poniedziałek, 5 września 2016

Widziałem w sierpniu dobre filmy. I seriale.

Zamiast oddzielnych recenzji - krótko o prawie każdej produkcji, którą widziałem w sierpniu... Prawie, bo trochę zbyt późno wpadłem na ten pomysł i nie zdążyłem o kilku produkcjach napisać czegoś "na świeżo". W zasadzie oglądałem w sierpniu same powtórki. Trochę mnie to zdziwiło, gdy robiłem podsumowanie, ale no cóż. Są to tytuły, do których nie wracałem od wielu lat, i miałem na to ochotę. Dlatego nie będę płakać.

I obowiązuje data wystawienia oceny na moim profilu na filmwebie. Dwóch pierwszych ocen z Nowych Horyzontów nie wliczam, bo te filmy omówiłem już miesiąc temu w innym temacie.

20

Hiroshima: Moja miłość / Hiroshima, mon amour (1959) - 8/10. Powtórka. Para kochanków spleceni na łóżku w romantycznych objęciach wspomina dramat drugiej wojny światowej, a przede wszystkim jej finału, który wydarzył się w tytułowej lokacji. Abstrahując już od tego, że bomba atomowa była 2wtedy mniejszym złem - czym dla bohaterów jest to miejsce? Wiemy, że ona jest aktorką która gra w filmie o świecie bez wojny. Oboje żyli już, gdy miał miejsce teatr wojny. Kobieta jutro wylatuje i już więcej nie spotka tego mężczyzny. W panice naciska, by wykorzystać do końca czas jaki mu pozostał. Szepty kochanków wypełniają półmrok, ale czy są oni tylko tym - ludźmi? A może to manifest całej ludzkości, która musi pogodzić się z tym, że do tragedii doszło, i teraz musimy żyć dalej? To trudny film, miejscami nawet nużący, ale nie jest niemożliwy do zrozumienia. Można go odczytać na kilka sposobów, a koniec końców to zawsze może być przede wszystkim piękny romans młodych ludzi. Arcydzieło nowej fali i kina surrealistycznego.








Willy Wonka i fabryka czekolady / Willy Wonka & the Chocolate Factory (1971) - 7+/10. Powtórka. Parę tygodni temu zacząłem oglądać, bo czemu nie? Ostatni raz widziałem ten cudowny film cztery lata temu. Ot, chciałem zobaczyć fragment, a z rozbiegu obejrzałem ponad godzinę. Wyłączam, bo przecież inne filmy wymagają obejrzenia. Szkoda, że przyszło mi go kończyć, bo Gene Wilder umarł w wieku 83 lat. Jego Wonka to cudowny kosmita i podróżnik w czasie, a przynajmniej tak łatwo jest go podejrzewać o te rzeczy. Ekscentryczny, dystyngowany, metodyczny i rygorystyczny, a podróż przez jego królestwo - tytułową fabrykę - to wspaniała i niezapomniana przygoda. W końcu zrozumiałem też końcową scenę z gabinetem Wonki. Przynajmniej, tak mi się wydaje. Jeden z najlepszych filmów familijnych w historii kina. 

Top 5 moich filmów z Genem Wilderem:
1. Willy Wonka i fabryka czekolady
2. Młody Frankenstein
3. Bonnie i Clyde
4. Płonące siodła
5. Frisco Kid
A łącznie widziałem dziesięć.







Zabójcza broń 4 / Lethal Weapon 4 (1998) - 7/10. Powtórka po latach, tym bardziej miło być zaskoczonym, że ten tytuł trzyma się po latach tak dobrze. Zawsze byłem fanem serii (z wyjątkiem pierwszej części, która jako jedyna mnie nudziła), więc obawiałem się, czy kontynuacje nadal będą mnie bawić. Dosłownie od pierwszej sceny nie miałem wątpliwości - to dobry film. I z czasem jest tylko lepszy, bo teraz można go traktować jako pomnik czasów sprzed politycznej poprawności oraz bohaterów, którzy muszą ponosić wyolbrzymioną odpowiedzialność za szkody jakie poczynili ratując sytuację. "Zabójcza broń 4" powstała w czasach, gdy filmy mogły jeszcze bawić. Chłop chodzi z miotaczem ognia po ulicy, kończy się to zdemolowaniem połowy ulicy i wysadzeniem w powietrze stacji benzynowej i co najmniej jednaj ciężarówki. Efekt? Sytuacja opanowana, wracamy do domu, i kolejna scena. Wszystko wzięte w nawias braku powagi, którego dzisiaj już twórcy nie potrafią wnieść.






