poniedziałek, 24 października 2016

Pogadajmy o "Wołyniu"



Po wyjściu z kina kłębiło mi się we łbie wiele rzeczy o których chciałbym powiedzieć swoje dwa zdania. Było tego tyle, że nie wiedziałem gdzie zacząć. Zrobię więc to od początku. Wydaje się jakbym streszczał całość, ale tak nie jest, bo obyło się bez spoilerów. Zapraszam.

Dobra, zaczynamy. Scena pierwsza i najbardziej pojebane wesele w historii. Obserwujemy zwyczaje nam całkowicie obce i niczego z nich nie rozumiemy. Jakieś śpiewanie, stanie w drzwiach, panna młoda ucieka oknem, pan młody ucieka na koniu i pije wódkę, wraca pod wieczór, ludzie rzucają w siebie podpaloną kłodą, jakiś typ rucha kogoś między drzewami, kończy, zapala papierosa, dostaje w łeb od kogoś z jakiegoś powodu, i wtedy wracamy do nowożeńców którzy dopiero w tym momencie uciekają do stodoły. Po tym, jak ojciec weźmie swoją córkę odrąbie jej kawałek włosów z głowy. Siekierą. Dzikusy, no.

poniedziałek, 17 października 2016

Adam Sandel nie mógłby tworzyć w Polsce

Obejrzałem nowy film Sandlera: "The Do-Over". Dlaczego? Bo był "za darmo" na Netflixie i zagrał w nim najlepszy aktor wszechczasów: Michael Chiklis (Vic Mackey w "The Shield"). Mała rola, wściekły mąż w wydaniu komediowym. Pojawia się od 30 minuty, ale jest przyjemna i fani tego aktora nie będą zawiedzeni. Ale o samym filmie też warto napisać kilka słów.

Sandler wie co robi. Sprzedaje marzenie. Mamy oto "The Do-Over" - opowieść o człowieku imieniem Charlie, który nie jest zadowolony ze swojego życia. Samochód i praca od lat nie zmieniły się, własne dzieci go nie szanują, nie zrealizował młodzieńczych aspiracji. Ale pojawia się w jego życiu Adam Sandler, który zabiera go na weekend, gdzie finguje śmierć obojga, i dzięki temu zaczynają życie na nowo. A ten nowy los oznacza wieczne wakacje: drogie samochody, drogie rezydencje, drogie jachty. A do tego jeszcze kobiety które nie noszą majtek (a w łóżku bawią się bez zdejmowania staników z jakiegoś powodu), chętne są na wszystko, alkohol leje się strumieniami... Ale bez nieprzyjemności. Drinki to jedynie dobra zabawa, pozwalające cieszyć się życiem. Do tego skoki na spadochronie, narty wodne, tatuaże i wieczne słońce.

poniedziałek, 10 października 2016

Najlepsze filmy 1953 roku.



W tym roku TVP rozpoczęło swoje pierwsze regularne emisje, Katowice zostały Stalinogrodem, przerwano też rozpoczętą dwa lata wcześniej budowę metra Warszawskiego. W międzyczasie telewizja i Oscary uratowały się wzajemnie dzięki pierwszej transmisji rozdania tych drugich za pomocą tych pierwszych, dzięki czemu do dziś mamy obie (przynajmniej w dużym stopniu). Skończyła się również wojna koreańska, nakręcono też parę dobrych filmów. A skoro przy nich jestem, oto:



Garretowy

*Top 13*

Ulubionych filmów z 1953 roku

poniedziałek, 3 października 2016

Obejrzałem we wrześniu dobre filmy.





Kiler (1997) - 7/10. Powtórka. Taksówkarz Jurek Kiler zostaje wzięty omyłkowo za seryjnego zabójcę. Przez każdego, czyli policję, dziennikarzy oraz świat przestępczy. Jednym z tych ostatnich jest Siara, któremu udaje się wydostać naszego bohatera z więzienia... tylko po to, by zlecić mu zabójstwo. Jurek nigdy w życiu nikogo nie zabił, a teraz musi wykombinować jak to zrobić, by zachować życie, uniknąć kryminału, i by każdy był zadowolony. I co? I to robi. "Kiler" to cholernie inteligentny tytuł. Intryga jest bezbłędna, dialogi zapadają w pamięci, a Jurek, Ryba, Siara i Ewka powinni dostać własny serial, gdyby tylko nie wystrzelali się nawzajem w pierwszej wspólnej scenie. Z przyjemnością wróciłem do tej produkcji po... prawie dwóch dekadach? Doskonała zabawa!

- Siara? To gówno w błyszczącym dresie zlecił mnie zabić?
- Chce pan o tym porozmawiać?
- Bardzo kurwa-jego-mać-chętnie!