wtorek, 7 września 2010

LUDZIE W HOTELU

Melodrama, 1932


Oscar dla najlepszego filmu zdecydowanie zasłużony. Film wyprzedzający swoje czasy.

Tytułowy Grand Hotel jest miejscem, gdzie spotka się kilku ludzi – szanowany właściciel firmy, szary pracownik tejże, baron bez grosza, diwa bez chęci do życia i stenotypistka. W tle pojawi się portier, lekarz i sam hotel – fabuła to niejako zapowiedź Altmanowskich mozaik, ponieważ nie ma tu jednego początku ani jednego końca. Nie ma tu głównego bohatera, wszyscy są jednakowo ważni i odegrają tu swoją część, nie są jednak bohaterem zbiorowym.

Nie ma w tej fabule niczego wielkiego – ludzie zakochują się, zabijają, kłócą się, przeżywają, dożywają. Jednak sposób przedstawienia jej jest naprawdę wielki, nie spodziewałbym się czegoś takiego po przedwojennym filmie. Każdy aktor odegrał swoje na wysokim poziomie (w wyjątkiem Garbo, która naprawdę jest chodzącą katastrofą i kładzie każdą scenę w jakiej się pojawi), tak jak powiedział to doktor – przyszedł, odegrał swoje, i poszedł dalej. Nawet klimat hotelu udało się utkać – z windy wychodzą pijani goście, portier oczekuje na poród swojego dziecka, ludzie chodzą gdzieś w tle, a więc mimo to, że cała historia toczy się między 2-3 pokojami, jednym korytarzem i barem, ma się wrażenie że to jest naprawdę Hotel. Taki, jakim opisuje go Lewis Stone.

Polubiłem Kringelein, Flaem, barona w sumie też. Szkoda mi było tego ostatniego, i cieszyłem się, gdy podjął właściwą decyzję (ależ to było amerykańskie! Ale w dobrym stylu, więc wybaczam). Jeśli nie będzie wam przeszkadzać teatralność i nadęcie Garbo, spokojnie dacie gwiazdkę więcej ode mnie. Dobry film.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/grand_hotel/

ZATOKA DELFINÓW

Nature Documentary & Crime Documentary, 2009


Kino w potrzebie idiotom takim jak ja, którzy delfiny mają gdzieś, bo kontaktu z nimi nie mają – nawet w wietnamskiej knajpie pod domem brak tych stworzeń. A jednak, film uświadomił mi problem. Twórcy filmu mieli ewidentny problem, to pewne.

Pierwsze przemyślenia pojawiły się po półgodzinie, kiedy to byłem gotów dać osiem – ale tak w sumie to za co? Za relaksacyjny nastrój oceanu i towarzystwa delfinów? Film stwierdza, że delfiny są mordowane i sprzedawane, że w pobliskim delfinarium można patrzeć na delfiny jednocześnie je jedząc. Że nad delfinami pieczę sprawuje tylko jedna organizacja, która istnieje tylko na papierze, a ochrania tylko większe wieloryby, mniejszych butlonosych na przykład, już nie.
Mówi się tu dużo, ale co z tego wynika? Że jedzenie mięsa jest be? Chwila, przecież to bzdura. Za co to osiem chciałem dać, zachodzę w głowę. Za chwilę pojawia się na ekranie Amerykanka która z łzami w oczach opowiada jak widziała krwawiącą rybkę w morzu. Nie wiem, ale ja tu w Polsce zasadniczo jestem świadom, że ubojowi towarzyszy krew, więc na mnie to wrażenia nie zrobiło. Film ma mnie zachęcić do ratowania delfinów? Też chyba nie...

Oglądam dalej – Japończycy twierdzą, że oni szamają delfiny, Europa szamie krowy a Ameryka kurczaki i w ogóle „GTFO, to nasza tradycja, dajcie nam spokój”. Okazuje się, że żadna tradycja, bo Japończycy nie wiedzą nawet, że delfiny są jadalne, ani tym bardziej że Japonia zabija rocznie 23 tysiące tych ssaków. Okazuje się zaraz, że mięso delfinów jest też niebezpieczne, bo jest silnie skażone rtęcią (dopuszczalny limit to 0,004 ppm, podczas gdy mięso delfina zawiera 2000 ppm). Jak więc trafiło do sprzedaży? Ano... Jako co innego. Np. jako mięso z wieloryba. Okazuje się, że Japończycy nie wiedzą, co kupują! A jak wiedzą, to muszą to zjeść – mięso delfinów trafiło do wszystkich stołówek szkolnych w Japonii, a tam jest nakaz jedzenia wszystkiego!...

