sobota, 31 sierpnia 2013

Ostatni egzorcyzm. Część 2

Supernatural Horror, 2013


Dobry tytuł.

Nie oglądałem pierwszej części. Ponoć nie była najgorsza. Wiem, że jeśli ją widzieliście, to pierwsze kilka minut drugiej części będzie dla was... zrozumiałe. Składają się na nie ujęcia z tamtego filmu, złożone niczym trailer - krótkie ujęcia, wypowiedzi typowe dla zwiastunów, totalny chaos który nic nie mówi. Zakładam, że powinienem dzięki niemu przypomnieć sobie lub dowiedzieć się, co mnie ominęło, ale... nie wyszło. Krótko. Musiałem zajrzeć do Internetu by dowiedzieć się, czemu ten wstęp niby miał służyć.

Ale moment by sarkastycznie powiedzieć "dobrze się zaczyna" dopiero nastąpi. Jest noc i kobieta wstaje do łazienki. Facet zauważa zimno - coś mu wpełzło do łóżka! Więc idzie tego szukać. I znajduje coś na kształt Samary Morgan, skulonej za lodówką, wydającą takie "straszne odgłosy", po czym scena się kończy. I powiem tak: zesrałbym się ze śmiechu, nawet gdybym znalazł tę kobietę w tej pozycji w takim miejscu, o tej właśnie porze, we własnym domu. Gdyby Tommy Lee Jones po wyjściu z wnętrza robaka w pierwszych "Facetach w czerni" zaczął ssać kciuka i zwinął się do pozycji embrionalnej, i ociekając całym tym śluzem wzywał mamusię... Wciąż miałby w sobie więcej godności i powagi niż ta scena.



Ale trzeba tej scenie oddać jedna: jest idealnym wstępem dla takiego filmu, zawiera w sobie wszystkie cechy całego filmu. Brak logiki - nie wyjaśnią nigdy, czemu wpełzła mu do łóżka, czemu uciekła, czemu czaiła się pod lodówką. Całość jest zapychaczem - owe małżeństwo nigdy już nie wróci w dalszej części filmu, zresztą od początku niczemu to nie służyło, poza wypełnieniem kilku minut czymś, co zdaje się akcją. Taniość - ktoś rzucił kilku dolarów więcej niż zwykle na kanapki, więc sprzątaczka z cieciem postanowili po nocy nakręcić za to film - facet wyskakuje z pustego łóżka, ale udajmy, że "coś" tam jest. Na samym końcu jest taka scena, jak ktoś jedzie po mieście i wszystko wybucha, ale to wszystko dzieje się tak naprawdę poza kadrem, więc wszystkie efekty specjalne to tylko odpowiednio wgrane dźwięki "bum bum". Zerowe pojęcie o straszeniu - widz miał być zaskoczony, miał myśleć że to żona wróciła do łóżka i ma zimne stopy, ale jednak... ona wraca dopiero teraz! Więc co jest w łóżku?... To co działa w formie dwuzdaniowych horrorów w Internecie, nie musi działać po przełożeniu na język filmu. Zobaczyłem, że coś wyszło z pokoju, a potem coś weszło do łóżka. Gdybym zobaczyć coś wychodzące z pomieszczenia, coś wchodzące z powrotem a potem do łóżka - wtedy mógłbym się nabrać. Ale nie gdy było oczywiste, że chodzi o dwa różne "cosie". Poza tym - żeby nie umieć straszyć, najpierw trzeba nie umieć opowiadać historii. Następny minus wiąże się z poprzednim - wykorzystanie każdego możliwego schematu. Drzwi same się otwierają, przyjaciele zakradają od tyłu, wspomniany mąż nie odzywa się gdy poszedł szukać tego, o mu weszło do łóżka, a żona go zawoła... I jak ona wolno podejdzie to ten jej wyskoczy w drzwiach na twarz by zrobić "ciii". Ludzie gapią się na ulicy, znikają gdy przed nimi przejedzie samochód, "Widziałeś to?; Nie, co?", przypadkowi ludzie mówią rzeczy do zwiastunów w stylu "Nie uciekniesz" lub "Twoje przeznaczenie musi się wypełnić". Zero oryginalności.

I najgorsze: nic się nie dzieje. Główna bohaterka przeżyła chyba jakąś masakrę z pierwszej części w którą zamieszany był jakiś demon, ale teraz trafiła pod opiekę ludzi, którzy jej mówią, że wcale nie jest opętana, ale ona cały czas coś widzi, i oni jej mówią, że to złudzenia, i ona znowu coś widzi... Dziać zaczyna się podczas ostatnich 20 minut, ale też nie do końca, bo z czegoś musi się zacząć trzeci część, jeśli taką zechciałoby im się zrobić.

I czemu owa bohaterka wygląda jak facet? Do takiego remake'u "Teksańskiej masakry" wzięli chociaż odpowiednio utalentowaną dziewczynę. Dziwne.


2/10
http://rateyourmusic.com/film/the_last_exorcism_part_ii/

Ranking filmów z 1980 roku

W tym roku odbyły się pierwsze zawody w skokach narciarskich w Zakopanem, Walenty Badylak dokonał samospalenia w proteście przeciw przemilczaniu zbrodni katyńskiej, Stocznia Gdańska stanęła i doszło do wydarzeń Sierpnia '80 które uznaje się za początek obalenia Komunizmu we wschodniej Europie, Miłosz dostał Nobla, zaczęto też odmierzać czas GPS, powstał Pac Man oraz... wiele dobrych filmów. Oto 15 moich ulubionych, czyli:


Garretowy
Top 15
Ulubionych filmów z 1980 roku

piątek, 30 sierpnia 2013

Wściekły byk (powtórka)

Biopic & New Hollywood, 1980


Powinienem obejrzeć w tym dniu jakiegoś gniota z danego roku, ale spojrzałem po swoich ocenach i okazało się, że już widziałem dwa takie obrazy, które oceniłem bardzo nisko... więc już nie muszę nadrabiać. Zamiast tego film, który obejrzałem dawno temu, nie spodobał się, tłumaczyłem to jako "Nudny - bije się, nie bije, znów się bije, i tak w kółko", ale lepiej powtórzę.

Zaczynamy w latach 40 XX wieku, gdzie poznajemy bohatera - boksera Jake'a La Motta, postać autentyczną. I jest on dupkiem. Prawdopodobnie najgorsza postać w historii kinematografii. Gdzieś mam, że to na faktach, tak odpychającego sk... ekrany nie gościły nigdy. Jeśli myślicie, że ten facet co zdradzał żonę w "Stukostrachach" był dupkiem to nie wiem, jak określicie La Motta. Pierwsza scena, w której się nie bije, i już zaczyna kłótnię. Powiedział: "Podaj mi tego steka" i go nie dostał, więc zaczął krzyczeć. A gdy dostał to i tak wywalił stolik do góry nogami i krzyczał dalej. A potem o dziwo będzie tylko gorzej. Przecież już po 26 sekundach był największym dupkiem wszechczasów, po co starał się bardziej?

Najlepiej podsumował to Eddie Izzard.



Wiem, że powinno mi być go szkoda, bo sobie niszczy życie i nie umie przestać... Ale dlaczego? Ta postać nie ma nic poza tą jedną cechą. Nie ma przeszłości. Nie ma osobowości. 100% dupka w dupku.

Film trzyma się dosyć solidnie dzięki aktorstwu i reżyserii, do tego to chyba właśnie "Wściekły byk" wprowadził kamerę na ring, ale... to nie wystarcza. Poza tym jak się okazuje, nie lubię kina sportowego*. Chłop przegrywa, ale musi wygrać!, to ostatnia szansa!, więc dyn-dyn i jest zdeterminowany, uderza raz i przeciwnik pada, co za sukces, wszyscy klaszczmy! Poza mną. Ja się zastanawiam wtedy tylko nad jednym: czemu nie pokonał go wcześniej, skoro to było takie łatwe?


5/10
http://rateyourmusic.com/film/raging_bull/

*ale obejrzałem na YouTube parę walk z "Warriora" i te wciąż mnie zajmują, więc nie będę przesadzał.

Ranking dystrybucji cyfrowych bedących DRM i nie tylko

Pod uwagę brałem wyłącznie te, z którymi miałem styczność.


Miejsce 4: Games for Windows Live.

Dodaje jakieś achivementy których nigdy nie zauważyłem, konieczność logowania się po włączeniu gry, wtedy też zaczyna ściągać się aktualizacja ("Bioshock 2"). Przez GfWL nigdy nie ukończyłem "Gears of War", bo zjadło mi save'a w 3/4 gry.

Do tego wciąż nie zagrałem w DoW2 oraz Batmana: AC przez jakieś kosmiczne błędy. Gdy starałem się je naprawić zabrnąłem tak daleko, że musiałem kombinować z bebechami Windowsa. Nikt nie znalazł rozwiązania tej sytuacji, kasa poszła a ja nadal nie mogę grać.

0/10, propaguje piractwo. Nie chce się kupować oryginału, jeśli to oznacza konieczność korzystania z tej platformy. Każda gra która nie wymaga do działania GfWL, zasługuje by to uwzlędnić w końcowej ocenie, i dodać do oceny przynajmniej 1 pkt za to. Bo jej twórców obchodzą gracze. Należy to docenić.




Miejsce 3: Origin.

Zamieszanie wokół SimCity mnie ominęło, uprzedzam. Chciałem pograć w wersję testową Simsów 3, instalacja się nie powiodła (ponowne ściągnięcie nic nie dało). Beta Crysisa 3 - patrz przykład wcześniej. Ostatnie humble bundle z grami na Origina (BF3, Dead Space 3, Simsy 3) odkryło przede mną kolejny błąd tego zjawiska. Otóż, nie mogę go zainstalować, błąd z aktualizacją. Muszę pobrać bezpośrednio nowszą wersję instalatora. Po pobraniu którego... pojawia się ten sam komunikat. Zamknięte koło, przez które nawet nie mogę się zalogować do samego Origina i tam aktywować legalnie nabytych gier, by w nie zagrać.

Jedyny w tym zestawieniu, który laguje. Nawet gdy wpisuję hasło przy logowaniu.

2/10, propaguje piractwo. Patrz: GfWL.



Miejsce 2: Uplay.

Kiedyś wprawdzie grać nie mogłem w "The Cartel", ale teraz już mogę. Nie wiem, o co chodziło. Fajnym bajerem jest dostawanie punktów za robienie jakichś rzeczy w grach. Za te punkty można odblokować potem drobne dodatki. Żaden z nich nie był warty bym chociaż go odblokował, ale inicjatywa fajna.

Jedyny minus to reklama wyskakująca po wyłączeniu gry. Reszta jest ok, choć i tak jest zbędna. Cartel jest zintegrowany ze steamem, inne gry kupowałem przez steama, więc po co mi kolejne tego typu zabezpieczenie, tylko zjada zasoby komputera.

5/10. Zbędne, ale też nie przeszkadza... zbytnio.




Miejsce 1: Steam.

Zero poważnych problemów, mnóstwo dodatkowej zawartości za korzystanie, wzbogaca doświadczenie z grania, wygodna obsługa oraz wiele dodatków. Plus legendarne promocje, bogate opcje społecznościowe...

10/10. Nagradza gracza za bycie uczciwym i kupowanie oryginalnych gier.

Ale żeby być uczciwym i obiektywnym, trzeba dodać jeszcze kilka rzeczy, jak "Zero problemów w stylu tych które miałem z Originem" lub "Bezproblemowa instalacja", ale gdybym miał tu wypisać wszystkie zalety, to ocena w porównaniu do reszty musiałaby wynosić "Nieskończoność do potęgi nieskończonej/10". W końcu na steamie mogę nawet zarabiać.



...
Tekst powstał, bo nie mogę grać w BF3, które legalnie nabyłem. Wprawdzie po kilku dniach ogarnąłem jak zbywać błąd z aktualizacją, choć ten cały czas wyskakuje. Co dzień jednak udaje mi się go jakoś pominąć i dostać się do tego Origina, by pograć. Ale to dalekie jest od komfortowego życia. Nadal jest ta świadomość, że pewnego dnia może mi się nie udać bo Origin będzie mieć kaprys i nie będę mógł grać. Bo nie. Żyj w stresie i akceptuj to, że pewnego dnia wyskoczy ci taki błąd, że obsrasz pół mieszkania. Trzeba było ściągać piraty, a nie być uczciwym.

Mam nadzieję, że "Mass Effect 3" też będzie w bundlu, żebym w razie czego nie żałował pieniędzy, które pójdą na grę w którą zagrać nie będę mógł, bo nabyłem oryginał. Legalnie.

Nie powiem, fajnie że dodali opcję reklamacji na Originie, i dałem im za to punkt do oceny, ale ostatecznie to niczego nie zmienia.

A do tego czasu loguję się codziennie by zobaczyć, czy może tego dnia Origin pozwoli mi zainstalować BF3 lub DS3? A przynajmniej tak robiłem przez kilka pierwszych dni. BF3 nawet ściągnąłem dwa razy dla pewności (przy okazji - jak odinstalować grę, której nie mogę zainstalować, by pobrać ją ponownie?). Przynajmniej Simsy zainstalowały się bezproblemowo, juhu :)

Zaskakującym podsumowaniem dla tego tekst jest oświadczenie Microsoftu, jakoby GfWL przestało istnieć w połowie 2014 roku. Będę mógł grać w Batmana AC wtedy!


