środa, 31 lipca 2013

FANTOMAS

Comedy & Crime, 1964


Tytułowa postać jest przestępcą, którego policja bagatelizuje, a miejscowy dziennikarz nawet nie wierzy, że takowy istnieje. Dla żartu pisze nieprawdziwy wywiad z Fantomasem - cała sprawa kończy się tym, że Fantomas we własnej osobie porywa go i w akcie zemsty pod jego postacią (założy maskę) będzie popełniać zbrodnie.

To nie jest dobry plan. Po pierwsze, ludzie wiedzą, że używa on przebrań, bo pokazują to w pierwszej scenie. Więc gdy gazety zaczynają sugerować, że dziennikarz został porwany, gdy go zobaczą gdzieś to od razu się skapną, że to przestępca w przebraniu, więc będzie mieć trudniej, nie mówiąc że cały "plan zemsty" powinien szlag trafić.. Ale z jakiegoś powodu ludzie zaczynają myśleć, że dziennikarz jest Fantomasem i zaczynają szukać dziennikarza. Hm. A trudności z dostaniem się w różne miejsca nie zauważyłem.

Zresztą, Fantomas to bardzo... "nastolatkowy" złoczyńca. W rodzaju złego brata bliźniaka, który cię związał w liceum i zawołał: "podszyję się pod ciebie! Pocałuję twoją dziewczynę a potem powiem jej, że jest gruba i cię rzuci! Buahahaha!" (dramatyczna burza za oknem) Wprawdzie robi nieco gorsze rzeczy, ale nie jest przerażający ani ciekawy.

Nie ma jakiegoś wyrazistego bohatera, nie czułem kontaktu ani z dziennikarzem ani z komisarzem granym przez De Funesa. Pierwszy ma niewielki wpływ na akcję tak naprawdę, poza tym fałszuje artykuł do gazety, więc do ścieku z nim. A De Funes jest bardziej maskotką, która gdzieś tam z boku jest zabawna i bawi kogo trzeba. Choć to głównie powtórka z rozrywki, a reszta żartów wynika tylko z wzrostu aktora (naprawdę widać te jego 1,50) w scenach biegania, skakania i w ogóle. Śmiszne to było.:)
Akcja sama w sobie też taka sobie. Bardzo wolna i widać brak wprawy w takim kinie. Końcowy pościg jest tak pociągnięty, brakuje tylko by zaczęli się tam ścigać Nimbusem 2000, na nartach wodnych oraz odrzutowcami kosmicznymi.

Ale jednak można się uśmiechać od początku do końca, więc film zły nie jest. Ale go nie polecam.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/fantomas/

wtorek, 30 lipca 2013

Brunet wieczorową porą ("FTWASZ?!")

Komedia, 1976


Fajne! Do bohatera po nocy zakrada się cyganka, która przepowiada mu między innymi, że następnego wieczora zamorduje on pewnego bruneta. I stało się coś, czego się nie spodziewałem, bo cała sprawa rozkręca się w prawdziwie kryminalną intrygą z rozwiązaniem godnym Agathy Christie. Może nie jej najlepszych utworów, "Morderstwo w Boże Narodzenie" to na pewno nie jest... ale byłem zaskoczony.

Co do gagów, te są najlepsze gdy trzymają się fabuły i z niej wynikają. Ale jakieś 80% filmu to w zasadzie luźne żarty. Podczas finałowego pościgu ganiają się tak długo, że można stracić wątek, po co oni się gonią. A kolejne żarty napływają, napływają, zapominając że tu jakaś historia się toczy. Niemniej, jest śmieszno cały czas. Bardzo antypolski film, wszyscy obywatele w tym filmie to straszne chuje.:D Pchają się do autobusu na chama, nie pracują, wyganiają się zewsząd, migają się od wszystkiego, gadają w kinie w trakcie trwania filmu, oskarżają się nawzajem o zdradę, kradną i oszukują...


Mój faworyt:

(Rozmowa telefoniczna, bohater dodzwonił się nie tam gdzie chciał)
Michał Roman: Czy to pogotowie?
Facio: Co!? (i do zaspanej żony) Dzwoni twój gach. Wiedziałem, że zadzwoni!
Kobitka: Ależ...ja nie mam żadnego gacha!
Michał Roman: Halo, czy to pogotowie?
Facio: (do żony) Mów! Ale tak, jakby mnie tu nie było!
Kobitka: Nie nie, nie nie.
Facio: ("kobiecym" głosem) Hmm. Tak, coś w tym rodzaju.
Michał Roman: Proszę pani, chciałbym zgłosić, że znajomy mnie odwiedził i... znaczy źle się poczuł. Ale przewrócił się i upadł na plecy. Tak akurat... tak szczęśliwie, że jest nieprzytomny. Znaczy tak nieszczęśliwie, że jest nieprzytomny. (...) Tak, więc gdyby pani zechciała przyjechać...
Facio: Cwaniak! Szyfrem mówi!


7/10
http://rateyourmusic.com/film/brunet_wieczorowa_pora/


1. Brunet - 7/10
2. Miś - 7/10
3. Poszukiwany, poszukiwana - 6/10
4. Nie ma róży bez ognia - 5/10

poniedziałek, 29 lipca 2013

STREFA X (nie zgadzam się)

Science Fiction & Romance, 2010



Są tam jakieś stworki i jest niebezpiecznie - kogo to obchodzi. reżyser wali ścianę tekstu na początek i to tyle z wprowadzenia. To mi też się nie chce. Generalnie chodzi o to, że dziewczynę trzeba odtransportować bezpiecznie do domu, i przypadkowy facet zajmujący się fotografią akurat idealnie się nadaje do tego. Przez następne 30 minut nic się nie dzieje, a potem on się upija, idzie do łóżka z jakąś dziewczyną, która nad ranem kradnie paszport dziewczyny (jak wygodnie, na pewno się obłowi), więc zamiast bezpiecznie wodą muszą się pieprzyć na piechotę przez niebezpieczną Strefę, złamać przepisy i w ogóle pewnie umrą rozszarpani na kawałki, ale dziewczyna chce już natychmiast, to idą. Nie łapię.

Przez następne 60 minut też się nic nie dzieje, ale... właśnie, nic się nie dzieje. A gdy coś się zaczyna dziać, to po ciemku, nocą, i nic nie widziałem przez kilka minut, więc było jeszcze gorzej. Ale może to moja wina, bo oglądałem w telewizorze, dosyć małym swoją drogą. Może to film dla snobów, bo trzeba go oglądać w HD na 50'', i wtedy coś pewnie widać. Bohaterowie też są nudni, ich charakterystyka z grubsza kończy się na ich płci. Facet się upije i prześpi z jakimś randomem, bo to facet, a kobieta chce wyjść za mąż bo to kobieta. Nawet nie warto wykorzystywać dla tego tytułu żartu o krótkich włosach.

Nie zgadzam się na tak nijakie kino, w którym myśl przewodnią lepiej przedstawiono na plakacie niż w nim samym. Tyle.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/monsters/

(on robi zdjęcia tragediom)
Ona: Nie przeszkadza ci, że zarabiasz na ludzkim cierpieniu?
On: Jak lekarz?

niedziela, 28 lipca 2013

YAKUZA

New Hollywood & Neo-Noir, 1974


George Tanner współpracuje z japońską yakuzą. Ponieważ nie był w stanie dostarczyć w terminie zamówionej broni, przywódca mafii, Tono Toshiro, porwał jego córkę. Tanner zwraca się o pomoc do przyjaciela z wojska, Harry'ego Kilmera, który może zrobić jedną rzecz, której policja nie może...

Sydney Pollack nieźle poradził sobie z chłodem typowym dla "New Hollywood", starość bohaterów i powracanie do znajomych - ale nie widzianych od lat - twarzy wprowadza ciekawą atmosferę, którą naprawdę czuć... Jednak przez większość seansu zastanawiałem się, po co w ogóle ten film nakręcono. Co w oczach twórców wyróżniało tę wolną i nieciekawą opowieść z tragicznie zmontowanymi strzelaninami (ani razu nie widać całości pomieszczenia). Dopiero na końcu zobaczyłem jedną scenę wyróżniającą całość, o której ktoś pomyślał i stwierdził: "Muszę ją zrobić". Ale po drodze dorobiono do niej 2-godzinną fabułę. Takie są moje wrażenia.

A Mitchumowi w końcu udało się pokazać jakieś emocje na twarzy. Jeszcze trochę i może klasyfikowałby się do poziomu Sylvestra Stallone'a.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_yakuza/

sobota, 27 lipca 2013

CZŁOWIEK Z PRZESZŁOŚCIA (powtórka)

Film Noir & Whodunit, 1947


Miałem ten film obejrzeć w piątek, ale "Stary, kocham cię" weszło mi w drogę. A chyba wypada sobie powtórzyć tytuł, który oceniło się dosyć nisko kilka lat temu, a teraz widzę go na czele każdego rankingu na najlepszy film 1947 roku. Szczególnie, że na hasło "Człowiek z przeszłością" przypomina mi się wyłącznie ten film Kaursmakiego.

Robert Mitchum mieszka na prowincji, ma ukochaną i prowadzi stację paliwową. Jednak przypadkiem wpada na niego stary znajomy, z czasów gdy razem pracowali dla pewnego ważnego człowieka, granego przez Kirka Douglasa. A teraz musi wrócić, by spłacić mu dług. W przydługiej, bezsensownej i zbędnej retrospekcji Mitchum opowiada ukochanej, jak to dostał kiedyś zlecenie od szefa, by znaleźć jego dziewczynę. Poleciał cholera wie gdzie, ale trafił akurat na nią. Weszła do baru i była jedyną kobietą w tym filmie (wtedy), więc się w niej zakochał. I zamiast sprawdzić, gdzie mieszka lub coś, postanowił siedzieć i pić przez kilka dni, czekając aż ona sama znowu na niego wpadnie. I wpadła. I mieli być razem, ale Kirk Douglas się pojawił i musieli zniknąć. A do tego jeszcze jakiś chłop chciał ich szantażować o to, więc ona go zabiła, więc... się rozstali. Koniec historii.

Ta, jakoś nie widzę potrzeby by stosować tu retrospekcję. Jedyne co w ten sposób osiągnięto to rozpoczęcie filmu pół godziny po tym, jak on się zaczął. Można to było z powodzeniem wpleść w normalne dialogi. Reszta opowieści już trzyma poziom, jest ciekawa, intryga wciąga bo główny bohater ładnie ją rozegrał. A gdy aktorzy przestaną tyle gadać to nawet da się odczuć jakiś klimat noir. Ostatecznie dosyć przeciętny obraz, choć dla fanów to na pewno nie będzie stracony czas.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/out_of_the_past/


- Oh, Jeff, I don't want to die!
- Neither do I, baby, but if I have to I'm gonna die last.

Ranking filmów z 1947 roku

1. Mroczne przejście (Film Noir & Thrille)
2. Pan Verdoux (Black Comedy & Drama)
3. Cud na 34 ulicy (Christmas & Family)
4. Niepotrzebni mogą odejść (Drama & Film Noir)
5. Nightmare Alley (Film Noir & Psychological Thriller)
6. Dama z Szanghaju (Film Noir & Mystery)
+ Koncert na cztery łapki (Slapstick & Cartoon) :-)


Mogłem się tego spodziewać. Gdy wybrałem ten rok nie miałem wielu z niego do obejrzenia. I w sumie takie tempo nawet mi przypadło do gustu. Do tego jedna powtórka (miałem jeszcze powtórzyć sobie "Out of the past" wczoraj, ale wyszło, że obejrzałem coś innego) i ogólny wysoki poziom, choć pewnie niektórzy są zniechęceni, że same filmy z US oglądałem.

W przyszłości obejrzę chyba tylko "Kto zabił?"

piątek, 26 lipca 2013

STARY, KOCHAM CIĘ (powtórka)

Buddy & Romantic Comedy, 2009


Kilka dni temu wróciłem do kilku płyt Rush. Szybko też pomyślałem o tym filmie, w którym po raz pierwszy zetknąłem się z tą muzyką (pół roku później kupiłem "2112"). I podczas oglądania wiadomej sceny na YouTube szybko pomyślałem - czemu w ciągu tych 4 lat go sobie nie powtarzałem? Polubiłem ten film od razu po wyjściu z kina. Czas najwyższy na drugi seans.

