niedziela, 31 sierpnia 2014

Boyhood

Coming-of-Age, 2014


Film o dorastaniu, idealnie przezroczysty i nijaki, jednak wystarczająco konkretny by przekonać widza, że twórcy wiedzą o czym opowiadają. Linklater celował w opowieść pozbawioną sylwetek postaci, rozwoju fabuły. Charakter głównego bohatera ogranicza się tylko do tego, jak wygląda. Wszystko to w celu zbudowania filmowego zwierciadła, z którego każdy może wyciągnąć co chce i w jakiej ilości tylko zapragnie. Zachęca do wspomnień, konfrontacji przeszłości z osiągniętą dorosłością.

Co roku, począwszy od 2002, zbierano ekipę i kręcono kolejny segment tej historii, w której aktorzy zdają się pracować na odwrót. Teraz na ekranie widziałem zwykłych ludzi - takich, którzy chcieli pisać muzykę albo książkę, chcą robić zdjęcia by tworzyć sztukę, ale zapewne im nie wyjdzie, i zostanie im magia codziennego życia. A w istocie są tylko postaciami, granymi przez ludzi którym się udało spełnić marzenie występowania przed kamerą. Najważniejsza jest kwestia taka: czy ten film straciłby coś, gdyby był kręcony przy użyciu zmieniających się aktorów? Albo przy użyciu techniki komputerowej, a nawet gdyby całość zrobić jako animację? Odpowiedź brzmi: troszkę. Parę razy podczas seansu złapałem się na myśleniu, że tamto już było i nie wróci. Bohater wygląda już inaczej i tak dalej. Fakt, że to prawdziwy aktor, dodaje całości realizmu. Dzięki temu można w trakcie oglądania pomyśleć również o dziewczynie, która podała kartkę Masonowi w szkole, gdy go ojciec ogolił na łyso. Pocieszyła go, wywołała uśmiech na jego twarzy... I teraz tylko się zastanawiać, gdzie może dziś być?

Tonacja obrazu jest zagadkowa, bo zdaje się, jakby nie było tu dramatów. Ale te są, i owszem. Rozwój rodziców, pijany ojczym, przyjście do szkoły z krótkimi włosami... ale proces oglądania jest płynny, bez dołów, bardziej pogodny na stałym poziomie. Jakby twórcy nie chcieli, by oglądający zaczął się przejmować.


sobota, 30 sierpnia 2014

Cold in July

Psychological Thriller, 2014


Proste, męskie kino. Schemat znany z kina B opowiedziano w dobry sposób, wzięto do głównej roli Michaela Carlyle Halla, trzymano wszystko najprościej jak się da... Garret jest zadowolony. Akcja "Mroźnego lipca" rozgrywa się w niedalekiej przeszłości, na południu Stanów Zjednoczonych. Pierwsze sceny mają miejsce w nocy - żona budzi śpiącego obok męża. Ktoś jest w domu, słychać tę osobę. Richard Dane natychmiast zrywa się, wyciąga z pudełka rewolwer i zaczyna go ładować - już w tym momencie widać, po tym, jak ta postać wkłada kolejne naboje trzęsącymi się dłońmi, że reżyser wiedział co robi. Z rozmysłem obsadził takiego aktora jak Hall w roli szarego ojca, i nie pomylił się. Richard podczas skradania się po własnym domu przekonuje się na własne oczy, że faktycznie ktoś tu jest. A wystrzał nie był do końca kontrolowany. W jednej chwili tylko w niego celował, w drugiej krew tamtego zachlapała jego cenną ścianę.

Policja przyjeżdża, identyfikuje ciało włamywacza... i przy okazji wspomina, że ten miał tylko ojca. Który właśnie wyszedł z więzienia po wielu latach. Jeśli spodziewacie się, że ten będzie chciał się zemścić na mordercy jego syna, to macie rację. Jeśli spodziewacie się powtórki z "Przylądku strachu", i motywu gnębienia rodziny przez 2 dłużące się godziny, to zostaniecie mile zaskoczeni. Bo ojciec szybko dokonuje ataku, i równie szybko zostaje złapany. Tu następuje pierwszy zwrot akcji - nagle okazuje się, że oglądam coś innego niż myślałem. Kino klasy B? Nie do końca!


piątek, 29 sierpnia 2014

(felieton) Garret zarobił na pisaniu

 

Wysłałem tekst do CD-Action i mi go wydrukowali w dziale z publicystyką. Było podpisywanie 5-stronnicowej umowy, wysyłanie jej pocztą poleconą, kontakt przez maila, "nagłe" prośby ASAP o "coś-tam", pisanie całości od nowa. Wszystko co najlepsze, na co mogłem liczyć..