Nawał informacji (wiecie, że każdy oddech delfinów jest ich świadomą decyzją?), trudny do ogarnięcia, chaotycznie podany. Dużo się mówi, dużo krzyczy, oskarża się wszystkich, spod kontroli się to wymyka po 15 minutach i nie wiadomo, czy myśl przewodnia utrzymała się do końca filmu. Szczerze w to wątpię. Ale dokument oczywiście wart obejrzenia.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_cove/

piątek, 3 września 2010

MOON (Kosmos jednego... człowieka?)

Science Fiction & Psychological Drama, 2009


Znajomy napisał trzy dni temu, że „Moon” będzie mieć premierę kinową w naszym kraju, przy okazji polecając go kolejny już raz. Patrzę do linka i faktycznie – premiera w najbliższy piątek, czyli dziś. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że poprzedniego dnia sprawdzałem premiery na wrzesień, i nic o „Moon” nie pisano...

Pełnometrażowy debiut syna Davida Bowie wyskoczył dosłownie znikąd na nadwiślański rynek, niczym królik z kapelusza, tylko że nie zrobił podobnego wrażenia – w najnowszym FILM-ie nie pojawiła się stosowna notka (wrześniowy numer ukazał się na 4 dni przed premierą), ale przynajmniej Wyborcza się wyrobiła i zamieściła stosowną recenzję autorstwa pana Mossakowskiego. Z całą resztą jest jednak źle – reklamy film nie miał żadnej a na dodatek zdaje się, że „Moon” trafił trafił do Polski w liczbie jednej kopii na cały kraj. Dla wszystkich spoza stolicy to nie jest wesoła wiadomość, cała reszta jednak – w tym ja – jest szczęśliwa, że w końcu zweryfikuje plotki, jakoby ten obraz miał być jednym z najlepszych w gatunku sci-fi ostatniej dekady...

Niedaleka przyszłość, obecnie ziemia w pozyskuje energię głównie z wydobywania helu-3, który znajduje się tam, gdzie światło nie dochodzi – po drugiej, ciemnej stronie księżyca. Całe wykopaliska są zmechanizowane do tego stopnia, że wymagają tylko jednego człowieka – obecnie jest nim Sam Bell (magnum opus Sama Rockwella), któremu niedługo skończy się trzyletni kontrakt i będzie mógł wrócić wreszcie do domu. Skończy się okres, gdy mógł rozmawiać tylko z samym sobą albo z komputerem pokładowym. Na 2 tygodnie przed końcem jednak... coś się wydarzyło. Po pokładzie zaczyna chodzić jego sobowtór – całkowicie normalny i ludzki osobnik. Pytanie, skąd się wziął... I czy na pewno jest człowiekiem.

Fabularnie jest to połączenie pierwszej nowelki z „Dzienników gwiazdowych” Lema oraz środkowej części „Odysei kosmicznej” Kubricka. To pierwsze mogło być inspiracją do dosłownej wieloosobowości głównego bohatera, to drugie dodało od siebie wszechwładny komputer Getry (chyba każdy rozpozna głos Kevina Spacey) oraz sposób na przedstawienie pustki w kosmosie czy wewnątrz bazy (niektóre korytarze to niemal kopia „Odysei...”). Jones wymieszał te dwa elementy i wykorzystał do przedstawienia własnej myśli – chodzi tu przede wszystkim o morał historii Sama oraz emocje.
Arcydzieła może nie stworzył, ale solidną robotę i owszem. Cały przebieg fabuły – mimo że oryginalny – jest przewidywalny już po pół godzinie. Sam reżyser zbyt się spieszy z wyjawieniem wszystkich tajemnic, zostawiając sobie za mało materiału na resztę filmu. Udaje mu się jednak dobrze opowiedzieć i zwieńczyć historię zadowalającym zakończeniem – które można nawet określić jako otwarte. Tak, fabuła na pewno jest jednym z powodów, dla których warto film obejrzeć, szczególnie jeśli jest się fanem klasycznej fantastyki.

