wtorek, 30 września 2014

Retrospektywa Lost - Sezon 1, cz.2


1x03
"Tabula Rasa"
reżyseria: Jack Bender
scenariusz: Damon Lindelof [2] 
zdjęcia: Larry Fong [2]


Wzorowy odcinek. Jest rewelacyjny sam w sobie - znowu jest świetnie rozpisana na kilka postaci scena kłótni między Zagubionym; tym razem o to, kto ma trzymać broń. Cała fabuła jest wręcz banalna - ratunek nie przybył, zboczyli z kursu, nie ma większych szans na powrót do cywilizacji. Nie ma co zwlekać, taki rozwój sytuacji zbiera pierwsze żniwo. Nieznany mężczyzna z kawałkiem samolotu w brzuchu będzie się wykrwawiać przez dnie, jęcząc na całą plażę. Już po kilku godzinach wszyscy mają go dość i marzą o tym, by ukrócić mu cierpienia... Tylko - kto ma broń?

Finał tego odcinka jest jedyny w swoim rodzaju. Obejrzenie go po raz pierwszy zostawia znak w pamięci, każda sekunda w brutalny sposób buduje napięcie bez żadnej litości. A na końcu - bez żadnych słów. Nawet nie nawiązują ze sobą kontaktu wzrokowego. To, co się tam wydarzyło, nigdy nie zostanie ujęte w słowa. Zresztą, czy byłoby to możliwe?

"Lost" może zostać zapamiętany z powodu zagadek, ale było również takim kinem. I było w tym diabelnie dobre. Jedno "Breaking Bad" mu dorównało, skupiając się na tego typu chwilach.

1x03 jest rewelacyjny jako fundament kolejnych epizodów. Sayid próbujący jakoś zorganizować ludzi, wspominając przy tym, że zapasy jedzenia trzeba oszczędzać. Motyw Wyspy jako nowego startu dla wszystkich, bo ich poprzednie życie umarło wraz z katastrofą. Relacja Johna Locke'a z Charliem oraz Waltem i jego ojcem... to wszystko będzie mieć znaczenie.

I na końcu, wzorowa retrospekcja. Idealnie łącząca się z fabułą toczącą się w teraźniejszości. Każde wejście przeszłości jest jakoś uzasadnione (o co niestety będzie z czasem coraz trudniej). Annie Kanadyjka podróżująca po świecie, pracuje na farmie... znowu: w zasadzie banalna, bardzo podstawowa historia. Wynikają z niej ledwie dwie informacje, ale nie ma tu mowy o braku satysfakcji z oglądania.

Plus dobry scenariusz/montaż, dzięki któremu dwa różne punkty kulminacyjne nie wchodzą sobie w paradę.

I to ostatnie ujęcie, z szynami pod kamerą ustawionymi wokół Terry'ego O'Quinna... wygląda wtedy jak sam Diabeł. "Walkabout" nadchodzi...
10/10

niedziela, 28 września 2014

Sędzia (5/10)

Legal Drama, 2014


Dojrzały mężczyzna niespełniony w swoim zawodzie oraz życiu osobistym wraca do rodzinnego miasteczka leżącego pośrodku niczego z powodu śmierci matki. Problemem będzie konfrontacja z ojcem, z którym mają trudne relacje, ale światełkiem w tunelu jest spotkanie dziewczyny o imieniu Sam... A nie, to opis "Garden State". Nie wiem, czemu to zrobiłem. Teraz dopiero zarysuję wstępną koncepcję omawianego tu "Sędziego": Hank Palmer to dojrzały mężczyzna niespełniony w swoim zawodzie oraz życiu osobistym, który wraca do rodzinnego miasteczka leżącego pośrodku niczego z powodu śmierci matki. Problemem będzie konfrontacja z ojcem, Sędzią Josephem Palmerem, z którym mają trudne relacje, ale światełkiem w tunelu jest spotkanie dziewczyny o imieniu Sam... Nie idzie z ojcem żyć, więc bohater wraca do siebie. W samolocie odbiera telefon i dowiaduje się, że jego ojciec jest podejrzany o morderstwo. Na ulicy znaleźli ciało, zero śladów hamowania, a na aucie jest krew denata. Do tego on oraz Sędzia mają wspólną przeszłość wskazującą na motyw. Teraz Hank, słynący z bronienia winnych przestępców, teraz będzie bronić swojego ojca, który gardzi takimi praktykami.

Od tego momentu "Sędzia" przestaje być kopią a zaczyna być bardzo schematycznym kinem, którego nie ma specjalnie za co ganić ani też chwalić. Poszczególne składniki wymieszano z rozsądkiem, wszystkie sceny mają jakiś cel i układają się w całość. Jest ona jednak bardzo zachowawcza, sprowadza się do bardzo mocno zarysowanych punktów kulminacyjnych które muszą nastąpić nawet wbrew logice. Byle tylko ojciec i syn sobie coś powiedzieli. Twórcom nie przeszkadza zamknięcie ich w domu by nic innego nie robili poza mówieniem rzeczy podyktowanych przez gatunek i schemat. Pójście na łatwiznę jest tu na porządku dziennym.

sobota, 27 września 2014

Bogowie

Biopic, 2014


Zbigniew Religa to polski kardiochirurg, który w latach 80-tych po powrocie ze Stanów zaczął forsować w kraju przeszczep serca. Ludzi mieli, naukę mieli, sprzęt mieli, teraz tylko rozpocząć walkę. "Bogowie" to niestandardowa opowieść biograficzna, którą ogląda się jak film sportowy, obejmujący okres od powrotu ze Stanów aż po wykonanie słynnej fotografii, którą tu poniżej zamieściłem.


Sukces tej historii kryje się nie w oparciu o sedno całej fabuły - udany przeszczep - ale o te małe sukcesy które były po drodze. Wiadomo, że finał będzie szczęśliwy - jednak całość która to poprzedziła jest zagadką. Jak poradzono sobie z przekonaniem kierownika do przeprowadzenia operacji? Jak znaleziono dawcę? Skąd wzięto środki? Napięcie nie opada ani na chwilę, buzuje to adrenalinę do serca jak trzeba. Pan Religa na ekranie zahipnotyzowany patrzy się w mięsień pacjenta, wyczekując ruchu, a moje biło wtedy, śpiewając pieśń życia.


piątek, 26 września 2014

(felieton) Jak odmówiłem udziału w ankiecie


W drugiej klasie LO miałem zajęcia z Wiedzy o Społeczeństwie. Były standardowe numery z książkami, których nie było jak zdobyć, a po kilku lekcjach nauczycielka poszła z powodu ciąży, przez resztę semestru nikt nie wiedział, co się dzieje, w drugim dano nauczyciela w zastępstwie, który coś próbował, ale wiele już się nie dało zrobić. A jednak, zapamiętałem te zajęcia z jednego powodu. Na początku, jeszcze przed ciążą, pod koniec lekcji pani psor, ot tak, zadała pytanie: "Czy jeśli Polacy wylądowaliby na Marsie, to na początku zaczęliby sadzić złe cytryny czy dobre pomarańcze?". Każdy uczeń musiał odpowiedzieć, jak uważa. Jako jedyny powiedziałem, że nie mam zdania. Reszta dostała plusy (za "aktywność"), a ja wymowne spojrzenie, gdy mówiła: "Z wyjątkiem tego pana".

Oczywiście, pytanie brzmiało inaczej, by mieć na pozór jakąś wartość (w stylu ankieterów pytających, czy wierzysz w grawitację). Reszta składowych pozostaje bez zmian - pytanie nie miało sensu, uczniowie nie mieli żadnych danych i podstaw by się wypowiedzieć, a więc nie można było odpowiedzieć błędnie. Chodzi tylko o to, by udzielić odpowiedzi.

