piątek, 31 października 2014

(felieton) Decyzja - mój projekt na boku

http://www.fotoblog.gorgolewski.pl/warszawa_panorama.html

Wyjaśniając zeszłotygodniowy tekst o świętości kobiet, która przeminęła - była to scena pochodząca ze scenariusza filmowego, który niedawno napisałem.

Jakiś czas temu przyszedłem do pracy i przy którymś nudnym zajęciu z rana zacząłem wymyślać historię. Nie jestem pewien, kiedy zacząłem to robić w pełni świadomie, ani też od czego zacząłem. Na ogół wiele pomysłów kołacze mi się po głowie, i teraz musiało kilka znaleźć właściwą kombinację. Miałem koncepcję bohatera atakowanego przez te wszystkie wiadomości i wydarzenia, więc wymyśliłem zawiązanie, w którym generał zrywa postać z łóżka bladym świtem i każe mu biec, a po drodze różni ludzie zmuszają go, by miał zdanie na różne tematy - wojna na Ukrainie, decyzje KE, polska polityka... Zdanie po zdaniu, szło mi to bardzo lekko. Po około 15 minutach takiego rozmyślania uzmysłowiłem sobie, że to już coś więcej niż tylko pomysł. Z tego wykluwała się pełna fabuła. Miałem zapełnioną głowę, musiałem zacząć to wszystko spisywać.I tak powstał skrypt pełnometrażowej fabuły.

wtorek, 28 października 2014

Retrospekcja Lost sezon 1 cz. 6


1x11
"All the Best Cowboys Have Daddy Issues"
reżyser: Stephen Williams
scenariusz: Javier Grillo-Marxuach [2]
zdjęcia: Michael Bonvillian [3]


Ilekroć wspominam o wyjątkowości narracyjnej "Lost", piszę coś w stylu "Wyobraźcie sobie, jakby tam tylko usiedli wkoło ogniska i opowiadali co robili zanim się tam rozbili". Taki przykład pójścia na łatwiznę, które jest ponad tą produkcją. Cóż - w tym odcinku robią coś podobnego. Prawie. Claire i Charlie zostaje uprowadzeni, ludzie ruszają na poszukiwania. Jack chodzi z Kate i gadają. Locke i Boone chodzą i gadają. Wszyscy w tym odcinku gadają, nic się nie dzieje. Kate opowiada, jak chodziła po lesie z ojcem, Locke opowiada gdzie pracował. Michael narzeka Hugo, Walt gada z Jamesem, James gada z Sayidem (swoją drogą, ta rozmowa to szczyt absurdu). W sumie to wypełniają czas do wielkiego finału. Nie było wiele innych opcji, i to co zrobili było najlepsze w zaistniałych okolicznościach... A jednak, czuję zawód. Zbyt wiele tu nie gra. Zbliżenia na twarz są za duże. Źle wprowadzono do akcji postać Boone'a. Zbyt wiele tu wypełniaczy czasu.

Najgorszym elementem jest śmierć Charliego. Poważnie, jeśli kiedyś zrobię listę "16 rzeczy które ssą w LOST", ten temat będzie jednym z nich. Głównie dlatego, że to cholernie imponująca scena. Zrobiono wszystko jak trzeba - jest nerwowe szukanie po dżungli, przerażający wisielec, podnoszenie go resztką siły jaka Jackowi została, Kate nie sięgająca lian, ujęcie na stopy Jacka ślizgające się na błocie... Po nich następuje prawdziwie masakryczny masaż serca, które przeradza się w bicie zwłok. Kate nie może patrzeć, krzyczy na Jacka, ten w końcu się poddaje, Michael Giacchino puszcza "Life and Death"... Porażająca scena. Śmierć przyszła znikąd, i tak trudno ją zaakceptować. Taka niewytłumaczalna i niepotrzebna. Wszystkie krzyki i słowa zlewają się w jedno z melodią, tworząc niemy moment kulminacyjny którego esencję nie da się wyrazić słowami... I w tej chwili Jack stwierdza, że to pierdoli, uderza dwa razy, Charliemu anioły wylatują z dupy i alleluja, chłopak jednak żyje.

Okropny moment. Zmusza mnie, bym chciał śmierci jednego z bohaterów, bo to byłoby lepsze. Czysty absurd! I nic w nim nie gra. Nie jestem lekarzem, więc nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe, ale z punktu dramaturgii - Charlie zbyt długo nie dawał znaku życia. Jego ratunek trwał za długo. Jeśli scenarzyści chcieli go uratować, trzeba było jak normalny człowiek napisać, że Jack ściąga go z bambusa, wali dwa razy i to wszystko. Ale nie, ten masaż serca trwa w nieskończoność. Oczy mnie bolą, ilekroć oglądam tę scenę. Po tym wszystkim ja nie dam rady uwierzyć, że go uratowali. To groteska.

Trochę mniej, ale wciąż niesatysfakcjonujący, jest moment wprowadzenia Boone'a do akcji. Teraz to nie jest zbyt istotne, ale za kilka odcinków będzie mieć ogromne konsekwencje, że teraz zdecydował się iść na wyprawę. Bo... miał taką ochotę. No dobrze, ale potem się ściemnia, ma wracać, Locke go wygania, ale ten twardo zostaje, ponieważ... no właśnie, to co ma się zdarzyć za kilka odcinków. Cała reszta jest już bezbłędna, czyli to co wydarzy się potem, ale sam początek jest słaby. To poziom orłów z "LotR". Dopiero w następnym odcinku powie, że nie chciał się czuć bezużyteczny i z tego powodu coś daje od siebie. Ale to już było po fakcie, bardziej jako wymówka.

Oczywiście, są chwile które lubię. To pierwszy odcinek gdy Locke włącza się do fabuły. Dialogi w większości są udane. Walka Ethana z Jackiem jest świetna. Finał zachwyca, to esencja "Lost". Najbardziej mi imponuje retrospekcja i przemowa Christiana, która jest bardzo autentyczna. Mówi przez dwie minuty i tak gra na emocjach, że naprawdę potrafię zrozumieć diametralną przemianę jego syna. Zachwycam się, bo to scena której równie dobrze mogło nie być. W innym odcinku, w którym więcej się dzieje w teraźniejszości i retrospekcja musiałaby zostać skrócona, Jack od razu by powiedział prawdę radzie i tyle. Ale było więcej czasu, dano tę przemowę, i pozwolono widzowi poczuć każdą jedną emocję, jaką ten bohater czuł w tamtym okresie swojego życia. Gdy z pełną świadomością obrócił życie własnego ojca o 180 stopni.

A przy pierwszym oglądaniu, ten odcinek poważnie jednak kopie oglądającego. Tajemnica, napięcie, pytania, to wszystko tu jest. Odpowiada też przy okazji na istotne pytanie dotyczące Jacka. Trzeba obejrzeć, choć przy powtórce nieco traci.
6/10

niedziela, 26 października 2014

Oculus (7/10)

Psychological Horror, 2013


Wiele lat temu Tim zabił swojego ojca, który wcześniej torturował swoją żonę do śmierci. Był wtedy mały, więc trafił do szpitala na leczenie psychiatryczne. Dziś kończy 21 lat, doktor orzeka, że jest zdrowy i wypuszcza go. Tam przejmuje go Kaylie, niewiele starsza siostra. Ma dla niego niespodziankę: odnalazła lustro, które ich ojciec kupił wraz z przeprowadzką do nowego domu. Teraz chce udowodnić, że zarówno za zbrodnię ojca jak i jej młodszego brata odpowiada ten tajemniczy antyk, który potrafi wpływać na otoczenie i to, co widzą ludzie będący w jego zasięgu. Wszystko w imię przysięgi, którą złożyli oboje w dzieciństwie: zniszczą lustro, dla papy.