Peter potrzebuje przyjaciela. Z kobietami dogaduje się bez problemu, w pracy ma sporo koleżanek a przyjaciółki jego narzeczonej bardzo go lubią. Ale z facetami mu nie wychodzi. Od zawsze. Teraz potrzebuje na gwałt drużby, by na ołtarzu obrączek nie podawała mu jego matka. Nic z tego nie wychodzi, niezależnie czy chodzi o "męskie randki" tudzież o pokera z mężem jednej znajomej. Do czasu, gdy na drodze pojawia się Sydney.



Cóż. Minęły cztery lata i nic się nie zmieniło, ten film jest nadal wyjątkowy i oryginalny. Nie ma wielu filmów o męskiej przyjaźni, i chyba nie ma w ogóle takich opowiadających o jej zwykłej odmianie (co jeszcze? "Clerks 2"?). Peter jest trochę niezręcznym człowiekiem, starającym się nieco na oślep naśladować typowe "męskie" zachowanie, a Sydney... go uspokaja. I po prostu się lubią. Nie czułem, że ten robi to wbrew sobie lub by coś innego na tym zyskać. Nawet potrafię się nieco zidentyfikować z sytuację tego pierwszego. Co do historii - to naprawdę dobry punkt wyjścia, z bohaterem który do tej pory czuł się dobrze z życiem które miał, a teraz uświadamia sobie, że czegoś mu jednak brakuje. Przyjaciela. Więcej filmów o tym, proszę!

Szczególnie, że dobrze to przedstawiono. Jakby Allen był bardziej wulgarny i kręcił w LA to właśnie coś takiego by stworzył. Wiele scen dialogowych wygląda tu tak jak w "Annie Hall". Całość słusznie skupia się na głównej postaci, widz wszystko widzi z jego perspektywy. Nie popełniono łatwego błędu z Sydneyem który mógłby "przejąć pałeczkę" ani nic. Centrum filmu jest ten nieśmiały facet, ale sam film jest bardzo ciepły i zabawny.

Jakby jeden z nich grał na perkusji (w końcu Rush Neilem Peartem stoi), bohater był mniej niezręczny (teraz wiele scen po prostu przewijałem), dano sobie spokój z tymi tekstami o srającym psie oraz "Człowiek to zwierzę" itd., dodano kilka scen z pozostałymi postaciami (mieli J.K. Simmonsa, i co? Pojawił się tylko dwa razy!), wtedy nie miałbym zastrzeżeń.


7+/10. Ocena bez zmian.

Felieton o cyferkach (part III)

Było o początku, kiedy to ludzie - w tym ja - oceniali to bez wiedzy, na podstawie czego oceniają. Było o konsekwencjach, kiedy to chciałem wiedzieć, czemu coś oceniam tak jak oceniam. Okazało się jednak, że to tylko prolog do właściwej drogi. Nie mogę tej drogi przedstawić dokładnie, bo nie wiem w którym momencie dostałem się o dany stopień w górę, kiedy zrozumiałem, że pewne działania nie mają sensu i przestałem je robić. Mogę na pewno wymienić te główne, w dosyć losowej kolejności. Pomijam tu wszystkie działania z rodzaju pisania do innych: "Jeśli sam nie rozumiesz to nie potrafię ci wytłumaczyć", bo zawsze było poniżej mojego poziomu.
W każdym razie - jak znalazłem się tutaj, pisząc dużo oraz często, i właśnie w ten sposób, oto kilka negatywnych powodów.


- używanie zwrotów "Czemu tak nisko"*, "Naprawdę tak słabo?"** i "Dałbyś przynajmniej..."

- zasłużył/nie zasłużył, jako odpowiedź na każde pytanie. "Czy to dobry film? - Nie zasłużył na tę nagrodę"; "Podobał ci się? - Zasłużył na statuetkę". I ogólnie całe to gadanie o filmie skupiające się wyłącznie na niemówieniu o nim samym.

- Pisanie o kimś, że daje niskie oceny, ignorowanie i/lub kpienie z tej osoby na tej podstawie. Przez krótki okres czasu, tak. Wypowiadanie się o generalnym obrazie całości, bez określania o jakie oceny mi chodzi, ile ich jest, i dlaczego uważam je za niskie, i co to "za niskie" w ogóle oznacza. Ignorowałem te kwestie, nie wiedząc w ogóle co robię, a było to deprecjonowanie tych osób. Pewnego dnia sam stałem się osobą o której inni mówili, że daje niskie oceny, po czym pierdolnąłem barana w ścianę i do dnia dzisiejszego mi to wystarczyło.

- skracanie wrażeń z seansu średnio do jednego zdania + rozmawianie o filmie bez konkretów. W zasadzie już o tym pisałem wcześniej. Chodzi mi o te rozmowy bez znaczenia w stylu: "Spodziewałem się czegoś innego!; Ale mogłeś dać chociaż wyższą ocenę; Och, no, może jak kiedyś powtórzę; Trzymam kciuki". I zgadnijcie o jakim filmie piszę. A potem jeszcze ktoś inny wcina się z tekstem: "Och, naprawdę? A ponoć taki dobry...". Inna osoba: "Cóż, każdy ma inny gust! Pozdrawiam!"
Między innymi z tego punktu wyłoniło się pisanie oddzielnych notatek o filmach, bez wiedzy filmowej. Wychodziło krótko, bez konkretów, ale to już był wymóg który sam sobie postawiłem i musiałem go spełniać. A skutki były wyłącznie długofalowe.

I właśnie:
- pisania o filmach bez wiedzy filmowej. Czyli myślenie, że reżyser to ten co biega z kamerą i kręci cały film, a "akcja" to wybuchy i pościgi. Opierało się to na jakichś wspólnych wyobrażeniach i wymienianiu się zdaniami które nic nie znaczyły i jednoczesnym udawaniu, że jest inaczej.
Dziś wygląda to już naprawdę brutalnie. Sam byłem wielokrotnie obrażany, bo wiem na czym polega logika m.in. w filmach. A ci co mnie obrażali nie wiedzieli, i na tej podstawie mnie obrażali. Ale ja mówię, kiedyś było inaczej. Wtedy tylko pisali w stylu "głupotą jest oczekiwać logiki od filmu sci-fi".

Można by jeszcze powymieniać, ale to są te główne wady. Pozostałe są jedynie ich mieszankami, pochodnymi lub "wstępami" do nich - ktoś zaczyna od jednego głupiego zdania i kończy na wyzywaniu się w Internecie, by udowodnić sobie że wie mniej od tamtych.


*to w sumie zabawne, że ludzie wciąż zadają mi takie pytania, mimo że o każdym tytule coś piszę.
**mam wrażenie, że wciąż tego czasami używam... ale zawsze coś po tym następuje.

czwartek, 25 lipca 2013

SKAŁA W BRIGHTON (porządne)

Gangster Film & Drama, 1947


Nie wiedziałem, że Richard Attenborough na poważnie zajmował się aktorstwem. Mam gdzieś w pamięci jego role w "Parku Jurajskim" czy okropnym remake'u "Cudu na 34 ulicy", ale bardziej go kojarzę z reżyserią. A tu się okazuje, że na początku dostawał nawet główne role. W "Skale w Brighton" (powinno być "Skałach..." jak dla mnie) gra niepełnoletniego gangstera, głowę gangu. Zabił pewnego człowieka, i pozoruje wydarzenie by wyglądało na wypadek. Policja orzeka samobójstwo, jednak wszystko komplikuje się, gdy pewna kobieta nie zgadza się z tą decyzją. Widziała ofiarę tuż przed incydentem, dla niej to nie miało sensu. A to dopiero początek.



Początek jest trochę niemrawy, bo groźni gangsterzy zachowują się trochę jak seryjni mordercy w slasherach - a nawet mniej, bo gdy przychodzą po ofiarę za dnia to nawet jej nie grożą czy czegoś jej nie robią. Ona sama się już boi, tylko mi się to nie udzieliło. I stawiają sprawę jasno - on wychodzi z nimi. Ale dosyć łatwo ucieka. Wiecie: biegnie 3 uliczki dalej, a oni okazują się czekać na niego. Ale tylko wolno do niego podchodzą, i też ucieka. Wiem chyba, co starano się osiągnąć, ale wyszło jak już wspomniałem - przypominają morderców ze slasherów.

Ale potem jest już lepiej. Akcja wprawdzie nadal niemrawa, ale np. główna postać zaczyna do siebie przekonywać. Z początku wydaje się po prostu napuszony i niegroźny, bo taki w zasadzie będzie, ale z czasem gdy nie będzie umiał już zaakceptować rzeczywistości i tego jaki jest, i wręcz oszaleje... Stanie się groźny.
Całość właściwie warto obejrzeć dla trzech momentów - dwóch zabójstw i końcówki. Każdy z nich robi spore wrażenie i wywarł na mnie spory impet. Ta psychodeliczna przejażdżka tunelem, to przekonywujące spojrzenie dziewczyny, ta zacięta płyta... Jak szukacie filmu na wieczór to raczej będziecie zadowoleni. A na pewno nie pożałujecie spędzonego w ten sposób czasu. Chyba że nie lubicie takich klimatów.

Nie ma polskich napisów.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/brighton_rock/

środa, 24 lipca 2013

PAN VERDOUX (nie czytajcie opisów)

Black Comedy & Drama, 1947


Bodaj na początku 2008 roku odkryłem w wypożyczalni wszystkie filmy Chaplina (poza ostatnim) i obejrzałem je właściwie naraz. Wielu z nich pewnie bym nie zobaczył, "Monsieur Verdoux" jest jednym z nich - mało kto wspomina go i wymienia razem z "City Light". Tytuł ten należy do późniejszego etapu twórczości pana Chaplina, w których już nie wyglądał jak tramp Charlie, a komedii w jego opowieści było bardzo mało. Miło, że tak znikąd pojawiła się okazja, bym mógł powtórzyć taki film.

Tym bardziej, że bardzo niewyraźnie go zapamiętałem. Tylko ogólny wyraz i jedną scenę (jak weszli na górę i Henri zobaczył księżyc). Mogłem czuć się, jakbym oglądał to pierwszy raz, dzięki czemu bardzo zaskoczył mnie zwrot akcji w 30 minucie. Jest oczywiście wymieniony w pierwszych słowach opisu, ale ich nie czytam przecież. I wam też nie radzę. Jest to opowieść o człowieku na którym bardzo odcisnęło się piętno Czarnego Czwartku, a teraz, kilka lat potem, żyje z uwodzenia starszych, średniozamożnych kobiet i zabijania ich - po czym znika.



Całość jest śmiesznie skomponowana, niby nic się nie dzieje a tak naprawdę wszystko ma jakieś znaczenie i układa się w całość, choć brakuje tu niby fabuły. Jest postać główna i wydarzenia kręcące się wokół niej w pewnym okresie czasu, tylko tyle. Poza tym bardzo spodobał mi się humor - to dramat, bardzo mocny i miejscami melodramatyczny, ale każdy żart tu działa, nie ma nic niestosownego. Nie ma też odwracania uwagi od głównego tematu. Wszystko tu jest naturalne, a żart przychodzi przy okazji, jakby stwierdzili: "Hej, jak tu sprawimy, że widz się uśmiechnie, to niczego nie zepsujemy". I zawsze mieli rację.

Ale to na postaci głównej chcę się skupić. Z prostego powodu - to prawdopodobnie najlepsza postać filmowa w historii. Powstała z pomysłu Orsona Wellesa i trzeba było kogoś tak wielkiego jak Chaplin by go odegrać. To istny kameleon, który pasował i znalazł sporo wolności w tej roli, wykorzystał ją. Verdoux to przede wszystkim osoba o wielkiej klasie, w sposobie wyrażania się, w manierach, w sposobie bycia. Poza tym utalentowany manipulator i improwizator, bardzo wyrachowany i zdyscyplinowany, ale to tylko pierwsze wrażenie. Bo potem przychodzi jego historia. Świadomość, że jest się złym i coś na kształt pogodzenia się z tym. Przychodzi ten genialny zwrot akcji w 30 minucie, dodając postaci bardzo dużo głębi, od tamtej pory można już tylko patrzeć na niego i zastanawiać się, co siedzi w jego głowie? A potem jest jeszcze to zakończenie.