Wtedy rozumiałem jedynie, że wypowiadanie się w jakiś temacie - nie znając go ani wszystkich Polaków, w imieniu których przecież się wypowiadasz - jest czystą głupotą. Dużo później doszło do tego zrozumienie, że w ten sposób przystosowuje się umysł ludzi do życia wydarzeniami, które go nie dotyczą. Smoleńsk, Tralalala, Sosnowiec, narkotyki, Naziol podczas Dnia niepodległości. I trzeba mieć zdanie w kwestii, którą żyje cały kraj. I trzeba się kłócić.Szukacie źródła, to je macie.

Nie rozumiem tylko, czemu ta nauczycielka w ogóle tego próbowała na tym etapie. Uczniowie byli już praktycznie dorośli, jeśli do tej pory nie zostali "dostosowani", to dadzą przejrzeć takie banalne numery. Bo to naprawdę banał - jednak kto wie, jak miałyby kolejne lekcje wyglądać? Tak czy inaczej, czujki już miałem wystawione.
Zresztą, na pierwszy rzut oka widać, czy uczniowie są dostosowani czy nie. Nie wiem, kiedy i jak to im jest robione, ale nie mam zamiaru uwierzyć w przypadek. Bo widzę, jak dzisiaj zachowują się uczniowie LO, i nie widzę ani różnicy. Przez tyle lat żadnej zmiany? Nie kupuję tego. Ale faktem jest, że repertuar się nie zmienił. Rozmowy w autobusie są identyczne. Nie mają o czym rozmawiać poza "nie wyspałem się / ale wcześnie / dziś matma / ja pierdolę, kurwa mać, ja to kurwa pierdolę" (dziewczyn nawet nie mam zamiaru cytować, bo mi mózg siada), dzień w dzień. Ich umysł już sam wyczekuje kolejnej afery by ich zajęła.

środa, 24 września 2014

(serial) Detektyw

Crime, 2014


"Detektyw" to projekt kręcony z przerwami przez 17 lat, od 1995 roku do 2012 przez Nica Pizzolatto. Bohaterami są detektywi śledczy pracujący nad aktem mordu z sektą w tle. Związane ciało kobiety z tatuażami gdzie tylko spojrzeć, twarz ukryta, dziwna figurka z gałęzi, ułożona w konkretnej pozycji. Gdzie zacząć? Czego szukać? Po prawie dwóch dekadach zostają zaproszeni na komendę, by opowiedzieli o tamtych wydarzeniach. Właściwe pytania przychodzą z czasem - co się wtedy stało? Czemu są przesłuchiwani oddzielnie? Czy widz o czymś nie wie?...

Składniki tego sezonu wyglądają następująco: 1/15 intrygi kryminalnej, 4/15 napięcia, 5/15 wątków pobocznych z życia osobistego, 6/15 klimatu zepsucia i rozkładu, oraz 15/15 w postaci głównego duetu. Chociaż poszczególne odcinki nie wyróżniają się jakoś szczególnie, to jako całość serial naprawdę lśni. Zaplanowany od początku do końca bez jednej zbędnej sceny.

Akcja dzieje się w stanie Luizjana, pełnego moczar, bagien, pól, zapomnianych miasteczek, które zapewne tętniły życiem około 1850. Nieliczne miasta wpasowują się do tego krajobrazu. Łatwo trafić tu na odludzie, gdzie nawet telefon nie dochodzi, a mieszkańcy są bardzo wierzący w którymś odłam Chrześcijaństwa. Obraz, jaki rozpościerają tu twórcy, jest bardzo niepokojący. Sekty, prostytucja, policja działająca na własną rękę, rytualne mordy, krzywdzenie nieletnich. Wszystko tu jest i przez jakiś czas jeszcze będzie w ten sposób. Wszystko zostaje podkreślone przez jednego z dwójki głównych bohaterów, Rusty'ego, będącego duszą całej serii. Człowiek to zmęczony, bez życia, potrafi spojrzeć w oczy i dostrzec, kim ten ktoś naprawdę jest. W swoich niesie mrok. Otwarcie przyznaje, że nie widzi sensu w życiu, człowiek jest dla niego nienaturalnym tworem. Dostrzega, że wszystko jest zamknięte w pętli kręcącej się od zawsze i zapewne na zawsze. Te dzieci, które uratował z klatki, kiedyś do tej klatki wrócą. Zmienią się tylko twarze i nazwiska, ale cała reszta będzie bez zmian. I znowu. I znowu. Jaki więc sens by coś z tym zrobić?

Jeśli macie z nim problem, weźcie pod uwagę, że ja ich nie miałem. Rusty to smutny człowiek, do tego trzyma swoje przekonania dla siebie. Nie jest tak, że tylko pije, strzela i płacze. To coś zupełnie odmiennego.


Druga wielka zaleta tej historii to wątek przyjaźni/relacji/tolerowania się głównych bohaterów. Prawdziwa, męska... jak to w ogóle nazwać? Jest na to słowo? "Partner jest jak rodzic - nie wybierasz żadnego" mówi Marty o Rustym. Przez trzy miesiące jak zaczęli pracować nie zamienili ani słowa - i to było ok. Gdy już zaczną mówić i poznają siebie nawzajem, to okaże się, że nie przepadają za sobą. Podejście Rusta do życia, śmierci, ponury i "filozofujący" sposób rozmyślania w ogóle nie spodoba się Marty'emu. Każe mu zamknąć dupę i tyle. I to też będzie ok. Czasy prawdziwych facetów na ekranie wróciły, można uronić męską łzę szczęścia. Nie ma tu prywatnej bójki, po której przyjeżdżają media i robią z tego zadymę - jak dobrze wrócić do tego świata! To, przez co ta dwójka przejdzie, szczególnie na poziomie osobistym, to coś wyjątkowego dla kina. Nie będą się lubić, nie będą dla siebie mili, ale też obaj wiedzą, że mają na tym padole tego jednego człowieka, który mu uratuje życie. Słowo zostanie dotrzymane.

Mastershot wieńczący 4 odcinek. Scena słynniejsza od samego serialu. Jak na coś tak chwalonego ma za dużo najazdów na ścianę albo ciemne niebo - ale nawet jeśli było markowane, to wciąż robi wrażenie. To była dobra decyzja, by pokazać te wydarzenia w czasie rzeczywistym - chociaż to zapewne był wybór głównie techniczny. Gdyby były cięcia, odcinek były o kilka minut za krótki.

Najcieplejsze słowo o intrydze jakie mogę powiedzieć to: nie przeszkadza. Niby jakaś jest, ale jak się ją oleje to też się będzie nadążać. Zajmuje też mało miejsca na ekranie - pierwszy odcinek to budowanie wszystkich wątków jednocześnie, drugi w zasadzie sprowadza się do "Nie wiemy co robić i najprawdopodobniej musimy się poddać" ale w ostatniej minucie wpadną na nowy trop! Trzeci to już wielkie opóźnienie wątków kryminalnych, bo najpierw trzeba doprowadzić do istotnego miejsca wątki osobiste Marty'ego... Dopiero 4 i 5 odcinek coś rozkręcają w kwestii budowania napięcia. Odcinki 5 i 8 błyszczą pod tym względem, to też moje ulubione epizody. Spodziewałem się czegoś innego, dostałem "Detektywa", w którym polubiłem inne rzeczy niż zamierzałem. Mi to pasuje, chociaż lepsza fabułą by się przydała. Jeśli nastawiasz się na ciekawe śledztwo, to go nie dostaniesz. Dość powiedzieć, że jednym z najważniejszych tropów na które bohaterowie natrafiają jest... przemalowanie domu. Porównują dwa zdjęcia i myślą: "Może ten malarz miał z tym coś wspólnego!".

- Ah, I shouldn't even fuckin' be here, Marty.
- I believe "no shit" is the proper response to that observation.

