Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ulubione. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów


****SERIALE****


Newhart - 6/10. Coś na kształt "Hotelu Zacisze" w wersji amerykańskiego sitcomu lat 80. Główny bohater - Dick Loudon - jest pisarzem i przeprowadza się do Vermont, gdzie razem z żoną otwierają motel i mają przeróżne perypetie oraz poznają wielu niezwykłych przyjaciół: notorycznego kłamcę Kirka, próżną pokojówkę Stephanie, dziecinnego George'a złotą rączkę oraz najlepszy element całego serialu, czyli trio Larry, Darryl i Darryl - rodzeństwo braci dzielących jeden mózg, z czego dwóch nie mówi; typowi wieśniacy, potulni, zdolni do wszystkiego i uwielbiani przez publiczność. Sam Dick bardzo mocno kojarzył mi się z Johnem Cleese, chociaż to nie jest dobre porównanie. Grający Dicka Bob Newhart jest flegmatyczny, zamknięty w sobie i ostrożny; wyobraźcie sobie Martina Freemana grającego introwertyka i macie Dicka. Humor jak na sitcom opiera się na paru schematach, w tym wypadku jest to postawienie bohaterów w sytuacji, do której nie pasują. Dick nagle dostaje propozycję, aby prowadzić program w telewizji, na co zgadza się, ale okazuje się, że producenci chcą, aby program był popularny, więc mamy kontrast, który rodzi humor. Nasz bohater z rezerwą i kamienną twarzą próbuje prowadzić program, którego gość przyprowadził do studia najmniejszego konia na świecie. Ten odcinek mocno przypomniał mi o dokonaniach grupy Monty Pythona. Bohaterowie "Newhart" to ogromna zaleta serialu, bo są to ludzie których chciałem zobaczyć ponownie, i autentycznie ucieszyłem się kiedy zobaczyłem na IMDb, że Larry, Darryl i Darryl pojawiają się w ponad połowie odcinków. Drugi ważny czynnik to humor, który oferował mi ciepło. Nawet jeśli odcinek jako całość nie był najlepszy, to wciąż dostawałem swoją dawkę odprężenia. W późniejszych sezonach to zaczęło się zmieniać. Sytuacje budowane wokół Dicka były coraz bardziej męczące i niesprawiedliwe (oskarżyli go w jednym odcinku, że jest kosmitą), a bohaterowie drugoplanowi stawali się centralnymi twarzami odcinków, a tego nie chciałem (po co mi Stephanie?). Absolutne dno to odcinek "The Nice Man Cometh" w którym Dick jest gościem programu wieczornego, w którym nic innego nie robią poza obrażaniem naszego bohatera. Ale odcinek finałowy faktycznie warto zobaczyć. Ciekawy pomysł i skuteczna egzekucja, chociaż zabrakło emocji i poczucia pożegnania.



Najlepsze odcinki "Newhart" (kolejność chronologiczna)
1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony?)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart
...po obejrzeniu 40 odcinków.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Widziałem w maju dobre seriale. I filmy.

Panie, panowie - ostatnie cięcie ("Final Cut", 2012) - 6/10. Film złożony z innych filmów. To nadal jest normalna fabuła, ale tutaj, zamiast kolejny raz kręcić, jak ktoś idzie ulicą, to wzięli jakiś inny film, w którym pojawia się scena chodzenia po ulicy, wycięli ją i wsadzili ją tutaj. Da się za tym nadążyć, i ogólnie jest to strasznie ciekawa awangarda, w którą włożono od cholery wysiłku. Zmontowane to jest bajecznie, i chociaż przez pierwszą minutę byłem nastawiony negatywnie (co to, YouTube?), to podczas seansu właściwego bawiłem się znakomicie. Razem z przyjaciółmi krzyczeliśmy co sekundę tytuł filmu, z którego wycięto dany fragment. Świetna zabawa. Na raz. Jeśli obejrzeliście kilka tysięcy filmów i chcecie to świętować, nie ma lepszego wyboru niż seans "Final Cut" właśnie. GARRET POLECA!


Go Get Some Rosemary (2009) - 4/10. Ojciec który jest bardziej kumplem dla swoich dzieci niż rodzicem. Zaskakujące, że wszystkie te niezależne tytuły tworzone przez artystów-indywidualistów wyglądają identycznie. W ich rękach kamera jest jak zupka chińska. Smakuje tak samo i prezentuje się identycznie. Chociaż przyznam - tym razem nie ma ambientu który brzmi jakby ktoś zasnął na jednym klawiszu. Reszta jest bez zmian, w tym i niżej omawianym "Bóg wie co" (ci sami twórcy zresztą). Oba oglądasz przez 30 sekund i już wiesz wszystko co te tytuły mają do zaoferowania, czyli nic. Trwają tak długo, że nie mogą się skończyć, a gdy przychodzi ostatnia scena... To jest to scena jak każda inna, tylko zaczynają nagle lecieć napisy końcowe.



Złoty środek (2009) - 2/10. Film w którym kobieta przebiera się za mężczyznę, i nikt nie zwraca na to uwagę. Trochę jak Superman, tylko bez nadziei i całej reszty, a zamiast tego upchnięto do tego filmu kilka grupek które opowiadają między sobą jakieś słabe dowcipy. I w jakiś sposób jest to filmem. Najlepszy moment był na napisach końcowych, gdy jednego gościa określono "mistrzem oświetlenia". Nie chcę być niemiły, ale są tutaj sceny, w których ta sama twarz na oddaleniu jest oświetlona, a przy zbliżeniu jest dosłownie skryta w cieniu.





****SERIALE****



Kochane kłopoty, sezon 1 ("Gilmour Girls", 2000-01) - 7/10. W maju wróciłem do Netflixa, więc chciałem kontynuować "GG"... Ale stwierdziłem, że skoro tak lubię ten serial, to po co mam się śpieszyć? Obejrzę go od początku w całości, bez przeskakiwania żadnych odcinków. To nie jest konieczne, bo wiele epizodów jest samodzielnych, ale co ja poradzę? Samo oglądanie tej produkcji sprawia mi przyjemność. Rory idzie do drogiego liceum, dzięki czemu uda jej się dostać do Harvardu, ale by mieć na to pieniądze jej matka musi dogadać się z jej bogatą babcią. Dziadkowie wyłożą pieniądze, ale oczekują, że to odbuduje ich relacje rodzinne, i te wszystkie trzy pokolenia będą spotykać się raz w tygodniu na kolacji. To sprawia okazję do rozwiązywania wszystkich problemów wewnętrznych, jakie ci ludzie mają (Lorelai, mama Rory, urodziła ją mając 16 lat, przez co okryła swoich rodziców hańbą). Rory z kolei poznaje swojego pierwszego chłopaka, i spędza z nim czas. Swój pierwszy pocałunek, taniec i kłopoty w związkach. Uwielbiam obraz młodych w tym serialu. Ludzi, którzy niewiele wiedzą i popełniają błędy, wciąż jednak zasługują na drugą szansę. Nie stają się dupkami, bo nie wiedzieli lepiej, i idą do przodu. Uczą się życia na swoich wzajemnych przykładach. Tak właśnie powinny wyglądać seriale o dorastaniu.

poniedziałek, 1 maja 2017

Widziałem w kwietniu dobre filmy i seriale.