Incepcja / Inception (2010) - 6/10. Powtórka. Zabawne, sześć lat temu byłem w kinie, zrozumiałem wszystko i potem miałem sporo śmiechu z ludzi, którzy zakładali tematy na forach, bo nie rozumieli podstawowych zasad którymi rządzi się ten film. Teraz go oglądam po latach, pamiętam podstawy całkiem dobrze, dlatego tym razem podczas seansu skupiłem się na tym, jak te zasady były wytłumaczone. I jestem w szoku, bo to jest pierdolnik. Informacje są podawane w chaotyczny, dezorientujący sposób. Byłem w szoku, jak źle to wszystko jest opowiedziane, jakbym cofnął się do liceum i mojej nauczycielki matematyki. "Incepcja" ma te same problemy co inne filmy Nolana. Chłopak i jego koledzy mieli za dużo pomysłów, w ostatniej chwili się ogarnęli, że robią tutaj tytuł który ma trwać dwie godziny a nie dziesięć, nadrabiali dialogami, usilnie starali się by zachować kształt wersji dziesięciogodzinnej. Z tego powinno się usunąć połowę materiału, a przede wszystkim: główną fabułę. Co kogo obchodzi, czy Cillian Murphy kupi cały ten szwindel? Czemu tyle się strzelamy? Czemu nie więcej? Najważniejsze tutaj powinny być wątki Cobba oraz podróż widza przez ten świat. A zamiast tego mamy Cobba mówiącego swój segment filmu z prędkością karabinu maszynowego, a podróży tu nie ma (chyba trzeba by uczynić najpierw z Ellen Page główną bohaterkę filmu, ona byłaby tym łącznikiem widza z filmem). Miejsca na refleksję o czymkolwiek z tematu sci/fi i implementacji myśli/zmiany człowieka, moralnego punktu widzenia na to wszystko... Nie ma. Po prostu nie ma. Myślałem przed seansem, że będę o tym myśleć podczas oglądania. Skończyłem oglądać i nie wiem, czemu tak myślałem. Niemniej, chciałbym kiedyś zobaczyć serial oparty na tym filmie. Pomysły są, potencjał jest, teraz jeszcze jakieś postaci, scenarzysta, montażysta... Reżyser też by się przydał. Taki, który nie bałby się zrobić serialu.

Dygresja: poświęćmy minutę by przypomnieć sobie jak wspaniale jest opowiedziane pierwsze 45 minut "Matrixa",






Liberator / Under Siege (1992) - 6/10. Powtórka. Pancernik zostaje zaatakowany. Wszyscy żołnierze są  zamknięci pod podkładem, władzę sprawują terroryści grożący użyciem broni pokładowych. Teraz wszystko leży w rękach kucharza... Brzmi jak "Szklana pułapka", ale to niesłuszne założenie. Raz, że bohater szybko dostaje towarzyszkę, którą musi się opiekować. A potem zyskuje dodatkowe towarzystwo żołnierzy. Są inne różnice, ale przechodząc już do samego filmu... to dobra powtórka. Kiedyś dałem 2/10, a teraz oglądam i widzę tu dobrą reżyserię i umiejętnie budowaną dramaturgię. Pierwsze 30 minut z kładzeniem fundamentów pod przyszłe starcia to bardzo przyjemne kino. Nie wiadomo, do czego to wszystko prowadzi, chociaż czujemy coś w powietrzu. Aż tu nagle zaczyna się dziać! Super rzecz. Problem w tym, że właściwa akcja już nie jest tak imponująca. Końcowy pojedynek na noże wygląda jak dwóch facetów klepiących się dłońmi o dłonie, pomiędzy którymi wstawiono ujęcie na którym znajduje się zbliżenie na ramię jednego z nich, jak zostaje tam ciachnięty. A potem wracamy do głaskania się. Niemniej, seans uznaję za udany. Może nawet obejrzę drugą część?


Pytanie: czemu we współczesnych filmach akcji nie ma żadnej Miss maja 2015? Kiedy ten schemat przestał być modny?