Temat minusów mogę jeszcze ciągnąć - niejasna narracja, z początku niby opowiadana przez bohaterów. Wykorzystano przy tym dobrodziejstwo gadania z offu, a potem już pokazano widzowi rzeczy, o których żaden z bohaterów nie mówi. Niektóre wątki się nie kończą, brakuje odpowiedzi - i tu trzeba się zetknąć z fanami próbującymi przekonać cię, że to w istocie plus, bo serial chce być bardziej jak życie, które też przecież nie daje wszystkich odpowiedzi. A w jednym odcinku jeden z bohaterów dostaje taki wpierdol, że powinien umrzeć z 60 razy - oczywiście żyje dalej. Bo to tylko serial.;-) Drobnostki. Jedynym elementem, który mi przeszkadzał, było wykonanie scen za kółkiem. Nie wiem, czy tak je badziewnie zrealizowano, by wyglądały jak kręcone na tle greenscreena, czy to naprawdę był GS - ale efekt jest obrzydliwie sztuczny.

Mam nadzieję, że motywy tu poruszone i rozwinięte będą miały swój ciąg dalszy w drugim sezonie. Niech te wnioski, do których Rusty doszedł, mają jakiś ciąg dalszy. W ten sposób będzie lepsze, zamiast na siłę rozrzedzać mrok. Taki właśnie jest cały "Prawdziwy Detektyw" - chociaż poszczególne odcinki nie zbierają u mnie wysokich not, całość cenię całkiem wysoko. Ogląda się go naprawdę dobrze. Jestem bardzo zadowolony z mnogości nowych elementów, jakie ta produkcja wprowadza do telewizji, i ciekaw jestem, czy wyznaczy nową modę na nihilizm w stylu Rusty'ego. Czekam na drugi sezon.
7/10

PS. I całe to gadanie o wyjątkowości produkcji, bo wspomniano w niej o teorii płaskiego czasu... Proponuję dawać 12/10 dla takich tytułów jak "Babylon 5" i innych wykorzystujących motyw hiperprzestrzeni, oparty na teorii, że przestrzeń jest jak kartka papieru, i tak jak ją można nagiąć by oba jej końce się zbliżyły do siebie... W odróżnieniu od "Detektywa", ta teoria jest często uzasadniona fabularnie, a nie rzucona w twarz widzowi, by budować klimat. W ogóle, "Detektyw" jest jedną z tych produkcji, której fanboje tylko obrzydzają mi dobry seans, zmuszając do szukania błędów chociaż w ogóle ich nie dostrzegłem. I potem tylko myślę: "to nie jest aż tak ambitna produkcja, psychologia postaci nie jest aż tak rozbudowana". Motyw z zataczaniem koła i powtarzaniem - gdy to słyszę to widzę tylko niedostatecznie dobry scenariusz, który zwyczajnie tego nie uniósł i owe powtórzenia równie dobrze mogły być efektem braku pomysłów.

wtorek, 23 września 2014

Retrospektywa Lost - Sezon 1, cz.1

Parę lat temu znajomy pożyczył mi 1 sezon "Zagubionych", więc go sobie powtórzyłem. Oczywiście, nie mogłem przypomnieć sobie tylko początku, więc oglądałem dalej. Miałem już wtedy sporo myśli, nowych spostrzeżeń i wniosków, dlatego postanowiłem robić notki po każdym odcinku. Wtedy robiłem to głównie dlatego by wyjaśnić, czemu zaraz po ukończeniu oglądania dałem mu 7+/10, by kilka miesięcy później, gdy "Lost" wciąż siedziało mi we łbie, dałem mu 10/10 i tytuł najważniejszej kinowej przygody mojego życia.

Problem w tym, że zacząłem pisać od 2 sezonu, bo pierwszego nie chciałem powtarzać zaraz po ukończeniu. I się potoczyło, trzeci, czwarty... I przerwa, ciągnąca się już parę lat. Aż tu pewien anonimowy czytelnik zapytał mnie, kiedy do tego wrócę - i co, nie mogłem przestać o tym rozmyślać. W końcu, co by mnie teraz najbardziej uszczęśliwiło, niż pisanie o ulubionym serialu? Potrzebowałem tylko znaleźć czas i miejsce w rozkładzie blogowym.

Tak więc jest tak: wtorki, kilka odcinków tygodniowo. Wracam do pierwszego sezonu, a potem piąty i szósty. Daję sobie limit 1000 znaków na jeden wpis i zobaczę, co z tego wyjdzie. Bez żadnych ograniczeń, piszę wszystko co mi przyjdzie do głowy. Jeśli oglądałeś - zapraszam. Oglądałeś, ale nie lubisz, i chcesz się przekonać, co w nim widzę? Zapraszam, nie jestem fanbojem. O wadach będę pisał ile tylko mi do głowy przyjdzie (polecam sprawdzić, co pisałem o finale sezonu trzeciego). Jeśli nie oglądałeś, również zapraszam. Nie będę trzymał jakiegoś wysokiego tempa, a jeśli boisz się spoilerów - czytaj wyłącznie wpisy dotyczące tych epizodów, które już obejrzałeś/aś (i oglądaj po kolei!). Do przodu nie będę niczego zdradzać, ale w tył i owszem.

I dla porządku, zebrałem notatki o wcześniejszych odcinkach.


1x01 & 1x02
"Pilot, part 1 & part 2"
reżyseria: J. J. Abrams
scenariusz: J. J. Abrams & Damon Lindelof (story & teleplay) 
& Jeffrey Lieber (story)
zdjęcia: Larry Fong


Mogę pisać i pisać, a wciąż nie zacząć... Tym razem zdrowo przekroczę limit znaków, bo to pilot - wszystko jest nowe, i chcę je omówię już teraz, bo będą się przewijać przez resztę serialu. Intro trwające niecałe pół minuty, z muzyką skomponowaną przez J. J. Abramsa, jest tak perfekcyjne jak tylko się da. Można je pokazać 10 osobom, i każda zapytana co po nim czuje odpowie co innego. Takie jest "Lost", więcej nie było trzeba. Mistyczne, metafizyczne, podprogowe, magiczne - co tylko chcecie. Oko, od którego wszystko się zaczyna. Fenomenalny znak rozpoznawczy, którego nie da się podrobić albo powtórzyć. Nagłe otworzenie powieki, zwężająca się źrenica, odbicie drzew w soczewce... I jesteśmy w bambusowym lesie.


Otwarcie
Bez słów. Jack budzący się w garniturze, ranny, biegnący za labradorem, mijający buty wiszące na drzewie, wybiegający na plażę i próbujący się zorientować w katastrofie samolotu - to jest mój ulubiony opening filmowy. Zero niepotrzebnych słów, a nawet te potrzebne są niemal niewidoczne. Ten moment, gdy cisza zostaje przerwana, jest bardzo trudna do wychwycenia, jeśli nie nastawiasz się na to. Wszystko przebiega tak naturalnie, każde zdanie jakie pada w ciągu tych pierwszych 5 minut jest niemal niewidzialne.

Realizacja openingu jest doskonała. Scenografia, z samolotem rozwalonym przez koparkę na cztery części, jest idealna. Bałagan, burdel, chaos, trudno nie dać temu wiary. Fakt, że całe pierwsze wrażenie przedstawiono za pomocą jednego ujęcia, w którym kamera porusza się po półkolu, płynnie przechodząc od zbliżenia do panoramy i nazad - to jest pierwszy znak wielki jak Grunwald, że ten serial ma jaja. Takich rzeczy nie widuje się nawet w filmach, a tutaj mamy pilot ryzykownego serialu, który mógł po prostu nie wypalić. A potem jest tylko lepiej, każda kolejna mini-scenka w tej wielkiej sekwencji jest inna od poprzedniej, bez przynudzania, utrzymując wysokie tempo. Chwalę również twórców za korzystanie z kamery na dźwigu. To taka rzadka sztuczka, przywołująca na myśl stare kino z okolic 1940s. Tutaj świetnie przedstawiono ogrom tego miejsca, wynosząc obiektyw ponad cały harmider i zbliżając ją do chwiejącego się skrzydła, które zaraz runie... Jak tu nie czuć tego ciężaru?