Podejrzewam, że parę osób pogniewa się, gdy je zobaczy - z tego powodu Chaplin zresztą miał problemy z produkcją. Miał on ciekawy punkt wyjścia, ale nie wyszedł ze swoimi zbyt daleko, nawet pojawi się kilka zdań w stylu "dobro nie może istnieć bez zła" itd. Ale cóż, miał obowiązek podążać wyłącznie za własnymi wnioskami. Mam tylko nadzieję, że w przyszłości zrobić przynajmniej kilka kroków do przodu w tej filozofii, i dostrzegł gdzie był w błędzie.
W każdym razie - dobry film!


7/10*.
http://rateyourmusic.com/film/monsieur_verdoux/

wtorek, 23 lipca 2013

KRZYŻOWY OGIEŃ (długa nocka)

Film Noir & Mystery, 1947



Krótko po północy. W pokoju hotelowym leży martwy mężczyzna. Kto zabił? Detektyw policyjny dowiaduje się, że wyszedł z baru z kilkoma wojskowymi. Oskarżony zostaje jeden z nich który zniknął, i nikt teraz nie wie, gdzie jest. Jego mundurowi koledzy chcą znaleźć go przed policją, bo nie wierzą, że byłby zdolny do zamordowania kogoś. Teraz nie chcą, by policja go wrobiła...

Największa zaleta to czas, w którym rozgrywa się akcja. Od pierwszej w nocy do godzin porannych. Już na początku wszyscy byli zmęczeni, lekko pijani, grali w karty i chodzili od baru do baru. Teraz tankują kawę, są poddenerwowani, jedna z postaci nie da rady w takim momencie zapamiętać, co ma powiedzieć policji. To czuć. To buduje świetną atmosferę.
Jak na kryminał też jest nieźle. Policjanci zadają właściwe pytania, sprawa faktycznie toczy się do przodu, wszystko wygląda profesjonalnie i wiarygodnie - zarówno od strony funkcjonariuszy jak i przyjaciół podejrzanego, i współpracy między tymi "obozami".

Zawiodłem się trochę na samej intrydze, która jest za prosta - opiera się na dosłownie jednym kłamstwie, winny zostaje ujawniony przed widzem w połowie filmu, przez co reszta dochodzenia traci impet (bohaterowie muszą sami to jeszcze rozgryźć, ale widz już to wie, więc jest nudno...). A na ostatnie 20 minut brakowało materiału i trzeba było rozciągać, więc napięcie też trochę umknęło.

Dla fanów gatunku udany film, to na pewno.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/crossfire/


Top reżyserski Dmytryka

1. Miraż - 8+/10
2. Żegnaj laleczko - 7/10
3. Krzyżowy ogień - 6/10
4. Powrót do piekła - 6/10

poniedziałek, 22 lipca 2013

DUCH I PANI MUIR (blada melodrama)

Romance & Low Fantasy, 1947


Lucy Muir wynajmuje dom, który okazuje się nawiedzony. Bohaterka nawiązuje kontakt z duchem, poznaje jego życie i dla zarobku pisze jego biografię. Urok starego kina, z pomysłem na fabułę i intrygującym tytułem który zachęca do oglądania. Nawet reżyseria Mankiewicza, z prowadzeniem aktorów tak, by grając definiowali "przemelodramatyzowanie" oraz poruszali się wyłącznie z trzema kijami w dupie - nawet to nie kuje tu jakoś w oczy. Prawda, oglądając aktorów myślałem cały czas tylko o tym, że ludzie tak nie gadają... ale cóż, taki styl. Nie było to aż tak fatalne jak mogło być. To koniec zalet, tych wątpliwych również.

Zacznę od historii. Obejrzałem i nie wiem, co tu powinno być, a co powinno zostać wywalone. Przeszłość bohaterki, bycie wdową, życie z teściową? Duch? Ten drugi romans? Tak, o każdym z tych elementów myślałem w pewnym momencie seansu, że jest zbędny dla całości filmu. Stylistycznie, też się to kupy nie trzyma. Jak na fantasy to jest duch... i dalej nie wiadomo. Czy duchy są w ogóle czy tylko ten jeden, czy został tu bo zdecydował, czy jakaś "wyższa siła" zrobiła to za niego, czy on odczuwa upływ czasu jak żywi czy nie... Już nie mówiąc o tym, jak niby jego romans z bohaterką miał wyglądać. Niczego tu nie zdradzam, bo to jest w oficjalnym opisie filmu - w połowie przyjdzie inny chłop i to tamten będzie od teraz "ukochanym". Ale gdyby tamten się nie pojawił, to co? Ona by się zabiła? Zmusiłby ją do tego?
Z kolei ten drugi romans wygląda tak:

Ona: Jesteś bucem.
On: Który pisze książki dla dzieci.
Ona: Och, to oznacza że w głębi duszy jednak jesteś miły!
On: Patrz, podglądałem cię jak siedziałaś na plaży, namalowałem twój obraz.
Ona: Ojej! + buzi buzi + zaręczny 

Romanse w Simsach mają więcej sensu.

Największy minus to postaci. Duch marynarza jest niby twardy na początku, ale potem gada jak potłuczony i robi się bardzo miękki, i nie wiem dlaczego. Ona z kolei miała chyba być "silną kobietą", która cały czas tylko "proszę nie przeklinać!" na zmianę z "nie życzę sobie tego!", ale gdy duch chce by się wyprowadziła to ona zaczęła ryczeć, więc też nie wiem, czy miała wyjść na sukę łapiącą faceta na płacz, czy o co twórcom chodziło. Ani na co liczyli, szczerze mówiąc. Reszta postaci to już nawet nie tyle, to tylko narzędzia, które znikają jak aktorzy z telenowel którym skończyły się kontrakty.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_ghost_and_mrs__muir/

niedziela, 21 lipca 2013

MROCZNE PRZEJŚCIE (co za film!)

Film Noir & Thriller, 1947



Pierwsza myśl: "Jak bardzo to jest przemyślane!" Każda sekunda to definicja reżyserskiego pietyzmu. Przypatrzcie się, jak dużo pomyślunku stoi za każdą zmianą ujęcia, jak wykonano każde z tych krótkich ujęć. Opening przedstawia ucieczkę Vincenta Parry'ego z więzienia w San Quentin, ale z jego perspektywy. Nie ma tu pokazywania jego twarzy. Za każdym razem kamera jest albo jego oczami, albo ustawiona jest tak, że nie widać jego samego, tylko na przykład beczkę na tyle ciężarówki w której się ukrył. I już tu widać pierwszy "ficzer", częstą zmianę pleneru na dekoracje w studiu. Ogólny widok ciężarówki - plener, ale zbliżenie na beczkę i dłonie wystające by trzymać się krawędzi - to już dekoracja na tle przesuwającego się ekranu. Gdy beczka spada do rowu jest pusta, gdy zrobiono zbliżenie jak się toczy - wypełniona jest manekinem, gdy uderza perspektywa zmienia się i pokazuje wszystko z wnętrza beczki. Totalna ciemność, a światło wpada gdy z drugiego końca wygrzebie się Parry, widać go całego, ale od tyłu. Perspektywa zmienia się na tę z jego oczu, gdy zaczyna ukrywać koszulę w krzakach - znowu plener. Potem łapie stopa na ulicy, wciąż plener. Ale tu już widać "rozmazane" cięcia montażowe przy szybkim spojrzeniu z lewej strony na prawą, łączenie kilku ujęć w jedno, ale ciekawie zaczyna się robić dopiero gdy w ten sposób zaczyna się łączyć plenery z zdjęciami ze studia, których w plenerze nie dało się nakręcić bez ryzykowania życiem lub z powodu rozmiarów kamery (niczego nie chcę zdradzić). Każde z tych kilkusekundowych ujęć łączy się bez zarzutu, tworząc razem jedno długie ujęcie, które w '47 musiało robić kisiel z mózgu.

A teraz, dlaczego to działa i dziś. Po pierwsze, jeśli każde z tych ujęć było tak precyzyjnie zaplanowane, to wcześniej wymagało to długiego wysiłku, a potem jeszcze większej dyscypliny przy właściwym kręcenie - to po prostu odbija się na ostatecznym produkcie, w ten sposób tworzy się skupione i napięte thrillery. Dlatego ten film chwyta tak mocno. Z kolei, przy niepokazywaniu twarzy działa ta sama zasada co przy kręceniu mastershota - tego nie można po prostu zakończyć. Nie można przez 5 minut nie pokazywać kogoś, bo fajnie to wygląda, a resztę filmu kręcić normalnie jakby nigdy nic. Tu trzeba czegoś specjalnego, wyjątkowego, pomysłowego, to składanie obietnicy której spełnienia spodziewa się każdy widz, i to budzi w nim ekscytację. Po mojej ocenie pewnie się domyślacie, że nie ma tu żadnego mocnego akcentu, ale też nie zawodzi. I macie rację. Film oferujący mieszankę napięcia i ekscytacji, czego jeszcze potrzeba?

Nie napiszę więc, jak długo nie zobaczycie twarzy głównego bohatera, ani dlaczego nie chciano jej pokazać od początku. Zdradzę tylko, że to nie ostatnia rzecz którą scenariusz zrobi bohaterowi, bo pozbawi go jeszcze jednej rzeczy...  A teraz bomba: Vincenta Parry'ego, który uciekł by znaleźć prawdziwych  morderców swojej żony, gra Humphrey Bogart. I słychać, że to on. Zatrudniono takiego aktora, na dodatek postarano się o jego duet z Lauren Bacall, i go nie pokazano... Tak, to ma sens.

Miałbym dwa zarzuty, ale są dosyć drobne, na dodatek oba to spoilery, więc - [spoiler] Jedno to dosyć amatorskie spojrzenie na temat operacji plastycznych. Widać, że twórcy tylko usłyszeli, co to takiego, i w takiej postaci włożyli do filmu. Dziś to przeszkadza - puls dla dzisiejszych czasów :). Drugie to zbyt wiele zbiegów okoliczności. Przesadą był ten taksówkarz, który nie tylko go nie wydał, ale i wysłał do lekarza. Przesadą był też policjant w barze - przecież Bogart już nie wyglądał jak Parry! [/spoiler]

Solidny kryminał ze znakomitą intrygą, bardzo dobrą reżyserią, wątkiem miłośnym w który można uwierzyć, wierny założeniom kina noir. A poza tym dowiecie się, jak działa pętla tramwajowa w US.;-)


7/10. Może nawet kiedyś dam plusa.
http://rateyourmusic.com/film/dark_passage/

sobota, 20 lipca 2013

I'M NOT THERE. Gdzie indziej jestem

Biopic & Music, 2007


Jedyny problem jaki mam z tą biografią Boba Dylana jest taki, że jeśli nie wiecie, o czym ten film jest, to do końca filmu tego nie złapiecie sami z siebie, a może nawet i wtedy. Kilku aktorów odegrało tu kilka różnych momentów z życia artysty, przy czym każdy z tych okresów jest też inaczej nakręcony, a wszystko to miesza się ze sobą, przeplata... Jakbym miał sam z siebie to opisać, napisałbym, że to film o pewnym okresie w muzyce amerykańskiej, nie jednym muzyku konkretnie. Do czasu, kiedy opis dystrybutora zaczął się zgadzać, ale też nie mam pewności, czy widz sam z siebie by do niego doszedł.



Nie znam biografii Dylana więc nie wiem, na ile się to zgadza lub czy czegoś nie pominięto. Najwyżej po obejrzeniu dokumentu Scorsese dodam tu jakąś notkę. Film sam w sobie w miarę dobrze to przedstawia, poza tym, że na początku nie załapałem, czemu go zaczęli wygwizdywać i gadać, że się sprzedał. I mam wrażenie, że żadna z tych "postaci" nie wybrzmiała należycie. Ben Whishaw ma tylko jakieś trzy sceny, co za marnotrawstwo.