Top 5 filmów Andrew Davisa:
1. Ścigany
2. Kto pod kim dołki kopie...
3. Liberator
4. Morderstwo doskonałe
5. Nico - ponad prawem







When Stranger Calls (1979) - 6/10. Obejrzałem by przygotować się do ostatniego odcinka drugiego sezonu "Scream", który miał nawiązywać do tej produkcji. O co tutaj biega? O opiekunkę do dzieci, która zostaje sama w pracy pod wieczór. Wszystko idzie gładko do czasu pierwszego telefonu. Nieznajomy głos w słuchawce pyta, czy nasza bohaterka zajrzała już do dzieci. Dalszych losów nie zdradzę, bo pierwsze 20 minut to perfekcja. Atmosfera niepewności jest wyśmienita, napięcie rośnie jak marzenie, a finał jest tak kiczowaty jak film z przełomu tych dwóch dekad tylko mógł być. Tę część warto zobaczyć. Potem film zwalnia mocno, akcja przenosi się w czasie i przestrzeni, i nie jest zbyt interesująca. To już ten typ kina, jakiego można się było spodziewać po całej produkcji - aktorzy grają jak w kinie klasy B, montażysta właśnie uczy się reżyserii, a reżyser uczy się przychodzić na plan. Na właściwe tory wracamy dopiero w samej końcówce, gdy znowu wraca napięcie. Ogólnie film na plus - początek warto oglądać sam w sobie, ale całość jako taka na swój urok tamtych czasów. Ta muzyka, barwy, jakość obrazu niczym z nowiutkiej kasety VHS. To są czasy pierwszych dorosłych filmów dla których siedzieliśmy przed telewizorem do 23, korzystając z faktu, iż rodziców znowu zgarnęła straż pożarna. Wtedy takie filmy nas nie zawodziły, i dziś jest tak samo. 






Madagaskar 2 (2008) - 6/10. Kontynuacja pierwszej części, bohaterowie opuszczają Madagaskar by polecieć do Nowego Jorku. Ale taśmy klejącej wystarcza jedynie na dotarcie do Afryki. Tutaj bohaterowie niespodziewanie znajdują dom. Jak więc się stało, że mimo wszystko powstała cześć trzecia? Obejrzyjcie, bo... Możecie. Raczej nic wam się nie stanie od tego. Animacja jest energiczna, opowieść przyjemna i nieszablonowa, i czas jest generalnie mile spędzony. Idealny film dla dzieci, przy którym to nie jest obelga albo próba usprawiedliwienia jego wad. Warto zobaczyć jak to się stało, że ta starsza babcia która uderzyła Alexa w metrze w pierwszej części, tutaj staje się jedną z głównych bohaterów. To było cholernie zabawne. 

Przy okazji - widzieliście, że "Anomalisa" Kauffmana jest wzorowana na tym filmie? Serio! Jest tu wątek Marty'ego, który dopiero teraz poznaje zebry. Wcześniej myślał, że jest wyjątkowy, a tutaj widzi innych przedstawicieli swojego gatunku, wszyscy wyglądają tak jak on, mówią tym samym głosem Chrisa Rocka (!!!), i teraz nasz bohater ma kryzys osobowości i nie wie, kim jest. Obie produkcje zgłębiają temat w podobnym stopniu. Oczywiście, "Anomalisę" nadal warto zobaczyć. Ma lepsze sceny zbliżania seksualnego niż w "Madagaskar". 






Madagaskar 3 / Madagascar 3: Europe's Most Wanted (2012) - 6/10. Zwierzaki kontynuują swoją podróż by wrócić do domu w zoo w Nowym Jorku. Trafiają do Europy, gdzie dołączają do cyrku, by ukryć się przed ludźmi chcącymi ich złapać i powiesić na ścianie. Póki co najlepsza cześć serii, i oby to była ostatnia... Chociaż ciąg dalszy jest możliwy, a czwarta część ma swoją stronę imdb. Tymczasem - mamy trójkę. Odsłonę najzabawniejszą, najbardziej energiczną i kolorową. A przy tym mającą najmniej sensu i dosyć zwalniającą tempo w połowie, co nie zdarzyło się w poprzednich filmach. Jednak gdy dojdzie do finału - znużenie odchodzi i znowu pojawia się ekscytacja wszystkimi atrakcjami jakie ten film oferuje. Wielki spektakl na arenie cyrku był piękny - kreatywny i z rozmachem. A wielki finał filmu jest dokładnie taki sam, ale do kwadratu. Twórcy uwolnili swą wyobraźnię, co naprawdę warto zobaczyć. 




