sobota, 30 listopada 2013

Wielki Liberace (6/10)

Biopic & Queer Cinema , 2013


Rok 1977. Scott Thorson rozpoczyna bliską znajomość z Wladziu Valentino Liberace. Zaczynają razem spędzać czas, pracować, żyć. Historia oparta na faktach i prawdziwej postaci zarówno Liberace jak i Thorsona. Opowieść o homoseksualizmie, trudnych relacjach miłosnych, prywatności oraz przemijaniu.


Ulubione filmy z 1968 roku

1. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (Spaghetti Western)
2. 2001: Odyseja kosmiczna (Science Fiction)
3. Tylko dla orłów (Action)
4. Serce to samotny myśliwy (Drama)
5. Gang Olsena (Comedy & Heist Film)
6. Planeta Małp (Adventure)

7. Schody (Surrealism)
8. Żyd Jakow (Drama)
9. Piknik z Weissmannem (Surrealism)
10.Żandarm się żeni (Comedy)
11.Mieszkanie (Surrealism)


..."Dziennik schizofreniczki" mógłbym liczyć, gdyby nie problem z datą premiery. Jedno źródło - film z '68, drugie - '69. Chrzanić to.

piątek, 29 listopada 2013

Teoremat (5/10)

Surrealism & Experimental, 1968



Chciałem dobrze potraktować ten film. Wiedziałem na co się piszę. Nagromadzenie symboli przeszkadzało (bo korzystanie z nich w takim stopniu świadczy o jednym z dwojga: albo twórca bał się, że ktoś zrozumie o czym mówi, albo bał się, że sam to zrozumie), ale trudno. Dam radę. Bardzo mała ilość dialogów mi odpowiadała, obraz jest jasny i czytelny. Myśli w stylu "Dobrze, więc on jest kimś specjalnym, skoro wyczuł, co ona będzie robić - a więc wiedział o tym, co myśli wcześniej, ale to zignorował. Dlaczego? Oglądam dalej..." były całkiem normalne przy oglądaniu.

A potem się okazało, że po milczeniu przyszedł okres łopatologicznego wyjaśniania wszystkiego do kamery na przemian z bełkotem. Wszystko jest jasno wyjaśnione. Inna sprawa, że było to też bardzo nudne. I średnio podobało mi się to co oglądam. Zapewne dlatego, że to jeden z tych tytułów, które wyznają filozofię człowieka jako istoty słabej/niedoskonałej/beznadziejnej/której egzystencja nie ma sensu. Nie zgadzasz się z tym, i tak jak mnie guzik będą cię obchodzić wnioski i sceny wychodzące z tego założenia.

Bla bla bla.

Chciałbym, by to okazał się dobry film (i nie mam tu na myśli jego jakości), tak jak traktuję każdy inny film lub w ogóle sztukę filmową. W końcu nawet przy okazji "2001" natknąłem się na bardzo różne interpretacje. Może "Teoremat" jednak da się lubić, i intencje twórcy były inne. Może. Póki co trzymam się tego, że film jest nużący, męczący, monotonny. I nawet mi nie zależy, by był dobry
http://rateyourmusic.com/film/teorema/

(felieton) Przemyślenia po "Louie"

Obejrzałem niedawno pierwszy sezon "Louie". Na początku jednego z odcinków główny bohater gra z przyjaciółmi w pokera. Jeden z nich jest gejem, więc szybko pojawiają się żarty na ten temat. Równie szybko wypływa pytanie: "Czy jako gej uważa, że Louis nie powinien na scenie używać słowa faggot?".

Wyjaśnia więc, że określenie "faggot" wzięło się ze średniowiecza, gdy chciano ich spalić razem z czarownicami, tylko że uznano ich "niegodnych", więc po prostu wzięli, związali ich w paczki i tak spalili z boku. Dodał następnie, że każdy homoseksualista będąc bitym w bramie przez chuliganów słyszy takie i podobne słowa. I przypomina sobie ową sytuację, gdy słyszy to określenie, działa to na niego, nawet gdy zostało użyte jako żart.

czwartek, 28 listopada 2013

Serce to samotny myśliwy (7/10)

Drama, 1968


John Singer to głuchoniemy żyjący w małym, typowym miasteczku połowy XX wieku. Wynajmuje pokój u rodziny, odwiedza kumpla (również głuchoniemego) w zakładzie, w barze napotyka przegranego mężczyznę w sile wieku, który po pijaku zostaje wywalony na bruk, po czym zaczyna przypierdalać barana w ścianę, byle do krwi. A to jeszcze nie koniec, bo jest jeszcze czarny lekarz który wspomnianego pijaka nie będzie chciał opatrzeć, bo on opiekuje się wyłącznie "swoimi".
Czyli "Zabić drozda", "Na wschód od Edenu", "Kotka na gorącym rozgrzanym dachu". To ten sam typ kina, czuć podobieństwa w stylu i dramaturgii.



Udało się zachować równowagę między cichymi scenami i dialogami. Nie czuć, że ta opowieść zmierza wyraźnie w którąś ze stron. Do tego momenty głuchoniemych są jasne nawet bez znajomości języka migowego. Ilość wątków mnie zaskoczyła, ale wszystkie układają się w jakąś całość, i całkiem nieźle poradzono sobie z utrzymaniem uwagi oglądającego na głównym bohaterze, który jednak nie przewija się na ekranie tak często. Ale czuć jego rolę. Właściwie o tym jest ta opowieść, o cichym człowieku z tyłu który w większy lub mniejszy sposób oddziałuje na innych... więcej nie zdradzę.

Trochę zbyt naiwny (?) epilog.

Teraz muszę pewnie książkę przeczytać.
http://rateyourmusic.com/film/the_heart_is_a_lonely_hunter/

środa, 27 listopada 2013

Monterey Pop (6/10)

Rockumentary, 1968


The Who, Cass Elliot*, Simon & Garfunkel, Jimi Hendrix, Otis Redding... nawet znalazło się miejsce dla żeńskiego Iana Browna, która na początku filmu tłumaczy, czym jest tytułowy festiwal. Gwiazdką, Urodzinami, i Wielkanocą połączoną w jedno. "Monterey Pop" to zapis tamtego wydarzenia, narodzin nowej muzyki, tamtych czasów. Wszystko bezbłędnie.

The Who oczywiście coś tam zdemolują, Hendrix będzie uprawiał seks z wiosłem w trzech różnych pozycjach (a na koniec oczywiście je podpali), Otis Redding będzie improwizował na scenie w najlepszym stylu, The Mamas & The Papas przebiorą się za Sierżanta Pieprza (a główny wokalista założy czapkę Jay Kaya), na koniec jeszcze jakiś Hindus będzie 10 minut grać na cytrze. Wszystko to przeplatane widokami "na drugi dzień", kiedy to budzą się ludzie na środku pola i niczego nie pamiętają z festiwalu. Zawsze mnie ciekawiło, jak to wygląda, i teraz wiem.

Jak ktoś lubi takie widoki lub bardzo kocha owych muzyków, to da zapewne wyższą ocenę ode mnie. Niemniej, każdy dokumentalny aspekt "Monterey Pop" wykonano na medal. Lepiej tamtych czasów pokazać nie można było.

*ale wtedy jeszcze nie śpiewała "Make Your Own Kind of Music".
http://rateyourmusic.com/film/monterey_pop/

wtorek, 26 listopada 2013

2001: Odyseja kosmiczna (9+/10)

Science Fiction, 1968


Uprzedzając - ocena bez zmian, film nadal robi wrażenie. Ale ten mój ostatni seans nie był najlepszy. "2001" nie ma zbyt dużego potencjału do ponownego oglądania. Pierwszy seans to oczywiście wyjątkowe przeżycie, podczas którego nie wiadomo co się dzieje i coraz mniej się rozumie, bo by zacząć trzeba znać całość. Drugi seans nadal jest wyjątkowy, bo pierwszy raz zaczyna się rozumieć oglądane sceny. Ale gdy tym razem oglądałem to po raz piąty, to już nie było to. Są filmy które można oglądać 20-30-40 razy, "Odyseja..." do nich się nie zalicza. Sekwencje budowania napięcia już nie spełniają swojego zadania, bo wiem co tam będzie, wiem co konkretne sceny znaczą, i koniec końców tylko nieliczne momenty przy ponownym oglądaniu działają tak samo jak wcześniej. Przede wszystkim końcówka, sceny z Halem, wszystkie psychodeliczne - razem jakaś 1/3 całości, i jak na 140 minut to ciut za mało.


