaudiuszów doprowadzi do przywrócenia republiki. I jest konflikt: monarchia czy demokracja? Odpowiedzią jest: "eeee". Czemu jedno jest lepsze od drugiego? Odpowiedź: "Eeee"

I tak jest z całą resztą. Nie ma tu etyki, wartości, polityki, rządzenia. "Bycie u władzy" nic nie znaczy. Bohaterowie nie podejmują żadnych decyzji mających na cokolwiek wpływ. Jeden Klaudiusz postanowi port zbudować. Super władza. Patrząc na ten serial, mieszkańcy Rzymu zapewne nie mieli zielonego pojęcia, że mają jakąś władzę nad sobą. "Dobra, dobra, bierz połowę tego co zarabiam i nie marnuj mojego czasu, Cesarze, idź się tam mordować ze swoimi w pałacu, guzik mnie to obchodzi. Ale zorganizuj jakieś igrzyska co parę dni, ok?".

Tak, dzieją się pewne rzeczy, takie jak podbój Brytanii, ale wszystko to jest poza obrębem akcji. Jedna scena, cięcie, ktoś mówi, że od czasu tamtej sceny Klaudiusz sobie pojechał, podbił Brytanię i wrócił, i minęło 7 miesięcy w ten sposób i druga scena. Po co mu ta prowincja? Jak to zrobił? Te i inne pytanie to znowu "Eeee". Cały serial to biali ludzie gadający ze sobą, nic nie robią i nic nie znaczą.

W rzeczywistości było inaczej, i sądząc po cytatach z książki, nawet w pierwowzorze literackim było inaczej. Mam tego świadomość, żeby była jasność.

sobota, 14 lutego 2015

"Opowieści księżycowe" (6/10) Ile można zachwycać się prostotą?

Jidaigeki, 1953


Naprawdę nie wiem który raz to robię, ale jak inaczej skomentować taki wstęp? Dwoje mężczyzn opuszcza wioskę. Jeden sprzedaje wyroby gliniane i jedzie do miasta by zarobić, drugi chce zostać samurajem. I gdy dociera do centrum, mówią mu by wrócił gdy będzie mieć zbroję i broń. Wtedy go przyjmą. Będzie samurajem. W ten sposób mężczyźni łączą siły przy handlu garnkami i miskami własnoręcznie wypalonymi w piecu. Jeden robi to, by zarobić na zbroję. Drugi dla rodziny.

To takie proste i wystarczające! Człowiek robi garnki by zarobić na spełnienie marzeń. Nie ma tu czegoś zbędnego, wszystko zarysowano przy pomocy kilku zdań lub ujęć, bez postojów. Każda scena jest jakimś krokiem do przodu, coś nowego dochodzi i jest dynamicznie. A wszystko wygląda ślicznie, nawet pod względem takich niewidocznych elementów jak atmosfera. Jest w tym filmie pewne baśniowe, skromne piękno, szczególnie w sposobie kręcenia..

A potem zdaję sobie sprawę, że to jest coraz nudniejsze. Jakoś wtedy zaczęło mi przeszkadzać, że jeden z bohaterów chce być samurajem, chociaż nigdy nie miał włóczni w dłoni... potem się okaże, że chciał w ten sposób uszczęśliwić swoją kobietę, dlatego przez resztę opowieści ranił ją... Co? Kobieta gada do kogoś, kogo nawet w scenie nie ma, a ja zamiast skupić się na jej dramacie, zastanawiam się, do kogo ona mówi. I dlaczego. To nie jest teatr przecież. Chłop sprzedający garnki zobaczy na ulicy kobietę tak brzydką, że aż mnie przeraziła, i się w niej zakocha, zostawi żonę bo... Co? Jakoś wtedy zdałem sobie sprawę, że to film o słabych ludziach. I tym, że są słabi, tłumaczy się naprawdę niewydarzoną fabułę.

Problem w tym, że zamiast przejść jakąś drogę, to pogada się coś o "żądzy pieniądza", i że to wojna jest wszystkiemu bardziej winna niż same postaci które tak wybrały, i jakieś nieudolne elementy low-fantasy do tego dodano, bohaterowie zaczną gadać hasłami zamiast dialogami. Jest tu cała scena złożona wyłącznie z takich zdań jak "Wojna jest zła" oraz "Ambicja odwróciła moje serce od szczęścia". A najgorsze: nie ma tu słowa o tym, że to bohaterowie byli winni.

Oczywiste, że to nie jest kino dla mnie. A startowano tak dobrze, od pięknego zdania jakim było: "Marzenia są niczym pomost do lepszego życia".

czwartek, 12 lutego 2015

(nierecenzja) Ben Hur

Dziwna sprawa. Kolejny film, który kiedyś (początek 2008 roku) bardzo polubiłem, a teraz oglądam i nie widzę nic, co powinno imponować. Poza dwoma scenami, w których dla odmiany coś robią zamiast gadać o robieniu. Ale po kolei.