I te bębny Michaela Giacchino z utworu "World's Worst Beach Party" towarzyszące sprintowi Jacka... czym ta scena byłaby bez nich? Rajdy po wraku to najlepsza część tego odcinka.


Rozładowanie napięcia
Gdy chaos zostaje zażegnany, Jack może iść i ratować samego siebie. Planuje zaszyć swoją ranę, jednak ta jest za daleko, poza zasięgiem. Pomaga mu Kate. Nie jestem fanem tej sceny, ale jest świetna z kilku powodów. Doskonale rozładowuje napięcie, w końcu jest czas na napisy początkowe które lecą po kątach aż do 13 minuty. Jest trochę śmieszna, rozwija charakter i daje odcinkowi pilotażowemu swoisty morał, lekcję radzenia sobie ze strachem. Dzięki temu widz czuje, że już po pierwszym odcinku wyniósł z tej produkcji coś konkretnego. Lubię podteksty, które dostrzega się dopiero przy powtórce. To też jedna z tych scen, które w scenariuszu wyglądają nieco inaczej (Kate miała w niej płakać). W następnej scenie Sawyer miał mieć dialog z Charliem (opierdalać go), a zamiast tego tylko spaceruje na tle wraku, z zagadkową twarzą. Zajrzałem do skryptu, by zobaczyć czy coś tam rozjaśnili.:)


Przedstawienie bohaterów
Gdy dochodzi do 19 minuty i ślicznego ujęcia, w którym wszyscy słyszą hałas i zbierają się by być w pierwszym rzędzie, widz zna już  sporo bohaterów. Tyle krótkich scen i to już wystarczyło, by na jakimś tam poziomie ich rozdzielić w wyobraźni widza. Bez przesytu, o który przecież było łatwo - to w końcu rekordowa ilość 14 postaci, a tu proszę - wielkie brawa. Oglądający nawet nad tym nie myśli, po prostu już ich zna po obejrzeniu tego dwuczęściowego pilota. A przynajmniej tak myśl.


Tajemnice
Kwestia zagadek też została świetnie zaakcentowana w tym epizodzie. To w końcu jedna z kluczowych obietnic, i twórcy poradzili sobie wzorowo. Wszystko niemal bez słów i nachalnego wciskania widzowi, czym ma się ekscytować. Wszystko jest trochę z boku - Jack znajdujący w kieszeni butelkę wódki, skąd się wzięła? A, ok, wyjaśnili to. Charlie idący do kadłuba i znikający gdzieś w trakcie, co się z nim stało? Też wyjaśnili. Kajdanki? Teraz inaczej widz odbierze pierwsze pojawienie się Kate, masującej sobie nadgarstki. To takie elementy,  na które nie zwraca się uwagi, a okazują się znaczące. Mówią: "oglądaj uważnie, jest tu więcej niż się spodziewasz". Jest też balans pomiędzy dostarczaniem odpowiedzi i zadawaniem kolejnych pytań - o dziwnego stwora, niedźwiedzia polarnego, transmisję nadawaną przez 16 lat...


Akcja
Scena w kokpicie, do którego Jack, Kate i Charlie ruszają by znaleźć "skomplikowane walkie-talkie". Uwielbiam tę scenę już za sam fakt postawienia makiety pod kątem 45 stopni. Znowu twórcy nie poszli na łatwiznę, tylko dali tę wymagającą z punktu fizycznego sekwencję, w której bohaterowie podciągają się na krzesełkach, by dojść do kabiny pilotów. Znowu nie potrzeba słów, jest tylko muzyka i trud. Cały czas muszą jakoś się zapierać, by nie spać, nawet podczas spokojnej scen dialogu. To jest super.


Wyspa
Wykorzystano w niej również z pełną mocą atut jakim było kręcenie na prawdziwej Wyspie. Błoto, deszcz, wspaniałe krajobrazy, makiety opierające się o drzewa, Kate w ogóle wchodzi do jednego w następnym ujęciu. Czuć naturę w tym serialu. To nie tylko tło albo kostium, to integralna składniowa tego przeżycia. Czuć Wyspę. Gdy Sayid mówi: "Musimy się gdzieś wspiąć", a Kate pyta: "Jak wysoko?", kamera cały czas leci w górę... i w górę... co najmniej 1500 m.n.p.m. I idą, w rytm rewelacyjnego "Hollywood and Vines" Giacchino. Sceny wspinaczki wyglądają tak jak powinny: biali, nieobeznani, idą po dzikich terenach, nie znając się na wspinaczce, a ja naprawdę czuję się jak nad urwiskiem, kilkaset metrów nad ziemią.


Bieganie
Myślę, że to dobry pomysł już teraz to wyjaśnić. Sekwencje typu pościgi, ucieczki, generalnie biegania, to od początku był najsłabszy element całej produkcji. Wszystkie co do joty, przez sześć sezonów, wyglądają w ten sam sposób, i "Pilot" nie jest tu wyjątkiem. Któraś postać daje hasło, by biec, biegną, szybki montaż ujęć z boku, no, noo, noooo, jeszcze trochę... i koniec sceny. Tutaj Charlie się potknął i Jack wrócił, by mu pomóc. Schematyczne, monotonne. Minus, który męczy, to wszystko.


Jak się czujesz?
Tonacja tego epizodu jest dosyć lekka, jednak bez przesady. Może chciałbym, by był nieco bardziej brutalny, jednak to pewnie byłoby za dużo w tamtych czasach. Zaszywanie rany porównane jest do szycia zasłon, gdy Jack spogląda do wnętrza wraku i widzi tam śmierć, kamera pokazuje tylko Jacka na tle błękitnego morza. Zmiażdżona noga okryta jest nogawką spodni - itd. Znowu liczą się detale - łapanie się za nogę nieboszczyka przy wspinaczce w kokpicie. Zdejmowanie butów z trupa, zobrazowane delikatnym "Credit Where Credit is Due" Michaela Giacchino, mówiącym: "Rozumiemy".


Podsumowanie
Pierwszy finał też średnio lubię... ale już drugi jest znakomity. Wytyczenie kursu dla całego sezonu, ostatnia obietnica, a przy tym kawał intensywnego kina, w którym twórcy po prostu wkładają widza pomiędzy tę przerażoną grupę ludzi i pozwala mu czuć to samo co oni bez żadnych przeszkód. To również cholernie dobrze zrealizowany moment - pięć postaci i każda pełni tu jakąś rolę, balans jest zachowany. Każda miała powód by iść (a do tego nie wzięli ze sobą Jacka, to też istotne), każde wykrzyczane zdanie jest naturalne. Uwielbiam, jak Sawyer powiedział: "skoro ich uratowali, to czemu sygnał jest wciąż nadawany?". Jakby nienawidził samego siebie, że powiedział to, o czym wszyscy myśleli. Jakby bolało go to bardziej niż resztę, gdy usłyszała sformułowanie w słowach ich jedynej w tej chwili obawy.

Pilot "Lost" wypchane jest po brzegi pomysłami, wielkimi sekwencjami, małymi smaczkami, drobiazgami które robią mnóstwo roboty. Mógłbym pisać i pisać, ale zorientowałem się, jak to wygląda z boku i trochę ciąłem... O montażu w ogóle nie pisałem, a przecież Mary Jo Markey dostała za niego nagrodę. Ale taki przykład, najśmieszniejsza kwestia w tym epizodzie, gdy Kate mówi Jackowi, że idzie z nim do kokpitu, a ten jej odpowiada: "Nie wiem, jak masz na imię". Różnica między tymi dwiema kwestiami wynosi aż 10 sekund
Tak właśnie powinien wyglądać pilot serialu. Tak właśnie powinno się opowiadać film.
10/10

niedziela, 21 września 2014

Frank (7/10)

Black Comedy, 2014


Chociaż tytuł się nie myli, i to Frank jest tu głównym bohaterem, widz poznaję fabułę z punktu widzenia Jona - młodego brytyjczyka, muzyka z głową pełną pomysłów grającego na klawiszach, który przypadkiem dostaje się do zespołu prezentującego alternatywny rock. Nazwę mają równie alternatywnie, aż sami nie wiedzą, jak się ją wymawia. Między poszczególnymi członkami są różne napięcia, jednak wszystko trzyma w kupie lider i wokalista imieniem Frank. Razem z Jonem lądują w małym domku na Irlandzkim odludziu, gdzie będą nagrywać płytę. Aż do skutku.