Wielbię filozofię obiektywizmu i przeszkadza mi, że większość ludzi czerpie informacje o niej z Internetu, gdzie sporo jest o niej bredni, i "BioShocka", grze komputerowej która przeinacza sporo faktów, a ludzie nawet piszą prace naukowe na jej podstawie. By udowodnić, dlaczego owa filozofia nie może działać w rzeczywistości. Protestuję przeciw temu, a i przy okazji mógłbym zaprezentować paru osobom, na czym owa filozofia polega. Zebrałem się w sobie, napisałem coś, co do połowy miało być zwykłym listem, i gdzieś w międzyczasie złapała mnie ambicja: "Hej, może będzie z tego artykuł?". Więc się rozpisałem, wyjaśniając na czym polega obiektywizm, jak "BioShock" się do niego ma, i dlaczego nie warto z niego wyciągać wniosków względem tego nurtu filozoficznego. Coś takiego wysłałem do CDA na maila. Odpowiedź dostałem po 30 minutach.

środa, 27 sierpnia 2014

(serial) Ucieczka w kosmos - sezon 1

22 epizody po 45 minut
Space Opera, 1999


Przede wszystkim: to nie jest Amerykański serial, tylko Australijski.

"Farscape" to klasyczny przedstawiciel space opery: własne uniwersum, masa planet, obcych ras, nowy język, nowa kultura. Masa charakteryzacji aktorów, trudno tu oddzielić ich makijaż od kostiumu, wszystko jest tak scalone - jak G'Kar w "Babylon 5". A do tego dodano jeszcze lalki, niektóre naprawdę zaskakujące. Ragel XVI kojarzy się z Jodą, tylko jest lepiej animowany (i w bardziej zróżnicowanych warunkach), ale gdy pierwszy raz zobaczyłem pilota w pełni... wcześniej wydawał się mały, zwyczajny, ale gdy postawiono go obok żywego aktora - cholera, on był większy od niego! Takich rzeczy w serialach się nie widuje...

Odwrotnie do "Firefly" - tam nie było kosmitów, tylko ludzie. W "Farscape" na dobrą sprawę nie ma ludzi, poza głównym bohaterem, imieniem John Crichton. Astronauta, który podczas misji w kosmosie wpada do tunelu czasoprzestrzennego i ląduje w innej części kosmosu, w ktorej nikt nawet nie słyszał o Ziemi. Jest tu jedynie gatunek podobny do człowieka, Sepaceanie. Reszta wygląda zupełnie inaczej. Ludzie pojawiają się tu bardzo rzadko - ale nie chcę wyprzedzać faktów.

Fabułą kręci się wokół chęci powrotu do domu. Do Ziemi. To jednak będzie trudne - przy skoku w czasoprzestrzeni, John Crichton wpadł na statek i zabił kogoś w środku. Przez przypadek, jednak brat tego kogoś chce go teraz pomścić. Jest do tego ważną personą dowodzącą wojskiem Rozjemców, więc... Crichton ucieka. Dostaje się na statek podobnych sobie: z tym, że to byli więźniowie Rozjemców, i teraz są ścigani w połowie tej części galaktyki. Wszyscy chcą wrócić do domu.

- Nie masz pojęcia, jak bardzo jesteście rozwinięci!
- Myślę, że mam takie pojęcie.
- Wcale! Tam, skąd pochodzę, wirusy i bakterie są plagą. Zabijają rośliny, zwierzęta, ludzi... Was ominęło ogromne nieszczęście.
- Czemu chcesz wracać do świata, gdzie jest tyle chorób?
- Wy nie macie czekolady.


niedziela, 24 sierpnia 2014

Noc w operze (7+/10)

Absurdist Comedy, 1935


Bracia Marx po przenosinach do MGM kręcą swój najsłynniejszy film, w którym próbują zarobić, a jednocześnie pomóc parze ukochanych spełnić marzenia. Bogata kobieta chce wejść w świat kultury, więc ma zamiar wyłożyć hojną dotację - ta ma zostać wykorzystana jako gaża dla słynnego śpiewaka operowego. Ten okazuje się być niesympatyczny i zadziera nosa, więc główni bohaterowie łączą siły, by na jego miejsce wepchnąć początkującego artystę, któremu trudno jest się wybić.

Po nakręceniu "Dnia na wyścigach" bracia Marx cofnęli się w czasie o 2 lata by nakręcić ten sam film jeszcze raz, tylko trochę inaczej. Słowo daję, schemat jest w zasadzie identyczny. Nawet liczby się zgadzają. W "Dniu..." pierwsze spotkanie Groucho i Chico było 7-minutowym gagiem, w którym jedna postać wrabiała drugą, a w "...operze" mniej więcej w tym samym punkcie filmu następuje pierwsze spotkanie tych dwóch aktorów. I też trwa 7 minut, też wrabiają jeden drugiego, tylko tym razem to Groucho wrabia Chico (w "Dniu..." było odwrotnie). Groucho znowu jest zakochany w tej samej postaci granej przez tą samą aktorkę. I znowu zakasają rękawy, by pomóc dwójce ukochanych, granych przez tę samych aktorów. Ech...