(serial) Legit

"Legit", serial autorstwa Jima Jefferiesa. Widzieliście jego wideo "Alcoholocaust"? Kończy je skecz dotyczący kolegi z dzieciństwa, który był chory na dystrofię mięśni. Ku zaskoczeniu wszystkich żyje nadal, ma ponad 30 lat, i gdy Jim go odwiedził, ten powiedział: "Nigdy nie byłem z kobietą. Zabierzesz mnie do prostytutki?", na co komik się oczywiście zgodził. Historia ponoć prawdziwa, ale liczy się fakt, że jest przekomiczna, i bardzo czarna. W końcu większość żartów dotyczy choroby i tego, że seks prawdopodobnie będzie zabójczy. Ten skecz trwa ponad 20 minut, w całości jest odegrany przez Jima, i posłużuł za materiał na pilota tego serialu.

Całość liczy póki co 13 odcinków, i jest to w sumie całościowa produkcja. Jim by stać się bardziej odpowiedzialnym człowiekiem, pozwala po wszystkim zamieszkać koledze na wózku (w serialu nazywa się Bill), razem z nim sprowadza się Steve, brat niepełnosprawnego, który niedawno rozwiódł się, a od czasu do czasu pojawia się Ramona, opiekunka Billa ze szpitala.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (9+/10)

Spaghetti Western, 1968


Taniec śmierci. Widz pochylony nad każdym trupem, nawet najmniej ważnym, pobocznym i nieistotnym. Anonimowa trójka wyczekująca na stacji, której nikt nie zapamięta i nikt ich nie opłacze. Spędziłem z nimi ich ostatnie 12 minut. Niewielu jest ważnymi i istotnymi postaciami, ale też niewielu służy tu za zwykłe mięso armatnie. Każda śmierć coś zabiera. Czuć ją. Nawet w zwyczajnym budowaniu stacji słychać echo końca tych, którzy ją zbudują. A ona stać będzie dalej.


(książka) The Perks of Being a Wallflower

Osoba podpisująca się jako Charlie śle listy do pewnej osoby. Nie wiemy kim ona jest, ona z kolei nie wie, kim jest Charlie. Pisze, bo chce wierzyć, iż jest na świecie taka osoba jak ona - usłyszał, że ona potrafi słychać, i nie wykorzysta tego, o czym się dowie. Bohater zmienia dane i nie zamieszcza adresu zwrotnego. Jego przyjaciela znaleziono martwego, popełnił samobójstwo. Wszyscy zaczynają się martwić, jak Charlie to zniesie - psychiatra organizuje spotkania, nauczyciele dają mu wyższe oceny mimo, że nie zasłużył. On sam często krzyczy i bardzo wiele płacze, czasami sam nawet nie wie czemu tylko tak umie reagować na wiele rzeczy. Ale rok się skończył, wakacje niedługo przeminą, zacznie się nowa szkoła. Tym razem liceum. Boi się tego, stąd pomysł z listami, w których opisuje wszystko.

Względem filmu - książka zawiera ogromną ilość szczegółów, tła, detali i historii. To właściwie coś na kształt uzupełnienia - opisane zostały chwile w starej szkole, tamtejsi znajomi. Znana rodzina bohatera sięga tak daleko jak to się chyba da. Dziadkowie, ciotka, i wiele innych. Charlie też więcej spędza z nimi czasu, opisana jest ich przeszłość (wspólne oglądanie finału "MASH"), święta, oglądanie "To wspaniałe życie" u dziadka. Przy okazji - urodziny Charliego wypadają tuż przed Gwiazdką. Czytelnik pozna również dziewczynę Billa, nauczyciela angielskiego, który w tej wersji da o wiele więcej książek swojemu uczniowi. W tym "Obcego" czy "Nagi lunch". Pojawi się też więcej piosenek na składankach, m.in. "Gypsy" Suzanne Vega, której w filmie nie ma, a ja często lubię włączyć sobie ten kawałek przed zaśnięciem.

Więcej też powiedziano o innych postaciach, siostra ma więcej niż jednego chłopaka przez ten czas. Więcej o końcówce znajomości z Bradem, o przeszłości Sam. Wprost też poinformowano czytelnika o tym, co Charlie napisał w liście do Sam na Gwiazdkę, podczas gdy w filmie trzeba było się tego domyślić (i jak się okazało, miałem rację).

Wolę film jednak. Bohater filmowy jest bardziej dostojny (niemal w ogóle nie płacze, jest bardziej pewny siebie, w książce jest piątym kołem dla Alice, Boba i reszty, w filmie autentycznie go polubili i byli wzajemnie dla siebie przyjaciółmi), narracja filmowa - o wiele przecież trudniejsza - została lepiej wykorzystana do opowiedzenia tej historii, końcówka wypada o wiele naturalniej na ekranie niż w listach. I może to dlatego, że znałem historię, nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak film. Końcówka jest gorzej przedstawiona, stało się tam to co mogło przytrafić filmowi, bo pojawia się niejako na doczepkę, zamiast finałowe uzupełnienie bez którego ta historia nie ma żadnego sensu.

Lepiej za to poradzono sobie z myśleniem Charliego o przeszłości i przyszłości. W filmie wypala pod koniec "Wiem, że kiedyś będziemy tylko historiami", w książce naprawdę wiele o tym myśli. Czy gdyby dziadek nie bił matki, to ta nie pragnęłaby wyjść za kogoś, kto nie będzie jej bił, przez co nie poznałaby ojca i w efekcie Charlie nigdy się nie urodził. Zastanawia się nad "dniami chwały", które przeżywa każdy sportowiec wybiegający na boisko... i myśli, czy przypadkiem nie mijają jego własne "dni chwały", i nawet tego nie zauważa.

To oczywiście wciąż ta sama opowieść, o bardzo skomplikowanym problemie filozoficznym, zmianie tego w co się wierzyło do tej pory, gdy dostrzega się błędy swojego rozumowania. Tak szczerze to nie zdziwiłem się, gdy na końcu Bill dał uczniowi "Źródło", sugerując by podszedł do tej genialnej powieści bardzo sceptycznie. Raczej poczułem zadowolenie, bo to coś właściwego w takim momencie. W filmie "Źródła" nie ma.:)

Warto to przeczytać, choćby jako uzupełnienie tego - z braku lepszego słowa - filmowego uniwersum, o którym faktycznie można myśleć i zastanawiać się nad pewnymi elementami. Np. do kogo pisze te listy? Piąty raz stykam się z tą opowieścią, i tak sobie myślę... on mógłby pisać do samego siebie z przyszłości. To by pasowało do tej postaci, potraktowanie samego siebie jako oddzielnego człowieka, wyidealizowanego (bo z przyszłości). Ale to tylko ślepy strzał. Zapewne pisze do zwykłego psychiatry w innym stanie Ameryki Północnej.

niedziela, 24 listopada 2013

Blue Valentine (7/10)

Drama, 2010


Historia małżeństwa, które po kilku latach zaczyna mieć kłopoty. Fabuła złożona z klisz i schematów, ale opowiedziana w taki sposób, że można w nią uwierzyć - Dean i Cindy stają się prawdziwymi ludzi, a ich życie staje się autentyczne. Współczesna część przeplata się z przeszłością, gdy jeszcze się nie znali - ona chodziła z zapaśnikiem, on pracował fizycznie byle gdzie, byle płacili. A zobaczyli pierwszy raz, gdy ona zamykała drzwi do pokoju, będąc u swojej babci w domu starców.


sobota, 23 listopada 2013

Przeszłość (5/10)

Drama, 2013


W sumie... mogło być gorzej. Oczywiście, to kolejny "głupi film o głupich ludziach i ich głupim życiu", ale tym razem w ogóle się nie denerwowałem. Tak, wszystko czym ta opowieść jest to pokazywanie mi bohaterów i krzyczenie do ucha: "Patrz, jacy są chujowi, Boże jaki żal!!!!" na przemian z naprawdę śmiesznymi sytuacjami. Pierwsza scena, powitanie na lotnisku, gadają ze sobą przez szybę, nie słyszą się nawzajem ale i tak gadają. Bardzo brakowało mi śmiechu z taśmy w tym momencie. Potem matka gania syna po podwórku - bardzo przedramatyzowana sytuacja, bierze się znikąd, wcześniej długo na niego krzyczała, poleciały poważne inwektywy, a i pościg nie był wcale krótki. W końcu go łapie, zaciąga do pokoju w brutalny sposób, zamyka a młody pierwsze co robi to próbuje rozwalić drzwi. Kopie, krzyczy, matka wychodzi a ojciec nic nie mówi. Zaczyna sprzątać, tamten cały czas krzyczy i tłucze... i wtedy gdy wydaje mi się, że scena nie może być bardziej absurdalna, to stary w końcu nie wytrzymuje, otwiera drzwi i krzyczy na małego: "Co? No Co? O co ci chodzi?". Umarłem ze śmiechu.