Przede wszystkim jednak, zachwycił mnie Sam Rockwell. Napisałem wyżej, że ta rola to jego magnum opus – i nie ma w tym przesady, a nawet jest to prawdopodobnie najlepszy pokaz aktorstwa jako takiego w historii. Owszem, zawdzięcza to formie filmu – ale działa to w obie strony. Jest jedynym aktorem w filmie, który nie pojawia się tylko w przyprószonym monitorze (rodzina Sama, jego szefowie) albo nie posługuje się tylko głosem (wspomniany Spacey), ale gra całym sobą od początku aż do końca filmu. Mało tego, w końcu gra rolę podwójną – jako swój sobowtór, żyje ze sobą, kłóci się z samym sobą, a nawet się ze sobą bije. Technologia to umożliwiła, jednak to dzięki Rockwellowi wygląda to w pełni realistycznie. I na tym nie koniec – Rockwell stworzył jednocześnie na ekranie dwie różne postaci. Wytworzył między nimi kontakt – z początku negatywny, potem sprawił, że się zaprzyjaźnili i wspierali. Sprawił, że widz czuje zupełnie inne emocje do każdej z postaci, odróżnia ich po mimice, a nie dzięki kombinezonowi i podbitemu oku. Dzięki temu Sam Bell stoi teraz obok Fostera Kane’a i Daniela Plainview na podium najlepiej zagranych postaci wszech czasów, a biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia – nad nimi. Oklaski na stojąco.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/moon/

sobota, 12 czerwca 2010

Kobieta i mężczyzna

French New Wave & Romance, 1966


Jak zwykle u Leloucha zachwyca niekonwencjonalna narracja, przedstawienia losów bohaterów i ich samych. Opowiada dialogami, spojrzeniami, obrazami („Co robi twój mąż?” i kilka kadrów z samochodami, bez żadnej narracji słownej). Niemal każdy element tej historii jest opowiedziany w taki inny, ciekawszy sposób, od tego, do którego się w kinie przyzwyczaiłem.
Oczywiście to nijak nie zasłania cienizny fabularnej. Ot, znajomość dwojga płci – maksymalnie typowo, spokojnie, bez słabych momentów – ale tych lepszych też nie ma. Poznają się, rozmawiają 20 minut, patrzą na siebie kolejne 10, myślą o sobie kolejne 10... Straszna nuda i brak życia w tym jest, szczęście że technicznie film wymiata.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/un_homme_et_une_femme/

poniedziałek, 3 maja 2010

Uwolnienie

New Hollywood & Psychological Thriller, 1972


4 znajomych wybiera się na weekendowy spływ kajakowy przez rzekę, która za kilka miesięcy przestanie istnieć, bo powstanie tam zalew. W filmie zawarto wszystkie elementy tej historii – przyjazd, poznanie tubylców i zawarcie z nimi umowy, przepływ, zakończenie. I tylko w tym ostatnim zdarzają się dłużyzny. Reszta filmu jest już skumulowana i trzyma w napięciu. Bo sam spływ, mimo że okaże się tak trudny jak w opowieściach, nie jest tu najważniejszy – w lesie czają się różni ludzie...

Jest to solidne, męskie kino – 4 facetów zmagających się z żywiołem, machających bicepsami, wrzeszczących i zadowolonych z siebie, gdy tylko uda im się przeżyć... Są w stanie się wesprzeć, a w sytuacji krytycznej – ocalić nawzajem. Konflikty będą, i owszem.
Najbardziej o tej męskości świadczy scena następująca po tej, w której Ed nie umiał zabić łani: rozmowa nad rzeką i „Znałem świetnych strzelców, którym na widok żywego celu trzęsły się ręce”.

Najlepsza jednak jest tu scena wspólnego grania z tubylcem zaraz na początku – to jak się rozwija i to, co wywołuje u oglądającego... Geniusz.

Na pochwałę zasługują też zdjęcia – to często wyglądało jak film Angelopoulosa.

Jakieś wady? Drobne: Lewis po odniesieniu ran skamle trochę za bardzo ja na takiego twardziela, jakim był wcześniej; ręka trupa Drew za pierwszym razem szokowała, ale im dłużej na to patrzyłem, tym dłużej... chciało mi się rechotać. No i trochę mało jedli przez te kilka dni...;-)


7/10
http://rateyourmusic.com/film/deliverance/

środa, 28 kwietnia 2010

Ziemia niczyja

War & Black Comedy, 2001


Znakomite kino antywojenne na poważnie – i nie tylko.

