niedziela, 30 listopada 2014

Wolny strzelec (+ anegdota z kina)

Neo-noir, 2014


Po ulicach Los Angeles jeździ kilku ludzi z kamerami. Nie są związani z żadną ze stacji telewizyjnych, ale zależy im, by być na miejscu zdarzeń pierwszymi i sprzedać nagranie do którejś. To może być wypadek, pożar, strzelanina, katastrofa, napad z włamaniem - cokolwiek. Lou Bloom jest samotnikiem - ma własną kamerę, jeździ własnym samochodem, sam zatrudnia pomocnika który robi za drugi obiektyw oraz GPS. Z pozoru liczy się tylko mięsisty materiał, który będzie można skadrować i wziąć za niego hajs. Sprawa jednak nie jest tak banalna - temat kontrowersyjności oraz pokazywania treści graficznych przez media to tu wątek ledwo obecny. Sama prezentacji pracy w stacji czy policji na miejscu zbrodni jest nieco zbanalizowana i "byle-jaka". Szczególnie, jeśli oglądaliście wcześniej "Newsroom".:)


Mnie zaintrygował główny bohater, który nie jest jasny i łatwy do przewidzenia. To głównie zaleta całej produkcji - wiele tu chwil które nie są standardowe i nie idą zgodnie z myślą widza oczekującego typowego kina. Główny bohater jest niespodzianką w każdej kolejnej scenie, pokazuje niebywałą klasę i styl, a wszystkiego jego skrajności łączą się w całość, reżyser nie utrudnia ani też nie ułatwia dokładnego poznania go. Wszystko jednak tworzy spójny, logiczny obraz, który dostarcza odpowiedzi, chociaż w związku z zakończeniem - o którym za chwilę, bez spoilerów - nie bardzo wiem, co z tymi odpowiedziami mam teraz zrobić.

Lou Bloom z jednej strony zatrudnia pomocnika, by ten pomagał mu z nawigacją gdy ten będzie prowadził swoje auto z dociśniętym gazem przez nocne LA, z drugiej - zna miasto lepiej od niego, i orientuje się w tym, które ulice są w trakcie remontu. Nagrywa fenomenalny materiał na którym widzi bandytów, by następnie wyciąć wstęp i nie pokazać go policji. A resztę zanosi do najpodlejszej telewizji w mieście by wytrzeć tamtejszą prezes o podłogę, dobitnie uświadamiając jej, że bez jego materiałów oglądalność spadnie i ta poleci ze stanowiska. Kim jest bohater i jakie są jego prawdziwe motywacje? Zastanawiałem się nad tym gdy razem jeździliśmy rozświetlonymi w mroku ulicami Los Angeles jego klasycznym, czerwonym samochodem.

To po prostu porządna produkcja. Sprawnie wyreżyserowana, dobrze odegrana, ciekawie napisana (najlepszy składnik). Ma prawie wszystko co było trzeba, po seansie powinniście być usatysfakcjonowani. Ja na pewno, bo nawet zakończenie było słabe w taki obiecujący sposób. Moja ocena byłaby wyższa, gdyby nie finał. Napisać, że film się urywa, to za mało. On się dopiero zaczął rozkręcać. To powinna być dopiero pierwsza trzecia opowieści. To był jedynie pilot serialu, który anulowano i nie zobaczę drugiego odcinka. Prezentacja bohatera, pomysłu, tylko rozwinięcia brakuje. Co też wywołuje we mnie pozytywne uczucie - chciałem więcej.

A może za rok Netflix zapowie pierwszą serię "Nightcrawlera"? Byłoby miło. Opening z Judas Priest itd...
6/10


Anegdota: nie widziałem początku filmu. Seans był w innym mieście, do którego jedzie się 20 minut. 16:20 bus, o 16:45 "Wolny strzelec" miał się zacząć. Pierwszy się spóźnił, byłem na miejscu o 16:50. Miasta w ogóle nie znałem, jeszcze się zgubiłem, na szczęście starsza para mnie zaprowadziła do kina, bo miała po drodze. Będę im to pamiętał. Tu najlepsze: z powodu wyborów wejście do kina było "Obok". Wchodzę z boku i nikogo, żywego człowieka. Otwieram jedne drzwi, kotara i film słyszę za nimi. Drugie drzwi otwieram, to samo. Innych nie ma, to stwierdzam, że zapłacę po seansie i wchodzę. Przyszedłem na scenę, w której Lou zatrudnia chłopaka, jadą, tamten pomylił się o 2 przecznicę, potem ćwiczyli nawigację podczas szybkiej jazdy.

Jakoś na 30 minut przed końcem, gdy Lou i chłopak kłócili się o wynagrodzenie przed czuwaniem pod domem podejrzanych, do sali kinowej wszedł mężczyzna. Bez kurtki, z plakietką. Wtedy jakoś dotarło do mnie, że ten wieczór mogę skończyć w areszcie. Natychmiast wymyśliłem sobie, że zobaczył na kamerze jak wchodzę i tylko czeka jak będę wychodził. To zagadałem do niego, wyjaśniłem sytuację, a on: "Aha... Tak, nie ma problemu" i wrócił do oglądania. Zamieszanie w związku z wyborami, nawet przeprosił. A po seansie stwierdził, że nie ważne. Nawet jak nalegałem, że chcę zapłacić, to nie chciał (bo wciąż zamieszanie i problemy w związku z wyborami). Jest jeszcze opcja kupna przez Internet, jeśli będzie więcej seansów to na pewno kupię. W końcu to tylko 13 złotych miało być... W sumie obejrzenie filmu wyniosło mnie tyle ile bilet na bus w obie strony, czyli 8 zeta.:)

Tak w ogóle to pierwszy raz byłem w sali kinowej z balkonem. Albo drugi. Pamięta ktoś kino Kosmos w Lublinie? Byłem w nim na Spider-Manie 2, i nie mam pewności.

sobota, 29 listopada 2014

Nausicaa z Doliny Wiatru (8+/10)

Anime & Adventure, 1984


Bogata i piękna kraina, której od tysiąca lat zagraża trujący las. Bronią go ogromne robale, nie pozwalające by ludzie cokolwiek mu zrobili. Główna bohatera, tytułowa księżniczka Nausicaa, próbuje zgłębić tajemnicę stającą za tym zdarzeniem. Zamieszkuje ona Dolinę Wiatru, która dzięki Boskiemu Wiatru wciąż opiera się szkodliwym oparom lasu. Dosyć łakomy kąsek dla ludzi walczących o przeżycie, prawda? Ale wydarzy się też coś jeszcze...