Kwiecień to głównie Amazon Prime z dodatkami Brown Sugar oraz HBO GO, czyli mamy tu sitcomy, Batmana, kino nieme i blaxploitation. Plus, to najwyraźniej był ostatni gwizdek aby obejrzeć "Split" i nie mieć zepsutego seansu przez newsy z całego świata o kontynuacji tego filmu, które zdradzały unikalny i niespodziewany zwrot akcji z finału. Jak widać to nie tylko w Polsce nie ma już prawdziwych dziennikarzy, ale to generalnie problem całego świata. Film miał premierę światową w styczniu, a w kwietniu już odbierają tobie wolność i przyjemność z oglądania. Cóż, jak widać najpierw trzeba urodzić się tak z 15 razy aby w tym czasie obejrzeć wszystkie filmy jakie wyprodukowano do chwili obecnej, i dopiero potem będzie można zaglądać na strony z newsami. Taki ich wybór. Ja się dostosuję.

A w maju wracam na Netflixa. Nareszcie...



****SERIALE****




Batman: The Animated Series, sezony 1-4 (1992-95) - 7/10. Parę lat temu obejrzałem 19 odcinków. Teraz doobejrzałem 17 kolejnych, i chyba jestem gotów pisać o całości. Podział na sezony nie ma tu większego sensu. Pierwszy niby liczy 60 odcinków, kolejne po 10 i mniej, a na Amazon Prime gdzie oglądałem ten serial serie liczą po 20 odcinków i konkretnych epizodów szukałem gdzie indziej niż wydawało mi się, że je znajdę. Każdy odcinek to oddzielna przygoda Batmana - człowieka w kostiumie Nietoperza, który walczy samowolnie z przestępcami. Produkcja ta jest familijna, skierowana głównie do dzieci, i to często hamowało twórców i scenarzystów. Jednak o wiele istotniejsze jest, jak wiele mimo to udało im się zrobić. Podejmowali wiele ryzyka i przekraczali granice standardowych seriali animowanych. Czarne charaktery wypowiadają cięte riposty, bijatyki są bezkrwawe, a historie często uproszczone (trzymamy Batmana na muszce aż do momentu, gdy ktoś go uratuje, zamiast zastrzelić typa od razu). Ale przy tym tor fabuły często jest nieoczywisty - nie wiemy, dokąd odcinek zmierza. W najlepszych epizodach czuć nutkę tragedii, a przeciwnicy Batmana często okazują się zasługiwać na współczucie. Pingwin po wyjściu z więzienia zostaje wykorzystany przez społeczeństwo. Harley wraca do społeczeństwa nie znając zasad "normalności" i przez to wpada w kłopoty. A człowiek, który zabił Batmana to mały knypek bojący się własnego cienia - zamiast go nienawidzić, wolimy mu kibicować, aby uszedł z życiem. Dla większości młodych widzów takie odcinki to wyzwanie! Najlepiej wspominam właśnie te odcinki, które są tragiczne. W których Batman nie ściga przestępcy aby mu przylać, ale by mu pomóc.



Najlepsze odcinki "Batmana: TAS" (chronologicznie)

1. "Heart of Ice" (1x03)
2. "Appointment in Crime Alley" (1x12)
3. "Two-Face" (1x17-18)
4. "Perchance to Dream" (1x27)
5. "Almost Got 'im" (1x35)
6. "The Man Who Killed Batman" (1x49)
7. "Birds of a Feather" (1x52)
8. "Mudslide" (2x02) - najlepszy!
9. "Second Chance" (3x02)
10. "Baby-Doll" (3x14)
...po obejrzeniu 36 odcinków.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Podsumowanie muzyczne 2016 roku Garreta Rezy

Moje ulubione piosenki 2016 roku. 
Kolejność bez większego znaczenia.



Ale "Redbone" i "Higher" jest uczciwie na szczycie.

wtorek, 17 stycznia 2017

Podsumowanie osobiste 2016 roku. Nowy tryb życia

Uwaga - to nie jest podsumowanie najlepszych filmów ubiegłego roku, ani w ogóle nie robię tutaj żadnych rankingów. Na wybór najlepszych piosenek, seriali i produkcji fabularnych przyjdzie jeszcze czas. Teraz chcę napisać o tych rzeczach które działy się ostatnio w moim życiu, a nie są prywatne.

2016 rok był dla mnie bardzo ważny. Nie tylko dlatego, że obejrzałem "The Shield", skończyłem pisać scenariusz filmu fabularnego "Kara ludzka" oraz pojechałem pierwszy raz na Festiwal Pięć Smaków. Istotny jest też fakt, że zacząłem studia. A to wpłynęło na mój tryb życia. 

Moją aspiracją było bycie lepszym człowiekiem, więc wybrałem kierunek garretyzacji, gdzie uczę się takich rzeczy jak garretyka oraz garretologia. Będę lepszym Garretem. Same studia to temat na oddzielny tekst (a nawet podcast, od lat 18) - w skrócie jest to nadal żart z edukacji. Ale w porównaniu do szkół podstawowych i średnich to jest tak gigantyczna różnica, że nie mam problemu z płaceniem za nie. Wybrałem formę niestacjonarną, i dojeżdżam co drugi weekend na uniwersytet, gdzie siedzę 12 godzin dziennie, od piątku do niedzieli.

Dodać do tego pracę w ciągu tygodnia... To musiało wpłynąć na mój rytm życia. Ale znalazłem sposób, by pogodzić ze sobą różne elementy. Własne teksty, wizyty na siłowni, filmy, gry, seriale, muzyka, nauka, filmiki z YouTube (tak, one też zajmują sporo czasu, to poważna sprawa) oraz sen czy jedzenie. Muszę w końcu zacząć kiedyś tyć. Przynajmniej więcej ćwiczę, to mam większy apetyt. Wykorzystuję wolny czas w pracy by się uczyć, i zejdę też na koniec na te pół godziny, by poćwiczyć na miejscu. Po powrocie do domu nie mam już problemu by zjeść i zasiąść do pisania. Zacząłem iść spać dosyć wcześnie teraz. Jak tylko czuję zmęczenie to idę do łóżka, na przykład około 21. I wcześniej. Potem budzę się o piątej nad ranem, albo o czwartej... i wcześniej. Co ciekawe, wyeliminowało to moją potrzebę drzemki w trakcie dnia. Wcześniej w ciągu roku zasypiałem zaraz po powrocie z pracy, a nawet w pracy często miałem ciężkie powieki. Teraz śpię w nocy mniej niż potrzebuję, a mimo to moje potrzeby są zaspokojone.

Budzę się sam, bez budzika. Leżę w łóżku, słuchając podcastów z YT na telefonie, bez stresu. Czasami leżę tak i godzinę, zanim się podniosę. W autobusie staram się uczyć. Kiedyś miałem problem z podróżami, co powoli mi znika. Na studia jeżdżę godzinę w jedną stronę, często po powrocie od razu kładę się spać by następnego dnia tylko wstać bez śniadania i jechać na wykład. Akceptuję to, tak po prostu. Słucham wtedy muzyki. Nie mam nawet problemu by pojechać do Warszawy na weekend teraz, gdy odkryłem, iż mogę tam wygodniej i szybciej dotrzeć przy pomocy ciuchci. Dzięki temu byłem na Pięciu Smakach przez weekend. Pracę skończyłem o 15:15, autobus odjechał o 16:05 do ciuchci, do której jechałem półtorej godziny, o 17:41 odjazd do stolicy w której byłem o 20:10. A mój pierwszy seans zaczynał się w ramach festiwalu o 20:30. I wszyscy byli zadowoleni. Ja sam nie czuję się dziwnie z tym, że wychodzę spakowany do pracy o 7 w piątek by wrócić do miejsce gdzie mieszkam w niedzielę po południu.