PS. Nie miałem lepszego pomysłu na tytuł, owszem.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Człowiek słoń (powtórka)

Historical Drama, 1980


Jeden z tych przypadków, kiedy zastanawiam się, czy na pewno oglądałem tę samą wersję filmu co pozostali. Idąc za przykładem pewnego show na YouTube, porozmawiam o filmie sam ze sobą. Spoilery.

Początek jest zachęcający. Reżyser wykonał tu dobrą robotę, pokazując wystarczająco wyczerpująco realia końca XIX wieku - jak wtedy wyglądała operacja, jak życie toczyło się na ulicach, jaki panował wtedy klimat, jak ludzie się ubierali. Wszystko to zszyte z opowieścią bardzo subtelnie. Potem doktor Treves znajduje Merricka w cyrku, jako jedną z atrakcji, bardzo źle traktowanego. Wygląd tytułowego bohatera również sprawdza się całkiem nieźle, wywołuje szok i w ogóle. Doktor chce zbadać ten przypadek, który, zapewne dla oszczędności, jest zakrywany w kolejnych scenach. A to ma coś na głowie, a to jest za parawanem, różne sztuczki zastosowano, wszystkie jednak sprawdzają się i są dosyć subtelne. Cały początek jest dosyć spięty, postaci źle się czują w obecności bohatera, on sam też jest spięty, ledwo wydaje dźwięki, jest przerażony na swój sposób, zagubiony. Po zbadaniu, które trwa dosyć krótko, Merrick wraca do cyrku, gdzie jednak upada kilka razy, więc znowu zabierają go do szpitala. Opowieść zaczyna nosić wyraźne znamiona brutalności, zapowiada się na dosyć mocną i dojrzałą...


I tutaj wejdę sobie w słowo, bo po 30-40 minutach coś tu siada. To co widzę przestaje mi wystarczać i zaczyna kwestionować tę opowieść. Wygląd człowieka-słonia wydaje się utemperowany, bez tej siły którą miał w kilku wcześniejszych scenach. Inne postaci zaczynają zachowywać się o wiele normalniej w jego obecności, przestają reagować na niego w taki sposób jak kilka minut temu. To zaczęło przypominać odcinek "Star Treka" z '66, gdzie przez 40 minut boją się tajemniczej istoty przemieszczającej się po kopalni, by w końcu, gdy ją spotkają, traktować jak coś zupełnie innego. Taki był zapewne zamiar, pokazać że to normalny człowiek i tak go też traktować. Ale bez żadnego przejścia to wydaje się tak banalne, że aż nienaturalne. "Och, on nic mi nie zrobi? Wierzę na słowo, daj mi tylko pół sekundy... Nie, jego brzydota nigdy mi nie przeszkadzała przecież, czemu pytasz. Ani jego zapach". Pojawiają się nowe twarze, które widzą Merricka pierwszy raz na oczy i nie ma u nich nawet śladu reakcji typowej dla ludzi z początku filmu. I co dziwniejsze, potem nagle pojawiają się ludzie którzy widząc go, zaczynają krzyczeć, czuć obrzydzenie i być agresywni dla niego. Dlaczego tak jest?

Bo ten film to tak naprawdę jedna wielka akcja antyalkoholowa. Zauważ, że każdy kto nie wypije, jest tu normalny, a każdy kto wychyli... lepiej od niego spierdalaj za granicę.

Ale na końcu jak go widzą na peronie to zaczynają gonić. Żałuję, że tamta scena nie miała jakichś podpisów, w stylu: "Hej, gonimy go, chociaż nie wiem, co mu zrobimy jak go złapiemy ani czemu go gonimy, i o co nam chodzi, i co... co... Ej, ty, chodź tu, dołącz się, bez pytań, musimy zrobić tłum!". Skoro się go bali to nie powinni uciekać?

To faktycznie psuje moją teorię.

Chodzi mi o to, że ta historia z biegiem czasu staje się bardzo dwuwymiarowa, przystosowana wręcz dla dzieci. Nie ma tu żadnych prawdziwie brutalnych momentów. Każdy w teorii dramatyczny moment wydaje się bardzo na siłę wciśnięty. Nawiedzają go w nocy jacyś pijacy, ale rano on nic o tym nie mówi i nie widać po nim, że coś mu się stało z psychiką. Kiedy indziej wbijają mu do pokoju to jakiś typ przyprowadza ze sobą kilka dziewczyn, by im go pokazać, a potem się całować... jaki w tym sens? I jeszcze zmuszają te dziewczyny, by go całowały. Wydaje mi się, że wtedy twórcom zależało, bym większy żal czuł do owych dziewczyn. Merrick wtedy zachowuje się jak manekin, ale owe dziewczyny wyraźnie są zmuszane, brutalnie traktowane, nie chcą tego, krzyczą... Ale na koniec się uśmiechają, więc już nic nie wiem.

To na pewno była realna scena, a nie jakaś schiza Lyncha?

Myślę, że to była normalna scena, bo Merrick po niej zniknął, jego doktor wpadł na jakiegoś typa i się go pyta, gdzie on jest, i okazuje się, że on wiedział o wszystkim i gdzie on jest... Hopkins zachowuje się, jakby przyszedł na plan nie wiedzą, że taką scenę będą grali, i sam nie był pewny, skąd to się wzięło. Starał się zgrywać twardziela, strasznie dziwny widok. Ale skąd jego postać wiedziała o tym? I czemu nic wcześniej nie robiła? Męczy mnie to.


Tej historii brakuje naturalizmu, zamiast życiowej opowieści twórcy gwałtownie skręcali ku przesadzonym słodkościom i niewytłumaczonym napadom gniewu, bez żadnego smaku i subtelności. Zupełnie jakby za kamerą stał hipnotyzer, który: "Pstryk! I teraz się boisz! Pstryk! A teraz jesteś łagodny!".

Przez to nie mogłem się wczuć w tę historię i brać jej na poważnie. A do tego to klaskanie na końcu, i bohater mówiący, jaki to jest szczęśliwy... To ten sam film, którzy oglądali inni? Jak miałem się tym wszystkim przejąć, skoro nawet po bohaterze to spłynęło, jakby nigdy się nie zdarzyło? A z drugiej strony jeszcze chwilę wcześniej krzyczał, że nie jest potworem... Naprawdę, ten film jest tak bardzo niezdecydowany...

Tym razem ja ci wejdę w słowo - zdziwiłem się strasznie nijakością filmu. Nie jest opowiedziany z żadnej perspektywy. Ani doktora, ani słonia, ani tych agresorów, nikogo. Są momenty, w których tak jest, jak np. lekarz obserwował pacjenta w teatrze, i widać było w tym spojrzeniu coś niemal ojcowskiego. Na początku czułem się, że poznaję szpital z pozycji Merricka, i czułem ten sam niepokój. Ale reszta? Tutaj też działa wspomniany brak zdecydowania. Powiem tak: bardzo chciałbym zobaczyć film w stylu "Bad Boy Bubby" - tam bohaterem był człowiek, który nigdy nie wyszedł z domu i uprawiał seks z własną matką, i głównym atutem tego filmu było właśnie poznawanie świata jego oczami. Bohater "Człowieka słonia" nie ma czegoś takiego. Jest dosyć nijaki i niewiele o nim wiadomo, poza tymi wymuszonymi momentami w których krzyczy, że nie jest potworem, i że jest szczęśliwy, które niczego spójnego nie tworzą. Niczego wyjątkowe o nim się nie dowiedziałem ani o jego psychice, jak widzi świat, o jego przeszłości nie wspominając.



Dziwią mnie zmiany wobec prawdziwej historii. Przeczytałem krótką notkę o prawdziwym Merricku, i jestem zaskoczony, ile tam pominięto i pomieszano. Szczególnie, że jest tam wszystko to, co chciałem - ojciec ożenił się po śmierci matki, gdy miał 12 lat, macocha go nie chciała, musiał się wynieść i żyć na własną rękę. To ciekawy początek, nawet gdyby nie był oszpecony! A dzięki niej jest to dużo lepsza opowieść, o człowieku z ciekawszą perspektywą... dlaczego tego nie wykorzystano? Zrobiono film tak bardzo... zwykły i prosty, o niewykorzystanym potencjale.

Ten film nawet daje mniej niż przeczytanie notki w encyklopedii. Tam pisze, że zainteresowała się nim sama Królowa! A film podaje to samo, nie dodając nic więcej. Pokazane jest tylko, jak ta aktorka chciała się z nim spotkać, co wygląda jak wzięte z bajki dla dzieci...

Jeszcze jedno: w pewnym momencie doktor ma dylemat, i zastanawia się, czy nie robi tego samego, co jego właściciel z cyrku. Pyta: "Jestem dobry czy zły?"... i tutaj jest cięcie, film nie wraca do tego nigdy więcej. Wiesz, dlaczego sądzę że tak zrobiono?

Bo twórcy zdali sobie sprawę, że robią to samo i po odpowiedzeniu na to pytanie musieliby zacząć robić film od nowa, a byli już w połowie?

Tak. Dokładnie tak uważam. Ta postać zasługiwała na lepszy film. Prawdziwy Joseph Merrick miał ciężki życie, musiał sobie radzić sam, ale w końcu podjął walkę i udało mu się odnaleźć równowagę. Gdzie o tym jest choćby słowo w filmie o nim? Nagle staje się szczęśliwy na końcu i tyle. Zamiast tego są wypełniacze, w stylu "Nie może tu zamieszkać!". To niech go ktoś przygarnie do cholery, choćby ta aktorka... Jak na to, czym film jest, jest w porządku - oddano tamte czasy i wygląd Merricka, aktorstwo i casting spisuje się bez zarzutu (z wyjątkiem Hopkinsa-Twardziela), sceny z tymi pijakami są szalone i obleśne, a muzyka miła. Ale ten film mógł być o wiele lepszy...


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_elephant_man/

- Czy może mnie pan uleczyć?
- Nie. Mogę zapewnić panu opiekę, ale nie mogę pana wyleczyć.
- Rozumiem. Tak właśnie sądziłem.

środa, 28 sierpnia 2013

ZEMSTA PO LATACH (powtórka)

Mystery & Psychological Horror, 1980


Złote czasy filmów z gazet - był taki okres, dawno temu, kiedy jeszcze do gimnazjum chodziłem. Nagle gazety zaczęły przynajmniej raz w tygodniu dodawać jakiś film na dvd w cenie tych przykładowych 5 złotych, by potem dodawać nawet seriale (po 3-4 odcinki tygodniowo) i większe serie po 30 złotych za film ("Most nad rzeką Kwai", filmy Allena). Znam ludzi, którzy po prostu szli do kiosku w piątki i zgarniali wszystko jak leci, byle była tam płytka z filmem. Niektórych obrazów pozyskanych w ten sposób do dzisiaj nie obejrzałem. Ale też w ten sposób natknąłem się na kilka takich filmów, o których w inny sposób bym nie usłyszał. Dla przykładu: "Zemsta po latach".

Może w kręgach ludzi lubiących opowieści z gatunku "Haunted House", ale poza tym jestem jedyną osobą, która ten właśnie tytuł poleca w pierwszej kolejności jeśli ktoś zapyta mnie o horrory. Powodów jest kilka, a zacząć muszę od fabuły. Bohater nazywa się John Russell (George Campbell Scott), który po stracie żony i córki szuka ciszy, by móc tam pracować i pobyć sam ze sobą. Jest kompozytorem oraz pianistą. Przez agencję znajduje stary, od dawna niezamieszkały dom, którego historia sięga jeszcze XIX wieku. Szybko zaczyna mieć wrażenie obecności kogoś jeszcze w tym budynku. Zaczyna się od głuchego uderzania w rurach, codziennie o tej samej porze. Słychać też szmery, kran nagle się odkręca by w wodzie pokazać przerażający obraz... Ten dom, to co w nim egzystuje, chce coś powiedzieć...



Nie ma tu wyskakujących nagle z szafy przerażających stworów ani zjaw, które pokazują się widzowi, np. za plecami bohatera, ale gdy bohater się odwróci to z jakiegoś powodu zjawy już tam nie ma. A to dlatego, że przez cały film nie pokazano istoty nadprzyrodzonej, która nawiedza to miejsce. Zobaczyłem jedynie szczątkowe dowody na to, że tu jest. Dzięki genialnym zdjęciom oddano jej obecność, po prostu widać po tych korytarzach, że jest tu coś więcej. Bałem się, to przerażający film. Z bardzo precyzyjnym budowaniem napięcia oraz porażającym finałem, ale nic nie przebije rewelacyjnej sceny spirytystycznej. Oglądając ją byłem pewny, że widzę przypadek opętania, a George C. Scott dodaje wiele klasy całemu przedstawieniu, dzięki swojemu spojrzeniu człowieka niewierzącego w te bzdury.

Najlepsze jest to, że wszystko tu miało swój powód. Duch został w naszym wymiarze z określonego powodu, i ma pewien cel w robieniu tego co robi. Przeszłość bohatera ma znaczenie i jest wykorzystana w filmie. Cała historia jest kapitalna i jak najbardziej logiczna, a sam duch nie chce skrzywdzić bohatera - to dopiero nowość, prawda? Rzeczy które robi są przerażające, ale ze względu na to, co stoi za nimi, i to, że stworzyły w ten sposób taką historię.
Jedyne do czego mam zastrzeżenia, to zbyt łopatologiczne wyjaśnianie zagadki w kilku momentach. Nawet mam wrażenie, że jedynym celem dla postaci Trish Van Devere było bycie tam, by John Russell miał komu opowiadać, co odkrył (na szczęście są co najmniej dwa inne powody dla istnienia tej postaci, więc luz).