Bajka dla młodszych, traktujących ich z powagą oraz szacunkiem, która nadaje się bez oporów również dla starszych i dorosłych. Miyazaki w końcu potrafi opowiadać do wszystkich uszu jednocześnie, tym razem z rozmachem kreśli historię antywojenną i proekologiczną, której głównym morałem jest nauka zrozumienia oraz życia w harmonii - dwa motywy mi bliskie, a ich ujęcie w tej opowieści jest mądre oraz naturalne, nie wynika bezpośrednio od twórcy ale od samej produkcji i motywacji postaci. Historia Nausicki to wielka opowieść ze starożytnymi przepowiedniami, herosami budzącymi podziw jak spojrzenie w gwiazdy oraz scenami akcji które ogląda się z otwartą paszczą zaprojektowaną by przejmowała pokarm. Mistyczne posągi rozmiarów pomników natury, plenerowe bitwy - wszystko ściśle powiązane z tym uniwersum, z wykorzystaniem unikalnym widoków i zwierząt. Rozmiar, skala, animacja - "Nausicaa z Doliny Wiatru" wie, jak zrobić na mnie ogromne wrażenie.



To jeden z pierwszych filmów, po których zacząłem lubić maskotki oraz domagać się ich w innych produkcjach. Teraz maskotką jest małe zwierzątko, na które napotyka się główna bohatera. Próba oswojenia kończy się ugryzieniem jej... co jednak nie prowadzi do jej odsunięcia ręki. Zamiast tego zachowała spokój, a zwierzaczek zaufał jej. I zostali razem aż do końca. Nazywa się Teto i w zasadzie nie robi w tej historii nic więcej, poza dodaniem konieczności zarywania nocy by dorysować go siedzącego na ramieniu Nausicki. Tak się wzbogaca film oraz rozwija sylwetkę postaci. Sama Nausicaa to kozak jakich mało. Jej pozycja w społeczności doliny, zachowanie i miłość do natury to świetny początek, ale gdy wpadła do pokoju i zaczęła się bić... Kurczaki, co za scena. A to co robi od połowy filmu do końca nawet nie wymaga komentarza. Ta dziewczyna nie mogłaby być bardziej męska nawet gdyby zapuściła brodę i chodziła z gołą klatą.

Fajnie, że w telewizji zaczęto nadawać powtórki Miyazakiego w sobotnie poranki (chociaż to chyba był ostatni z serii?). Ta powtórka wiele mi dała. Teraz już widzę, że Nausicaa jednak nosi spodnie.:D

piątek, 28 listopada 2014

(felieton) Byłem na chrzcinach.

Jako gość całkiem bliskiej rodziny. I było to całkiem zabawne doświadczenie. Było chłodno, budynek był jakąś podróbką oryginalnych Kościołów, wciśnięto gdzie akurat było miejsce. Ja lubię te budynki, ale te prawdziwe, które budowano by mogły również służyć do obrony przed najeźdźcą - w nich jest ta unikalna cisza. Mało kto z gości - a było ich wielu - wysilił się, by poruszać wargami w rytm piosenek czy innego "Amen". Ilość ludzi naprawdę religijnych to tam może promil całości. Ale przynieśli swoje pociechy, ponieważ... święty spokój, o ironio. Strzelam.

Ksiądz próbował w przemowie zażartować, że niemowlaki sobie lubią pokrzyczeć lub popłakać podczas tej imprezy, ale to niczego nie zmieniło. Każdy berbeć przebijający wyciem mikrofony był na wagę komediowego złota. Tak czy siak owe przemowy miały być zapewne bardzo inspirujące, tylko słowa nie było w nich o chrzcie, albo dlaczego za to się płaci... Porcja "samozaprzeczania" pomiędzy kolejnymi anegdotami też była zabawna. Sam już nie wiem, czy ja pójdę do piekła za to, że sam nie miałem chrztu, czy może Bóg na to nie zważa, bo i tak mnie kocha, czy mam jeszcze szansę wziąć chrzest czy mogłem to wziąć tylko wtedy...


Po wszystkim wszyscy wyszli przed budynek, i jedna kobieta zapaliła papierosa. Otoczona tymi dziećmi, co chyba tylko ja uznałem za zabawne. Reszta uznała to chyba za coś normalnego, co mnie bawi jeszcze bardziej. Ale gdy ksiądz to zauważył i ją mocno ochrzanił (za palenie przed Domem Bożym, oczywiście) to już wszyscy się zaczęli śmiać.

Największy ubaw jednak miałem z faktu, że to nijak nie pokrywało się z moimi oczekiwaniami. Do tej pory, gdy myślałem o chrzcinach, widziałem tę scenę ze "Scrubs": mała, przyszpitalna kapliczka, kilku gości, skromnie i szybko, ale z pietyzmem (zanurzanie głowy w misie itd.). W rzeczywistości wygląda to tak, że cały kościół był wypchany po sufit, kolejka dzieci do maźnięcia po czole robiła wężyk. Ksiądz był tu w zasadzie robolem przy taśmie, powtarzającym te same formułki tyle razy, że zapewne zwariował w połowie. "Czy przyjmujesz wyznanie, które tu wspólnie omówiliśmy", dziecko: "Agu?", rodzic: "Tak", ksiądz: "Ja ciebie chrzczę". Symbolicznie, palcem po czole, bo kolejka. I tak 60 razy pod rząd.

Aż wymyśliłem kolejny serial, o zakładzie chrzczącym na modłę "Six Feet Under". Prywatny biznes reklamujący się tym, że nie chcą być korporacją w której pracownicy się robolami przy taśmie. Nie, oni stawiają na rodzinę, uczucia, i nie robią tego tylko dla pieniędzy... Im zależy na ludziach! Hehe. Niestety, to tylko materiał na jeden z tych przypadkowych skeczy w "Latającym Cyrku Monty Pythona". Po początkowym szoku humor szybko by wyleciał i trzeba by robić telenowelę.

środa, 26 listopada 2014

(serial) Newsroom - sezon 1

Political Thriller ;-), 2012


Wiecie, że ten serial ma tylko 25 odcinków, i to licząc z trwającym właśnie trzecim sezonem, który ma być ostatnim i kończy się na dniach? Na co czekanie? Na zachętę? To proszę:

"Newsroom" ma najlepsze dialogi w historii kina.
To czyste kino rozmawiania, dyskutowania, kłócenia się. Akcja opiera się na tym, co zostanie powiedziane, wykrzyczane i wypracowane poprzez komunikację głosową. Każda linijka została ujęta w uniwersalny, ciekawy sposób, najmniejsza pierdółka była tak opowiedziana by była fascynująca. Nie ma tu jednego pudła, każda sekunda jest idealna i bezbłędna, cudowna. Tego się słucha wybitnie dobrze. Postaci są ciekawe i wyróżniają się, nawet jeśli jest to akurat stażysta mający 20 linijek w całym sezonie. Nie ma tu zasady bawienia się gniewem choleryków, charaktery są zróżnicowane. Każdy jest inny i toczy z kimś jakąś wojnę co chwila, nawet jeśli jest spokojny, niezręczny, małomówny lub zajęty, ale będzie się kłócił do końca.