Gry ostatnio bardzo potaniały, i regularnie moja kolekcja powiększa się. Ale gram coraz mniej tak naprawdę. Rok 2016 to był rok głównie produkcji typu tower defense: "Gem-Craft: Chasing Shadows" (54,1h), "DeathTrap" (40,6h), "Ancient Planet" (18,2h), . Do perełek zaliczę zdecydowanie "Talos Principle" (18h, dodatek zakupiony, więc będzie jeszcze - arcydzieło gier logicznych i jedna z najlepszych przygód jakie miałem przyjemność przeżyć przed monitorem!), "Binary Domain" (12h, fenomenalny TPS ze znakomitą fabułą). Ciesze się, że przeszedłem też "Life is Strange" (14,2h) oraz "Zombie Driver HD" (14h), 

Grałem oczywiście więcej, ale tylko na powyższe tytuły poświęciłem więcej niż 10 godzin. Wciąż moim wyrzutem sumienia jest "Counter Strike: Global Offensive", w który chcę grać, ale jednocześnie nie mogę porządnie przysiąść, by wyrobić sobie jakąś stałą formę. Zamiast tego od czapy gram kilka meczy, idzie mi średnio, spada mi ranga, i znowu nie gram przez dwa tygodnie...

Podczas tych świąt kupiłem zaledwie dwa tytuły, zadowalając się graniem w to co już posiadam. Będę musiał przeznaczać teraz wolne weekendy na granie, by się wydostać z tego dołka. 

Czegoś w tym wszystkim brakuje, prawda? Filmów, seriali... i muzyki, tak naprawdę. Niewiele słuchałem w porównaniu do lat wcześniejszych. Mam ochotę grać, ale przecież muszę coś oglądać, prawda? Seriale potrzebują o wiele więcej czasu, a filmy... można połykać. I wygląda, jakbym codziennie coś oglądać, gdy w rzeczywistości miałem bardzo długie okresy, gdy niczego nie włączałem. A potem oglądałem przez kilka dni po parę tytułów na dobę i potem manipulowałem przy dacie obejrzenia na filmwebie tak, by wyglądało jakbym oglądać jeden film dziennie.

Ale dobra, pomówmy o filmach oglądanych w 2016 roku. Liczę z powtórkami, więc było ich w sumie 394 przy średniej 5.94 (dla porównania lata wcześniejsze: 2015 - 340 przy średniej 5.65; 2014 - 279 przy średniej 5.84). Nie licząc nowości i tytułów które dopiero teraz mają swoją polską premierę, najlepiej wspominam odkrycie (przez przypadek) filmografii Mikio Naruse, czyli kolejnego Azjaty który tworzył jeszcze w epoce kina niemego, potem przeniósł się płynnie do dźwięku, tworzył wspaniałe kino... I dziś nikt o nim nie pamięta. Do tej pory obejrzałem trzy tytuły od niego - "Gdy kobieta wchodzi po schodach" zdecydowanie najlepsze. W dalszej kolejności bardzo pozytywnie wspominam: "Szczególny dzień" (precyzyjny melodramat), "Skrzydła motyla" (takie kino właśnie chcę oglądać!) Poczyniłem też liczne powtórki: "Broken Flowers", "Stalker", "Tokio Story"... Ale najlepszą decyzją było zdecydowanie danie drugiej szansy dla "Furmana śmierci". Doskonały tytuł, który bardzo zyskał w moich oczach po latach. Czyżby pierwsze arcydzieło w historii kina?

1/10 - 1 ("Lichwiarz". Wczesny Chaplin to nie ten sam włóczęga co w pełnych metrażach)
2/10 - 7 (np. "Pilecki". Niewiele się denerwowałem w tym roku. Dobrze!)
3/10 - 7 (było źle, ale też śmiesznie. "Bitwa Warszawska" czy też "Córki Dancingu")
4/10 - 19 ("Awaria". Sporo niespełnionego, pozbawionego celu i kreatywności tytułów)
5/10 - 79 (tytuły o których zapomniałem następnego dnia. Jak "Deadpool" czy "Jason Burne")
6/10 - 148 (najpopularniejsza ocena. Poszła m.in. do kiczowatego "Obrońcy")
7/10 - 109 (od "Człowieka scyzoryka" po "Boginię", szalenie zróżnicowana lista tytułów. Wspaniały rok!)
8/10 - 21 (głównie powtórki, jak "Bez przebaczenia", ale też sporo nowości z ubiegłego roku!)
9/10 - 1 (jeśli macie możliwość oglądania "Stalkera" w kinie, skorzystajcie!)
10/10 - 1 (włączam "Clerks" około północy by obejrzeć jedną scenę, a oglądam do końca, i to po raz 40 albo 50 - dycha jak w butach!)

Obecnie nie mam nigdzie zakupionego abonamentu. Ani Netflix, Hulu czy Filmstruck. Nie mam czasu, by korzystać. A przecież do Polski zajrzał Amazon Prime, znajomy pokazał mi portal VoD BrownSugar, który też chcę sprawdzić... Nie mam czasu, by wykorzystać darmowe okresy próbne tych stron. W najbliższym czasie to się nie zmieni, koniec roku i podsumowania, więc mam ochotę oglądać nowości. 

A potem... myślę, że w 2017 roku odpuszczę filmy. I skupię się na serialach. Oczywiście, pojawię się na paru festiwalach, i czasem coś obejrzę, ale jednak mam dosyć tego próbowania zadowolenia wszystkich rejonów naraz. Spróbuję specjalizacji. "Z archiwum X", "Kochane kłopoty"... Te i wiele innych produkcji obejrzałem zaledwie po jednym lub dwóch sezonach. To się musi zmienić, i w 2017 roku dokończę w końcu co zacząłem. Raz a dobrze. Jak więc chcecie, to polecajcie. Obejrzę wszystko, byle to była uczciwa rekomendacja. Taka, którą moglibyście mi dać nawet i za rok. Nie chcę słyszeć o tytułach które ostatnio obejrzeliście "i są całkiem dobre". Takie produkcje dopiero przede mną, bo wciąż mam za uszami tytuły które są legendami telewizji. Na pierwszy ogień pójdzie "M*A*S*H". Może "Tyler Mary Moore" od razu zacznę... Tak czy siak, 236 seriali mam do obejrzenia. Zróbmy coś z tym!

Ale w ubiegłym roku jednak coś obejrzałem! Dokończyłem ostatnie pięć sezonów "The Shield", które zgodnie z obietnicami Internetu okazało się jednym z najważniejszych przeżyć jakie dostałem od kina w swoim życiu. Głębiej poznałem "All in the Family", fenomenalny sitcom z czasów gdy śmiech widowni był nagrodą dla artysty na scenie. Plus, to właśnie w tej produkcji pojawia się najprawdopodobniej mój ulubiony żart wszech czasów. Obecnie mam za sobą 54 epizody tej produkcji (pierwszy sezon + po pięć najlepszych odcinków z każdego kolejnego sezonu). Dzięki polskiemu Netflixowi obejrzałem też dokumenty Kena Burnsa - 14-godzinny "The War" o WW2 ze strony USA, oraz trzy godziny o "Prohibicji" (co okazało się cholernie interesującym i znaczącym tematem!). Zaryzykowałem i okazało się, że seans "Gravity Falls" było strzałem w dziesiątkę. Podobnie z "Kochanymi kłopotami". Piszę poważnie.