To tylko przykłady, żeby was zapewnić, że Asghar Farhadi nadal kręci głupie i śmieszne kino. Tylko już nie potrafi tak tym irytować. Aktorzy grają nijako, ale chętnie zwalę winą na reżysera za ich poprowadzenie. Dramaturgia jest wymuszona, nic się nie dzieje i wszystko co czułem to zmęczenie. Strasznie się to wszystko mi dłużyło. Śmieszne/żenujące momenty były bardzo krótkie i niewarte nawet wypisywania (w stylu: młody z nożem wielkim jak katana dziubie kukurydzę, mało sobie ręki przy tym nie odcina trzy razy na sekundę, trwa to jakiś czas a jego ojciec tylko "Ej, uważaj"). Do tego scenarzysta nie ma zielonego pojęcia o prowadzeniu dialogu, ani po co dialog w filmie w ogóle jest od samego początku. Jakby tego było mało, to nikt na planie nie wiedział, gdzie ta historia zmierza ani po co zaczęto o tym wszystkim kręcić film.

Jestem zmęczony. Przynajmniej mam to już za sobą.
http://rateyourmusic.com/film/le_passe/

piątek, 22 listopada 2013

Krótki film o zabijaniu (8/10)

Crime, 1988


Coraz większy szacunek mam do tria Kieślowski-Piesiewicz-Preisner. Scenariusz znowu taki prosty jak w "Krótkim filmie o miłości", też bardzo proste (fabuły nawet nie ma co streszczać), a tyle szczegółów i precyzji w budowaniu postaci dramatu, relacji i ich przeżyć... a także narracji. Pierwsza połowa filmu to niewiele znaczące fragmenty, scenki, mruknięcia, przebłyski. A tak łatwo są one potem połączone.

Podoba mi się to, że tonacja filmu nie jest do końca turpistyczna. Pierwsze morderstwo ciągnie się w nieskończoność - człowiek twarda bestia, nie da się jej tak po prostu zabić. Ślina, prychanie, walka, brak ustępstwa i pozwolenia, a na końcu krew. A ja to oglądając nie czułem się jak gówno. Aż szok, że to naprawdę polskie kino. Jednak tak się da przedstawić równie drastyczne widoki bez wywoływania u mnie odruchu wymiotnego lub chęci wyłączenia.

Spodobał mi się pomysł na postać zabójcy. Jego motywacje podano dosyć subtelnie w kilku miejscach, ale już choroba psychiczna jest tylko przypuszczeniem. Niepotwierdzonym, ani kiedy to się zaczęło. Na początku filmu wydaje się normalny, ale pod koniec zachowuje się jak dziecko. I nie czułem, że to środek do czegoś, do zmuszenia bym coś poczuł. Potraktowano to w dosyć zimny sposób, zaobserwowano coś naturalnego, co się po prostu wydarzyło.

Dobry Artur Barciś.

Ciekawe, że w niektórych miejscach Warszawy dodali tylko reklamy, a reszta taka sama jak wtedy.:)
http://rateyourmusic.com/film/krotki_film_o_zabijaniu/


5 ulubionych przeze mnie filmów Kieślowskiego

1. Podwójne życie Weroniki
2. Krótki film o miłości
3. Krótki film o zabijaniu
4. Personel
5. Bez końca


(felieton) 7 powodów, by nie czytać "Perks..."

To nie jest opinia o książce. Ta będzie w poniedziałek. Problem w tym, że wystarczy wziąć ją do ręki i w kilka sekund podjąć decyzję: "to chyba nie jest coś dla mnie" i odłożyć ją na półkę. Wystarczy obejrzeć okładkę z przodu i z tyłu, zobaczyć co tam wypisano i... i na tym ta relacja się skończy.



1. "Drogi przyjacielu, piszę do ciebie, bo jako jedyny mnie rozumiesz Chciałbym ci opowiedzieć o moim życiu, o seksie, narkotykach, związkach, akceptacji"

Tekst z okładki, większy niż tytuł i nazwisko autora razem wzięte. Bardziej pretensjonalnego wybryku natury nie można było spłodzić. Gdyby nie końcówa "chciałbym" pomyślałbym, że to opowieść o pretensjonalnej dziewczynie, której nikt nie rozumie.
Pozostaje mi tylko wierzyć, że ten kto to napisał, naprawdę się starał, by tak wyszło. Nie chcę nawet rozważać, że chciał dobrze. Odmawiam uwierzenia w to, że ktoś może być tak upośledzony, by chcą dobrze spłodzić potem coś takiego.
Poza tym seksu w tej książce nie ma. Przynajmniej nie w formie którą taki tekst zapowiada. Charlie kilkukrotnie będzie w tym samym budynku, w którym ktoś gdzieś będzie się kochać, i to wszystko. Narkotyki też są, ale to z pewnością nie jest jeden z głównych tematów. Po prostu są i tyle. Mógłbym wymyślić 20 lepszych haseł, i te które są na książce nawet nie byłyby blisko tej liczby.
I Charlie nie pisze do tej postaci, bo tylko ona go rozumie.


2. Okładka na której jest chłopak wyjęty z reklam antynarkotykowych lat 80-90.

Jakby siedział tam jakiś palant mówiący "To twój mózg, a to twój mózg na LSD" lub coś innego w tym stylu.


3. "The Perks of Being a Wallflower" przetłumaczone jako "Charlie". Bo główny bohater ma tak na imię! Profesjonalnie. Na tej zasadzie "Citizen Kane" -> "Charlie". "City Light" -> "Charlie". Przepraszam, "Charlie 102", bo przecież wcześniej były jeszcze krótkie metraże i inne filmy pełnometrażowe z tą postacią.


4. "Powieść Charlie została wydana w stanach przez MTV BOOKS"

Skoro MTV nie ma nic wspólnego z Music to śmiało mogę założyć, że po otwarciu książki wydanej przez MTV BOOKS zobaczę tam mangę.


5. "Zostanie sfilmowana przez producentów kultowej sagi "Zmierzch"

To już wiem, skąd pretensjonalny opis na okładce. Oczywiście żaden z producentów filmu "Perks..." - nawet John Malkovich - nie ma nic wspólnego z żadnym filmem z owej serii. Co się tyczy całej reszty twórców, jedyna osoba która się wyłamała to jakaś pani dźwiękowiec. Niech ktoś da jej znać, że jest producentem. Da to sobie w CV i będzie bardzo zadowolona, z pewnością.
I przy okazji - słowa których szukali polscy redaktorzy i tłumacze to "przeniesiona na ekran". Producenci biorący się za reżyserię? Bój się Boga. Zapytajcie fanów "Piły".


6. "Emma Watson, dla której będzie to pierwsza główna rola po ,,HARRYM POTTERZE''

Postać Sam nie jest główną rolą. Jest drugoplanową. Zresztą w "Harrym..." też nie grała głównej roli.


7. "ZANIM OBEJRZYSZ FILM, KONIECZNIE PRZECZYTAJ KSIĄŻKĘ"

Wiecie, co mnie naprawdę irytuje w tej prezentacji książki? Nie tylko kłamstwa, przeinaczenia i skupienie się na nieistotnych detalach. To wszystko co tu wypisałem to z grubsza wszystko, co tam jest. Pominąłem tylko dwa lub trzy zdania.