Najlepsze jest to, że wszyscy są cholernie błyskotliwi. Zdają się potrafić prowadzić kilka rozmów jednocześnie, nie gubią wątku i pamiętają wiele detali, posiadają ogromną wiedzę z ekonomii, polityki, kultury. Gadają szybko, inteligentnie, rozumieją się w lot i nie zatrzymują się. I powtórzę: wszystko mówią w bajerancki, przyjemny sposób. Jakby grali w programie "Jeden z dziesięciu", to trwałby na antenie bez przerwy przez tydzień, i wszyscy nadal mieliby po trzy szanse. Ich mobilność i praca umysłu jest imponująca.

Tym, czym narracja jest dla "Lost", tym jest dialog dla "Newsroom".

I’ve bought milk before your relationship started that was still good to drink after it ended.

wtorek, 25 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1, cz. 10


1x19
"Deus Ex Machina"
reżyseria: Robert Mandel
scenariusz: Carlton Cuse [2] & Damon Lindelof [6]
zdjęcia: Michael Bonvillian [7]

Bardzo intrygujący odcinek, ale przy powtórce... hm, to już nie to samo.

Sporo nadprzyrodzonych zjawisk - wizja we śnie itp. - jednak wiele z tego nie ma sensu lub celu. Taki samolot - po co się pojawia? Jaką rolę odegrał w sprawie rozbicia banku (włazu)? Żadną. Będzie istotny pod koniec tego sezonu i w dwóch następnych, jednak tutaj... okazuje się wymówką, zapychaczem czasu, by doszło do 1x20. I tym samym osłabia impakt następnego epizodu. Tragedia osobista Locke'a z zatraceniem czucia w nogach dotyka mnie, czuję jego krucjatę jak własną, ale... po co ona była? I tak dalej. Wszystko tu jest dobre do pewnego stopnia. Czy to oznacza, że na końcu jest słabe? Raczej niezrozumiałe.

Retrospekcja jest świetna, ale też przekombinowana. Zamiast trzymać sprawy najprościej jak się dało, scenarzyści zaczynają od matki gadającej o niepokalanym poczęciu i tym, jaki to John jest specjalny... A mógł po prostu sam z siebie zacząć szukać ojca. Cholera, ten dzieciak-klient mógł go do tego zainspirować w jakiś sposób i byłoby dobrze, dzięki temu też znalazłby się czas na szersze pokazanie relacji Johna i Anthony'ego Coopera. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, ile ona trwała. Spotkali się raz, potem drugi na polowanie, trzeci - ten został pokazany, czwarty i ostatni... i tyle?

Trzeba jednak oddać, że postać Coopera była wiarygodna. I miał świetny, intrygujący głos. A zachowanie Locke'a było idealne - 40-letni, łysiejący mężczyzna, reagujący jak mały chłopczyk w wiarygodny sposób na pierwszą ojcowską troskę jakiej w swoim życiu doświadczył. Wzruszający moment.

Jest nawet "prawie-niemy" finał. Brak przemowy Coopera, nic z tych rzeczy. Jedynie cisza... potem krzyki... i muzyka.

Plus jeden z najzabawniejszych pobocznych wątków w serialu, czyli Sawyer ma ból głowy.
6/10

PS. Locke otrzymuje czerwoną kopertę po czym jest cięcie na czerwony samochód, którym jedzie do ojca... zauważyliście? Celowo dobrali taki samochód do tego cięcia?

niedziela, 23 listopada 2014

Ida (5/10)

Drama, 2013


Cóż... Jeśli zależy wam na obejrzeniu kina, które wie jak film powinien wyglądać, "Ida" będzie znakomitym wyborem. Jest tu perfekcyjny montaż i zdjęcia, każdy kadr coś wnosi i jest niezbędny, a przy tym służy do opowiedzenia w satysfakcjonujący sposób o psychice bohaterek. Mało tu słów, mało tu właściwie wszystkiego, i poetyka obrazu zajmuje najważniejsze miejsce. To opowieść niezwykle skoncentrowana i przemyślana... w aspektach reżyserskich i z nimi związanymi.

Bo gdy scenariusz zacznie odwracać uwagę od fotografii, powrót będzie bardzo trudny. Historia jest skonstruowana wręcz w haniebny sposób (całe to przepychanie głównej bohaterki przez kolejne wydarzenia przywodzi na myśl produkcje tworzone od razu na rynek VHS). Pierwsza połowa filmu to w zasadzie nudne klisze, a potem następuje właściwa część filmu w której bohaterka reaguje na wcześniejsze doświadczenia. Również w banalny sposób. Nie ma tu jakiejś subtelności, życia w "Idzie" ma dwie skrajności: żałosne tankowanie wódki lub celibat i malowanie Jezusa do końca życia. A jak trzeba tragedii, to koniecznie z grubej rury odwołać się do jednej z największych wojen w historii. Nie mam pojęcia, czemu akcja rozgrywa się w latach 60'tych.

To piękny film. Dobrze, że powstał, bo jakby nad tym się zastanowić - takie czyste kino staje się powoli legendą, o którym czytam czasem w książkach. Tak właśnie powinni grać aktorzy, taką robotę powinien wykonać reżyser. Taką głębię psychologiczną powinny mieć postaci na ekranie. Chociaż pod względem szeroko pojętej treści to wydaje się znajoma historia, jest tu odrobina delikatności nadającej seansowi posmak zgłębiania jej na nowo. Trzeba się chwilę zastanowić, co w kilku scenach się wydarzyło i co doprowadziło do tego, co się dzieje.

Żałuję tylko, że to taki monotonny film jest.

sobota, 22 listopada 2014

Chce się żyć (5/10)

Drama, 2013
Pani zajmująca połowę plakatu to
Katarzyna Zawadzka


Generalnie - nie mam zamiaru pisać już o filmach, których nie polubiłem. Ten jednak ma mocną bazę fanów i trzeba wyjaśnić swoją niską ocenę.