I jeszcze raz o zdjęciach. Skojarzenia z "Lśnieniem" są oczywiste, ale i tak warto o nich napisać kilka słów, bo to one właściwie tworzą cały klimat tego filmu. Bardzo rzadko kamera zachowuje się tu jak w normalnym obrazie, tzn. spełnia rolę pokazywania, co się dzieje. Najczęściej staje z boku, by stać się jedną z postaci - zazwyczaj jest to postać owego ducha, wiele momentów (z tym seans spirytystyczny) jest pokazanych również z jego punktu widzenia. Kamera nie zachowuje się, jak powinna - zawsze jest albo ciut z góry, albo nieco z dołu, albo trochę za bardzo z boku. Jeśli bohater jest na parterze, widzimy go z poziomu pierwszego piętra i na odwrót. Gdy coś dzieje się w jednym pokoju, kamera nie teleportuje się tam jak w normalnym filmie, tylko przemieszcza się powoli korytarzem i sama wchodzi do pokoju. Nawet w jej zwykłym przemieszczaniu się jest sporo życia, charakteru. Zdaje się skradać, czaić, zaglądać, podglądać, obserwować. Bezszelestnie. Gdy bohaterowie opuszczają lokację, kamera zatrzymuje się na chwilę, bo wie, że tu coś jeszcze się zdarzy. I pokazuje to tak wolno, napawając się tym, że jedyne o czym wtedy myślałem, to: "Nie, ja nie chcę tego zobaczyć..." - myślicie, że o tym nie wiedziała? Skąd ta pewność?

Ten film to odtrutka na całą resztę horrorów, szczególnie tych określanych jako "Stara szkoła" lub "klasyczna opowieść". Nie lubię chwalić za to, czego film NIE robi, ale to naprawdę ogromna ulga, zobaczyć film logiczny, konkretny, umiejętnie zbudowany i przy tym wszystkim straszny. Bo pokazuje, że można to zrobić. A widownia jest teraz naprawdę ogłupiona przez te wszystkie wyskakujące przed kamerą upiory, przechodzenie duchów za drzwiami, gdy bohater nie patrzy, i historiami które kupy się nie trzymają - i wszyscy to kupują, ciesząc się jak dzieci jeśli obejrzą horror w którym dla odmiany tylko 95% bohaterów umrze. Nie, istnieje inna droga. Ta właściwa.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/the_changeling/

wtorek, 27 sierpnia 2013

SŁAWA (powtórka)

Teen Movie & Dance Film, 1980


Opowieść o artystach, zanim stali się artystami. Oni mają za sobą tylko początek tej drogi, przed nimi kolejny przystanek: przetrwanie szkoły wyższej. A nawet on niczego nie gwarantuje. Muzycy, tancerze, aktorzy, wokaliści. Wszyscy młodzi i pełni pasji, zamknięci razem, by się rozwijać. Ta opowieść wyróżnia się zaskakującym realizmem - przed kamerą przewija się mnóstwo ludzi, ale nie ma tu wyraźnej fabuły, bohaterowie po prostu są sobą i robią normalne rzeczy, choćby ćwiczą w szkole. I tyle.

Ten film wygląda, jakby naprawdę w 1980 Alan Parker poszedł z kamerą do szkoły na Brooklynie i spędził tam sporo czasu. To jedyny film w którym taniec synchroniczny naprawdę wydaje się spontaniczny, a sceny śpiewania nie są typowo musicalowe. Bohaterowie nie mają "swoich" piosenek, które nagle zaczynają śpiewać, by potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Do tego dochodzi muzyka, którą później ludzie będą utożsamiać z latami 80 - a spójrzcie na datę powstania filmu! Wszystko to miesza się z klimatem Nowego Jorku, ujęciami z ręki i namacalnością każdej chwili.

lol, wygląda jakby się bili :)

To co jest zaletą, jest też wadą. Przez 3/4 filmu ogląda się to świetnie - tempo jest świetne, reżyser zapanował nad wszystkim, bohaterowie tryskali świeżością i naturalizmem, do tego co chwila pojawia się coś fajnego. Żarcik, świetna scena, jakiś moment warty zapamiętania. Dopiero na koniec zauważyłem, że żaden z wątków nie zostanie zakończony. Żaden motyw nie zostanie domknięty. Żadna postać nie rozwinie się do końca. Film w końcu nie zyska wyrazu - nie będzie ani filmem nastolatkowym, ani dramatem. Nie będzie o ciężkim życiu artystów, którzy często kończą jako kelnerzy, ani o tych, którym się udaje. Nie będzie to też opowieść o systemie, który uczy nowoczesną młodzież starymi metodami. Koniec końców chciałem zapamiętać ten film, ale w sumie nie wiem, jako co go zapamiętać. Ciekawy i udany eksperyment?

Jeszcze jedno, pozytywne słowo. Scenę improwizacji w stołówce oglądałem kilkanaście razy, i dopiero za 4-5 razem zauważyłem, że nie widać tam ani razu kamery. A to naprawdę duża, dzika scena, z mnóstwem aktorów na bardzo niewielkiej przestrzeni, która wymagała mnóstwa zbliżeń na wiele jej elementów jednocześnie. I wtedy sobie przypominam, że to tylko film, że były powtórki, a owy chaos to przecież wyśmienita reżyseria, aktorzy z kolei za każdym razem po prostu dawali z siebie wszystko. Magia kina, trudna do przyjęcia.
Dzięki stacji TCM, że kiedyś przypadkiem natknąłem się na ten film.:) To było dobre czasy...


7/10.

PS. Gdzieś tutaj ponoć pierwszy raz pojawia się Harold Perrineau.


- Chyba każdy lubi swojego terapeutę, prawda? Jest chyba na to jakieś słowo...
- Homoseksualista.



Ranking Parkera (czołówka):

1. Ściana - 7/10
2. Harry Angel - 7/10
3. Sława - 7/10
4. Evita - 7/10
5. Najwyższa stawka - 7/10

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Imperium kontratakuje

Space Opera & Adventure, 1980


Powtórka. Jak kilka miesięcy temu usłyszałem, że Lucas pisał kolejne części bez wiedzy, co będzie w następnych, to byłem mocno zdziwiony. I wątpiłem. Ale powtórzyłem sobie dwie pierwsze epizody i  nie mam nic do dodania. Zakończenie czwórki nie zapowiadało kolejnej części (uczucie niedosytu to nie to samo), początek piątej części ma bardzo niewiele wspólnego z poprzednikiem. Początkowe napisy informują, że Vader ma obsesję na punkcie Skywalkera po tym, jak ten mu zniszczył Gwiazdę Śmierci, co jak się okazuje niewiele zmieniło, bo nastąpił jakiś atak Republiki który został jakoś odparty. O tym wcale nie trzeba było robić filmu, lepiej to streścić pomiędzy filmami. O tym, jak roboty idą przez pustynię przez 20 minut można było kręcić, ale pokazanie jak zmieniały się siły polityczne w Galaktyce już nie. OK.

W skrócie: fabuła jest do dupy, bo nic się nie dzieje, a jak już się zacznie, to ciekawsze jest wyliczanie ile w niej jest dziur. Postaci są do dupy, bo większość nie ma tu nic do roboty. Uniwersum jest słabe, bo nic o nim na dobrą sprawę nie powiedziano nowego. Pokazano tylko kilka obcych ras, ale nawet ich nie nazwano. Pokazano jedno "Miasto w chmurach", ale nie wiadomo, czy to istotna placówka. Rebelianci nadal nie mają żadnego planu, rozwalą im bazę na początku, przez resztę filmu nic się w tej sprawie nie zrobi by na końcu - suprajs - mają jeszcze jeden statek-bazę! Ci źli po prostu latają za Rebeliantami by ich wybić, ale nie mają jakiegoś charakteru czy filozofii. Nie wystarczy przecież, że w poprzednim filmie zniszczyli jedną planetę, muszą cały czas działać i do czegoś dążyć! Zamiast tego są po prostu tymi złymi. A rebelianci są tymi dobrymi, bo... walczą z tymi złymi! I na odwrót. Fascynujące.

Tutaj oklaski dla marketingowców, którzy zrobili z czegoś takiego jedną z najważniejszych marek
filmowych. Co to tak naprawdę ma być? Uniwersum, w którym są źli, dobrzy, ludzie, roboty, Chewie i Jabba, Gwiazda śmierci, kilka modeli statków, napęd i ten motyw przewodni, tylko tyle? "Jedi" nie liczę, bo sądząc po tym wszystkim, czego się dowiedziałem o "mocy", nie znajduję w tym niczego oryginalnego.

Bohaterowie... zacznę od tego, że wg napisów na początku, to Luke jest przywódcą (...dlaczego?), ale we właściwym filmie to Leia wydaje się dowódcą albo chociaż czymś w tym stylu. Przynajmniej przez pierwsze 10 minut, potem nie robi już absolutnie nic, i jej rola sprowadza się do mówienia na zmianę trzech zdań ("Nie wiem, o czym mówisz"; "Po prostu to zrób"; "Nie potrzebuję twojej pomocy"). C3PO... Nie pamiętam Jar Jara, ale nie wyobrażam sobie, by był bardziej denerwujący od tego robota. Każda jego linia dialogowa ma na celu zmuszenie innych postaci, by go wyłączyły. I to robią w końcu, ale potem go znowu włączają... W ogóle elementy "komediowe" są w tym filmie strasznie irytujące. Han coś tam zrobi w końcu, choć przez pierwsze 2/3 filmu został sprowadzony do mówienia w kółko "Lecisz na mnie" i "Może buziaka?". Luke miał ratować, ale to jego trzeba było ratować.  Istotnym elementem całości jest mnóstwo statystów. Ten film składa się w zasadzie wyłącznie z nich. Oficerzy, kapitanowie, admirałowie, szturmowcy i pilotów to statyści, po obu stronach. Sporo scen oznacza patrzenie na statystów biegających na tle... innych statystów. Wśród tych złych jest Imperator, o którym nic nie wiadomo, i jego jedyną rolą jest nadanie pozornego sensu poszukiwaniom Luke'a, oraz Vader który jest niby najgorszy i najgroźniejszy... ale taki nie jest. Wszystko przez "moc".

Jakby było określone, czym jest moc, w porządku. Ale cały czas dokładają do niej kolejne właściwości - teraz dzięki niej możesz zostać duchem oraz widzieć przyszłość. I ani razu nie pokazano, że Luke jest specjalny, właściwie jest o wiele gorszy od... Yody, bo tylko on coś tam tą mocą pokazał. I z takim zapleczem nasz bohater staje sam do pojedynku z największym złym tej opowieści i nie przegrywa w 5 sekund. Przez coś takiego Luke wcale nie wydaje się potężniejszy, tylko Vader wydaje się słabszy. Właściwie to pozer, z mocy korzysta tylko po to, by się popisać, a gdy pojawia się istotny przeciwnik - nah. Istotny, bo niby będzie potężny kiedyś, przez tą całą moc, której do tej pory nie wyjaśniono. To po prostu bardzo fajna rzecz.
Zresztą, co nawet będzie mógł zrobić jak już będzie potężny? Będzie przenosił dwa duże kamienie jednocześnie? Bo przywódca z niego żaden, na misję ratunkową leci totalnie sam i oddziela się od grupy by lecieć gdzieś, gdzie mu urojenie kazało (chociaż to akurat wina biednego uniwersum, które jest w stanie pomieścić 4 bohaterów i na tym koniec, więc zwyczajnie nie miał z kim lecieć na ratunek). Nawet Han dzięki swoim dwóm scenom wydaje się bardziej szlachecki.


O fabule napiszę już w spoilerze, a teraz - Co mi się spodobało? Właściwie każda wizja graficzna konkretnej planety i lokacji, od lodowego krajobrazu Hoth, przez bagno na którym mieszka Yoda, po to miasto w chmurach. Każda jest bardzo klimatyczna i bardzo szczegółowa. Każda lalka również jest doskonała, od tych kangurów na Hoth kończąc na samym Yodzie - po prostu perfekcja, to wszystko działałoby nawet dziś. Bitwy w kosmosie też są warte uwagi, czuć ciężar i rozmiar Niszczycieli, a rozmiar kosmosu jest odczuwalny (choć w pewnym momencie Han tak manewruje, że dwa Niszczyciele na siebie wpadają... że jak?!). Samo zakończenie, ostatnie 30 minut, wypada całkiem nieźle. Jest słynny zwrot akcji, jest całkiem niezły pojedynek (przerywany co chwila z jakiegoś powodu...), a decyzje co ma przytrafić się bohaterom by całość była bardziej dramatyczna są naprawdę świetne. Bardzo podobało mi się zachowanie Luke'a, który walczył do ostatniej chwili, nawet gdy wszystko było przegrane, i wczołgał się za tę przeszkodę... Kiczowate. Ale tak by to wyglądało w rzeczywistości, tak zachowują się ludzie w takiej sytuacji jeśli nie chcą się poddać. Jasne, tutaj też są błędy i minusy, choćby ucieczka jednej z postaci spowoduje u tych złych: "e, nie, teraz odpoczynek. Wrócę go gonić dopiero w kolejnej części, teraz przerwa na cokolwiek ja tu piję". Ale to nie przeszkadza, bo co miało działać, po prostu działa. Tutaj po prostu powinna być przerwa, więc nie przeszkadzało mi byle jakie doprowadzenie do niej. I przede wszystkim, zaznaczone tu wyraźnie jest jedno: to część większej opowieści. Tu już można czegoś oczekiwać po trzeciej części. Doceniam.

