piątek, 23 sierpnia 2013

Podsumowanie (o cyferkach, part VI)

Ten cykl wymaga zamknięcia. Mam już gotowych kilka następnych tekstów, ale nie chcę zaczynać czegoś nowego bez podsumowania tego, co zacząłem.

Na początek, czemu "O cyferkach"? Skąd taki tytuł? Bo one symbolizują wszystko, przynajmniej dla niektórych. Kiedy na początku zacząłem przygodę z kinem i widziałem, że ktoś oglądał ten film... I ten... cholera, nawet ten - to znaczyło, że ta osoba zna się na filmach. I tak dalej. Ogromne skróty myślowe, często pozbawione logiki, ale były na porządku dziennym. I dziś dostrzegam je u innych, którzy interpretują moje cyferki w taki sposób, że nie wiem, co odpowiedzieć. 40 razy oglądałem "Pulp Fiction" i oceniam na 9/10, a potem ktoś mi truje dupę, że nie dałem 10/10 bo nie daję 10/10 dla zasady.

Jest logika, jest kobieca logika... i jest coś takiego właśnie.

Początkowym założeniem było opowiedzenie o tym, jak wizerunek kino-maniaków wyglądał kiedyś i jak się rozwinął, oraz jak bardzo się od niego dziś różnię, że rozumiem co inni przechodzą bo sam w tym uczestniczyłem, ale skorzystałem z możliwości odwrotu. Zmęczyłem się. Był kiedyś okres udzielania odpowiedzi z radością, uczestniczenia w dyskusjach, rozmawiania z każdym o wszystkim. Nowy film, nowy temat na forum, może nawet recenzja dla Doroty, je! I to minęło. Kiedyś po obejrzeniu drugich "Transformersów" stwierdziłem, że nie podobał mi się, bo akcja była w nim słaba. Jakieś latanie bez celu po pustyni i strzelanie sobie w stopy, nic ciekawego. 100% odbiorców obrażało mnie, bo oczekiwałem drugiego "Stalkera". A ja każdemu z osobna odpisywałem by napisać jeszcze raz, o co naprawdę mi chodzi. I to było naprawdę coś dużego, temat żył przez 2 tygodnie, a ja tryskałem energią nawet po takim czasie. Ale gdy rok temu obejrzałem "John Carter" i nie podobały mi się głupoty (między innymi), to 100% ludzi wyzywało mnie, bo oczekiwałem sensu po filmie sci-fi. I z początku jeszcze miałem w sobie energię, by tłumaczyć na przykładzie "Bitwy o Ziemię", że to właśnie logika czyni sci-fi interesującym... Ale szybko odpadłem. To był jeden z tych przystanków na drodze do otworzenia swojego bloga, by móc po prostu usuwać takich ludzi ze swojego horyzontu.

Przestałem czuć odpowiedzialność za innych. Niech wezmą książkę do ręki, niech sami poszukają, niech sami się dowiedzą. Kino od samego początku było najmniej wymagającą ze sztuk, o czym pewnie popełnię jakiś felieton, ale to czego byłem świadkiem to już przesada. Nie wiem, czy możliwe jest zejście niżej. Chyba musieliby przestać odróżniać sezon od odcinka. Ciekawe czy wtedy znajdą się ludzie chętni każdemu tłumaczyć różnicę, przyjmować po drodze różne obelgi za to, że oni to wiedzą (jak ja za wiedzę, czym jest logika świata filmowego). Wiem, że ja się od tego odciąłem. Niech tamci sobie oglądają po to, by lizać jaja tym, kto też lubi to co oni, i gnieść jaja temu, kto nie lubi. Niech gadają tak, by sami nie wiedzieli, o jakim filmie gadają. Niech wystawiają masę cyferek, i się pytają nawzajem z chytrym uśmiechem "A czemu nie wyżej?". Ja jestem tam, gdzie często dodawanie cyferki w ogóle mi nie pasuje do tekstu. Rozumiem ich istotę i zalety, ale też znam wady takiego rozwiązania, dzięki temu mam świadomość, co jest istotne w tekście, i nie zastępuję nimi niczego. Bardzo rzadko nawiązuję do nich w samym tekście. Bardzo rzadko piszę "Oceniłem na X/10" lub "film na X/10" czy co tam inni jeszcze piszą. Moje notki nie mają świadomości tego, że na końcu jest jakaś cyferka. U innych jest na odwrót.

Czy to się trzyma kupy? Mam nadzieję. W skrócie: są ludzie, którzy nie potrafią rozmawiać o kinie ani go oglądać. A ja jestem bardzo zmęczony kontaktami z takimi ludźmi. I czuję spore wyzwolenie z powodu tego, że mogę im po prostu usunąć komentarz. I nie muszę się z nimi kontaktować. Nie jestem bohaterem jakiegoś zjebanego filmu Linklatera. Co za ulga.

Za tydzień... nie jestem pewny. Może wyrzucę z siebie żale o Origina. Napisałem tekst o krytykach, ale jak wczoraj do niego zajrzałem to nastawiałem sobie tam tyle znaków drogowych, że pewnie zrobię z niego trzy spore teksty. Ale coś na pewno będzie.