Znajoma napisała: "Oasis to to nie jest", mając na myśli film "Oaza" Chang-dong Lee z 2002 roku. Trafne, jednak co to znaczy? U Koreańczyka kalectwo było środkiem do opowiedzenia pełnoprawnej fabuły, co w efekcie pozwoliło zatoczyć koło i opowiedzieć przy okazji o samym kalectwie. Tam głównym bohaterem był idiotą który zakochał się w kalece - miał ku temu powód, ona w logiczny sposób odwzajemniła uczucie. Relacja była przejrzysta, widać była na czym ona się opiera. W "Chce się żyć" nie ma fabuły ani bohaterów, jest tylko kalectwo i kobiety mające zapewne fetysz facetów dziwnie wyginających palce. I cycki. Jest tu sporo cycków.

Sam do "Oazy" porównywać więcej nie będę, bo w polskiej produkcji chciano osiągnąć coś innego, porównując większość elementów ob produkcji widać między nimi diametralną równicę. Mi tamten film kojarzył się wyłącznie w momentach, gdy bohater znajdował - z braku innego słowa - wielbicielkę. I wyglądało to tak, że siedzi sobie bohater, kobieta do niego podchodzi... i to tyle. Już na niego leci. Nic o niej nie wiadomo, jak ma na imię, czemu na niego leci, czy na pewno leci, czy wszystkie tak na niego reagują, czy może napisał (hehe) do Mikołaja i dlatego teraz tak jest. Takiego kina wybitnie nie trawię.

piątek, 21 listopada 2014

(felieton) Statystowałem u Stuhra w "Obywatelu"



"Obywatel" w reżyserii pana Jerzego Stuhra miał premierę kilka tygodni temu, a mi udało się zatrudnić ponad rok temu, by statystować w dwóch scenach. Jak wygląda samo statystowanie innym razem, teraz w kontekście tego konkretnego filmu. Ale najpierw...


0.1 Minirecenzja
Jeśli ktoś chciałby poznać moją opinię, to proszę: opowiada on o życiu Polaka imieniem Stuhr, poczynając na latach 70'tych i kończąc dzisiaj. Film w większości to zbiór scenek które niewiele łączy i czasem trudno jest powiedzieć, jaki jest ich sens. Bohater pracuje jako nauczyciel. Uczeń nakłada mu kosz na głowę, ten krzyczy na ucznia, uczeń nagrywa co on wrzeszczy i Bratek zostaje zwolniony. I co? Nic. Zero wstępu, konsekwencji, kontekstu. Ponoć w całym filmie chodzi o to, by te fragmenty interpretować w stylu: "To się wydarzyło w nowoczesnej Polsce" lub "Tak zachowuje się nowoczesny Polak". Ale równie dobrze te sceny mogłyby nie mieć żadnego sensu, bo nawet z tym wyjaśnieniem nie mogę dojść: co z tego? Po co ta scena? Po co ten film?

Brak kontekstu jako całości. Jeśli nie oglądaliście filmów Wajdy lub nie poznaliście tamtych czasów na własną rękę w inny sposób (bo w szkole o tym nie mówią), to Stuhr wam w ogóle nie pomoże. To opowieść skierowana wyłącznie do Polaków. Pozostali nie będą wiedzieć, skąd inwigilacja, strajki głodowe i inne atrakcje.

Humor z kolei jest udany. Cała sala wyła ze śmiechu. Nic dziwnego, w końcu był to żart na poziomie polskiego kabaretu, i do jego widzów wyraźnie "Obywatel" mruga okiem. "Mnie nie obchodzi wzrost ceny paliwa, ja zawsze tankuję za 50 złotych". Byłem chyba jedynym, który nie śmiał się ani razu podczas całego seansu.

Ogólnie film przeciętny, nietrzymający się kupy. Daleko mu do "Darmozjada polskiego" czy "Dnia świra". Tu wizja jest chaotyczna i nieprzejrzysta.

wtorek, 18 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1. cz. 9


1x17
"...In Translation"
reżyseria: Tucker Gates [2]
scenariusz: Javier Grillo-Marxuach [4] & Leonard Dick
zdjęcia: Michael Bonvillian [6]


Wciąż trzeba czekać na kolejne konkretne odcinki. Te dwa są tylko świetne i przyjemne, ale od dawna nie było jakiegoś kopa w łeb. "...In Translation" to taki odcinek, który powstał, bo mógł. Był czas, było miejsce i nawet trochę materiału wokół którego można się było zakręcić z fabułą. Ale nie musiał powstać, mimo wszystko. Zmianę w relacji Jina i Sun można było wsadzić do innego odcinka zamiast któregoś z pobocznych wątków, jak Sawyer mający nieustanne bóle głowy (chociaż wybiegam tu w przyszłość, bo ten wątek rozwija się przez 18 i 19 epizod). Tratwa ulegnie zniszczeniu, żeby zaczęli ją budować jeszcze raz, ale tak po prawdzie - nie musieli. To wciąż tratwa, a w świecie serialu minął dopiero miesiąc od rozbicia się, tratwę budują jakiś drugi tydzień. Dla mnie to wiarygodne, by budować ją tak długo.

Ale odcinek powstał i ma swoje dobre momenty. Retrospekcja Sun jest teraz pokazana z punktu widzenia Jina - widz dowiaduje się, czyja była krew na jego ręku i skąd wziął się pies. Koreańską parę pokazano tu bardzo wiarygodnie - jednocześnie są podobni do siebie, chcą tego samego i w zasadzie robią to samo niezależnie od siebie (chcą uciec), a w ich  przyszłe problemy bardzo łatwo uwierzyć.

Teraźniejszość ma wyczekiwane ujawnienie kłamstwa, przemowę Locke'a i całkiem niezłą dramaturgię z aferą wokół tratwy. To może wystarczyć.

Aha: zwróćcie uwagę na to, co ogląda mała dziewczynka w telewizji, gdy Jin pierwszy raz przychodzi do dłużnika.:)
6/10

niedziela, 16 listopada 2014

Mój sąsiad Totoro (7+/10)

Low Fantasy & Anime, 1988


Najlepsza dobranocka jaką w życiu widziałem.

Podczas gdy żona kuruje się w szpitalu, mąż zajmuje się przeprowadzką, zabierając ze sobą dwie córki. Wydarzenia obserwowałem z pozycji najmłodszych, mających po 4 i 8 lat - dla nich to pełny magii i możliwości dzień. Każdy pokój oferuje jakąś zagadkę, cień jest potworem którego trzeba wygnać, a las z tyłu zamieszkują duchy. Miyazaki zachował tu idealny balans między doświadczeniem a fabułą - z jednej strony seans polega na oglądaniu życia dzieci, z drugiej rozgrywa się tu pewna historia. Jednak łatwo zdradzić za wiele tylko wspominając o niej, dlatego w ogóle nic nie napiszę.:) Pewną rolę odegra tu jednak olbrzymi Pan Puszysty, którego dziewczynka znajdzie pomiędzy drzewami. Nazwie go Totoro. Nie jest raczej człowiekiem, ale też trudno sprecyzować, jakim mógłby być zwierzęciem. Nie bardzo lubi mówić i w sumie trudno powiedzieć, czy jest przyjazny, czy może zaraz zje którąś dziewczynkę.