Ale im bliżej końca, ten eksperyment jawi się jako udany, że tylko tak można to było wykonać, przedstawiając drugiego człowieka. Ciekawe, że jeszcze nikt więcej tej idei nie podchwycił...


7/10
http://rateyourmusic.com/film/im_not_there/


"So Bob Dylan was black when he was 11 years old?" :D

piątek, 19 lipca 2013

SAMSARA

Essay Film & Documentary, 2011


Ron Fricke drugi raz łączy ładne obrazki z ładną muzyką. Lasy, miasta, mieszkańcy trzeciego i pierwszego świata, hodowla zwierząt do supermarketów na zmianę z tworzeniem mandali. Dostrzegam tu postęp względem "Baraki", bo w ogóle nie byłem zmęczony lub znudzony po kilku minutach. Więcej, chciałem do tego wrócić. Gdy musiałem odejść na dłuższą chwilę... wolałem zostać jeszcze chwilę z tym filmem. Zgranie obrazu z dźwiękiem jest tu fenomenalne, prawdopodobniej najlepsze jakie w życie obejrzałem. Przez ponad 90 minut nie było ani jednej wpadki, atmosfera i tempo w pełni się zgadzało. Niezależnie, czy pokazywano akurat statyczny las lub tańczący tłum, skorzystano z pieśni, ambientu, muzyki klasycznej, elektronicznej - za każdym razem wszystko do siebie pasowało. Wielkie osiągnięcie, szczególnie że każda scena płynnie przechodzi w następną, bez zachwiania atmosfery, bez jednego zgrzytu.



To naprawdę dobrze mi się oglądało. Mogłem się przy tym zrelaksować, podziwiać wielkie z technicznego punktu widzenia osiągnięcie, sumę kilkuletniej pracy. Nad "zamysłem" nie chce mi się teraz zasiadać, bo pewnie to nie moja filozofia. Wystarczy tylko zobaczyć różnicę pomiędzy kręceniem obcych kultur i miast. Te pierwsze kręcone są wolno, z szacunkiem dla przedstawionego widowiska. Miasta i wszystko co z nimi związane jest przyspieszone, dziwne że nie dodano muzyki z "Benny Hilla", przy kręcenie sceny w fastfoodzie pokazano stolik z trzema najgrubszymi osobami na świecie... I tak dalej można się w to wgłębiać, ale mi się nie chce - bo jeśli autorowi chodziło o to o co myślę, to co? Myli się, wiem o tym. On pewnie też o tym wie. Ale nie przeszkadza mi to w czerpaniu przyjemności z oglądania tego filmu. Jeśli jednak w jakiś pokręcony jego zamysł był inny... To miło. Nie zależy mi, szczerze mówiąc. I bez tego pewnie wrócę do filmu, choćby w urywkach na YouTube.

Nawet jeśli nie polubiliście "Baraki", zróbcie podejście do tego obrazu. Zróbcie to dla siebie, bo chyba nie ma szansy, by potem z kimś pogadać o tym filmie. A zapewne będzie u was taka potrzeba. Ale to niestety jeden z tych filmów, które wielu ogląda tylko po to, by potem napisać "Zrozumiałem ten film. Ale nic więcej nie powiem. Nie chcę nic sugerować, ale jestem oczywiście lepszy od ciebie. A przynajmniej ty jesteś gorszy ode mnie. Pamiętaj o tym." Można przy tym filmie naprawdę odpocząć, nawet jeśli nie chwyci was na tyle, by wysiedzieć do końca. Nie złapiecie klimatu w ogóle to trudno, nie ma takiego obowiązku.

Peace out.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/samsara/

Felieton o cyferkach (part II)

Tydzień temu pisałem o tym, dlaczego na początku ludzie oglądali klasyki i oceniali je tak jak można się było tego spodziewać - niemal same dziesiątki. Dziś - czemu przestali?

Zacznę od tego, że w każdym "Czemu tak nisko", gdy ktoś ocenił coś niżej niż się tego spodziewaliśmy, nie było tylko zganienia i porozumiewawczego mrugnięcia okiem. Przynajmniej w moim wypadku, była tam też cicha nadzieja na usłyszenie konstruktywnej odpowiedzi, chociaż jak dziś już wiem, nie zasługiwałem by takową usłyszeć. Niemniej z radością, często podświadomą, czytałem takowe opinie. I na tym uczuciu opiera się moja teoria, wyjaśniająca czemu w pewnym momencie ludzie przestali oceniać filmy na 10/10 z powodu "Najlepszy film w swoim gatunku" i innych podobnych bzdur. Nagle jedna osoba poobniżała oceny grupowo wszystkim przez siebie ocenionym obrazom. Z trzydziestu 10/10 zrobiło się na przykład... sześć. Pomijając już całą tą "profesjonalną otoczkę" i bełkot w stylu: "Och, ta osoba ma bardziej wyrafinowany gust od pozostałych" - prędzej czy później sam zaczynałeś taką zmianę rozważać. Ja patrzyłem na listę swoich filmów, wtedy na filmwebie wszystkie filmy ocenione na daną cyfrę były razem na jednej stronie. I ładowało się bardzo długo, ale robiłem to, żeby odczuć postęp - tyle już obejrzałem! Ale patrzyłem na każdy tytuł i wtedy pierwszy raz zastanawiałem się, czy ten zasługuje na tyle, ile mu dałem. Odpowiedź była oczywista - nie, bo od początku tego nie wiedziałem.

Opierałem się na niejasnych przesłankach, których sam wtedy nie rozumiałem ani nie byłem ich do końca świadom. "Dlaczego ten film zasługuje na dziesiątkę?" - właśnie, dlaczego? Można powiedzieć, że to był bunt wobec świata, choć w rzeczywistości był to bunt wobec samego siebie, bo tylko sam mogłem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego oceniam dany film na tyle i co to dla mnie znaczy? A potrzebowałem ilu? Dwóch lat? - by dojść do tego momentu. Może mniej. A może i więcej.

Co zresztą było dopiero początkiem drogi, nie tylko mojej ale i wszystkich innych. O jej dalszych etapach za tydzień. Może nawet uda mi się przejść w końcu do rzeczy.:)

Cześć III

czwartek, 18 lipca 2013

TAKSÓWKARZ (powtórka po 6 lat)

Psychological Drama & New Hollywood, 1976


To dosyć ciężki film do stworzenia. Nie w sensie: zebrania ekipy i nakręcenia go, ale przekonania producentów, by pozwolili ten film nakręcić, wyłożyli pieniądze na budżet i reklamę, by film w ogóle można było zacząć robić. Na początek - opis fabuła to opis bohatera, nie ma tu samej historii. Na początku widz poznaje głównego bohatera, gdy ten przedstawia się starając się o pracę kierowcy taksówki. I to koniec, potem tylko słyszy: "Spędzisz z tym człowiekiem następne 2 godziny". Chyba że trafi się jakiś niepełnosprytny, który dosłownie zacznie opisywać wstęp do fabuły. Który ma miejsce na 30 minut przed zakończeniem filmu. A potem nie ma żadnego rozwinięcia, jest natychmiastowe przejście do zakończenia, potem epilog i tyle. Już zetknąłem się z opisami, w których autorzy dosłownie opisują zakończenie w samym wstępie.

To drugi ryzykowny punkt w programie - brak akcji. Dosłowny. Przez większość filmu nic się nie dzieje. Jak pisałem: to co zazwyczaj dzieje się w pierwszych 10 minutach i ustawia fabułę na kolejne 2 godziny, tutaj rozgrywa się na 30 minut przed końcem, i ustawia tylko kolejne 15-20 minut. Do tego czasu bohater tylko jeździ, mówi z offu... W pewnym momencie dorzucono całkiem zgrabnie słaby sam w sobie wątek miłosny z Cybill Shepherd, ale gdy go zakończono to nie wiedziano co z nim zrobić. Więc postaci zostały gdzieś z tyłu, nie robiąc już nic, nie wnosząc nic do fabuły. Sceny do wycięcia i tyle, brak akcji.



A jednak obraz tak nieschematyczny zadziałał. Dzięki aktorstwu De Niro, reżyserii Scorsese, i scenariuszowi skupiającym się na jednej postaci i dużo z tego tematu wyciągający. Postać Travisa z jednej strony jest niezręczna, z drugiej chciałem przy niej zostać i oglądać ją dalej, byłem ciekaw co jeszcze zrobi. Efekt mieszania dziecinności z nihilizmem. Taka postać wystarczy, by pociągnąć film, by jej spojrzeniem na rzeczywistość stworzyć odpowiednią i kompletną atmosferę. To plus niestandardowa konstrukcja tworzy interesujący dla mnie obraz.

I tylko tak na niego patrzę, jako interesujący eksperyment. Sama fabuła taka już nie jest - zabrakło dla mnie choćby szerszego spojrzenia, wyjaśniającego czemu Travis uważał, że zabijanie będzie sprawiedliwe. To bardzo niedojrzałe, wręcz dziecinne - chcę wiedzieć, skąd to mu się wzięło, to by pasowało do takiego filmu. Co do samej postaci też jest kilka niedopowiedzeń, będących błędami jeśli całość oceniać jako dramat psychologiczny. [spoiler] Kiedy dokładnie Travis załapał, że kandydat na prezydenta nie da rady? I co chciał uzyskać poprzez zabicie go? Czemu właśnie Iris wybrał na ratowanie spośród tylu? Skąd samobójstwo? O tym nie było wcześniej mowy? I jakoś nie kupuję tego, że tak po prostu wrócił do zawodu po takim finale - nawet miałem nadzieję, że to był tylko sen czy coś w stylu "Dawno temu w Ameryce", ale nie, dano wprost do zrozumienia, że oni naprawdę się rozbili na Wy... to znaczy, że ten finał był naprawdę. [/spoiler]

Poza tym zmierzenie się z takim scenariuszem byłoby ciekawym wyzwaniem. Wypełnienie tych wszystkich luk psychologicznych, szczególnie bez korzystanie z surrealizmu. Do tego wywaliłbym wątek z Cybill Shepherd, wprowadził postać Harvey'a Keitela dużo wcześniej, wywalił scenę tańczenia Sportsa z Iris, coś bym zrobić z tymi kumplami z baru, żeby mieli jakąś większą rolę w całej historii... Ale nie chcecie o tym czytać. W mojej głowie to trochę brzmiało jak żart o piratach ze "Scrubs". Etam. Fajny film.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/taxi_driver/

środa, 17 lipca 2013

Nightmare Alley (brak polskiego tytułu)

Film Noir & Psychological Thriller, 1947


Na środku lokalu stoi mężczyzna z zawiązanymi oczami. Publiczność wypisuje pytania na kartkach, jednak asystentka nawet nie musi ich czytać - mężczyzna potrafi odpowiedzieć na nie bez tego, racząc przy okazji publiczność okazyjnymi żarcikami. Kimś takich chce zostać zawodowy oszust, bohater filmu, Stanton Carlisle. Chce się nauczyć, na czym polega i jak wykonywać tę sztuczkę. Po trupach do niezbyt jasnego celu.



Rok 2011 wychodzi mi bokiem, wiele przeciętnego kina - aż nie chce się oglądać kolejnego. Cofnąłem się do lat 40, wybrałem na ślepo byle co. Nawet nie miało polskich napisów, polskiego tytułu a tak w ogóle to pierwsze słyszę o tym filmie. I dobrze! Lata 40 może i nie były najlepsze dla kina jako takiego, ale filmy gatunkowe wychodziły z całą pewnością. Cholera, wtedy istniała sztuka ciekawego tytułowania - "Koszmarny zaułek", powiedzcie, że nie chcecie takiego filmu obejrzeć, i nie wzbudza w was ciekawości?

Ten film działa przede wszystkim dzięki charyzmatycznej postaci głównej, która naprawdę umie podejść do dowolnego człowieka i bez przygotowania zrobić przedstawienie, by ten uwierzył, że Stan naprawdę wie o nim wszystko. To jedna z tych postaci, po których widać, jak dobrze bawią się z bycia "tym złym", czerpiących satysfakcję z robienia niewłaściwych rzeczy, będąc przy tym po prostu błyskotliwym i inteligentnym. Dialogi napisano bez zarzutu, a reżyser udźwignął całą dramaturgię, napięcie jest wyczuwalne w każdym takim "pojedynku", nawet jeśli nie ma żadnej stawki. Można by powiedzieć, że skoro chciano uzyskać u widza chęć, by bohater przegrał bo jest inteligentnym, to chodziło o negację samej inteligencji (na rzecz nijakich blondynek o "szczerym sercu" które nie zniżą się nigdy do tego, co on zrobi - znacie to). Ja bym powiedział, że chodzi tu o chęć przegranej bohatera, bo ten źle wykorzystuje swoją inteligencję.