sobota, 23 sierpnia 2014

Na zachodzie bez zmian

War, 1930


Przed seansem musicie wiedzieć jedno: to film o Niemczech z pierwszej wojny światowej. Bohaterowie są Niemcami, idą walczyć z Francuzami, Anglikami, bo kraj ich potrzebuje. I piszę o tym dlatego, ponieważ film jest bardzo oporny w przyznaniu się do tego. Produkcja jest bardzo typowa dla Ameryki: reżyser z Europy (wtedy Rosja, dziś Mołdawia), adaptacja zagranicznej książki (Niemieckiej) wykonana przez bandę scenarzystów pracujących w Hollywood. Aktorzy angielscy, gadają po angielsku, imiona też mają swojskie, jak Paul, albo... w ogóle po co im imiona? Tylko te hełmy takie germańskie. I czasem jeden z drugim "Halt!" krzykną.

Śmiesznie było, jak jeden z bohaterów na wojnie osaczy wroga, ale zacznie żałować, i będzie go błagał (przypominam, po angielsku) by ten mu wybaczył... Ale ten będzie twardo milczeć, bez litości. Bo niby w jakim języku miał odpowiedzieć? xD

Ja to jestem, zaczynać opisywanie wrażeń z takiego filmu od żartu... "Na zachodzie bez zmian" to ciężki film, który aż chce się oglądać. Pokazuje dramat, ale jednocześnie nie niszczy ci dnia. Sprawia przyjemność, jaką potrafi sprawić dobrze wykonane kino, posiadające też duszę. Niby film antywojenny nie potrafi już niczym zaskoczyć, i wspominanie o kolejnym (chociaż też jednym z pierwszych) opisującym tragizm wojen wywołuje od razu znużenie, jednak "Na zachodzie od zmian" zwyczajnie zaskakuje. Mimo blisko 75 lat na karku, jest świeży i bardzo prawdziwy.

piątek, 22 sierpnia 2014

(felieton) Kosmos ze mnie żartuje

Pewnie poza waszą percepcją jest wyobrażenie sobie mojego zdziwienia, gdy po trzech latach "misternego konstruowania fabuły bardzo rozbudowanego serialu" natykam się na piosenkę sprzed 40 lat, która w kilku linijkach streszcza całą moją pracę. Coś w stylu Kieślowskiego i wiersza Szymborskiej...

Różnica jest oczywiście znaczna. Wiersz i filmy mają tylko to samo przesłanie, a "Late for the Sky" Jacksona Browne'a co do słowa opisuje finałowe odczucia głównego bohatera mojego "Awake", i całkiem sporą część jego życia. Wiersz i filmy na pierwszy rzut oka są powiązane, podczas gdy tekst z piosenki Browne'a przy pierwszym podejściu opowiada - jeśli dobrze zrozumiałem - o niespełnionym związku dwojga ludzi, który on będzie wspominał do śmierci. Po poznaniu finału mojej produkcji każda linijka ma zupełnie inny wydźwięk, nijak nie związany z pierwotnym zamysłem.

To naprawdę było dziwne słuchać tej piosenki w kółko, raz za razem, i odkrywać ją na nowo z każdym odsłuchaniem. Tym bardziej, że znam ją przecież od wielu lat, tylko do tej pory... nie zwracałem uwagi na tekst, więc wszystko to dzieło kosmicznego żartu. I mojego doszukiwania się drugiego dna w piosence o miłości.

I co z tego? Hm... wydaje się, że same detale. Teraz czwarta scena od końca  w finałowym odcinku będzie mieć tło muzyczne, czyli ostatnią zwrotkę z owej piosenki. Cały ostatni sezon ma już tytuł przy każdym epizodzie, wzięty od Browne'a. Mam też plan zapasowy, jakby producentom nie spodobał się mój krótki i enigmatyczny opening na początku każdego odcinka, i woleli coś innego. Wtedy zaproponuję im coś w stylu "Firefly", tylko właśnie z "Late for the Sky". I tak dalej.
Motto ostatniego sezonu nadal jest takie same, będące cytatem z piosenki Carole King. Tytuły finałowych epizodów też zostają takie same, wzięte od Modest Mouse. Tego jednak nie zmieniłem.:)

Jak tu nie kochać piosenek?

 

Awake again I can't pretend
and I know I'm alone
And close to the end 
of the feeling we've known

How long have I been sleeping
How long have I been drifting 
alone through the night
How long have I been running 
for that morning flight
Through the whispered promises 
and the changing light
Of the bed where we both lie
Late for the sky

środa, 20 sierpnia 2014

(serial) Latający cyrk Monty Pythona

Comedy, 1969


Zagadka wszechświata #25034: dlaczego Garretowi, który lubi pełnometrażowe produkcje Monty Pythona, nudził się na ich serialu? Chyba nigdy tego nie pojmę.