Główne źródło niepewności i napięcia bierze się z gry widzem, który nie może być do końca pewny, czy to co widzi wydarzyło się naprawdę, czy też jest tylko wyobrażeniem powstałym w głowach bohaterów. A jeśli tak - czy lustro ma z tym coś wspólnego, a może to odzywają się traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, gdy ojciec ich terroryzował? Każde wydarzenie można wytłumaczyć, każde wspomnienie może być iluzją. Oboje pamiętają pewne momenty inaczej. Co tak naprawdę się wydarzyło w przeszłości? Jak doszło do tego, że syn zabił własnego ojca? Równolegle z badaniami w teraźniejszości widz poznaje przeszłość. Obłęd i uczucie niepewności rośnie w idealnym tempie, gdy to obie linie fabularne przeplatają się wzajemnie a bohaterowie widzą przeszłość razem z nami... bo to tylko retrospekcje, prawda? Prawda?

Tylko nie mrugaj.

sobota, 25 października 2014

21 Jump Street (7/10)

Buddy, 2012


Komedia oparta na humorze obrazowym. Śmieszy mnie to, co widzę, a nie słuchanie dialogów. Bardzo dawno nie było takiej produkcji. Fabuła kręci się wokół dwójki mężczyzn. Jednym jest Channing Tatum z długimi włosami (ło kurde!) i Jonah Hill wyglądający jak niski i szerszy Slim Shady (ło kurwa!). Obaj chodzą do liceum, jednak nie osiągają tam sukcesów - pierwszy jest lubiany, ale ledwo zdał. Drugi jest utalentowany, jednak nikt go nie lubi. Obaj trafiają niezależnie od siebie do służby, i będą policjantami. Pierwszy lepiej sobie radzi na treningu, drugi na testach z praw. Uzupełniają się, więc zostają kumplami. Pomagają sobie, zdają i z wielkimi honorami zostają mianowani stróżami prawa. Prawdziwymi mężczyznami, najtwardszymi ludźmi w galaktyce...

A w następnym ujęciu jadą rowerami po parku. Nowoczesna straż miejska. Padam ze śmiechu, "to trzeba zobaczyć" - ostatnio zdaje się mówić w ten sposób wyłącznie o złych filmach, a komedie można by równie dobrze zamienić na słuchowiska radiowe. "21 Jump Street" wykorzystuje inny typ humoru, i chwała mu za to. Śmiałem się ze sceny aresztowań, z bijatyki na imprezie, z silnych kontrastów gdy wrócili do szkoły, z jazdy po narkotykach gdy wyprawiali różne pokręcone rzeczy... Tego jak aktorzy się zachowują, co robią i jak to wszystko wygląda. Na końcu jedna postać z drugiego planu zdejmuje brodę i kim się ona okazuje?! Tego nie można opisać. To trzeba zobaczyć.

A do tego garść przezabawnych dialogów. Jak wtedy, gdy Channing Tatum osłonił przyjaciela przed kulą: Zasłoniłeś mnie własną piersią! Tak jak mówiłeś!; No, mam teraz mieszane uczucia.



piątek, 24 października 2014

(felieton) Kiedyś kobiety były święte... Pamiętacie?


"(...) wszyscy faceci są tacy sami... Dobra, mam dosyć. Nie chcę tego więcej słyszeć. Wyjaśnię ci teraz, czemu wydaje się, że wszystkie chłopy są do siebie podobni. To jest im programowane, przez... kurwa, wszystko i wszędzie. To jest jakby ostatnia rzecz, którą człowiek słyszy, zanim idzie spać, i pierwsza którą mu się mówi po przebudzeniu. Wyjątkowość kobiet. Jesteście święte. Idealne. Wyjątkowe... Każda piosenka w radiu opowiada o tym, jak trzeba się starać, by w ogóle zasłużyć na wasze spojrzenie. Na spojrzenie kobiety. Miłe słowo od niej. Akt zainteresowania. Przychylności. Najdrobniejsza rzecz jest nieskończonym zaszczytem i pocałunkiem od Boga. Dziecko idzie do szkoły i widzi dziewczynki, które obejmuje specjalny przywilej, bo są dziewczynkami. Trzeba się do niej inaczej odnosić. Z szacunkiem, i przestrzegać tajemniczych zasad. Bo kiedyś będzie kobietą. Jest za to nagradzany. Słyszy pochwały nauczycielek względem uczennic. Zawsze one są tymi najlepszymi. Najmądrzejszymi, najinteligentniejszymi, najgrzeczniejszymi... idealnymi. Bo są kobietami. Istotami z innego świata, którym to przychodzi bez wysiłku. Są lepsze. Niedostępne, wymagające... Wina zawsze stoi po stronie mężczyzny, który za mało się przecież starał. Kobiety są bardziej złożone, trudne do zrozumienia, skomplikowane - bo to wyższa technika, przy których mężczyzna czuje się jak kamień przy oponie. W późniejszych latach chłopcy są zapraszani do pielęgniarki, która tłumaczy, jak działa ciało kobiety, i przez co one przechodzą gdy dojrzewają... I to oznacza kolejne wyzwania, by jeszcze się wysilić, zrozumieć, wesprzeć, wykazać się... Tylko "Kobieta" i "Kobieta". W końcu zawsze jesteście porównywane do matki. Ostateczny szantaż emocjonalny. Nie ważne co kobieta zrobiła. Zawsze liczy się tylko to, że ma tę samą płeć co matka, i każdą musisz traktować jakby była twoją rodzicielką. "Nie mów tak, nie masz siostry? Swojej matce też byś to zrobił?" Każdą musisz traktować identycznie. Bo wszystkie są identyczne. Wszystkie są kobietami. Wszystkie są idealne. Mądre, inteligentne, piękne, opiekuńcze, mają przepiękny głos, gładką skórę, ich ciało jest perfekcyjne i trzeba zasłużyć sobie by chociaż na nie spojrzeć. Jakikolwiek kontakt z nimi jest nagrodą, do której każdy mężczyzna ma dążyć, i w zasadzie... nie ma dla niego wyższego celu. Danie jej szczęścia, dziecka, domu, orgazmu... Nic innego się nie liczy. Pozwoli ci na to, dasz jej to, i to wszystko.

Dlatego facet nie potrzebuje powodu by się zakochać. Jesteś kobietą, i to już wystarczy. To mówi wszystko co musi wiedzieć, to jest gwarancją twojej doskonałości. Jesteś celem jego życia i wszystkim, czego potrzebuje. Dlatego zachowuje się tak jak ty to widzisz. Dostrzegasz tylko wierzch, jakby dla faceta poderwanie kobiety było wartością samą w sobie. Serio myślisz, że służenie drugiemu człowiekowi jest naszym stanem naturalnym?

Kiedyś ta propaganda i szantaż emocjonalny się kończy, i facet styka się z rzeczywistością. Odkrywa, że kobiety nie są idealne z urodzenia. Nie są nawet ładne z powołania. Nie są ani mądre, ani nie mają klasy. Przeklinają, upijają się i kurwią jak tylko chcą. Cały ich styl może być jedynie ścianą fałszu, która znika po pierwszym drinku lub zamknięciu drzwi na noc. Są w stanie ośmieszyć cię, zhańbić, upokorzyć. Mogą traktować mężczyzn jak śmiecie, a najgorsze, że mogą tak traktować same siebie. I własne dzieci. Nie ma tu żadnych ograniczeń. Płeć niczego im uniemożliwia. Z czasem staje się kowadłem, które niosą za sobą, niczym znak rozpoznawczy dla człowieka, który jest za słaby by nawet radzić sobie z rzeczywistością. Wymyślają zasady stające między nimi a prawdziwym światem - nie można mówić o ich wadze, wieku, wolno jedynie je chwalić, i robić to na każdym kroku. Jeśli nie wyszło, to nie jest jej wina, tylko mężczyzny, który nie starał się wystarczająco. Cały czas szantażują odebraniem uwagi i zainteresowania, ale coraz rzadziej to działa. Jednak... każde przekleństwo z ich ust, każda opowieść o kolejnej wariatce, która wypluła spermę do strzykawki by następnie sobie ją wstrzyknąć i w ten sposób wplątać faceta w ciążę... to po prostu boli po stokroć, niczym młot kowalski łamiący żebra, jedno za drugim. Bo to nie jest anonimowa kobieta. Nie dlatego, że społeczeństwo im na to pozwala, wciąż z kocem zawiązanym wokół oczu śpiewając poematy o wyjątkowości kobiet. Ale dlatego, że ta świętość umiera w każdym facecie, gdy widzi tego typu rzeczy. Każde spojrzenie i miłe słowo tych aniołów traci na wartości.