Tak czy siak, dobry, solidny obraz, z ciekawym pomysłem na całość. Jak mówiłem, lata 40, więc ostatnie 20 minut trzyma nieco niższy poziom niż reszta filmu, i zmierza to do niepotrzebnego happy endu, ale już z kolei sama klamra fabularna jest świetna. Tylko pamiętajcie, tylko angielskie napisy.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/nightmare_alley/

wtorek, 16 lipca 2013

Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł

Historical Drama, 2011


W grudniu 1970 roku podniesiono w Polsce ceny w spożywczym, społeczeństwo się zdenerwowało, zaczęli protestować, to rząd zaczął do nich strzelać. Logiczne.

Już wyjaśniam, czemu tak lekko traktuję ten film i poważną tematykę, jaką podejmuje. Robię tak, ponieważ... może po prostu opiszę scenę w której robotnicy podchodzą do urzędu i chcą pokrzyczeć z powodu podwyżki, bo widać na niej doskonale cały poziom filmu, intencje twórców i powagę z jaką podeszli do tej historii. Tłum się zebrał, urzędnik patrzy na to i wychodzi z megafonem. Próbuje ich przekrzyczeć, ale oni tam nie przyszli, by słuchać tylko krzyczeć. W końcu jednak przekrzykuje i mówi: "Będę z wami rozmawiać, ale z grupą reprezentatywną, a nie tłumem". Wtedy jakiś random krzyczy kilka randomowych nazwisk, i z całego tłumu wychodzi kilka osób. Okey, czemu właśnie ich? Czemu właśnie on ich zawołał? Ustalili to wcześniej? Skoro tak, to czemu od początku nie byli na przedzie, tylko rozsiani po gigantycznym tłumie wykrzykiwali jakieś hasła? Czemu w takim razie trzeba było ich wołać? A jeśli nie wybrali wcześniej, to jak wybrali teraz? I dlaczego właśnie on to zrobił?
Ale wybrańcy narodu wracają i dopięli swego. Ich strajk został uznany za legalny, a postulaty zostaną przekazane dalej! I tłum klaszcze i się cieszy. Dopiero teraz. Po usłyszeniu całego, długiego zdania (ja to mocno skróciłem), do ostatniej kropki, dopiero wtedy rozumieją, że się udało i mogą się cieszyć. Nie wiem, gzie Krauze znalazł taki tłum, bo zazwyczaj ludzie krzyczą "Udało się!" i to wystarczy. W innym wypadku zawsze ktoś z tłumu by krzykną, by skończył pie*dolić i przeszedł do rzeczy. a tu proszę, wysłuchali i kulturalnie zaklaskali po wypowiedzi... To na pewno w Polsce się rozgrywa?
Ale to nie koniec. Bo oni - ten tłum - po wszystkim zaczyna śpiewać "Sto lat" dla tego, co im przekazał tę wiadomość.

That is fucking ridiculous

Szczególnie z uwagi na to, że cały film jest absolutnie anonimowy. Przez cały film przewija się mnóstwo postaci i niby pokazuje się ich życie osobiste ale nikogo z tego nie pamiętam i tak. Pewnie przez to, że są kompletnie z czapy, i nie czułem nawet na początku ich zmartwienia, że sporo rzeczy podrożało, i nie są powiązani z fabułą bardziej niż najmarniejszy statysta.

Dziwne, ale najmniejszą wadą jest pokazanie samej historii. Nie zrozumiałem, czemu ludzie poszli na pochód z tym ciałem. Jakby chociaż ktoś na początku ktoś ich skrzyknął: "Hej! Zostańmy wszyscy męczennikami! Pomyślcie, jaki potem zrobią z tego zaj*bisty film!" to jeszcze by przeszło, ale tak po prostu to słabe było. Nie zrozumiałem, czemu to zaczyna się w Wigilię, by potem przeskoczyć ten rok do przodu. Dlaczego w scenie przemowy Fronczewskiego pokazują plecy ludzi siedzących obok niego, zamiast jego twarzy. Dlaczego tak słabo sobie poradzono z umieszczeniem akcji w czasie, z filmu wynika, że trwało to wszystko góra 3 dni, licząc od dnia przed podwyżką. Ani czemu zrobiono ponad półtoragodzinny film zawierający mniejszą wartość merytoryczną od notki w Wikipedii, którą można przeczytać w 10 minut. Nawet nie jestem pewny, czy film miał zakończenie. A skoro Polak ma takie wątpliwości, to film nie nadaje się absolutnie do dystrybucji za granicę. Czemu więc powstał? Chyba tylko po to, żeby w Kanadzie się dowiedzieli, że Polska ma dostęp do morza.

Ale nie gniewam się, bo to taki lekki, głupkowaty film, pełen takich momentów jak baba w spożywczym krzycząca "Jak nasze chłopy czegoś z tym nie zrobią, to ja swojego do łóżka nie wpuszczę!" - wiecie czego tu brakowało. Albo żołnierze, którzy obowiązkowo muszą być kreskówkowo źli i pluć na ciało leżące na ulicy, albo znęcać się... nad kimś kogo złapali (przypominam, całkowita anonimowość). I tak dalej. Patrzyłem na to z politowaniem, i naprawdę nie mam ochoty się w to wgłębiać. Skutek olania w polskiej edukacji okresu po '39, teraz nawet nie irytuje mnie przedstawianie historii własnego kraju w taki sposób. Ot, nie wyszło.

Marny film, którego twórcy ewidentnie nie wiedzieli, co robią. Czas powtórzyć chyba człowieka z marmuru i żelaza.


4/10
http://rateyourmusic.com/film/czarny_czwartek__janek_wisniewski_padl/

poniedziałek, 15 lipca 2013

Syberia, Monamour

Drama, 2011


O ile dobrze zrozumiałem, tytułowe "Monamur" to nazwa wioski w Syberii. Oczywiście, poza oczywistym i snobistycznym nawiązaniem do filmu Resnais. W owej wiosce jest tak, jak można było się spodziewać: ludzie walą się po pysku, modlą, piją, i jeszcze jest zimno. Mieszkają tu m.in. dzieciak bez matki, wyczekujący powrotu ojca, żyjący z dziadkiem, oraz pewien żołnierz wysłany by sprowadzić prostytutkę do komisarza. Z pozoru wygląda to jak kino Beli Tarra, ale różnica polega na tym, że tam od razu widać całą przeszłość, stopniowe obrastanie w błoto i nudę z woli postaci tam żyjących, i nikt nie mówi widzowi, by okazywał im litość lub coś w tym stylu. W "Syberii..." odniosłem wrażenie, że ktoś tu sugeruje mi, że oni zostali uwarunkowani przez takie otoczenie natury, choć w rzeczywistości to po prostu słabi ludzie którzy tylko gwałcą, krzyczą na siebie, piją, i robili by to samo, gdyby mieszkali na szczycie wieżowca w Nowym Jorku.

Poza tym, pod koniec to wszystko zaczyna skręcać w dziwne, pseudometafizyczne rejony bez ządnego powodu [spoiler] Syn wchodzi do studni, dziadek zostawia mu linkę, idzie nad rzekę, modli się do Zeusa, zrzuca kłodę drewna do rzeki, dryfuje, wychodzi, widzi samego siebie... Co? I dlaczego w ten sposób to pokazano? [/spoiler]

Dylematy są nudne, nie zrozumiałem tęsknoty małego za ojcem, nie dostrzegłem zmiany u tego gwałciciela. To jednak nie jest dobre kino.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/сибирь__монамур/

sobota, 13 lipca 2013

TRZYNASTE PIETRO

Mystery & Tech-Noir, 1999


Hannon Fuller zostaje zamordowany. Podejrzenie pada na Douglasa Halla, jego podopiecznego. Ten dowiaduje się, że szef zostawił mu wiadomość w jego eksperymencie: rzeczywistości wirtualnej - realistycznej replice lat 30, której programy myślą, że są prawdziwymi ludźmi, i prowadzą własne życie. Dla Douga wejście w ten świat to jedyna szansa by zdjąć z siebie podejrzenie. Ryzykując życie, wchodzi do gry.

Ta, trochę pompatyczne to jest. Dla porządku muszę dodać, że film widziałem w telewizji, leciał wieczorem a ja od razu zacząłem padać na pysk. Pierwsze kilka sekund mi umknęło, inne z powodu przełączania kanału podczas reklam, kolejne gdy poszedłem myć włosy... Nie byłem tego dnia w formie do oglądania telewizji. Po godzinie oczy mi się kleiły.

Może to ja. Może to sam film, który z jednej strony ma prawo się podobać dzięki klimatowi tech-noir, z drugiej straszy pogadankami o człowieku, które już słyszałem dziesiątki razy, i nadal nie brzmią one jakby autor chciał poznać odpowiedzi na zadane pytania. Brzmią filozoficznie to będą w filmie, a co.
Do tego film jest dosyć prosty. Z jednej strony to dobrze - nie ma denerwującego "A może jednak nie?" na koniec. Twórcy stawiają sprawę jasno, nie ma próby dobicia do trzeciego dna, jest jak jest i teraz już tylko kończymy po prostu film. Z drugiej strony - film jest ciut za prosty. Zasady świata to kilka krótkich, jasnych zdań, brak ciekawego wprowadzenia (45 minut z "Matrixa"? Zapomnijcie). Jest tylko kilka postaci, a ich relacje są skrótowe - tylko jeden podejrzany, tylko jeden policjant, rozumiecie. Do tego może i jestem specjalny, ale zakończenie jest bardzo oczywiste. Wątpię, by nawet po przeczytaniu opisu fabuły nie przyszło wam od razu prawidłowe skojarzenie.

Chociaż nawet nie mam pewności, czy to miał być zaskakujący zwrot. Pamiętam, że patrzyłem na bohaterów gadających już o tym tak jakoś zwyczajnie, tylko sobie powiedziałem: "O, miałem rację. Ziew". Jak mówiłem - byłem bardzo zmęczony podczas seansu. Żeby było fair - plus jeden do oceny. Może kiedyś jakiś znajomy mnie przypili do ponownego seansu.;-)


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_thirteenth_floor/

piątek, 12 lipca 2013

PINA (można luknąć)

Art Documentary & Dance Film, 2011


Wenders kręci film-hołd dla Piny Baush, choreografce zajmującej się teatrem tańca. Mało słów, dużo momentów tanecznych wykonywanych przez ludzi znających Pinę osobiście, będących jej uczniami itd. Ciekawy zabieg - często widzimy ludzi przygotowanych jak do wywiadu w normalnych dokumentach. Nawet słychać, co mówią - ale nie przed kamerą. Tekst leci z offu, ludzie tylko patrzą się w kamerę, rozmyślają nad tym, co powiedzieli itd.. Świetne.



Ale zanim będę pisał dalej, uprzedzę, że przez ten film zacząłem uważać teatr tańca za coś strasznie prymitywnego, dosłownie wyrwane z jaskini i zmuszane by egzystowało w XX i XXI wieku. Tak więc film nie był ciekawy pod tym względem.

Ale patrzeć na niego już jest lepiej. Wenders miał kilka pomysłów, wspomniany trik z filmów dokumentalnych jest tylko jednym z wielu. Same tańce w większości też oglądało mi się świetnie - czułem wysiłek, mnóstwo prób, miałem świadomość że oglądam ich finalny występ. Do tego wysiłek przy wymyślaniu, przy włożeniu w to autentycznego uczucia, do tego spora część to bardzo rozbudowanego kompozycje, długie i brało w nich udziału wielu tancerzy naraz. Pod tym względem, to udane widowisko. Tylko niektóre momenty są po prostu głupie, jak z tą babą w metrze, i ludźmi traktującymi ją jak bezdomną.