"Frank" mnie zainteresował po przeczytaniu recenzji pana Dębskiego, w której napisał: "okazał się filmem znaczącym dla mnie osobiście jako twórcy". I ma to zastosowanie również w moim przypadku, chociaż wciąż tak o sobie nie myślę. Produkcja Abrahamsona kupiła mnie już w czołówce, w której Jon chodzi ulicą i próbuje ułożyć piosenkę - chociaż wtedy myślałem, że po prostu wszędzie widzi jakąś inspirację, cały czas ma nowy pomysł, i nie umie nad nimi zapanować. A w pracy siedzi nad jakimś monotonnym zadaniem, myślami będąc nad tym, co akurat tworzy... Super. Po prostu super. Taki bohater to coś idealnego. W pewnym momencie słyszy on: "Zapewne zastanawiasz się, czemu nie możesz być Frankiem... Zrozum, Frank jest tylko jeden". Ktoś powinien mi to powiedzieć trzy lata temu. Jeśli więc coś tworzysz, myślisz cały czas nad tym czymś idąc ulicą - jest to film dla ciebie. Bez znaczenia, czy robisz to dla siebie, czy chcesz z tym coś więcej zrobić. A nawet - szczególnie wtedy.


sobota, 20 września 2014

Człowiek niedźwiedź (7/10)

Biography & Nature Documentary, 2005


Był sobie człowiek, który traktował niedźwiedzie z wręcz religijną czcią. Chciał z nimi żyć, zaszył się w lesie i nagrywał coś, co potem będzie znane pod nazwą "vlogów". Nagrywał na nie swoje myśli, refleksje, miłość do zwierząt, a przede wszystkim siebie i naturę, która go otaczała. Nazywał się Timothy Treadwell i został zabity przez jednego z misiów.

Dokument Wernera Herzoga pt. "Grizzly Man" opowiada o tworzeniu filmu przez tego człowieka. On nie tylko nagrywał co chciał powiedzieć, on to reżyserował. Robił powtórki każdej sceny. Tworzył coś wyjątkowego, na czym mu zależało. Ostatecznie jednak jego nagrania mają narrację trzecioosobową samego Herzoga, który od początku nie zamierza ukrywać przed widzem, jak jego bohater skończył. Archiwa przeplatają się z nagraniami wywiadów, w których koroner opowiada, jak Treadwell został zamordowany. Wyczucie jest idealne, każda chwila dokłada coś nowego, chociaż wszystko co trzeba wiedzieć, już w zasadzie wiecie.

Nie nastawiajcie się na obiektywny tytuł, który bez słowa od siebie opowie całą historię. Jest to bardzo subiektywna, i bardzo Herzogowa medytacja nad tym człowiekiem, jego padją, obiektami tej pasji i tym, czy to miało sens. Pan Herzog cały czas wykorzystuje każdą pauzę gdy akurat Timothy Treadwell nic nie mówi na nagraniu, by dodać swoje trzy słowa, komentuje. Gdy reżyser przesłuchuje nagranie audio ostatniego vloga, na którym zarejestrowano przypadkiem moment śmierci Treadwella, mówi po prostu do kobiety związanej z tytułową postacią*: "Nigdy nie przesłuchasz tych nagrań. Wyrzuć je, będą cię kusić". I tak dalej...

Dla wrażliwych na obraz natury, jej rozmach i mieszkańców, będzie to bardzo intrygujący dokument.

*to chyba była jego matka, nie jestem pewny.
Top 5 dokumentów Herzoga

1. Spotkania na krańcach świata
2. Człowiek niedźwiedź
3. Rekolekcje na temat mroku
4. Kraina ciszy i ciemności
5. Jaskinia zapomnianych snów

piątek, 19 września 2014

(felieton) Reżyseria "Lost" oraz stylistyka "Awake"

Na mojej liście "prezentów, które chciałbym dostać, ale zapewne i tak sam sobie je kupię" jest "Lost" w wersji BR. Jest dosyć daleko, bo najpierw trzeba mieć telewizor, który to wykorzysta, głośniki, fotele... mieszkanie... Ale jest. Od jakiegoś czasu nie tylko ze względu na moje uczucie dla tej produkcji albo lepszą jakość techniczną. Również dla dodatkowej zawartości, która jest kozacka. Nagrania z przesłuchań, fotograficzne wspomnienia Matthew Foxa, niewykorzystane retrospekcje... Dla człowieka jak ja - marzenie.

Jeden z dodatków nazywa się "Flashback & Mythologic", w którym m.in. J.J. Abrams wyjaśnia, skąd się wzięła idea retrospekcji zajmujących połowę każdego odcinka. Jednym powodem było to, że nie szło wypełnić godziny ekranowej tylko opowieścią z Wyspy. Drugim - miłość do "Twilight Zone". Produkcji z lat 60'tych, w której każdy epizod był w stylu dowolnym. To mógł być kryminał, sci-fi, z duchami, western - liczyło się tylko to, by w każdym odcinku widz odwiedził tytułową strefę mroku. I na to pozwoliły twórcom retrospekcje w "Lost". Mogli wymyślać bez żadnych granic, co tylko im przyjdzie do głowy i wyda się na tyle fajne,by dać do serialu.


Najistotniejszy jest wywiad z Jackiem Benderem, głównym reżyserem "Lost", który opowiadał, jak to myślano nad tym, jak przedstawić flashbacki, różnicę w czasie i miejscu. Nie chciano żadnych filtrów czarno-białych, żadnych wyraźnych przejść. Bez pójścia na łatwiznę. Wymyślono kilka rzeczy - po pierwsze, usunięto z retrospekcji kolor niebieski oraz zielony, jeśli było to możliwe. Praca kamery miała być stała, podczas gdy na Wyspie jest cały czas w ruchu (coś, co wyszło naturalnie w pilocie). W przeszłości otaczano również bohaterów rzeczami, których nie mają na Wyspie. Posłużono się w ramach przykładu sceną, w której Locke gra w pracy w grę strategiczną. Początkowo rozgrywała się ona w mieszkaniu tej postaci, ale przeniesiono ją do wieżowca, w którym jego szef mógł przyjść i wziąć sobie napój z automatu. Wiele detali, które działają w zasadzie na poziomie podświadomości. Nie zwraca się na nie uwagi, trudno je pochwalić lub wychwycić, bo są... tak naturalne. A robotę robią konkretną.

O dziwo, była to jedna z tych wspaniałych rzeczy, o których od razu nie pomyślałem: MUSZE TO MIEĆ W MOIM SERIALU. Nie, zamiast tego: "Wow! Teraz wiem wszystko o reżyserii!" Dziś bym się poprawił, i stwierdził, że odbyłem pierwszą lekcję... Może dwie. Ale po kilku tygodniach znalazłem zastosowanie dla tej wiedzy przy kolejnym kreślenie "Awake". Nie zamierzałem tego, do tej pory trzymałem się naturalizmu... i to się zmieniło.

Pierwsza kwestia to wnętrza. Całą główna linia fabularna mojego serialu rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni, z której bohaterowie starają się wyjść. Nie ma tu widoku na zewnątrz, nie wiadomo jak ono wygląda, kiedy jest dzień a kiedy noc. Dlatego w retrospekcjach chcę unikać wnętrz. Celuję teraz w otwarte tereny, kręcenie z zewnątrz, zaglądanie przez okno. Nawet jeśli już akcja będzie się toczyć w jakimś pokoju, zawsze w tle ma być otwarte okno lub szyberdach, za którym widać niebo, monitor komputera na którym widać ikonkę podłączenia do Internetu, otwarte drzwi do pokoju w którym bawi się dziecko. Jest coś tam dalej, można tam przejść, droga jest wolna.