Świątynia zagłady / Temple of Doom (1988) - 5/10. Indiana Jones na bezsensownej podróży do Indii, gdzie przez przypadek angażuje się w dziwaczną przygodę, a potem... idzie do domu. Towarzyszą mu debile, których w ogóle tam nie powinno być. Wille zostaje moją nową najgorszą postacią damską w historii kina. Za to, że jest doklejonym obiektem CGI, którego nie było nawet w oryginalnym materiale. Gada głupie kwestie, słabe żarty, piszczy, przeszkadza i ogólnie jest tępą dzidą. Trzeba jednak oddać, że szalone momenty w tym filmie naprawdę są szalone. Scena poświęcenia dla Bogów, albo posiłek tradycyjnych rasis... ekhem, indyjskich potraw... Takie widoki człowiek pamięta po wielu latach od seansu. Za to plus.









****SERIALE****


Luzaki i kujony / Freaks and Geeks (sezon 1, 10/18) - 7+/10. Okolice 1980 roku. Led Zeppelin wciąż ma swojego perkusistę, a nasi bohaterowie uczęszczają do liceum. Po takiej obsadzie i tematyce spodziewałem się, że po seansie napiszę coś w stylu: "w końcu jakaś produkcja Paula Feiga i Setha Rogena która jest śmieszna". Ale napiszę coś innego. Mianowicie, to bardziej kino obyczajowe jest. Gdy myślę o poziomie humoru w tym tytule to przypominają mi się rzeadkie momenty żenady. Kujon próbujący tańczyć, albo zagadać do dziewczyny, albo religijna dziewczyna chodząca na imprezie i mówiąca wszystkim, że bawi się lepiej od wszystkich innych, chociaż jest trzeźwa. Nawet zaczęła śpiewać o Jezusie. Ech. Ale pomijając te momenty to otrzymujemy całkiem dojrzałe kino o... Cóż, dojrzewaniu. Odnajdywanie się w nowym środowisku, rozwój wewnętrzny, odchodzenie od wzorów ustawionych przez rodziców. Kujony wrzucają na luz, luzacy zaczynają poważniej podchodzić do decydowania o przyszłości. Pierwsza impreza, pierwszy koncert, pierwsza trawka. A biorąc pod uwagę fakt, że mamy doczynienia z serialem - poznajemy tych bohaterów całkiem dobrze. Ale nie wiemy wszystkiego od razu. Zaglądamy do życia niektórych postaci ze sporym opóźnieniem. Powiem teraz tylko, że miejscami sporo ekscytacji budziło we mnie zobaczenie wnętrza domu niektórych. Zdać sobie sprawę, że tak wygląda ich życie, i do tego wracają każdego wieczoru. Im dalej tym lepiej. Mój ulubiony odcinek to "The Little Things" (1x17), podejmujący pewien bardzo ważny dzisiaj temat, z niesamowitą lekkością i humorem. Ma też najlepszą scenę z całej produkcji, gdy Sam i Seth Rogen rozmawiali w łazience. Cała produkcja skończyła się na jednym sezonie, bez urwanego zakończenia, ale chciałoby się więcej.


PS. Trochę humoru w tym serialu mimo wszystko jest. Choćby wtedy, gdy, ee... Lindsay spróbowała trawki pierwszy raz, po czym rodzice przypomnieli jej, że musi opiekować się dzieckiem sąsiadów. Albo gdy Rogen rozwalił gitarę Segelowi.


- What, are the Blues Brothers doing a show in town tonight?
- No, George Bush is coming to speak to the school.
- The porn star?!

- The vice-president of United State of America. George Bush.