Irytuje mnie, że to nijak ma się do samej książki. Nawiązywano do wszystkiego co nastolatki obecnie czytają, dowalono nośne hasła (dobrze, że darowano sobie aborcję i gejów*), pokrzyczano jeszcze trochę o tym, że na podstawie książki zrobiono film (w oryginale cały tekst na okładce jest napisany capslockiem, ja sobie to darowałem przy przepisywaniu). Nic na temat samej książki. Kiedy rozgrywa się akcja, kto jest bohaterem, w jakim kraju mieszka, że całość jest napisana w formie listów. Spokojnie po zajrzeniu do środka mógłbym się spodziewać oryginalnej wersji językowej, bo naprawdę wątpię, by ktokolwiek z wydawnictwa faktycznie coś przy nim robił. Jak inaczej wytłumaczyć taki przekład tytułu?

I żeby nikt nie tłumaczył, że marketing, że bla bla bla. Tam właśnie uczą, że podpinaniem się pod coś nic nie zdziałasz, bo klient będzie zaatakowany klonami. Trzeba umieść wyjść z czymś nowym i charakterystyczny. To co zrobiono z "Perks..." to właśnie zły marketing. Wchodzisz do księgarni, widzisz tytuł: "Korzyści z bycia sobą" i to już łapie każdego, nie trzeba pisać nawet słowa więcej. Zamiast tego wchodzi, widzi "Charlie" obok "Stefana", "Janusza", "Gra o tron". Chwila, jaki tron? O co chodzi? Wezmę do ręki i zobaczę...


*co w sumie dziwne, bo oba te zjawiska mają miejsce w książce.:)

czwartek, 21 listopada 2013

Sami swoi (7/10)

Comedy, 1967



Jestem chyba za młody na ten film. Widziałem starszych ludzi, oglądających sto razy scenę powitania przez płot, ten leci, wszyscy na glebę a oni się śmieją po raz setny. Co nie znaczy, że nie mam zabawy podczas oglądania, wiele kultowych tekstów trafia i do mnie ("Ty, Kaźmirz, już trzecią wojnę zaczął, chociaż druga ledwo skończona!"). Mówię tylko, że nie jest oni taki duży, jak na Polaka przystało.;-) Pewnie dlatego, że dosyć chłodno traktuję taką tematykę. Jest głupi konflikt, i póki jest - to film ciekawy, ale sednem opowieści jest, by ta głupota się skończyła. A jak się kończy, to się zrobi nudno, bo o zgodzie już nie idzie interesująco opowiadać.

Niemniej, lubię ten film. Lubię obraz Polski, wsi, zaraz po wojnie, ale bez niepotrzebnych detali i wygórowanych ambicji. Z tego miała powstać jeno komedia, i wystarczy. Swojski klimat, sympatyczni bohaterowie i ich bezsensowna wojenka. Wyśmiana tak, by można było nie zauważyć podrasowanego komizmu w scenariuszu. Nie czułem, by nad dialogami pracowano nie wiadomo ile - wszystkie te zabawne puenty wychodzą naturalnie, wpasowują się w klimat. Świetna robota.

Chociaż muszę zaznaczyć, że historia złożona dosyć nieporadnie, z całą tą ramą czasową i retrospekcją. Istotne momenty przemiany wewnętrznej po prostu są, i szkoda, bo nie potraktowano ich tak poważnie jak powinno. Ale to pewnie by i tak nie pasowało, więc cieszę się, że wyszło "tylko" dobrze.
http://rateyourmusic.com/film/sami_swoi/


Top 5 Chęcińskiego

1. Rozmowy kontrolowane
2. Sami swoi
3. Nie ma mocnych
4. Kochaj albo rzuć
5. Historia żółtej ciżemki

środa, 20 listopada 2013

Trzy kolory: czerwony (7/10)

Psychological Drama, 1994


Wykorzystanie barw w tym filmie mnie powala. Tak, tytuł zobowiązuje, jest tu sporo czerwonego - ściany, jeep, ubrania. Ale nie o tym mówię. Cała kolorystyka jest przemyślana, jak film długi i rozbudowany. Nie dano po prostu jakichś czerwonych detali na scenę, tylko przemyślano sprawę, każdą scenę co do szczegółu, by podkreślać tę jedną czołową barwę, by to było płynne i nie kuło w oczy, by było naturalne i spójne. Cały seans to mieszanka kolorów około-czerwonych. Nie pamiętam, by w jakimś filmie tak bardzo zachwycił mnie ten element kinematografii. Do tej pory nawet nie brałem tego pod uwagę, w każdym razie nie w takim stopniu by wpłynęło to na moje postrzeganie kina i pracy reżysera. Tylko "Żegnaj, moja konkubino" przychodzi mi na myśl, jako coś przynajmniej bliskiego doskonałości, którą osiągnął Kieślowski w "Czerwonym".

Ale mówię tu też w ogóle o całej strukturze opowieści, jak opowiedział tę historię. Całą trylogię kolorów zapamiętałem jako wielką nudę, dlatego dosyć niechętnie zasiadłem do właśnie tego filmu (nawet olałem to, że najpierw winienem obejrzeć wcześniejsze części). A tu okazało się, że to naprawdę wciągający obraz, momentami nawet hipnotyzujący swoim tempem. Bardzo trudny w oglądaniu, prawda, trudno mi było utrzymać uwagę, jednak uczucie podczas oglądania było naprawdę dobre.

Stąd żadnych interpretacji lub wniosków po filmie. Tylko zadowolenie, że obejrzałem ponownie, zyskał w moich oczach i dodał co nieco do tego, jak pojmuję kino.
http://rateyourmusic.com/film/trois_couleurs__rouge/

wtorek, 19 listopada 2013

Dzień świra (8+/10)

Psychological Drama & Black Comedy, 2002


Za bycie kinem psychologicznym, surrealistycznym, a jednocześnie można to obejrzeć i w ogóle tego nie zauważyć. Dziwnych paznokci u palacza, nagłe zmiany scenerii, anormalnego zachowania u postaci... Wszystko przychodzi bardzo naturalnie, i ani razu nie zastanawiam się: "Dlaczego tak? Nie rozumiem". Wszystko tu łatwo zrozumieć. Uwielbiam to, jak Koterski łatwo to wszystko osiągnął. Tak prosto, a tak wiele. Kino społeczne, osobiste, współczesne, ponadczasowe. Opowieść o człowieku na tyle inteligentnym, by dostrzec, że coś jest źle, nawet umieć to nazwać, ale jednak nie na tyle mądrym, by coś zmienić, nawet we własnym życiu. Komedia, dramat, psychologia, surrealizm, poetyka, i masa innych gatunków... Nic tylko brać popcorn i śmiać się z bitwy ludźmi próbujących ustalić raz na zawsze, że "Dzień świra" to dramat, a nie komedia. Koterski nakręcił kino autorskie i tyle.

Problem okazuje się być gdzie indziej - nie w tym, że czegoś nie rozumiem, ale dlaczego to wszystko rozumiem? Zastanawiam się, jak to za granicą odbierano. Ile pojął taki Anglik lub Niemiec. Czy jego to bawiło, i czy był smutny podczas oglądania. Jak w ogóle te dialogi przełożono na obcy język? Czy jest to możliwe?
http://rateyourmusic.com/film/dzien_swira/

(seriale) Simpsonowie, Star Trek, X-files

"Simpsonowie", sezon 4. Właściwie nawet nie wiem, czemu oglądałem kolejny sezon czegoś, co już znam, gdy tyle nowości w kolejce... Szczególnie, że ten sezon jest bardzo przeciętny. Pierwsze trzy bardzo lubię, wielu odcinkom dałem oceny 8/10 i wyżej. Czwarty sezon to przeciągacze, dowcipy które szybko mi wylatują z głowy oraz przypadkowego łączenia ze sobą kilku fabuł w jeden odcinek. Bawiłem się średnio, kilka odcinków mnie nudziło. Najlepsze epizody: "Homer the Heretic" (jest zimno, więc Homerowi nie chce się iść do kościoła w niedzielę), "Marge in Chains" (wszyscy zamawiają w telezakupach wyciskarkę do której nakichał jakiś Azjata i wszyscy chorują). Najlepszy moment: Homer otwierający wstrząśnięte piwo w "So It's Come to This: A Simpsons Clip Show".

Sezon I - 8+/10
Sezon 2 - 7+/10
Sezon 3 - 7/10
Sezon 4 - 5/10


Bart: Tato, co byś zrobił, gdyby pewna wyjątkowa dziewczyna wolała jakiegoś przygłupa?
Homer: Ożeniłem się z taką!