Tu wszystko ma swój początek. Gdy kłamstwa zderzą się z rzeczywistością, wtedy kształtuje się charakter ogromnej części mężczyzn na tej planecie. Niezależnie od tego, czy ktoś jest na kiwnięcie palcem swojej ukochanej i robi dla niej wszystko w zamian za pocałunek, czy też zdobywa kobiety w ciągu jednej nocy, by strącić ich płeć z tronu i w ten sposób zbudować poczucie swojej wartości. Wszyscy rodzili się w ten sam sposób. W każdym odbywa się ta sama walka, między pragnieniem Anioła w swoim życiu, i zaakceptowaniem, że to bajka nawet większa od Świętego Mikołaja.

Bohater myślał, co tu jeszcze powiedzieć. Chyba powiedział wszystko co chciał, ale jednocześnie czegoś mu w tym wszystkim brakuje. Ostatecznego argumentu przekonywującego. Gdy stał tam, czekając na jakąkolwiek reakcję jego przemowy, wtedy usłyszał znudzoną kobietę:
- Po co mi to mówisz?
Brak słów.
- Przecież wiesz, że to nic nie zmieni. Chyba że się oszukujesz, ale ja nadal będę mówiła, że jesteście tacy sami, i robiła na co tylko mi pozwolicie. Czemu to wszystko powiedziałeś? Na co liczyłeś? Już to wszystko słyszałam wcześniej. Chciałeś być oryginalny? Sądziłeś, że tego nie wiem?
Tego się nie spodziewał. W jednej chwili przestało mu się mówić. Zdezorientowany bohater wyrywa przestrzeń między rzeczywistościami i opuszcza scenę.

Cięcie do:
----------------------------------------------
Dalsze informacje wkrótce. Póki co napiszę tylko dwie rzeczy: raz, powyższy tekst jest częścią czegoś większego. Dwa, mocno tu przekroczyłem granicę między pisaniem za siebie oraz pisaniem jako postać. Nie wszystko powyżej jest tym, co bym sam powiedział, ale też całkiem sporo należy do moich osobistych wniosków. Dorian Gray jeszcze nie może się krzywo uśmiechnąć.

środa, 22 października 2014

(serial) Battlestar Galactica - sezon I

Space Opera, 2004


Bezpośrednia kontynuacja opisanego przeze mnie dwa tygodnie temu pilota. Ludzkość skoczyła do innej galaktyki by ratować się przed holokaustem swojego gatunku ze strony obcej rasy i poszukują planety, na której mogliby zamieszkać. Zdatnej do życia i bezpiecznej. Ale na tę chwilę, obcy wciąż im zagrażają. Przeczesują kosmos by ich znaleźć i wybić nieliczne resztki.

13 odcinków wypełnionych ciągłą akcją. Każdy odcinek koncentruje się na innej postaci lub ich grupie, i mają oddzielne tematy, jednak wszystko łączy się w całość - i ku mojemu zaskoczeniu, każdy wątek został rozpoczęty już w pilocie. Wydawało mi się, że jest tam prosta fabuła wojenna, a z czasem zacząłem rozróżniać postaci i teraz widzę, ile szczegółów było na początku, na których potem budowano całą resztę. Apollo synem Williama Adamy - tylko wspomniane. Starbuck przyznaje, że przepuściła Zaka w teście, chociaż nie spełnił wszystkich wymogów na pilota i dlatego zginął w akcji - ten schematyczny, mdły moment w dalszej części ma takie konsekwencje, że głowa mała. I tak dalej. A każda scena produkuje następną. Ogląda się to znakomicie, trudno przerwać jak już się zaczęło. Nie jest to poziom "Prision Breaka", chociażby dlatego, że clifhannger jest tylko jeden. Ale za to jaki! Nie zazdroszczę ludziom, którzy musieli czekać na premierę kolejnej serii...

13 epizodów po 45 minut

wtorek, 21 października 2014

Retrospektywa Lost - sezon 1 cz. 5


1x09
"'Solitary"
reżyseria: Greg Yaitanes
scenariusz: David Fury [2]
zdjęcia: Larry Fong [6]


Cały plan na odcinek jest genialny. Hugo organizuje grę w golfa, Sayid znajduje linę na plaży i podąża jej tropem do dżungli, zostaje złapany w pułapkę przez nieznaną osobę, która zadaje mu pytanie o jakiegoś Alexa, jednocześnie go torturując... i między jednym krzykiem a drugim następuje przeskok w czasie i widzimy, że to Sayid jest tym, który torturuje! Przejście rewelacyjne. Wyjaśniona zostaje po części przeszłość Sayida oraz tajemnica Wyspy i tajemniczej transmisji, nadawanej przez 16 lat. Wprowadzono ważną postać tak, by widz jej nie zauważył, gdy za kilka odcinków odegra kluczową rolę... A postać Francuzki jest naprawdę dzika i niezwykła, przesiąknięta magią Wyspy, od której zwariowała. Teoretycznie: odcinek godny 10/10. Ale jednak musi on zebrać baty za kilka spraw.

Po pierwsze scheda po ostatnim odcinku. Sayid torturował jednego z "Naszych", Jack mu na to pozwolił. Czy w takim razie nie powinno to zostawić większego śladu na bohaterach? Ich relacji między sobą? Sayid poszedł na walkabout, ale co z resztą? Do tego jest jeden problem: co by się stało, gdyby samolot przyleciał? Czekaliby na niego? To ewidentne przewinienia, za które gdzieś trzeba zebrać po głowie.

Po drugie: postać Rousseau. Gra ją Mila Furlan, która grała również w "Babylon 5". Jest to serial bardzo romantyczny, a ona wcieliła się w nim w przedstawicielkę obcej rasy (nie zdradzę jakiej, niech was rozwali jej charakteryzacja). Gdy żegnała się z przyjaciółmi, mówiła, że w jej języka nie ma słowa "pożegnanie" i tak dalej. Była bardzo uroczysta, uduchowiona, poważna i wyniosła, posługiwała się bardziej kwiecistym językiem. Jednym pasuje, innym nie, grunt że pasowało do postaci i całej produkcji. Dekadę później ta aktorka gra niemal kopię tamtej roli w produkcji zupełnie innej. I ten kontrast przeszkadza. Tak, jest przesiąknięta magią. Jest jednością z dżunglą. Odjęło jej część rozumu przez te 16 lat. Ale przy tym wszystkim mogła być mniej... we wszystkim. Jest sobą do kwadratu, jakby chciała się parodiować. W jednej chwili torturuje i słyszy głosy, a w drugiej słyszy opowieść Sayida i w sekundę stacza się na granicę płaczu stulecia, by łamiącym się głosem powiedzieć: "Im... So... Sorry...". Teraz jeszcze to nie przeszkadza, może w ogóle was to ominie. Mnie to nie przeszkadza zbytnio, ale kilka razy miałem jej dość. Teraz mam jej dość w tym odcinku, i nie skaczę z radości, że muszę oglądać ten odcinek. Niech on zbierze baty za te wszystkie chwile w całym serialu, gdy Rousseau będzie zbytnio sobą. On wyznaczył jej styl, to ten reżyser ją poprowadził. I tak już będzie do końca.

I to zdanie: "I'm So Sorry". Jebać całą kulturę USA za to cholerne zdanie.