Nie trzeba oglądać. Choć w sumie można.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/pina/


Top reżyserski Wendersa (tylko czołówka)

1. Z biegiem czasu - 8+/10
2. Paryż, Teksas - 7/10
3. Niebo nad Berlinem - 7/10
4. Million Dollar Hotel - 7/10
5. Twelve Miles to Trona - 7/10 (nowelka z "10 minut później: Trąbka")
...
7. Pina - 6/10

Felieton o cyferkach (part I)

Kiedyś nie wiedziałem, co to arcydzieło. Słyszałem różne tytuły - "Na nabrzeżach", "Taksówkarz", "2001". I uznawałem za pewnik, że skoro mówią o nich, że to arcydzieła, one nimi są. To działa w drugą stronę - arcydzieło to coś na kształt "2001". To są właśnie wyżyny możliwości kinematografii. Po prostu nimi były. Dostały Oscara, były w jakimś rankingu, ktoś dał im 10/10 i miejsce w swoim rankingu ulubionych... Nie było wtedy nikogo, kto by umiał argumentować swoje zdanie. I nikt takich ludzi nie potrzebował, bo gdyby ktoś nawet ją przedstawił, nikt by mu nie odpowiedział. Ludzie wtedy tylko uciekali się najwyżej do zdań w stylu: "Każdy ma swój gust", zdań których nie rozumieli, ale czuli, że dają im bezpieczeństwo - o tym za chwilę. Ludzie wtedy pisali: "Genialny scenariusz" - nie wiedząc, czym scenariusz jest. "Scorsese to genialny reżyser" - nie wiedząc, czym reżyser się zajmuje. "To najlepszy film w historii" - nie oglądając więcej niż 0,002 filmów jakie powstały. A ja byłem jednym z nich.

Prowadziłem kronikę, w której "ocenę" zamieszczałem obok tytułu i jego oceny numerycznej, w nawiasie. Rzadko to były jakieś konkrety. Najczęściej były to zbitki kilku uniwersalnych słów, które znaczyły tyle co amerykańskie imiona, np. "Genialny Brando".

To był ten pierwszy etap fascynacji kinem i odkryciem, ile jest filmów wartych obejrzenia. Wystarczyło tylko wyrazić samą chęć poznania X Muzy, i natychmiast pojawiały się różne listy i ludzie polecający masę tytułów. To był ten etap, kiedy widziało się ocenę znajomego jakiegoś ważnego filmu - ktoś kto wtedy widział np. "Trzeciego człowieka" był kimś. I wszyscy chcieli być kimś w ten sposób, chcieli znać się na kinie - to właśnie było synonimem "znania się" na kinie. Wystawienie cyferki tym tytułom. Nie wiadomo, kto je ustalił, ale to było jeszcze w czasach gdy w Top 100 filmwebu był "Nosferatu" i "Caligarii", a w Top 250 imdb nie było filmów Nolana. Miały być stare, być słabo znany (czasy gdy film z 25 tysiącami głosów był najpopularniejszy na filmwebie, dziś tyle ma średnioreklamowana premiera kinowa), ktoś znany miał to reżyserować lub tam występować. Hitchcock, Peck i tak dalej.

Czemu wtedy wszyscy dawali dzisiątki? Działała wtedy jakaś zasada, nie pozwalająca czegoś ocenić niżej. Już dawanie "9+" było oznaką... nawet nie wiem, jak to nazwać. Wiedzieliśmy, że wtedy przyjdą znajomi i napiszą w stylu "Co tak nisko? Nieładnie ;p". Właśnie - czemu tak nisko? Czy ktoś wtedy umiał odpowiedzieć na to pytanie?

To będzie dosyć brutalne przypuszczenie, więc lepiej przejdę na pisanie w pierwszej osobie. Powyżej pisałem o "nas" - oni wiedzą, o kim piszę ;-)

Danie niższej oceny byłoby niezrozumiałe dla innych - trzeba by im to wytłumaczyć. Czytaj: przedstawić swoje zdanie. To mogła być obawa przed okryciem przed samym sobą, że tak naprawdę nie miałem tego zdania, a masowe oglądanie filmów nie sprawi, że to się zmieni? Ciekawe przypuszczenie. Wydaje się prawdziwe. Szkoda, że tak mało myślałem w tamtych czasach o sobie, mógłbym dziś jakoś się do tego ustosunkować.

To by wyjaśniało też, czemu inni zdawali się pytać "Czemu tak nisko?", jednocześnie nie oczekując odpowiedzi. Niczym sekretny znak porozumienia... Dobrze, że wtedy jeszcze Internet był dla ludzi, i wbrew pozorom, w powyższym pytanie nie było kszty złośliwości, wywyższania się lub oskarżenia. Nie umieliśmy wtedy rozmawiać o kinie, wymieniać się opiniami, ale byliśmy dla siebie mili, i w zasadzie lubimy się do dziś. Zawsze to oznaka cywilizacji.


Powinno być krótko, a ja mam jeszcze wiele do napisania, wiec lepiej tu urwę. Za tydzień druga część tekstu, pt. "Czemu zaprzestano dawania dziesiątek?"

czwartek, 11 lipca 2013

Włóczęga ze strzelbą (wzruszenie ramion)

Exploitation & Splatter, 2011


Rutger Hauer jako podstarzały bezdomny trafia do miasta w którym dzieją się okropne rzeczy. Wszystkim zdaje się rządzić sadystyczny Drake i jego synowie, urządzają brutalne pokazy, wolno im dosłownie wszystko. Pewnego razu, nasz bezdomny postanawia się temu sprzeciwić.

Film zyskuje na pewno oryginalnością i konsekwencją. To zawsze dobre rzeczy - chciano by widz nienawidził Drake'a, by ten umrzył w najbardziej makabryczny sposób, i to osiągnięto. Dano mu do roboty mnóstwo złych rzeczy, reszta miasta też się popisze (jakiś chłop płacący bezdomnym za jedzenie szkła przed kamerą itp.). Wszystko to będzie naprawdę brutalne, obrzydliwe i wulgarne. Kołnierz z włazu kanałowego, takie coś umieszczamy wokół pana X, spuszczamy go do kanałów by na ulicy była tylko jego głowa, obwiązujemy ją sznurem podczepionym do odjeżdżającego motoru... A po wszystkim niech jeszcze jakaś dziewczyna zatańczy w strugach tryskającej krwi. Super.

Akcja nie jest już zbyt podniecająca, bo po początkującej ferii prostego strzelania twórcy zaczynają komplikować sprawę. I tak np. bohater poluje najpierw na dwóch gości, by ich wypuścić gdy będzie miał okazję ich sprzątnąć. Albo ktoś tam będzie kroił czyjąś szyję (pewnej "ważnej" postaci), dojdzie do połowy, nie skończy, ale pacjentka... przeżyje. What.
Sporym problemem jest też fakt, że bohater tak naprawdę nie będzie mieć planu pokonania tych złych gości. Będzie tylko strzelać przez pewien czas do przypadkowych gości, a potem... niech się dzieje co chce. Tak naprawdę to nie będzie wiele robił. Szkoda.

Dalszy odbiór tego filmu zależy od waszego stanowiska w dwóch kwestiach - czy dobrze się czujecie, jeśli twórcy poświęcają aż tyle czasu by wywołać w was uczucie nienawiści do jakieś postaci? Oraz - czy uważacie, że kino jest miejscem dla takich obrzydliwości? jeśli tak, oglądajcie. Jeśli nie - wasza ocena będzie pewnie niższa niż u mnie.

Krótkie, ze sporą inicjatywą twórczą, choć trochę mało akcji.


4/10
http://rateyourmusic.com/film/hobo_with_a_shotgun/

środa, 10 lipca 2013

G.I.Joe: Odwet (....to już? Tylko tyle?)

Action, 2013


To miało być kino akcji 2013 roku. W 2009 roku poszedłem do kin by obejrzeć film "G.I. Joe: Czas Kobry". Nie był do końca dobry, ale przyjemnie się oglądało, i co najważniejszy: był efektowny. Rozwałkę Paryża połączoną z futurystycznym parkourem pamiętam do dziś - jeśli nie wierzycie, na YouTube są jej fragmenty. Akcji jednak było mało - wspomniana scena trwała ile? Z 7 minut? Ale ostatecznie dałem 6/10, choć później tego tytułu już w całości nie obejrzałem. Teraz przyszedł sequel, na zwiastunie pokazano rozdupcz Londynu, wszystko było więc na dobre drodze. Nie wyszło. Oglądałem z myśląc: "Ok, zaraz się zacznie... dobra, to wszystko to tylko przygotowanie do wielkiego finału, będzie dobrze... Finał na pewno będzie super!... Jak to? To już? Tylko tyle? I jeszcze 5 minut napisów końcowych?"

Nie ma dużo akcji. Nie ma fajnych gadżetów. Nie ma tu ultra-zajebistego kostiumu do parkoura z jedynki. Zamiast tego są jakieś chore pszczoły z bombami w odbycie (?) w dwóch scenach i motocykl który umie się rozszczepić na 5 bomb w jednej scenie. Jedynym momentem jaki teraz, w kilka godzin po seansie, wydaje mi się godna uwagi, jest bitwa na ścianie gór - przywiązani w pasie liną, fikają koziołki setki metrów nad ziemią, zabijając przy tym jakichś przypadkowych gości. Absolutnie zbędna chwila, mogli wyłącznie uciekać bez bicia się, ale jest i nawet może się podobać. Cool. Ale oprócz tego pamiętam jakieś trzy sceny, i każda była nudna. Z wyjątkiem końcówki. Ta zawodzi, bo jedyne co po jej obejrzeniu przychodzi mi do głowy, to podtytuł tej notki. Nie czułem, że coś już osiągnęli, że wygrali, że są najlepsi, że sprawa zakończona... Aha, a wspomniany rozdupcz Londynu trwa i wygląda w filmie tak jak na zwiastunie, i bohaterowie nie mają z tym nic wspólnego. Ich tam nawet nie ma. Jest tylko rewelacyjnym, 3-sekundowym efektem specjalnym.



Akcji nie ma, bo fabuła nie daje ku niej okazji. Jest tak nielogiczna, że nawet nie wiem, o co w tym filmie chodziło, i jak wam chociaż streścić wstęp. Kobra zostaje wyrwany z więzienia, i za 48 godzin ma przeprowadzić plan, dzięki któremu - ofkors - zdobędzie władzę nad światem. A "Joe's" w tym czasie będą się pałętać bez planu, byle jakoś dobić do końcówki, w której minie te 48 godzin i w końcu się będzie coś dziać, nie? Właśnie też nie. Wszystko jest na siłę pokomplikowane, kilka postaci się stworzy bez sensu, będzie męcząco i głupio, byle tylko nie było akcji w kinie akcji. Oczywiście, w innych recenzjach poczytacie, że fabuła nie ma sensu, bo chciano by film był efekciarski.
Zwykle to ci źli są w cieniu, knując w tajemnicy, a bohaterowie co chwila muszą działać, by efektownie pokrzyżować plany przeciwnikowi. Teraz widz jest częściej przy tych złych. Dziwne.

Jakby tego było mało - Jon Chu to nie Justin Lin. I sceny akcji, nawet gdy są, nie są wyreżyserowane nawet w połowie tak dobrze, jak wyścigi w "F&F6". Nie było pomysłu na sceny strzelanin, wiele z nich to tylko bieganie i randomowe zatrzymanie się, by strzelać gdziekolwiek. Nie wiedziano kiedy uciąć niektóre ujęcia, jak nadać temu dynamizmu, jak nakręcić czołg by na pierwszy rzut oka czuć jego moc, jak pokazać góry by czuć tę wysokość i tak dalej. Każda scena mogła być co najmniej 2 razy efektowniejsza.

