niedziela, 1 marca 2015
"12 gniewnych ludzi" (5/10) Nudziłem się.
Nie wiem, w jakim stopniu dotyczy to samego filmu, ale koncept z ławą przysięgłych to skończony debilizm.Nie jestem nawet pewny, po co tam sędzia jest, i czemu to on ma najwyższy autorytet. Są adwokaci,prokuratorzy, fakty, przesłuchania, wszystko obiektywnie (w teorii, temat grania pod publikę na emocjach zostawię), a potem 12 przypadkowych ludzi może to mieć w dupie i robić co chce. Nawet skazać na śmierć, i tow przypadku niepodważalnej niewinności. Chyba o tym jest ten film, że system jest spierdolony? Tylko czemu robi to w ciągu pierwszych 6 sekund, by trwać potem kolejne półtorej godziny? Wystarczy przedstawić sam koncept takowej "sprawiedliwości" dowolnemu myślącemu i ten sam zrobi swoje, film mu nie jest potrzebny do tego. Lumet ma widzów za idiotów?
Powinni o tym uczyć w szkołach. Jak do takiego cyrku doszło. Domyślam się, że to miało łączyć klasę wyższą z niższą i średnią - uczeni dowodzą i trzymają władzę, ale to ci najprostsi muszą zostać przekonani o tym, że sprawiedliwość się dzieje. Ale czy to prawda? Powinni o tym uczyć w szkołach. Serio jestem zainteresowany. Szkoda, że "12 gniewnych ludzi" omija ten temat.
Dobra, teraz sam film. Podobał mi się sam początek, który następuje po kilku minutach. Słynne pierwsze ujęcie, przedstawiające wszystkich bohaterów - widzę tu kunszt i umysł reżyserski oraz aktorski. Nie mam siędo czego przyczepić, nawet Lubezki za kamerą zrobiłby tylko niewielką różnicę. Moment perfekcji. Potem coraz rzadziej widziałem podobny umysł. Jakby nagle twórcy zapomnieli, jak się robi filmy.
Taka podstawowa kwestia jak tempo. To niby jest trzymający w napięciu obraz, a ja zasnąłem w połowie (oglądałem w tv*). Ten film nie może się po ludzku zacząć. Przed słynnym pierwszym ujęciem jest całe intro,w którym sędzia nienaturalnie wykonuje wprowadzenie, instruując bohaterów, informując ich co robili przez ostatnie 5 dni i co zaraz będą robić. Ja bym im to powiedział przynajmniej tydzień wcześniej i zapytał o zgodę, ale ja nie umiem przecież pisać scenariuszy.
Następnie bohaterowie narzekają, że wałkowali to samo przez tyle dni, by zaraz potem samemu się nawzajem informować o detalach sprawy i wałkować ją w swoim zakresie kolejny raz. Zachowując się, jakby naprawdę nie było całego procesu, dostali jedynie teczkę z informacjami i teraz się bawią. A zaczęło się to bez żadnego wyraźnego powodu - ot, Henry Fonda stwierdził, że nie można tego zamknąć w kilka minut, bo żeby film był pełnometrażowy musi trwać przynajmniej 60 minut. Więc posiedźmy tu jeszcze godzinę. Zamiast przejść do rzeczy, i powiedzieć wyraźnie: "Ten element mi śmierdzi. Zastanówmy się nad nim". Nie, on siedzi i "E-e, 60 minut i już". Jako widz słuchałem tej przechujowej ekspozycji, autentycznie czułem się, jakbym słyszał 5 dni z rzędu to samo, byłem znudzony. Fonda dopiero po 30 minutach wyciągnąć nóż z kieszeni i przechodzi do konkretów.
Można to było zrobić naturalniej, z retrospekcjami uzupełnianymi wypowiedziami z offu. "Ale nie, w oryginale tak było to nie zmienimy. Jest jedność czasu i miejsca, trzymajmy się tego za wszelką cenę. Nawet poświęcając realizm. Zresztą jest tu kilka takich scen, w których bohaterowie po prostu zamierają w nienaturalnych pozycjach. Podejrzałem to u Kurosawy, u mnie też to zadziała..."
