poniedziałek, 30 czerwca 2014

(książka) Pan Lodowego Ogrodu - tom I

Sci-Fi, 2005
450 stron


Połączenie atmosfery "Malowanego człowieka" z motywami z cyklu "Schronienie". Dwie historie, rozgrywające się zapewne na tej samej planecie. Raz czytelnik poznaje pustynny klimat, towarzysząc młodemu następcy tronu, wychowującym się w surowych warunkach. Nie wolno mu korzystać z bogactw, nie je przysmaków, ciężko trenuje i znosi wiele, by w momencie, gdy osiągnie dorosłość i będzie królem, mógł się pilnować. Bo tylko on jeden będzie mieć wtedy taką władzę. Tylko kogoś takiego król chce uczynić swoim następcą. Druga historia to przygoda Ziemianina wysłanego na ową planetę (ale zapewne na jakąś jej inną stronę, bo klimat pustynny ustępuje tu skandynawskiemu), by odnaleźć tam ludzi wysłanych wcześniej. Grupa czworga naukowców zaginęła na planecie, gdzie co prawda jest życie i rozwija się całkiem nieźle w stylu Ziemskim, ale osiągnęło obecnie poziom średniowiecza a mieszkańcy nie są do końca tacy sami jak Ziemianie. Dlatego bohater, z przeróżnymi wszczepami poprawiającymi percepcję, zmodyfikowany by nie mógł na przykład czuć strachu, będzie tam odmieńcem. Ale sukcesywnym. Ma jedynie odnaleźć - nie miesza się w lokalne konflikty, nie pomaga, ale też jemu nie ma kto pomóc. Z cywilizacji ludzkiej zostaje wysłany w dzicz, gdzie zdany wyłącznie na siebie musi żyć pod gołym niebem, w miastach z trudem idzie znaleźć tawernę, a mięsa są żylaste i nieprzygotowane należycie. I wszystko to, jeśli będzie mieć szczęście. Z tego wątku wyłoniłem poniższy cytat. Większość wewnętrznych myśli bohatera przywodzi na myśl "Fight Club".

- Ten, co wędrował, ma suche gardło - recytuje Grisma. - Przepij do mnie, gościu.
Podaje mi róg wypełniony czymś mętnawym, pachnącym drożdżami i sfermentowanym ziarnem. Warzone domowe piwo. Patrzą z najwyższą uwagą, czy się napiję. Mężczyzna, który siedzi najbliżej, zaciska dłonie w pięści, kolejny zagryza wargi. O co chodzi? Mam wypić czy nie? Pomyślmy - człowiek wypije, oczywiście. Demony są u nich niepijące? (...)
Wstaję i unoszę róg do ust. Patrzą tak uważnie, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Wtedy dopiero rozumiem.
Dodali czegoś do tego piwa. Czegoś, czego demony się boją, w rodzaju wody święconej, i to jest wersja optymistyczna. Ewentualnie czegoś trującego, czego człowiek by nie zauważył, i wtedy jest gorzej. Cholerna logika sądu Bożego. Zdam test, kiedy padnę trupem - coś jak próba wody. Baba tonie - była niewinna. Baba pływa - wiedźma. Jeśli zacznę kaprysić, to znaczy, że jestem demonem. Zakładam, że jednak nie usiłują mnie od razu otruć, i piję. Nie znają tu raczej jakichś piorunujących toksyn, więc jeżeli coś będzie nie tak, momentalnie wszystko wyrzygam.
Piję duszkiem aż do zapapranego resztkami zboża i drożdży dna. Piwo jest gęstawe, ohydne. Zawiera tyle zanieczyszczeń, że trudno się zorientować, co ma być tą tajemniczą domieszką. Ślady jakichś nieprzyjemnych, roślinnych garbników to chyba błędy produkcyjne. Jakichś niechluj nie powybierał chwastów ze zboża. Nie czuję na szczęście metylu, natomiast jest coś dziwnego, czego nie mogę rozpoznać. Metaliczny, miedziany posmak.
Rudzielec z brzegu stołu jest blady jak ściana, na ustach ma ledwo zamaskowany wyraz skrajnego obrzydzenia. Napluli mi w to piwo czy jak?
Piję.
Szczupła, bogato ubrana kobieta, siedząca obok króla, jest czerwona na twarzy jak piwonia i patrzy po ścianach.
Któryś z niedoszłych zabójców, ukrytych za filarami, wybiega na dziedziniec i słyszę, że rzyga tam prosto na majdan. Co z wami jest?
To są jakieś grupy hemowe - krew. Nakapali mi tam krwi. Śladowo, ale wyczuwalne. Człowiek by nie wyczuł, więc spokojnie wypijam. Zostaje mi jakiś wyraźny ślad. Obcy i nieprzyjemny Jakieś kwasy octowe, mlekowe. Okropne.
To miesięczna krew. Paskudny dowcip.

sobota, 28 czerwca 2014

Raid (5/10)

Martial Arts, 2011


Produkcja, której nie chciałem obejrzeć, bo zarówno przeciwnicy jak i fanatycy mówili tak, że się z nimi zgadzałem. Z powodu głupot nie powinien mi się podobać, z powodu czystej akcji powinienem go polubić. Nie chciałem poznać prawdy, ale w obliczu not jakie zbiera kontynuacja nie miałem wyboru... "Raid" to fajny obraz. Grupa komandosów wchodzi do wieżowca pełnego bandytów by dobrać się do bossa siedzącego na szczycie. Tamci szybko się o tym orientują i zamykają naszych dobrych bohaterów pomiędzy piętrami oraz urządzają polowanie. Kto zabije komandosa ten nie płaci czynszu. I zaczyna się jazda, w której z jakiegoś powodu zapomniano o broni palnej, zastąpiono ją nożami, kończynami a nawet lodówką z butlą w środku.

W dwóch słowach - błędy i głupoty nie bardzo się rzucają w oczy. Ot, standardowe zabiegi w stylu barykadowania drzwi własnym ciałem przed grupą uzbrojoną w karabiny maszynowe. Pojedynki, w których jedna strona odkłada broń by walczyć honorowo na pięści, były fajne i nie załamywałem rąk nad nimi. Jakoś zbytnio nie mam ochoty krytykować tego tytułu. Z kolei pogłoski o rewelacyjnej bijatyce sprawdziły się jak najbardziej - choreografia objęła nie tylko walczących, ale i operatora. Efekty specjalne są niewidoczne, jedynie niektóre sceny jako całość wyglądają jak gry komputerowe. Brutalność oraz tempo mnie zachwyciły - niesamowite, jak wytrzymałe jest ludzkie ciało przed kamerą Szkockiego reżysera, i do czego jest zdolne. Do tego sceny bijatyk są naprawdę konkretne, długie i zróżnicowane. Warto je zobaczyć!

piątek, 27 czerwca 2014

(felieton) Moja skala ocen


Dziwna sprawa - z jednej strony powinienem taki tekst popełnić na samym początku budowania tego bloga, razem z innymi podsumowaniami które mniej więcej mnie przedstawiały. Nie zrobiłem tego jednak, ponieważ - cóż, sądziłem, że to dosyć oczywiste. Choćby z punktu widzenia tego, jak często daję jakąś ocenę można wywnioskować co uważam za warte polecenia a co nie. Poza tym, ten temat sięga czasów opisanych przeze mnie w cyklu "O cyferkach" - ta sama grupa filmowych analfabetów, w tym ja, próbowała zdefiniować arcydzieło, i znaleźć różnicę między 3/10 oraz 4/10, w efekcie zasłaniając się jakimiś hasłami gdzieś tam zasłyszanymi. Bojących się coś nazwać po imieniu. Ten trend wciąż zresztą się utrzymuje. A ja... tak naprawdę nie mam skali. Często daję ocenę na oko, starając się to podsumować jedną cyferką. Czasami się zdarza, że zaprzecza ona temu co pisałem w miejscu na opinię, i robię to z premedytacją. Nie raz dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, czemu tak właśnie coś oceniam, wysunęły mi się wnioski, zobaczyłem coś w odpowiednim świetle itd.