Kochane kłopoty / Gilmour Girls (sezon I, 8/21) - 7/10. Początek XXI wieku to były fajne czasy. Kobiety były wtedy zabawne, energiczne, dużo gadały i mogły przebywać w towarzystwie innych kobiet. A ten serial dobrze ten świat portretuje. Na pozór jest to rzecz o nastolatkach, ale jest tutaj miejsce dla opowiadania o życiu kobiet w każdym wieku. I tak obok siebie funkcjonują tu słodkie sceny młodych zakochanych jak i dramaty między matką i jej dorosłą córką, które nigdy nie rozumiały siebie nawzajem. Dialogi są tutaj więcej niż znakomite - Tarantino by takie pisał, gdyby mu wena się nie wyczerpała po dwóch epizodach. Jest tutaj ten idealny balans, dzięki któremu bohaterowie rozmawiają ze sobą jak ludzie, ale... Robią to ciut lepiej od nich. Zawsze umieją wytłumaczyć prostymi słowami swoje uwagi, mówią też szybko i bogato. Aż chce się, by w prawdziwym świecie ludzie tak rozmawiali. A do tego piosenka Carole King w czołówce. Czego chcieć więcej? Pierwszy sezon kręci się wokół nakreślania relacji między bohaterami żyjącymi w Cincinnati, kiedy to Rory dostaje szansę by zacząć uczęszczać do elitarnej szkoły, gdzie znajduje się pod dużą presją. A poza tym poznaje swojego pierwszego chłopaka. Idealny odcinek na początek: "Rory's Dance". Teraz przede mną trudne zadanie: obejrzeć siedem sezonów i wyhodować w sobie dziesięcioletnią nostalgię do tej produkcji przed listopadem, gdy na Netflixie pojawi się "Gilmore Girls: A Year in the Life".




Scream (sezon II) - 7/10. Napisałem już o tym oddzielny tekst na blogu. Tutaj tylko w skrócie: wciąż jestem zaskoczony, że ta produkcja ma tyle energii i aż kipi od kreatywności! Clifhanggery na końcu prawie każdego odcinka, napięcie oczekiwania przez tydzień na kolejny epizod. Fajnie zobaczyć jak masa tak różnych ludzi spotyka się na korytarzu szkolnym i tworzy zgraną paczkę. Podobało mi się, i to bardzo. Oby Netflix przejął produkcję i zrobił trzecią serię. Nie chcę, by wszystkie odpowiedzi pojawiły się w odcinkach halloweenowych. Najchętniej zobaczyłbym jeszcze pięć serii, w czasie których jest tylko jeden morderca. Albo i więcej, ale żaden z nich nie jest odkryty przez ten cały czas. Dopiero w finale. Albo i nie.:)




(tutaj wspomniane jednak jest, kto zabijał w pierwszym sezonie, więc jeśli nie chcecie sobie psuć niespodzianki, to wsadźcie sobie palce w uszy i udawajcie, że wcale nie. Warto!)
 


Chłopcy z baraków / Trailer Park Boys (sezon I) - 7/10. Akcja toczy się w miejscu wskazanym przez oryginalny tytuł. Tutaj ludzie mieszkają w prowizorycznych domkach, które wyglądają jak campery zrobione z kartonu. Piją, hodują narkotyki, a na koniec i tak pójdą do więzienia. To musi być najlepsza praca na świecie, kręcenie tego gówna. Pojawiasz się na planie, demolujesz coś, każesz komuś zamknąć ryja, i idziesz do domu. Jutro robimy to samo. Na dodatek wszystko jest kręcone z ręki w konwencji udawanego dokumentu, ludzie gadają do kamery - wydaje się, że tu wcale nie trzeba się wysilać. A jednak jest tu pewien geniusz, bo ja cały czas się śmiałem, i po obejrzeniu 10 najlepszych odcinków wg imdb wziąłem się za oglądanie po sezonach. Dopiero teraz, gdy piszę te notatkę, zdałem sobie sprawę, jak łatwo można było z tej produkcji zrobić kolejne show w którym najgorsze ludzkie gówno opowiada o tym, jak się najebali... I to tyle. Gdzie jest różnica? Teraz mogę tylko zgadywać. Bohaterowie "TPB" są sympatyczni, humor szalony, a całość wzięta w nawias braku powagi - taki Julian zawsze ma drinka w dłoni, nawet podczas najbardziej absurdalnej sytuacji, wziętych prosto ze "Szklanej pułapki". Dobrze się ogląda tych ludzi. Chcę jeszcze. Najlepszy epizod: "Closer To The Heart", szczególnie jeśli jesteście fanami Rush. Tego zespołu rockowego.