[SPOILER] Ten film nawet nie ma w zasadzie fabuły przez większość czasu. Luke widzi Bena który mu się objawia z jakiegoś powodu dopiero teraz. Potem jest atak Vadera na tych partyzantów, co wygląda jak finał drugiej części "Transformersów" - banda dzieci biega z karabinami pod nogami dużych robotów, mimo że wiedzą, że nic nikomu tym nie zrobią, więc tylko ładnie umierają. Debile. Po udanym ataku Leia z Hanem uciekają, a Luke przypomina sobie o tym, że Ben mu się objawił. Nie zadaje pytań, bo po co. Po prostu gdzieś leci i szuka Yody. Yoda okazuje się być panem Miyagi, gdyby ten był dupkiem. Otwarcie. To tyle z fabuły przez następną godzinę. Han sobie lata aż stwierdzają, że muszą się ukryć... I wybiera jedyne miejsce w całej galaktyce, gdzie ich złapią (gdyby Uniwersum było bardziej rozbudowane, to może by nie wpadł...). Luke po przebrnięciu przez część wciskania mu kitu przez Yodę pt. "Będę cię robił w chuja, a gdy się zniecierpliwisz to cię opierdolę za brak cierpliwości". Reszta treningu to w zasadzie też wciskanie kitu, "moc" okazuje służyć do telekinezy i przewidywania przeszłości, Ben okazuje się być Wielkim Bratem (czemu więc się wcześniej nie objawił? I jak to działa?), do tego kilka porcji "Trzeba czuć i będzie fajnie". A na końcu Luke zapyta "Ale jak odróżnię dobro od zła?". Bo jebnę. A Yoda: "Dobry Jedi użyje mocy do obrony, nie ataku". Chyba, że atakujesz Gwiazdę śmierci. A więc nowa zasada: "dobry" Jedi bije się ze "złymi", ok?



Bo przecież nie powiedzą wprost: "bycie dobrym polega na ślepym wykonywaniu rozkazów bez zastanowienia", bo potem ktoś w Internecie połączy w photoshopie Yodę z komunistyczną flagą i się wyda. I "moc" przestanie brzmieć fajnie...

Pod koniec treningu Luke zobaczy przyszłość z uwięzionymi Leią i Hanem, więc po prostu zdecyduje, że ich uratuje (to na pewno stuprocentowo pewne wizje, też bym nie sprawdzał - nie pytać też, czemu właśnie to Luke zobaczył!). Ale Yoda go ostrzeże, że jeśli poleci to zniszczy o co oni walczą. I wyniknie z tego dylemat, tak poważny i istotny, że Luke będzie potrzebował 2 sekund zanim powie "Aha" i scena się zmieni. Serio. "Dla dobra sprawy o którą walczą musisz pozwolić im umrzeć" - i jaka to sprawa? Pokonanie Vadera? W jaki sposób ich śmierć pomoże komukolwiek w jakikolwiek sposób? Zero wyjaśnienia. Zresztą - pojmanie Hana jest bez sensu, skąd ci źli wiedzieli, by ich śledzić? I kiedy dowiedzieli się gdzie lecą, zanim oni się tam zjawili? I tak dalej, aż do końca, kiedy uzmysławiasz sobie, że ta epicka opowieść mogła spokojnie zostać opowiedziana w 20-30 minut, albo i streszczona w kilku słowach na początku kolejnego filmu. Spróbujmy: "Gdy Luke trenował u mistrza Jedi, Yody, jego przyjaciele wpadli w pułapkę. Luke ruszył im na ratunek, i odniósł sukces mimo kilku nieprzyjemności. Stracił rękę, a Han wciąż jest w kłopotach." Coś pominąłem? Aha - baty za robienie widza w konia gadaniem o tym, że "jak polecisz to zniszczysz wszystko o co walczyli". Poleciał, nic nie zniszczył, gópi film [/SPOILER]


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/the_empire_strikes_back/

niedziela, 25 sierpnia 2013

Rush: Beyond the Lighted Stage

Rockumentary, 2010


Oglądając koncert na YouTube zobaczyłem po lewej ten dokument z polskimi napisami... Cóż, wydaje się to naturalnym porządkiem rzeczy. I tak miałem to obejrzeć, gdzieś w przyszłości. Czemu nie teraz? Chcę się dowiedzieć więcej o Rush! Przede wszystkim, jako posiadacz "2112" chciałem dowiedzieć się więcej o wpływie Ayn Rand na tę płytę. Nie jestem maniakiem, po prostu jak otworzysz okładkę płyty to na samym początku, nad tekstem do tytułowego utworu, jest podziękowanie dla pani Rand. I... jedyne co otrzymałem, to Sebastian Bach (z zespołu Skid Row) opowiadający o tym, jak przeczytał na tyle okładki, że do stworzenia płyty zainspirowało ich "Źródło", więc poszedł do księgarni i przeczytał tę książkę. Wow.



Na liście płac jest też Matt Stone, więc spodziewałem się kilku słów o scenie z South Parku przygotowanej na trasę koncertową Rush. Też się zawiodłem. Wspomnienie o występie Rush w filmie "Stary, kocham Cię"? Pudło. To co tu jest? Gość z Pantery mówiący o "2112": "Bas był zajebisty, perkusja była zajebista, zajebisty kawałek". Jedynymi, który wiedział co mówi był jednak Kirk Hammet, gdy opowiadał o początku "La Villa Strangiato", Trent Reznor i gość ze Smashing Pumpkins (Billy Corgan). Reszta to przypadkowi ludzie, niemający wiele do powiedzenia poza zachwytami sloganowymi. Jack Black, ja pierdolę.

To połączenie pocztówki z reklamówką, dla tych którzy nigdy nie słyszeli o Rush. Coś jak pilot ma zachęcić do serialu, tak ten miał pewno zachęcić do pójścia na koncert. Dużo tu prześlizgiwania się po faktach. Alex Lifeson po prostu dostał gitarę i nauczył się grać. Neil Peart zapewne urodził się z takimi umiejętnościami gry na perkusji. A coraz bardziej skomplikowane kompozycje piosenek oznaczają... cholera wie co. Piosenki stały się coraz bardziej złożone kompozycyjnie i już. Po prostu. O tym, że Geddy z Alexem byli żonaci wspomina się, gdy doszło do kłopotów z pogodzeniem rodziny z zespołem. I to był chyba też ostatni moment, gdy o tych rodzinach wspomniano. Przez resztę filmu wchodzili na scenę, grali, schodzili, jechali do studia, nagrywali coraz bardziej złożony kawałek, i powtórzyć. Aha, i jeszcze pseudokrytycy po nich jechali (nazywani w tych filmach krytykami - jaki krytyk używa inwektyw w recenzji?), ale ludzie na koncerty przychodzili i ich kochali!

Zobaczyłem, jak wyglądali gdy byli młodsi. Neil Peart pisał teksty, Geddy Lee ma duży nos (wiecie co mówią o ludziach z dużym nosem? Że mogą przesunąć nim mikrofon by w przerwach między śpiewaniem zagrać na klawiszach) i tyle. Fajnie zaczyna się pod koniec, gdy paradoksalnie stało się coś bardzo niefajnego. Warto się tego dowiedzieć. I podczas sceny na napisach końcowych pokazano trio po prostu ze sobą rozmawiające, żartujące, pracujące, będące sobą. Tamta scena była więcej warta od 2/3 reszty dokumentu. Wtedy poczułem, że dowiedziałem się jak ich życie naprawdę wygląda.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/rush__beyond_the_lighted_stage/

sobota, 24 sierpnia 2013

Bokser

Drama & Sports, 1997


Danny Flynn, były członek IRA, opuszcza więzienie po długiej odsiadce. Nie chce wracać do przeszłości, chce się boksować, ale ludzie Belfastu dziwnie odbierają jego postawę...

W pewnym momencie wszyscy naskakują na bohatera, i robi się wokół niego zamieszanie, bo... boksował się i nie pluł żółcią, gdy przegrał? Nie wiem. Ale jakoś w to wmieszały się obie grupy katolików i protestantów i zaczęli się ze sobą gryźć o bohatera. Jakoś potem to zostaje wytłumaczone, że "dziś walczy zgodnie z zasadami, a kiedyś był przeciw prawu", więc niby pewnie chodzi o to, że manifestuje sobą sprzeciw wobec IRA i zdradził swój kraj czy coś w tym stylu. I ogólnie to racja, więcej jest scen powodujących tą niechęć do bohatera, ale wciąż wydaje mi się to mocno naciągane.

Walki nieźle zrealizowano, ale cały film średnio angażujący. Podobał mi się wybuch na ulicy, dobrze go pokazano. Bohaterowie go odczuli mimo bycia jakiś kilometr od niego, rzadkość w kinie. Poza tym to guzik mnie obchodziło, co na końcu tam robili i przyjąłem zakończenie z obojętnością.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_boxer/


Ranking Sheridana (nie Johna)

1. Pole - 8+/10
2. Moja lewa stopa - 7/10
3. Bokser - 5/10
4. Nasza Ameryka - 5/10
5. W imię ojca - 4/10

Ranking filmów z 1972 roku

1. Szepty i krzyki / Viskningar och rop (Psychological Drama)
2. Uwolnienie / Deliverance (New Hollywood & Psychological Thriller)
3. Aguirre, gniew boży / Aguirre, der Zorn Gottes (New German Cinema & Psychological Drama)
4. Diabeł (Historical Drama & Psychological Horror)
5. Zagraj to jeszcze raz, Sam / Play It Again, Sam (Romantic Comedy & New Hollywood)

6. Rzym / Roma (Surrealism & Satire)
7. Kabaret / Cabaret (Musical & New Hollywood)
8. Avanti! (Romantic Comedy)
9. Szał / Frenzy (Crime & Black Comedy)
10.Droga smoka / Meng long guo jiang (Kung fu & Exploitation)
11.Ucieczka gangstera / The Getaway (Crime & New Hollywood)
12.Dyskretny urok burżuazji / Le Charme discret de la bourgeoisie (Satire & Black Comedy)

piątek, 23 sierpnia 2013

Podsumowanie (o cyferkach, part VI)

Ten cykl wymaga zamknięcia. Mam już gotowych kilka następnych tekstów, ale nie chcę zaczynać czegoś nowego bez podsumowania tego, co zacząłem.

Na początek, czemu "O cyferkach"? Skąd taki tytuł? Bo one symbolizują wszystko, przynajmniej dla niektórych. Kiedy na początku zacząłem przygodę z kinem i widziałem, że ktoś oglądał ten film... I ten... cholera, nawet ten - to znaczyło, że ta osoba zna się na filmach. I tak dalej. Ogromne skróty myślowe, często pozbawione logiki, ale były na porządku dziennym. I dziś dostrzegam je u innych, którzy interpretują moje cyferki w taki sposób, że nie wiem, co odpowiedzieć. 40 razy oglądałem "Pulp Fiction" i oceniam na 9/10, a potem ktoś mi truje dupę, że nie dałem 10/10 bo nie daję 10/10 dla zasady.

Jest logika, jest kobieca logika... i jest coś takiego właśnie.

Początkowym założeniem było opowiedzenie o tym, jak wizerunek kino-maniaków wyglądał kiedyś i jak się rozwinął, oraz jak bardzo się od niego dziś różnię, że rozumiem co inni przechodzą bo sam w tym uczestniczyłem, ale skorzystałem z możliwości odwrotu. Zmęczyłem się. Był kiedyś okres udzielania odpowiedzi z radością, uczestniczenia w dyskusjach, rozmawiania z każdym o wszystkim. Nowy film, nowy temat na forum, może nawet recenzja dla Doroty, je! I to minęło. Kiedyś po obejrzeniu drugich "Transformersów" stwierdziłem, że nie podobał mi się, bo akcja była w nim słaba. Jakieś latanie bez celu po pustyni i strzelanie sobie w stopy, nic ciekawego. 100% odbiorców obrażało mnie, bo oczekiwałem drugiego "Stalkera". A ja każdemu z osobna odpisywałem by napisać jeszcze raz, o co naprawdę mi chodzi. I to było naprawdę coś dużego, temat żył przez 2 tygodnie, a ja tryskałem energią nawet po takim czasie. Ale gdy rok temu obejrzałem "John Carter" i nie podobały mi się głupoty (między innymi), to 100% ludzi wyzywało mnie, bo oczekiwałem sensu po filmie sci-fi. I z początku jeszcze miałem w sobie energię, by tłumaczyć na przykładzie "Bitwy o Ziemię", że to właśnie logika czyni sci-fi interesującym... Ale szybko odpadłem. To był jeden z tych przystanków na drodze do otworzenia swojego bloga, by móc po prostu usuwać takich ludzi ze swojego horyzontu.