Z początku, nawet jeśli pojawiał się jakiś udany dowcip, to zaraz był marnowany przez kolejne wątki, scenki, i długość odcinka. Mam wrażenie, że lepiej by się to sprawdziło w formie dużo krótszej, jak te filmiki na YT. Jeden gag, jedna scena, i koniec. W obecnej formie, nawet jeśli prognozy były dobre to i tak miałem dosyć w ciągu pierwszych 10 minut. Gagi były powtarzalne, wymuszone, jakby na siłę wciskano mi, że są śmieszne - nie uśmiechnąłem się za pierwszym razem? To może za drugim? To może szóstym? Do tego ciągły chaos, bez tematu czy jakiegoś motywu, wszystko ogólnikowo, w pośpiechu, byle większy absurd, często gubiąc sens dowcipu jeśli taki był po drodze.

Nie jest to zła produkcja. Nie przekazuje złych wartości ani nic z tych rzeczy, żarty jeśli schodzą do niskich to tylko po to, by takowe wyśmiać. Nie ma obrzydliwości ani niczego poniżej poziomu. I nawet w tych nieśmiesznych epizodach widać wysiłek oraz talent twórców. Potwierdzają go zresztą w lepszych momentach, które tu wymienię. 13 odcinków obejrzałem, skacząc po całości, i nie mam ochoty oglądać tego dalej. Wręcz cieszę się jak cholera, że mam to za sobą.


Miejsce 5: Gdy Dennis Moore okradał bogatych i dawał biednym, w efekcie zamienił ich miejscami i wpadł w zakłopotanie.

Miejsce 4: Nauka obrony przed napastnikiem uzbrojonym w banana. Chyba pierwszy gag w całym serialu, który mnie rozbawił.

Miejsce 3: Spotkanie ze sławnymi osobistościami historycznymi jak Lenin, by poprzez zadawanie pytań wyłonić najmądrzejszą osobę w historii. Kategoria to oczywiście sport i zadania w stylu: kto wygrał puchar Anglii w 1955 roku.

Miejsce 2: z pewnością było udanych żartów więcej, bo nie wierzę, że tylko cztery mnie śmieszyły na tyle odcinków. Po prostu nie pamiętam.

Miejsce 1: Gdy chłop z wadą wymowy nie umiał wymawiać "C", więc poradzono mu, by zamiast "Coca Cola" mówił "Koka Kola". I to zadziałało.

Ulubiony odcinek: "Blood, Devastation, Death, War and Horror" (3x04). Taki solidny epizod, od początku do końca umiejący wywołać u mnie uśmiech.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Strażnicy Galaktyki

Space Opera, 2014


Poznajcie pięciu przypadkowych ludzi, którzy na siebie trafią i pod koniec z jakiegoś nieznanego mi powodu zostaną nazwani Strażnikami Galaktyki. Peter Quill, chciany być znany również jako Star Lord, to najemnik zajmujący się znajdywaniem starych rzeczy w zapomnianych ruinach, coś jak doktor Jones. Zlecono mu znalezienie pewnej kulki o nieznanym mu zastosowaniu, jednak są na nią chętni również inni. Jedną z nich jest Gamora, zielonoskóra asasynka. W paradę jej wchodzi Groot, Człekopodbne Drzewo znające tylko trzy słowa po angielsku oraz kumplujący się z nim Szop Rocket. Chcą oni dostać nagrodę jaką wyznaczono na głowę Star Lorda. Ale że cała czwórka wie, jak sobie nawzajem sprawiać manto, w imprezę wmieszała się policja i teraz wszyscy trafili do więzienia. Ta, poznają Człowieka-Tatuaża, Drexa, który chce się na początku zemścić na Gamorze za to, co zrobił jej szef, ale po chwili stwierdza, że woli poczekać i skorzystać z pomocy Gamory, by dopaść szefa we własnej osobie. Cała piątka ucieka z więzienia, by zarobić wielką kasę, poznać zastosowanie kulki i tego, komu na niej zależy, a także bić się, kłócić oraz bawić w najlepsze.

Nie musicie za tym nadążać. Wystarczy, jeśli wiecie, że jest tu Zły, który chce wysadzić Planetę, i z jakiegoś powodu piątka tytułowych bohaterów postanawia mu w tym przeszkodzić, bo nie mają nic innego do roboty.