Lysa: Mamo, jak powiedzieć chłopakowi żeby przestał się mną interesować?
Homer: O, to coś dla mnie, usłtszałem chyba wszystkie możliwe odpowiedzi! (...) W ostateczności powiedz: "Nie jestem lesbijką, ale mogę się nauczyć"

Bart: "To niesprawiedliwe, jestem większym fanem Crusty'ego niż ty - mam nawet jego test ciążowy!"

poniedziałek, 18 listopada 2013

Krótki film o miłości (8+/10)

Psychological Drama, 1988


Cudowny film. Sposób, w jaki jest skonstruowany, wykorzystanie kontrastów, języka filmu. Wszystko takie delikatne, subtelne, miękkie i lekkie... oraz poważne. Przez pierwszy kwadrans można oglądać i nie być świadomym żadnych dialogów, poza jednym istotnym momentem. Przez resztę czasu tylko obraz, obraz, obraz... cudowne. Kieślowski pokazuje i to wszystko, czego trzeba. Bohater smaruje sobie bułkę, spogląda przez teleskop, czeka aż kobieta po drugiej stronie również zacznie jeść, i równocześnie z nią zjada pierwszy kęs. A widz rozumie w tym momencie o wiele więcej niż słowa mogą wyrazić. Bohater wykonuje telefon, on niczego nie mówi, a ona po chwili ciszy nazywa go bydlakiem i się rozłącza. A widz słyszy tą jedną inwektywę, widzi niewinną i młodą twarz Olafa Lubaszenko, i coś mu się tu nie zgadza... cudowne uczucie. Takich kontrastów jest tu mnóstwo.

Rewelacyjnie mi się to oglądało, chociaż nie mam zielonego pojęcia czemu aż tak lubię ten film. To prosta opowieść, bez żadnego skomplikowania, do tego bardzo krótka i tak naprawdę niewiele się dzieje. Ale umiejętnie stworzono tę banalność, u postawy jest sporo szczegółów dotyczących przeszłości bohaterów, ich dotychczasowego życia i relacji zanim zaczął się film. Miałem to poczucie, że scenarzysta wiedział o kim opowiada, i nie rzuca zdań byle tylko o czymś gadali. Niby jest to film o czymś niewielkim, jak uścisk ręki (przesadzam). A może właśnie dlatego tak to lubię, bo poświęcono pełny film czemuś tak małemu?

Czołowy moment, blisko końca: "Jak on ma na imię?"
http://rateyourmusic.com/film/krotki_film_o_milosci/

niedziela, 17 listopada 2013

Louis C.K.: Live at the Beacon Theater (7/10)

Stand-Up Comedy, 2011



Za Louisem nie przepadałem wcześniej, po fragmentach jego występów doszedłem do wniosku, że gość tak długo nienawidzi ludzi, że aż zaczął czerpać z tego przyjemność. I jego żarty widziałem trochę zbyt poważnie, niż on by tego chciał. "Live at the Beacon Theater" to godzinny występ, podczas którego porusza temat swoich doświadczeń z narkotykami, swojego wieku, bycia rodzicem. Dwa razy ustanawia sobie absolutne dno w powiedzeniu najgorszej rzeczy jaka tylko jest możliwa, i opowiada wiele innych śmiesznych i interesujących rzeczy.

Śmiałem się. Po seansie nie pamiętam wiele detali, mam tylko jeden ulubiony moment (który jest dosyć krótki), ale samo oglądanie było bardzo przyjemne. Nie wiem, jak bardzo czarne poczucie humoru trzeba mieć, albo inny "poziom tolerancji" na niektóre tematy, by czerpać przyjemność z tego występu. Dla mnie widok faceta na scenie który markuje masturbację jest całkiem zwyczajny jak na stand-up. Jeśli to jest wasz poziom, to dostaniecie zwarty, godzinny występ, bez dłużyzn lub lania wody. Louis kilka razy się zgubi, ale zupełnie tego nie widać - cały czas mówi, i to nie przestaje być zabawne. Nawet dla mnie - poza jednym momentem w którym opowiada jak nienawidzi pewnego dzieciaka z przedszkola, do którego chodzi jego córka (patrz wstęp tej notki). Kontakt z widownią lub montaż bez zarzutu.
http://rateyourmusic.com/film/louis_c_k___live_at_the_beacon_theater/

sobota, 16 listopada 2013

The Stone Roses: Made of Stone (5/10)

Rockumentary, 2013


The Stone Roses byli rozwiązani niemal przez całe moje życie. Jest to brytyjski zespół, grający Baggy / Madchester, zadebiutował pod koniec lat 80 płytą "Stone Roses", niedługo po wydaniu drugiej płyty ("Second Coming") zakończyli działalność. Aż do 2011 roku. Oba albumy uwielbiam, "This is the One" jest jedną z moich ulubionych piosenek, uwielbiam sposób w jaki komponują swoje kawałki. Gdy zobaczyłem, że nie tylko wracają, ale i zrobiono o nich film, chciałem go zobaczyć. Nawet po tym, jak okazało się, że nie jest zbyt interesujący. W najgorszym wypadku i tak seans sprawi mi przyjemność.


Moje ulubione filmy z 1954 roku

1. Okno na podwórze
2. Na nabrzeżach
3. Ukrzyżowani kochankowie
4. La Strada
5. Sabrina
6. M jak morderstwo


Niewiele więcej widziałem. Cały tydzień skupiony na powtórkach, nic nowego nie zobaczyłem, a jeszcze "Siedmiu samurajów" i "Zarządca Sancho" czeka do powtórki. "Godzili" bardzo nie lubię.

piątek, 15 listopada 2013

M jak morderstwo (7/10)

Thriller, 1954


Margot przy spotkaniu się z kochankiem opowiada mu przedziwną historię: jedyny z listów który od niego zachowała, zniknął. Krótko potem otrzymała listy szantażujące ją, ktoś żądał od niej pieniędzy. Margot przystała na to, paczkę z pieniędzmi schowała w wyznaczonej skrytce, listu jednak nie odzyskała. Po kilku tygodniach zajrzała do skrytki, pieniądze wciąż tam były, nieruszone...


(felieton) Byłem w Imaxie...

Nie, nie drugi raz. Wciąż mam tu na myśli seans "Grawitacji". 30 złotych wydałem, plus jeszcze parę złotych na dojazd. Przy sprawdzaniu biletu dostałem specjalne okulary do 3D i prezerwatywę, jednak w środku okazała się być chusteczka. Co do diabła? Na opakowaniu pisało, że okulary które dostałem to delikatne ustrojstwo, i mam na nie uważać. W razie problemów,mogę przetrzeć tylko ową wilgotną chusteczką. Siadam, patrzę pod światło na te okulary i oczom nie mogę uwierzyć, były ujebane. Jakbym własnych okularów nie mył przez tydzień, to by wyglądały lepiej niż to co dostałem. A chusteczka pomogła nie do końca, choć było już lepiej.

Ale to nie mój główny problem z tym kinem. Otóż są nim reklamy. Siedziałem w piątym rzędzie i czułem się jak bohater drugiej nowelki z miniserialu "Black Mirror". Żył on tam w świecie zdominowanym przez reklamy, były one dosłownie wszędzie, i ich oglądanie było wręcz warunkiem życia. Jeśli zamknął oczy na dłużej niż 10 sekund, był karany. Gdy mówimy o ekranie Imax, to mówimy o czym, co wypełnia 70-80% pola waszego widzenia. Żeby dać wam pojęcie, jak bardzo ono jest duże, wyciągnijcie ręce po bokach, pomerdajcie kciukiem i odsuńcie ręce jak najdalej w bok. To będzie niemal 180', a ja wtedy widziałem niemal tylko reklamy.

Wszystko przez to nagłośnienie... ogłuchnąć mogłem. Nie rozumiem, jak można rządzić takim kinem, bez pojęcia co ono robi. Cała ta masakra trwała 30 minut, dzielona w głupi sposób kolejnym chwaleniem kina Imax, tak jakbym już tam nie siedział, lub jakimiś wizualnymi sztuczkami, bo to przecież 3D!... po których przychodziły kolejne reklamy w 2D. Bez sensu. Nic nie widziałem, reklamy nie były przystosowane, boki były obcięte, z dołu świeciły lampy więc dolna część reklamy i tak była niewidoczna, do tego całość wyglądała jak rozpikselizowana. Efekt: oczy i uszy zmęczone w trzy minuty. Na samym filmie tego już nie było. Największy ekran w Europie, i dają reklamy przystosowane do najmniejszych sal w Kinotece. Przypominam, dałem za to 30 złotych.