Przestałem czuć odpowiedzialność za innych. Niech wezmą książkę do ręki, niech sami poszukają, niech sami się dowiedzą. Kino od samego początku było najmniej wymagającą ze sztuk, o czym pewnie popełnię jakiś felieton, ale to czego byłem świadkiem to już przesada. Nie wiem, czy możliwe jest zejście niżej. Chyba musieliby przestać odróżniać sezon od odcinka. Ciekawe czy wtedy znajdą się ludzie chętni każdemu tłumaczyć różnicę, przyjmować po drodze różne obelgi za to, że oni to wiedzą (jak ja za wiedzę, czym jest logika świata filmowego). Wiem, że ja się od tego odciąłem. Niech tamci sobie oglądają po to, by lizać jaja tym, kto też lubi to co oni, i gnieść jaja temu, kto nie lubi. Niech gadają tak, by sami nie wiedzieli, o jakim filmie gadają. Niech wystawiają masę cyferek, i się pytają nawzajem z chytrym uśmiechem "A czemu nie wyżej?". Ja jestem tam, gdzie często dodawanie cyferki w ogóle mi nie pasuje do tekstu. Rozumiem ich istotę i zalety, ale też znam wady takiego rozwiązania, dzięki temu mam świadomość, co jest istotne w tekście, i nie zastępuję nimi niczego. Bardzo rzadko nawiązuję do nich w samym tekście. Bardzo rzadko piszę "Oceniłem na X/10" lub "film na X/10" czy co tam inni jeszcze piszą. Moje notki nie mają świadomości tego, że na końcu jest jakaś cyferka. U innych jest na odwrót.

Czy to się trzyma kupy? Mam nadzieję. W skrócie: są ludzie, którzy nie potrafią rozmawiać o kinie ani go oglądać. A ja jestem bardzo zmęczony kontaktami z takimi ludźmi. I czuję spore wyzwolenie z powodu tego, że mogę im po prostu usunąć komentarz. I nie muszę się z nimi kontaktować. Nie jestem bohaterem jakiegoś zjebanego filmu Linklatera. Co za ulga.

Za tydzień... nie jestem pewny. Może wyrzucę z siebie żale o Origina. Napisałem tekst o krytykach, ale jak wczoraj do niego zajrzałem to nastawiałem sobie tam tyle znaków drogowych, że pewnie zrobię z niego trzy spore teksty. Ale coś na pewno będzie.

czwartek, 22 sierpnia 2013

AVANTI (powtórka)

Romantic Comedy, 1972


Adaptacja sztuki teatralnej. Jack Lemmon w roli syna, który z pola golfowego w pośpiechu biegnie na samolot, by odebrać ciało ojca który umarł we Włoszech. Niestety, po drodze rozbija się na tajemniczej Wyspie... ;-)
Jak widziałem pierwszy raz 5 lat temu, nie był to najsłynniejszy film Wildera, dziś nic się nie zmieniło. Nadal mało kto o nim słyszał, do tego nie zachwycił mnie dziś tak jak wtedy. Ale to nadal bardzo urocza opowieść, pełna stereotypowego spojrzenia na Włochów, wschodu słońca oraz Lemmona, który swoją wściekłością przypomina mi rolę Cary'ego Granta z "Aresznika...". I przede wszystkim dużo w tej historii odpoczynku. Takiego, na który się zasłużyło. Jest nawet kilka zaskoczeń w fabule, ze znikającymi ciałami łącznie.



Humor ma klasę i odpowiednie tempo - przyjrzyjcie się, ile czasu potrzebował pierwszy gag. On trwa kilka minut, naprawdę niezwykłe. Warto dodać, że to udana adaptacja na język filmu, choć czuć w większości scen, że były one pierwotnie pisane pod deski teatru.

Można się uśmiechnąć, to pewne.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/avanti_/


Top reżyserski Wildera, najlepszego polskiego reżysera ;-)

1. Garsoniera - 10/10
2. Bulwar Zachodzącego Słońca - 9+/10
3. Słodka Irma - 8+/10
4. As w potrzasku - 7+/10
5. Podwójne ubezpieczenie - 7/10
6. Avanti - 7+/10
7. Stracony weekend - 7/10
8. Sabrina - 7/10
9. Pół żartem, pół serio - 7/10
10.Stalag 17 - 7/10
11.Słomiany wdowiec - 7/10
12.Świadek oskarżenia - 6/10
13.Prywatne życie Sherlocka Holmesa - 6/10
14.Miłość po południu - 4/10

środa, 21 sierpnia 2013

Szepty i krzyki

Psychological Drama, 1972


Powtórka po jakichś 5 latach (chyba widziałem w Iluzjonie, w 2008). Cztery kobiety złączone bólem. Trzy siostry z których jedna umiera oraz ich służąca. Ich historia, przeszłość, nieszczęście i próby pomocy umierającej.



Zaskakujące, jak bardzo kobiecy to film. Większość kobiecych filmów wygląda jak pisma dla kobiet, ale ten jest inny, taki jaki powinien być. Bardzo świadomie wykorzystujący barwy i budujący nastrój oraz atmosferę. Wymagający skupienia, polegający na poświęceniu mu wystarczającej uwagi, i w gruncie rzeczy prosty od strony technicznej (pojawia się tu nawet narrator wyjaśniający każdy ruch postaci w kilku momentach filmu). Aktorkom poświęcono bardzo dużo uwagi, a one to wytrzymały - wiele scen tutaj jest odpowiednikiem długiego patrzenia komuś w oczy. Jesteśmy przyzwyczajeni, że każdy od razu odwraca wzrok, dzięki czemu robi to jeszcze większe wrażenie.

Cały film jest wypełniony bólem - z powodu choroby, z powodu przeszłości, i niepokojące jest, jak za pomocą samych obrazów udało się go przekazać widzowi, który w skupieniu je oglądał. Prawdziwie hipnotyzujące doświadczenie. Sam miałem dziś niesprzyjające warunki do oglądania takiego filmu, i nie mogłem go obejrzeć jak powinno się to zrobić, czego bardzo żałuję. Notatka pisana by była, a film oglądany by się wyrobić. Wciąż jednak bez problemu mnie ten film chwycił i zachwycił jego klasą, stylem i smakiem na każdym poziomie.


8+/10
http://rateyourmusic.com/film/viskningar_och_rop/


Ranking Bergmana (czołówka)

1. Szepty i krzyki - 8+/10
2. Fanny i Aleksander - 8+/10
3. Siódma pieczęć - 8+/10
4. Jesienna sonata - 7/10
5. Jak w zwierciadle - 7/10

wtorek, 20 sierpnia 2013

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać

Anthology Film & Absurdist Comedy, 1972


Drugi seans. Zbiór krótkich filmików, tematycznie powiązanych z różnymi dziedzinami seksu: kobiecy orgazm i jego zagadka, zboczenia, stosunek ze zwierzętami, przebieranie się za drugą płeć i tak dalej. Niezłe, choć te najbardziej udane żarty pojawiają się raczej na poczekaniu niż wynikają z historii i postaci. Absurdalność wielu momentów jest bardzo zabawna, a reakcja Gene'a Wildera na jedną z nich jest jedną z najśmieszniejszych jakie w życiu zobaczyłem. W pamięci pozostaje błazen, który nikogo nie śmieszy; czarny plemnik zastanawiający się, co tu robi; gigantyczny cyc terroryzujący miasto i... jakieś tam drobiazgi.



Filmiki nie są równe, jedne śmieszą bardziej, inne mniej; jedne trwają 25 minut, inne 10. I bardziej śmieszyła mnie ich konwencja - włoska nowelka nawiązująca do klimatów Felliniego, teleturniej o zboczeniach, szalony naukowiec jako parodia monster-movie i tak dalej.

Podsumowując, film warty obejrzenia, ale bez oczekiwania zbyt wiele.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/everything_you_always_wanted_to_know_about_sex__but_were_afraid_to_ask_/


Top reżyserski Allena
(tylko czołówka, nie wypiszę 42 tytułów)


1. Zelig - 9+/10
2. Annie Hall - 8+/10
3. Manhattan
4. Purpurowa róża z Kairu
5. Miłość i śmierć
...
19.Wszystko, co chcielibyście wiedzieć...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Aguirre, gniew boży

New German Cinema & Psychological Drama, 1972


Opowieść o zbuntowanym konkwistadorze, który w XVI wieku postanowił odnaleźć El Dorado. Werner Herzog kręcił kradzioną kamerą w spartańskich warunkach, żarł się z Kinskim, w prawdziwej dżungli. I jak na to czym jest film jest, to całkiem dobrze wyszło. Całość na styl materiału do dokumentu, zanim go obrobiono i przemontowano na właściwy film. Zdjęcia urzekły mnie realizmem, bardzo przypominały mi te z "Na srebrnym globie" Żuławskiego. Tempo jest wolne i ogólnie nie dzieje się tu wiele, bo bohaterowie sami chyba nie wiedzą gdzie płyną, więc... tylko płyną. Ale w sumie wystarczyła atmosfera zagęszczająca się wraz z czasem - na końcu nikt z nich już nie chce ani nie ma sił by żyć.



Szkoda, że to taki prosty film. Bohater jest szalony, wszyscy inni są przez niego zastraszeni, i tyle, sprawa zamknięta. Wiem, zapewne chodziło o to, by pokazać potężny charakter tytułowej postaci, ale oni na początku nie byli wiele żywsi, więc nie zauważyłem specjalnej różnicy w ich zachowaniu, a to odbiło się na postrzeganiu samego Aguirre. Co dziwne, tylko on wydaje się mieć jakiś charakter, w pozostałych jest tak mało życia i siły... nic dziwnego, że Kinski robił na wszystkich takie wrażenie. W takim porównaniu nawet tamten koń wydaje się charyzmatyczny.

Szkoda, że film kończy się bez zamknięcia. To tam było, naprawdę dobre (ludzie tak otępiali, że gdy oberwali z łuku to nie tylko nie czuli bólu, ale i nie chciał uwierzyć w istnienie strzały wystającej z jego nogi - świetne!), ale ostatecznie wygląda to tak, jakby opowieść urwano tuż przed końcem. Żadnego podsumowania, nic konkretnego.
Nie przekonują mnie też wszystkie zachwyty nad aspektem psychologicznym, że to opowieść o manii wielkości człowieka w starciu z naturą i tym podobne. Dla mnie to naprawdę bardzo podstawowy film, z prostymi charakterami które nagle zaczynają tylko chcieć tego, co reżyser chce by czuli, nic więcej. Gdyby Aguirre miał jakiś plan, albo gdyby ci ludzi których ze sobą ciągnie, byli mu na coś potrzebni, to byłaby to bardziej rozbudowana i ciekawa postać. A tak to po prostu szajbus któremu zachciało się rządzić wszechświatem. Bo poczuł się mały wobec potęgi natury, więc chciał jej pokazać, ile potrafi i jaki jest wielki. Nie. Dla mnie - skoro już zahaczyłem o aspekt filozoficzny - to film o człowieku, który odrzucił rozum by pójść na skróty do chwały i bogactwa, czyli odrzucił swoje człowieczeństwo. Człowiek bez rozumu żyć nie może, prawa wszech świata tego zabraniają, więc oszalał. I uległ zniszczeniu. Prosty, podstawowy film.

Tak go widzę. Jaki on jest sam w sobie trzeba by pewnie zapytać Herzoga. Ja swoje spojrzenie oceniam na 7/10.
http://rateyourmusic.com/film/aguirre__der_zorn_gottes/


Ranking Herzoga (tylko czołówka)

1. Zagadka Kaspara Hausera - 8+/10
2. Spotkania na krańcach świata - 8/10
3. Aguirre, gniew boży - 7/10
4. Nosferatu wampir - 7/10
5. Rekolekcje na temat mroku - 7/10

niedziela, 18 sierpnia 2013

Beztroskie lata w Ridgemont High

Teen Movie, 1982


Ostatni rok liceum. Chłopak pracujący w fastfoodzie, chcący zerwać ze swoją dziewczyną by być wolnym w tym roku. Jest jego siostra, która jeszcze tego nie robiła. Jest chłopak zarabiający na byciu konikiem. Jest czarny sportowiec, luzak na wiecznym haju... Z nim jest związany najlepszy żart filmu, jak zamówił pizzę do szkoły. Bardzo dobrym pomysłem było zrobienie z niego prawdziwego luzaka, zamiast kozaka który cały chce komuś coś udowodnić i utrzeć nosa nauczycielowi, spóźniając się na lekcje i zamawiając pizzę do szkoły... Nie, on po prostu nie widzi w tym nic złego i jest w tym szczery.

...Jeśli macie wrażenie, że kręcę się wokół filmu zamiast przejść do rzeczy, to właśnie o to mi chodziło. "Beztroskie lata w Ridgemont High" nie mają większej fabuły ani nawet motywu przewodniego. To po prostu zbiór postaci, każda dostaje kilka scen ale między nimi nie ma żadnej interakcji. Wspomniany luzak po prostu przyjdzie 3 razy na lekcję, wyniknie z tego jakiś żart... i tyle. Nawet nie spotka tej dziewczyny, która będzie szukać romansu, lub czarnego sportowca, który chyba zniknął z filmu po scenie wściekłego meczu... Mało konkretny, wciągający i zajmujący ten film. Nawet jak na to czym jest, bo żadna z tych postaci nie zapada w pamięć, i żaden z tych okazjonalnych żartów nie jest wart zapamiętania. Poza pizzą, to było niezłe.

Brakuje też jakiegoś wykorzystania dramatycznych momentów. Bo te były, nie wymagam by się wzięły znikąd, a pojawi się tu motyw utraty pracy, zrywanych związków a nawet aborcja (!). Każdy z nich pojawia się i przemija, ustępując pizzy zamówionej na lekcji. Temu filmowi brakowało charakteru do tego stopnia, że na końcu o jednej z postaci mówi się, że wróciła do kofeiny. O innej, że są razem. I co dalej? Po prostu pojawili się razem w obrazku, koniec historii.

Nawet pryywatnie nie będę zaliczał tego filmu do gatunku "Coming-of-Age". Za mało tu istotnych elementów.