Retrospektywa Sayida ostatecznie jest bardzo nudna. Właściwie od początku wiadomo, jak się skończy i nie zostawiła na mnie większego impaktu. Arab w serialu o rozbitym samolocie, do tego służył po tej złej stronie w wojnie w Iraku - po nim można się było spodziewać ciekawszego zaplecza. A historia pola golfowego też rozwija się w schemat, zamiast po prostu opowiedzieć o tym, jak bohaterowie odpoczywają. Nie, Sawyer musi być dupkiem. Na szczęście do trzeciego sezonu nauczyli się takie odcinki kręcić.
7/10

niedziela, 19 października 2014

Tras el cristal / In a Glass Cage (6/10)

Psychological Horror, 1987


Hiszpański horror w którym strach budzi człowiek przechodzący na ciemną stronę. Straszne czyny go zmieniają, i staje się kimś, kim nie chciał. Kino zemsty, w którym więcej jest tortur niż krwi, częściej rani się psychikę niż ciało. Punktem startowym jest tu młody człowiek pragnący być pielęgniarzem niepełnosprawnego mężczyzny - nie mogącego się ruszyć, żyjącego w tubie ze szkła podtrzymującej jego życie. W niewiedzy przed jego opiekunką, zamyka się z nim w pokoju i szepcze mu do ucha kilka zdań, po których kaleka stanowczo nalega, by młodzieniec z nim został.

Tu liczy się atmosfera. Odizolowana względem świata kraina, z której nie ma ratunku, droga prowadzi wyłącznie w dół. Nie ma żadnych przeszkód lub znaków, by zawrócić, a wraz z nadejściem nocy przychodzi czas na zło. To po prostu czuć, a największą robotę wykonuje tu muzyka. To ona buduje klimat. Każda scena bez niej byłaby za wolna, zbyt nudna, czasem nawet zwyczajna. Wybijają się chwile, gdy bohaterowie boją się nawet mówić - należy do nich pierwsza scena tortur. Nie wiadomo, kto, gdzie i czemu. Tylko brutalność, podglądana ze strachem przez okno.

Z początku sporą rolę odgrywa tu fakt, że nic nie wiadomo o postaciach. Dlaczego młody chce pomagać, skąd zna tego mężczyznę, i do czego tak naprawdę jest zdolny? Twórca nie mówi, czego mam się spodziewać, i to nawet wystarcza by dobrze się oglądało. Z czasem zorientowałem się, że przestałem czegoś oczekiwać i oglądałem... bo trwało dalej. Bez zaangażowania. Muzyka robi co może, ale sama nie wystarczy. To kino zbyt wolne, trochę nużące. Trzyma w napięciu, ale tylko miejscami. Opowieść jest brutalna, ale mnie dotknęła tylko raz - i zapamiętam to do końca, jednak to za mało.

Pod koniec dostałem kilka odpowiedzi dotyczących bohatera, jednak w tym momencie byłem nimi zupełnie niezainteresowany. Fani gatunku powinni sprawdzić. Ja nie żałuję.

sobota, 18 października 2014

Czerwony anioł (7/10)

Drama, 1966


Japonia trzyma poziom. "Czerwony anioł" to jednocześnie mocne antywojenne kino, najdziwaczniejszy film erotyczny jaki w życiu widziałem oraz rasowy dramat psychologiczny. Sakura Nishi jest pielęgniarką uczestniczącej w trwającej od 1937 do 1945 roku chińsko-japońskiej wojnie (z grubsza, chodziło o terytorium). Fabuła jest standardowa: bohatera staje wobec okropieństw wojny i próbuje sobie z tym poradzić. Widzi tych wszystkich żołnierzy, którym lekarz poobcinał kończymy, a następnie odwraca wzrok, szukając czegoś, co pozwoli jej pozostać przy zdrowych zmysłach.

Cóż, zagrane to jest jak jest. Azjatyccy aktorzy tak już mają. Zainscenizowane to też jest tak, że niektórych żeby zabolą. W jednej chwili do namiotu napłynęła kolejna fala rannych. Lekarz spogląda na jednego, masa mu kręgosłup i stwierdza: "Nie ma szans. Następny". Potem przebitka, główna bohaterka z offu mówi, że minęły trzy dni, w tym czasie zapewne na stole było z milion milionów pacjentów. Gdy jest już spokój, bohaterka przychodzi do lekarza i pyta go, czemu poddał się przy "tamtym" żołnierzu. A lekarz oczywiście wie, o kogo ona teraz pyta. Ech...

Parę razy czułem się, jakby traktowano mnie jak tępego, ale teraz myślę, że to różnica kultur. Jedne rzeczy są zrozumiałe w Japonii, inne nie i te tłumaczono dokładnie, a w reszcie świata najwidoczniej jest dokładnie na odwrót. Stąd moje pogubienie się. W jednej chwili główna bohaterka zostaje zgwałcona przez 50 pacjentów, nazajutrz wracają na front, a gdy jeden z nich powraca ranny i lekarz nie daje mu żadnych szans, ona błaga lekarza o zmianę zdania. I sama udziela mu krwi do transfuzji. Dlaczego? Nie wiem. Tam to widać naturalne, bo nie tłumaczą. Ale gdy bezręki pacjent opowiada, że zapewne resztę życia spędzi w izolacji zamknięty w państwowym szpitalu, tu już trzeba było się dopytywać, i szczegółowo wyjaśniać. Dla mnie było to jasne już po tym jednym zdaniu, czemu państwo go tak potraktuje. Tego typu kontrastów jest w "Czerwonym aniele" bardzo wiele.

I pomimo tego wszystkiego, produkcja Masumury to bardzo mocne kino. Kaleki wbijają się w oczy, nie pozwalając im się zamknąć. Ten film potrafi zaboleć - tym bardziej, że to nie są efekty specjalne. Jeśli aktor nie miał ręki, to nie udawał. Wszelkie operacje, presja na lekarzu, który z kolei z każdym zabiegiem coraz mniej czuje się człowiekiem, a swoich pacjentów coraz trudniej mu traktować jak ludzi. W grę zaczyna wchodzić dylemat, kiedy tak naprawdę ich ratuje - czy pozwalając im umrzeć, czy zmusić do życia bez ręki lub bez seksu.

Właśnie, seks. "Czerwony anioł" silnie go gloryfikuje, nawet jeśli jest tak jak tutaj bardzo groteskowy i nienaturalny. To wciąż ratunek na piekło. Nie jest to porno, tylko czysty erotyzm. Kojarzycie tę chwile w filmie "Dziewczyna z perłą", gdy malarz prosi modelkę o zwilżenie warg, a ona robi to bez otwierania ust? W takim stylu wykonano tu sceny zbliżeń. Dyskretne, ciche,subtelne. Nawet ten gwałt o którym wspomniałem na początku jakoś przemija, prawie niezauważony. To bardzo odważny, kontrastowy i kontrowersyjny obraz, wart waszego czasu i przeżycia.

piątek, 17 października 2014

(nierecenzja) Nie polubiłem "X-Men: Days of Future Past"

Prosto, konkretnie i bez kombinowania. Można? Można. Twórcy tego filmu powinni brać u mnie lekcje. Może dzięki temu ich letnia superprodukcja za wiele milionów nie byłaby tak potwornie banalna i jednocześnie przekombinowana. Oto osiem powodów uniemożliwiających mi polubienie tej produkcji:


0. Pierwszy, bonusowy minus leci w stronę recenzentów, marketingowców, kogokolwiek, kto przekonał mnie, że to będzie jakaś druga "Incepcja". Spodziewałem się złożonej, nielinearnej opowieści, w której Logan w przeszłości będzie na misji, która na bieżąco zmieniać będzie przyszłość, i dzięki temu ona się powiedzie... A gdzie tam. Fabuła jest banalna. Cofają świadomość Logana do jego ciała sprzed 50 lat, by zapobiec morderstwu, które dokona Raven, przez które rozpęta się piekło. Widzicie, gdy ona dokona tego czynu, wszyscy będą już przekonani, że X-Meni są zagrożeniem, a na dodatek ją złapią i na podstawie jej mocy stworzą niepowstrzymaną moc masowej zagłady każdego mutanta. Proste...