Chcecie wiedzieć, czemu uwielbiam "Szatańskie tango"? Ja też. Wiem, czemu lubię "Konia turyńskiego" - bo to ekranizacja niewypowiedzianego epilogu "Atlasu zbuntowanego", który został przez autorkę pominięty, nieopisany. Ciekawe, czy Bela Tarr o tym wie? Ciekawe, czy ktoś poza mną miał takie myśli, skojarzenia? Bo to jednak nadinterpretacja.

Zacząłem dostrzegać pewną regułę w tym, co robię, co dla mnie oznaczają niektóre cyferki i zapragnąłem jakoś to usystematyzować. Do końca mi się to nie uda, nie bez powtarzania setek tytułów, które oceniłem na różnych innych zasadach - "mogło być lepiej" albo "było do bani, ale oglądało się całkiem nieźle, więc..." itd. Zapewne nie pogrzebię w swoich ocenach, by je dostosować do tego, co tu napiszę, bo... ledwo mam czas by napisać ten felieton, a co dopiero na zabawę z kilkoma tysiącami cyferek o których tylko ja wiem. I mi one nie przeszkadzają. Ale gdy definiują poniżej poszczególne cyfry to wiem, że tak ten podział winien wyglądać. Wszelkie odstępstwa od tego będę zaznaczał w przyszłości.

środa, 25 czerwca 2014

Magnolia

Melodrama, 1999


Jeden dzień z życia policjanta, który próbuje się zebrać i zaprosić na randkę pewną dziewczynę - pielęgniarza, który opiekuje się starym człowiekiem chcących w swoich ostatnich godzinach odezwać się do swojego niewidzianego od dawna syna - genialnego chłopca, który wygrywa kolejne edycje najdłużej prowadzonego teleturnieju w historii telewizji. I wielu innych postaci: wspomnianego syna, który prowadzi program dla mężczyzn, by ci lepiej uwodzili kobiety - dziewczyny, w której zadurzył się policjant, biorącej narkotyki i walczącej z ojcem, który z kolei prowadzi wspomniany teleturniej i czuje ciężar wieku. Wiele wątków i bohaterów, wszystko opowiedziane za pomocą rewelacyjnej reżyserii. Ponad trzy godziny, które upływają bardzo dobrze - w napięciu, z zaciekawieniem, w przemyślany sposób. Czuć tutaj klimat epiki, osiągnięty w naprawdę tajemniczy sposób. Podczas oglądania czuję rozmach i podniosłość, jakby te zwykłe sceny miały zmienić historię, albo i napisać ją na nowo. Pomimo ogromu, zachowano tutaj choćby trzyaktową strukturę - pierwsza godzina to przedstawienie wszystkich wątków, kto kim jest, jakie są relacje, składanie obietnicy. W drugiej godzinie postaci staną pod ścianą, przygwożdżeni przez los, by podjąć decyzję. Pielęgniarz poda pacjentowi silny roztwór morfiny, po której ten nie będzie czuć bólu, ale też przestanie kontaktować. Genialne dziecko stwierdzi, że ma dosyć odpowiadania na pytania, i teraz ono chce o coś zapytać. Policjant wróci i zapyta wprost.

Na każdym etapie jest coś, co trzymało moją uwagę. Na początku na przykład, był to policjant. W drugiej - teleturniej. W trzeciej - sami zobaczycie. Wiedziano, jak pilnować widza, by ten nawet nie myślał o znużeniu, co podkreślić i czym zakryć mniej interesujące momenty innych wątków. Ilość motywów i emocji gwarantuje udany seans, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie. Uwielbiam oglądać jak te sceny nakręcono, jak długo trwają sceny, jak bardzo blisko stawia się widza przy każdej postaci i walce jaką prowadzi sam ze sobą, wewnątrz. Na wiele różnych tematów. Uwielbiam, gdy ciąg się zmienia - prowadzący zaczyna gadać od rzeczy na żywo, osoba udzielająca wywiadu zaczyna milczeć.

wtorek, 24 czerwca 2014

(serial) Sześć stóp pod ziemią - sezon I

Black comedy & Drama, 2001
13 odcinków po 50 minut


W co ja się wkopałem! - pierwsza myśl po drugim podejściu do tego serialu. To był dobry sezon wtedy, nadal taki jest. Kiedyś przeszkadzały mi pewne rzeczy, jak scena musicalowa albo bezbolesny i pozbawiony choćby potu poród, i dzisiaj nadal te sceny kują w oczy. Zaskoczony jednak jestem, jak dobrze to wszystko się ogląda, jak dobrze to jest skonstruowane! Tym razem nie przerwę po pierwszej serii, drugą odkładając na przyszłość.

Fabularnie jest bardzo ciekawie - tematem jest rodzina prowadząca rodzinny dom pogrzebowy. Powtórzenie jest potrzebne, bo jednym z wątków tego sezonu jest konflikt bohaterów z konkurencją, którzy chcą cały biznes uprzemysłowić. Zamiast każdym klientem zajmować się indywidualnie, chcą traktować denatów jak produkty na taśmie, jeden za drugim, hurtowo. Rodzina Fisherów słyszy propozycję - albo zostaną wykupieni, albo zniszczeni. A to dopiero wierzchołek kłopotów, z którymi będą musieli sobie radzić w swoim codziennym życiu. Wszystko zaczyna się od śmierci głowy rodziny, który miał mniej szczęścia niż Lincoln Burrows i uderzenie autobusu zmieniło wszystko. Tego dnia córka Claire brała narkotyki, syn marnotrawny Nate wracał po bardzo długiej przerwie na kilka dni do rodziny. To zdarzenie wpływa też na matkę i żonę, Ruth Fisher, która pierwszy raz od dawna będzie samotna, a jedynym człowiekiem który będzie się poczuwał do odpowiedzialności nawet w takiej sytuacji, jest David Fisher. Zamknięty w sobie pedant, który ma ochotę krzyczeć, ale nie może. A trzeba jeszcze prowadzić biznes jak każdego dnia...

niedziela, 22 czerwca 2014

Jak wytresować smoka 2

Computer Animated & Family, 2014


"Ej, Garret, a ty nie pisaleś kiedyś, że mieszkasz gdzieś na wsi?..." - owszem, pisałem. Ale usłyszałem mnóstwo pozytywnych recenzji i opinii o drugiej części filmu, który bardzo polubiłem swego czasu, więc postanowiłem się przejechać do Olsztyna i zobaczyć premierę. Okazało się to względnie niedrogie, i całkiem wygodne, do tego przejazd nie trwa aż tak długo, więc kiedyś to powtórzę. Jak nowy film Zacha Braffa będzie w Polsce. Albo... ee... "Avengers 2" za rok. Hm.