Warto też wspomnieć o "I nie było już nikogo" (trzygodzinna ekranizacja Agathy Christie, która wywalczyła sobie prawo do uznania jej, pomimo setek podobnych adaptacji), "Steings: Gate" (świetnie wykorzystany koncept człowieka wobec podróży w czasie). Obejrzałem "The Hooneymoners", jeden z pierwszych seriali w historii telewizji (i pierwowzór naszych "Miodowych lat") który średnio zniósł upływ czasu, "One Punch Man", pierwszy sezon "Fargo", "Over the Garden Wall". Powtórzyłem sobie pierwszy sezon "MacGyvera" i bawiłem się przednio!

Nie zawiodłem się też na ciągach dalszych znanych mi seriali - trzeci sezon "BoJacka" dostarczył mi tyle ile potrzebowałem, "Scream" przewyższył moje oczekiwania prowadząc wciągającą i energetyczną opowieść z clifhangerem na końcu prawie każdego odcinka (a potem dostarczył znakomity dwugodzinny Halloween Special). Dwudziesty sezon "South Parku" to raczej oczywistość. Ta produkcja zawsze będzie genialna. A biorąc pod uwagę, że twórcy cały czas robią coś nowego, próbują nowych rzeczy, i wychodzi im to tylko lepiej... Są konkurencją tylko dla samych siebie. I biorą z tego użytek. Siódmy sezon "Archera" był w porządku. Jak cały serial. Bawi mnie, a potem o nim zapominam. Dziwna rzecz.


Najlepszy żart jaki zrobiłem w ubiegłym roku:

1) Gdy troll w Internecie otwiera paszczę: "Żeby móc obrażać ludzi nie musisz płacić za Internet. Wystarczy, że będziesz siedzieć w oknie i trochę podnosić głos na przechodniów. Więcej będziesz mieć na narkotyki i alkohol. Profit. Wesołych świąt."

2) Opis "Rzymskich wakacji" (1953): "Halo, Ameryka? Odbudowaliśmy Rzym. Weźcie zróbcie o tym film z wielkimi gwiazdami; I co one tam będą robić?; Nie wiem, k****, spacerować"

Pewnie coś pominąłem, ale to się dopisze. Tak czy siak - zacząłem studiować, zacząłem nagrywać podcasty, myślę o podbiciu świata, napisaniu przynajmniej jednego kolejnego scenariusza (i nad poprawą wcześniejszych), olaniu filmów i nadrobienia seriali.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Ulubione piosenki Garreta z lat 70. XX wieku




Blisko sześć godzin muzyki. 70 najlepszych utworów z lat 70tych XX wieku. To przypadek. Miałem dobić do stu, ale to jeszcze nie ten moment.

wtorek, 1 listopada 2016

Obejrzałem w październiku dobre filmy. I seriale.

Dzień żywych trupów / Day of the Dead - 7+/10. Nie jestem fanem serii. Zarówno "Noc..." jak i "Świt..." mnie nużyły, i przeszedłem obok nich obojętnie, bardziej z obowiązku. "Dzień..." nie ma tego bagażu, i podszedłem do niego na zasadzie "zobaczę początek, jak umrę z nudów to włączę coś innego". Okazało się, że to nie jest taki film, który chciałbym wyłączyć. Pierwsza scena snu mnie chwyciła - pokazała mi, że to będzie inne kino. Opening, w którym główna bohaterka wędruje helikopterem po okolicy i szuka ocalonych - już ta scena samotnie zyskała z miejsca status ulubionej. Pustkowie, z pieniędzmi walącymi się po ulicy, gdzie pojedynczo zaczynają wyłaniać się zombie... A między nimi CHOLERNY KROKODYL! Co za klimat! Tutaj nie było kogo ratować. Wrócili do bazy, gdzie sobie... żyją. Tak, to zaskakujące, ale tak naprawdę nie ma tutaj fabuły. Są ludzie i ich życie, jakieś rzeczy się dzieją i następują po sobie, ale koniec końców nie mamy zielonego pojęcia, do czego ta produkcja prowadzi. Każda scena jest jakąś niespodzianką, a niepokojące napięcie towarzyszy nam cały czas. Wiemy, że wybuch może nastąpić w każdej chwili, w końcu ile można tak siedzieć w bazie podczas inwazji zombie z myślą, że jesteśmy jedynymi żywymi ludźmi na świecie? Wśród tych ludzi wyjątkiem jest nasza główna bohaterka - ostatnia dorosła osoba na świecie? Reszta łatwo traci nerwy, ale w przeciwieństwie do wielu innych produkcji o zombie, oni nie byli po prostu debilami. Byli ludźmi, których sytuację omówiono zaskakująco barwnie, i jesteśmy w stanie ich zrozumieć. Czuć po prostu, że dawno przekroczyliśmy granicę kiedy można było powiedzieć coś w stylu: "Uspokójcie się!". To również buduję obłędną atmosferę, ale... cholera, te efekty specjalne! Wszystko, co słyszeliście o filmie "Wołyń" jest prawdą, ale w "Day of the Dead". Słowa nie zdradzę, co tutaj się wyprawia - to może być najbardziej dorosły film, jaki w życiu widziałem. Przemoc nie jest tutaj traktowana jak w "Wołyniu" albo "Pile", bo jest... mało filmowa. Oczywiście, można mieć frajdę z tego jak to wszystko wygląda, jak w każdym innym brutalnym filmie. Można też się zachwycać czysto technicznie efektami specjalnymi, które przecież powstały bez pomocy komputerów. Ale w żadnym momencie podczas seansu nie poczułem, że wszystkie te brutalne rzeczy, które są na ekranie, były w jakiś sposób podbite. Ten temat zasługuje na oddzielny tekst, dlatego teraz napiszę tylko: one były naturalne. Były częścią życia. Pokazywano mi je w taki sam sposób jak całą resztę, bez ambicji wywołania szoku. To były okropne rzeczy, których nigdy bym nie chciał oglądać.


****SERIALE****



MacGyver (sezon I) - 7/10. Powtórka po latach. Na Hulu obecnie jest tylko pierwszy sezon, z czego obejrzałem 10 epizodów - i bawiłem się przednio, powiem wam. Zapewne znacie ten serial i tę postać - człowieka, który ucieknie z celi korzystając wyłącznie z łóżka, a do sejfu włamie się przy użyciu butelki wina. Serial idealnie trafił w swoje czasy i widownię - wtedy każdy chciał być jak MacGyver. Swobodny i zorganizowany, umiejący sobie poradzić w dowolnej sytuacji. Uczył każdego dzieciaka wartości "odwrócenia uwagi przeciwnika". Trudno było podpiąć umiejętności MacGyvera do jednej gałęzi wiedzy. Zdawał się on znać na wszystkim, od fizyki przez biologię na szkole przetrwania kończąc. A my chcieliśmy wiedzieć tyle samo, by być takim jak on. Dowiedzieć się, jak działa to co widzimy na ekranie - bo tego nigdy nie pokazywano. Wiemy, że można otworzyć zamek scyzorykiem, a samochód odpalić korzystając z gumki recepturki, ale w jaki sposób? Tego nie było nam dane obserwować. Jego praca? Były wojskowy od zadań specjalnych. Ochrona świadka, dostarczenie ważnych dokumentów, odebranie skradzionych dóbr. Pod względem konstrukcji ten serial jest prawie jak produkcja o idiocie który ma dużo szczęścia. Głupku, który rzuca podkową przez ramię we właściwym momencie i trafia zawodowego mordercę światowej klasy. Inni to widzą i myślą sobie: "Czyli ten głupek tylko udaje głupka!". Wiecie o czym mówię? Tak też jest tutaj - przeciwnicy MacGyvera nie dotrzymują mu klasy. Oglądając serial miałem kilkukrotnie wrażenie, że gdyby kolejne zagrożenie dla życia naszego bohatera było faktycznie poważne, to MacGyver by przegrał bardzo szybko. Czy to przeszkadza? Niekoniecznie. Jak dla mnie ten balans jest dobrze wyważony, i akcja jest odpowiednio dramatyczna. Trzyma w napięciu, a okoliczności są wyjątkowe dla każdego epizodu.  Metody bohatera zawsze umieją utrzymać uwagę, a on sam jest niezwykle sympatyczny. Chce się go oglądać. Chętnie obejrzę kolejne sezony, gdy będę miał taką możliwość. Najlepsze epizody: "The Heist" (Mac napada na kasyno w pojedynkę!), "The Prodigal" (Mac prowadzi skradziony samochód zanim jeszcze wypił poranną kawę!), "Target MacGyver" (słynny morderca zostaje wynajęty by sprzątnąć naszego bohatera, więc Mac odwiedza swojego dziadka. Pojedynek z zabójcą jest wyjątkowo niepoważny, ale rozbudowa relacji jest wystarczająco dobra!), "Nightmares" (Mac ma tylko sześć godzin, by położyć łapy na odtrutce, inaczej umrze!), "Countdown" (bomba na statku podłożona przez błyskotliwego terrorystę, znakomity pojedynek umysłów!), "The Escape" (Mac ucieka z więzienia!) i "The Assassin" (kolejny pojedynek wielkich umysłów). Dobra, trochę tego się zebrało. Najlepszym jest " The Escape" (1x20).