Dolina. Po obu jej stronach przebiegają dwie linie frontu – Serbckiego i Bośniackiego. Pośrodku doliny jest okop – a w nim, w skutek różnych działań skryto-sprawdzających, spotykają się przedstawiciele obu nacji. Problemem są już sami dla siebie, ale jeden z nich okazuje się być w kiepskiej sytuacji – budzi się z miną pod sobą. Jeśli się ruszy, wszystko w promieniu 50 metrów zniknie.

Czy film faktycznie jest miniaturą „bałkańskiego tygla”? Nie wiem i w sumie małą to ma dla mnie wartość. Liczy się brawura tego filmu i to w jakim stylu nabija się z konfliktów jako takich, a wojennych w szczególności. Z niesamowitych dialogów, złożoności burdelu jaki się nakręca w trakcie filmu (wystarczy powiedzieć, że do akcji, poza Bośniakami i Serbią, włączy się jeszcze banda dziennikarzy, Francuzi, Genewa oraz ONZ) oraz lekkości filmu – mimo że nie zawsze jest to komedia.

„Kto zaczął wojnę? No, kto?!”.;-)


7/10, ulubiony.
http://rateyourmusic.com/film/no_mans_land/

czwartek, 18 marca 2010

Paryż, Teksas

Drama & Road Movie, 1984


"4 lata... Czy to dużo? 4 lata?"

Sceny otwierające są rewelacyjne! Główny bohater - Travis - zostaje znaleziony, stwierdzono u niego amnezję, dzwonią po jego brata. Ten przyjeżdża do niego, do Texasu, z chęcią zabrania go do domu. Travis zniknął kilka lat temu, zostawiając syna i żonę. Jego brat - Walt - próbuje go wypytać, co się z nim stało. Czemu próbuje odejść, do czego zmierza. I co najważniejsze - próbuje zmusić go do mówienia. Bo Travis cały czas milczy.

Pierwsze ~1/2h to majstersztyk. Jednoosobowy dialog (?): Walt stwierdza, że już uznali Travisa za martwego. I to wymowne spojrzenie mówiące "A co sprawia, że teraz już nie jestem?". Piękne zdjęcia - plenerowe, panoramiczne. Pojedyncze brzdęknięcia gitary. Mniam.

Co jest potem? Zostają piękne zdjęcia... I to tyle. Travis się odzywa, wyjaśnia o jaki Paryż chodzi w tytule. Głównym motywem staje się jego relacja z opuszczoną rodziną. Motyw dalece mniej intrygujący od jego milczenia na początku, choć nadal dobry. Sukcesem jest już nazwanie Travisa przez jego syna "Tatą". Jest tu trochę żartu ("Jak możesz mieć dwóch ojców?; Nie wiem, widać mi się poszczęściło"), trochę... smutku (rozmowa przez weneckie lustro). Jest też trochę wkurwiania widza postacią żony Walta ("Może Travis nie chce oglądać tego filmu?").

No i na koniec kilka wpadek, m.in. Travis nie musi spać, ale w scenie w której powinien czuwać (oczekiwanie pod bankiem na Jane), ucina sobie drzemkę. Skutek - zobaczycie. Kilka minut wcześniej Hunter mówi, że "będzie miał wtedy 8 lat". Ale to będzie jeszcze grudzień, podczas gdy Walt twierdzi na początku filmu, że 8 lat skończy dopiero w styczniu.


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/paris__texas/

wtorek, 16 marca 2010

PONYO

Anime & Children's, 2008


Magia!

Ponyo to malutka złota rybka. Nietypowa, nie tylko dlatego że kiedy tylko jej się zechce, to może wyhodować sobie ludzkie kończyny i nauczyć się mówić po japońsku. Jest też córką Bogini Mórz i Czarownika, który nienawidzi ludzi. Ponyo nie lubi swojego ojca, więc ucieka. Trafia w ręce Sosuke – 5letniego chłopca. I bardzo jej się spodoba człowiek sam w sobie. Zapragnie nim być...

Miyazaki osiągnął tym filmem coś, co zawsze było gdzieś w tle jego filmów: zachowanie na taśmie filmowej... dzieciństwa. Brało się przyjaciela, kartkę, rysowało się wspólnie kilka kresek i krzyżyk by udawać że to mapa skarbów i zniknąć do wieczora. Wracało się z kamieniem i mówiło mamie: „Patrz, znaleźliśmy skarb!” a ona kiwała głową i gratulowała. O uczuciach, które towarzyszyły takim zabawom, jest ten film.