Dobra! "Jak wytresować smoka 2" - bardzo pasuje taki tytuł. Bo smok już został wytrenowany w pierwszej części. Ale kontynuacja powstała, nie dodając ani jednej istotnej rzeczy do tej historii, za to całkiem sporo ujmując temu uniwersum. Wystarczyło dodać cyfrę na końcu tytułu, i każdy kolejny zwrot akcji wymyślać na poczekaniu, pozbawiając tytuł jakiejkolwiek płynności. A to dopiero początek. Opowieść zaczyna się 5 lat po wydarzeniach, które zmieniły życie w osadzie Wikingów. Teraz każdy ma swojego smoka, a nasz bohater imieniem Czkawka podróżuje na Szczerbatku do nieznanych krain, by poznać wcześniej nieodkryty świat... I to nie jest główny motyw filmu. Za horyzontem, gdzie szkicował mapę, znajduje go dziewczyna z pierwszej części, Astrid. Ona nie jest głównym motywem filmu. Dzięki niej bohater może wygłosić ekspozycję, jak to ojciec chce by młody został królem - co za szok. I młody nie czuje, że się do tego nadaje - co za szok. I to też nie jest główny motyw filmu. Nagle dostrzegają dym! Lecą za siedem gór  by zobaczyć zniszczoną wioskę, a w niej nowych ludzi! I to nie jest główny motyw filmu. Ci ludzie okazują się zdobywać smoki dla Drago, oraz walczą z łowcami smoków. I to nie jest główny motyw filmu. Okazuje się, że Drago chce skombinować w jakiś sposób armię smoków, i najwidoczniej chce ruszyć na wojnę z bliżej nieokreśloną resztą świata, ponieważ nienawidzi smoków... Nasz bohater jest mądry i zamiast wojować chce przemówić tajemniczemu Drago do rozumu! W jakiś sposób. I to jest właśnie główny motyw filmu. W drodze do niego, lecąc między chmurami, Czkawka przez całkowity przypadek spotyka własną matkę, której nie widział od 20 lat, bo myślał, że ta nie żyje... Lepiej już się zamknę. Nawet nie wiem, ile zdradziłem. Z 10 minut co najmniej.

sobota, 21 czerwca 2014

Jak wytresować smoka (7+/10)

Family, 2010


Powtórka w związku z mającą niespodziewanie premierę drugą częścią. Usłyszałem pozytywne recenzje i pomyślałem, że to film który chciałbym zobaczyć na dużym ekranie ze względu na sceny lotu... jednak, czemu dokładnie lubiłem pierwszą część? Nie pamiętałem dokładnie. Nie pamiętałem, czemu ludzie tak wariują za Szczerbatkiem, albo tego "zwrotu" w końcówce, ani w ogóle jak wyglądał trzeci akt i o co tam chodziło. Cztery lata zrobiły swoje.

"Jak wytresować smoka" opowiada on o Czkawce, dziecku Wikingów, którzy wierzą, że głupie imię odstrasza demony. Wikingowie zdają się mieć tylko jeden problem: smoki. Atakują, porywają, niszczą. Drugim problemem jest sam Czkawka, który jest największą ofermą w wiosce – w trakcie jednej z napaści smoków, Czkawka postanawia udowodnić, że jest coś wart: podpieprza katapultę i trafia w najbardziej tajemniczego smoka ze wszystkich: Nocną Furię. Nikt tego smoka wcześniej nie widział, wszyscy go słyszeli i wszyscy ucierpieli od zniszczeń, jakich dokonuje. Na trafieniu się kończy – podniecony Czkawka wraca się pochwalić, ale nikt mu nie wierzy („Ja wiem, że tak było poprzednie 5 razy, ale tym razem naprawdę go trafiłem!”). Smoka jednak faktycznie zranił – znajduje go podczas łażenia po lesie. Bestia straciła kawałek skrzydła, i ma problemy z lataniem. Zamknięta w dolinie, w tajemnicy przed resztą plemienia, nawiązuje relację z naszym bohaterem. Ten odkrywa, że wszystko co do tej pory ludzie wiedzieli - a raczej uważali, że wiedzą - o smokach, nie było prawdą. Mistyczna bestia potraktowana z szacunkiem umie się odwdzięczyć tym samym - a to dopiero początek.

piątek, 20 czerwca 2014

(felieton) otoczka piłki nożnej jest do bani


Często mam wrażenie, że piłkarze nie są ludźmi. Zresztą, nawet szczury umieją opanować stosunek przyczyny i skutku. Sędzia odgwizduje coś, a piłkarze się wykłócają, dostają kartki, nagany, nie grają w następnym meczu... Może mają to w kontraktach, żeby w ten sposób zwiększyć widowiskowość? Nie zdziwiłbym się, gdyby to była prawda. Do tego czasu będę zakładać, że wycieli im mózg, co jest idiotyczne zważywszy na to, co robią z piłką, ale to jedyny logiczny wniosek.

Sędziowie też zawstydzają resztę świata swoją głupotą. Zasady są jakie są, i oni decydują się pracować na stanowisku, którego nie da się tak naprawdę dobrze wykonać. Cały ten zawód jest przestarzały, sam koncept biegania tam razem z zawodnikami to przeżytek. Ale najwidoczniej są zbyt słabi by pracować gdzie indziej to mają coś takiego. To tak, jakby ktoś zatrudniał was na 7 godzin dziennie, dając wam codziennie roboty na 10 godzin bez przerw. I oni przyjmują na siebie odpowiedzialność za takie coś. Z ich pozycji bardzo często nie da się stwierdzić, czy było przewinienie czy nie. Trzeba ich... zresztą, wszyscy wiedzą, co trzeba zrobić. Ale tak się nie stanie.

Będą tylko kuriozalne ulepszenia, z pianką wyznaczającą linię muru oraz cyfrowe czary mary pokazujące, czy piłka wpadła do środka czy nie. Bo kupienie zwykłej kamery nie wystarczy. Za 4 lata zapewne postawią ścianę promieni dezintegrujących, by widownia nie oberwała piłką. Jak któremuś zawodnikowi się wypadnie poza boisko to będzie niedobrze, ale... mówili mu, żeby tego nie robił! Jego wina!
W 2010 roku zobaczyłem, że piłka wpadła do bramki po czym bramkarz ją wyjął i wykopał i... nie było gola, no. Wtedy stwierdziłem, że na miejscu trenera bym zgarnął ludzi i opuścił boisko. Sędzia dał dupy, organizatorzy dali dupy, członek drużyny przeciwnej dał dupy i oszukał... Gdzie tu wartości sportowe? Nie ma. Piłkarze aktorzą, hańbiąc wszystko po kolei od siebie po cały sport, i nikt ich z tego stanowiska nie wyrzuca. Po co więc grać w takiej sytuacji? I o co? Od tego czasu nic się nie zmieniło, jest gorzej, a mundial i piłka nożna najwyraźniej cieszy się dokładnie takim samym szacunkiem co wcześniej. Wysokim. Widzowie to też debile.