poniedziałek, 12 września 2016

Ranking filmów sprzed 1920 roku


Czyli, będąc dokładnym, z lat 1888-1919. Wtedy powstała najstarsza polska partia polityczna, wybuchła pierwsza wojna światowa, Polska odzyskała niepodległość, rodził się jazz, Titanic wypływał w dziewiczy rejs, a do tego jeszcze rewolucja październikowa - było co robić! A kilku ludziom było mało, więc zaczęli się bawić w kino.

Dwa tygodnie temu napisałem, po co ja w ogóle oglądam takie starocie. Zawarłem tam powody osobiste, pomijając przy tym wiele innych. Na ten przykład, oglądając te tytuły dowiedziałem się, że wczesny Chaplin bardzo różnił się od późnego okresu twórczości tego artysty, czyli jego pełnometrażowych filmów. Wtedy niby powstała legenda Chaplina - człowieka, który utożsamiał tego zwykłego obywatela Stanów Zjednoczonych, i opowiadał o problemach które tacy ludzie mają. Szczególnie było to widoczne w "City Lights", gdzie Chaplin opowiadał z wrażliwością los ludzi dotkniętych kryzysem. A jak wyglądał początek jego kariery? Był dupkiem na ekranie. Jego krótkie metraże mogły się nawet sprowadzić do jednego żartu w postaci przebrania się za kobietę. W innych rozlewał napoje na podłogę i śmiał się, że ktoś to musi po nim sprzątać. To mnie nie śmieszyło. Lepiej było już w takim "Charlie na kuracji", gdzie otwarcie grał alkoholika, który tylko przeszkadza innym. Ale absolutne dno to "Lichwiarz", gdzie robi straszny bałagan, zrzuca winę na kogoś innego, i dostaje za to kobietę w nagrodę.

Jeśli więc chcecie Chaplina w krótkiej formie... To obejrzyjcie shorty Harolda Lloyda. Poważnie. Mam nawet osobistą teorię, że Chaplin ukradł od niego to, co widzimy w "Brzdącu" i reszcie słynnych filmów tego twórcy. Ale to tylko moje przypuszczenia.

To już kolejna kwestia - niektórzy legendarni twórcy, którzy nie podchodzili mi w pełnometrażowych produkcjach, zyskali w moich oczach gdy zobaczyłem ich krótkometrażowe dokonania. Taką osobą jest Buster Keaton, który jednak łapie się do kolejnej dekady, więc tutaj o nim nie pisałem.

Najważniejszym jednak powodem by oglądać starocie jest taki, że powstawały wtedy dobre filmy. Przygotowałem dla was zestawienie moich ulubionych, 18 tytułów spośród blisko osiemdziesięciu które widziałem z tamtego okresu. I wciąż będę oglądał kolejne. 



Garretowy
Top 18
Filmów sprzed 1920 roku




Różne tła historyczne, różne historie, jeden bohater: nietolerancja i jej przeróżne kolory oraz objawy. Wszystko połączone klamrą, ujęciem kobiety, które powraca w czasie trwania filmu. Im bliżej końca, tym częściej. W tej niewielkiej roli - Lilian Gish. Film będący sztuką, zapewne pierwszy raz w historii. Starający się nawiązać kontakt z widzem i sprawić, by świat był lepszy. Pokazać i tłumaczyć na zasadzie kontrastu, skojarzeń, by widz sam doszedł do własnych wniosków, by samodzielnie, we własnym zakresie wykrystalizował sobie definicję problemu.




poniedziałek, 5 września 2016

Widziałem w sierpniu dobre filmy. I seriale.

Madagaskar 3 / Madagascar 3: Europe's Most Wanted (2012) - 6/10. Zwierzaki kontynuują swoją podróż by wrócić do domu w zoo w Nowym Jorku. Trafiają do Europy, gdzie dołączają do cyrku, by ukryć się przed ludźmi chcącymi ich złapać i powiesić na ścianie. Póki co najlepsza cześć serii, i oby to była ostatnia... Chociaż ciąg dalszy jest możliwy, a czwarta część ma swoją stronę imdb. Tymczasem - mamy trójkę. Odsłonę najzabawniejszą, najbardziej energiczną i kolorową. A przy tym mającą najmniej sensu i dosyć zwalniającą tempo w połowie, co nie zdarzyło się w poprzednich filmach. Jednak gdy dojdzie do finału - znużenie odchodzi i znowu pojawia się ekscytacja wszystkimi atrakcjami jakie ten film oferuje. Wielki spektakl na arenie cyrku był piękny - kreatywny i z rozmachem. A wielki finał filmu jest dokładnie taki sam, ale do kwadratu. Twórcy uwolnili swą wyobraźnię, co naprawdę warto zobaczyć. 






****SERIALE****
Kochane kłopoty / Gilmour Girls (sezon I, 8/21) - 7/10. Początek XXI wieku to były fajne czasy. Kobiety były wtedy zabawne, energiczne, dużo gadały i mogły przebywać w towarzystwie innych kobiet. A ten serial dobrze ten świat portretuje. Na pozór jest to rzecz o nastolatkach, ale jest tutaj miejsce dla opowiadania o życiu kobiet w każdym wieku. I tak obok siebie funkcjonują tu słodkie sceny młodych zakochanych jak i dramaty między matką i jej dorosłą córką, które nigdy nie rozumiały siebie nawzajem. Dialogi są tutaj więcej niż znakomite - Tarantino by takie pisał, gdyby mu wena się nie wyczerpała po dwóch epizodach. Jest tutaj ten idealny balans, dzięki któremu bohaterowie rozmawiają ze sobą jak ludzie, ale... Robią to ciut lepiej od nich. Zawsze umieją wytłumaczyć prostymi słowami swoje uwagi, mówią też szybko i bogato. Aż chce się, by w prawdziwym świecie ludzie tak rozmawiali. A do tego piosenka Carole King w czołówce. Czego chcieć więcej? Pierwszy sezon kręci się wokół nakreślania relacji między bohaterami żyjącymi w Cincinnati, kiedy to Rory dostaje szansę by zacząć uczęszczać do elitarnej szkoły, gdzie znajduje się pod dużą presją. A poza tym poznaje swojego pierwszego chłopaka. Idealny odcinek na początek: "Rory's Dance". Teraz przede mną trudne zadanie: obejrzeć siedem sezonów i wyhodować w sobie dziesięcioletnią nostalgię do tej produkcji przed listopadem, gdy na Netflixie pojawi się "Gilmore Girls: A Year in the Life".