Najlepsze, co ten film robi, to zapewnia mnie każdą sekundą, że "Strażnicy Galaktyki 2" będzie jednym z moich ulubionych filmów wszech czasów. Generalnie, wiedziałem czego się spodziewać po tym filmie, i dobra wiadomość jest taka, że jeśli się przygotujecie, to nie będziecie mieć z tym wszystkim problemów. W tej produkcji jest ocean ekspozycji, cała pierwsza połowa to tłumaczenie kto kim jest, czym się zajmuje, co robił w przeszłości... I tego nawet nie ukrywają. W zasadzie ograniczono to do tego, że ktoś wchodzi przed kamerę, pytają się jej, kim jest, ona wyjaśnia przez kilka minut, i następna scena. Rozumiem - nowa marka, nowe uniwersum, nowe postaci, i wszystko to w jednym filmie. Wyszło całkiem ok. Główny przeciwnik jest do bani, w ogóle nie zapada w pamięć, dopiero pod koniec filmu zaczynam się pytać, czemu on robi to co robi... i guzik mnie to obchodzi. Nie trzeba tego wiedzieć. Film wydaje się świadomy, co robi dobrze, co źle, i skupia uwagę widza na tych pierwszych elementach, które w pewnym stopniu dają sobie radę bez drugich. Na tyle, na ile film może być ekscytujący bez angażującej fabuły.


sobota, 16 sierpnia 2014

Serenity

Neo-Western, 2005


...czyli taki 16 odcinek "Firefly", kontynuujący wątki zaczęte w telewizji, tylko w formie pełnometrażowego filmu kinowego. Bardzo mnie dziwiło, że więcej moich znajomych widziało właśnie film a nie serial. I ocenili "tak sobie". Pomyślałem, że nie zrozumieli, bo przecież trzeba najpierw obejrzeć oryginał! Wtedy też miałem tę rzadko chwilę gdy stwierdziłem "Nie wiedzą co oglądają". Nie rozumiem, jak można iść do kina nie wiedząc, na jaki tytuł się pójdzie, i myślałem, że seans "Serenity" to coś w tym stylu.

Zaskakujące jest to, że film radzi sobie całkiem nieźle jako samodzielna produkcja. Mogę jedynie podejrzewać i zgadywać, że "nowi" nie za bardzo zrozumieją, o co chodzi z wojną, Sojuszem i przeszłością bohatera, czyli ogólnie pojętym tłem, które dosyć mocno uzasadnia całą dramaturgię punktu kulminacyjnego. Z kolei przedstawienie bohaterów, ich życia, uniwersum - to wszystko tu jest, w pełni zrozumiałe. Teraz już jest pewne, że River to telepatka, i Sojusz wysyła w pościg za nią bezwzględnego łowcę, granego przez Chiwetela Ejiofora. Człowiek ten wie, że czyni zło, ale robi w imię stworzenia lepszego świata, w którym nie ma zamiaru żyć, bo nie będzie w nim dla niego miejsca. Pali on do ziemi każde miejsce, w którym Serenity - statek, na pokładzie którego River się ukrywa - mógłby wylądować. Malcolm Reynolds - kapitan Serenity - będzie potrzebował dobrego planu. Albo po prostu odda dziewczynę Sojuszowi i tyle.


piątek, 15 sierpnia 2014

(Felieton) O wspaniałości "Out of Gas"


Jest to dziewiąty odcinek serialu "Firefly" i wyróżnia się tym, co w kinie uwielbiam, czyli narracją. Z technicznego punktu widzenia, nie jest to wyróżniający się epizod - nie wpływa on na szerszą akcję, kończy się tak, by następny mógł się zacząć z czystym kontem. Nie ma tu nawet takich pierdół jak rozwój postaci albo relacji między nimi. Można przeskoczyć i nic nie stracić, bo wiadomo jak się skończy ta historia o awarii systemów podtrzymujących życie i silnika pośrodku czarnego zadupia kosmosu. Nawet nie ma tu jakichś nowych puzzli, wszystko można rozpoznać. Ale zostało to opowiedziane w taki sposób, że nic z tego co napisałem nie ma tu znaczenia. To kino katastroficzne na najwyższym poziomie, tak jak "Titanic" Camerona - wszystko pokazano w zwiastunie a ludzie i tak poszli do kin na seans. "Out of Gas" robi coś, co myślałem, że jest niewykonalne, mianowicie: łączy trzy linie czasowe. Retrospekcje, teraźniejszość i futurospekcje - w jednym odcinku, trwającym 40 minut. Zachowano przy tym idealny porządek.

Uznałem, że nie ma sensu pisać o tym bez spoilerów, bo po co. Chcę pochwalić też zakończenie, więc w rozwinięcie klikać tylko po seansie.

środa, 13 sierpnia 2014

(serial) Firefly


Western, 2002


Wyjątkowa produkcja. Nie spotkałem się jeszcze z opinią kogoś, kto obejrzał ten miniserial i nie był zadowolony. Jeśli z wam się to uda, to upewnijcie się, że a) nie jest pracownikiem FOX, b) oglądał serial we właściwej kolejności, c) w ogóle oglądał całość, i nie jest jednym z tych dziwaków co to oglądają ułamek serialu a oceniają całość. Ja statystyki nie mam zamiaru obniżać, też jestem usatysfakcjonowany. Polubiłem bohaterów, wykonanie zasługuje na moje pochwały, i chcę wiedzieć, jak to wszystko się rozwinie. Ale nie z kolejnych sezonów, bo produkcja została anulowana, tylko z komiksów i filmu pełnometrażowego.