Do pewnego momentu ten film balansuje na granicy fantazji, po przekroczeniu której wkracza się do wyobraźni Sosuke. W tym świecie Ponyo naprawdę była rybką. A zacięcie na palcu zagoiło się. Sosuke podchodzi do okna i, widząc że sztorm ucichł i morze jest już spokojne, stwierdza cicho: „To dlatego, że Ponyo zasnęła”. A poza tą granicą jest rzeczywistość. Jest rybka i jest dziewczynka. Jest sztorm i są zwidy. Do diabła z nią.

Ostatecznie, ta granica zostaje przekroczona. Lisa rozmawia z Boginią. Ale i tak nie granica była ważna, tylko to co za nią. Ten cudowny świat, który minął i teraz siedzi już tylko w filmach Miyazakiego.


7/10 (było 8/10, ale obejrzałem recenzję Nostalgia Critica, miał rację)

piątek, 12 marca 2010

Nostalgia anioła

Fantas & Melodrama, 2009


Melancholijny śpiew z zaświatów...

Bohaterką nowego filmu Jacksona jest młoda kobietka imieniem Susie. Mieszka na przedmieściach, ma kochającą rodzinę i przeżywa akurat pierwszą miłość. Jest narratorem całej opowieści, który - mimo że martwy – radzi sobie z tym zadaniem całkiem nieźle. Tak, Susie nie żyje, umiera zaraz na początku filmu, dokładnie 6 grudnia 1973 roku. I tylko tyle, zastrzegam – mimo iż wszystkie recenzje i opisy zgodnie twierdzą, że Susie została przy tym również zgwałcona, w samym filmie nie ma nawet sugestii ku temu.

Susie po śmierci nie idzie dalej, ale pozostaje między światami. Obserwuje, jak rozwija się życie rodziny którą opuściła, swojego mordercy który wciąż przechowuje jej ciało czy też dziwnej dziewczyny, która wie co się stało z Susie. Nie bardzo jednak wiem, jaki był cel tej obserwacji. Z recenzji pana Burszty, który najlepiej to ujął: „Film jest opowieścią o tym, co dzieje się po życiu, o konieczności zaakceptowania świata bez siebie, jak i o konieczności zaakceptowania przez najbliższych jej nieobecności”. Takie podejście do tematu ma ręce i nogi, owszem. Ale w filmie nie ma to żadnej konsekwencji. Susie i owszem, po wielu miesiącach mówi „Żegnajcie”, kiedy to wszyscy godzą się z jej śmiercią, szczególnie matka która nie umiała sobie poradzić z odejściem córki, więc wyjechała. Jest tylko jeden problem: czemu przez pół filmu oglądałem Susie i jej inny świat, skoro nie miała ona żadnego wpływu na rozwój akcji?

Niestety, największy plus „Nostalgii...” to równocześnie największy minus – wyśnione krajobrazy są wyłącznie sztuką dla sztuki. Gdy tylko wyobrazić sobie ten film bez owych zbędnych scen, wychodzi totalna pustka. Historia nawet przez minutę nie jest w stanie zainteresować – bo nie ma jak, ani czym. I niekoniecznie jest to wina złego przedstawienia sytuacji – najczęściej jest ona nijaka sama w sobie. Morderca siedzi cały czas w domu, ojciec kłóci się z matką przy użyciu miałkich dialogów, czego efektem jest wyjazd matki do dalekich krajów oraz przyjazd teściowej – wyjątkowo antypatycznej postaci: alkoholiczki i nałogowej palaczki. To ktoś, kogo się określa „wrakiem człowieka”, jeśli się chce być uprzejmym. Jednocześnie jest to ktoś, kto wie najlepiej, co powinno się zrobić, by było lepiej – i nie ma w tym cienia ironii. Gratulacje dla osoby, kto napisała tak sprzeczną postać. Oprócz niej na ekranie przez kilka minut pojawia się jeszcze pierwsza miłość Susie, chłopak imieniem Ray. Nie bardzo wiadomo, co się z nim dzieje – czy fakt, że czekał przy Altance miał oznaczać jego wielkie cierpienie? Przecież jej nie znał.