Scream (sezon II) - 7/10. Napisałem już o tym oddzielny tekst na blogu. Tutaj tylko w skrócie: wciąż jestem zaskoczony, że ta produkcja ma tyle energii i aż kipi od kreatywności! Clifhanggery na końcu prawie każdego odcinka, napięcie oczekiwania przez tydzień na kolejny epizod. Fajnie zobaczyć jak masa tak różnych ludzi spotyka się na korytarzu szkolnym i tworzy zgraną paczkę. Podobało mi się, i to bardzo. Oby Netflix przejął produkcję i zrobił trzecią serię. Nie chcę, by wszystkie odpowiedzi pojawiły się w odcinkach halloweenowych. Najchętniej zobaczyłbym jeszcze pięć serii, w czasie których jest tylko jeden morderca. Albo i więcej, ale żaden z nich nie jest odkryty przez ten cały czas. Dopiero w finale. Albo i nie.:)




(tutaj wspomniane jednak jest, kto zabijał w pierwszym sezonie, więc jeśli nie chcecie sobie psuć niespodzianki, to wsadźcie sobie palce w uszy i udawajcie, że wcale nie. Warto!)
 


Chłopcy z baraków / Trailer Park Boys (sezon I) - 7/10. Akcja toczy się w miejscu wskazanym przez oryginalny tytuł. Tutaj ludzie mieszkają w prowizorycznych domkach, które wyglądają jak campery zrobione z kartonu. Piją, hodują narkotyki, a na koniec i tak pójdą do więzienia. To musi być najlepsza praca na świecie, kręcenie tego gówna. Pojawiasz się na planie, demolujesz coś, każesz komuś zamknąć ryja, i idziesz do domu. Jutro robimy to samo. Na dodatek wszystko jest kręcone z ręki w konwencji udawanego dokumentu, ludzie gadają do kamery - wydaje się, że tu wcale nie trzeba się wysilać. A jednak jest tu pewien geniusz, bo ja cały czas się śmiałem, i po obejrzeniu 10 najlepszych odcinków wg imdb wziąłem się za oglądanie po sezonach. Dopiero teraz, gdy piszę te notatkę, zdałem sobie sprawę, jak łatwo można było z tej produkcji zrobić kolejne show w którym najgorsze ludzkie gówno opowiada o tym, jak się najebali... I to tyle. Gdzie jest różnica? Teraz mogę tylko zgadywać. Bohaterowie "TPB" są sympatyczni, humor szalony, a całość wzięta w nawias braku powagi - taki Julian zawsze ma drinka w dłoni, nawet podczas najbardziej absurdalnej sytuacji, wziętych prosto ze "Szklanej pułapki". Dobrze się ogląda tych ludzi. Chcę jeszcze. Najlepszy epizod: "Closer To The Heart", szczególnie jeśli jesteście fanami Rush. Tego zespołu rockowego.



W garniturach / Suits (Sezon I, 5/12) - 6/10. Moje drugie podejście do tego serialu. Opowiada on o firmie zatrudniających genialnych adwokatów, a akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Bohaterowie co do jednego są sympatyczni i bardzo przyjemnie się ich ogląda. Wszyscy ubierają się jakby nosili na sobie 10 tysięcy dolarów, piękny widok. Scenariusz znaczy inteligencja, nawet w narracji jest sporo mniej mainstreamowych momentów. Tych elementów serialowi nie odmawiam, to są zdecydowane zalety. Jest tylko jeden problem: to serial o niczym. Kiedyś obejrzałem sześć epizodów i umierałem z nudów. Teraz wróciłem, obejrzałem pięć najlepszych wg imdb, i wystarczyło. Nic mnie nie ominęło, a nawet te które oglądałem, nie były mi do czegoś potrzebne. Niemniej, "Pilot" liczący sobie półtorej godziny to nadal znakomita rzecz. Z przyjemnością oglądałem.


W garniturach / Suits (sezon II) - 6+/10. W drodze do zobaczenia 5x10, które ma na imdb ocenę 9.9/10 i zachęcające recenzje. Muszę go zobaczyć, więc oglądam dalej. Drugi sezon to już lepsza rzecz. Początkowo nadal chciałem obejrzeć tylko pięć najlepszych epizodów z tej serii, ale w połowie stwierdziłem, że za dużo mi umyka i zacząłem oglądać od początku. Z jednej strony to dobrze - serial jest o wiele bardziej dramaturgiczny i ciekawszy w oglądaniu. Dla przykładu: Mike chce być z Rachel. Ale nie może jej powiedzieć, że nie jest prawnikiem i nigdy nie chodził do Harvardu. Gdy jest blisko złamania się, wtedy przypomniane nam jest, że jeśli on to powie, to wtedy się wyda. I Mike straci pracę. Harvey też, bo położył swoją karierę na szali, by Mike nie stracił pracy. A jeśli wyda się, że Jessica zatrudnia oszusta który nie chodził do Harvardu - wtedy i ona leci, a kierownictwo nad firmą przejmuje Daniel! Wyśmienita siatka dramaturgiczna. Większość epizodów zaczyna się od "previous on Suits", One są konstruowane na tym co było wcześniej. Z drugiej strony - pomiędzy tymi "najlepiej ocenionymi epizodami" są te wyraźnie słabsze, w stylu pierwszego sezonu, które zmierzają donikąd, i zawierają tylko momenty które coś dodają do całości. To ogólnie osłabia wrażenie, stąd ocena niewiele wyższa, ale wciągnąłem się w tę produkcję. I będę oglądać dalej... może nawet w całości. Jestem świadomy minusów tej produkcji (bezpieczny i grzeczny styl, aktorzy nie umiejący utrzymać na sobie kamery przed dłużej niż 10 sekund, każda trudna sprawa jest rozwiązywana w ten sam schematycznie "mądry" sposób), ale mi to nie przeszkadza. W końcu to obecnie najlepsza telenowela, obok (zakończonego) "Mad Mena" i "Orange is the New Black". Najlepsze epizody: "She Knows", "Break Point", "High Noon". Mój faworyt: "Blind-Sided" (w sumie można oglądać jako samodzielny epizod)




poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Podcast o 10 najlepszych filmach na Nowych Horyzontach 2016

...które dopiero będą mieć swoją premierę w Polsce. Niektóre nawet mają ją już ustaloną.







Jakby powyższy link nie działał, tutaj też znajdziecie ów podcast: 


01:44 Miejsce 10

05:22 Miejsce 9
10:11 Miejsce 8
12:46 Miejsce 7
15:30 Miejsce 6
20:49 Miejsce 5
24:20 Miejsce 4
27:08 Miejsce 3
30:33 Miejsce 2
32:57 Miejsce 1

Pozostałe moje teksty o Nowych Horyzontach znajdziecie tutaj:
http://garretreza.blogspot.com/search/label/Nowe%20Horyzonty

czwartek, 21 lipca 2016

Nowe Horyzonty 2016 - krótko o każdym obejrzanym tytule.

W tym roku, poza podcastami, będzie też na blogu standardowa relacja z obejrzanych filmów w postaci tekstowej. Ot, kilka zdań o każdym tytule i tyle. Razem wyszło 47 pełnych metraży, jeden średni, trzy krótkie i dwa teledyski.