Najbardziej poszkodowanym w historii telewizji jest oczywiście Straczyński, którego oryginalny pomysł na "Babylon 5" został ukradziony przez Paramount by zrobić "Star Trek: DS9", i to był zaledwie początek jego jazdy. Na drugim miejscu jednak jak widać jest Joss Whedon, któremu FOX wyemitował serial... w niewłaściwej kolejności. Dwuczęściowy pilot wprowadzający w świat, bohaterów i fabułę, wyemitowano jako ostatni 11 epizod. Ponoć krytycy zjechali "Firefly", i był to drogi serial, więc skasowano wszystko, zanim jeszcze coś się zaczęło wykluwać. Produkcja odżyła w jakiś sposób na rynku DVD, zdobyła fanów, trzy ostatnie wyprodukowane odcinki nawet doczekały się emisji. Zrobiono pełnometrażowy tytuł, mający zamknąć wątki poruszone wcześniej. A teraz co? Nic. Fani są, kickstarter jakby co by pomógł, ale prawa do marki trzyma Fox, Whedon jest zajęty u Marvela a Nathan Fillion grający głównego bohatera "Firefly" jest zajęty na planie "Castle". Na dodatek cała ekipa jest już 10 lat starsza. Kanał.

Tak, również ja myślę w ten sposób. Gdyby "Firefly" wróciło, to byłoby... miłe.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Towarzysze broni (6/10)

Prison Film, 1937


Jeden z tych filmów, których fenomenu nie łapałem, do póki nie przeczytałem o niej w książce poświęconej teorii filmu. "Towarzysze broni" to pierwszy ważny film antywojenny, pokazujący jak jeńcy wojenni różnych narodowości mieszkają razem w obozie niemieckim... i nie ma z tym żadnego problemu. Nawet z Niemcami idzie się tu dogadać, a nawet sprawić, by ci czuli szacunek do oficerów których złapali. Wszelkie podziały i różnice okazują się tutaj "Wielką iluzją", jak wskazuje oryginalny tytuł. Tyle teorii.

W praktyce nie rozumiem, czemu to właśnie ta produkcja jest uznawana za jedną z najbardziej humanitarnych w historii? Jeśli patrzeć na nią pod tym kątem, temat humanitaryzmu został tu poruszony bardzo leciutko. Film Renoira jest zbyt lekki, by traktować go jakoś poważniej, kropka. Życie w obozie i relacje między postaciami przypominało mi "Stalag 17" Wildera. Jeśli w niej przeszkadzał wam komediowy ton, bo uważacie, że o takich historiach nie wypada w taki sposób mówić, tutaj też wam to będzie przeszkadzać. Szczególnie w pierwszej połowie, gdy przed kamerą błaznuje naprawdę sporo osób, o hałasowaniu podczas kopania tunelu nawet nie ma co wspominać.

sobota, 9 sierpnia 2014

Aniołowie o brudnych twarzach (7+/10)

Gangster Film & 1938


Tak napisanych filmów już po prostu nie ma. Kiedyś same tytuły filmów były intrygującą i skuteczną reklamą, aż chciało się je oglądać. Nie trzeba było znać aktorów ani fabuły, wystarczyło przeczytać tytuł i chcieć się dowiedzieć, co za nim stoi? Kiedyś ludzie wygłaszali na koniec imponujące kwestie, które idealnie wszystko podsumowywały tak, że nie dało się wstać na koniec. Chciało się wrócić na ten sam film do kina. W latach 30'tych, 40'tych, a potem ta sztuka umarła w jakiś sposób. Dlatego cytat z tego filmu dałem w spoilerze.

Nie mam zamiaru ukrywać, że to była rzadka sztuka nawet wtedy. "Aniołowie o brudnych twarzach" przebijają to, dokładając do magii tamtych czasów zaskakująco solidny scenariusz. Ta historia się rozwija w taki sposób, że samo jej oglądanie jest przyjemnością. Zaczyna się, gdy Rocky oraz Jerry są jeszcze mali i z pozoru niewinni, ale tak naprawdę już teraz stawiają kroki na ścieżce do kryminału. Ot, tak - po drodze natrafili na pociąg stojący na bocznicy. Weszli do środka, i to zostało zauważone. Musieli uciekać, Jerry'emu się udało, ale Rocky trafił do więzienia. W tym momencie ich drogi się rozeszły. Nadal pozostali braćmi, jednak Rocky co wyszedł to znów wracał. Będąc już dorosłym, skończył odsiadywać wyrok 6 lat. Jerry w tym czasie został księdzem.