6/10.
http://rateyourmusic.com/film/fast_times_at_ridgemont_high/

Ranking filmów z 1966 roku

Rocznica 1000-lecia chrztu Polski. Radziecka sonda Łuna 10 weszła na orbitę Księżyca, zostając jego pierwszym sztucznym satelitą (a potem się rozbił o jego powierzchnię). Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych uznał, że policja ma obowiązek informować aresztowanego o jego prawach w czasie zatrzymania; od tamtego czasu policjanci recytują osobie podejrzanej katalog przysługujących jej praw (tzw. prawa Mirandy). Watykańska Kongregacja Doktryny Wiary z upoważnienia papieża Pawła VI ogłosiła, że Indeks ksiąg zakazanych nie ma już mocy wiążącej. Rozpoczęto budowę World Trade Center. The Beatles zagrali swój ostatni koncert, rozpoczęto emisję "Star Treka" (później znanego jako "Star Trek: TOS"). A w tym czasie jeszcze USA i USSR ścigali się w podboju Kosmosu,, wysyłając sondy w kierunku Wenus i Księżyca. A kinomani woleli wtedy chodzić do kina. I dobrze, bo mogli na bieżąco poznawać wiele wspaniałych tytułów. Takich jak te które wymieniłem poniżej.


Garretowy
Top 12
Najlepszych filmów 1966 roku

1. Twarze na sprzedaż / Seconds (Psychological Thriller & Mystery)
2. Obława / The Chase (Crime & Neo-Noir)
3. Bariera (Surrealism & Drama)
4. Głód / Sult (Psychological Drama)
5. Sublokator (Comedy)
6. Dobry, zły i brzydki / Il buono, il brutto, il cattivo (Spaghetti Western)

7. Powiększenie / Blowup (Mystery & Drama)
8. Faraon (Historical Drama)
9. Kobieta i mężczyzna / Un Homme et une femme (French New Wave & Romance)
10.Lekarstwo na miłość (Comedy & Crime)
11.Fahrenheit 451 (Dystopian & Science Fiction)
12.Mistrz (Drama)


Szczególnie dobrze wspominam pierwsze pięć pozycji.

Pierwszy rocznik, który mi nie wyszedł. "Gringo", "Mademoiselle", "Twarz innego", nic z tego i kilku innych nie zobaczyłem... najgorzej, że nie obejrzałem ponownie "Andrieja Rublowa".
"Persony" postanowiłem nie liczyć na razie.

Urodzili się: Hubert Urbański, Artur Żmijewski, Helena Bonham Carter, Emmanuelle Seigner, Matthew Fox, Irène Jacob i Jimmy Wales.

Zmarli: Jan Brzechwa (1890 lub '1900) Walt Disney (1901) i Montgomery Clift (1920).

sobota, 17 sierpnia 2013

MOJA ŁÓDŹ PODWOJNA (czyli motyl w brzuchu)

Coming-of-Age & Black Comedy, 2010


Bohater powiedział: "To oznacza, że jesteśmy razem", a ja usłyszałem tę nastoletnią radość i wiarę w to, że będą z tą jedną osobą do końca i to będzie cudowne. "Submarine" to opowieść o pierwszej miłości, byciu dziwakiem, dorastaniu, stawieniu czoła przyszłości, która jednak nadejdzie, wybieraniu i ponoszenia za to odpowiedzialności. Opowiedziana z dojrzałością, szczerością i doświadczeniem. Opowieść pełna czułości, miłości, specyficznego romantyzmu, szczęścia, optymizmu oraz realizmu. I dialogów. Głównie z offu.

Bardzo dynamiczny film. Nie potrafię wymienić bardziej dynamicznego filmu, choćby finałowa bitwa w "Avengers" miała mniejsze tempo niż ten film. Niewiele tu na pozór filmu, większość to krótkie ujęcia pozbawione tego, co stworzyło by z nich film - widz widzi szybką migawkę, a jej sens i cel dla opowieści jest właśnie opowiedziane przez bohatera, to nie wynika z niej samej. I kolejna scena, i znowu ściana tekstu od narratora, i tak cały czas. A działa to z trzech powodów - nie jest za szybkie (nadążałem cały czas). Opowieść jest na tyle rozbudowana i pełna szczegółów, że to po prostu pasuje - wiele do opowiedzenia, i cały czas coś nowego się wydarzy, dodając opowieści oddechu. Nie magluje się wciąż i wciąż tego samego wydarzenia, co jakiś czas następuje coś nowego. Po trzecie: rewelacyjne pauzy.



Kilka razy na film tempo nagle pada na pysk i nic się nie dzieje. Cudowne w nich jest to, że jednak coś wtedy się dzieje, emocji jest mnóstwo, i każdy taki cichy moment jest podyktowany przez fabułę. Przykład: pierwszy seks. Wszystko było zaplanowane, uzgodnione, rodzice mieli wyjść, trzeba było wszystko przygotować, bohater miał mnóstwo myśli z tym wszystkim związanych, nerwówka, oczekiwania, czy da radę, rodzice do końca wahali się, czy wyjść, nic nie było pewne, ale jednak wychodzą, więc teraz można już usiąść... I czekać, aż ona przyjdzie. Czujecie to?
Dzięki temu też działa to wysokie tempo, twórca wiedział jak nie przesadzić i kiedy pozwolić widzowi odetchnąć.

Warto zaznaczyć, że to jeden z niewielu filmów, które obejrzałem od początku do końca bez odrywania wzroku. Bez patrzenia na zegarek, bez wychodzenia do łazienki i do kuchni, bez wiercenia się w fotelu. Po prostu... oglądałem. I czułem się całkiem dobrze.
Na drugi dzień przez przypadek natknąłem się na ten film znowu. Była ta scena z telefonami, ojcem i synem, żaden nie odebrał. Potężny moment.

Zakończenie jest jednym z najlepszych - pewnie dałbym je w pierwszej 20-ce swoich ulubionych. Ładne, proste, bez słów, pozytywne.


7+/10.
http://rateyourmusic.com/film/submarine/

piątek, 16 sierpnia 2013

Oglądanie z przyjemnością (O cyferkach, part V)

Niewielu jest ludzi oglądających filmy dla przyjemności. Ilu jest takich, którym wystarczy powiedzieć "Fajny film, podobał mi się"? Bez żadnych ambicji bycia od zaraz krytykami, by wszyscy przejmowali się tym, co oni powiedzą? Ja się nie znam na muzyce, i nie mam zamiaru nawet zaczynać (bo jestem niemal pewny, że do tego nie dojrzałem jeszcze). Ale wciąż ją słucham, wciąż ją lubię. Czasami napiszę znajomemu: "Fajna piosenka, powinna ci się spodobać". Zrobię czasem jakieś podsumowanie, ale nazwę je "Moje ulubione płyty". Wciąż słucham tego, co widnieje w różnych rankingach jako najlepsze płyty w historii. Ale gdy nie spodoba mi się jakiś zespół to nie pójdę na wojnę z całym światem. Gdzie są tacy ludzie?

Wiem po sobie, że "nie oglądasz dla przyjemności" to jedno z tych zdań przez które każdego zaczyna boleć dupa - bo ma w sobie tę same emocje które wyrażają negatywni bohaterowie "Atlasa zbuntowanego", gdy mówią o Reardenie, że ten nic nie czuje. Bo co wtedy odpowiedzieć? Szczególnie, że to standardowe hasło głupców nienawidzących krytyków, o czym pisałem tydzień temu. A więc sprecyzuję: kiedy ostatnio obejrzeliście jakiś film, spodobał się wam, a po seansie nie musieliście nikomu udowadniać, że go lubicie? Zamiast się kłócić z kimś, kto go nie lubi, po prostu obejrzeliście go jeszcze raz, a tamtego... etam, niech nie lubi. Co z tego?

I szerzej: kiedy ostatnio wróciliście do swojej ulubionej komedii? Do swoich ulubionych bohaterów? Jak dawno temu oglądaliście swoją ulubioną scenę? Kiedy ostatnio oglądaliście coś w kółko przez kilka dni i czuliście, że nic więcej wam nie trzeba wtedy? Kiedy ostatnio cieszyliście się, że możecie coś obejrzeć i czerpać z tego przyjemność?

Nikt nie ma prawa wam wmówić, że musicie mieć swój ulubiony film, i wszystko segregować i porządkować.

I nie ma tak, że "Dziś już nic dobrego się nie kręci, kiedyś było lepiej". To nie ma sensu na żadnym poziomie. Nie ma dobrych książek? Co z tego? Wezmę "Atlas zbuntowany" i poczytam, kilka tygodni temu skończyłem to czytać trzeci raz. Inne książki są kopiami samych siebie nawzajem i nie umieją się dobrze zacząć, mi to wisi. Seriale to tylko tanie sitcomy i produkcje case'owe? Nie muszę tego oglądać. Zamiast tego włączę sobie "Lost". A inni narzekają, załamują ręce... I chyba tak zostają. Nie wiem, czy potem coś robią.
"Avengers" jak tylko wyszło, oglądałem z 12 razy. "Insygnia śmierci 2" pewnie z 30. "Perks of Being Wallflower"... objawienie. Nie wiedziałem, co to, oglądałem po angielsku, przez pierwsze 15-30 minut widziałem jedynie klon "Garden State", ale nim film się skończył, uwielbiałem go. I następnego dnia chciałem tylko ten film obejrzeć jeszcze raz. Ostatecznie stanęło na tym, że widziałem go już cztery razy. Gdy odkryłem "Community", nie oglądałem w zasadzie filmów. Tylko ten serial, do ówczesnego końca.

A więc? Kiedy ostatnio widziałeś "Trzy kolory", "Spiryted Away", "Siedmiu samurajów", "Big Lebowskiego" czy co tam lubisz? Czy może po prostu oglądasz po to, by potem wyzywać się w Internecie, bo ktoś nie lubi tego co ty? A może tak długo szedłeś tą drogą, że nie pamiętasz kiedy ostatnio spojrzałeś za siebie by zobaczyć, ile już jest za tobą... Jak bardzo daleko...

środa, 14 sierpnia 2013

LEKARSTWO NA MIŁOŚĆ (...!)

Comedy & Crime, 1966


Nie spodziewałem się aż tak dobrego kina! Proste, bardzo łatwo skonstruowane kino, mieszające ze sobą dwa wątki w dobrych proporcjach, wypełniony bardzo miłym i pozytywnym humorem. Z jednej strony jest bohaterka czekająca na telefon od ukochanego, który no nie dzwoni... nie kocha? Jest zajęty? Pracą? A może... czymś innym? Nie, musi przestać o tym myśleć... Jaka szkoda, że nie zadzwonił, gdy był tu tamten facet, mogłaby nie odebrać ze względu na niego... Nie, lepiej odbierze, ale w czasie rozmowy powie do tamtego: "Ile słodzisz", a potem do słuchawki: "Nie, to nie do ciebie", i nie będzie mocnych, na pewno zapyta, czy ktoś u mnie jest...
Takich myśli z offu jest tu mnóstwo, a najlepsze, że to nie seksizm (;D), tylko adaptacja powieści Chmielewskiej - która jak się okazuje żyła już w '66 i miała się całkiem nieźle.

Na wątek wariatki nakłada się historia złodziei, a łączy ich... pomyłka. Od rana bohaterka odbiera telefony od różnych ludzi, świat powariował. Wciąż ktoś ją pyta, czy to pralnia, czy dodzwonił się do fabryki, na którą ktoś gdzieś ma być, jak coś ma być zrobione... I cały czas tylko odpowiada: "Nie, pomyłka". "Nie, pomyłka!". W końcu miarka się przebrała, zaczęła żartować z tych, którzy do niej dzwonią. W ten sposób stała się choćby łącznikiem wspomnianych złodziei z ich szefem. Będzie ciekawie!

Dziś można by to określić europejskim letnim kinem. Widać, że ekipa dobrze się bawiła, całość natychmiast zyskała moją sympatię, a mordka cieszyła się cały czas (szczególnie w scenie, gdy pierwszy raz odwiedził ją ten chłop, a ona pierwsze o czym pomyślała, to czym go trzasnąć, gdyby miał złe zamiary). Jeden z tych filmów, które pewnie jeszcze nie raz obejrzę, jeśli się natknę na niego w telewizji.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/lekarstwo_na_milosc/

"Wersja samobójstwa odpada... Nikt nie uwierzy, że najpierw stuknęła się w głowę, a potem odkręciła gaz"

wtorek, 13 sierpnia 2013

GŁÓD

Psychological Drama, 1966


Ekranizacja klasyki nowej myśli literackiej z 1890 roku, autorstwa duńczyka, Knuta Hamsuna. Pisarz który nie jadł od jakiegoś czasu, stara się zarobić, chcąc sprzedać artykuł do gazety.

Siła tkwi w trzech elementach. To przede wszystkim, inny świat i inna kultura. Dlatego to ciekawy film. Handlarz w lombardzie nie kupuje kapelusza, mówiąc: "Przecież nie będzie pan bez kapelusza chodził". Bohater podczas kłótni reagujący słowami: "Nie jestem przyzwyczajony do takiego traktowania! Wypraszam sobie!". Staruszek przerażony tym, że mógł kogoś urazić, ucieka. Inni ludzie. Inaczej się zachowywali. Kiedyś nie przyjmowali obrażania się nawzajem za coś normalnego...
Halucynacje i centralna pozycja bohatera. Wszystko widz poznaje z jego perspektywy, widzi jego oczami i myśli wyłącznie o tym, co on w tym momencie myśli. Wszystko tu okrywa nowofalowa mgiełka, mieszająca surrealizm z rzeczywistością. Trochę mi to przypominało "Palacza zwłok", jednak to nie jest dokładnie ten sam poziom. Mniej psychodeliczny...