środa, 18 czerwca 2014

Siedmiu samurajów (7/10)

Jidaigeki, 1954

Gdy obok wioski przejeżdża banda grabieżców, jeden z nich chciał zaatakować. Przywódca jednak się nie zgodził - woli zostawić wieśniaków do czasu, aż zbiorą żniwa, wtedy zaatakuje. Traf chciał, że podsłuchał ich jeden z mieszkańców owej wioski. W te pędy pobiegł, by przekazać złą nowinę. Po naradzie społeczność podejmuje decyzję, by walczyć, bo lepsze to niż stać z boku, albo powolna śmierć na skąpych resztkach, które im bandyci zostawią. Albo i nie. Trzeba teraz wynająć samurajów, którzy będą ich bronić...

Trudny do podsumowania film. Napiszę prawie to samo, co ludzie uważający ten tytuł za najważniejszy w historii, mimo że cenię go sobie o wiele mniej. "Siedmiu samurajów" to bezbłędnie zrealizowany film przygodowy, bardzo pomysłowy, który miał spory wpływ na całą kinematografię. Nakręcono go w trudnych warunkach i to bez jednego potknięcia. Sceny w plenerze, bitwa - to było osiągnięciem, a każde ujęcie zabójstwa jest bardzo przemyślane.

A przy tym tytuł ten jest za długi, a scenariusz pisał Peter Jackson. Na historię wieśniaków i ich tragedii nałożono wątki poboczne które mają lichy wpływ na główną fabułę, i nie mam pojęcia, po co je dodano w takiej formie. Na przykład, wieśniacy robią w gacie, że im samuraje córki zgwałcą, więc przebierają je za chłopców i... z grubsza to tyle. Wieśniacy są biedni, mogą zapłacić jedynie ryżem, więc będzie trudno znaleźć chętnego do współpracy samuraja, więc... woje będą dreptać w miejscu przez 30 sekund, zanim się zgodzą. Z grubsza tyle. I tak mijają trzy godziny...

wtorek, 17 czerwca 2014

(serial) Rodzina Soprano - sezon III

Crime, 2001


"Sopranos" zamieniło się w telenowelę. Wygląda to tak, jakby twórcy pierwszego sezonu zostali zwolnieni, w ich miejsce zatrudniono jakichś pierwszoligowych rzemieślników, powiedziano: "Macie tutaj gotową bazę - postaci, relacje, świat, motyw przewodni. Teraz zróbcie tego kontynuacje, byle jaką, byle była". I zrobili. 13 odcinków, przez które jakaś fabuła całościowa się przebija, ale zalano ją masą odcinków gatunkowych i sytuacyjnych.

W pierwszym odcinku na przykład, federalni chcą podłożyć podsłuch w domu Tony'ego. Najpierw dyskutują, jak to zrobić, a potem biorą się do roboty. W połowie odcinka prawie im się udaje, ale niestety, ktoś tam wraca i muszą od nowa to robić. Taki trzeci sezon "Prision Breaka" tylko zmieszczony w 50 minut. W końcu federalnym udaje się podłożyć podsłuch w lampie w piwnicy. A na koniec, albo w kolejnym odcinku (nie pamiętam) Meadow zabiera właśnie tę lampę ze sobą do akademika i wszystko szlag trafia. Koniec wątku w całym sezonie. Federalni mieli potem tylko jedną scenę chyba, w ostatnim albo przedostatnim odcinku.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

(książka) Sto lat samotności

Literatura piękna?, 1967

Po pierwsze - wypożyczyłem ją 28 marca, na ponad 2 tygodnie przed śmiercią Marqueza, więc cichaj. Po drugie: nie czyta się tego opornie. Właściwie to nawet jest całkiem nieźle. Może kwestia dobrego przekładu, ale szło przeczytać te 50 stron na dzień bez problemu. Tylko czas trudno było znaleźć. O ironio. "Sto lat samotności" skupia się na losach mieszkańców Macondo oraz - w efekcie - samego miasteczka, by przez ten pryzmat opowiedzieć o wielu rzeczach. Ludzkości, życiu i jak źle oraz jak dobrze może ono wyglądać. Albo i nie, może to opowieść o penisach? Sporo ich tutaj. Możliwe, że trzeba znać losy Ameryki Południowej, by zrozumieć w pełni o co biegało z tymi 3000 trupami w pociągu albo Kampanią Bananową?

Dialogi są w ilości śladowej, fabuła jest opowiedziana z pozycji ogólnej, trzymającej dystans, i niezwykle elokwentnej. Jest tu tyle wydarzeń, jakby każda strona miała co najmniej trzy wydarzenia, wokół których ktoś mógłby napisać całą powieść, ale tutaj narrator prześlizguje się po każdym w jednakowym stopniu, przechodzi do następnej postaci i jej losów. Pod względem gatunkowym, jest to po części powieść historyczna, romans, dramat, fantastyka, dokument... Ludzie żyją sobie normalnie, rozwijają społeczność, budują kolejny budynek, znajdują kolejne zainteresowania, idą na wojnę, odchodzą, wracają, a pomiędzy tym wszystkim wydaje się, jakby w każdym domu był pokój zamknięty od stu lat, w którym tylko określeni ludzie mogą porozumieć się z mieszkającymi tam duchami.

Urszula zadawała sobie pytanie, czy nie wdał się w jakieś podejrzane interesy, czy nie kradnie albo nie skończy jako koniokrad, i wyrzucała mu marnotrawstwo, ilekroć otwierał szampana tylko po to, by wylać sobie pianę na głowę.Tak go to gniewało, że któregoś dnia, gdy wstał w wyjątkowo promiennym humorze, przyszedł ze skrzynką pieniędzy, puszką kleju i szczotką i wyśpiewując na całe gardło stare piosenki Francisca el Hombre zaczął tapetować dom od góry do dołu wewnątrz i na zewnątrz banknotami jednopesowymi. Stare domostwo, pomalowane na biało od czasu gdy wyniesiono pianolę, przybrał podejrzany wygląd meczetu. Wśród popłochu całej rodziny, oburzenia Urszuli i radości tłumu, który wypełnił ulicę, by uczestniczyć w tej apoteozie marnotrawstwa, Aureliano Drugi wytapetował dom do końca, od fasady aż do kuchni, nie wyłączając łazienek i sypialni, i wyrzucił zbywające banknoty na podwórze.
- Teraz - oświadczył na zakończenie - mam nadzieję, że nikt w tym domu nie będzie mi już mówił o pieniądzach.

niedziela, 15 czerwca 2014

Złodzieje rowerów (8+/10)

Italian Neorealism & Drama, 1948


Włochy, tuż po WW2, neorealizm świeci triumfy. Bohater imieniem Antonio stara się o pracę. Dostaje ją pod warunkiem, że posiada rower. Przyjmuje ją, pomimo tego, że pojazd zastawił jakiś czas temu by mieć co jeść. Dziś jego żona daje mu pościel, by mógł ją zastawić i dzięki otrzymanym środkom odebrać jednoślad. Plan się powodzi, Antonio zaczyna pracę... wszystko jest idealnie: zarobki, perspektywy, całe życie! I pierwszego dnia wehikuł zostaje mu ukradziony. Bohater poświęca się bez reszty, by go odzyskać.