Gdzie prowadzi dalej ta historia? O czym ona opowiada? Narracja zwodzi oglądającego za nos, mieszając motywy, znane schematy i co chwila obierając nowy kierunek. To było tak przyjemne, nie mieć najmniejszych podejrzeń, jaka będzie kolejna scena i postać, ani jak się to wszystko zakończy.


"All right, fellas. Let's go and... say a prayer for a boy who couldn't run as fast as I can"

piątek, 8 sierpnia 2014

(felieton) Wiem, ale nie powiem, bo lubię udawać debila


A może mają inne powody. Nikt się tego nigdy nie dowie.

Gdy próbuję z kimś dyskutować na temat filmów przez Internet, zawsze natknę się na ten typ człowieka. Ogarniętego, umiejącego rozmawiać, mającego pewną wiedzę filmową... Można z nimi normalnie pogadać. Problem w tym, że ukrywają to bardzo, bardzo głęboko. Czasem ktoś wam odpisze pod waszym postem coś w stylu "O MÓJ BOŻE TAK BARDZO SIĘ NIE ZNASZ ŻAL". (Nie umiem być nie miły, stąd tak kiepsko ich naśladuję, ale myślę, że zrozumiecie o czym piszę) Często obrażają w bardziej bezpośredni sposób, ale akurat nie mam ochoty na przeklinanie. A teraz ty masz ten jeden dzień w miesiącu, gdy wybierasz potraktować ową istotę jako coś posiadającego rozum, choć właśnie przekonało cię na 100%, że mózgu to z pewnością nie używa. Odpisujesz: "Nie znam się? Możesz pisać jaśniej?". I ta osoba wkrótce ci odpisze. W szczegółowy, rozsądny sposób, pokaże gdzie się myliłaś, i przy tym opowie co sam o tym myśli.

Wkurwia mnie to nieziemsko.

środa, 6 sierpnia 2014

(serial) Zwariowany świat Malcolma - sezon I

Komedia, 2000


Super! Coś w stylu "Różowe lata 70-te", tylko bohaterowie nieco młodsi, i bez żenujących żartów. Podstawa wydaje się banalna: bohaterem jest młody człowiek, Malcolm, chodzący jeszcze do podstawówki, mający dwóch starszych braci (Resse & Francis) i jednego młodszego (Dewey), wyluzowanego ojca (Walter White) oraz matkę-wariatkę Lois, która musi nad wszystkim panować, a na dodatek rządzi twardą ręką na pograniczu z terroryzmem. I jedynym śladem fabuły jest tutaj motyw wyjątkowości Malcolma, który na początku okazuje się mieć bardzo wysokie IQ i zdolności matematyczne Matyldy, więc trafi do specjalnej klasy dla utalentowanych. I ten wątek powróci w jakichś pięciu odcinkach.

A reszta to dzieci i bracia i rodzice będący dziećmi, braćmi, rodzicami. Czyli: wygłupy, psikusy, doprowadzanie rodziców do pasji, demolowanie otoczenia, bijatyki, budowanie solidarnej linii frontu przeciwko matce... Nie mogłem uwierzyć, jak bardzo ten serial jest pomysłowy, zabawny, i mi się podoba. Czemu w takim razie nie oglądałem go 10 lat temu? Przecież natykałem się na niego od czasu do czasu, przypadkiem, i z pewnością widziałem sporo epizodów. A jednak nie czuję nostalgii ani sympatii. "Rocky'ego Łosia...", "Woody Woodpeckera" oraz "Tsubasę" o wiele częściej wspominam.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Ewolucja planety małp

Science Fiction, 2014


I kolejny film, o którego wcześniejszych odsłonach powinienem coś napisać... "Planetę małp" z 1968 roku widziałem, podobnie jak sporo jej kontynuacji. Kiedyś na Polsacie na początku XXI wieku nadawali co tydzień po jednej, mały Garret był zdziwiony i oglądał. Pamiętam z nich łącznie ze trzy sceny: zakończenie jedynki (oczywiście!), jak na koniec dwójki albo trójki inteligentna małpia matka zamieniła swojego syna na "zwykłą małpę", ocalając mu tym samym życie, oraz gdy w bodaj piątej części małpy natknęły się na hologram i zwariowały, bo nie miały pomysły z czym to się je. Trudno coś mi o tych filmach napisać, tym bardziej ocenić. Remake'u Burtona chyba nawet nie wiedziałem, z kolei "Geneza..." z 2011 roku była do dupy. Reżyseria, scenariusz, wszystko beznadziejne. Typowy współczesny blockbuster - nuda, niepotrzebne komplikowanie, głupoty i zero akcji do ostatnich kilku minut. Ta była fajna, animacja małp i tego, jak sobie skaczą - bardzo miłe to było dla oka. Przyjemne i pomysłowe. Z tego też powodu "Ewolucja..." ma u mnie gigantycznego plusa za to, że można ją oglądać bez znajomości "Genezy...". Wystarczy wiedzieć mniej więcej, o co w tym uniwersum chodzi i kim jest Cezar, a reszta to tam, szczegóły.