Nie jestem wariatem, i nie będę krzyczeć, że to trzeba zakazać! Zmierzyć! Uregulować!, nie. Nie pomagajmy rządowi w dalszym udawaniu, że on coś robi poza utrudnianiem wszystkiego. Tu chodzi o brak przyzwoitości, o nieszanowanie klienta, a nie działanie wbrew prawu. Konkluzja? Przeczekajcie początek przed salą, lub zwyczajnie się spóźnijcie. Miejsca są numerowane, więc spokojnie. A jeśli nie pozwolą po takim czasie wejść - trudno, kino Imax upadnie z braku klientów.
A tak niewiele trzeba by zmienić. Ciszej, reklamy przystosowane do takiego ekranu, zawierające normalne 3D... choćby premier na BR wykorzystujących tę technologię, i reklamy jej samej.

Bo ja lubię reklamy, rozumiem ich znaczenie i sens. Chociaż ostatnio warto je oglądać tylko po to, by pośmiać się z ludzi, którzy zapłacili za ich produkcję, i wyrzucili tyle kasy w błoto. Lubię zwiastuny, szczególnie gdy idę na 3D i one też takie są. Ale to co zobaczyłem to był brak najzwyklejszej przyzwoitości.

czwartek, 14 listopada 2013

Na nabrzeżach

Crime, 1954


Zawsze lubiłem park w tym filmie. To zapewne nawet nie jest park, raczej skwer między kościołem i dokami. Widziałem go pierwszy raz jeszcze w 2007 (albo -08) roku, i do dziś pamiętam go bardzo wyraźnie. W ogóle cały wygląd miasteczka, doków, dachów, po prostu się wyróżnia. "Na nabrzeżach" kupiłem na dvd bo to był jedyny sposób by obejrzeć tego klasyka, będącego wysoko na liście fw. Czasy się zmieniają. Kilka miesięcy temu spojrzałem do programu, i ten tytuł dawali na Tele5, o 12 w południe.

Ginie jeden z robotników. Miejscowa mafia wyrzuca go na ulicę z wysokości kilku pięter. Siostra denata opierdala miejscowego księdza, że się w to nie miesza, co go budzi. Pozostali robotnicy wolą pozostać głuchoniemi. Tymczasem były bokser, rodzina jednego z członków mafii, zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem...

Scenariusz jest cholernie dobry. Zwarty, prosty i bardzo dynamiczny. Sytuacja rozwija się jednocześnie w kilku miejscach (ksiądz, gangsterzy, główny bohater) na różnych poziomach (prawny, moralny, życiowy), dzięki czemu robi to również bardzo szybko. Zdarzenie mające miejsce rano do wieczora zbierze potworne żniwo. Ale jest dobry przede wszystkim dlatego, że bierze banalne schematy będące odpowiednikiem bajek Disneya dla mężczyzn, i opowiada przy ich pomocy historię w którą można uwierzyć. W bardzo prawdziwy i brutalny sposób przedstawiono historię człowieka, który musi dowiedzieć się, czym jest prawdziwe przyjaźń, oraz na czym polega prawdziwe męstwo!... Przy aprobacie postaci posiadającej przeciwną płeć i zero charakteru, która bardzo go kocha.

Scenariusz skrzętnie to ukrywał, ale bardzo się starano. Muzyka jest wyolbrzymiona, wstanie z krzesła jest ilustrowane jak wybuch wulkanu. Wrażliwa strona Terry'ego pokazana za pomocą gołębi którymi się opiekuje ("Karate Kid 4"). I to zakończenie, tak bardzo przedramatyzowane, aż wywołuje ból. Mogę uwielbiać ten film, ale zakończenie zawsze było koszmarne.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/on_the_waterfront/


Top 5 Kazana

1. Na wschód od Edenu
2. Wiosenna bujność traw
3. Na nabrzeżach
4. Układ
5. Tramwaj zwany pożądaniem

środa, 13 listopada 2013

La strada

Road Movie & Italian Neorealism, 1954


Dawno już nie oglądałem nic od Felliniego. A szkoda, w końcu niewielu reżyserów robi tak wiele filmów które należą do moich ulubionych. "La strada" to nie "Wałkonie" lub "Dolce Vita", ale też dobrze sobie przypomnieć. Opowieść o Gelsominie, najstarszej córce, która zostaje kupiona przy objazdowego włóczęgę-cyrkowca, Zampano. Nie ma tu jednak wielu odniesień do ówczesnych Włoszech, fabuła skupia się tylko na podróży tych dwojga

A potem, wydaje się, nic już się nie dzieje. On uczy ją, co nie daje najlepszych efektów. Potem występują na ulicach, lepiej lub gorzej, piją, rozmawiają, ale nie bardzo im to wychodzi, przychodzi nowy dzień i od nowa. To jeden z tych filmów, w których właśnie brak akcji jest tą akcją. Zampano to gbur, który nie troszczy się o podopieczną. Gelsomina to żywy piesio, rzadko nawet wygląda jak człowiek, częściej ma wyraz twarzy jakby chciała nią pomerdać*, bo nie ma ogona którym mogłaby to zrobić. Ich relacja nie jest znamienna dla dorosłych ludzi, bardziej dla małej córki chcącej uwagi od swojego ojca. Takie przynajmniej miałem skojarzenie. Wiadomo, że relacja takich ludzi nie może tak się rozwijać w nieskończoność. Pytanie tylko, ile można wytrzymać w kochaniu kogoś takiego, zanim się poddasz? - nie jest to akurat moje zdanie, ale dobrze wszystko podsumowuje.

Cóż. Proste kino. Mogą przeszkadzać niektóre rozwiązania dramaturgiczne, lub niewielkie zwarcie historii (spokojnie mogło to trwać mniej niż 60 minut). Ale to neorealizm, wtedy mieli takie kwestie gdzieś.;-) Dobry film.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/la_strada/

*kto kojarzy "merdanie nosem" Myrny Loy? ;-)


Top 5 Felliniego

1. Wałkonie
2. Słodkie życie
3. Noce Cabirii
4. Niebieski ptak
5. La strada

wtorek, 12 listopada 2013

Ukrzyżowani kochankowie

Tragedy, 1954


Japonia, XVIII wiek. Za zdradę na mężu karą jest wspólne ukrzyżowanie wraz z kochankiem. Wcześniej na szafot są prowadzeni główną ulicą, by wszyscy ich zobaczyli, spojrzeli w twarz. W ten sposób zaczyna się zresztą film. Głównym bohaterem jest pracownik ważnego drukarza, poproszony o pożyczkę dopuszcza się oszustwa. Musi uciekać...

Kodeks honorowy jako fasada, za którą stoi tylko ból. Bohaterowie zmuszeni do wyznawania moralności, której nie podzielają, i konflikt z tego wynikający. Dosyć częsty motyw w ówczesnej kinematografii japońskiej, w tym obrazie jest również bardzo dobrze wykonany. Świat oparty na przysługach, udawaniu, sztucznej zależności od innych - członek twojego domu zrobi coś złego, hańba pada i na ciebie. Ludzie jako produkt niezdolny do kłamstwa lub oszustwa, a jeśli coś złego zrobi, pierwszy jest do wymierzenia sobie kary. Efektowne, ale za jaką cenę? - to tylko ogólne zdania.

Historia w którą można uwierzyć, cieszyć się potem, że dziś jest lepiej niż wtedy. Trochę szkoda, że ludzie zakochują się tu niczym w dzisiejszych komediach romantycznych, ale czegoś takiego można się spodziewać po filmie zrobionym na podstawie historii sprzed kilkuset lat. Do tego postać kobieca jest o wiele naturalniejsza i mniej przerysowana niż w takim "Rashomonie", choć ma swoje gorsze chwile.

Bardzo dobra historia, z bardzo dobrą dramaturgią. Opowiedziana tak, że nawet nie mieszkając w tamtejszej kulturze, można zrozumieć bohaterów. A to z czasem staje się coraz trudniejsze...