Ot, definicja życiowego, naturalnego i realistycznego kina. Bez kombinowania i wymyślania, wzięto prosty pomysł z życia na konflikt i umiejętnie go przedstawiono tak, by na ekranie niósł te same emocje co w prawdziwym świecie. Wszystko tu zrealizowano bezbłędnie, nawet nie wiem, kiedy i jak przekazano widzowi podstawowe informacje, wprowadzono go w ten świat. Wiem tylko, że już po chwili kradzież roweru w tym filmie ma o wiele większe znaczenie niż dzisiaj, i bez problemu rozumiem ten dramat. Bez żadnego kontekstu, odwoływania się, film sam sobie z tym radzi. Emocje są kompletne. Do tego wątek kryminalny jest sam w sobie ciekawy - dzieje się sporo i miałem poczucie, że bohater cały czas robi kolejny krok do przodu, by znaleźć swoje mienie.

sobota, 14 czerwca 2014

Maboroshi no hikari / Illusion (7/10)

Psychological Drama, 1995


Pierwszy film Koreedy. Niedługo do polskich kin (w Warszawie) wejdzie jego "Like Father, Like Son", który pewnie będzie jednym z najlepszych filmów 2013 roku, więc chyba czas najwyższy zacząć oglądać jego filmy. Wiecie, póki żyje.
"Illusion" zaczyna się, gdy bohaterka imieniem Yumiko ma 12 lat. Dom jej rodziców opuszcza babcia, dziewczynka biegnie by ją powstrzymać. Starowinka jednak wybiera umrzeć gdzie indziej i nie pozwala się zawrócić. Stałem więc tam razem z Yumiko patrząc na postać odchodzącą za horyzont... Akcja przenosi się następnie w przyszłość, kiedy Yumiko jest dorosła i wciąż czuje żal z powodu tamtego wydarzenia. Wini się za to, że nie mogła wtedy nic zrobić. Jest apatyczna, obojętna, nieobecna. "Illusion" pokazuje życie bohaterki w takim stanie - jak żyje z mężem, ze sobą i dziećmi. Bez obietnicy zmiany ani poprawy.

Sceny takie jak pokazanie odchodzącej postaci zrealizowano przepięknie. Jest takich momentów w filmie kilka, i zawsze wiedziano jak je pokazać, co nimi wyrazić, jak przekonać widza do zastanowienia się nad nimi. Umieszczano w kontekście, nie powtarzają się one, więc nawet bezruch wyraża tutaj mnóstwo akcji. W końcu dziewczynka mogła jednak podjąć walkę i pobiec jeszcze raz. Ale stała tam, i pokazywano to widzowi tak długo, jakby w tym czasie bohaterka mogła te i inne decyzje podjąć kilkukrotnie. Ale jednak na samym końcu stała tam tak samo jak na początku.

piątek, 13 czerwca 2014

(felieton) Garreciątko u dentysty

Na początku roku przy jedzeniu wypadł mi kawałek zęba.
Nie bolał mnie wcześniej, w trakcie ani potem. Nawet nie podejrzewam, czemu tak się stało. Parę miesięcy później, już po przeprowadzce, czułem w buzi dziwny zapach. Bardzo rzadko, gdy coś zjadłem albo przy myciu zębów wsadziłem w ten niepełny ząb włosie szczoteczki, wtedy czułem ten zapach. Dziwny i nie do określenia, dziś podejrzewam, że to był zapach próchnicy. Na początku sądziłem, że to problem z wodą, i jakiś osad z kranu mi się tam zbiera, ale po zmianie czajnika i zakupie filtra, nadal problem był. A więc - do dentysty. Tam chirurg stomatolog wsadził mi metalowy patyk do feralnego zęba i poraził mnie ból. Słyszę, że to się nadaje do zatrucia albo leczenia kanałowego... albo mam wyjść w cholerę.
W kwestii wprowadzenia - to była moja pierwsza wizyta u dentysty na zabiegu. Na hasło "zatrucie zęba" pomyślałem o wielkiej strzykawce wbijanej w dziąsło, co będzie boleć jak poród, z tego co słyszałem. A leczenie kanałowe to kojarzyłem z czymś największego kalibru, jak operacja mózgu albo kręgosłupa. Tyle samo czasu, zachodu i środków na to trzeba poświęcić - pomyślałem. Nie wiedziałem, że tak naprawdę to są całkiem podstawowe zabiegi trwające bardzo krótko, więc, łagodnie mówiąc, zacząłem się tam na fotelu dentystycznym, denerwować. Stomatolog widząc to, zaczął mnie opieprzać, że się jak dziecko zachowuję. Potem mnie opieprza, że muszę się zdecydować, co ona ma teraz robić. Ja mu mówię, że nie wiem. To on mnie opieprza, że ja nie wiem, w międzyczasie tłumaczy mi, jak taki zabieg będzie wyglądać. Porządnie mnie przy tym opieprzając, że musi mi to tłumaczyć, oczywiście.

czwartek, 12 czerwca 2014

36 godzin (6/10)

Thriller & War, 1965


Druga wojna światowa, niemal dosłownie za chwilę dojdzie do słynnego epizodu w Normandii. Major Jefferson Pike, stojący po stronie Aliantów, zostaje porwany i poddany połączeniu "Strefy mroku" oraz "Prisonera". Naziści organizują mistyfikację, chcąc przekonać Pike'a, że ten doznał amnezji gdy obudzi się - jak mu powiedzą - w 1950 roku, gdy USA wygrało wojnę. Docelowo zamierzają wyciągnąć z bohatera informacje dotyczące tego, gdzie Amerykanie mają zamiar rozpocząć atak. Umieszczają go w szpitalu blisko granicy ze Szwajcarią, obstawiają statystami, mówią wyłącznie po angielsku. Z niczym by się nie śpieszyli, gdyby nie zarządzenie z góry - akcja anulowana, bo "pacjent" jest zbyt ważny by się z nim bawić. Otto Schack ma tylko 36 godzin by wyciągnąć z Pike'a informacje i udowodnić swoje racje...

Nie było tu ambicji stworzenia czegoś więcej niż niezłego filmu. To osiągnęli z pewności, ale zwyczajność gotowego filmu zwyczajnie chłodzi. Od razu wyłożono karty na stół odnośnie planu Nazistów, właściwie akcja jest jakby z ich perspektywy prowadzona, jakby to ich wygrana miał oznaczać happy end. Zamiast zagadki i klimatu "Prisonera", jest... zwyczajność. Parę cwanych akcentów na krzyż i tyle. "36 godzin" nie wywołuje emocji, nie opowiada ciekawej historii, nie jest zagadką. Historia człowieka poddanego mistyfikacji, walki z nią, podlanej atmosferą historii alternatywnej, została podana w prosty i bezpośredni sposób, bez komplikacji i większego namysłu nad istotą wydarzeń. Nie zostałem postawiony w sytuacji, gdy myślałbym "Co by było, gdyby..."