"Ben Hur" to opowieść o Żydzie, który został nazwany na cześć tego filmu, i jest przyjacielem od dziecka z Rzymianinem Mesallą. Mamy czasy, gdy Jezus dopiero zaczyna głosić swoje poglądy, i Judea jest prowincją Cesarstwa. Niesłychany przypadek, że oglądam ten film niemal zaraz po skończeniu "Ja, Klaudiusz". W każdym razie: teraz przyjaciele są dorośli i Rzymianin zarządza prowincją. Stwierdza, że sobie nie poradzi bez porady przyjaciela. Ben Hur oczywiście radzi mu (przyjacielsko, nie miejcie wątpliwości) by zwrócił Żydom wolność. Mesalla nazywa to "odmową pomocy" i zrywa przyjaźń. Wieloletnią przyjaźń na życie, opartą w zasadzie na deklaracji postaci, że taka była. Podczas oglądania jakoś przeszedłem nad tym, ale teraz to napisałem i zawiesiłem się kompletnie, nie ogarniam tego... Podczas parady Rzymskiego wojska ulicami miasteczka, dziewczyna Bena przypadkowo zrzuca dachówkę z dachu obok żołnierza, więc zostają skazani na lochy a bohater idzie na galery. Teraz bohater żyje jedynie po to, by wrócić do ojczyzny i zemścić się na byłym przyjacielu Rzymianinie, który to wydał takowy wyrok.

Wystarczy w sumie przeczytać na głos wstęp i już ma się kilka powodów, dlaczego ten film nie działa. Na przykład, czemu władzę obejmuje ktoś, kto nie ma pojęcia o rządzeniu i nie daje sobie rady? Właściwie to kiedy on nie daje sobie tej rady? (to film, pamiętacie? Trzeba rzeczy POKAZYWAĆ, zamiast mówić!) Czemu go nie zmienili na kogoś bardziej kompetentnego? I przy okazji, czemu właśnie Ben Hur, skoro w całym filmie nie pokazał żadnych cech przywódczych? Czemu twórcy w ogóle starali się połączyć te dwa zdarzenia w jedno, by zerwanie przyjaźni było powodem takiego wyroku? Czy gdyby nie stara dachówka to Mesalla inaczej by wpakował byłego przyjaciela w tarapaty? Skąd w ogóle wzięło się to zerwanie przyjaźni? Pytać można długo, a i tak nie czuję, że wyczerpię temat. Strasznie skomplikowano te kilka minut.

sobota, 7 lutego 2015

"Dzieci gorszego Boga" (6/10) Lubisz romans?

Romance, 1986


James jest utalentowanym człowiekiem, który spędził całe życie na podróży. Był wszędzie i robił bardzo dużo. Teraz przypłynął do niewielkiej miejscowości, by uczyć w tutejszej szkole dla głuchych. Umieją już komunikować się za pomocą tamtejszego języka migowego, jednak większość wstydzi się mówić. Dźwięki które wydają są nieskładne, inni nie mają "ładnego" głosu, ludzie się z nich śmieją... James przybył tu, by ich nauczyć porozumieć się również z tymi, którzy nie znają języka migowego. W kuchni zauważa Sarę - dorosłą pracownicę sprzątającą po godzinach, która również nie mówi. Nasz bohater postanawia ją uszczęśliwić.

To oczywiście prowadzi do zakochania się. Problemy z tym filmem można wymieniać niemal bez końca - James cały czas przeprasza za wszystko, Sarah to chodzący stereotyp ówczesnej kobiety na ekranie, czyli "silna, samodzielna istota, która jest jednak delikatna w środku i potrzebuje, by ją ktoś zrozumiał i przytulił". Historia jest prosta jak napięty sznurek, brak tu tła lub wątków pobocznych, życia. To jedynie kino gatunkowe, w którym on i ona się spotykają i jest miłość. Szkoła nie jest tu istotna, inne postaci nic nie znaczą, temat głuchych też w zasadzie nie istnieje. Ponadto fabuła to wzór schematu komedii romantycznej, a wszystkie dramaty jakby gubią się po drodze i chyba same postaci nie pamiętają miejscami o swojej przeszłości.

Ale jakie to jest łatwe kino! I przyjemne! Nastawiłem się na ciężki dramat, w której głusi są gnębieni i śmieją się z nich, i dzielni William Hurt broni ich własną piersią, i wszyscy płaczą, i samobójstwa... zasugerowałem się plakatem. A zamiast tego dostałem lekki, sympatyczny film. Bohaterów można polubić, a ich głębia psychologiczna - chociaż to kolejny schemat - jest solidna i zadowala. Wydaje się prawdziwa i naturalna. William Hurt i inni mogący gadać cały czas czytają na głos język migowy używany przez inne postaci, ale to też wyszło... łatwo. Nie przeszkadza, wydaje się naturalne, wchodzi bez poślizgu podczas oglądania i w ogóle nie rozprasza.