Ten film opiera się na dwóch rzeczach: rewelacyjnych relacjach dziewczynek z ich ojcem oraz pozostawieniu stanu rzeczy niewyjaśnionymi. Nie wiadomo do samego końca, czy Totoro był prawdziwy, czy też jest owocem wyobraźni młodych bohaterek. Nie ma tu na szczęście jęczenia "nie mówmy o tym nikomu, i tak nam nie uwierzą". A gdzie tam, bohaterki zaraz lecą do taty by mu o wszystkim opowiedzieć. I jego odpowiedzi są idealne. Rola tej postaci dla całego filmu jest ogromna - on wychowuje, trzymając wyraźnie własne problemy dla siebie, pozwalając pociechom być dziećmi. Zachęca ich do poznawania świata i cieszenia się życiem.

O tym jest film - o czerpaniu przyjemności z bycia dzieckiem. I w moim przypadku, działa bezbłędnie. Nawet jeśli co jakiś czas seans zostaje przerwany licznymi ujęciami na majtki głównej bohaterki, tak jakby nieletniej... albo sceną wspólnej kąpieli ojca i dwóch małych córek... Wydawałoby się, że powinienem się do takich atrakcji w anime przyzwyczaić, nie?

sobota, 15 listopada 2014

Posada (7/10)

Coming-of-Age, 1961


Przyjemny, staroświecki film. Czarno-biała taśma, posmak neorealizmu, brak akcji i prostota. Główny bohater ledwo skończył szkołę i idzie do pracy. Rodzina namawia go na większe zarobki więc udaje się do Mediolanu by przejść test w pewnej korporacji. Ermanno Olmi portretuje tu młodego człowieka zaczynającego pierwszą robotę: jego niepewność wynikającą z tego, że nie wie, czego się spodziewać. Nieśmiałość, echo dziecinności które zaraz zniknie. Nawet odrobina strachu.

"Posadę" można potraktować jako poważne kino o obrazie ówczesnej sytuacji na rynku pracy. Nepotyzm, społeczeństwo nieradzące sobie z tym, co dziś jest podstawą, ogólną biedę i biurokrację wewnątrz firm. Jako taki radzi sobie świetnie, ale daje sobie radę jeśli zobaczę w nim zaledwie opowieść o dorastaniu, konfrontacji młodzieńczych oczekiwań z pozbawioną perspektyw pracą za biurkiem. Bohater chce znaleźć pewną, stałą pracę, będącą luksusem tych czasów - ale gdy zasiądzie na stanowisku, pojawia się tylko jedna myśl: "To wszystko. Nic już więcej nie będzie".

A do tego "Posada" radzi sobie jako film obyczajowo-romantyczny. Bohater podczas tekstów kwalifikacyjnych spostrzega dziewczynę która rozjaśnia mu dzień. Nawet jeśli wszystko co z nią zrobi to pogada lub zobaczy przechodzącą obok. Chyba dopiero teraz zrozumiałem, skąd wzięła się idea stawiania dziewczynie kawy i podobnych cudów. Tutaj bohater nie wydaje się zmuszony konwencją lub jej oczekiwaniami. Ona po prostu nie miała pieniędzy, chciał zrobić jej prezent... I to tyle. Zrobił to dla siebie i z własnej woli. Piękne.

Cały film jest ładny. Chociaż nie opowiada o czymś radosnym, jego ton mogę określić jako... pozytywny. Stylowo nakręcony, naturalnie zagrany.

piątek, 14 listopada 2014

(felieton) Wybory samorządowe


16 listopada będą u mnie wybory na burmistrza, radnego oraz wójta gminy*. Na początku miesiąca przyjrzałem się liście kandydatów, startujących na stanowisko burmistrza.

1) Wioletta Joanna Machniewska. Kobieta, która parę lat temu na państwowej posadzie zarobiła pół miliona złotych za nieprzychodzenie do pracy.
2) Krzysztof Franciszek Nałęcz. Chłop będący na tym stanowisku już trzecią kadencję, od 2002 roku. Teraz ubiega się o czwartą.
3) Jan Zbigniew Nadolny. Ninja z PiSu. Trzeba było się doczytać, że stamtąd.
4) Wojciech Prokocki. Nieśmiały ninja z PO, dopiero po jakimś czasie obok jego twarzy zaczęło się pojawiać logo tej partii. Dostałem od niego spam na skrzynkę pocztową, reklamuje się m.in. "stworzeniem miejsc pracy". To już dwa powody, by na niego nie głosować.
5) Piotr Petrykowski. Chłop z SLD.
http://bartoszyce.wm.pl/225428,Chca-byc-wojtami-burmistrzami-Czy-to-wszyscy-kandydaci.html

Nie ma dobrego kandydata, więc metodą eliminacji wybrałem ostatniego pana. Na jego korzyść przemawia nie bycie przy korycie oraz to, że w sumie nic do SLD nie mam. Znaczy - są jak każda z pozostałych większych partii i powinna zniknąć... ale zostaje mniejsze zło. Nazwisko zapamiętam i jeśli wygra, będę go obserwował przez najbliższy czas. Ot, dla budowy własnego doświadczenia.

A jak będzie stereotypowym politykiem... To i tak będzie on nowym stereotypowym politykiem. Starzy polecą na bezrobocie, nowi przyjdą i będą musieli budować swoje piekiełko od podstaw. A na tym trochę czasu i nerwów im zejdzie. Cały czas będą myśleć, że za kilka lat też wylądują na bezrobociu, bo ludzie zagłosują znowu na kogoś nowego bez przeszłości... Idealista ze mnie. Oni na bezrobociu też będą sporo zarabiać przecież.:)** To tylko mały krok do przodu. Ale lepsze to niż kilka lat cofania się.

Poznanie kandydatów i wyrobienie sobie zdania zajęło mi ledwo 20 minut. Tu już nawet nie ma co się tłumaczyć lenistwem. Jak dajecie im swoje pieniądze i nie obchodzi was, kim oni są ani co w ten sposób kupujecie - to już jest głupota. Jeśli nie wy zagłosujecie, to zagłosują wyłącznie sami politycy. I zagłosują na siebie samych. I będą kontynuować co zaczęli w poprzednich wyborach i wcześniej. To nie jest tak, że "nic się nie da zmienić". Politycy cały czas udowadniają, że wszystko można zmienić, tylko dla siebie trzymają wiedzę, że można to robić w obie strony.