środa, 11 czerwca 2014

Rocky Balboa (6/10)

Sports & Drama, 2006


"Kolejny raz to samo", mógłbym napisać, ale widziałem tylko pierwszą część. Pozostałe znam tylko ze streszczeń umieszczonych w biografii Stallone'a oraz filmiku Nostalgia Critica w którym omówił dokładnie "czwórkę". W szóstej części motywy autobiograficzne nadal grają pierwsze skrzypce - Rocky Balboa jest stary jak Stallone, też już się ponoć wypalił i zaczyna myśleć, że może jak coś komuś udowodni to mu się humor poprawi. Widz poznaje go, gdy prowadzi restaurację w Filadelfii, zabawia gości swoimi opowieściami, ma problemy rodzinne z dorosłym synem, próbuje szczęścia z samotną matką, którą znał 20 lat temu, gdy była mała... Teraz chce jej pomóc, proponuje pracę, zaprzyjaźnia z jej dojrzewającym synem. Klimatu zmęczenia i monotonii słowa nie oddadzą, ale wystarczą, by przekonać o tym, że Stallone nadal wie, jak konstruować scenariusze. Akcja nie jest wymuszona, bohaterowie żyją własnym życiem, a z nimi cały film. Wszystko jest na swoim miejscu. Początek to najlepsza część filmu.


wtorek, 10 czerwca 2014

(serial) Rodzina Soprano - sezon II

Crime, 1999


To właściwie powtórka z sezonu pierwszego. 13 odcinków będących fillerem, które nie dają nic nowego, nie rozwijają historii w kierunku czegoś nowego, wszystko zamyka się tak, jakby tego nie było i można było od nowa zaczynać po finale pierwszego sezonu. Z drobnymi różnicami, takimi jak relacja Tony'ego z terapeutką. Tutaj po poprzednim sezonie trzeba było posprzątać, gdy ona wyjechała i przyjmowała pacjentów poza miastem bo coś jej groziło. Trzeba było pozwolić jej wrócić, a potem musieli znów zacząć rozmawiać - on musiał znowu potrzebować jej pomocy, ona musiała chcieć tego chcieć. Rozłożono to jak trzeba na kilka odcinków i wyszło dobrze.

Reszta jest do dupy. Tak jak w pierwszym sezonie był konflikt z matką Tony'ego, pokazującego jego słabości, tak teraz jest siostra Tony'ego kontra jej brat, na którego przykładzie pokazują, że Tony ma słabości. Te same co w pierwszym sezonie, czyli problem z równym i konsekwentnym traktowaniem swojej rodziny. Problem w tym, że już to zrobiono, więc jak sobie z tym poradzono? Osłabiając postać głównego bohatera. Szybki przykład: w domu Tony zarządza taką regułę, że nie rozmawiają już o jego matce. W pierwszym sezonie to by wystarczyło, a gdyby to złamano, on by też coś komu złamał. W drugim sezonie jest w stanie tylko powtarzać: "Nie mówimy o tym w tym domu", podczas gdy w kółko i w kółko o niej rozmawiają, wciskać widzowi cały czas to samo: nie potrafi sprawiedliwie traktować swojej rodziny, ciąży mu ona, bla bla bla... Było!

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Na wschód od Edenu (7/10)

Melodrama, 1955


Powtórka. Kolejna, dla pewności, bo gdy parę tygodni temu widziałem film na TCM, miałem wrażenie, że sporo mi umknęło. Jakbym oglądał jednym okiem. Obejrzałem kolejny raz... I zachodzę w głowę, co mną tak wstrząsnęło w tym filmie kilka lat temu. Pamiętam, że finałowa scena rozmowy ojca z synem wywołała u mnie niemal katharsis, a sam tytuł umieściłem wśród swoich najbardziej ulubionych. W międzyczasie zrobiłem podejście do książki Steinbecka, ale poddałem się po stu stronach, gdy to narrator doszedł w końcu do opisywania losów rodziców głównego bohatera z filmu. Wcześniej opisywał wcześniejsze pokolenia, a zaczął w ogóle od przedstawienia historii tego miejsca, skąd wzięła się nazwa miasta... Szlag mógł trafić, dlatego przerwałem czytanie.

A teraz myślę, że powinienem ją dokończyć, bo film wydaje się wielkim skrótem który niczego nie wyjaśnia. Tak, jakby oryginalną historię zmontowano na modłę "Mroczny Rycerz powstaje". Rozwój postaci, wątków, relacji - to wszystko jest dziurawe i zupełnie niejasne. Czasy przed pierwszą wojną światową - na wsi mieszka pewna rodzina. Samotny ojciec wychowujący dwójkę dorastających synów. Jeden jest jego faworytem, jest tym dobrym - to optymista, wierzy w swojego ojca i ma już narzeczoną. Drugi jest niekochany, samotny, złośliwy i zły. Przewija się tu kilka wątków - ojciec próbujący wynaleźć lodówkę, zły syn odnajdujący swoją matkę, która jak się okazuje żyje, i to w niej próbuje odnaleźć przyczynę tego, że jest zły.

niedziela, 8 czerwca 2014

Okręt (7/10)

Historical Drama, 1981
200 minut


Czasy drugiej wojny światowej. Niemieccy żołnierze dzisiaj się bawią, by nazajutrz wsiąść do okrętu podwodnego i wyruszyć w bardzo długą misję. "Okręt" to historia poświęcona wątpliwej moralnie lekcji, przedstawiająca żołnierzy na bitwie jako jednostki tak naprawdę neutralne, nie znające przyczyn walki, którym zależy wyłącznie na przeżyciu. W filmie Petersena to działa, bo bohaterowie wydają się swoi - walczą ramię w ramię, lubią wypić, nie narzekają przez minutę. Nie ma większego znaczenia, w jakim konflikcie uczestniczą, ani po której stronie są. Gdy będą na morzu, będzie ich tak naprawdę obowiązywać prawo morskie - ocalonych z katastrofy na pokład nie wezmą, bo sami wtedy nie mieli by co jeść. Do czynów brutalnych dochodzi sporadycznie i szybko znikają one z pamięci. Seans wypełnia monotonia życia pod wodą oraz fenomenalna walka o własne życie. I nic więcej.