7/10
http://rateyourmusic.com/film/近松物語/


Ranking Kenji Mizoguchiego

1. Opowieści księżycowe
2. Ukrzyżowani kochankowie
3. Zarządca Sansho (do powtórki)
4. Ulica hańby

poniedziałek, 11 listopada 2013

Okno na podwórze

Mystery, 1954


Bardzo przyjemny film do oglądania. Ludzie sobie żyją, nic się nie dzieje, i jest bardzo miło. Fotograf z nogą w gipsie ogląda przez okno życie na osiedlu, i po jakimś czasie zaczyna podejrzewać sąsiada o popełnienie morderstwa. Podgląda też samotną kobietę, młode małżeństwo, baletnicę, słucha prac kompozytora. Bohater rano jest masowany przez wynajętą służbę, a wieczorem odwiedza go perfekcyjna narzeczona, Grace Kelly w najlepszych sukniach w historii kinematografii. Bo czemu nie.
Ten film jest perfekcyjny pod wieloma technicznymi względami, począwszy od głównego pomysłu (kamera zatrzymana w mieszkaniu razem z bohaterem, cała reszta to zbliżenia), kończąc na wykonaniu różnych aspektów dramaturgicznych (wysoka temperatura jako wyjaśnienie, czemu wszyscy sąsiedzi mają okna pootwierane). Wszystko to ładnie przerobiono na scenariusz, a potem jeszcze lepiej wyreżyserowano. Wszystkie dialogi i zachowania wychodzą naturalnie na taśmie filmowej, nie ma natrętnej ekspozycji czy czegoś w tym stylu. Widz patrzy razem z Jeffem przez okno na sąsiadów. W ogóle to film na który dobrze się patrzy. Wspomniana Grace Kelly jako idealna barbie w prawdziwym świecie i doskonała scenografia (łatwo się domyślić, że to wszystko to jedynie dekoracja, ale miejscami wręcz trudno w to uwierzyć). Wszystko perfekcyjnie zgrane w długich ujęciach, podczas których kamera po kolei zagląda do kolejnych mieszkań. Pierwszy, drugi a nawet trzeci plan współpracują bez zarzutu.


niedziela, 10 listopada 2013

Narodziny narodu

Historical Drama, 1915


a.k.a. Narodziny kina. XIX wiek, Ameryka u progu wojny secesyjnej z perspektywy dwóch rodzin.

Znalazłem sposób na długie filmy. W tygodniu serialowym codziennie będę oglądał część takiego filmu, dzięki czemu w końcu je obejrzę. Tak z dnia na dzień trudno jest zebrać się do czegoś co trwa 4 godziny i więcej, szczególnie że czasy w których oglądałem z biegu "Dawno temu w Ameryce" już minęły. Raczej. Notatka z tym filmem miała się pojawić w piątek, nie wyrobiłem się z powodu innych zajęć. Ale nie samego filmu! Ogląda się go znakomicie. Teoretycznie miałem oglądać po niecałe 39 minut dziennie, a przy pierwszym podejściu obejrzałem niemal całą pierwszą połowę (nie wiedząc, że film w ogóle jest podzielony, po zabójstwie Lincolna zrobiłem przerwę, wróciłem następnego dnia, dwie sceny minęły i pojawił się napis: "Koniec pierwszej połowy"). Ponad trzy godziny zaliczyłem na dwa podejścia, i nie wyciąłbym z nich nawet sceny. Może przy powtórce kto wie.


sobota, 9 listopada 2013

Siostra twojej siostry

Mumblecore, 2011


Umiera postać. Wszyscy na stypie opowiadają, jaki był on cudowny, więc jego brat irytuje wszystkich mówieniem prawdy. Dziewczyna zmarłego, przyjaciółka wspomnianego brata, sugeruje mu, by pojechał do domku nad jeziorem i pobył tam w samotności, bo to mu pomoże. Bohater jedzie, a na miejscu zastaje dziewczynę w samej koszuli.


piątek, 8 listopada 2013

Blackfish (7/10)

Nature Documentary, 2013


Parki wodne i przedstawienia z udziałem orek. W związku z niedawną śmiercią jednaj trenerki jej koledzy po fachu ujawniają prawdę biznesu. Widz pozna historię początków tego interesu, jak wiele dekad temu łapano te olbrzymie zwierzęta, jak rozpoczęto reklamować całe zjawisko jako przyjazne i różowe... Okazuje się, że nawet sami trenerzy i ludzie tam pracujący nie wiedzieli, jaka jest prawda. Na przykład, mówili że orki w niewoli żyją dłużej niż na wolności, podczas gdy złapane żyją nie tylko krócej, ale ta różnica jest cztero-pięciokrotna.


(felieton) Byłem w kinie na Grawitacji...

Tekst nie zawiera spoilerów dotyczących fabuły lub innych składowych omawianego filmu.

Niektórzy mogli zauważyć, że moja recenzja tego filmu była dosyć sucha, niemal obiektywna. Jakbym nie ja ją pisał. Otóż, czytając inne recenzje zauważyłem jedno: ich autorzy chcieli w nich zmieścić o wiele za dużo, poświęcając im tylko jeden tekst, na dodatek trzymając się ramy recenzji. Efektem jest kompromis, a ten jak wiadomo nikomu nic nie daje. Ostateczny efekt nie był recenzją ani artykułem, przypominał próbę wyciśnięcia mchu z kamienia.

"Grawitacja" nie jest tylko filmem. To rewolucja, która dzieje się na naszych oczach. Dziś, teraz, w Imaxie, i tylko w obecnej chwili można się na nią załapać, przeżyć ją, uczestniczyć w niej, być jej świadkiem. Gdy tytuł ten trafi na rynek wtórny, wcześniej do Internetu, a potem do telewizji, to już nie będzie to samo. Do tego momentu nie będzie można wrócić. To jedyna szansa.

Filmy rewolucyjne bardzo rzadko są dobre, nie często udaje im się przetrwać próbę czasu i ostać w pamięci widza. Zostają zastąpione przez filmy, które zrobiły to samo, tylko lepiej, 10 lat później. Najczęściej jest tak dlatego, bo przy przeprowadzaniu gwałtownych zmian zapominają o podstawach, lub poświęcają im bardzo mało uwagi. Takie rzeczy jak zwarta konstrukcja fabularna, ciekawa opowieść lub wiarygodna psychologia postaci, to często kuluje przy kinie, które jest krokiem milowych w historii kinematografii. "Grawitacja" jest jednym z tych filmów. Postaci są tu uproszczone, fabuła jakby pisana pod krótki metraż. Dialogi brzmią dziecinnie, a momenty dramatyczne bardzo trudno traktować poważnie. A jednak jest to film, który trzeba zobaczyć, który zmienia kino, bo to niezwykłe doświadczenie, którego następni nie będą mogli zrozumieć, bo sami obejrzeli ten film w telewizji.

niedziela, 3 listopada 2013

Pieta (7/10)

Drama, 2012


Główny bohater imieniem Lee Kang-do jest dorosłym mężczyzną i mieszka samotnie. Zarabia na życie dzięki nieodpowiedzialnym ludziom, którzy pożyczają nie mając potem jak oddać. Robi im więc krzywdę, by dostać kasę z ich ubezpieczenia. Pewnego dnia wraca do domu, ale pod drzwiami sterczy pewna kobieta... Ten film ma kilka świetnych zagadek - kim ona jest? I czemu robi ciągle na drutach?

"Pieta" jest bardzo dobrze skonstruowana, składa się niemal z samych istotnych scen - nawet jeśli te takie się nie wydają z początku, to do końca filmu zmienicie zdanie. Mnóstwo tu detali, wprowadzonych gdzieś z boku, by odegrały rolę w zakończeniu. Za całą fabułą stoi bardzo ciekawy temat, o którym Kim Ki Duk opowiada czyniąc widzowi i bohaterom dogłębny ból, z którego wszyscy będą musieli się wydobyć. To historia o nienawiści, najgłębszej jaką człowiek może czuć wobec drugiej istoty ludzkiej, i o tym, że na końcu zawsze zostanie wątpliwość. Sumieniu, człowieczeństwie, życiu. Wszystko w stylu, który był łatwo do przewidzenia - będzie krwawo, będzie boleśnie, chwilami miałem nawet skojarzenia z serią "Piła"... ale też trochę zbyt komediowo.