Problem z tempem jest nawet w detalach. Pierwsze głosowanie tytułowych Gniewnych. "Kto za?" i 11 podnosi ręce. I liczą: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11. "A kto przeciw?". Czego ten chłop się spodziewał? Że nikt nie podniesie? Że pięciu podniesie? Czemu po prostu nie zadać pytania, pokazać głosujących, i po 3 sekundach przewodniczący by powiedział: "11 za, 1 przeciw". Nie, zamiast tego minuta lania wody.A to i tak tylko wierzchołek góry, bo można urządzić całą "Drinking Game" ilekroć ZNOWU bohaterowie mówią to samo:
- Dobra, przejdźmy już do rzeczy.
- Niech ktoś coś powie.
- Nie mówię, że nie jest winny, mówię tylko, że to możliwe!
- Nie wiem.
- Ale gorąco.
- Mam dosyć, cały czas powtarzacie to samo w kółko!
- Zagłosujmy.
Plus bonusowa czysta ilekroć zostawiono włączoną kamerę rejestrującą aktorów mających przerwę między kolejnymi ujęciami. Gdyby ten film miał montażystę, trwałby najwyżej 30 minut.
Mam problem też z tym, że film jest dziwnie skonstruowany. Na początku zapewne chodziło o to, że system jest dziurawy. Adwokaci z urzędu nie przykładają się, przysięgłych nie obchodzi ludzie życie i mogą robić co chcą, itd. Dobra, to jest ok, chociaż sami twórcy nie wiedzą, po co o tym mówią, przez co sam widz nie wie co z tym zrobić, i wylatuje mu to drugim uchem następnego dnia po obejrzeniu. Gdzieś w połowie to zaczyna być o tym, że wszystko jest względne, nie wiadomo czym jest prawda, wszystko można podważyć albo skomentować "Zapewne skłamał", posługując się przy tym sztuczkami Sherlocka Holmesa. To już był po prostu stos bredni, i chyba nie o to miało na początku chodzić? Bo w sumie stanęło wszystko niebezpiecznie blisko granicy, po której twórcy już otwarcie by twierdzili, że prawdy nie da się dowieść i nie powinno być w ogóle sądów, bo każdy dowód może być "fałszywy" i niczego tak naprawdę nie można być pewnym... Chociaż domyślam się, że są tacy ludzie, którym taki morał bardzo się podoba, i chyba to tłumaczy taką popularność filmu. Ten etap przeplata się z właściwym dramatem sądowym, w którym robią coś związanego z fabułą, i faktycznie zastanawiają się nad dowodami. Nawet udaje się bez problemu zlokalizować argumenty w ich przekrzykiwaniu. To już całkiem interesujące fragmenty. Szkoda, że większość filmu nie ma z nim wiele wspólnego.
Jeszcze kwestia zakończenia. Byłoby dobrze, gdyby stanęło na tym 11 do 1, poszli do sędziego i powiedzieli,że trzeba zmienić przysięgłych. To byłoby dobre zakończenie dla takiego filmu, Henry Fonda odniósł sukces i wytrzymał presję. Wszystkie te aspekty "dziurawego systemu" wciąż znajdują sobie ujście, dochodzą do widza, a takie pół-otwarte zakończenie w sumie bardziej przemawia do wyobraźni. Zostaje z widzem na minutę, gdy ten zastanawia się, co teraz by mogło być.
Ale zamiast tego jest ten furiat drący zdjęcie syna, reszta wygląda jakby zamarła w bezruchu i go bez słowa oceniała. w rzeczywistości użyto statecznych fotosów bo prawdziwy aktorzy uciekli do domu bo nie wytrzymali głupoty tej sceny i trzeba było kombinować. Serio mam uwierzyć, że postać pragnęła śmierci jakiegoś młodego chłopa, bo był młody, a przez to kojarzył mu się z synem?! Bez sensu. To już kartony powodujące wypadek samochodowy i śmierć na miejscu są bardziej przekonujące. A nie są. I nigdy nie będą.
*to mój drugi seans, pierwszy raz oglądałem na polskiej premierze** w Iluzjonie, wersja z lektorem. Wtedy nie zasnąłem. To chyba był 2008 rok.
**tak. Pamiętacie czasy, gdy "12 gniewnych ludzi" nie dało się legalnie obejrzeć w Polsce? Nie było nawet wydania DVD. W tv nie leciał. Na filmwebie miał tylko 2,500 tysiąca głosów oraz miejsce w Top 50.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)