Coś podobnego zrobił Hitchcock w "Psychozie". Tam zawsze są jakieś otwarte drzwi gdzieś w tle, mówiące: "Jest więcej niż dostrzegasz", drugie dno w psychice.

Druga kwestia to światło. W teraźniejszości moi bohaterowie muszą o nie walczyć, jest dla nich warunkiem jakiegokolwiek komfortu psychicznego. Nawet jeśli zapalą gdzieś światło na stałe, będzie ono migać, by pamiętali, jak niepewne ono jest. Nie zależy mi na jump-scare'ach. Wciąż będą korzystać z pochodni, które kiedyś się przecież skończą, i nie dają wiele wiedzy. W retrospekcjach, światło ma być czymś naturalnym. Jeśli postać wchodzi do pomieszczenia, światło jest już tam zapalone, ona nic z tym nie robi. Nie myśli o tym, przyjmuje to jako coś stałego, jak powietrze. Poza tym, większość scen mam zamiar umieścić za dnia. Zawsze też wiadomo, jaka pora dnia jest. To ogromna różnica.

Z kolorami nic nie planuję. Nawet nie wiem, czy to co robię podpada pod funkcję scenarzysty... ale jest w tym coś pozytywnego. Dobrze mi mieć świadomość, że moja produkcja ma własny "styl".

środa, 17 września 2014

(serial) Mad Men - sezon 1

Obyczajowy, 2007


Miejsce akcji to agencja reklamowa, jedna z najlepszych w Nowym Jorku. Czas akcji - lata 60'te, gdy światem rządzili biali mężczyźni w garniturach, a zarobki na poziomie 100 dolarów na tydzień były więcej niż zadowalające. Główny bohater to Donald Draper, dyrektor kreatywny, prawdziwy geniusz promocji. Charyzmatyczny, pewny siebie i czarujący. Gdy przychodzi do opisu treści serialu - cóż, tu jest trudniej. Są ku temu dwa powody: uczynienie ze stylu jednego z bohaterów, oraz bardzo nietypowa narracja.

W "Mad Men" wszystko jest wysmakowane. Otoczenie, meble, bibeloty, zachowanie ludzi, sposób w jaki trzymają głowę, jak się wysławiają... W ten sposób wytwarza się taka wytworna atmosfera, i tylko z jej powodu seans jest dla mnie przyjemnością. Obserwowanie, jak kelner wkłada cytrynę do ręcznika by przez niego wycisnąć sok do szklanki, zmiany ujęcia przerywające dialog, by pokazać jak któraś postać wydmuchuje bogaty dym pod sufit... Trzeba po prostu zaakceptować, że tego typu zabiegi są tu odpowiednikiem wybuchów i krzyków w filmach akcji. Właśnie w ten sposób buduje się atmosfera, styl, klasa i klimat tej produkcji. W ten sposób widz poznaje bohaterów. Cały obraz jest wytworny, bogaty, szykowny. Ma klasę. Nawet wobec pokazywania, że bohaterowie tak naprawdę żyją w kłamstwie, wciąż byłem zaintrygowany tym światem. NYC, lata 60'te, i przedstawienie, jak ludzie wtedy żyli. Ten sezon ma w sobie coś z "Żegnaj, moja konkubino" oraz niektórych kryminałów Agathy Christie.

13 odcinków po 48 minut

Drugim powodem - istotniejszy- jest narracja, którą znaczy chłód, dystans, brak zainteresowania i wyrażenia opinii. Cały czas, jako widz, byłem stawiany w sytuacji, gdy jedynie pokazywano mi życie bohaterów, bez żadnego kontekstu lub kierunku. Wszystko jest maksymalnie wyciszone, ale bez ukrywania, że ktoś krzyczy - jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. Sceny układają się w taki sposób, że równocześnie każdy odcinek ma jakąś wydzieloną, konkretną fabułę, ale też można obejrzeć i pomyśleć: "Nic się nie działo". Wielokrotnie oglądanie tego serialu jest jak rozmawianie z kobietą: nie wiesz, czy jest zainteresowana, nie jesteś pewien, czy mówi prawdę. Nie wiadomo, jak w myślach główny bohater reaguje na tajemniczego gościa, jaki wybór podjęła sekretarka w kwestii jej związku, ani jak się wiele rzeczy potoczy dalej. Wszystko co widz dostaje to te same postaci, będące zagadką. Najlepsze w tym jest to, że oni są zagadką, bo widz tak zdecydował. Wybrał, by być zaintrygowanym, sam dostrzegł że za pierwszym planem również toczy się życie, i je właśnie ustawił jako główny spektakl. Zadaje pytania, chce wiedzieć więcej. Jest wymagający, i dla niego ten typ narracji jest idealny.

Absolutnym szczytem jest tu punkt kulminacyjny 8 odcinka, który kipi od emocji i pytań, i trudno wyczekać zakończenia... A można to zwyczajnie przegapić. Moment jak każdy inny, zwykła scena, nic się nie stało, poszli na to spotkanie i koniec odcinka. Przynajmniej tak sobie to wyobrażam, że są ludzie, którzy tej subtelności nie dostrzegą. Gra widzem jest mistrzowska.

Prawdopodobnie sam byłem jednym z nich, bo już kiedyś próbowałem go obejrzeć. Parę lat temu. Urwałem na 6 odcinku, wynudzony jak na meczu tenisa. Teraz wróciłem i natychmiast wpadłem w tej miód, cieknący z każdego żyrandolu. Jestem zaskoczony, że to właśnie ten serial tak bardzo chcę kontynuować. Póki co, zobaczę jak wypadnie w moich oczach "BSG".

A wy sprawdźcie ten serial, jeśli macie możliwość poświęcić czemuś minimum uwagi. I poszukajcie w nim fabuły, a potem nauczcie mnie ją streszczać, bo w tym wypadku mam związane ręce.


"To było jak obserwowanie psa grającego na pianinie"
komentarz odnośnie Garsoniery: "Biała kobieta prowadząca windę? Śmiechu warte"
"Mad Men - określenie na specjalistę od reklamy, wymyślone w latach 50'tych. Przez nich samych."

poniedziałek, 15 września 2014

Shanghai Express (6/10)

Melodrama, 1932


Wojna w Chinach trwa. Z Shanghaju wyjeżdża pociąg, którym podróżuje banda z całego świata: skośni, zółto-biali, Niemiec, Szwedka, Amerykanin, Brytyjczyk... Niedługo pociąg zostaje zatrzymany, a władzę przejmie pewien mężczyzna. Pierwsze wrażenie może być mylne, ponieważ nie ma tu bohatera zbiorowego, większość pasażerów - nawet jeśli mają dialogi - to jedynie element tła, który w pamięci zostaje ze względu na bogactwo etniczne. Sam konflikt również jest tłem - nie dowiedziałem się z filmu, o co w nim chodziło. Zamiast notki z encyklopedii jest obraz życia obywateli, którzy chowają stragany, by zrobić na torach miejsce dla przejeżdżającego pociągu, który i tak nie może się przebić, bo krowa stoi i nie chce się ruszyć. Przedstawiono relacje między różnymi ludźmi, jak wtedy odnoszono się do Chińczyków, jak oni się czuli między sobą i względem innym narodowości. Klimat jest, trzeba to oddać tej produkcji. Cieszy bogactwo języków - mówią tu po angielsku, francusku, katońsku, niemiecku...

Główny wątek opiera się na relacji dwóch postaci - tej, granej przez Marlenę Dietrich oraz jej dawnego kochanka. Oboje byli w sobie zakochani, a teraz grają przed sobą nawzajem, że nic już nie czują do tej drugiej osoby, chociaż chcieliby, by ta druga osoba dała jakikolwiek sygnał... A przynajmniej takie jest wrażenie. Nawet widz nie jest do końca pewny, czy to wszystko nie jest tylko grą. Ich stosunek do siebie podda testowi chiński buntownik o wolność, poszukujący wrogów w pociągu.