1. ...prawda? Fabuła na pięć minut, to ledwo jest krótki metraż. Logan się cofa, mówi Raven: "Hej, nie rób tego, będzie to mieć takie i takie konsekwncje". A ona: "Ok, zamiast tego upiekę placek z malinami". The End. A gdzie tam! Nic Loganowi nie mówią, co i jak ma robić, ten na miejscu zastaje Xaviera który ma doła i ból, ponieważ czas ekranowy, więc trzeba go podnieść na duchu. Potem trzeba skombinować Magneto, bo czas ekranowy. Ten okazuje się siedzieć w wymyślnym więzieniu za zabójstwo JFK'a (!!!), więc jest scenariusz "inteligentnego" włamu (banalnego jak włożenie sobie wykałaczki w zęby bez popełnienia po drodze harakiri). Do pomocy biorą jeszcze innego mutanta szybszego niż światło, ponieważ czas ekranowy. Potem o nim zapominają, ponieważ... reżyserem nie jest Zack Snyder? A na końcu okazuje się, że do Raven trafili za późno, nie zdążyli jej wytłumaczyć i zrobili tylko większą kaszanę. Cofnęli się w czasie i nie zdążyli, kumasz? A to dopiero połowa filmu!

2. Nieumiejętny scenarzysta nie przyznał się do swoich braków, zamiast tego kombinował bardziej, zacząc pierdolić o tym, że los jest jak rzeka, która zawsze wróci na swój wcześniejszy tor, nawet jeśli wrzucisz do niej kamyczek. Więc to co było i tak będzie choćbyś się zesrał. Przez takie debilizmy mam ochotę pójść i obniżyć ocenę "Detektywa". To nie kwestia kosmosu, losu, boga czy Czarnej Różdżki. To kwestia scenariusza, i tego, że za diabły nie potrafisz pisać logicznej fabuły.

3. Nikt nie potrafi w równie prostych słowach wyjaśnić Raven, tak jak profesor wytłumaczył to Loganowi na początku, czemu nie powinna tego robić. Kombinują jak słoń pod górkę na rollercasterze, ale nie pozwolą powiedzieć tego odrazu, szybko i zrozumiale. Zapomnieli. Trzeba wszystko komplikować!


środa, 15 października 2014

(miniserial) Berlin Aleksanderplatz

Kino autorskie, 1980
Około 900 minut


I trójka najważniejszych seriali w historii za mną. Ale jeszcze ich nie zaliczyłem. "Berlin..." z pewnością muszę powtórzyć za kilka lat, bo tym razem oglądało mi się to bardzo, bardzo ciężko. 14 epizodów oglądałem dwa miesiące, może nawet więcej. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, i odbiłem się od tego, co zastałem. Co nie znaczy, że nie polubiłem. Ledwo nadążałem, ledwo rozumiałem, ale całość z pewnością ogląda się... dobrze. Tylko nie w takich dużych dawkach, jakie reżyser narzucił - od godziny do dwóch na epizod.

Serial jest tym, co obiecuje pełny tytuł: dziejami Franciszka Biberkopfa. Lata 20'te XX wieku, Berlin. Bohater wychodzi po 4 latach z więzienia i szuka swojego miejsca. pracy, mieszkania, kobiety, a na końcu powodu by żyć. To również obraz samego miasta, Niemiec i jego mieszkańców w konfrontacji z szerzącą się ideologią oraz warunkami po pierwszej wojnie. Wszystkie epizody układają się w jedną całość, między niektórymi epizodami jest wręcz ułamek sekundy różnicy, kontynuując ujęcie wieńczące wcześniejszy fragment życia Biberkopfa. Romans, surrealizm, kryminał, kino obyczajowe, społecznie zaangażowane. Wszystko rozmyte i rozświetlone, z barwami i pracą kamery jak we śnie.

Realizacyjnie jest to bajka. Wiele scen nagrano w tak żywiołowy sposób, że nie umiem ich sobie wyobrazić na scenariuszu. Nie widziałem aktorów ani reżysera za kamerą karzącego zrobić powtórkę. Serial łączy wiele skrajności, między innymi będąc opowieścią bardzo naturalistyczną, a z drugiej co chwila jawa zamienia się w sen jeszcze w tym samym ujęciu.

Jednym z takich sygnałów jest narrator (głos samego Fassbindera), pod którego wszyscy aktorzy nagle zamierają. Kamera robi kółka wokół postaci zamienionych w posągi, a narrator... czyta chyba ustępy z książki, na podstawie której serial nakręcono, a których nie dało się wyjaśnić za pomocą obrazu.

Ten film jest zawalony słowami. Bohaterowie gadają i gadają, a jak się zamkną, to narrator wypełnia limit. Kilka razy na epizod pojawi się też ściana tekstu, do tego wielokrotnie film zmienia się w sztukę, gdzie postać po prostu mówi, np. o swoim śnie albo o tym, co aktualnie czuje i myśli. Tego było dla mnie za dużo, szczególnie że był w tym sporo rozrzut. Mówią o jednym, nagle zaczynają opowiadać o czymś innym, a potem nie wracają do żadnego z tego. Gdzie narracja obrazem?

"Berlin..." pod kilkoma względami mi imponuje, i jestem zadowolony, że w końcu go obejrzałem w całości. Najbardziej podobały mi się pierwsze minuty epilogu, około kwadrans. Jako całość, ta produkcja to nie jest moja bajka i tyle. Mam teraz plan: obejrzeć te 8 filmów Fassbindera, które czekają w kolejce (do tej pory widziałem jedynie "Strach zżerać duszę", którego nie cierpię), a potem powtórzyć sobie "Berlin...". Do napisania za kilka lat.

wtorek, 14 października 2014

Retrospektywa Lost - Sezon 1, cz.4


1x07
"The Moth"
reżyseria: Jack Bender [3]
scenariusz: Jennifer Johnson & Paul Dini (tak, ten PD)
zdjęcia: Michael Bonvillain [2]

Wcześniejszy odcinek miał się koncentrować na małżeństwie Koreańczyków, a bardziej uwypuklał Charliego. Ten miał być centrum uwagi w tym epizodzie, a zamiast tego rozbudowuje postać Johna Locke'a. Konsekwencja wybranej konstrukcji serialu. Niby najważniejszy jest tu teraz wątek przechwycenia sygnału kobiety mieszkającej gdzieś tu od 16 lat, ale Kate ma to gdzieś. Pod koniec epizodu przypomina sobie o tym, i odkłada sprawdzenie tego do jutra. Dziś liczy się, że Jack jest cały i zdrowy, a ucieczka z Wyspy jest na dalszym planie. To bardzo ważny znak rozpoznawczy całego serialu.

Fabuła jest znowu bardzo prosta do śledzenia: ściana w jaskini się zawaliła, trzeba uratować stamtąd człowieka. Ratują i wracają do nudnego życia. Przeplata się to z historią Charliego, pierwszej bomby czasowej tego sezonu. Jego uzależnienie w końcu dało o sobie znać, John to przewidział i zabrał mu prochy. Bo wierzy, że nasze Bóstwo Rocka jest silniejsze niż to się wydaje. Dlaczego? Ot, miał taki kaprys, by komuś pomóc. Musi to ci wystarczyć.