...a bardziej komiczny, choć wciąż dziwny i "inny". Nie jest to jednak komedia. Zabawny w pewnym stopniu jest tu maniera bohatera, jego pompatyczność, sposób w jaki mówi. Ma w sobie sporo energii a jego głos nigdy nie traci na sile. Dzięki temu film faktycznie nabiera pewnego dystansu, podejmując ciężki temat nie miażdży widza. Tu nawet scena wymiotowania po zjedzeniu resztek z kości jest pokazana zza pleców bohatera, który i tak gdzieś za rogiem zostawia co zjadł.

Nie rozumiem tylko, czemu nie powiedział nikomu, gdy ten go pytał, czy potrzebuje pieniędzy. Spora część filmu opiera się na tym, że on tak jakby chciał robić na innych wrażenie, że wcale nie jest biedny. Znaczy, popieram go i rozumiem, dlaczego najpierw chce zarobić zanim zje, ale w kilku momentach wydawało się, że mógł spokojnie przyjąć pieniądze wcześniej. Może to po prostu zbyt odległe czasy, bym je zrozumiał?


7/10
http://rateyourmusic.com/film/sult/

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

DOBRY, ZŁY I BRZYDKI (muzyka większa od filmu)

Spaghetti Western & Adventure, 1966


Kilka myśli, raczej do czytania po seansie. Jeśli nie widzieliście, a lubicie kino przygodowe, i tak to zrobicie. Choćby dla zakończenia!

To mój drugi seans. Jakoś przez te kilka lat nie miałem ochoty wrócić do tego trzygodzinnego obrazu... Dokładnie. Ale zaczynając od tego co dobre: jest tu wiele świetnych elementów - jest reżyseria Sergio Leone, dzięki któremu mogłem oglądać czysty kicz i brać go jak najbardziej na poważnie. Jedna z pierwszych scen - ofiara i zabójca jedzą razem posiłek, patrząc sobie w oczy. I to jakąś sałatkę czy zupę, co samo w sobie jest śmieszne. Plus te gigantyczne sztućce, 100% kiczu w... w kiczu. Wygląda niedorzecznie i głupio, ale to nie przeszkadza postaciom w jak najbardziej prawdziwym baniu się śmierci, która właśnie nadeszła. Ofiara cały czas kombinuje, jak tu odciągnąć zabójcę od tego, po co ten przyszedł. Zabójca tylko obserwuje z czystym sadyzmem całą tę sytuację, i po prostu dobrze się bawi. Cały czas czułem tu powagę liczenia się z odebraniem ludzkiego życia. I dlatego to wszystko tu działa. Każdy boi się tu oberwać, i nikt nie kozaczy.



Druga poważna zaleta to muzyka - jeśli myślę o muzyce z westernu, to w 90% mam na głowie właśnie gitarowy riff z tego film właśnie (pozostałe 10% to "My Darling Clementine"). Każda nuta tu definiuje dla mnie cały gatunek. Oddzielnie jest bardzo dobra do słuchania, ale w połączeniu z filmem daje niesamowity wynik. Wyobraźcie sobie przedostatnią scenę bez tej muzyki - ono nie istnieje. Począwszy od wbiegnięcia na cmentarz po mierzenie się wzrokiem, to jedne z najbardziej niesamowitych momentów w kinie... Ale samo w sobie, bez tak podniosłej muzyki, nawet nie byłoby zauważone. Cholera, wątpię by ta scena miała tyle trwać. Obstawiam, że praca Morricone tak się spodobała, że przedłużyli tę scenę o 10 minut, byle tylko nie uciąć nic z soundtracku.

Ale scenariuszem wygląda, jakby pracowało nad nim kilka osób. Jedna osoba zawołała, żeby było trzech bohaterów. Druga, by dobry i brzydki tworzyli spółkę, i by to było zaskoczeniem dla widza! Trzeci wymyśliła motyw ze strzelaniem w stryczek. Czwarta, by połączyć ich przygody z wojną secesyjną - "wyobraźcie sobie tę epicką scenę z wysadzaniem mostu, tysiące statystów latające po planie, ale będzie!". Piąty, żeby zły zabił swojego zleceniodawcę na początku, ale to będzie szok dla widz! I tak to leciało, aż na końcu się okazało, że żeby to pomieścić w jednym filmie, musi on trwać prawie trzy godziny, a przy tym żaden z elementów nie będzie wystarczająco rozwinięty. W efekcie tyle właśnie trwa film o tym, że dwóch ludzi idzie znaleźć skarb, znajdują go, strzelają się, i nara. Koniec filmu. O wiele lepiej bym przyjął tę historię, gdyby to było proste buddy movie pełne złośliwych dialogów, a tak między Brzydkim i Dobrym jest ledwo pięć rozmów w ogóle, a w pamięci zostają tylko pojedyncze kwestie. Do tego dla Złego nie znaleziono wystarczająco dużo miejsca.

Ale trzeba oddać Leone, że jednak nie oglądałem tego ze znużeniem mimo wszystko. Byłem świadomy, że to nie jest poskładane za dobrze i wiele scen jest zbędnych (film spokojnie mógł zacząć się od natknięcia się na wymarły powóz z Billem Carsonem w środku, czyli ponad godzinę później), ale jakoś nie bardzo mi to przeszkadza. Cały czas pojawiało się coś miłego, jakiś motyw lub szczególik który szkoda byłoby wycinać...


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/il_buono__il_brutto__il_cattivo/

niedziela, 11 sierpnia 2013

Lot nad kukułczym gniazdem (trzeci seans)

New Hollywood & Psychological Drama, 1975


Kilka słów o tym, czemu ten film z seansu na seans podoba mi się coraz mniej.

Impet tego filmu osłabia fakt, że to w zasadzie zbiór scenek. Świetnie wyreżyserowanych i napisanych, ale im bliżej końca tym bardziej czułem brak drogi, którą mogliby wszyscy bohaterowie przejść, i coraz bardziej wyolbrzymiony był ciężar spoczywający na dwóch głównych postaciach. Bo gdy Mac zawołał: "Nie jesteście szaleni! Nie bardziej od przeciętnego dupka chodzącego po ulicy!", to poczułem, że to za dużo jak na prostego człowieka. Uważam, że to były zbyt duże role jak na dwoje zwykłych ludzi, jakim byli. Siostra Ratchett nie jest tu nikim ważnym, ani to dyrektor ani nie wymyśliła systemu, nic. Jest tylko bardzo charyzmatyczną osobą, najbardziej przerażającą istotą w kinematografii. Ot, po prostu. Nawet nie wiadomo, jaka jest jej władza i za co konkretnie jest odpowiedzialna, o jej przeszłości nie wspominając. Choć warto byłoby wyjaśnić, skąd u niej spojrzenie w rodzaju: "Zniszczę cię bez ani jednego fizycznego obrażenia".



Randall jest jedynym, który przechodzi tu jakąś drogę jako człowiek, jako osoba z zewnątrz która zajrzała do świata psychiatryków, jako pacjent i jeszcze kilka rzeczy by się znalazło, a jak na jedną to po prostu za dużo. Każda inna postać na końcu będzie taka sama. Nie wiadomo, jak się czuli na początku ani co sądzili o samej instytucji w której są, więc nie wiadomo, jak na nich wpłynęło obserwowanie bohatera i jego drogi. Do jednego mówi: "ej, ucieknijmy stąd". I on: "Ok". Ale czy wcześniej o tym myślał? Jak się tam znalazł? Czy mógł wyjść sam? Nie wiadomo. W pewnym momencie widz dowiaduje się, że oni tam są dobrowolnie. Bohater zauważa, że oni nie chcą tam być ale jednak są z własnej woli... Bo są tak bardzo nieprzystosowani, tak, ale gdzie spojrzenie na nich nie ze strony doktora, tylko ich samych? To nie obiekty do których ktoś przykleił etykietę, to ludzie zdolni do własnych myśli, i uważam że warto byłoby je przedstawić.

Bo zamiast tego jest zbiór scenek. Mac chce by mogli oglądać mecz. Mac gra w karty. Mac gra w kosza. Mac łowi ryby. Mac sprasza dziewczynki. Warto tu zaznaczyć, że kobiety dzielą się w tym filmie na pielęgniarki i na prostytutki. Pierwsze są tłem, drugie deus ex machiną która prześpi się z każdym, jeśli to wygodne dla fabuły. Ciekawe.
Dopiero gdzieś w połowie z tych scenek zaczyna się krystalizować jakaś opowieść o tych zakładach i warunkach jakie tam panują, a bohater zaczyna od tego wariować. Opowieść wstrząsająca i brutalna, ale... na skróty. [SPOILERY] Na przykład, jedna osoba popełni tu samobójstwo na koniec. Przez cały film nic, cisza wokół tej osoby, a na koniec: "powiem twojej mamie!" i pstryk, jest trup. Serio, zastanówcie się nad tym. Strażnicy nagle mają sadyzm w oczach, te porażacze mózgu nigdy nie zostaną wytłumaczone lub omówione, nawet co ci doktorzy mają zamiar osiągnąć traktując tak kogoś. Do tego o jedno przeciągnięcie za dużo w końcówce, gdy mają uciec, ale... zasypiają. [/spoilery] Poza tym uważam, że nie wykorzystano tematu. Pierwszy seans może być wstrząsający, ale kolejne już nie wystarczają. Gdyby opowiedziano o przemocy psychicznej, albo jakoś bardziej wykorzystano temat - wtedy byłoby lepiej. [spoilery] Dla przykładu - wspomniane samobójstwo. To był zły ruch twórców, ponieważ problemy tej postaci nie wynikły z powodu instytutu w którym się znalazł z własnej woli. Wyraźnie pochodziły z domu, stąd też nie działa choćby furia Maca wymierzona w pielęgniarkę. [/spoiler] Gdyby bardziej powiązać ich problemy z tym miejscem, gdyby pokazać ich wpływ - a tak... na początku i na końcu są tacy sami. Nie wiadomo, jacy byli wcześniej, i jak na nich ten zakład wpłynął.

Do tematu pewnie wrócę jak przeczytam książkę, co szybko nie nastąpi (zacząłem czytać pewną obszerną space-operę). Szybko o zaletach, czyli co lubię: aktorów. Dano im wiele do roboty, oni to udźwignęli i w zasadzie tylko dzięki nim ten film działa. Ratchett musiała być najstraszniejszą postacią w historii, ani trochę mniej. Gdyby nie była, połowa tej opowieści by poszła do kąta. Lubię też dialogi, każdy napisano naprawdę dobrze. I na to czym film jest, wyreżyserowano go też całkiem dobrze. Każda rozmowa w tej grupie terapeutycznej ma w sobie sporo napięcia który wybucha niespodziewanie, a jak już to nastąpi to tego dnia nic już nie wróci do normy. Całość ma też taki styl, że chce się go oglądać, i chce się, by to robiło się coraz lepsze i lepsze, bo widać, że twórcy daliby radę o tym opowiedzieć... Ale tej obietnicy film nie spełnia.


7+/10
http://rateyourmusic.com/film/one_flew_over_the_cuckoos_nest/

sobota, 10 sierpnia 2013

DEAD SILENCE (lalki!)

Supernatural Horror, 2007


Sceny straszenia wypadają dobrze. Są dosyć klasyczne i cały czas takie same (bardzo długie nadbudowanie by rozładować napięcie na samym końcu w dwóch migawkach), ale można się na nie nabrać. Przynajmniej na te z początku filmu, potem już nawet strach przed lalkami może nie wystarczyć. O powodach ku temu zaraz. Teraz tylko zaznaczę, że to w żadnym razie nie jest wielki strach, po seansie zasnąłem nie gorzej niż zazwyczaj, nie zaglądałem też do łazienki lub pod łóżko. Nie, w ten sposób film nie działa. Raczej dostrzegałem, jak bardzo twórcy się starali, i że technicznie rzecz biorąc, udawało im się to.

Pierwsze co zaczyna przeszkadzać, to główny bohater który jest perfekcyjnie nijaki, i jego jedyną rolą jest bycie marionetką (o ironio). "Dowiem się, kto zabił moją żonę", bo... w każdym innym filmie gdy bohater nie popełnił zbrodni o którą jest oskarżony, to postanawia odkryć prawdę na własną rękę. Ale tam zawsze przechodzą jakąś drogę, i nie mówią tego wprost do policjanta, i ten policjant nigdy nie zareagowałby na to w tak beztroski sposób, nie wypuszczając jedynego podejrzanego..
Choć trzeba oddać, że policjant na koniec staje się nawet zabawny dzięki swoim tekstom ("Nie każ siebie gonić. Nie mam pełnego baku!" oraz "Jak powiesz to cię zastrzelę").

Wracając do bohatera - scenarzysta podejmuje za niego wszystkie decyzje, jednocześnie nie dopuszczając do tego, by widz coś o nim wiedział. Zanim znalazł swoją żonę rozwaloną, słyszał jej głos - co o tym myśli? Nie wiadomo. Czy brakuje mu żony? Czy jest smutny? Można tak przypuszczać po tym co robi, ale jedyne co po nim widać to bycia obrażonym. Przynajmniej tak odczytałem jego twarz. Czy on sam się wkręcił w zagadkę tego wszystkiego i jest ciekaw, jak to się skończy? Niewiadomo. Widzi duchy, ale czy wierzył w nie wcześniej? Czy dopiero teraz uwierzył? Nie wiadomo, i nic te ataki nie zmieniają.