****31 lipca****


Mroczne bestie ("Dark Beast / Oscuro animal", 2016) - 6/10. W kolumbijskiej dżungli czają się bestie. Sieją postrach wśród mieszkańców interioru. Zabijają bezbronnych ludzi, nie oszczędzając kobiet i dzieci. To żołnierze formacji paramilitarnych, którzy pozostawiają po sobie opustoszałe wioski i rozpacz ocalonych. Felipe Guerrero portretuje trzy kobiety pod presją, na których życiu odcisnęły piętno wojny gangów. Pierwsza z nich nie zastaje nikogo żywego w rodzinnej wiosce, druga znosi brutalność jednego z siepaczy, trzecia jest członkinią bojówki. "Mroczne bestie" są pozbawione dialogów w taki sam sposób co kino Bartasa. Ludzie mówią coś, ale w obcym języku i nie jest to przełożone na jakiś znany nam język, więc traktujemy to jak słowa w piosenkach. Nie słyszymy ich. Ogólnie to podoba mi się taka praca, tylko jest tu jeden problem: nie miałem powodu, by samemu to rozgryzać, ponieważ opis wystarcza. Znacie opis, znacie cały film. Podczas seansu nie miałem nawet zbytnio ochoty by podziwiać i zastanawiać się, jak to zostało osiągnięte, albo czy ja bym to zrozumiał gdybym nie czytał opisu. Widownia na sali odpłynęła, i ja razem z nimi. Ale nie zasnąłem!

Kwiaty ("Flowers / Loreak", 2014) - 6/10. Kobieta dostaje kwiaty, ale nie wie od kogo. I w zasadzie trudno mi teraz napisać coś więcej, ponieważ jest to film dosyć oszczędny. Niewiele się dzieje, przesłanie szybko złapać, a film trwa, trwa i trwa... Spokojnie mógłby trwać z godzinę zamiast stu minut. Niemniej, podoba mi się ten hiszpański (baskijski) humor, konstrukcja fabularna i morał: warto kupować kobietom kwiaty, bo wtedy dzieje się magia.

wtorek, 7 czerwca 2016

Recenzja "Kapitan Ameryka: Civil War" (8+/10)

Action, 2016


W tym filmie grupa Avengers musi spojrzeć za siebie na to, co robili w przeszłości. Zdołali zrobić sporo dobrego, właściwie wszyscy ludzie na tej planecie coś im zawdzięczają. Jednak w tym oceanie chwały znajdują się pojedyncze jednostki: ludzie, którym ci sami superbohaterowie spuścili dom na głowę, pozbawiając tym samym życia. Tego nie należy zignorować. Ale jak temu zapobiec? Pojawia się idea porozumienia, w którym Uzdolnieni będą odpowiadać przed ONZ, które zadecyduje jak i kiedy pójdą do akcji. Bohaterowie dzielą się na dwa obozy: jedni popierają uchwałę. Drudzy nie podpisują się pod nią.



poniedziałek, 23 maja 2016

"Cena strachu" (8+/10). Recenzja.

Thriller, 1953



Okres tuż po drugiej wojnie światowej. W małej miejscowości gdzieś w Ameryce Południowej można spotkać ludzi o przeróżnych narodowościach - mówią tu po włosku, francusku i angielsku, byle tylko wymienić niektóre. Nie ma tu wiele możliwości - większość ludzi których tu zobaczymy pracuje dorywczo za marne grosze, byle tylko móc pozwolić sobie na posiłek i drinka pod wieczór. Żeby opuścić tę krainę potrzeba zbyt wiele środków, będących poza zasięgiem okolicznej ludności. Zapada marazm, niektórych nawet dopada depresja - dlatego nie dziwi, że gdy pojawia się okazja by zarobić 2000 dolarów na transporcie ciężarówką, to wszyscy rzucają się by podjąć okazję. Nawet jeśli transportem jest ładunek nitrogliceryny.



czwartek, 24 marca 2016

"Stalker"

Psychological Drama, 1979



"Stalker" Tarkowskiego jest inspirowany książką braci Strugackich pt "Piknik na skraju drogi", z której zaczerpnięto motyw niebezpiecznej okolicy zwanej Zoną oraz postać Stalkera - przewodnika, który oprowadza ciekawskich, przebijając się najpierw przez zastęp strażników, a potem przez samą Zonę. W wersji Tarkowskiego mamy Pisarza oraz Naukowca, którzy chcą dostać się do Pokoju - miejsca gdzieś w Zonie, które spełni ich marzenia. Najpierw muszą się tam dostać, a droga jest wymagająca - poczynając od dziwnych zjawisk, jak brak zapachów, poprzez pułapki a kończąc na licznych regułach, których odkrycie poprzedni Stalkerzy przypłacali życiem.

A może wcale nie?



środa, 23 grudnia 2015

Dylogia "Die Hard", czyli "Szklana pułapka"

Action, 1988-1990


Uznaję za zabawne, że dzisiaj "Die Hard" jest uznawane za typowe kino akcji na równi z całą resztą gatunkowych klasyków, większych i mniejszych. Zgoda, główny bohater przeżywa tutaj wiele niemożliwych zdarzeń... ale jest tu o wiele więcej.

sobota, 17 października 2015

"Czas Apokalipsy" (8+/10) Kiedy ostatnio oglądaliście ten film?

Oto produkcja, którą wszyscy widzieliście, lubicie, zapewne nawet podziwiacie. Ale kiedy to było? W którym roku ostatni raz oglądaliście ten film? 2008? To lepiej odświeżcie go, bo "Czas Apokalipsy" jest produkcją o wiele większą niż pamiętacie.

Fabularnie jest to jeden z wielu tytułów opowiadający o koszmarne wojny wietnamskiej. O tym, jak to obywatele USA zostali zmanipulowani w konflikt o cholernie wie co, wrócili do domu zniszczeni i wkurzeni. Brzmi banalnie i tak pozostanie do czasu gdy Ken Burns wypuści swój dokument o Wietnamie w przyszłym roku. Dopiero wtedy moja wiedza w tym temacie się poszerzy i przestanę mylić te ich jankeskie wojny ze sobą. Nie moja wina, że te filmy są identyczne.

Co nie znaczy, że nie są dobre. Szczególnie gdy mówimy o "Czasie Apokalipsy", jednym z największych i najlepiej wyreżyserowanych filmów jakie w życiu widziałem!



poniedziałek, 5 października 2015

"Porachunki" (8+/10)

Black Comedy, 1998


Moja notatka o "Przekręcie" nie należy do moich ulubionych. Chociaż film lubię, to nie miałem o nim za wiele dobrego do napisania, za to sporo do narzekania odnośnie całej konstrukcji. Wszystko po to by wyjaśnić, czemu nie lubię tego filmu bardziej. Teraz powtórzyłem "Porachunki" i widzę, że był też jeszcze jeden powód.

W swoim debiucie Guy Richie śledzi losy czterech brytyjskich kolegów: Jasona Stathama, Eddy'ego i dwóch innych. Wspólnym wysiłkiem udaje im się uzbierać astronomiczna dla nich kwotę - składają się oni po 25 tysięcy by Eddy mógł zagrać z miejscową szychą Harrym i jego partnerami w karty. To elitarny klub, gdzie trzeba wyłożyć w 100K, żeby móc zagrać. Harry oszukuje i nabiera naszego Eddy'ego - teraz ten nie tylko przegrywa, ale jest jeszcze winny pół miliona. I ma tydzień by spłacić dług.



piątek, 8 maja 2015

Avengers: Age of Ultron (7+/10) A kiedy będzie wersja reżyserska?