Dobrze wykorzystano w tym odcinku otoczenie jako źródło konfliktu i przedmiotów. Locke wyjaśniający na podstawie schwytanego dzika różnicę między człowiekiem i zwierzęciem, a potem przy pomocy ćmy w kokonie wyjaśnia, o co mu chodzi z trzema próbami. Bardzo to naiwne, ale też w dobry sposób. Wiadomo, normalnie ćpun by poprosił trzy razy w ciągu sekundy, ale służy to historii, więc nie spinam się za bardzo. Podoba mi się też scena w której decydują, kto wejdzie po Jacka. Udowadniają wtedy, że się nawzajem znają, troszczą się o siebie, mają swoją rolę w tym wszystkim. Najlepszy moment epizodu to Walt patrzący pierwszy raz w życiu z podziwem na swojego ojca, gdy ten zaczyna dowodzić grupa ratującą. A chudość narkomana znajduje tu swój użytek. Miłe.:)

Retrospekcja jest zbyt bogata. Obejmuje spory okres czasu: zanim jeszcze kapela miała kontrakt płytowy po sukces, narkotyki, wewnętrzne kłótnie, nałóg, rozpad kapeli, długi okres ciszy a na końcu próbę zjednoczenia która się nie powiodła. Flashbacki wchodzą w dziwnych miejscach, odwracając uwagę od teraźniejszości, przeszkadzają, rozkojarzają. Charlie zaczyna się przeciskać przez tunel, i ja chcę zobaczyć, czy tam dotrze, a zamiast tego... koncert. Ech. Przydałoby się to jakoś uprościć i skrócić. W końcu będą kolejne retrospekcje, a inne postaci mają wyraźny podział. Wciąż nie wiadomo chociażby, co Jack i Kate zrobili.
Przeszłość Charliego sama w sobie dobra. Chłopak zaczyna wierzyć, że bez kapeli jest niczym, i jedynym sposobem, by w niej być, jest dołączyć do brania prochów. Wciąż jest to cichy, niemy punkt kulminacyjny, chociaż daleko mu do spokoju.

Przeszkadza mi też bardzo napuszony styl Sayida i jego części tej historii. Gdy na końcu patrzy nad drzewami, zaciska kciuki i mówi do siebie: "No dalej, liczę na was, jeszcze jedno, Kate, daj z siebie wszystko!", ja na chwilę przestaję oglądać "Lost". Nie wiem, co to. Może trener przedszkolnej drużyny w zbijaka.
7/10

Jeszcze jedno: gdy Charlie dobija się do Jacka, zapytany o halucynacje odpowiada: "Żadnych, poza rozmową z tobą w lesie przed godziną". Tylko żart? Otóż nie. Tę scenę faktycznie nagrano, i Charlie spotyka Jacka w dżungli ubranego w koszulkę Drive Shaft. Polecam poszukać, dobra schiza.:)

niedziela, 12 października 2014

Wish I Was Here

Kino autorskie, 2014


Aiden Bloom ma problemy. Szkoła do której chodzą jego dzieci nie jest opłacana. Miał to robić ich dziadek, ten jednak... ma nawrót raka, więc skorzysta z nowej metody leczniczej, i potrzebuje na to wydać wszystkie pieniądze. Rabin rządzący szkołą nie ma zamiaru kolejny raz przełożyć zapłaty na później - bo życzeniem Boga jest, by mężczyzna utrzymał swoją rodzinę. A co robi Aiden? Wciąż chce spełnić swoje marzenie o pozostaniu aktorem, chociaż od dawna nic w tej kwestii się nie ruszyło w jakimkolwiek kierunku. Rodzinę utrzymuje jego żona, pracująca za biurkiem w jakiejś firmie - jakie są jej marzenia? Szkoła publiczna odpada przez prywatne doświadczenia z młodości samego Aidena. Jego brat mieszkający w przyczepie odmawia zajęcia się nawet psem ich ojca. Co teraz będzie?


sobota, 11 października 2014

What If / Słowo na M.

Romantic Comedy, 2014


Wallace od roku nie wychodził z domu po tym, jak rzucił dziewczynę.Teoretycznie - ona go zdradziła, ale chciała by dał jej jeszcze jedną szansę, nie zgodził się... i jest tutaj. Przestał uczęszczać na studia medyczne, pracuje jako twórca instrukcji, a na imprezie spotyka Chantry. Dziewczyna nadaje na tych samych falach, ma takie samo dziwne (ale i pozytywne) poczucie humoru, daje mu swój numer... ale wspomina, że ma chłopaka, więc... Mowy nie ma. Wallace nie będzie się wpieprzał w czyjś związek, nawet z taką dziewczyną - w końcu jemu też się ktoś wtrynił do związku. Przypadek sprawił, że jednak znowu się spotkali, i zaczęli się regularnie spotykać. Co dalej?

Uwielbiam jak postaci w tym filmie ze sobą rozmawiają. Zwykłe rozmowy, niepoważne żarty, ukrywanie poważnych uczuć, konfrontacja w irytujących momentach, reagowanie na codzienność i niecodzienność. Dwaj kumple dyskutujący o tym, jakie opcje ma teraz Wallace z Chantry. Wallace przychodzący na kolację do mieszkania Chantry i jej chłopaka - w trailerze mocno oszukali, bo w filmie narzeczony serio ostrzega Wallace'a po cichu, by się nie wpieprzał. Dramatyczna walka na plaży, gdzie bohaterowie są zdenerwowani, wyładowują na sobie nawzajem emocje. Napiszę tylko: Wallace nie przeprasza i walczy jak trzeba. Improwizowana przemowa na weselu, w której co chwila mówiący traci wątek i wydaje się, że to będzie żenujące, a jednak na koniec chciałem klaskać jak reszta gości. Każda chwila i dialog to ideał. Wyjątkowy humor czasem do mnie nie trafiał*, ale nie przeszkadzało mi. Bo dla bohaterów był on naturalny, szczerze się cieszyli. Gdyby ludzie w prawdziwym świecie rozmawiali tak ze sobą, byłby on piękny.



piątek, 10 października 2014

(felieton) Dlaczego góry tak zachwycają?


"- Patrzenie się na nie, zatrzymanie się w marszu i tylko... podziwianie. Przecież to strata czasu, nie? Nic się w ten sposób nie zyskuje. A jednak, to robię. Co mi to daje? Czemu je podziwiam?
- Hmm... pomyślmy. Odpowiedź musi być obiektywna. Góry... Nie można ich zmienić. Uchwalić ustawy, która by je zreformowała. Wciąż będą takie same, nieugięte. Jeśli spróbujesz to nagiąć, ukarzą cię. Przekopiesz tunel przez szczyt, zawali się on i cały twój wysiłek pójdzie na marne. Wprowadzisz ustawę, że powyżej 3000 metrów ma być wprowadzone centralne ogrzewanie, bo ty tak sobie tego życzysz, to ci się nigdy nie uda. Góry trzeba zrozumieć. Dziki, prehistoryczny człowiek bał się ich, bo nie nadawały się do życia. Zimno, trzęsie, i do tego działy się rzeczy, których nie znał, jak śnieg czy mocniejsze wiatry. Grabieżca boi się ich, bo są zwierciadłem w którym widzi swoją przegraną, z którą nic nie może zrobić. Nie może oszukać, zeskoczyć z samolotu i zdobyć szczytu jak ci, którzy uczciwie na to pracują. Wejście tutaj niczego mu nie da. Nie, to teren dla uczciwych ludzi. Oni widzą w tym monumentalnym widoku zwierciadło swojej wielkości. Przestali się go bać, a zaczęli właśnie podziwiać. Miarą ich szacunku do samego siebie jest szacunek jakim darzą te cuda natury. To osiągnięcie cywilizowanego człowieka, potrafiącego ją zdobyć, nie by pokonać, ale oddać jej hołd. Udowadniając tym samym, ile musiał zrobić i osiągnąć, by doszło do tej krótkiej chwili. On potrafi współpracować z nimi. Zgodzi się na wszystkie warunki, które one narzucają. Przekopać taki tunel, który się nie zawali. Po zejściu zostawi je takimi jak je zastał. Im więcej szanuje samego siebie, tym bardziej szanuje góry, by w efekcie znów czuć więcej szacunku do samego siebie. Są one żywym, obiektywnym dowodem, kim ten człowiek jest. Manifestem wszystkich wartości jakich w życiu przestrzega. Miarą jego człowieczeństwa, wygranej albo przegranej. Nagrodą tudzież klątwą."