Właśnie, duchy. Po jakimś czasie to zaczyna być męczące i nużące - cały film dzieje się chyba wyłącznie po ciemku, każdy kadr został obrobiony w photoshopie, by żadna latarnia lub pochodnia nie dawały ani trochę światła. Scenę straszenia czuć na kilometr, duchy znikają gdy zapalisz światło, i tak dalej...

Fabuła jest całkiem w porządku, ale zakończenie... nadal o nim myślę, i nie wiem na co liczył scenarzysta, tworząc je. Jest głupie, z dupy i nakręcone jakby to była "Pilą" (lub "Piła 2"). Naprawdę nie wiem, jak mogli wierzyć, że to zakończenie chwyci kogokolwiek. Pewnie będę nad tym myśleć z dziesięć lat jeszcze.


5/10.
http://rateyourmusic.com/film/dead_silence/


Rankingu filmów Wana nie ma sensu robić, widziałem trzy jego filmy tylko. Ponoć najnowszy mu wyszedł.

Ranking filmów z 1950 roku

1. Bulwar Zachodzącego Słońca / Sunset Blvd. (Drama & Film Noir)
2. Urodzeni wczoraj / Born Yesterday (Comedy)
3. Noc i miasto / Night and the City (Film Noir & Film gris)
4. Jim Ringo / The Gunfighter (Revisionist Western)
5. Asfaltowa dżungla / The Asphalt Jungle (Film Noir & Heist Film)
6. Zapomniani / Los Olvidados (Drama)
7. Trema / Stage Fright (Psychological Thriller)

piątek, 9 sierpnia 2013

Felieton o cyferkach (part IV)

Ten odcinek miał być o wiele krótszy. Miał być podsumowaniem i ukazać się tydzień temu. Napisałem go, następnego dnia przejrzałem... I nie byłem z niego zadowolony. To był czwartek, nie chciałem pisać czegoś nowego i publikować bez przejrzenia na świeżo, po 24 godzinach. Nie chciałem też przekładać publikacji tego na sobotę lub niedzielę - stąd tygodniowa przerwa. Ten tekst wyszedł z pewnego przemyślenia kilka dni temu, w ogólnym planie w ogóle nie był wcześniej, na dodatek rozrósł się bardziej niż planowałem, ale nie chciałem niczego pomijać - mam nadzieję, że skróty wystarczą.

Wielu ludzi chce być dziś na siłę krytykami. Zaczynają od zakładaniu dwuzdaniowych tematów na forach, wmawiają sobie coś i żyją pod presją natychmiastowego znania się na wszystkim i wypowiadaniu się na każdy temat (wiecie, te dyskusje w których nie pada nic konkretnego, np. nt "Czym jest ambitne kino?"), w końcu chcą się bić na pięści, żeby ta druga osoba zgodziła się z tym co napisała wcześniej, a co można dopasować do każdego przedstawiciela danego gatunku. I najważniejsze: by ktoś obejrzał coś, co ty poleciłeś... Ale jak zapytać wprost to oni wcale nie chcą być krytykami. Wcale. Zaprą się.
Ale chcą, to widać. Chcą być krytykami. Chcą używać tych wszystkich sformułowań których używają w gazetach, bez pojęcia co one znaczą. Widzę w notkach znajomych, jak używają zdań, które ja zaczerpnąłem z podręczników. Chcą krzyczeć "Najlepszy film w historii!". Orson Welles skończył się na "Abbey Road". I życzyć śmierci za zjebany scenariusz do "Prometeusza", by chwilę później chwalić scenariusz właśnie. Ale skąd oni mogą wiedzieć, że świat filmu czy postaci powstają właśnie w scenariuszu... W skrócie, chcą być krytykami, pomijając wszystko co prowadzi do bycia krytykiem, i wywierać wpływ jak oni, bez zasłużenia na to.

Problem zaczął się, gdy to zaprzeczanie ("ja wcale nie! ja nie!") przestało wystarczać. Wielu takich ludzi zapewne podświadomie wierzy, że naprawdę stoją w miejscu, że stoją w tej neutralnej strefie. W rzeczywistości to cały czas jest walka z rzeczywistością właśnie. I trzeba iść do przodu w kierunku który wybrali, a to oznaczało przeklinanie krytyków. I dobrze trafili.

Nikt nie chce być krytykiem, kiedy okazało się, że są źli. Niedawno zajrzałem na profil pewnego użytkownika filmwebu - w opisie miał coś takiego: "Jebać krytyków, oni się nie znają. Pamiętaj, że najlepszym krytykiem jesteś ty sam!". Czyli najpierw sam musisz się zgodzić na to, by ktoś o tobie mówił: "Jeb się". To jedno zdanie jest właśnie końcowym efektem dosyć długiej kampanii przeciwko krytykom w której nie ma żadnych zasad i logiki. Nie pamiętam, czy ten pogląd funkcjonował już wcześniej, gdy ja zaczynałem, czy może to wymysł ostatnich lat? Jestem pewny, że nigdy nie usłyszałem jednego argumentu przeciwko krytykom ogólnie, po prostu z dnia na dzień zaczęto uważać, że trzeba nimi gardzić, jeśli chcesz być "swój". O co w tym chodzi, nie wiadomo. Najczęściej spotykam się z niechęcią do krytyków, bo oni nie potrafią się cieszyć kinem dopóki to nie ma jakiegoś trzeciego dna. To brzmi z pozoru sensownie, ale z praktyki wiem, że jest inaczej. Po pierwsze nigdy jak żyję nie zobaczyłem recenzji w której ktoś chwali film za trzecie dno, szczególnie w tych maksymalnych recenzjach (6/6, 5/5, 10/10, wiecie). Po drugie, nie ma znaczenia, jeśli tak napiszesz lub tak zasugerujesz, i tak usłyszysz że nie lubisz tego filmu za to właśnie, że nie posiada owego trzeciego dna. "lol, to miało być proste kino rozrywkowe, a ty się zachowujesz jakbyś oczekiwał drugiego stalkera" - jeśli kiedyś usłyszeliście takie zdanie, to wiecie, że macie wtedy do czynienia z człowiekiem który wsadził sobie kołek w mózg, blokując swoje procesy myślowe, by mógł powtarzać tylko to jedno zdanie w kółko. Szczególnie, że takie wypowiedzi nigdy nie mają pozytywnego celu. Gdy ktoś tak mówi, nie ma na celu udowodnienia, że to udany produkt - więcej, on sam wtedy pisze, że to nie jest dobry film. Wszystko co to zdanie osiąga to przekonanie cię, że to co napisałeś nie ma znaczenia, i nie masz prawa do tego co napisałeś. A więc to tylko efekt całej tej nagonki na krytyków, nie przyczyna. Co jeszcze mogło nią być?

Na pewno nie działa tu zasada zabezpieczenia się przed krytyką tego co się stworzyło, bo tacy ludzie nie są zdolni do tworzenia. Może to po prostu konsekwencja całego tego zaprzeczania rzeczywistości. Może chodzi o to, by każdy miał własne zdanie, a nie brał je od krytyka. Skąd się to wzięło? Widziałem różne głupoty, ale nigdy nie przeczytałem by ktoś dał ocenę wyższą niż uważa, bo się podoba krytykom. Zresztą, już mnie oskarżano o to, że zżynam opinię od Douga Walkera. Na forum "Supermana". Sami się dowiedzcie, jak bardzo się ona różni. Więc to na pewno nie to. Może to niedojrzały skutek buntu o którym pisałem w części drugiej tej serii felietonów? Może ktoś coś stworzył i natknął się tylko na nieracjonalną odpowiedź pozbawioną argumentów, więc krzyknął: "jebać krytyków, oni się nie znają!" i ktoś to podłapał? Może ktoś zrównał komentatorów na YouTubie z wykwalifikowanymi krytykami? Może po prostu poziom recenzji i krytyków spadł mocno w ostatnich latach - sami przyznajcie, ilu sami się słuchacie, i np. z ilu źródeł czerpiecie odpowiedź na pytanie: "iść na ten film do kina?". Może to ta fala ludzi celowo niszczących różne internetowe rankingi, w stylu tego na filmwebie? Może chodzi o to, że komuś nie podobały się klasyki i poszedł na wojnę z całym światem, a inni to podłapali? Metoda całkiem skuteczna - nie atakować samych klasyków tylko podmiot który te filmy klasykami uczynił.
A może wszystkie te sytuacje nastąpiły pewnego dnia jednocześnie, zsumowały się i nastąpił wybuch, których efektów nie można cofnąć tak po prostu. Może. W tej sprawie nie ma nic pewnego, więc nawet spekulacje wydają się na wyrost. Nagle grupa ludzi, w tym ci chcących być krytykami, zaczęła krzyczeć: "Jebać krytyków", a świat to zaakceptował.

Jeśli dziś obejrzycie jakąś wideorecenzję czy coś w tym stylu, to niemal zawsze będzie tam coś w stylu "Ale będzie hejt w komentarzach"; "Już czuję te komentarze - wy jesteście krytykami, nie znacie się, nie lubicie Nolana..."; "Komentujcie, odpisujcie, nawet krytykujcie ale proszę o same konstruktywne opinie". Co to za masło maślane, konstruktywna krytyka? Nie ma żadnej innej. Wyzywanie się nie jest krytyką. Zresztą, ogarnijcie się, serio. Po co wam własna strona, skoro nie usuwacie wyzwisk? Przestańcie żyć w jakimś zjebanym filmie Linklatera i nie proście na wstępie, że chcecie dyskutować tylko przy użyciu konstruktywnych argumentów. Jeśli oni zaczęli dyskusję bez nich, to się nie zmieni bo wy ładnie poprosicie. Z takiej dyskusji nic nie wyniesiecie. Wy tylko zmarnujecie czas, a tamta osoba i tak nie zmieni o was zdania. Zadajcie sobie pytanie, czy to działałoby gdybyście wy najpierw nie wyrazili na to zgody?

Ale to mnie poraża, serio - ludzka zgoda na pogardę do każdego, kto potrafi sformułować swoją opinię na jakiś temat, bo tym teraz tak naprawdę jest już krytyk. Nie tylko osobą pracującą w redakcji, która dostaje za to pieniądze a wcześniej ukończyła jakąś szkołę. Zgoda, to wszystko jest konsekwencją ruchów opisanych przez Ayn Rand ponad pół wieku temu, i od tamtego czasu nic się nie zmieniło, ale... teraz jest inaczej jednak. Jest Internet, nie jesteście ograniczeni ani do bycie wychowywania w małej grupie, ani do tworzenia właśnie dla głupców, bo w innym przypadku nikt was nie będzie oglądać.

Zresztą, przystańmy na chwilę, i zgódźmy się wszyscy: chrzanić krytyków i ich opinie. Ale kto wtedy będzie krytykiem? Oni wrócą, bez wątpienia. Filmów obecnie powstaje 10 tysięcy rocznie, i jeśli wyjąć recenzentów to wszyscy zmienią się w tych szarych obywateli  którzy nie interesują się kinem. Znacie ich, to oni wypisują na forach posty "Dziś tylko transformery wychodzą, kiedyś było lepiej!". To efekt reklam i żerowania na braku zainteresowania ze strony samej publiki. To oczywiste, że to nie będzie zadowalający stan rzeczy, i długo się nie utrzyma. I krytycy wrócą... Ale nie prawdziwi, tylko samozwańczy, i nazywać się będą inaczej. I zgadnijcie, kim oni będą? A poza tym, co kogoś nim tworzy, gdzie jest granica? Zapewne niedługo świat będzie na tyle ogłupiony tą sytuacją, że nakręcą na ten temat opowieść wzorowaną na "Łowcy Androidów".

W każdym razie, świat o który walczycie każdego dnia, ma się bardzo dobrze. Bycie krytykiem jest już złe. Słuchanie się krytyków też jest złe. Posiadanie własnej opinii i dzielenie się nią też jest złe, bo jesteś już wtedy krytykiem. Pisanie dla siebie też jest złe, ale to z innych przyczyn. Pisanie dla innych już jest dobre, ale tylko pod warunkiem, jeśli zgadzasz się na głupców w komentarzach którzy przyjdą tylko po to, by cię obrazić - wtedy takie działanie dla dobra społecznego jest akceptowalne. Ale z kolei trzeba znaleźć ludzi, którzy będą chcieli być tymi złymi i się ciebie posłuchają, czyniąc z ciebie tego złego, czyli krytyka. Cel osiągnięty. Wszystko jest tak jakby złe, ale pod pewnymi nieokreślonymi warunkami może być dobre. Metamorfoza w wystraszone owieczki dobiegła końca dawno temu, i większość tylko wyczekują Zbawiciela który powie, kiedy wolno im czegoś nie lubić.

A ja jestem sobie z boku tego wszystkiego. I podążam swoją drogą. Nie, nie będą się określał jako krytyk albo znawca. Dziś te słowa wyrażają zupełnie co innego niż kiedyś. Teraz to właściwie brudne słowa. Jeśli chciałbym ich użyć, musiałbym od razu dodawać: "...ale wiesz, nie takim jak..." i tłumaczyć dalej. Mowy nie ma. Poczekam, aż te terminy znów będą znaczyć to co powinny, bez żadnego ironicznego lub auto-destruktywnego akcentu.