* Czym się różni wójt gminy Bartoszyce od burmistrza Bartoszyc? Nie wiem, ale uznaję to za zabawne.
** znajomy powiedział, że najlepiej być bezrobotnym, posługując się przykładem rodziny, w której nikt nie pracuje legalnie, są rozwiedzeni więc ona pobiera jeszcze kolejny podatek dla matki samotnie wychowującej dziecko, pracują na czarno za granicą i mają takie samochody, na jakie normalnie pracujący nie zarobi i za 10 lat.
*** "Widziałem Naziola" - dla przypomnienia. Oglądam to kilka razy do roku. Dla przypomnienia..

wtorek, 11 listopada 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1, cz. 8


1x15
"Homecoming"
reżyseria: Kevin Hooks [2]
scenariusz: Damon Lindelof [5]
zdjęcia: Michael Bonvillian [5]


Claire pojawia się w lesie, Ethan jednak chce ją odzyskać. Czyli co, wypuścił ją i zmienił zdanie? Samej udało się uciec? Jest jego szpiegiem? Czy może chodzi tu o co innego?

Nieważne. Trzeba się bronić. Ethan zagroził, że będzie mordować jedną osobę dziennie do czasu, aż dostanie co chce. Więc zagubieni organizują się i bronią. Ustawiają pułapki, planują, czuwają. Super zobaczyć tych ludzi współpracujących tak naprawdę pierwszy raz, przynajmniej na taką skalę. Nawet anonimowi rozbitkowie w tle zdają się tworzyć zgraną grupę z pierwszoplanowymi bohaterami, których widz zna. Wszystko rozwija się w męskie polowanie po lesie i świetną scenę bijatyki.

Plusy jednak ledwo równoważą minusy, a te są poważne. Claire wracająca z amnezją (!), Ethan wychodzący na mordercę ze slasherów (!), Charlie biorący sprawy w swoje ręce to, cóż, pójście na łatwiznę. Jedno z niewielu w kontekście całego serialu. Zawodzi tym bardziej, że na dobrą sprawę cała retrospekcja była budowaniem wiarygodności takiego obrotu spraw. Wyszło na słowo honoru, a więc... porażka.

Plus postaci poboczne w retrospekcji, które znowu są przedmiotami a nie ludźmi. To samo w kolejnym epizodzie...
5/10

poniedziałek, 10 listopada 2014

Interstellar

Science Fiction, 2014


Lubię filmy Nolana. Widać pieniądze, które w nie włożono. Są duże i spektakularne, tu krótka scena napadu na bank mogła być monumentalna - dlatego czekałem na "Interstellar" z ciekawością. Pierwsze recenzje zapowiedziały katastrofę, ale przeplatały się z opiniami ludzi, którzy wyszli z sali kinowej odmienieni. Nie miałem pojęcia, gdzie ja będę.


Pierwsze 20 minut...
...BARDZO mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że to będzie takie solidne kino. Dosłownie pierwsze linijki dialogu - starsza kobieta mówiąca o swoim ojcu, że "Był, jak wszyscy wtedy, farmerem" - wprawiły mnie w osłupienie. To podręcznikowa, schludna ekspozycja. Parę słów, a już zawierają w sobie bombę informacji. Już wiadomo, że jest przyszłość. I coś się stało, i zmienił się obraz ludzkości. Świat który znamy, odszedł. Ziemię toczy piach niosący jakąś chorobę, coraz więcej roślin przestaje rosnąć, więc wszyscy rzucili się uprawiać to co jeszcze rośnie. Główny bohater grany przez Rusty'ego to były pilot i inżynier, teraz uprawiający kukurydzę w rodzinnych stronach. Ma mądrą córkę i wychowuje ją, by była mądra, opowiada jej o czarnych dziurach i nauce. Ich relacja to najmocniejszy punkt filmu, bez dwóch zdań. W tym momencie, cała historia toczy się żwawo, ale bez pośpiechu. Jest czas na wszystko i nie ma większych ograniczeń. A najważniejsze: jest pewna tajemnica. Bardzo to wszystko polubiłem. Tajemnicze znaki pojawiające się w pokoju córki, pył opadający w konkretny sposób, książki spadające w sposób który sugeruje obecność ducha... Chciałem znać ciąg dalszy.


sobota, 8 listopada 2014

Wóz do Wiednia (7/10)

War, 1966


Typowy Europejski thriller.:) Opowieść o kobiecie jadącej konnym powozem przez las, wioząca na tyle leżącego mężczyznę. Po drodze spotyka żołnierza, która dosiada się, cały w uśmiechach. Wojna się skończyła, można wracać do domu. Kim są ci ludzie? Co stało się leżącemu? Dlaczego i gdzie ona go wiezie? Jakie ona ma plany wobec dwójki mężczyzn? "Wóz do Wiednia" łączy pod szyldem kina autorskiego wojnę, thriller, dramat i kino obyczajowe.

Zaskakująco dużo osiągnięto tu przy pomocy małej liczby środków. Cały film to troje ludzi jadących przez las - to wszystko. Mówi w zasadzie tylko jedno z nich - radosny żołnierz. Baba prowadząca wóz ledwo się odzywa, najczęściej po to, by zawołać "prr" na konie. I z tego wynika naprawdę konkretna historia, w której jest sporo zwrotów akcji oraz napięcia. Wszystko ujęte jest symbolicznie, za pomocą niedopowiedzeń. Nie jest powiedziane, że kobieta wyjdzie z tego bezpiecznie, że żołnierz naprawdę złożył już broń. W każdej chwili role mogły się odwrócić.

I wszystko to opowiedziano czystym językiem obrazu. Nie popełniono błędu innych historii, w których bohaterom buźka się nie zamyka, bo tylko w tej sposób twórcy mogą przedstawić swoją opowieść. Autorzy "Wozu do Wiednia" radzą sobie z budowaniem konfliktów jak w prawdziwym życiu - postaci budują do siebie zaufanie, to zaraz je tracą, czają się by na końcu okazało się, że nie są tacy źli. Do tego, z pełną mocą wykorzystane zostało tło tej opowieści. Zimny las otulony we mgle, na czarno-białej taśmie - piękny widok.