Takich właśnie dziur jest tu naprawdę sporo, i wszystkie co do sztuki są zasypywane wspaniałymi wizjami miejsca, w którym przebywa Sosie. Miesza się tam lęk z cierpieniem, radość ze szczęściem. Ich rozmach i pomysłowość zachwyca całkowicie. Tym bardziej szkoda, że tylko dla nich warto wybrać się do kina. Chyba, że ktoś jest fanem Saoirse Ronan – od czasów „Pokuty” poczyniła znaczny postęp w swoim warsztacie aktorskim a oglądanie jej jest po prostu przyjemnością (nie tylko w kategoriach estetycznych).


5/10
http://rateyourmusic.com/film/the_lovely_bones/

środa, 10 marca 2010

Wilkołak

Werewolf & Gothic Horror, 2010


Po pierwsze, za szybkie wprowadzenie. Początek wygląda następująco: chłop z latarnią wchodzi do lasu i woła w przestrzeń (jest oczywiście sam, i to po ciemku). Chwilę później dostaje od czegoś włochatego w brzuch i pysk. Robi w tył zwrot i biegnie. Plener, więc ma sporo do przebiegnięcia. Mniej więcej w połowie trwania ujęcia, z offu kobieta czyta list, który właśnie pisze: mój narzeczony zaginął (chociaż widać, że chłop jeszcze biegnie). W dalszej części listu jest prośba do brata tego, co zniknął, by przyjechał – tu już ujęcie chłopa trzymającego list (pewnie ten sam, co był pisany przed chwilą) jadącego pociągiem i gapiącego się w okno. A tempo nie ma zamiaru zwolnić jeszcze przez dłuższą chwilę.

Do czego zmierzam? Że reżyser daje widzowi jasno do zrozumienia: fabuła jest tu nie ważna. Ogólny zarys, zarówno historii jak i postaci, jest przedstawiony w takiej właśnie migawce trwającej może z 10 minut. Żaden z tych elementów nie jest potem tknięty. Bo o odpowiedzi na zagadkę „Kto jest wilkołakiem?*” widz może się dowiedzieć z rodzimych recenzji, tudzież opisów filmu podyktowanych przez producentów filmu. Chociaż i tak wątpię, by ktokolwiek z niecierpliwością na to czekał. To jest nieistotne.

Więc, co jest istotne w tym filmie? Wątek, w którym Gwen chce pomóc Lawrencowi, bo – jak stwierdziła cygańska wiedźma - tylko kobieta która go pokocha, może mu pomóc? Wątpię, by sami twórcy wiedzieli, o co z tą pomocą chodziło. Najwidoczniej skupili się tylko na tym, by cała kwestia odpowiednio zabrzmiała i na tym ich inwencja się skończyła. Pomysł się zakopał, choć w filmie gra pierwsze skrzypce.

To może walka tytułowego człowieka zarażonego likantropią z samym sobą – czuł odrazę do siebie, chciał się zabić... Chciał jednak tylko w sytuacji, gdy był skuty i nie mógł sam się zabić. Potem, gdy tylko się uwolnił (i pogryzł kilku) już nie myślał o samobójstwie. Cały pomysł idzie do piachu, ustępując wątkowi zemsty.

Strona techniczna? Ładne pagórki we mgle, w jednej scenie. I płonący pokój w końcówce też zrobił na mnie wrażenie. Charakteryzacja wilkołaków zrobiła swoje, ale wolałbym, by ich przemiana była bardziej poważna. Tak z 5 lat mniej na karku i był zarechotał na całą salę.

Z aktorów szczególnie spodobał mi się Del Toro. No, chyba że naprawdę grał pijany (sądząc po wyrazie twarzy), wtedy należą się baty. Hopkins wałęsa się po kątach, cytując drętwe kwestie z marnego scenariusza („Źle zrobiłeś” gdy jego syn obudził się pod drzewem cały we krwi; „Trzymaj się” gdy policja zgarnęła jego syna, przy okazji dziwacznie się krzywiąc; „I przy okazji, kocham Cię”). Emily Blunt i Hugo Weaving zagrali najgorzej – po każdym ich ruchu widać, że nie wiedzą co robią. Chociaż to w sumie nie ich wina.