Superhero, 2015


Akcja "Age of Ultron" rozpoczyna się za granicą, gdzie na scenę wchodzi rodzeństwo mutantów*: Quicksilvera oraz Scarlet Witch. Ta druga mąci w głowie Tony'emu Starkowi, pokazując mu świat w którym znowu dojdzie do inwazji Chitauri jak w pierwszym "Avengers", jednak tym razem nie będzie bomby atomowej pod ręką, by posłać ją do portalu. Co wtedy? Nie daliby sobie rady. Trzeba wymyślić na tę okazję coś specjalnego. W ten sposób powraca do pomysłu Ultrona: sztucznej inteligencji, której celem byłby wieczny pokój na Ziemi. Gdy ten jednak ożywa, od razu obraca się przeciwko twórcy i jego drużynie, identyfikując ich jako największych wrogów stojących na drodze rozwojowi ludzkości. Jak ma być dobrze, skoro nie ewoluują? Sam robot szybko zostaje zniszczony, ale Ultron jest oprogramowaniem, i wciąż gdzieś istnieje. Tylko gdzie go szukać? Jaki jest jego plan?

niedziela, 26 kwietnia 2015

"Znachor". Polska bomba od której ciepło na sercu

Melodrama, 1982


Uznany chirurg Rafał Wilczur znika z dnia na dzień, opuszczając żonę i niedawno narodzoną córeczkę. Po paru latach jego koledzy po fachu uznają, że zginął i żegnają go, stawiając na jego cześć pomnik - to mówi wszystko, co widz potrzebuje wiedzieć. Nie powinniśmy go stracić. Co się z nim stało? Stracił pamięć po pobiciu, po czym zaczął wędrować po świecie, imając się różnych zajęć, nigdy nie wyrobił sobie imienia, nie zagrzał miejsca. Po 15 latach trafił na wieś, gdzie spotkał człowieka, który nie może chodzić. Kilka miesięcy temu połamał nogi i okoliczny doktór postawił na nim krzyżyk, jednak profesor Wilczur - do którego teraz zwracają się Antoni - z jakiegoś powodu daje radę mu pomóc. Połamał nogi, złożył na nowo i od teraz służy ludziom jako okoliczny znachor. A nie podoba się to medykowi z certyfikatem, który nie chce, by jakiś dzikus bez szkoły kroił ludzi.

Co za historia! Jedna z najlepszych, jakie na ekranie przyszło mi oglądać. Adaptacja książki co prawda, ale wciąż warto ją samą pochwalić. To aż chce się poznawać. Obraz polskiej wsi, bohaterowie, napięcie wyczekiwania na operację - czy się uda? Oczywiście! Ale jako widz bardzo tego chciałem. I wciąż tego chcę, za każdym seansem. Praca w takich warunkach, przy tych ludziach, z użyciem takich prymitywnych metod! Jest ból i pasja, ale nie działałoby to równie dobrze gdyby nie taki bohater, jak Antoni: człowiek nie mogący żyć ze świadomością, że nie pomógł, nie patrzący na zasady innych, robiący swoje i tylko to się liczy. Do tego jest niebywale spokojny i przyjemny w obyciu, widać po nim dziurę którą nosi w środku, i z nią u nogi nic nie ma sensu. Jednak nie narzeka, nie płacze - akceptuje wszystko i skupia się na czymś innym. Tak właśnie rodzi się opowieść pozbawiona bólu, zachęcająca do patrzenia, obserwowania, chociaż dramat i tragedia tam się dzieje.

Zaskakujące jest, że tak dobry film jest tak słabo zrealizowany. A raczej: w zróżnicowany sposób. Są tu momenty genialne (role Fronczewskiego i Bińczyckiego), przeciętne (reżyseria) oraz haniebnie złe (montaż, zdjęcia i aktorzy w tle). Większość opowieści zaprezentowana jest w zwyczajnie prymitywny sposób, często przywołujący na myśl kino B, z tamtejszymi aktorami i językiem obrazu. Sztuczne ekspresje drugoplanowych aktorów albo pokraczne sceny pirotechniczne (wypadek drogowy w którym postać jedzie na kłodę chociaż winien ją zauważyć z księżyca). Nade wszystko przeszkadzało mi urywanie scen w pół słowa. Przechodzenie do kolejnego segmentu w niezręcznej ciszy jest tu częstym obowiązkiem widza.

I mimo to - "Znachor" jest bardzo dobrym filmem. Jeden z wyjątkowych w polskiej kinematografii, bo umiejący przedstawić prawdziwie ciepłą opowieść! Historia jest w pełni oryginalna, nie opowiedziana do tej pory i działająca za każdym razem. Chciałem znać ciąg dalszy, chciałem szczęśliwe zakończenie, chciałem sukcesów w życiu bohatera. Profesor Wilczur to bohater idealny, a wokół widać tylko piękną Polskę. Chce się oglądać.
8+/10

Raczej spadnie w moim rankingu 50 polskich filmów. Zresztą sporo trzeba zmienić tam już zmienić.

sobota, 21 marca 2015

"O-Bi, O-Ba. Koniec cywilizacji" (8+/10)

Post-Apocalyptic, 1985


Post-apokaliptyczna sceneria, ludzkość schowała się pod kopułą poza którą jest mróz i promieniowanie, którego nikt nie przetrwa. Ostało się 2000 dusz, i pozostaje im tylko czekać na Arkę - czym ona jest? Samolotem? Statkiem? Latającym spodkiem? Zbawieniem? Szczęściem? Ratunkiem? Niebem? Celem w życiu? Usprawiedliwieniem? Wytłumaczeniem? To metaforyczna podróż, w której każda postać i linijka dialogu jest jakimś symbolem. Wszyscy wiedzą, że Arka tak naprawdę nie istnieje - ale czynią ją prawdziwą. Jedni okłamują się - inni słysząc głos z mikrofonu zapewniający o nieistnieniu walki i zaprzestaniu czekania zyskują pewność, że Arka jednak jest rzeczywista. Każdy ma do niej inny stosunek. Miejscowy generał nie mający realnej władzy krzyczący "Tam nic nie ma, tu też nic nie ma, ale tu przynajmniej jestem królem!". Prostytutka pyta: "Wy sprzedajecie swoje mózgi, ja sprzedaję swoje ciało. Daję trochę radości. Które z nas jest gorsze?". Jakieś brudne dziecko po serii zapewnień, że Arka nie istnieje, zapyta: "Głupcze! Skoro wiesz, że nie jest prawdziwa, to czemu sam jej nie zbudujesz?"

Wszyscy są tu głupcami. Tak się do siebie nawzajem zwracają. Iście hipnotyzująca satyra na głupią część ludzkości, ich stagnację, wiarę w cuda, do tego parodia reżimu PRL. Sci-Fi jakby Lem pisał scenariusz.

I jak to wygląda! Co za film! Żywiołowa kamera będąca cały czas w biegu, obraz skąpany w błękicie, jedynym źródłem światła są tu gigantyczne reflektory. Częsty rozmach z wieloma ludźmi na scenie jednocześnie brodzących w oparach mgły. Zaskakujące i trudne do uwierzenia wykorzystanie banalnie prostej scenografii, czyli biednych i surowych PRL'owych zabudowań, wyglądających miejscami jak kanalizacja. Jak ludzie mają tu żyć? Tylko po apokalipsie!

Przykładowa scena, jak zrobić coś z niczego: http://youtu.be/DD7jlbn9n-g?t=5m15s W takich chwilach łatwo jest uwielbiać polskie kino!