Minęlo 10 zim, od kiedy małpy pod wodzą Cezara widziały ostatniego człowieka. Sądzą, że epidemia wybiła ich co do jednego. Tak się jednak nie stało, mało tego: ludzie jedną z baz zbudowali całkiem blisko lasu - tu, w San Francisco. Wszystko z powodu źródła energii i pompy wodnej, które się tu znajduje. Trzeba ją tylko naprawić, ta jednak znajduje się na terytorium naszego owłosionego bohatera, który nie chce mieć już nigdy kontaktu z żadnym człowiekiem i zabrania im wchodzenia tam. Ludzie z kolei potrzebują energii. Jeśli nic innego nie da rady, do akcji wejdzie broń palna.

Ta opowieść od początku zbiera moje pochwały za nie bycie zwięzłą fabułą, którą film popiera i ma się jej udać. Są tutaj dwie grupy bohaterów, każda będzie dążyć do swojego celu za wszelką cenę, i nie wiadomo, jak sytuacja na końcu będzie wyglądać. Ani to opowieść o małpach ani o ludziach, tylko o konflikcie między nimi. To prawdziwy pojedynek, wątki rozwijają się równocześnie, nie ma w nich czegoś takiego jak drzwi, które nie zostaną otwarte. Widać, że obie grupy są gotowe, by walczyć za swoje.


sobota, 2 sierpnia 2014

Kapitan Ameryka: The Winter Soldier

Action, 2014


To nie jest takie łatwe, przestać chwalić niniejszy film.

Ponoć powinienem napisać, co sądzę o pierwszej części. Zrobię to, pomimo i tak sporej objętości tego tekstu, ponieważ nie polubiłem tamtej produkcji. Była typowym współczesnym blockbusterem - nudnym, niepotrzebnie skomplikowanym, akcji była tam niewiele i była słaba, a główna postać Kapitana była beznadziejnym superbohaterem. Dogonił samochód, przeskoczył parę metrów z kładki na kładkę i tyle. Ale potem wyszło "Avengers", które przypomniało, że do takich filmów można dołożyć trochę spektakularnej akcji. Teraz pojawia się kontynuacja przygód Kapitana Rogersa, która do akcji dokłada fantastyczny scenariusz... i akceptowalną fabułę.

Nick Fury zostaje zamordowany z zimną krwią. Ktoś nasłał na niego zabójcę. Musiał być to ktoś potężny, skoro udało mu się nająć Zimowego Żołnierza, człowieka będącego w stanie złapać tarczę Kapitana Ameryki swoim stalowym ramieniem. A potem uciec bez śladu, dlatego palącą kwestią jest co innego: ostatnie słowa Fury'ego. "Nie ufaj nikomu". To i tajemniczy pendrive jest wszystkim, co ma Steve Rogers by wykonać samotną misję, czyli znaleźć zabójców przyjaciela. Szybko staje się celem numer jeden również agencji S.H.I.E.L.D. bo zataił przed nimi pewne informacje. Musi uciekać.

Zapewne przegapiliście to za pierwszym seansem. Czy takich numerów w filmie jest więcej? Ktoś wie?

piątek, 1 sierpnia 2014

(felieton) Nowa rzecz o Garrecie



Parę miesięcy temu w drodze do domu mijałem, jak się później zorientowałem... wydział socjalny? Tak to się chyba nazywa. Ulica pusta, po drugiej stronie widzę człowieka na wózku, w okolicach 50-60'ciu lat, machał na mnie ręką. Gdy podszedłem to poprosił, bym mu zadzwonił domofonem tam i drzwi otworzył. Kilka prób i się odezwali w końcu. Piszczy, można otworzyć. W środku, dla żartu, parę stopni na których dali prowizoryczną kładkę. Dwie szpachle, które potem można dopasować do szerokości wózka i zjechać. I słyszę kolejną prośbę, bym popchnął pana. Samemu raczej się tam nie da wjechać. Obaj w tym momencie oblewamy podstawy fizyki, bo raz: zamiast ciągnąć z góry to go zgodnie z poleceniem pchałem z dołu na górę. Po drugie - mam niedowagę, kiedyś o tym pisałem. A chłop na wózku sam w sobie ważył tyle ile winien dorosły człowiek ważyć. A do tego ciężar wózka... ale oczywiście spróbowałem. W efekcie inwalida wywrócił się do tyłu i znalazł się na podłodze, pośrednio w moich rękach. Gdzieś wtedy zorientowałem się, że nie ma on obu nóg. I czuć od niego alkoholem. Próbowałem go podnieść, też nie dało rady, tylko pomogłem mu się oprzeć o ścianę.