4/10


PS. Pozdrawiam gościa, który zrobił polskie napisy. „Racjonalny mózg” wymiata.

wtorek, 9 marca 2010

Usłyszcie mój krzyk

Documentary, 1991


Kilka słów o "Usłyszcie mój krzyk" Drygasa. Nie jest to film pełnometrażowy, przez co nie zapisuję go w kronice, a wielu spośród was (Amer, Shalafi, Grifter) już go za to skreśliła - a tym samym to co zaraz napiszę. Mimo to: trwa niecałe trzy kwadranse i zasługuje na kilka zdań. Oto one...

Każdy pewnie słyszał (choćby z parodii w "South Parku") o mnichu, który w ramach protestu się podpalił, w skutek czego zmarł. A posłuchajcie tego: we wrześniu 1968 Ryszard Siwiec w trakcie uroczystości dożynkowych na Stadionie X-lecia podpalił się w obecności 100 tysięcy ludzi, żeby zaprotestować "przeciwko komunistycznemu totalitaryzmowi i wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji". Liczba osób, która dowiedziała się o tym wydarzeniu, była niewielka. Transmisja radiowa nie zareagowała na to wydarzenie. Ludzie którzy chcieli ugasić Siwca, zostali później poinformowani że był to bezdomny wariat, wróg systemu. Inni sobie to dopowiedzieli. O wydarzeniu nie napisały gazety. Nikt nie usłyszał krzyku. Siwiec zmarł kilka dni później w szpitalu.

Oceniając film, mimo wszystko nie oceniam tego wydarzenia ("Pokochał wolność ponad własne życie" - ?). Czy Siwiec dobrze zrobił. Takich sytuacji nie można ocenić na podstawie nawet tak dokładnego omówienia tematu, jak zrobiono to w filmie (co ważniejsze, film sam w sobie również nie ocenia). Co więc ja oceniam?

Drygas sprawił, że usłyszałem ten krzyk. To jego największa zasługa. Fenomenalne, autentyczne nagranie (kiedy zorientowałem się, kto to mówi, stało się jeszcze ciekawiej). Poznałem tę historię: relację świadków, nagranie tego wydarzenia. Ludzi, którzy się tłumaczyli: czemu nie powiedziano o tym w transmisji radiowej. Czemu zarejestrowano zaledwie 7 sekund. Poznałem całą sytuację - przygotowania, pisanie testamentu. Rodzinę Siwca. Reakcję na jego śmierć. Opowiedziano tę historię tak, by o niej nie zapomnieć. By krzyk nadal był słyszalny.


8/10

"Wziąłem marynarkę, zeskoczyłem szybko, znaczy zbiegłem, i starałem się tego człowieka ugasić, poprzez zarzucenie marynarki na głowę. Udało mnie się to, 2-3 sekundy przytłumiłem ogień i w momencie, w którym poczułem straszne gorąco od spodu (...) Płonął, wokół ludzie krzyczeli ..."

piątek, 26 lutego 2010

Pocałunek o północy

Mumblecore, 2007


Szczerze o związkach damsko-męskich. Pewnie wam się nie spodoba.

Główny bohater to samotnik, któremu zbliżająca się trzydziestka w kalendarzu zaczyna coraz bardziej ciążyć – szczególnie, że zaraz sylwester. Zapisuje się więc na portal randkowy. Pierwszy telefon, pierwsza dziewczyna, pierwsza okazja...

W odróżnieniu od „Przed zachodem słońca”, nie ma tu udawania, że związek tych dwojga jest niewiadomo czym. On pisze szczerego maila do swojej byłem, ale woli go skasować i napisać od nowa, serwując jakieś fałszywe duperele. Siedzi w domu, pali zioło, użala się nad swoim życiem. Masturbuje się przy zdjęciu dziewczyny swojego kumpla, uprzednio ulepszonej w photoshopie. Gdy odbiera telefon, zgadza się na wszystko.
Ona mówi wprost, że umówiła się z kilkoma kandydatami naraz, a wybierze tego, który najbardziej się jej spodoba. Umawia się, nie podając szczegółów co do swojego wyglądu. Przychodzi w ciemnych okularach, ignoruje jego uwagi o tym, żeby przestała palić bo tego nie lubi.

Jest w tym filmie niebezpieczna generalizacja. Niebezpiecznie prawdziwa. Ona dyktuje warunki, traktuje go jak chce – i ma rację. Bo jak inaczej traktować kogoś takiego? Tak, brakuje mu oparcia. Tak, czuje presję samotności. I wybiera zadowolenie się iluzją oparcia. Kibicowanie tej babie było wielce satysfakcjonujące.