To, czego mi brakowało, to większej ilości akcji. Przez większość czasu, sekwencja otwierająca jest tą najlepszą - dynamiczne ujęcia imprezy, niewyobrażalnie dobrze wyreżyserowane, masa ludzi tłoczy się przed obiektem kamery, zabawa na całego. Gdy akcja zejdzie pod powierzchnię, zaczyna się życie żołnierza stacjonującego na okręcie. Czyli za cholerę nic się nie dzieje. I jest to postawienie na realizm tylko połowiczne, bo nie znalazłem tutaj masy technicznych informacji, jak to wszystko działa, kto jest za co odpowiedzialny, jaki to ma skutek, jak wygląda rutyna. Jedynie tyle, że zawsze ktoś śpi, i życie toczy się tam 24h na dobę. Jednym zdaniem: scenariusza nie pisał z pewnością David Weber, a to już byłoby w pewnym stopniu ciekawe. Zamiast tego postawiono na monotonię oraz scenki rodzajowe - słuchanie radia, granie w karty, rozmowy o niczym, testowanie wytrzymałości które na dłuższą metę bardziej szkodzi temu filmowi, oraz stawianie się do lekarza w kolejce z wstydliwym czymś w kroczu. Przezabawne.

sobota, 7 czerwca 2014

Grand Budapest Hotel (7/10)


Pamiętaj widzu o czasach minionych, gdy ludzie mieli klasę, bo to nie czasy, ale pamięć o nich tworzyła elegancję. I może do tego wystarczyć nawet jeden człowiek - zdaje się mówić swoim najnowszym filmem Wes Anderson. "Grand Budapest Hotel" to budynek, który spaja ze sobą cztery linie czasowe w formule szkatułkowej. W dzisiejszych czasach dziecko otwiera wspomnienia człowieka, który w młodości wysłuchał opowieści starszego człowieka, który był tu chłopcem na posyłki w latach 30 XX wieku. Poznał wtedy ówczesnego właściciela, Gustava H., który całym sobą uosabiał czasy które już wtedy były minione. Czasy, w których liczyły się maniery, elegancja i styl. Nic innego nie liczy się w całym filmie. Fabuła nie może się zacząć przez prawie 30 minut, a potem ledwo mnie obchodził jej rozwój i nie dbałem o różne sztuczne zbiegi okoliczności. Postaci żyją w pamięci widza dzięki aktorom, którzy ich grali - zresztą większość z nich wydaje się stworzona tylko dlatego, że kolejna sympatyczna aktorka lub aktor poprosili o mały epizod. W większości też nie doczekali się sensownego zamknięcia, podobnie jak pewne wątki fabuły. A jednak, nie ma to żadnego znaczenia. Nie obchodziło mnie, że trudno jest streścić o co w tym filmie chodzi, albo że na drugi dzień mógłbym wyróżnić tylko jedną jedyną scenę. Ten film nie potrzebował takich limitów, umie coś wyrazić i bez nich. "Grand Budapest Hotel" ma swój urok, a czas z nim spędzony nie jest stracony. Pozwala coś zyskać.

piątek, 6 czerwca 2014

(felieton) Czasy Europejczyków


Wczoraj nad ranem całą Polskę obiegła wiadomość o kobiecie, która wstawała co noc by coś przekąsić - nie ma wątpliwości, to musiało się skończyć tragicznie. Gdy wyrodna matka zaspana beztrosko otwierała lodówkę by wyjąć z niej ananasa, uderzyła swojego syna w łeb. Teraz niemowlak siedzi i płacze cały dzień, że go boli. To piąty taki zanotowany przypadek w historii od 1862 roku, a tym samym rekord tej planety. To zaniepokoiło kastę naszych polityków, którzy natychmiast przerwali urlop na Księżycu i wrócili na Ziemię.
Już po kilku godzinach powstała pierwsza wersja nowej ustawy, nad którą głosować mają posłowie za kilka dni. Proponuje się w niej ograniczenie dozwolonej prędkości, z jaką można otwierać chłodziarki elektryczne, do 5 centymetrów na minutę. Kasta naukowców szybko zaczęła się burzyć, że przecież nie ma takiej miary jak cm/min, ale równie szybko zostali oni zagłuszeni przez Parlament Europejski, który całej ustawie przyklasnął tak mocno, że wywołał podmuch wiatru wystarczająco mocny, że wywiał przez przypadek Rosjan z Kremla aż do Chin. Prezydent Ukrainy nie ma zielonego pojęcia, co z tym fantem zrobić.

Może się jednak okazać, że ustawa będzie musiała poczekać. Ministerstwo Zdrowia zdążyło przebadać grupę reprezentacyjną, i wyniki jasno pokazują: pewna ilość Polaków wstaje w nocy, by coś zjeść. Specjaliści biją na alarm - Polacy są otyli, a takie zabawy w Garfielda mogą być tego istotną przyczyną. Proponuje się więc co następuje - opodatkowanie każdorazowego otwierania lodówki, oraz zakaz otwierania jej po 22. Pieniądze z tego podatku miałyby pójść na dotację producentów chłodziarek, by w każdym nowym modelu mogli zamontować zamek, który działałby automatycznie w określonych godzinach. PE przyklasnął idei tak mocno, że wywołał trzęsienie ziemi, skutkujące oderwaniem Europy od Azji, Półwyspu Iberyjskiego oraz Skandynawskiego, a także rozwalony został Eurotunel.

Sprawa stanęła w martwym punkcie, gdy okazało się, że straż miejska ma niewystarczający - jak to nazywają w Unii Europejskiej - fundusz ludzki, tzn. brakuje funkcjonariuszy, którzy mieliby pilnować każdej lodówki w kraju. Na dodatek, mierniki prędkości którymi dysponują, nie tylko nie wykrywają niczego poniżej 10 km/h, ale też nie mają w zanadrzu takiej miary jak cm/min. Naukowcy zapewne by się ucieszyli, ale wszyscy zdążyli już wyemigrować i nie interesuje ich, co się dzieje na tym kontynencie. Problemem są też politycy, którzy do czasu przygotowanego na za tydzień głosowania wrócili do odbywania przerwanego urlopu. Obecnie opalają się nad Morzem Spokoju.

Tak prezentuje się zarys fabuły "Czasy Europejczyków", filmu w reżyserii Emira Kusturicy, którego premierę wyznaczono na 2017 rok.




środa, 4 czerwca 2014

Atlas Zbuntowany, cz. 2

Political Drama, 2012


...cóż. Czuję się, jakbym zjadł kilogram gwoździ, które teraz zalegają mi w żołądku. I żeby było jasne - jestem w pełni świadom, że takiej książki jak "Atlas zbuntowany" na stan dzisiejszy w ogóle nie można przełożyć na medium filmu, i nawet nie mam zamiaru tu zaczynać tego tematu, bo żeby go objąć, musiałbym mu poświęcić z 8 do 10 felietonów. Tak na początek. Nie istnieją tacy aktorzy, którzy by udźwignęli takich bohaterów jak Henry Rearden. Nie ma takiego scenarzysty, który by przełożył na język obrazu narrację z książki. Kino w ogóle jako sztuka jest za młode i zbyt głupie by unieść ten monument - opanowało plucie na ludzkość, ale żeby odnieść się do niej z szacunkiem? Stworzyć obraz kompletny, samowystarczalny, odnoszący się do wszystkich najważniejszych pytań i udzielający na nie konkretnych odpowiedzi? Nieposługujący się metaforami, przenośniami, tylko umiejący stanąć na ziemi, komunikując się z widzem bezpośrednim językiem? Na stan dzisiejszy są póki co przebłyski, że kiedyś do tego dojdzie. Dzisiaj nie ma nic, co by pozwoliło zaistnieć prawidłowej adaptacji powieści Ayn Rand.