Film trwa bardzo krótko, i to z jednej strony zaleta. Wszystko co tu napisałem było miłe, ale było tego za mało. To zbyt skromny i podstawowy film, poświęcony z grubsza banalnemu tematowi antywojennemu, który już nieraz na ekranie widziałem. Pierwszy raz w takiej formie, racja. Jednak jak na tak krótki czas, ocena ode mnie nie jest zawyżona. Z drugiej strony - wycięty przez cenzurę materiał odejmuje kontekstu. Pierwsze istotne wiadomości widz poznaje pod sam koniec, podane w nachalny, pośpieszny sposób.

piątek, 7 listopada 2014

(felieton) Fragment "Krainy niedojrzałości"

Kino polskie sprzed 1981 roku, ujęte w zbiorze esejów Waldemara Chołodowskiego. Książeczka znaleziona przez przypadek w bibliotece Z reguły mówię, że nieważne co się czyta, byle się na ten temat czytało, jednak to pierwsze takie wydanie, które szczególnie jest warte uwagi. Zapewne nigdzie go nie znajdziecie i popadniecie w chandrę, ale kto wie? :)

Autor naprawdę kocha rodzime kino. Oglądał je wtedy gdy było trzeba, interesował się bardziej niż współcześni krytycy, znał kontekst. Ówczesna kinematografia kraju nad Wisłą jawi się jako najlepsza na świecie, ale też wyjaśnione zostaje, czemu była również katastrofą. Czemu genialne obrazy tworzyli wtedy wyłącznie debiutanci albo ludzie już uznani, jak Wajda. Wyjaśnia się rola Wajdy, który naprawdę zasługuje na pomnik za swoją pracę. Opisana została relacja rządu i twórców filmowych, jak działała propaganda, cenzura, jakie były reakcje widzów i czemu taki były. Potężna dawka wiedzy, bezcenna dla zainteresowanych. Szybka nauka, czym kino powinno być, co robić, i jaka jest jego rola. A przynajmniej, jedna z wielu.

Wiem, dotyczy wyłącznie "naszego" kina, ale ja je traktuję jako słowa odnośnie kinematografii w ogóle.


Coraz bardziej tęsknię do kina pozornie pustych kadrów, które nie posługują się deklamującym aktorem, nie zawiązuje mozolnie akcji poprzez dzianie się, które potrafi operować całością obrazu dla oddania nastroju bohatera, które potrafi zatrzymać się z uwagą: patrzeć na świat nie po to, żeby go portretować lub karykaturować, lecz żeby się nim zachwycić albo gardzić nim, będące wizualnym wyrazem akceptacji albo negacji świata.
(...) Kino musi wyrwać się z kręgu: literatura - kino - rzeczywistość, gdzie strona wizualna i dźwiękowa są marnymi instrumentami technicznymi, a nie środkiem wyrazu. Musi zastanowić się nad swoją skłonnością sztampy muzycznej i plastycznej, do kiczu jako wyniku bezmyślności, nie świadomego zabiegu.
Przede wszystkim jednak musi nauczyć się najtrudniejszego - konstruowania opowieści tak, aby bohaterowie mieli wewnętrzną głęboką motywację, żeby byli niewymienialni, w pełni uzasadnieni w ekranowym świecie. Za dużo jest słów, za mało ledwie zauważalnych, drobnych gestów tworzących postać lepiej niż jakiekolwiek deklaracje. Udowodnione dotychczasowymi umiejętnościami Bajona, Marczewskiego, Królikiewicza czy Żebrowskiego pozwalają być optymistą. Jak doświadczenia z tematem historycznym Agnieszki Holland i Edwarda Żebrowskiego rokują, iż filmowe zrozumienie historii pozwoli widzom zastanowić się, skąd są i dokąd zmierzają.
Dwadzieścia pięć lat z filmem polskim to szmat czasu. Okazywał oblicze głupka, błazna, przenikliwego krytyka; gorzej bywało z mądrością i zabawą. Po nie trzeba było przemykać do zakazanych dzielnic: amerykańskiej, włoskiej, szwedzkiej, angielskiej, a ostatnio także zachodnioniemieckiej, zazdroszcząc tamtym filmom ich niebywałej witalności, nasiąkniętej perswazją, to biologiczną radością uciekającą przed zwyrodnieniem starożytnej kultury. Przede wszystkim zazdroszcząc ciągłości, pozwalającej i wręcz zmuszającej do kontynuowania uprzednio
wypowiedzianych słów, do rozmawiania językiem (albo i o języku) wcześniej stworzonych konwencji, zazdroszcząc możliwości stałego "odbijania" się od dnia wczorajszego. Czasami pzychodziło zazdrościć - podobnym do naszej - dzielnicom czeskim i węgierskim pamięci, niebywałego poczucia humoru Czechom, to znowu Węgrom poważnego traktowania problematyki etycznej (np. "Misja" Ferenca Kósy) i nie mniej poważnych prób zrozumienia czasu przeszłego nieminionego.
Mojej zrujnowanej filmowej oblubienicy, pozbawionej, w jej wieku jakże potrzebnego, sprzętu i taśmy, całego salonu piękności i kliniki geriatrycznej, muszą wystarczyć wrażliwość i myślenie. I może jeszcze odrobina twarzy...
Jakże chciałbym, żeby była wrażliwa i myśląca. Po tylu latach trudno przeżywać uniesienia, zachować wierność, skoro tyle jest młodszych i piękniejszych. Chodzi o przyjaźń. Z mądrym i wrażliwym filmem polskim gotówem się nudzić w pustej i nie ogrzewanej sali kinowej jakiegoś potwornego miasteczka wdychając smród kinowego prowincjonalnego pyłochłonu, nie mytych dusz, nie mytych nóg.
A kiedy usiądzie za mną facet w ciężkich buciorach i okutym czubem będzie mnie szturchał w rachityczny kręgosłup, to może nawet mu powiem odważnie, krzycząc szeptem: "Dlaczego mnie kopiesz w dupę, ty skurwysynu?". A on zawstydzi się, zarumieni w ciemnościach i weźmie swoją barachanową damę za łokieć, by wreszcie pójść do diabła. Na odchodnym, żeby nie stracić pyska, przybasuje: "Nudny ten film".
Ja będę dalej śnił, jak się okaże po latach, sen niezupełnie filmowy. Niezupełnie sen...
"Albowiem ten cud, czy to dziwo, wzrusza mię wielce"

środa, 5 listopada 2014

(serial) Battlestar Galactica - sezon II

Space Opera, 2005-06
19 odcinków po 45 mn
+ finał trwający 65 min.


Ideał militarnego sci-fi, ciąg dalszy. Konstrukcja scenariusza jest wciąż idealna, cały czas byłem zaskakiwany tempem oraz ilością wydarzeń, często dziejących się jednocześnie. Nie ma żadnego przystanku, akcja cały czas pędzi do przodu. Kilka razy, szczególnie na początku sezonu, byłem w szoku, jak wiele odważnych posunięć scenariuszowych tu się podejmuje. Jak często zmienia się zasady gry i dzieli bohaterów na obozy lub miejsca akcji. Jedna osoba wprowadzi stan wojenny, druga bez mrugnięcia okiem wybierze stronę w konflikcie robiąc taką kaszanę, że hej, inna skoczy bez zezwolenia na rodzinną planetę, teraz przecież będącą pod okupacją Cylonów... Co też scenarzyści mają w zanadrzu, że decydują się z takim spokojem na podobne numery? Praktycznie cały sezon zadawałem sobie to pytanie, bo miałem ku temu okazje.