7/10

- Czego szukasz?
- Miłości swojego życia.
- Na portalu randkowym?

sobota, 13 lutego 2010

Żebro Adama

Screwball Comedy, 1949


O związkach damsko-męskich z punktu patrzenia 3 latka.

Mąż zdradza żonę, żona kupuje broń i strzela do męża. Niestety, z zamkniętymi oczami i nie trafia. Staje przed sądem z zarzutem usiłowania zabójstwa. Przez tą sprawę powoli rozbija się małżeństwo adwokatów: ona staje po stronie zdradzonej żony, on po stronie męża. On uważa, że każde zabójstwo (nawet sama próba) powinno być ukarane, ona uważa, że kobiety nie są równe facetom i na tym opiera linię obrony.

Dziś nic tu nie jest godne uwagi. XXI wiek to taki okres, gdy dyskryminacja jest zajebista (powiecie szefowi że jesteście Żydami i już nie może was zwolnić, bo go do sądu podacie za dyskryminację) i nikt nie chce równouprawnienia, bo bez niego jest wygodniej. Co więc ten film ma do zaoferowania, skoro jego misja już jest nieaktualna? Hm, nic. No dobra, czekoladowy pistolet mnie rozwalił, był absolutnie cudowny. Ale oprócz tego humoru tu w ogóle nie ma. Nawet postać błyskotliwego (przeważnie) adoratora Amandy okazuje się koniec końców żałosny („kocham Cię, bo mieszkasz blisko” eee?). Jak na komedię, film się nie sprawdza.

Więc trzeba wrócić i zając się tą misją, najwyraźniej tylko tu są jakieś poważne zalety. Tego jednak... Nie ma. Całe to przedstawienie jest naciągane, wygładzane, nadymane i jednostronne. Kasia drze ryja, że kobiety mają gorzej i dlatego żona powinna zostać uniewinniona. Spencer twierdzi, że każda próba zabójstwa powinna być karana, bez względu na powody i kto kogo zabija. Potem podane jest kilka faktów z życia żona i męża: mąż traktował ją źle, miała prawo do tego co zrobiła (niekoniecznie w ten sposób, ale jednak). Żona jednak się odgryzała – nikt tego faktu nie wykorzystuje. Dramat sądowy z tego żaden.

Tak naprawdę liczą się tu relacje małżeństwa adwokatów. To tu widać, jak skrajnie niedorobiony jest to film. Kasia nieustannie filtruje, drze ryja bez powodu i ma w dupie męża. Mąż przez cały film nie jest sam na sam w pobliżu kobiety, jest upokarzany, szydzony, nie rozumiany i na koniec: wygoniony z domu. Świetnie obrazuje to scena masażu: on coś głupiego powiedział (chyba), ona dała mu klapsa. Ona powiedziała coś głupiego, on dał jej klapsa. Tylko że klaps od niego był biciem i powodem do gigantycznej awantury. Jeee...

Mam zarzuty do postaci Spencera – to duży chłopiec, który gdy jest urażony po prostu milczy. Jednocześnie podnieca się i gubi wątek, gdy żona odsłoni o centymetr spódnicę.
Na dodatek, płynie z tego dziwaczny i kauowy morał: problemy małżeńskie są niewykrywalne z początku, a rozwiązać je można tylko przy pomocy osób trzecich, najlepiej na koniec zażądać rozwodu. Nie istnieje tu coś takiego, jak poważna rozmowa w stylu „Kochanie, mamy kłopoty w naszym małżeństwie, trzeba je rozwiązać”. Nic dziwnego, żadna ze stron nie wyrosła z piaskownicy – a to, że ich małżeństwo jest dalekie od czegokolwiek pozytywnego widać po 5 minutach filmu, a potwierdza domysły choćby rozmowa po przyjęciu: on nie robi jej wyrzutów, że mu nie powiedziała. Tylko że żąda, by rzuciła tę sprawę. Bez komentarza.

Aha, film jest o dobre 20 minut za długi, mógłby się skończyć zaraz po procesie: Kasia wygrywa jako adwokat, ale przegrywa jako żona. Że bez sensu? Ale krócej. Z drugiej strony, nie byłoby wtedy czekoladowego rewolweru. Ciężki wybór.


4/10