I najmniej słaba rzecz, to wyrzucenie postaci z jedynki. Nie ma Sienny Miller, nie ma pana Eko, nie ma Marlona Wayansa, a Channing Tatum pojawia się na 5 minut, by w końcu umrzeć (to taki mały spoiler, to jest zaraz na początku, serio). Nie żeby mi ich brakowało, ale przynajmniej... ich pamiętałem. Był jakiś moment przywiązania się, była jakaś chemia pomiędzy bohaterami. Początek nowego "GI.Joe" był najlepszy właśnie ze względu na relacje między Dwaynem Johnsonem i Channingiem Tatumem (...nie będę miał wielu okazji by to napisać!). Potem bohaterowie są całkowicie anonimowi i nudni, nawet nie robią fajnych rzeczy. Tylko to latanie na lince pomiędzy górami było trochę fajne.

Jestem zawiedziony. I nie czekam nawet na część trzecią.

I co teraz w temacie kina akcji? "Oblivion" przeszedł niezauważony więc chyba nie warto, nowy "Star Trek" nie jest czystym kinem tego gatunku (więcej sci-fi), nowy "Superman" nie wyszedł, chyba tylko "World War Z" daje mi jakąś nadzieję.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/g_i__joe__retaliation/

PS. Soundtrack też wysłuchałem, choć miałem dość w połowie. Tylko "Honor Restored" warte posłuchania.

wtorek, 9 lipca 2013

Armia ciemności (niech będzie)

Fantasy & Adventure, 1992


Jednoręki Ash przenosi się z współczesności do średniowiecznej Anglii. Nie zachowujcie się, jakby was interesowało, czemu, i nie zadawajcie pytań. Grunt, że chce wrócić do siebie i już, a droga prowadzi przez mnóstwo trupów. Szkoda tylko, że ogólnie to nie wiadomo było, w jakim kierunku pójść, i jaki ton temu nadać. Jest sporo przeciągania na początku, jakby podczas kręcenia nie wiedzieli jeszcze, co będą kręcić później. Dorzucono wątek jakiejś baby, który najpierw będzie chciała by Ash umrzył, a potem będzie z nim uprawiać seks (czytaj: zakochała się w nim). Wiecie, żeby na koniec - "Zostawisz mnie i wrócisz do swoich czasów? A to co było między nami?"

Humor też mi nie pasował za bardzo, jest gdzieś pomiędzy filmami od TeamTgwtg i parodiami w stylu "Wielki kino". Są rzeczy które śmieszą, ale też sporo jest ciągnięcia na siłę i wpychania żartu bez zastanowienia, czy on w ogóle zadziała. Mój faworyt to zdecydowanie Bruce Campbell wymawiający w końcu zaklęcie: "Klatu! Verata! Ekhym!", poza tym sam Bruce bawi się niesamowicie dobrze, i to udziela się samemu filmowi. Niemożna też odmówić rozmachu i pomysłowości, choć niekoniecznie pomysłowości. Kamera świetnie podkreśla kreskówkowy ton, historia kipi od różnych momentów które w teorii na bank powinny być kultowe, choć w praktyce różnie z tym wychodzi.

Ale że zatrudniono Patricię Tallman, jedną z najładniejszych dziewczyn z "Babylon 5", a potem to zmarnowano, to nie wybaczę. Po co to zrobiliście?



5/10
http://rateyourmusic.com/film/army_of_darkness/


Top reżyserski Sama Raimiego

1. Spider-Man 2 - 7/10
2. Wrota do piekieł - 7/10
3. Martwe zło - 7/10
4. Spider-Man - 6/10
5. Armia ciemności - 5/10

poniedziałek, 8 lipca 2013

Szybcy i wściekli 6 (satysfakcjonujące)

Action & Crime, 2013


Poprzednie części? Chyba widziałem jakąś którąś z pierwszych czterech odsłon, pamiętam taki długi wyścig na prostej drodze, w której jakiś dzieciak chciał się zmierzyć z Domem, ale nawet nie wiem z której to części. Potem w 2011 zobaczyłem zwiastun części piątej, który kopał dupę, poszedłem w dniu premiery i szok - byłem zadowolony. Mimo wszystkich wad. Na szczęście się okazało, że ze mną wszystko w porządku, bo ta część podobała się nawet ludziom, którzy nie cierpili poprzednich odsłon serii. Twórcy naprawdę zrobili kilka kroków do przodu i zrobili strawne, satysfakcjonujące i zadowalające kino akcji. Nic dosłownie dobrego lub koniecznie wartego obejrzenia, ale jednak oglądalnego z pewną przyjemnością. U mnie 5/10.

Nie mam zamiaru bronić części szóstej. To prosty film, z kilkoma niezręcznymi momentami, kilkoma absurdalnymi, głupią końcówką, do tego twórcy kilka razy sami sobie rzucają kłody pod nogi byle nie zrobić filmu prawdziwie dobrego... Ale ma kilka niezaprzeczalnych zalet. Pogadajmy o nich!

Auta nie wybuchają. Ciekawostka, prawda? Wszystkie zostają najwyżej stłuczone na pieprz, albo wywalone dożywotnio na pobocze. Pierwsza taka typowa eksplozja w stylu "strzał z broni krótkiej w samochód = bum" jest dopiero w drugiej godzinie filmu, i jest to chyba retrospekcja z poprzednich części (czwartej?). Tak prawdziwie wybuchający samochód będzie po półtorej godzinie, ale strzeli w niego czołg, więc chyba się zgadza.;-)


Fabuły nikt nie pokomplikował. Nie licząc końcówki na lotnisku, ale wcześniej jest prosta, konkretna, wystarczająca, jako całość właściwie się zgadza logistycznie. Wiadomo, czemu bohaterowie robią to co robią, i dlaczego udają się akurat w to miejsce a nie inne, żaden z nich nie wymyśla abstrakcyjnych rozwiązań dla każdego problemu. Pamiętacie jak w piątej części po akcji z pociągiem po prostu wskoczyli z autami do rzeki? Tu tego nie ma.
Chociaż może trzeba mieć w pamięci "Die Hard 5", by o takich rzeczach pisać w przypadku "F&F6". Ale serio byłem tym miło zaskoczony. W "F5" przez ponad godzinę próbowali wprowadzić jakiś plan, nie wyszło, więc na ostatnie 30 minut improwizują, czyli ponad połowa filmu do wyrzucenia. Miło, że przy kontynuacji zrobili ten mały kroczek do przodu.

Justin Lin wykonał wielką robotę. Pomijając niesamowite widoczki (film można obejrzeć wyłącznie dla nich) - wiedział, jak te wyścigi mają wyglądać. Wiedział, co chce osiągnąć, wiedział jak chce to pokazać, a potem... zrobił to. Jedno powiem: widać jaki ten film miał budżet. Znacie te filmy, które oglądacie, słyszycie ile kosztowały, i nie wiecie, na co poszły te pieniądze? Tu nie ma tego problemu. Widać mnogość różnych ujęć, precyzję i fakt, że wiele razy powtarzano każdy element. Widać ile materiału nagrano. Wg wiki ten film miał 6 montażystów, i jestem niemal pewny, że każdy z nich zajmował się tylko jedną sceną akcji przez te pół roku postprodukcji. Wszystkie najazdy z każdej strony, ujęcia z boku, z powietrza, wiele momentów iście kaskaderskich, i dopiero na ostatnie 20-30 minut zacząłem dostrzegać gołym okiem efekty specjalne. Takie poważne, znaczy. Do tamtego momentu jestem pewny, że oni naprawdę robili te wszystkie rzeczy na tych wysokościach.

Bo choć twórcy nie zaskakują przesadnie wyobraźnią, to jednak jest kilka scen typu "..wow!". Nawet trzeba przyznać, że pomysł na końcówkę był interesujący. Najlepszy moment filmu to pościg na autostradzie - najlepsza muzyka, najlepsze widoki i najlepsza akcja, zdecydowanie.


Nawet w sumie nie żałuję z powodu wspomnianego na początku "rzucania sobie kłód pod nogi" przez twórców. Ponownie np. nie ma tu wielu dowcipów, i żaden nie zapada w pamięci. Bohaterowie, choć niezwykle mili do patrzenia, ponownie nie zapadają w pamięci. Gdy myślę o części siódmej, wcale nie mam na myśli "Kurczaki, nie mogę się doczekać by zobaczyć co oni tam zrobią!". Na te dwie godziny mogę sobie przypomnieć o istnieniu Paula Walkera i tego czarnego śmieszka, ale po tym czasie - znów o nich zapomnę na dwa lata. Fabuła też nie jest jakaś ciekawa, pod koniec nawet nie pamiętałem wyjaśnienia z początku, w którym opisali o co chodzi złym i dlaczego to jest tyle i tyle warte. Serio by było im łatwiej, gdyby mieli ciekawszych bohaterów i ciekawszą fabułę.

Wyszło tak jak miało wyjść - satysfakcjonująco, ale bez przesady. Pierwszy seans to przyjemność, ale pewnie już nigdy nie zaliczę drugiego. Próbowałem "Piątkę" obejrzeć jeszcze raz, nie złapało mnie to już.

Dziwne, że jeszcze nikt nie zrobił gifa z Doma rzucającego się po Anę-Lucię. Cytując Vincenta: "Dupa wam odpadnie ze śmiechu". Macie moje słowo.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/fast_and_furious_6/

PS.Na koniec dali ogłoszenie, że każda akcja była kręcona z zawodowcami na zamkniętych drogach, i apelowali by nikt tego nie próbował robić samemu. Czas ewakuować planetę.:)

PS2. Nawet takie "F&F6" traktuje sprawę wychowania dziecka poważniej od Rosłaniec.

niedziela, 7 lipca 2013

Urodzony sportowiec (nudny)

Sports & Drama, 1984



Jakąś klasę niżej niż "Moneyball". Historia zawodnika grającego w baseball. Typowa scena wygląda w tym filmie tak: Robert Redford podchodzi z pałką, ma wybijać w ważnym meczu. Nie trafia. Nie trafia. I za trzecim razem trafia... piłka leci do niego 5 minut, on ją uderza w zwolnionym tempie, w momencie samego uderzenia piorun wali nad stadionem, zaczyna padać deszcz, piłka poszła w pizdu i miotacze (?) ledwo mogą nią rzucić z powrotem, bo ich pali w łapę. Widownia skacze w slow-mo przez 40 minut z radości, Robert Redford stoi jakby połkną pomnik Waszyngtona, ze spuszczoną głową, nieruchomo, w deszczu.

Film oczywiście na faktach.

A potem zwykle następuje montaż... gazetowy. Nie wiem, czy istnieje taki termin, ale wiadomo: przed widzem latają pierwsze strony gazet, o tym że jakaś drużyna wygrała jakiś mecz. I jeszcze jeden. I jeszcze jeden. I co kilka takich wyników trzeba przypomnieć, że to zasługa jednego człowieka (bohatera filmu). Żeby wieśniaki z Europy nie myślały, że baseball to sport drużynowy.

Tyle. Nie chce mi się więcej o tym filmie pisać, choć pewnie byłoby coś jeszcze do dodania.


4/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_natural/


Top reżyserski Barry'ego Levinsona (czołówka)

1. Diner - 8+/10
2. Rain Man - 7/10
3. Good Morning, Vietnam - 7/10
4. Kula - 6/10
5. Człowiek roku - 5/10
...
8. Urodzony sportowiec - 4/10


Jeszcze "Jack, jakiego nie znacie" kiedyś obejrzę. "Diner" muszę powtórzyć, dawno oglądałem.

sobota, 6 lipca 2013

Wielki Szu

Drama & Sports, 1982-83



Premiera polska i światowa w '83, ale wiadomo.

Jan Nowicki w roli tytułowej - oszust żyjący z kart. Wyszedł z więzienia, żona już nie chce z nim dalej żyć, więc wyjeżdża. Zagląda do małego miasteczka. Tam wygrywa okrągłą sumkę, po której będzie musiał się szybko ulotnić. Film nie ma płynnej fabuły - bardziej przypomina to oglądanie kilku odcinków serialu mającego tego samego bohatera. Pierwsze oszustwo nie wystarczy na długo, po 20-30 minutach twórcy pójdą w schemat "mistrz uczy nieopierzonego". Ale to też nie wystarczy na długo. Łącznie takich zmian będzie około cztery, z zakończeniem w którym pojawią się znajome twarze z całego filmu, ale nic imponującego tudzież angażującego. Solidna robota z kilkoma cwanymi momentami - jak Jurek musiał opchnąć kioskarce fałszywe karty, nieźle to sobie wykombinował. Albo gdy grał z Ryszardem Kotysem, też zapadło mi w pamięć. Dwa cwane, inteligentne momenty.