Bo tu na pierwszy plan wychodzi konstrukcja fabuły, która jest niebywale precyzyjna. Nie wierzę, ile razy byłem zaskakiwany, oglądając wstęp do nadchodzącego epizodu. Wybierano do niego urywki z przeszłości, fakty będące teraz istotne. Naprawdę, to będzie mieć swoją kontynuację? To było istotne? Kontynuowania wątków zakrawa na magię. Wciąż jestem w szoku, do czego doprowadził na przykład wątek relacji między Shannon i Szefem. Tak, motyw rozpoczęty w pilocie. Swoją drogą - w 2x18 wracają do niego, bezpośrednio. By dodać nowe fakty do paru scen, wyjaśniając i dając odpowiedzi na całkiem ważne pytania.

wtorek, 4 listopada 2014

Retrospektywa Lost sezon 1 cz.7


1x13
"Hearts and Minds"
reżyser: Rod Holcomb
scenariusz: Carlton Cuse & Javier Grillo-Marxuach [3]
zdjęcia: Michael Bonvillian [4]


Dzień z życie Zagubionych. Taka trochę naturalniejsza wersja "All the Best Cowboys Have Daddy Issues" - podobnie jak tam, wiele postaci gada tu ze sobą i to tyle, ale opatrzono to kontekstem. Ot, Locke i Boone nie sprowadzają mięsa, więc skutkuje to brakiem protein u Hugo, i mamy rozmowę Hurleya i Jacka o tym, że pierwszy ma biegunkę.:) Z tego wynika kolejna scena, w której Hugo próbuje złapać z Jinem rybę - tu już dialog jest w sumie jednostronny, ale wciąż zabawny. Plus!

Podobnych pomysłów było kilka, i cholernie wybija się sama idea Sun uprawiającej ogródek. Cudownie uwiarygadnia to świat serialu i wzbogaca postać w niestandardowy sposób. Wielki plus!

Główna fabuła jest fajna, ale nic więcej. Lubię te psychodeliczne odcinki, ale w większości prowadzą one donikąd, i z tym jest w większości podobnie. Pomysł na retrospekcję przyrodniego rodzeństwa był świetny, ale też nie wiedzieli chyba, co z nim zrobić... i niewiele w efekcie zrobiono. Skutek jest taki, że cały impakt odcinka przypada wyłącznie na niego samego. W kontekście całego sezonu niewiele zmienia. Po obejrzeniu "Hearts and Minds" inaczej patrzę na tych dwoje, ale jaki oni mają wpływ na coś innego? Blady.

Z całego odcinka w sumie wynika, że Locke jest super, a Wyspa jest tajemnicza. Bardziej.
6/10.

niedziela, 2 listopada 2014

Deux jours, une nuit / Two Days, One Night (6/10)

Drama, 2014


Współpracownicy Sandry dostali wybór - albo kobieta zostanie zwolniona i oni dostaną bonus w wysokości 1000€, albo zostaje i z bonusu nici. Bohaterka ma weekend (jak wskazuje tytuł), by przekonać znajomych, by pozwolili jej zostać w robocie. Pomysł na film pokraczny i mało subtelny, ale zdecydowanie przeszkadza tu wykonanie. Ten film to w zasadzie "Mass Effect 2" i tyle - 80 minut zbierania ekipy, a na końcu głosowanie i idziemy do domu. Każda rozmowa z jednym spośród 16 pracowników jest przeprowadzana oddzielnie, czasem w otoczeniu jej rodziny. I wszystkie wyglądają tak samo: "Jeśli wybierasz bonus, ja nie będę miała roboty" + "Potrzebuję tego bonusu". Za każdym razem tłumaczą to samo przy użyciu tych samych - prawie - zdań. Nic się nie zmienia, nic się w tle nie rozgrywa. Brakuje napięcia. Rozumiem kino autorskie, ale jakiś zwrot akcji by się przydał by zaburzyć monotonię. Tym bardziej, że raz w historii skorzystano z niezwykle banalnego schematu mającego zapewne w teorii być tym znakiem zapytania występującym pod koniec drugiego aktu.


sobota, 1 listopada 2014

U progu tajemnicy (7/10)

Horror, 1945


Przyjeżdża mężczyzna w gości. Gdy tylko wchodzi do pokoju, zaczyna się dziwnie zachowywać. W końcu wyjaśnia, że oni wszyscy pojawili się w jego śnie. Razem, w tym pokoju. Nie pamięta szczegółów, ale już sam fakt przyprawia go o ciarki na plecach. Zaczynają rozmawiać o zjawiskach niewytłumaczalnych, każdy po kolei opowiada swoją historię - kiedyś zasłyszaną, albo byli nawet jej uczestnikami. Opowieści o duchach, nawiedzonych obiektach lub pomieszczeniach. Czy to naprawdę istnieje? Czy główny bohater naprawdę zna przyszłość?

"Dead of Night" to produkcja antologiczna - zbiór nowel połączonych jednak jak widać pełnoprawną fabułą. Nie czułem, że to kilka historii następujących po sobie bez ładu i składu. I chociaż każda przedstawia innych styl straszenia oraz miała innego reżysera, wszystko łączy się w jedno gdy tylko nastanie zaskakujący finał. Każdy gość opowiada swoją historię - raz jest to klasyczny gothic horror o dziewczynce która znalazła pokój w którym się bawiła z pewnym dzieckiem, by na końcu dowiedzieć się, że to właśnie w tym pokoju sto lat temu doszło do morderstwa siostry na swoim młodszym bracie... A zaraz potem następuje zmiana tonacji, bo oto byłem świadkiem opowieści o dwójce golfistów bijących się o kobietę. Jeden przegrywa i topi się z rozpaczy w jeziorze. Nie, nie z powodu kobiety - o nie. Bo przegrał w golfa! Humor brytyjski w najlepszym wydaniu, nie mogłem uwierzyć jak szybko zacząłem się śmiać po serii wcześniejszych straszydeł.

To klasyczny film. Czarno-biały, z tanim aktorstwem, staroświeckim poczuciem humoru i historiami. Ale działa. A fakt, że skutecznie wypełnia swoją rolę nawet dzisiaj, zaskakuje najbardziej. Porządna produkcja, idealna na Halloween.