Nie tego się spodziewałem. Odkładałem ten seans od wielu lat, i teraz też myślałem, że wyłączę po godzinie, a obejrzałem z zadowoleniem i bez problemu do samego końca. Jasne - są lepsze filmy, ale dla fana gatunku jakie to ma znaczenie? Przyjemny seans.

wtorek, 3 lutego 2015

Garrety dla Najlepszych filmów 2014 roku

Rok 2014 był dobrym dla miłośników gatunków. Nie trafił się chyba nikt, kto nie byłby zadowolony, bo każdy dostał coś dla siebie: miłośnic animacji, sztuk walki, dramatów, akcji, blockbusterów, biografii, kina autorskiego, komedii... Wymieniać można prawie do samego końca, pomijając western. Bez problemu udało mi się zebrać niemal 20 pozycji, o których na koniec roku warto wspomnieć.

Przeszkadzał mi brak europejskiego kina o dominacja USA oraz języka angielskiego. Przez cały ubiegły rok tylko cztery kraje mogły kręcić (Stany, Kanada, Polska, GB) i ta lista wyglądałaby identycznie. Dopiero w styczniu bieżącego roku, dzięki darmowemu Festiwalowi Filmów Francuskich na vod.pl oraz inicjatywie Gutek Film pt. "Scope50" miałem styczność z resztą kinematografii. A to i tak niewiele. Nawet nie słyszałem, by gdzieś tam coś wartego uwagi nakręcono. Ale przynajmniej do grona moich ulubionych produkcji w 2014 dołączyła Hiszpania.

W ogóle rzadko słyszałem, że coś warto obejrzeć. O większości produkcji świat zapominał tydzień po obejrzeniu. Wyróżnia się jedynie "Boyhood", "Birdman" oraz "Whiplash".

Najważniejszy temat minionego roku to dyskusja nad dystrybucją, która nie daje rady we współczesnym świecie. Strony vod obarczone obowiązkiem zakupu pakietu tv albo zablokowane regionalnie, z ofertą ubogą niczym spożywczy sprzedający jedynie słoninę, smalec i czekoladę. Samo kino ma się dobrze i wciąż się rozwija, ale zarabia mniej.

Do tego cyrk z datami premier, który jakoś teraz był bardziej obecny niż zwykle. Czy na poniższej liście powinno być jeszcze kilka filmów, bo tak naprawdę miały premierę światową w ubiegłym roku, a nie 2 lata temu? Zrobiłem wyjątek dla "What If", ale wszędzie indziej zobaczycie, że to film z 2013 roku.

Czuję mimo wszystko pewien niedosyt, bo nie było żadnego mocnego przyłożenia. Nawet "Whiplash" zabłysnął najmocniej jedynie w finale, wcześniej będąc solidną produkcją. Brak produkcji, którą mógłbym zdecydowanie wyróżnić za scenariusz. Było dużo zabawy, mnóstwo miłych chwil, i chciałbym dostać więcej.

A teraz - do rzeczy. Oto:

Garretowy 
Top 20 (i 1/2)
Najlepszych filmów 2014 roku


niedziela, 1 lutego 2015

"Być jak John Malkovich" (8+/10) Kino mające głębię, i wciąż będące dobre.

Low Fantasy, 1999


Craig jest marionetkarzem z zainteresowania, ale jeśli chodzi o zawód sprawa jest mniej kolorowa. Zgłasza się na archiwistę w firmie umiejscowionej na 7 1/2 piętrze, na które wchodzi się zatrzymując windę między piętrami i rozwierając przejście łomem. I to miejsce dosłownie jest połową piętra, ludzie o normalnym wzroście chodzą tu zgięci w pół - a jest to dopiero początek niespodzianek, których ukoronowaniem jest ukryte przejście prowadzące do świadomości Johna Malkovicha. Nagle okazuje się, że umiejętności marionetkarza mogą się przydać w stopniu przekraczającym wyobraźnię...

To świat dziwny, i nie mający z tym problemu. Każdy akceptuje, że trzeba tu chodzić zgiętym w pół, i już po pierwszym skorzystaniu z Przejścia jasne są reguły: patrzysz na świat oczami słynnego aktora i tylko jego, znajdujesz się tam przez 15 minut a po wszystkim wylatujesz na wylocie z NYC do New Jersey. Bohaterowie zamiast badać i szukać odpowiedzi, zaczną na tym zarabiać.

To mój drugi seans, po bardzo długim czasie (od marca '08), i stąd moje zdziwienie, jak głęboki jest to tytuł. "Być jak John Malkovich" to kino metaforyczne, ale w ten przyjemny, logiczny  i jasny sposób. Opowieść Charliego Kauffmana można obejrzeć i odebrać na pewnym podstawowym poziomie: jako historia niespełnionego człowieka, który może zaznać miłości tylko oszukując. A po seansie już zastanowić się nad poszczególnymi elementami opowieści, i odkryć, że za każdym stał jakiś powód. Wszystko jest symbolem, i prawdziwe intencje twórców były diametralnie inne. Półpiętro symbolizujące "zejście" do świata marionetek, do którego bohater się wciska na siłę - i tak dalej.

W szerokim kontekście jest to opowieść o sztuce i różnorodnym odbiorze jej. Szukania w niej szczęścia, życia, własnej osobowości, odpowiedzi, a przede wszystkim życia wiecznego. Niezwykły film - przemyślany i istotny. Aż Garret żałuje, że Kaufman nie współpracował przy "Lost"...:-)