Doktor Who 2005 (sezon V, 6/13) - 7/10. Netflix zrobił mnie w chuja. Pokazywało, że dostępne są cztery sezony, więc myślałem: "Ok, nie ma problemu, pierwsze trzy ponoć są najlepsze". Odpalam Netflixa... a tutaj są cztery sezony dostępne, ale nie pierwszy, tylko licząc od piątego w górę. Przeżyję. Sam serial, jeśli nie wiecie, opowiada o tytułowej postaci Doktora - istoty podróżującej w czasie i rozwiązującej problemy, ma tam różne przygody i jest generalnie fajnie. Cała produkcja to jedna z tych niskobudżetowych, w których liczą się przede wszystkim pomysł i zaangażowani aktorzy, a resztę robimy po kosztach. I tak jak w "Twilight Zone" można było zrobić wciągający odcinek o dwojgu ludzi gadających do ściany przez 20 minut, tak "Doktor Who" osiąga cel niskim nakładem kosztów. Za przykład niech posłuży tu jeden z moich ulubionych epizodów: "The Time of Angels" (i jego kontynuacja: "Flesh and Stone"), gdzie Doktor stoi naprzeciwko armii tytułowych Aniołów. Strasznych istot, które jednak nie ruszają się gdy na nie patrzysz. Nie możesz odwracać od nich wzroku ani też patrzeć im w oczy, bo wtedy zaczynają cię przejmować. Sprytna narracja całości, zaangażowanie aktorów - i to wystarczyło by ukryć taniość tego wszystkiego. Nie trzeba animować stworów bym ja podczas oglądanie wciągnął się na tyle, że sam nie mrugałem przez pewien czas. A raczej robiłem to wyłącznie jednym okiem, na zmianę. To działa! Postać Doktora (wcielenie Matta Smitha) jest super - energiczny, żywiołowy, zabawny, nonszalancki. Ale jego towarzyszka jest jeszcze lepsza: Amy w wykonaniu Karen Gillan jest idealna. Naturalna, szczera, cały czas w szoku tego co widzi, ekscytuje się każdą chwilą. Gdy ją oglądam to nie myślę o tym, czy jest tam potrzebna. Nie, ją się zbyt przyjemnie ogląda, by myśleć o innych rzeczach. Cóż, będę ten serial jeszcze oglądać, ale nie trafiłem na wiele odcinków w stylu "The Time of Angels", które potrafiły odwrócić moją uwagę od taniości tego wszystkiego. Btw: to sezon całościowy, więc warto obejrzeć przynajmniej większość epizodów.

Amy: So what's wrong with me?
River: Nothing, you're fine.
Doctor: Everything, you're dying.
River: Doctor!
Doctor: Yes, you're right, if we lie to her she'll get all better.







W garniturach / Suits (Sezon I, 5/12) - 6/10. Moje drugie podejście do tego serialu. Opowiada on o firmie zatrudniających genialnych adwokatów, a akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Bohaterowie co do jednego są sympatyczni i bardzo przyjemnie się ich ogląda. Wszyscy ubierają się jakby nosili na sobie 10 tysięcy dolarów, piękny widok. Scenariusz znaczy inteligencja, nawet w narracji jest sporo mniej mainstreamowych momentów. Tych elementów serialowi nie odmawiam, to są zdecydowane zalety. Jest tylko jeden problem: to serial o niczym. Kiedyś obejrzałem sześć epizodów i umierałem z nudów. Teraz wróciłem, obejrzałem pięć najlepszych wg imdb, i wystarczyło. Nic mnie nie ominęło, a nawet te które oglądałem, nie były mi do czegoś potrzebne. Niemniej, "Pilot" liczący sobie półtorej godziny to nadal znakomita rzecz. Z przyjemnością oglądałem.