Mnie osobiście śmieszy, jak Azjaci zaczynają rozmowę od kopniaków. Pukasz do takiego w drzwi, on otwiera, patrzy ci twarz i zasadza kopa w co tylko trafi. Humor z kreskówek (ewentualnie anime). A poza tym są takie sceny jak owa kobieta na początku czatująca pod drzwiami. Gdy w końcu wejdzie do mieszkania bohatera, bez słowa zacznie zmywać, sprzątać... A bohater ocipieje, dopiero po chwili zacznie na nią krzyczeć. Złapie ją za fraki i wyrzuci za drzwi, by po wszystkim jeszcze się wypierdolić na mokrej podłodze. Cały czas krzycząc. Większość topowych amerykańskich komedii nie była w stanie mnie tak rozśmieszyć jak te 5 minut.
Ale poza humorem przeszkadzała mi zbytnia brutalność (jest tu kilka scen które obliczono na to, by szokowały i nic poza tym) oraz nadgorliwe tłumaczenie intencji bohaterów. Przez większość czasu reżyser świetnie posługuje się językiem filmu, bohaterowie mają w zwyczaju milczeć, i w niczym to nie przeszkadza by wszystko w pełni zrozumieć. Ale kilkukrotnie postaci zostają zmuszone, by jasno wyjaśnić jaka jest ich przeszłość, czemu robią co robią i co mają zamiar w ten sposób osiągnąć... Dla mnie, jedyne co w ten sposób osiągnięto to dłużyzny, które zabijają całe napięcie i tempo tej opowieści.

Nieustająco balansuje pomiędzy naprawdę dobrym, i naprawdę takim-sobie kinem. Piszę tę notatkę w kilka dni po seansie, i teraz już patrzę na niego o wiele pozytywniej. Gdy go oglądałem, wahałem się między 5-6/10, dzisiaj daję oczko więcej. Historia i wszystko co z nią związane jest o wiele za dobre, by dać mniej. Dla Korei powstał świetny dramat. Europejczyk znajdzie tu też sporo komedii. Oboje powinni z przyjemnością poznać tę historię, choć w różnym stopniu.
http://rateyourmusic.com/film/피에타/


Top 5 Kim Ki Duka

1. Łuk
2. Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna
3. Pusty dom
4. Pieta
5. Arirang

sobota, 2 listopada 2013

GRAWITACJA

Disaster, 2013


W kosmosie nikt nie usłyszy twojego narzekania na ten film.

Doktor Ryan Stone jest pierwszy raz na misji w kosmosie. Towarzyszy jej weteran Matt Kowalski. Ona stresuje się swoim zadaniem, i gdyby nie grube rękawice astronauty można by zobaczyć, jak bardzo stara się, by nie wypuścić narzędzi ze spoconych dłoni. Kontroluje się i swoje emocje, chce zachować spokój. Matt z kolei... słucha muzyki i lata w okolicy, bo może. Ich kosmiczną idyllę przerywa deszcz kosmicznych odłamków. Jedni są ranni, okoliczne urządzenia zostają zepsute, Ryan wylatuje w kosmos... a to nie jest koniec. Za półtorej godziny odłamki zrobią koło wokół ziemskiej orbity i wrócą tu.


piątek, 1 listopada 2013

The Incredible Shrinking Man

Body Horror & Adventure, 1957



Polskiego tytułu nie będę dawać, bo za długi. Film który nie załapał się na okres Halloween, ale też całkiem nieźle pasuje jako deser na następny dzień. Scott Carey zauważył, że jego spodnie są na niego za duże. Koszula też. Schudł 5 kilo w ciągu tygodnia. Zmierzył sobie wzrost - jest mniejszy niż kiedyś. Ludzie przecież się nie kurczą. Ale Scott Carey owszem. Po jakimś czasie żaden naukowiec nie może temu zaprzeczyć.

Sporo mojej frajdy z oglądania wynikało z zachwycania się tym, jak to wszystko tu zrobiono, jak wielką pomysłowością się tu wykazano, a także inicjatywą w drugiej połowie filmu. Dla bezpieczeństwa powinniście odjąć oczko od mojej oceny, i wtedy rozważyć oglądanie. Pierwsza połowa to miękkie kluchy w stylu malutki człowiek znajduje małą kobietę i świat od razu jest piękniejszy (plus dla urozmaicenia policzek dla karłów w błędnym ich pokazywaniu). Nad całością wisi narracja z offu głównego bohatera, który często popada w pretensjonalność, a efekty specjalne wyglądają... dziwnie. Makiety i inne sztuczki wypadają znakomicie, ale przy scenach które dziś zrobiono by na greenscreenie zachowa wprawdzie perspektywę i ogólnie wyglądano to nieźle... Ale nie dodano cieni. Więc ludzie biegają a pod nimi nic. Może wtedy to nie było możliwe, ale co to obchodzi dzisiejszego widza?

Wciąż jednak ten film ma sporo do zaoferowania. Zaczyna od prawdopodobnego wyrażania obawy społeczeństwa przed efektami radioaktywnymi - tajemnicza mgła w którą bohater wpłynął podczas rejsu jest jedną z dwóch sugerowanych przyczyn jego przypadłości. A potem cofa bohatera do czasów wręcz prehistorycznych, do podstaw człowieczeństwa i dalej, każe sobie wyobrazić, co by było, gdyby bohater nie był wyodrębniony, gdyby to stało się większej liczbie ludzi. Jak wtedy wyglądają wszystkie osiągnięcia człowieka, jak wiele zależy od wzrostu - czegoś nie zauważalnego, niebranego pod uwagę. Momentami bohater nawet traci status człowieka, by stać się odrębnym gatunkiem, równym innym które człowiek pogardza. I tak dalej... sporo tu upchnięto jak na kino przygodowe, ambicje twórców musiały być spore. I dzięki nim ten film jest taki ciekawy po ponad 60 latach.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/the_incredible_shrinking_man/

Ile warte są nowe filmy?

Ostatnio bardzo rzadko mam jakieś ekstra drobne. Oczywiście, gdy jakieś jednak będę miał, chcę iść do kina. Tylko... właśnie. Czy warto? Od jakiegoś czasu wszystkie filmy, na które potencjalnie chciałbym się wybrać, dosyć szybko mnie sobą zniechęcają.

Są przypadki takie jak "After Earth" i "Man of Steel", które zachęciły mnie dawno temu zwiastunem, by przy pierwszych recenzjach rozczarować i dałem sobie z nimi spokój.

Są filmy chwalone, ale o opisie który praktycznie wystarczyłby za negatywną recenzję. Nowy Allen opowiada o tym, że fajnie jest się na starość zacząć okłamywać. Dla niektórych znaczy to 5 gwiazdek na cztery, dla mnie okrągłe zero. A na pewno nie mam zamiaru wydawać kasy na film o takiej filozofii.

Są filmy, który zbierają wiele dobrych recenzji, ale gdzieś po drodze usłyszę "E, jednak nie jest taki dobry" i też tracę zapał. "Pacific Rim" jawił się jako "Avengers" AD 2013 roku, dostałem przekombinowany dramat, masę głupot odwracających uwagę od scen akcji, które zresztą były w liczbie trzy na cały film.

Filmów średnich lub "średnio ocenionych" nie uwzględniam niestety, choć taki "Koneser" na uwagę zasługuje.

I kończy się na tym, że nie poszedłem na nic. Zazwyczaj - nie żałuję. Póki co jedynym filmem który złożył obietnicę i słowa dotrzymał było "Panaceum", kto by się tego spodziewał?

Wyłączając cały temat piractwa, spokojnie można po prostu wybrać coś innego. Odłożyć kasę na grę komputerową lub na "czarną godzinę". Albo poczekać, aż będzie w telewizji. Nie trzeba iść już teraz. Chodziłem do kina przez kilku lat, i co chwila pojawiał się obraz, który warto było obejrzeć, i dotrzymywał on obietnicy. Dopiero teraz tak patrzę i nie widzę tego samego. Dziwna sytuacja. Chyba pierwszy raz to nie ceny biletów, trudny dojazd, brak polskiej premiery lub reklamy przed seansem nie są wytłumaczeniem, że mało ludzi do kin chodzi. Po prostu nie ma na co.

"Grawitację" też miałem chęć obejrzeć. Ale zaraz usłyszałem, że fabuła i dialogi to dno, więc zwątpiłem. Nie chcę przecież iść na film dla efektów specjalnych i montażu, racja?

Może końcówka roku to zmieni. Może to moje fanaberie. Może pamiętam tylko samą radość z zobaczenia filmu, nie zważając na to, jaki on był - dziś wciąż tak reaguję. Albo to był jedyny sposób, by go obejrzeć, i cieszyłem się, że mam go już za sobą, zaliczonego.