Zapamiętam przede wszystkim zdjęcia. Nie ujęcia, ale nieruchome, krótkie zdjęcia na postać Dietrich. Film i jego reżyser mocno celebrują fakt posiadania tej kobiety na pokładzie, i co chwila pokazują ją w szczerze artystycznym półmroku, gdy pali papierosa. Jest w tym mnóstwo uroku i czaru, zarówno ze strony aktorki jak i operatora oraz reżysera. Cała reszta filmu... Nie będę kłamać, w jakimś stopniu rozumiem, dlaczego innym się to podoba. Ja nie kupuję tego. To tylko urozmaicony kostium dla mdłego romansu, który w ogóle mnie nie obchodził. Głównie z powodu męskiego aktora, partnera Marleny, który miał bardzo nudny głos. Panna Dietrich też była monotonna, ale nie aż tak. Dla reszty, gustującej w takiej atmosferze i grze światłem, będzie to udany seans - szczególnie, jeśli lubicie "Pociąg" Kawalerowicza.

Top 5 von Sternberga

1. Życie zaczyna się jutro
2. Błękitny anioł
3. Ostatni rozkaz
4. Shanghai Express
5. Ludzie podziemia
...co najmniej dwa kolejne jeszcze obejrzę.

niedziela, 14 września 2014

Wakacje (7/10)

Romantic Comedy, 1938


Ten film jest jak impreza. Spotykasz zabawnych ludzi, czujesz komfort i przyjazne nastawienie, pijesz kilka drinków, wygłupiasz się, a potem chcesz kwestionować różne poważniejsze rzeczy... Znaczy, ponoć tak na imprezach jest. "Wakacje" w każdym razie takie są.

Cary Grant wraca z urlopu. W scenie ekspozycyjnej przyjaciele zadają mu pod przymusem wszystkie pytania, na które musicie poznać odpowiedzi: "Gdzie był? Co robiłeś? Kim ona jest? Co o niej wiesz? Poznałeś jej rodzinę?". Wrócił zakochany, chociaż niewiele o niej wie. Jedzie teraz do jej mieszkanka, by zaplanować szczegóły ślubu. Jego wybranka okazuje się mieszkać w prawdziwym pałacu pośrodku miasta, i należeć do bardzo bogatej rodziny, która nie jest do końca pozytywna. Jej ojciec jest napuszony i władczy, brat lubi pić by umilić sobie życie w jego towarzystwie, siostry nikt tu nie lubi, bo ta nie przestrzega zasad... Okazuje się, że wybrance Cary'ego Granta widzi się przyszłość w ostrym biznesie, z czym temu będzie się trudno pogodzić.


piątek, 12 września 2014

(Felieton) Hołd dla tego, co dobre, w The Way Way Back


Przeglądam sobie dawne wpisy na blogu i natrafiam właśnie na ten dotyczący "Najlepszych, najgorszych wakacji". W pewnym momencie napisałem tam, że bardzo chciałbym zrobić listę najśmieszniejszych chwil tego filmu. Ot, dla samego siebie. Potem o tym zapomniałem, dlatego gdzieś mi to umknęło, ale tym lepiej, bo dzięki temu mogę to zrobić - prawie - w rocznicę pierwszego seansu. Tak, będę na tegorocznym zlocie filmweb offline. Tylko mnie martwi zmiana knajpy...

Dla porządku, przypomnę: "Najlepsze, najgorsze wakacje" to film, w którym mnóstwo pozytywnej energii miesza się z okropnym prowadzeniem wątków, żenującymi scenami, beznadziejnym pisaniem postaci, tragicznym zakończeniem, prawdopodobnie najmniej ekscytującym punktem kulminacyjnym w historii, schematycznością... można tak wymieniać i wymieniać. A i tak go lubię. Początkowe zamiary trochę musiałem zmodyfikować, bo okazało się, że film mnie już nie śmieszy jak na początku - widać bez umierającej ze śmiechu widowni wokół to już nie to samo. Dlatego wybrałem opowiedzenie o 10 rzeczach, które najbardziej w tym filmie lubię.

Lub jak inni mogą to nazwać: jak bardzo Garret może wyjść na geja w niezaplanowany sposób?

środa, 10 września 2014

(serial) Na południe od Brazos

Western, 1989


Chyba pierwszy raz stykam się z czystą opowieścią umieszczoną w kostiumie dzikiego zachodu. Było już artystyczne spojrzenie Sergio Leone, było mroczne "Bez przebaczenia", były przygody, były te dotyczące rewolucji meksykańskiej, były różne dramaty w których nie ma tylko "dobrych i złych", były te w których szeryf miał białe ząbki i chodził w jasnym kapeluszu... ale nigdy nie zobaczyłem czystego westernu. Przynajmniej mam takie wrażenie. "Lonesome Dove" to opowieść o życiu, jakie się toczyło w tamtych czasach. Jego trudach, urokach, smutkach, gorzkich myślach i... kurde, wszystkim. Postaci i wątków tu bezliku: zaczyna się od dwójki starszych mężczyzn, których legenda opuściła: Woodrow F Call oraz Augustus McCrae. Byli sławnymi szeryfami, dziś siedzą zapomniani gdzieś w miasteczku, o którym nikt nawet teraz nie pamięta. I kopię studnię, zajmują się ranczem... Odwiedza ich stary znajomy - Jake Spoon. Proponuje interes życia, czyli spęd bydła na północ, gdzie ponoć jest jak w niebie. Idealne warunki do życia. Nic nie trzyma żadnego z nich tutaj, więc przystają. W innym miejscu Ameryki okazuje się jednak, że pewna kobieta chce głowy Spoona. Zmusza szeryfa, by ten wbrew pozostałym świadkom, zeznających niewinność Jake'a, odbył tę długą podróż i złapał naszego trzeciego bohatera. I tym samym staje się on czwartą główną postacią, bo wyrusza w podróż z synem. A gdy to się stanie, jego żona wyjedzie też, tylko w innym kierunku. Ponoć za innym facetem. Zastępca szeryfa pojedzie do szefa, by mu o tym powiedzieć. A następne odcinki tylko dokładają kolejne wątki i postaci.

4 odcinki po 93 minuty

poniedziałek, 8 września 2014

Miejska dziewczyna (6/10)

Melodrama, 1930


Murnau przebija prostotą Ozu. Chyba. Jego "City Girl" jest tak prosta, że w zasadzie składa się z trzech scen. Oczywiście, każda trwa jakieś 30 minut, to nie krótki metraż. Główną, tytułową bohaterką jest tu Kate - pracuje ona jako kelnerka w podrzędnym barze szybkiej obsługi. Tam wpada jej w oko jeden z niewielu uczesanych mężczyzn - to Lem, który ze wsi przyjechał do miasta by w imieniu ojca sprzedać plony. Kate zawiedziona jest miastem, i chce je opuścić. Wieś wydaje się idealna... tam dziewczyna przekona się, że zmiana otoczenia wcale nie wystarczy.

Kate jest jedną z nielicznych postaci damskich, które wyłamywały się schematowi kina Amerykańskiego. Otoczona praktycznie przez samych facetów, pozostaje główną postacią, która na ile tylko umie, będzie sama o sobie decydować i nie poddaje się łatwo. Szczególnie wobec narzeczonego, który nie będzie wszystkim, czego ona potrzebuje. Przechodzi pewien rozwój, i jej historia jest całkiem wiarygodna, oraz ciekawa z punktu widzenia dramaturgicznego. Jej wątek ładnie otoczona motywem zbiorów. Miło, że podkreślono rolę natury w tej opowieści.

W sumie nie żal mi, że wersja "częściowo-udźwiękowiona" przepadła. Aktorzy grają miejscami trochę mało subtelnie, ale to kontekst kina niemego ich ratuje. Dzięki temu ten przesadny romantyzm jest strawny. Całkiem satysfakcjonujący seans.