Poza tym widać, że to polskie kino. Dwóch chłopów siedzi nie ruchomo przy stole, trzeci robi za ozdobę, wolno się ruszają, a dramatyczny moment wygląda tak:

- O, mam 14.
- Ech, ja 13.

Gdy pomyślę o tych efektownych najazdach kamery i dynamicznym montażu z openingu "Koloru pieniędzy"... Ale cóż, jeśli chcecie dobry film o kartach, to bierzecie to, albo "Cincinnati Kid" z McQueenem. Wielkiego wyboru nie ma.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/wielki_szu/


Top 6 reżyserski Sylwestra Chęcińskiego

1. Rozmowy kontrolowane - 7/10
2. Sami swoi - 7/10
3. Kochaj albo rzuć - 7/10
4. Nie ma mocnych - 7/10
5. Historia żółtej ciżemki - 6/10
6. Wielki Szu - 5/10

piątek, 5 lipca 2013

Przed północą

Romance & Drama, 2013



Dobra, jak mawia Doug Walker - gdy mówi się o kolejnej części trzeba pokrótce omówić wcześniejsze odcinki. "Before Sunrise" (1995) - bohaterowie spotkają się pierwszy raz i jest fajnie. Nic więcej z niego nie zapamiętałem. Fajna formuła i bohaterowie, lekkie, chyba nawet pozytywne kino. 7/10. "Before Sunset" (2004) - ten oglądałem pierwszy. I byłem chyba zdenerwowany. 2 godziny jęczenia o tym, że on ją kocha, i ona kocha jego, ale oboje tylko to sugerują bo czeka aż drugie powie to pierwsze, a na koniec nie wiadomo, na czym stanęło - będą razem? Nie będą razem? Przyjdą kosmici i wsadzą jednemu z drugim w dupę Statuę wolności? Nie wiadomo. Najbardziej tchórzliwy i wymijający film w historii kina, 2/10.

"Before Midnight" miałem olać, ale stało się najlepszym na chwilę obecną filmem roku. I to nie tylko tyle, ale wręcz awansowało do pierwszej 50 w rankingu ogólnym na RYM. Trudno, zaryzykuję. W końcu ma polską premierę, a zarys fabuły jest obiecujący - okazuje się, że po 10 latach twórcy zdecydowali się na konkretne zakończenie poprzedniego filmu. Ethan Hawke jest teraz w nieformalnym związku z Julie Delpy (ich bohaterowie mają imiona, ale kto by ich używał), ponad to rozwiódł się z żoną. Jego syn z tamtego małżeństwa ma już 14 lat, i z ojcem spędza tylko kilka tygodni w roku. W nowym związku Ethan ma już 2 córki. Akcja zaczyna się na koniec wakacji, które spędzali oni wszyscy w Grecji. Młody wyleciał właśnie do USA, dzieciaki zostają u poznanych tam ludzi, więc nasi bohaterowie mogą spędzić wieczór w hotelu, sami ze sobą. Nie wytrzymają 5 sekund.

Jeśli wyciąć z tego filmu zakończenie, to jeszcze miałby u mnie jakąś szansę. Byłby ten promyk nadziei, oświecenia, czegokolwiek. Jest taki moment, że w końcu ona strzela focha, wychodzi, i na scenie zostaje już tylko Ethan z wyrazem twarzy mówiącym: "W mordę, straciłem całe życie na męczenie się z taką kobietą... Trzeba będzie zacząć od nowa". Ale nie. To właśnie miłość. Wracają do siebie, stwierdzają: "Och, na tym to właśnie polega". A powodem dla którego takie zakończenie nie działa, jest to, że nie ma zapowiedzi rozwiązywania problemów które ze sobą nawzajem mają. Po godzinie krzyczenia na siebie i wymienia problemów, okaże się, że oni nie robili tego z innego powodu niż potrzeby dramy. Olewają to, mówią sobie najbardziej puste "kocham cię" w historii kina, i wszystko już jest w porządku.

Z tym filmem jest wiele problemów. Julie Delpy gra tu najbardziej stereotypowy obraz suki w historii, Ethan gra typowego pantofla, scenariusz pełen jest zapchajdziur, połowa konfliktów między bohaterami nie ma sensu biorąc pod uwagę ich wiek i wspólny "staż" jaki za  sobą mają, ale zupełnie to pomijają. Zamiast tego jest "Chciałbym porozmawiać z użyciem racjonalnych argumentów", tworząc tym samym najgorszy filmowy duet. A co tam, duet w ogóle.
Ale najgorszy w tym wszystkim jest właśnie policzek wymierzony każdemu, kto uważa, że miłość polega na... Jak brzmi najbanalniejsza definicja? Byciu szczęśliwym? Chyba tak. Czyli nawet bez wgłębianiu się i świadomości, że polega ona na celebrowaniu wartości które czcisz w uosobieniu tej jednej osoby - i bez tego, wystarczy tylko jeśli kojarzysz miłość z uczuciem pozytywnym, to oglądając ten film poczujesz się, jakby ktoś ci wymierzał policzek. Pokazana jest para dla której każda chwila spędzona razem to tortura, wskazują ci ją palcem i mówią: "To właśnie miłość". To okropne.

Nienawidzę tego filmu. Za sam pogląd, że miłość polega na ostatecznym zhańbieniu się, poniżeniu i absolutnym braku szacunku dla TEJ drugiej osoby.


1/10
http://rateyourmusic.com/film/before_midnight_f1/

czwartek, 4 lipca 2013

Wszyscy wygrywają (Win Win)

Drama & Comedy, 2011


Mike Flaherty, grany przez Paula Giamatti, jest adwokatem mającym problemy finansowe. Zdecydował się podjąć opieki nad Leo, starszym człowiekiem z lekką demencją, a sędzie zezwala na to pod warunkiem, że Mike będzie się nim opiekować w domu. Mike inkasuje pieniądze, a staruszka odstawia do domu opieki. I wszyscy będą zadowoleni, bo tylko Mike o tym wie. Do czasu, gdy na progu domu Leo pojawia się cichy nastolatek z blond włosami imieniem Kyle, który przyjechał do swojego dziadka, by z nim zamieszkać.

Chillin

Może na to nie wygląda, ale naprawdę miałem problemy z prostym opowiedzeniem zarysu filmu - bo gdyby zrobić to porządnie, trzeba by wspomnieć o wielu innych rzeczach: o żonie Mike'a, o jego córce z pięknymi włosami, o zapasach których uczy po pracy w miejscowej szkole, o bieganiu Mike'a co dzień rano z powodu stresu. Wiele jest tu postaci i wiele tematów, które będą ze sobą łączyć się w całkiem zaskakującą swoją oryginalnością historię. Nie pamiętam bym w kinie widział ludzi mających takie problemy jak Kyle. To zasadniczo główny bohater, mający bardzo mało czasu ekranowego, jeszcze mniej widz o nim wie. Bardzo cicha postać, niezabiegająca o rolę główną w historii, ale zwyczajnie kradnąca uwagę oglądającego, ilekroć pojawi się przed kamerą, i wpływający pozytywnie na wszystkich w tym filmie (z wyjątkiem jego matki). Do wszystkich, szczególnie do starszych, mówi po imieniu, zachowuje się swobodnie - ale dlatego, że jest na własnym w każdej chwili. Więcej nie powiem - ale zobaczcie, gdzie ta postać pójdzie, poznajcie ją. Jest tak fajna, że zapasy w jego wykonaniu wyglądają poważnie i... profesjonalnie. Ogarniacie?!

Jak to wszystko jest ze sobą złożone, jak wiele różnych relacji wynika z tego filmu, a reżyser wie dokładnie kiedy zrobić kolejny krok, wprowadzić nową postać, i jak poprowadzić akcję, by zmierzała w wybranym kierunku. Zakończenie jest proste, używające niewielu słów, ale bardzo wymowne, i idealnie pasujące do tak satysfakcjonującego filmu. To właściwe określenie - satysfakcjonujący. Mimo kilku dosyć łatwych momentów, jak sędzia bez problemu dający tę robotę Mike'owi, albo słabszych aktorów na dalszym planie (szczególnie uczniowie wreslingu strasznie sztuczni).

Dzięki Andrew za polecenie tego filmu.;-)


7/10
http://rateyourmusic.com/film/win_win/

wtorek, 2 lipca 2013

W mroku nocy

New Hollywood & Crime, 1975


Dawno nie oglądałem nic z rekomendacji RYM. Poszukałem po gatunku "Mystery" i wybrałem akurat ten. Gene Hackman w roli prywatnego detektywa Harry'ego, wynajętego by odszukać córkę aktorki. W obsadzie znajdują się ponad to młody James Woods i Melanie Griffith, a za kamerą stał Arthur Penn (ten od kapitalnej "Obławy"). Czemu nie oglądać?

Obraz okazał się całkiem solidnym i kompetentnym kryminałem, trochę zbyt wolnym w pierwszych 2/3 - dopiero na koniec, gdy wszystko wydaje się skończone, zaczyna się dziać. Więcej nie powiem.:) Końcówka zostaje w pamięci, jest dramatyczna - tego możecie być pewni. Główny bohater też jest wyrazisty i dobrze pasuje do takiej opowieści. Umie sobie poradzić z tymi, którzy nie będą chcieli gadać, przyłożyć też umie, i sam w sobie jest całkiem interesującą postacią (mówię o jego przeszłości). Cała reszta filmu jest raczej niewyróżniająca się.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/night_moves/


Top 5 Arthura Penna

1. Obława - 7/10
2. Mały Wielki Człowiek - 6/10
3. W mroku nocy - 6/10
4. Przełomy Missouri - 6/10
5. Bonnie i Clyde - 6/10

poniedziałek, 1 lipca 2013

Pulp Fiction (jakaś 40 powtórka)

Crime & Black Comedy, 1994


Pierwszy raz w całości na dvd. Dopiero teraz wychwyciłem takie szczegóły jak muzyka z mieszkania pod drodze, gdy Vincent i Jules idą na początku korytarzem. Albo, że Vega po wyjściu z samochodu z Mią lekko się zatacza.

Nie powiem, że od początku, ale jednak od dawna żałowałem, że ten film ma epizod z Butchem. Wszystko jest super do 70 minuty, gdy film łapie tę zadyszkę, wszystko siada a ja od razu chcę przewinąć o tę godzinę do przodu. Rozumiem tutaj pana Tarantino, że chciał to w filmie. Chciał opowieść o zegarku w dupie, chciał samego Butcha, chciał zgon na tronie, chciał scenę wybierania broni, chciał to wszystko - jak mogę mu się dziwić? Na papierze to wszystko brzmi równie genialnie, jak cała reszta filmu. W praktyce - również tam się śmieję. Bo i niby poziom ten sam - te same zaskoczenia, ta sama reżyseria. Ale jednocześnie... nie chcę tego oglądać. I minie zapewne kilka kolejnych seansów, zanim znowu oglądając ten film, obejrzę go w całości, nie pomijając tej historii. Przypuszczenia takiego stanu rzeczy mam dwa: nie przewidziano, że sceny z Julesem i Vegą będą aż tak dobre. Kiedy oni znikają, chcę do nich wrócić, a tak muszę czekać - twórcy nie musieli tego zauważyć, w pełni zrozumiałe. Drugim powodem może być nieco odstające aktorstwo Willisa i Wallace'a, którzy nie mają aż takiej charyzmy co Travolta z Jacksonem. Ale to tylko przypuszczenia, pewności nie mam.

Zapewne najlepszym wyborem było wycięcie tych scen i zrobienie z nich edycji reżyserskiej. Najlepszej edycji reżyserskiej w historii. Fani zobaczyliby nie tylko jeszcze więcej tego samego, ale też ujrzeliby znane postaci w nowych scenach (epizodycznych). Zobaczyliby koniec jednej z postaci. Wspaniałe! Ale w podstawowym filmie, trwającym 2,5 godziny, z wyrwą w środku, odbieram to już nieco inaczej. Gdyby rozdziały z Butchem były zamykającymi film - po prostu bym go wyłączał w połowie.