----

Wszedłem raz do czyjegoś gabinetu w pracy, musiałem czekać, na monitorze zobaczyłem góry i tak powstał powyższy tekst. Trochę go rozwinąłem, nadałem bardziej filmowy/literacki "feeling", ale generalnie to jest podobny trop myślowy jaki miałem naprawdę - wcześniej podobnych rozkmin nie miałem. Planuję coś z nim w przyszłości zrobić, wsadzić gdzieś do scenariusza, ale jeszcze nie mam nic. Ot, dobry moment do szuflady.

Bo mam dosyć, ilekroć w filmach (czy gdzie indziej) słyszę pytania o sens życia, a odpowiedzi są albo wymijające, albo w ogóle ich nie ma. Od razu zakładam, że twórcy byli za głupi albo to tchórze, którzy boją się choćby zaproponować odpowiedzieć, dać coś do rozważenia, co widz mógłby potraktować jako pierwsze słowo w dyskusji.

Mam dosyć świata, w którym góry zachwycają, bo są "ładne xd", a filmy są fajne, bo "każdy ma inne gusta ;p". Tyle żyjecie na tym świecie i nie macie nawet przypuszczenia? To co robicie w sztuce?

środa, 8 października 2014

(miniserial) BattleStar Galactica

Space Opera / Sci-Fi Militarystyczne, 2003


Piszę teraz o pełnometrażowym filmie trwającym trzy godziny, jednak na wielu stronach jest on różnie klasyfikowany jako serial (4 odcinki po 45 minut, 2 po 90). Ponadto, to pilot do właściwej serii "BSG", tak jak "The Gathering" w przypadku "Babylon 5".

Fabuła jakby znajoma: ludzkość stworzyła sztuczną inteligencję. Po pewnym czasie robotyczne dzieci ludzkości w końcu odwróciły się od swoich stworzycieli i rozpoczęła się wojna. Skończyła się ona rozejmem, i roboty zwane jako Cyloni, opuścili tę część galaktyki. Zbudowano stację, na którą co roku ludzkość wysyłała swojego człowieka, by sprawy ludzi i robotów mogły być omawiane z przedstawicielem AI. Cyloni jednak nie wysłali nikogo - aż do czasu gdy minęło 40 lat od wojny. I zrobili to tylko po to, by oznajmił on nadejście apokalipsy.

180 minut podzielone na 2 lub 4 epizody

wtorek, 7 października 2014

Retrospektywa Lost - Sezon 1, cz.3

 

1x05
"White Rabbit"
reżyseria: Kevin Hooks
scenariusz: Christian Taylor
zdjęcia: Michael Bonvillian

Jeden z ambitniejszych odcinków. Jack staje tutaj wobec problemu, który jak się okazuje, nęka go i prześladuje od dzieciństwa. Nieumiejętność radzenia sobie z przegraną w skutek jego własnej decyzji. Porywanie się z motyką na słońce, wiedząc że się przegra, ale połączona z żalem do samego siebie, że wciąż się nie udało. Gdyby zostało to ukazane lepiej, byłaby kolejna dycha ode mnie, ale pod koniec odcinka nawet nie jestem pewny, czy zaszła jakaś zmiana wewnątrz bohatera. Wiem tylko, że próbował. Czy się rozwinął? Trudno powiedzieć.

I tak na plus, bo ile filmów lub seriali podejmuje ten motyw?

Opening, z ratowaniem tonącej kobiety jest znakomity. Sposób przedstawienia morza, tu nie dało się pokazać czegoś lepiej lub "bardziej". Zakończenie jest niezwykle mocne - Jack wracający do wody, chcący ratować tamtą kobietę, ujęcie od zewnątrz, nasz bohater odpływający od grupy ocalałych stojących na plaży, a następnie ujęcie na zewnątrz: pokazanie ogromnego oceanu z brzegu. Idealnie płaskiego, na którym nie widać nikogo, kto by krzyczał po ratunek... Plus, to realizacyjny majstersztyk. Większość kwestii tutaj wypowiedzianych dograno w studio, by było je słychać poprzez szum wody.

Dalsza odcinka jest bezbłędna: miesza się tu surrealizm (postać ojca która Jack goni przez dżunglę, chociaż nie powinno go tu być) oraz realizm, czyli braki wody pitnej. Tym razem twórcy trochę komplikują sprawę, dodając do tego wątek kradzieży wody, ale robią to z głową. Wiążą wszystko z motywem lekarza jako przywódcy, który nie chce obejmować tej funkcji. Historia zostaje nadal w miarę prosta, chociaż już nie taka podstawowa i zrozumiała. Ilość rzeczy do pojęcia narasta. Co zrobił Jack, że teraz nie ma wyjścia tylko musi lecieć do Sydney i już? Za kilka odcinków padnie odpowiedź.

Trzy sceny się wybijają. Tajemnicza rozmowa Jacka z Johnem pośród drzew, przemowa zbierająca ludzi do kupy w finale. To tutaj pojawiają się ważne slogany tego serialu: "Everything Happens for a Reason" oraz "If we can't live together we're gonna die alone". Obie te chwile bledną w porównaniu do finału przygody Jacka, gdy odkrywa z pochodnią w ręku jaskinie, źródło wody, a przede wszystkim - kolejne fragmenty samolotu. Bez słów, tylko obraz. W tamtym momencie, porażający.

Można to przegapić, ale pod koniec tego właśnie epizodu miał premierę jeden z moich ulubionych kawałków instrumentalnych. "Win One for the Reaper", które co prawda będzie potem różnie aranżowane i wykorzystana w innych utworach, ale ja uwielbiam właśnie tę formę. Porażająco smutna i zadziwiająco prosta melodia.

Plus Sawyer, niechcący przypominający Kate o zmarłym szeryfie. Jest tu kilka takich momentów, które budują wraz z następnym odcinkiem wrażenie podsumowania.
8/10

niedziela, 5 października 2014

Dzikie historie (6/10)

Anthology Film & Black Comedy, 2014


Sześć nowelek spiętych pod jednym, ogólnym tytułem... i niczym więcej, poza niecodziennym poczuciem humoru oraz niezwykłymi pomysłami na historię. I chociaż zalatuje to "Strefą mroku", nie jest to mój ulubiony model produkcji. Jako miniserial bardziej by się nadawał do oglądania. Gdy kilka odcinków TRZEBA oglądać pod rząd, to ja dosyć szybko czuję już zmęczenie. Nie pomaga fakt, że każda opowieść ma słaby, powolny wstęp, a ich poziom waha się od "reakcji Polaka na widok ze szczytu wysokiej góry" po "Garret by to wyciął".

Dlatego omówię poszczególne epizody oddzielnie.


# Epizod 3: "Znikający punkt" - 7+/10

Czyli co by się stało, gdyby Kowalski się zatrzymał w czasie przygody swojego życia by zmienić koło. A maniakalny nieznajomy wysiadł by zrobić mu kupę na przednią szybę. A Kowalski jednak nie dałby za wygraną, i nie zadowolił się tylko bezpieczną ucieczką... Festiwal groteski, przemocy i absurdu, w której żadna ze stron nie ma zamiaru dać za wygraną, a wiadomo gdzie to prowadzi. Ubaw po pachy, wcześniej obdarte ze skóry. Niezapomniany seans. Pokłony za realizację.