Ale na poprawną adaptację w ogóle mógłbym liczyć. Ponieważ pierwsza część "Atlasu..." taka właśnie była. Udanie zaadaptowano poszczególne elementy z technicznego punktu widzenia i podczas seansu nawet odczuwałem przyjemność z przebywania w świecie, którego bohaterowie postępują według filozofii obiektywizmu. W przypadku drugiej części - cóż, widzę wysiłek włożony w ten film. Jestem świadom problemów przedprodukcyjnych (zmiana całej obsady + poradzenie sobie z decyzjami które wtedy podjęto), oraz tego, że to środkowa część trylogii. Dobrze poradzono sobie z wprowadzeniem widza - przypomniano mu, co się działo, cały układ fabularny, przedstawienie postaci, to wykonano bez problemu. Jeśli nie czytałeś książki, większość wątków zrozumiesz bez problemu. Dowiesz się, że w pierwszej części
rząd uniemożliwiał wprowadzenie Metalu Reardena na rynek, ale jednak to zrobili i dzięki temu powstała Linia Johna Galta. Teraz rozwijają się dwa wątki - jeden mający na celu uruchomienie rewolucyjnego silnika, który ktoś zostawił na stercie złomu w opuszczonej fabryce, a który sprawiłby, że każdorazowe korzystanie z energii byłoby 100 razy tańsze. Drugi wątek to Rearden nie zgadzający się na udawanie, że Państwowy Instytut Naukowy w uczciwy sposób kupuje od niego jego metal. Taka dezaprobata jest jednak nielegalna, i cała sprawa nabiera coraz poważniejszych kolorów...

wtorek, 3 czerwca 2014

(serial) Rodzina Soprano - sezon I

Crime, 1998


Niniejszy tekst będzie miał wymowę trochę mniej "hura-optymistyczną", niż początkowo planowałem. Bo widziałem następne sezony, do czego dojdę w swoim czasie.

"Sopranos" rozgrywa się we współczesnym New Jersey. Bohater nazywa się Tony Soprano i właśnie zaczął terapię z panią psychiatrą, bo tylko taki miał wybór. Został do tego zmuszony, i delikatnie mówiąc, nie podoba mu się opowiadanie obcej osobie o swojej żonie, matce, dzieciach, a także o swojej drugiej rodzinie i nielegalnych obowiązkach z tym związanych. Tony zajmuje się m.in. wywozem śmieci oraz organizowaniem zakładów, i na tym bije majątek.

Ten sezon jest rewelacyjny z dwóch powodów, kolejne są jakby ich pochodną. Pierwszy, to idealna całościowość. Poziom "The Wire", odcinki są scalone, wszystko idealnie wyliczono i na koniec widz dostaje zakończenie zamykające wszystkie wątki, jakby to był koniec końców. Perfekcja. Drugi powód to podkreślenie aspektu psychologii. Gdy relacja między terapeutką oraz panem Soprano rozwinie na tyle, by mogła zaistnieć tu jakaś konkretna konwersacja (co zajmie dobre 5 odcinków, dopiero w szóstym cała akcja będzie się składać z owych rozmów oraz retrospekcji m.in. dzieciństwa), objawi się też główny motyw serialu, i tu można dostrzec jego największy geniusz.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

(książka) Sylwester Stallone; Szalona kariera Kopciuszka z Hollywood

Biografia, 1991


Tak, naprawdę ktoś napisał biografię Stallone. Była to pierwsza książka jaką wypożyczyłem z biblioteki po przeprowadzce. Generalnie omijam biografie, jednak nie było nic lepszego w dziale filmowym... A na końcu jak zwykle się okazało, że nie warto oceniać całości po okładce, i 150 stron połknąłem w trzy dni. Pisarz, scenarzysta, reżyser, aktor, człowiek filmu. Były czasy, gdy porównywali Stallone'a do Brando i Ala Pacino, a krytycy wyszukiwali go pośród reszty składowych filmu, by poświęcić jego grze oddzielny akapit. W znaczeniu pozytywnym, oczywiście.

Dzieciństwo Stallone, separacja jego rodziców które doprowadziły do tego, że raz rok mieszkał tu, a za rok mieszkał gdzie indziej i tak na zmianę. Generalnie miał nie najlepiej, ale chyba nic ponad "standard", o czym warto byłoby wspominać (bo o jego problemie z lewą stroną twarzy to wiecie zapewne).

Najbardziej mi zaimponował fragment o jego pracowitości. Niesamowite, ilu różnych prac się imał (pracował m.in. w zoo i obsikał go lew, wtedy zrezygnował), jak systematycznie pracował nad swoimi tekstami. Chciał być pisarzem i codziennie wstawał z rana, by pisać określoną ilość godzin. I gdy przyszło co do czego, scenariusz do "Rocky'ego" powstał w 3 dni, a bodaj do "Rambo" w 26 godzin (piszę oczywiście o pierwszej wersji tekstu). Ja się cieszyłem, gdy do 6 odcinka "Awake" scenariusz powstał tydzień.

Muhammad Ali był szczególnie zainteresowany obejrzeniem "Rocky II", w którym główną rolę grał Apollo Creed jako on Muhammad Ali, lecz dopatrzył się wielu fragmentów dotyczących meczu, które powinny być poprawione. Zauważył, że Stallone nie poruszał się jak typowy bokser, że żaden z bokserów nie tolerowałby krzyczącego trenera, że kurczaki są podawane bokserom z warzywami, a podnoszenie ciężarów to jedna z ostatnich rzeczy, które powinien robić szanujący się bokser, że żaden sędzia nie zgodziłby się na kontynuowanie walki, gdy oko jednego z zawodników jest zamknięte. Po skrytykowaniu technicznych niejasności, Ali wypracował sobie własne tłumaczenie dlaczego film stał się taki sławny, a Creed nie mógł zostać zwycięzcą:
- Byłoby to sprzeczne z ogólnie przyjętymi obyczajami, gdyby czarny człowiek wygrał pojedynek z białym. Jestem tak dobry w boksie, że musieli stworzyć białego Rocky'ego, który miał za zadanie konkurować z moją opinią na ringu. Ameryka musi mieć swoich białych bohaterów. Nie jest ważne, skąd je bierze. Jezus, Wonder Woman, Tarzan i Rocky.*

niedziela, 1 czerwca 2014

Podsumowanie maja '14

Pięć najlepszych obrazów, widzianych po raz pierwszy:

1. Siła koszmaru: Powstanie polityki strachu (2004)
2. Legit, sezon 2 (2014)
3. Love Exposure / ai no mukidashi (2008)
4. I raz, i dwa (2000)
5. Biały kanion (1958)


Najlepszy film krótkometrażowy:
- Sąsiedzi (1920)

Scena miesiąca:
- Śniadanie majsterkowiczów (The Scarecrow, 1920)

Zakończenie miesiąca:
- Finał serialu "Legit"

Historia miesiąca:
- Love Exposure / Ai No Mukidashi (2008)

Reżyser miesiąca
- Edward Yang (Yi Yi, 2000)