Jest w tym filmie jedna sceną, którą bardzo chcę zapamiętać. To moment, gdy dwójka głównych bohaterów wraca na farmę ojca, i biegną przez pole. Są szczęśliwi, radośni, prawdziwi. A scena jest tak idealna, jak to tylko możliwe. Coś w sposobie zachowania postaci, w tym puszczeniu się kamery wolno, w tym czarno-białym słońcu... jest w tym piękno. To chwila całkowicie wolna, również w tym znaczeniu, że od reszty filmu... jak i od bycia filmem w ogóle. To po prostu czysta, pozytywna energia, podana za pomocą języka obrazu.

Top 5 Murnau

1. Portier z hotelu Atlantic
2. Nosferatu
3. Miejsca dziewczyna
4. Wschód słońca
5. Tabu
...jeszcze "Faust" mam w kolejce.

A aktorka grająca Kate trzy lata po tym filmie ożeniła się, i już więcej nie grała. Umarła w 1993 roku.

niedziela, 7 września 2014

Urodziłem się, ale... (6/10)

Coming-of-Age, 1932


Ozu zaskakuje mnie czwarty raz, że potrafi kręcić takie proste filmy. Tym razem, rodzeństwo uczęszczające do podstawówki nie chcą iść na lekcje, bo tam czekają na nich łobuzy. I to wszystko. Znaczy, gdzieś w 2/3 okazuje się, że w tle rozwijała się inna, ważniejsza linia fabularna, będąca całym sednem filmu i dopełnieniem tytułu, ale tego raczej nie warto zdradzać... A do tego czasu widz dostaje to, o czym życie już mu nie przypomni. Sytuację, gdy miało się tylko swojego brata, i razem trzeba było stawić czoła rzeczywistości. Łobuzy się uwzięły, więc bohaterowie muszą kombinować, jak tu przekonać rodziców, że chodzą na lekcje.

To co jest tu dobre, bez wątpienia trzyma poziom na którym miłośnikom Ozu chodzi. Opowieść jest prosta, naturalna i utrzymana w pozytywnej, obyczajowej konwencji. Nie udaje się jej tylko żartować - cały humor tej produkcji porządnie się zestarzał. Szczytem zabawy jest tu oglądanie taśm filmowych, na których postać pokazuje język i robi zeza. Sama fabuła jest udanym wehikułem czasu, pełno w niej szczegółów które na przestrzeni czasu wyparowały z pamięci... zaskakujące, że to produkcja sprzed miliona lat. I innej galaktyki.

To najsłabszy film Ozu jaki widziałem. Jego produkcje które do tej pory poznałem były takie wolne - od kontekstu, kultury, daty premiery... To się ogląda bez względu na wiek widza nawet. Jesteś dorosłym albo nastolatkiem; myślisz nad tym, że to film sprzed WW2 albo nie, znasz historię Japonii czy nie - da się to oglądać z tą samą przyjemnością. To jest również w "Urodziłem się, ale...", jednak tym razem na przeszkodzie stoi bycie produkcją niemą. To nieco ogranicza język opowieści, dialogi też są tu bardzo ważne więc skromne tablice niewystarczają, aktorzy są momentami zbyt sztuczni (dzieci pokazujące płacz jako uniesienie rąk do oczu i trzymanie ich tam cały czas) i w kilku scenach muszą krzyczeć, więc... tylko otwierają szeroko japę i już.

Coś czuję, że na siłę jednak w ogóle wybieram go jako "najsłabszego". Ostatnie pół godziny utyka w pamięci do tego stopnia, to naprawdę dobre kino. Mądre, z przesłaniem, skierowane już do dorosłych widzów. Pierwsza godzina przemawia do najmłodszych, i pewnie dlatego to już nie była "moja" bajka. Radzenie sobie z silniejszymi, wypracowywanie pozycji w grupie, przełamywanie strachu który tak naprawdę nie oznaczał niczego poważnego, bo do bójki od zawsze rzadko dochodziło. I to wystarczyło do dobrego kina, które z czasem robiło się coraz lepsze... Do tego kult kina i sylwetki ojca.

Zaskakujące, na ile sposobów można dokończyć tytuł.

piątek, 5 września 2014

(Feileton) O Boyhood, nie na temat

Słowa, które cisnęły mi się na klawiaturę, gdy pisałem wrażenia po seansie produkcji Linklatera którą uważam za wspaniałą - ale zupełnie tam nie pasowały. Prostowanie tego, co inni gadają, demitologizacja, anegdota z seansu oraz wkurw tygodnia.

Wio.

Zawsze przy okazji takiej produkcji trafię na recenzenta, który umie przede wszystkim mówić o tym, czym film nie jest, i całą swoją wypowiedź musi oprzeć o sformułowanie: "Jeśli liczycie na szybką akcję z transformeruf to nie jest kino dla ciebie!". Pierwotnie miało być w tym miejscu przekleństwo albo trzy, ale już wyzdrowiałem... Ta, tego właśnie oczekiwałem po opisie fabuły "Boyhood". A tak naprawdę - jeśli ktoś by chciał sprostować moje oczekiwania, to niech wspomni o braku psychologii i ciągu przyczynowo-skutkowego w filmie o dorastaniu. Bo póki co jestem jedyną osobą we wszechświecie, która się tego spodziewała. Myślałem, że bohater usłyszy coś od ojca w wieku 8 lat i to go ukształtuje. Ale nie, kto by się tego spodziewał? Ja powinienem myśleć, że na jego dom napadnie Godzilla, główny bohater zatańczy breakdance'a na tle wybuchów i w ten sposób jakoś przeteleportuje się do głowy stwora i będzie nim kierować. To by było logiczne, i trzeba mi wytłumaczyć, że to nie nastąpi.

...ale potem byłem już po seansie w kinie, i przez 0,001 sekundy miałem ochotę wywalić barana w ścianę po usłyszeniu dialogu z udziałem kobiety, która opuszczała salę przede mną.

- Aktorzy grający głównego bohatera byli bardzo podobni...
- Cały ficzer tego filmu polega na tym, że zbierali ekipę co roku przez 12 lat i kręcili z tymi sami ludźmi.
- Acha... to musiało być zaplanowane, nie?
- Właśnie tłumaczę, że...


środa, 3 września 2014

(serial) Paranoia Agent

Psychological Thriller & Anime, 2004


Po mieście krąży tajemniczy bandyta. Każda jego ofiara wydaje się przypadkowa, ale co dziwne, jest między nimi cienka nić powiązania. Wszyscy zdają się otępieni po zdarzeniu, dziwni, ale... czują się lepiej niż przed napaścią. Idąc na skróty można stwierdzić: tego właśnie potrzebowali. Najdziwniejsze są jednak zeznania pierwszej ofiary: bandyta poruszał się na złotych rolkach. Miał złoty, krzywy kij bejsbolowy. I był w wieku szóstoklasisty.

"Paranoia Agent" to złożony, surrealistyczny (ale w ludzki sposób, a nie tak jak "Wirtualna Lain"), psychologiczny thriller. Każdy odcinek zaczyna się tak, jakby nie nawiązywał do wcześniejszych, robi to najczęściej pod koniec. Wszystkie epizody uzupełniają się, pozwalają spojrzeć na poprzednie i następne w inny sposób - tu szczególnie zmienia się pierwszy, które całkowicie zmienia swoją wymowę. Zaczyna się od pytania o przyczyny tych napaści. Jak wybiera swoje ofiary? Dlaczego to robi? Jak to wszystko działa? Jeśli spodziewacie się opowieści opartej na dochodzeniu przez wszystkie epizody, to jesteście w błędzie. Shounen Bat, jak policja go nazwie, zostanie złapany już w trzecim odcinku... w pewnym sensie. Ale do tego czasu zadawałem sobie inne pytania. W pewnym momencie serii pytałem nawet: "Czy Shounen Bat jest w ogóle prawdziwy?"

13 odcinków po 20 minut