# Epizod 6: "Wesele" - 7/10

Żona tuż po zawarciu związku dowiaduje się, że mąż ją zdradził całkiem niedawno. Zainspirowana przez kucharza palącego na dachu, postanawia wykorzystać okazję do zrobienia piekła z życia swojego ukochanego, nie ponosząc za to winy. W końcu zasłużył, prawda? Pytanie tylko, na ile... w kilka minut standardowe wesele zmienia się w najlepszą tego typu scenę w historii kina. Z początku wydaje się, że na koniec reżyser funduje "feministyczną", irytującą anegdotę, ale w sprytny sposób z tego wybrnął. Plus romantyczne zakończenie i milczące sceny, gdzie cały humor płynie jedynie z obrazu. Seans niezapomniany.

sobota, 4 października 2014

Mama (7/10)

Drama, 2014


Diana to samotna matka. Jej mąż umarł kilka lat temu, a dojrzewający syn imieniem Steve stacjonuje obecnie w internacie po tym, jak stwierdzono u niego ADHD. Właśnie został wyrzucony, a Diana nie ma innego wyjścia - a raczej, wszystkie inne opcje jakie ma uważa za gorsze - i bierze potomka pod własny dach. To utrudni jej życie, zarówno prywatne jak i zawodowe. Szybko zaczną się problemy z gotówką, szukanie dodatkowych zajęć - byle tylko były płatne. I tak się będzie toczyć ich życie - ona dla syna zrobi wszystko, a Steve będzie się uczył. Głównie o miłości. Dominującym motywem "Mamy" jest to, co w innych opowieściach określane jest jako rejon szary. To opowieść o dostrzeganiu dobrych chwil w życiu ludzi, którzy dobrzy z pewnością nie są. Pochylenie się nad nimi i dostrzeżenie, jak często uważają swoje decyzje za słuszne, i dlaczego tak się dzieje. Steve przechodzi drogę od nienawiści do dorosłości, radzi sobie z przeszłością i przyznaje przed samym sobą, że jednak nie ma prawa do końca gardzić własną matką. Xavier Dolan trafia z tym tematem w samą dziesiątkę. Jako twórca jest wystarczająco dojrzały, by ją unieść i wykorzystać z dystansem potrzebnym, by widz nadążył za jego myślami. Opowieść jest żywa, karmi się własną pasją, a z jej bólu rodzi się sztuka.

Relacja Steve'a i Diany jest zarysowana bardzo dobrze, a odegrana jeszcze lepiej. By w nią uwierzyć wystarczyła pierwsza sekwencja, jak przenoszą jego rzeczy ze szkoły do domu. Piosenka Dido w tle, na ekranie takie chwile jak on kładący głowę na jej kolanach gdy jechali autobusem - sposób w jaki ona go głaskała... takie rzeczy widuje się tylko na osobistych nagraniach rodzinnych, kino wydaje się nie być w stanie unieść czegoś tak wyjątkowego. Dolan jednak robi to bardzo umiejętnie, nie zarzuca widza szczegółami, utrzymuje wspomniany dystans. Zmienia rytm, stawia na naturalność. Chociaż chłopak ma ADHD, przez większość czasu nie wydaje się nadpobudliwy. Ma w sobie mnóstwo energii, ale zazwyczaj zdaje się być normalnym nastolatkiem, który jest zadziorny, kłóci się z rodzicielką, bawi go prowokowanie otoczenia (wymowne gesty do staruszek na przystanku). Gdy wybuchnie, jego konfrontacja z Dianą zamienia się w walkę na poważne zranienie i zamknięcie w szafie, by pod wieczór razem tańczyli do kawałków Celine Dion. Ja uwierzyłem, że tak wygląda ich normalne życie, i są ze sobą naprawdę na dobre i gorsze. Oboje ujawniają w czasie seansu obie te strony swojej osobowości.

piątek, 3 października 2014

(nierecenzja Miasta 44) Czasem dialogi są zbędne

Jeśli czytaliście jakąkolwiek recenzję nowego filmu Komasy to w sumie czytaliście wszystkie. Każdy pisze o tym samym, podobają mu się i nie te same rzeczy. Dlatego, słowo pochwały ode mnie, w morzu batów na które film zasłużył, ale lecą w pana Komasę, jakby to on był wszystkiemu winny.

Jedno chcę wyjaśnić: to nie jest równa produkcja, którą ogląda się z nieustanną fascynacją. Dosłownie każdą scenę mógłbym skomentować i powiedzieć, że jest okropna ale dzięki jednemu elementowi da się ją oglądać/jest świetna tylko mierzi ten jeden element, przez który chce się walnąć dupą w sufit. Wszystko co czytaliście o tym tytule jest prawdą, a zwiastun jest niemal idealny, bo pokazuje właściwie pełnię tej produkcji. W gotowym obrazie nie ma jedynie Lany Del Ray i sztuczek montażowych z "Ghost Ridera 2". Jeśli chodzi o ocenę - daję 7/10, bo jestem taki chłop, który woli zauważyć, jak znakomicie się ogląda to, co tu dobrze zrobiono. Jeśli interesujecie się kinem, szczególnie polskim - musicie to zobaczyć. Jeśli jara was kino wojenne, również znajdziecie tu sporo rzeczy które polubicie. Reszta może ominąć film szerokim łukiem.

Bez spoilerów.


środa, 1 października 2014

(serial) Miasteczko Twin Peaks - sezon I


Nareszcie. Tyle razy podchodziłem do tego serialu - za pierwszym razem nawet w telewizji go oglądałem, gdy TVN7 zaczął nadawać - i w końcu go dokończyłem. Cztery czy nawet więcej podejść zrobiłem, i nareszcie mam za sobą te 8 odcinków. Mogę teraz napisać to, co myślałem już po kilku pierwszych epizodach: to nie jest moja bajka.

Nie kupuję produkcji, która chce być jednocześnie kryminałem, obyczajem, trzema podgatunkami romansu, kinem młodzieżowym, telenowelą, surrealistycznym, horrorem, dramatem, komedią... i to wszystko podane na trzy sposoby: poważny, niepoważny oraz parodia. Nie tworząc przy tym czegoś jednolitego, bo każda postać i scena jest z innej bajki. Po prostu stwierdzono: nie, chcę mieć jakaś dziwną postać w tym serialu, bo tak. I ją wsadzili, i się ludziom podoba.

Tak, "Lost" zrobiło coś takiego, tylko tam zrobiono to tak, że w końcu nie męczę się z jasną klasyfikacją i mówię: "Kino autorskie". Jak oglądam "Twin Peaks" to zawsze wiem, co teraz oglądam: romans, surrealistyczny czy parodię kryminału. Gdy oglądam "Lost" to oglądam "Lost", bo tam każda scena ma ten sam feeling, wynika z tego samego motywu i tematu. "Twin Peaks" jest wszystkim bez żadnych ograniczeń, i przez to nie trafia w mój gust. Strasznie się męczyłem oglądając, nawet sekunda fabuły nie potrafiła mnie zainteresować. Nie ogarniam, jak można raz robić kino poważne, a potem jego przeciwieństwo. To się nie trzyma kupy. Nie angażuję się w takie produkcje.

Najgorsze jest to, że produkcja nie jest satysfakcjonująca pod żadnym względem. Romans młodzieżowy olałem, nawet nie pamiętam, co do siebie czuli. Główną zagadkę kryminalną mogli rozwiązać i nawet bym nie zauważył. Gwałtowny chłopak mógł zatłuc swoją dziewczynę cegłą i nie uznałbym tego za coś istotnego w fabule. Surrealistyczne sny mogą mieć sens, ale przez myśl mi nie przeszła ochota by się go doszukiwać, ani tym bardziej wyczekiwać na jakieś wyjaśnienia.

Na plus bardzo ładne dziewczyny. Muzyka. Niektóre sceny trafiły w mój humor. Na przykład:początek któregoś odcinka, jak elegancko ubrana rodzinka je szykowny obiad przy kominku, i wpada na to jakiś chłop, wyjmuje z torby kilka podłużnych kanapek i mówi, że to najlepsze jedzenie jakie w życiu spożył. Są z masłem i serkiem pleśniowym. Głowa rodziny zaintrygowany prosi o jedną, gryzie i niemal rozpływa się tam z rozkoszy. I jedzą, pośrodku tej wysmakowanej scenerii, koniec sceny.:)
5/10