W garniturach / Suits (sezon II) - 6+/10. W drodze do zobaczenia 5x10, które ma na imdb ocenę 9.9/10 i zachęcające recenzje. Muszę go zobaczyć, więc oglądam dalej. Drugi sezon to już lepsza rzecz. Początkowo nadal chciałem obejrzeć tylko pięć najlepszych epizodów z tej serii, ale w połowie stwierdziłem, że za dużo mi umyka i zacząłem oglądać od początku. Z jednej strony to dobrze - serial jest o wiele bardziej dramaturgiczny i ciekawszy w oglądaniu. Dla przykładu: Mike chce być z Rachel. Ale nie może jej powiedzieć, że nie jest prawnikiem i nigdy nie chodził do Harvardu. Gdy jest blisko złamania się, wtedy przypomniane nam jest, że jeśli on to powie, to wtedy się wyda. I Mike straci pracę. Harvey też, bo położył swoją karierę na szali, by Mike nie stracił pracy. A jeśli wyda się, że Jessica zatrudnia oszusta który nie chodził do Harvardu - wtedy i ona leci, a kierownictwo nad firmą przejmuje Daniel! Wyśmienita siatka dramaturgiczna. Większość epizodów zaczyna się od "previous on Suits", One są konstruowane na tym co było wcześniej. Z drugiej strony - pomiędzy tymi "najlepiej ocenionymi epizodami" są te wyraźnie słabsze, w stylu pierwszego sezonu, które zmierzają donikąd, i zawierają tylko momenty które coś dodają do całości. To ogólnie osłabia wrażenie, stąd ocena niewiele wyższa, ale wciągnąłem się w tę produkcję. I będę oglądać dalej... może nawet w całości. Jestem świadomy minusów tej produkcji (bezpieczny i grzeczny styl, aktorzy nie umiejący utrzymać na sobie kamery przed dłużej niż 10 sekund, każda trudna sprawa jest rozwiązywana w ten sam schematycznie "mądry" sposób), ale mi to nie przeszkadza. W końcu to obecnie najlepsza telenowela, obok (zakończonego) "Mad Mena" i "Orange is the New Black". Najlepsze epizody: "She Knows", "Break Point", "High Noon". Mój faworyt: "Blind-Sided" (w sumie można oglądać jako samodzielny epizod)





Stranger Things (Sezon I) - 6/10. Ta produkcja to schemat na schemacie. Były lepsze, były gorsze, jak dwuwymiarowe łobuzy szkolne albo autystyczne, specjalne dziecko które umie wywrócić ciężarówkę siłą swojego umysłu, ale nie umie odpowiedzieć na pytanie w czasie poniżej dwóch odcinków. Inne postaci to zaczyna denerwować i zamiast czekać na odpowiedź to wolą krzyczeć na specjalne dziecko. I krzyczą, i krzyczą. Ten schemat powinien umrzeć. I chyba tak też się stało, jedynie na potrzeby tego serialu go wskrzeszono. Dobre były ostatnie chwile tego serialu, gdy zaczął on nabierać własnej osobowości. Wtedy to przestały być schematy, a my oglądaliśmy nowe postaci, które lubimy, w nowych sytuacjach. Oglądanie jak bawili się w "Home Alone" było fajne. Gdy Steve zaoferował pomoc przy sprzątaniu spreju, to było fajne. Gdy grali w planszowe RPG to też było fajne. Plus jeden genialny moment sztucznego oddychania. Niestety jest na samym końcu, ale dla tej chwili absolutnego piękna warto spędzić te osiem godzin. Tym bardziej, że w zakończeniu jest już sugerowany ciąg dalszy. Jest tu szansa na jakąś zawartość własną, co może być ciekawe, chociaż z drugiej strony nie wiadomo jak twórcy poradzą sobie z tworzeniem czegoś własnego. Przepisywanie poszło im na czwórkę z plusem. Samo zakończenie jest niesatysfakcjonujące - tak jakby wszystkie negatywne rzeczy które słyszeliście o "Lost" miały coś wspólnego z rzeczywistością, tak właśnie jest w przypadku "Stranger Things". Niczego nie wyjaśniono i nie wiadomo o co chodzi. Prawdziwy problem jest w tym, że nic mnie to nie obchodzi, ale twórcy zapewnili gorąco, że to dokądś będzie prowadzić i na pewno tu jest coś ciekawego. Zobaczę jak uwierzę. O serialu zapomnę za tydzień.






Statystyki:

Jeden film obejrzałem na Mubi
Jeden na YouTube.
Cztery w telewizji
Szesnaście na Netflixie.
Trzy krótkie metraże
Osiem sezonów seriali. Na Netflixie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz