czwartek, 30 maja 2013

CO GRYZIE GILBERTA GRAPE'A (powtórka)

Coming-of-Age, 1993


Reżyseria: Elliott Smith.

W '93 roku ludzie mieli jakiś fetysz z głosem Deppa z offu, słowo daję. To drugi film w ciągu kilku dni, który zaczyna się i kończy od ekspozycji w takim wykonaniu. Zaskakujące jest to, że poza tym to narracja w tym obrazie jest doskonałym przykładem narracji filmowej. Widziałem wcześniej ten tytuł trzy czy cztery razy, ale nie pamiętałem, że jest aż tak perfekcyjnie opowiedziany. I nie piszę o tym, że zrobiono tu "tylko" dobrą robotę. "Co gryzie Gilberta Grape'a" to trudny, głęboki film, z bohaterem który nie mówi o sobie i o tym, co czuje. Obok niego jest nastolatek chory na łeb, fabuły technicznie rzecz biorąc nie ma a wszystko to rozgrywa się w najnudniejszym mieście obu Ameryk, w którym jeśli chcesz się rozerwać to idziesz na lody. I ma za bohatera kogoś o imieniu Gilbert, lol. Co z tego zrobiono? Intensywną, pasjonującą i przede wszystkim zrozumiałą opowieść.. opowiedzianą tylko i wyłącznie za pomocą obrazu.

I nawet nie mam zamiaru zbytnio tej ekspozycji wytykać, bo po pierwsze - nie był to wyłącznie efekt lenistwa twórców. Nie wprowadza wyłącznie w opowieść, to co jest najbardziej istotne to poznanie bohatera z widzem, by ten dowiedział się jak myśli Gilbert. Opisuje brata, miasteczko, wszystkich po kolei... a samego siebie na końcu. Liczy się również to, że w ten sposób zbudowano klamrę fabularną, ale o tym sza.


środa, 29 maja 2013

BAD BOY BOBBY (straszne)

Drama, 1993


 Herzog wychodzi z dżungli i pojawia się w Australii, czyli Bobby po 35 latach siedzenia w domu w końcu przestaje żyć pod własną matką, która nigdy nie wypuściła go do innych ludzi lub na zewnątrz w ogóle. To traumatyczne doświadczenie, widzieć taką historię opowiedzianą przez kogoś przywiązującego wagę do wiarygodności psychologicznej - w dotychczasowym życiu Bobby'ego było niewiele elementów, było bardzo nudne i monotonne, ograniczało się tylko do dwóch pokoi, kota i matki, która była dla niego wszystkim (również kochanką). Dlatego tak łatwo jest "wytłumaczyć" widzowi świat Bobby'ego, jak on rozumie to co widzi, jak interpretuje otoczenie. Łatwo mu jest przyswoić razem z Bobbym kolejne rzeczy które się rozgrywają i zrozumieć sposób, w jaki je przyjmuje i zaczyna naśladować.

Lubicie muzykę My Bloody Valentine?...


Bardzo ciężki, a nawet i turpistyczny film. Ale nie dlatego, że pesymistyczny, tragiczny, albo że Bobby spotka na swojej drodze redneków którzy będą go męczyć lub śmiać się z niego. Ten film jest ponad to. Tutaj nikt nie pozna przeszłości Bobby'ego z wyjątkiem widza. Ludzie będą go spotykać i oceniać tak jak by robili to w rzeczywistości - po ubiorze, po zachowaniu, szybko będą znikać, rzadko wracać. Nawet jeśli ktoś by zadał istotne pytanie, Bobby nie zna słów których powinien w takiej sytuacji użyć. Nawet nie wie, że takie słowa istnieją.

Obejrzyjcie to do końca, bo wtedy pojawia się jeden z najbardziej cwanych pomysłów jakie w kinie widziałem. Chciałem wtedy nawet podnieść ocenę.

Jak znajdziecie odpowiedni dzień na ten film, obejrzyjcie go. Zapewne znajdziecie w nim więcej niż ja.

A gringo, który zakwalifikował tytuł do czarnej komedii, ma u mnie przekichane.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/bad_boy_bubby/

wtorek, 28 maja 2013

ZAGROŻENIE DLA SPOŁECZEŃSTWA

Hood Film & Drama, 1993


Film raczej bez wyraźnej fabuły. Bardziej jest to opowieść o życiu czarnych gangsterów w USA, i o tym, że jest to powtórka powtórki. Dziecko rodzi się w tym, wychowuje się na ulicy, a potem w tym zostaje i chociaż nie miał tego za cel, powtarza to co zrobiono jemu. Banalne? Ale dobrze się nadaje na film.

I to z grubsza wszystko, co mam do napisania o tym filmie. Zdjęcia są bardzo dynamiczne, wiele od siebie dają tej intensywnej opowieści pełnej napięcia i agresji. Historia jest dobrze złożona do kupy, ma formę rozpędzającej się kuli się śnieżnej w której początek znaczy całą opowieść aż do końca, wydarzenie na początku wpływa na wszystko później - choć przez większość seansu tak się nie wydaje. Podoba mi się, że po seansie człowiek może spojrzeć na tego kozaka w złej dzielnicy trzymającego broń bokiem - i dać mu szansę, choćby w swoim zakresie. Co poradzę, banalność i prostota też się sprawdzają.



Czasem tylko podczas seansu odnosiłem wrażenie, że chciano by film był zbyt czarny. Mam wrażenia, że tylko "nigga" oraz "motherfucker" usłyszałem częściej niż wszystkie przekleństwa w "Pulp Fiction" razem wzięte. Serio aż tak często tego używają w prawdziwym świecie? Po drugie, przemoc parę razy jest wręcz komiksowa. Chciano zapewne pokazać, że dla nich widok śmierci to coś zwykłego, ale gdy Kevin zabił tego ćpuna na środku ulicy, po czym odszedł z kumplami spokojnie... to wyglądało jak film Tarantino. Właściwie tam nawet bardziej się przejmowali, gdy mieli trupa na tylnym siedzeniu.

Skrzyżowanie "American History X" z "Dzieciakami"?


7/10.
http://rateyourmusic.com/film/menace_ii_society/

poniedziałek, 27 maja 2013

ARIZONA DREAM

Black Comedy & Adventure, 1993


Powtórka. Serio nie pamiętałem z tego filmu nic? Zasiadałem do niego filmu z taką pustką w głowie, jakbym go nigdy nie oglądał. Nawet trochę się zraziłem openingiem o Eskimosach, a ekspozycja w postaci wewnętrznego monologu Deppa o rybach z którymi rozmawia... Przemilczę. Ale później dzieje się tyle, że czapka spada. Depp w sukni ślubnej udaje gęś na deskorolce - Lili Taylor wiesza się na pończosze - Vincent Gallo recytuje w tle chyba "Wściekłego byka" stojąc na krześle - Depp je rękoma płatki śniadaniowe - Bregovic tworzy z jakimś cholernym szamanem...


"Życie jest piękne"


A te Eskimosy nawet ładnie zostają wytłumaczone, i całość nabiera z czasem pełniejszych kształtów. Celowano tu w pewien określony klimat, mieszankę folkowej magii z kinem w stylu "Papierowego książyca" i to osiągnięto. Bardzo szybko pogodziłem się z tymi dziwactwami, zacząłem oczekiwać kolejnych, i za nie lubiłem ten film.

O czym to jest? Chyba o stanie ducha u człowieka, który zaraz będzie musiał wejść na ścieżkę którą podąży do śmierci (wybierze sobie pracę w której utknie na 40 lat) i nie będzie od tego odwrotu, więc jeszcze chce poszaleć, a miesza się to z myślami o przyszłości od której nie można uciec.

Tak myślę. Kozacki film.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/arizona_dream/

niedziela, 26 maja 2013

DZIEŃ ŚWISTAKA

Romantic Comedy & Low Fantasy, 1993


Maraton roku 1993 zaczynam od powtórek ulubionych filmów z tego roku. Nie chcę powtórki z 1998, z którego nadal nie zobaczyłem "Cienkiej czerwonej" oraz "Porachunków". Na start: jeden z najmądrzejszych filmów jakie w życiu widziałem.

Phil Connors (Bill Murray) pracuje w telewizji jako prezenter pogody. Zbliża się 2 lutego i musi po raz czwarty z rzędu pojechać do małego miasteczka w zadupiu Ameryki, by zdać relację na żywo z obchodzonego tam dnia świstaka. Problem polega na tym, że nie cierpi tego, a cały zwyczaj uważa za skończoną głupotę. Skupia się na tym, by przeżyć ten dzień i jak najszybciej wrócić do siebie. Jednak śnieżyca odcina drogę powrotną, a jutro najzwyczajniej w świecie nie nadchodzi. Bohater z nieznanego mu powodu trafia w powtarzalny ciąg dnia świstaka, cały czas przeżywa ten sam dzień, w kółko i w kółko. I tylko on jest tego świadomy, cała reszta świata wygląda dokładnie tak samo każdego kolejnego dnia.

Ton tej opowieści jest niesamowity, bo jednocześnie spójny, zróżnicowany i perfekcyjnie wymierzony. Fundamentem jest obyczaj z sarkastycznym bohaterem - od tej podstawy historia waha się w kierunku surrealizmu, paranoi, komedii, historii miłosnej, czarnego humoru, tragedii i na końcu wrócić do obyczaju. Zawalenie tego było niesamowicie łatwe, ale podołano postanowieniu, wyciskając z tematu wszelkie wariacje i możliwości... z jednym wyjątkiem - tragedią. Reżyser wyraźnie tego unikał, i dobrze! Trzymał się konwencji komediowej, co tylko przysporzyło kolejnych kłopotów, ale tu też dał radę. Wszystkie negatywne lub psychiczne momenty widz otrzymywał przez pryzmat żartu, czasami wręcz ekstremalnego czarnego humoru. Czuć było jednak potrzebę samej historii, by pójść na poważnie w stronę dramy choć raz. I ten moment wybrano bardzo dobrze - tuż przed 3 aktem, i bierze się znikąd. I dlatego tak to dobija.





[spoiler] Bo nagle uderza wtedy ta myśl: ten dzień był cały czas powtórką ostatniego dnia bezdomnego. Na końcu on zawsze umierał, ze starości - nic na to nie można było poradzić - a bohater musiał się nauczyć żyć ze świadomością tego... Porażające [/spoiler]

Miałbym zastrzeżenia do postaci operatora, którego każdy tekst to suchar z jakiegoś powodu, i do kilku innych szczegółów (jak porywa świstaka, tam jest parę błędów). Ale jedynym poważnym błędem który mogę wskazać i obniżyć za niego ocenę jest całkowity brak pauz. Kolejne sekwencje następują po sobie niemal natychmiast, następny dzień zaczyna się w ułamek sekundy później, podczas gdy obraz aż domaga się chwili odpoczynku. Niech scena zacznie się choćby te 10 sekund przed 6 rano, niech widz zacznie odliczać i zastanawiać się: "To nadal ten sam dzień? Może coś się zmieniło?". Niech zacznie mieć nadzieję na zmianę, a może nawet będzie wolał, by bohater musiał go spędzić jeszcze raz, by coś poprawić? Te momenty wycięto z filmu, na czym sporo on traci.

Ale i bez tego widz jest bardzo zaangażowany. Począwszy na pomyśle, który chyba ani wcześniej ani później nie został powtórzony - on sam daje spore pole do rozmyślań. Co też scenarzysta przygotował dla bohatera? Jakie będzie rozwinięcie i zakończenie? Co widz sam by zrobił, jakby wykorzystał ten czas? A potem idzie dalej - widz jest w stanie łatwo zrozumieć depresję bohatera, dlaczego ten zaczyna wariować. Potężny jest moment, w którym po serii trzasków w twarz nastaje nowy dzień, a Rita wita się z Philem jak gdyby nigdy nic. I ta obojętność jest dobijająca. Jej odbicie na twarzy Phila również. Następnie jednak, jest ta część w której kino pomaga widzowi. Pokazuje jak można byłoby spędzić ten dzień, ile on oferuje - o wielu z nich widz na pewno sam nie pomyślał. Scenarzysta zaskakuje tu pomysłowością, spełniając każdą obietnicę, zostawiając widza z tym uczuciem: "Chcę przeżyć taki dzień". Ale jednocześnie uczy, jak wiele trzeba najpierw dać z siebie, jak dużo trzeba nad sobą pracować, by do tego dojść.


8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/groundhog_day/

Najlepszy kawałek z soundtracku - "Phil Gets the Girl".

piątek, 24 maja 2013

OGNIE POLNE

War & Drama, 1959


Ten film wygląda, jakby ktoś kto nigdy nie był na wojnie, usłyszał jak tam było, i stwierdził, że to straszne i trzeba o tym nakręcić film! Ale nie miał zbyt dużych umiejętności, więc wyszło słabo. A do tego zapewne wpierdolił mu się producent z cenzurą, albo i sam reżyser stwierdził, że skoro u niego sceny z krwią wyglądają sztucznie to lepiej je ograniczyć do minimum. A widzowie stwierdzili, że efekt jest artystyczny. Najgorsze jednak, że powstał obraz bardzo nienaturalny i w zasadzie zahaczający o propagandę, bo skupiający się rzucaniem w widza jednego zdania przez cały film - to zdanie jest tu wszystkim, sensem i celem, całą puentą. Skupiono się jedynie na szokowaniu widza, nie po to, by ten uświadomił sobie pewne rzeczy i porozmyślał nad nimi w swoim zakresie po filmie. Nie, twórcy chcieli by oglądający po seansie powtarzał tylko to jedno zdanie w kółko i w kółko jak robot. Wojna jest zuaaaa...

A teraz po kolei - twórcy nie byli zbytnio utalentowani, bo zaczęli film od trwającego dwie minuty monologu, w którym dowódca tłumaczy żołnierzowi, że mają wojnę, że im ciężko na froncie, że wysłał go do szpitala, że on wrócił i wytłumaczył temu dowódcy czemu wrócił, a teraz dowódca to wszystko mu powtarza... Ciekawe czemu. Dno, dno, dno.

Aha, jak chcecie wiedzieć, czemu w Japonii była taka bieda i w ogóle, to... sami się dowiedzcie. W końcu nie chodzi o to, by dzieło filmowe było czymś samowystarczalnym, nie?

Poza tym w filmie jest mnóstwo scen, przez które nie da się w to uwierzyć za grosz. Ot, choćby niezły skądinąd moment, w którym żołnierz idący przez dżunglę znajduje w błocie rozwalone buty... które i tak były w lepszym stanie niż te które ma na nogach. Więc, je zamienia i idzie dalej, swoje buty zostawiając w błocie. Za nim idzie kolejny żołnierz, który znajduje te buty... I tak cztery razy pod rząd. Super, na pewno oni tak szli za sobą. Da się w to uwierzyć, z całą pewnością. To w ogóle nie zalatuje teatrem. Postrzały które nie zostawiają śladu na koszulach, a krew pojawia się dopiero po zmianie ujęcia? Żaden problem. W końcu liczy się to, co chciano powiedzieć. Dobrze, że chociaż jest synchronizacja mowy z ruchem ust, ale bez tego film też by się obył. Miło też, że film jest czarno-biały, bo krew zapewne byłaby zielona.

To nawet nie jest konkretna opowieść, tylko błąkanie się po dżungli, bo "Wojna jest zua" jest tu sensem i celem wszystkiego, i trzeba tym rzucać w widza przez 60 klatek na sekundę. I pokazywanie przypadkowych scen - raz są tu, potem tam, a teraz są razem, a teraz jest sam, znalazł coś... biedni, głodni, kanibalizm, nienaturalne zachowania postaci, bohater z wzrokiem psa, ujęcia na niego rodem z niemego kina + muzyka z Hollywoodzkiego kina lat 30, gdy następowały sceny pocałunku. Wszystko to razem pasuje.

Za dużo sarkazmu. W dwóch słowach: marne kino wojenne którym nie da się przejąć.


5/10.

Zobaczyłem genialną reklamę!

Bardzo rzadko mam okazję do pisania pozytywnych tekstów, muszę więc skorzystać gdy taka się nadarzy. Widziałem w tv parę razy reklamę zapewne banku udzielającego kredytu, i kiedy tylko ją widziałem, byłem zachwycony. Otóż, zaczyna się od męża przeglądającego rzeczy żony. Jest tam spory bałagan i mnóstwo przedmiotów wypada na podłogę. Jedynym rozsądnym wyjściem jest zorganizowanie (pierwszej w historii polskich bloków mieszkaniowych) wyprzedaży garażowej. Żona dowiaduje się o tym wracając do domu i spotykając w windzie kobietę obładowaną rzeczami, które przecież należą do niej! Zapewne okrada wspomnianą panią w windzie, w każdym razie - żona wraca do mieszkania obładowana swoimi gratami. Mąż rzuca jej wymowne spojrzenie, na co żona potulnie: "Zróbmy ten remont". Reklama kończy się ujęciem na szczęśliwą parę w nowym mieszkaniu, w którym jest miejsce na wszystko...

Cudowna filozofia! Wszystko mi pasuje w tej reklamie! Tak właśnie powinny one wyglądać. To było skierowane wyraźnie do mnie, czuję to w paznokciach! Nie ma tu przecież nic obraźliwego lub uwłaczającego, o zwyczajnej głupocie nie wspominając...

Bo nie ma. Już was uspokajam: tak naprawdę to we właściwej reklamie płci są na odwrót względem powyższego tekstu. To żona wyrzuca rzeczy męża, który przez to zgadza się na remont. To kompletnie zmienia postać rzeczy i nie macie z tym problemu, prawda?


PS. I nie wyjeżdżacie mi z tekstem, że reklama jest tam zawsze kierowana do jednej z płci. Ta reklama uwłacza obu w tym samym stopniu.

czwartek, 23 maja 2013

BATMAN (powtórka)

Superhero, 1989


Powtórka po wieluuuu latach... Nie spodobał się. Cóż, przynajmniej będzie pole do dyskusji :)

Dziwnie tak oglądać film o Batmanie i stwierdzić, że Batman, Gotham i Joker to tu jest totalnie zbędne. Tylko Bruce Wayne się liczył dla mnie. To film wyraźnie nastawiony na Wayne'a, i jego życie, konflikt wewnętrzny. Zwróćcie uwagę, kiedy jest wprost powiedziane jaka jest prawdziwa osobowość Batmana - dopiero w drugiej połowie! Wcześniej w ogóle tych dwóch osób nic nie łączy, potem zaczyna się jedynie lekkie sugerowanie. W międzyczasie ważniejsze jest przedstawianie go jako człowieka, jakie ma życie osobiste i jak radzi sobie z własnymi problemami. I takiego Wayne'a to ja rozumiem!

Ale to film mimo wszystko o Batmanie. I wiecie co? Po co on tu jest? Serio, po co? Jakie to zagrożenie wymagało udziału superbohatera? Dwójka drobnych złodziejaszków? Których zresztą nawet nie pokonał, jednego kopnął w brzuch a drugiego tylko nastraszył. Nawet nie zabrał tego co ukradli, by oddać właścicielce. Co za cipa. To może ta akcja w fabryce? Idę o zakład, że gdyby policjanci nie zniknęli pomiędzy ujęciami, to by sobie poradzili sami. Sorry - Batman łapie Jacka (przyszłego Jokera), więc inny przestępca łapie Gordona i każe Gackowi puścić Jacka. Gdzie wtedy byli policjanci, którym Gordon jeszcze ujęcie wcześniej wydawał rozkazy? Jak wygodnie, że zniknęli. Akcja w restauracji? Batman zabrał stamtąd dziewczynę, ale biegł z nią po ulicy, nie walczył z przeciwnikiem. Na dodatek ona nadal była w niebezpieczeństwie następnego dnia, wciąż jej szukali - wystarczyło że zajrzeli do jej mieszkania. Brawo Yeti. To może sam Joker? A co było w nim takiego niesamowitego, że nie mogli go zwykli policjanci zdjąć? To nie tak, jak w "Mrocznym rycerzu", że Joker się ukrywał i trzeba go było najpierw wyśledzić. Gdzie oni w ogóle byli? Znikają podejrzanie wygodnie przez cały film.

Po drugie - sam Joker. Wpadł do płynu, zaczął się śmiać, strzelać do wszystkich, rozdał 20 milionów... Po pierwsze, jeśli chcecie pokazać, co sprawiło że stał się Jokerem, to niech to ma w sobie logikę, a nie rzucajcie randomowym ciągiem zdarzeń licząc na cud (szkoda, że nie wszedł na palmę, spadł na japę, oblał się mlekiem z kokosa i w ten sposób stał się Jokerem). Po drugie: w jaki sposób inni przestępcy za nim poszli? Dlaczego? W TDK Batman był faktycznie problemem dla wszystkich przestępców, a Joker zaoferował, że go zniszczy - dlatego z nim w ogóle pracowali. A u Burtona wszystko dzieje się po prostu samo z siebie. Przede wszystkim: Joker jest kosmicznie żałosny. Cały czas wygląda, jakby starał się być szalony, starał się być śmieszny, dziwny, artystyczny, przerażający przez taką mieszankę. I nic z tego nie działa. Wpuszcza gaz do knajpy, wszyscy mdleją, a on i... trzech innych... wchodzą do środka z bumboksem i chlapią trochę farby wokół, gibiąc się przy tym. E... Obciach? Słowa tego nie oddadzą, trzeba tę żenadę samemu zobaczyć (to przebija dla mnie wszystkie wygłupy aktorów z "Kac Wawa"). I jak taki ktoś jest niby zagrożeniem? Zgoda, coś tam zabija, i ogólnie to chce zniszczyć cały miasto, ale gdzie w tym materiał dla superbohatera? To nie był Joker z "Mrocznego Batmana", uosabiający jakąś nihilistyczną ideę której nie można z niego wytłuc. To jakiś pajac obstawiony przez uber-gejów (nie w znaczeniu orientacji seksualnej...) którym brakuje tylko lateksowych ciuchów - już i tak tańczą na paradzie i cieszą się, jakby byli mocno najarani. Gdzie tu zagrożenie, któremu nie może podołać choćby krawężnikowy?

Film o Batmanie, który nie potrzebuje Batmana. Wiecie, bohatera który robi to bo musi, bo może to czego nie może zrobić nikt inny. Sorry, wszystko mógł zrobić ktoś inny. Dramat wewnętrzny spuszczony w cholerę.

Dodam do tego jeszcze nudne sceny akcji (nie dość, że policja znika gdy trzeba, to jeszcze NIKT tu nie strzela w głowę, choć gdyby tak się stało to 90% konfliktów by się skończyło, w tym wielki Bruce Wayne też by umarł dosyć szybko - wstyd) oraz "hołd" dla ekspresjonizmu, który zazwyczaj nie działa (pierwsza scena - Gacek dwa metry od przestępców i co robi? Zadziera wysoko skrzydła idąc w ich kierunku. UBER GŁUPIE !!)

To tyle z tych najważniejszych przeszkód.


4/10.

poniedziałek, 20 maja 2013

PSIE SERCE (udane!)

Drama & Science Fiction, 1988


138 miejsce wśród najlepszych filmów na RYM. Czarno-biała opowieść o psie, którego zmieniono w człowieka.

Przede wszystkim, film poraża klimatem: ujęcia smutnego ZSRR z początku XX wieku, warunków jakie wtedy panowały i ludzi wtedy żyjących. Miesza się to z narracją z OFF-u w wykonaniu wspomnianego psa, który ma żywot gorszy od ludzi, a widz poznaje to z jego perspektywy. Na dodatek ma on głos kogoś bardzo starego, bardzo zmęczonego, poddanego.

Gdy pojawiają się pozostali bohaterowie - profesor który przeprowadzi zabieg zamiany psa w zwierzęcia, oraz jego przyjaciel - film okazuje się mieć klasę. Po prostu klasę. Bardzo rzadko widuję w kinie ludzi mających tyle godności i zasad których się trzymają. Ostatnio z 2 lata temu, w "Pożegnalnym walcu", tam była postać matki na drugim planie która również... miała klasę.

W "Psim sercu" sprawa jest bardziej skomplikowana, bo to główne postaci, mające więcej czasu ekranowego. Ale dano radę - sposób w jaki się zachowują oraz traktują innych, nawet gdy ci wyjeżdżają z największą głupotą, oni nadal z nimi dyskutują na poziomie. O tym w zasadzie jest cały film: o konflikcie takich ludzi jak profesor z zasadami panującymi w Związku Radzieckim. Zwróćcie uwagę na scenę, w której Szarik był za podzieleniem wszystkiego po równo, co mu profesor odpowiedział. Piękne.:)

Mądry film. Szkoda, że tak nieznacznie rozbudowany.


- O co chodzi, jeśli mogę zapytać?
- O tego psa co pan go w człowieka zmienił!
- A, chodzi o to, że mówił? To nie znaczy, że był już człowiekiem!


7/10
http://rateyourmusic.com/film/собачье_сердце/

niedziela, 19 maja 2013

PARADISE NOW (nudny)

Political Drama, 2005


W Palestynie są smutni, bo Izrael nie chce pozwolić im, by byli wolni. Główny bohater to terrorysta, który tam ma się wysadzić, i o tym jest film. Nagrywa nawet swój dżihad, bardzo emocjonalny i w ogóle, ale kamera tego nie nagrała i musi być powtarzać od początku... Na wstępie w Ale kino! mówili, że to jeden z elementów humorystycznych filmu, dla mnie to było smutne. Nie żałośnie, poruszająco smutne, tylko... no, bohater jest w beznadziejnej sytuacji, chce umrzeć, smutne. Co tu wyjaśniać? Ale jest przy tym też nijakie, banalne i w ogóle do mnie nie przemawiające. Nie zżyłem się z bohaterami i film był mi obojętny.

Poza tym, całość wydaje się strasznie podstawowa. Jakby adresowana do kogoś, kto nie wie o całej sytuacji lub nie ma na jej temat wyrobionego zdania. Wszystko sprowadzone do dosyć prostych elementów. My chcemy wolność, oni nie chcą nam jej dać, my się bum, my do nieba, tu na Ziemia pomoże to w jakiś sposób, my nie wiedzieć jaki. I na końcu jakaś laska rozmawia z bohaterem, uświadamia mu, że tylko da w ten sposób pretekst przeciwnikowi, i może jednak są inne metody walki?... Ta, na tak bardzo podstawowym poziomie to wszystko jest.

Nie poczujecie się, jak w środku owego konfliktu, albo nie poczujecie, że zrozumieliście motywacje bohaterów. Ten film nie opowiada o jego złożoności, lub w jakimś kontekście. Tylko malutki wycinek, sprowadzony do kilku podstawowych instynktów i haseł.

I jest nudny, o.


5/10
http://rateyourmusic.com/film/الجنّة_الآن/

SPEC OPS: THE LINE

Gra akcji, 2012


Nie będę na blogu pisał o grach, niech to będzie jasne. Choćby dlatego, by takie gry jak "Spec Ops: The Line" były wyjątkiem od tej reguły.

Od czasu pierwszej "Mafii" nie poczułem czegoś podobnego podczas grania. Ludzie mogą gadać, że w grach nie chodzi o fabułę lub bohaterów i wiarygodność psychologiczną, ale to zwyczajne brednie. O to zawsze chodziło w każdej dobrej opowieści. Wprawdzie "Spec Ops" nie robi zbyt dobrego wrażenia swoim gameplayem przy pierwszym podejściu: poziomy były tunelowe, czuć konsolą na kilometr, niewidzialne ściany oraz wyraźnie wyznaczona droga którą trzeba przejść. Do tego w kilku momentach narzucone są momenty chodzone, w których gracz tylko naciska klawisz do przodu i tak dobrą minutę, bo nic innego nie może robić. A postaci w tym czasie rozmawiają między sobą, komentują co widzą, dzielą się przemyśleniami... A wiadomo, jak pasjonujące i niezbędne są fabuły w grach komputerowych, prawda?!

To jedno z końcowych stadium głównego bohatera


Słowo daję, gdy grałem w demo i znajomy mnie zapytał, co sądzę, to mogłem srać żarem. Uboga, budżetowa, niewyróżniająca się, wtórna, banalna, nie przynosząca ani trochę satysfakcji. Problem w tym, że potem było już lepiej, a te wszystkie niby nieistotne rozmowy bohaterów były tymi kluczowymi momentami. To fundament, na których wzniesiono potem wszystkie brutalne relacje i szaleńczy obłęd wywołany wojną, poczuciem odpowiedzialności i powracającymi pytaniami... "Czujesz się już jak bohater? Nadal myślisz, że jesteśmy tu, by ich uratować?"

Ten tytuł naprawdę wykorzystuje fakt bycia grą komputerową. Tutaj sceny widziane setki razy w filmach gangsterskich, wojennych lub akcji działają tak, jak nigdy wcześniej. Bo to gracz wybiera, czy pociągnąć za spust. A może odejść... A może się odwrócić? Wciąż przecież może...

Naprawdę można poczuć się żołnierzem. Skąd to wiem? Bo po przebiciu się przez miliard wrogów, miałem dylemat gdy kazano mi kogoś zabić. Tu już był problem. Wydaje się wam banalne, głupie, niezrozumiałe? Musicie więc sami spróbować, poczuć ten moment, w którym kończy się strzelanie do tamtych, bo jeśli ty nie strzelisz pierwszy to oni strzelą do ciebie. W tym momencie zmienił się ciężar odpowiedzialności...
Przy tym wszystkim jest to opowieść niezwykle sugestywna, choć wkraczającym w pewnym momencie w psychodeliczne momenty i wizje... wywołane upałem, piachem?

Spójrzcie na jego twarz!


Najlepsze w tej grze jest to, że nie mówi, jaki masz wybór. Zawsze w grach w której trzeba podjąć decyzję, jest to określone całkiem jasno. Albo to, albo to. Ewentualnie tamto. Tutaj tak nie ma zazwyczaj. Świetne jest też to, że podjęte decyzje nie wpływają na historię ale na to, jak gracz ją odbierze. Jak będzie się czuł z tym co zrobił, jak często będzie wspominał to co zrobił. Ponad to, gra jest przy tym dosyć zróżnicowania, tzn. można podejść do gry 10 ludzi i każda może odebrać to podobnie, ale różniąc się w szczegółach. Wrogowie nie wybiegają z tych samych miejsc, większość lokacji jest dosyć rozległa i można sobie wybrać, skąd i w którą stronę atakować, a na to wróg też reaguje, potrafi się dostosować. Jedna osłona może się sprawdzić teraz, ale jeśli umrzesz i zaczniesz od nowa, wróg inaczej oflankuje i jest ciekawiej. Najbardziej wbiło mi się w pamięć moment, gdy miałem rewolwer tylko z 1 nabojem. Tuż przede mną zawisł helikopter, wyskoczyła z niego banda przeciwników. Zauważyli mnie, a ja mimo podchodów padłem. Restart, tym razem po drodze znalazłem ciało obok którego leżała amunicja do mojej broni. Szybki rajd do barykady, czaję się, a wspomniana grupa z helikoptera.... nie widzi mnie, wbiega więc do budynku obok, zamiast się zacząć rozstawiać wokół mnie. Wprawdzie w owym budynku było ich wiele więcej, i ogólnie to tam była zaplanowana przez twórców akcja, ale takie szczegóły sprawiają, że grałem w grę, a nie oglądałem Let's playa twórców w której coś tam mogę się ruszać.



To jedna z tych gier, o których by mówić trzeba by sporo zdradzić z fabuły. Z drugiej strony - wiem, że mało piszę o takich growych szczegółach, ale to nie jest recenzja.:) W dupie mam ilość pukawek. Zresztą, czemu mielibyście zagrać ze względu na nie? Ta gra oferuje dużo więcej. Są produkcje oferujące lepszy klimat, opowieść lub multiplayer. Ale żadna z tych w które grałem, nie funduje takiego ładunku emocjonalnego, nie wbija się w pamięć tym co gracz zobaczył lub poczuł. Tutaj nawet nie trzeba zbytnio słuchać by poczuć wewnętrzną przemianę u bohaterów. Wystarczy na nich spojrzeć.



9+/10

Na koniec: jedną z głównych ról wykonuje Bruce Boxleitner, czyli John Sheridan z uniwersum "Babylon 5". Poza tym, że wykonuje świetną robotę i ogólnie udało mu się udźwignąć tę niełatwą postać Konrada, mam jedno ale - przez większość czasu jest tylko głosem w słuchawce głównych bohaterów. Słyszałem więc Sheridana, a gdy go w końcu zobaczyłem, nie przypominał go ani o jotę. Dziwnie.

sobota, 18 maja 2013

(powtórka) MROCZNY RYCERZ

Superhero & Thriller, 2008


Krótko. Nawet bez opisu fabuły, tylko moje narzekanie, i niech czytają tylko ci, co film widzieli. To mój trzeci seans, i do tej pory zadawałem sobie pytanie - czemu oceniam to tylko na 7/10? I czemu stawiam finał trylogii ponad środkową część?

Zawsze zauważałem te babole typu "Hej, wyjeźdźmy przez ścianę z banku, na pewno wtopimy się w tłum!", ale jakoś mi nie przeszkadzały - przynajmniej na tyle, by jakoś je wytkać. A co jest większym problemem?

Katastrofalny montaż. Gorszy niż w "TDKR". Tam chociaż było widać wycięte całe partie w których mogły być wyjaśniane dziury fabularnych (skąd Bane wiedział, gdzie jest warsztat Batman, lub jak ten dostał się z więzienia do Gotham). W "TDK" jest tylko wizualny hałas, bałagan, burdel. Jasna cholera, w jednej scenie przeplatają się niby dwa wątki dziejące się jednocześnie, tylko że jeden (przyjęcie u Wayne'a) jest podczas ciemnej nocy, a drugi (sprawdzanie pozostałych celów Jokera) podczas zmroku. I to się przelata - słońce świeci, nie świeci, świeci, nie świeci.

Już wiecie, co musicie zrobić by dostać nominację za montaż.

W "TDKR" chociaż wjechali do tunelu za dnia, a wyjechali 5 sekund później nocą, i tego się już trzymali. Jednak główny mankament montażu jest taki, że wrzucono tutaj WSZYSTKO. Każdy drobny pomysł na coś-tam, każdy element o którym chciano opowiedzieć, każdy zwrot akcji, nawet jeśli na końcu okazywało się, że to wcale nie było potrzebne, tudzież było tego za dużo. Wyszła opowieść pozbawiona skupienia na tym co istotne. Z "TDKR" wycięto chociaż uczciwie 1/3, by film był skupiony. W "TDK" wycięto jakieś większe części scen lub wątków, by wszystkie zachowały się choćby we fragmencie w ostatecznej wersji. I tak jest np. Gordon który umiera, scenę później jednak okazuje się żywy, i wszystko to było cwanym planem tak naprawdę nie wiadomo kogo i czemu służyło. A po środku dano sekundę, by nieprzekonująco pokazać, że jest martwy, 20 sekund na scenę anonimowych policjantów informujących o wszystkim żonę Gordona (a wiem, że to jego żona, bo oglądam ten film trzeci raz), a potem w scenie pościgu co chwila pokazywać milczącego kierowcę furgonetki i jego pomocnika drącego się tylko po to, by bez powodu odciągać uwagę od samego pościgu. Jest też gość znający tożsamość Batmana... tak, było wokół niego sporo zamieszania. Po co to było?

Tu wszystko jest za szybkie, zbyt dużo się dzieje i większość z tego jest zbędna... Ale nie chcę się wgłębiać, bo coś czuję, że moja ulubiona scena z filmu (wybuch szpitala) właśnie była niepotrzebna. Do tego albo Joker albo Two-Face też powinien zostać wycięty, bo ostatecznie nie jest to film o żadnym z nich. Tak, niby jest o Jokerze, ale finałem jest pokonanie Two-Face'a. Pokonanie Jokera było tylko drogą do tego finału. Tak samo jak cała postać Jokera była tylko narzędziem do stworzenia Two-Face'a. Tak, to na pewno nie było w założeniach pierwszych wersji scenariusza, a wynikło w trakcie. I nie zmieniono podstawowych założeń, bo musiało być tu wszystko. Scena po śmierci Rachel, jak Alfred czyta list od niej. W tle na moment migają różne rzeczy, w tym Batman stojący na gruzach, z powiewająca peleryną... Super, ujęcie do zwiastuna, na plakat, na screenshot, wszystko jedno, ale co to robi w gotowym filmie? I takich ujęć jest mnóstwo. Takich wątków pokazanych w skrócie też jest mnóstwo. Dochodzenie Denta, kto jest wtyczką? Hura, masa anonimowych ludzi zalewa ekran, klaszczemy!

Dodać do tego fakt, że film jest naprawę złożony i wiele rzeczy dzieje się równocześnie w kilku miejscach miasta. I montażysta musiał to poprzeplatać, i albo to było niewykonalne albo zawalił robotę. 5 sekund tu, 5 sekund tu, tutaj wkleję wprowadzenie do kolejnego wątku, 5 sekund kontynuujących te drugie 5 sekund, zapowiedź kolejnej sceny, 5 sekund... Jakby ciął to kamieniem, nie ma tu porządku lub płynnego przejścia. Ale też naprawdę wątpię, czy było to w ogóle wykonalne.

Do tego, faktycznie, to ich wyjaśnianie wszystkiego potrafi przeszkadzać. Szczególnie, gdy to Joker analizuje sam siebie, mówiąc o sobie, że jest psem który nie wie co by zrobił gdyby złapał samochód... Tak, wątpię by naprawdę to powiedział. Albo w scenie z łódkami. "Wciąż żyjemy. A to oznacza, że oni nas nie zabili". Super, nigdy bym się tego nie domyślił sam. Właście takie jest cały seans, wyjaśnianie w biegu. Kto wie, może taki znak czasów. Tworzyć szybkie kino wyjaśniające co się da, by wolniejszy widz nie miał problemów z podchwyceniem intrygi i zrozumieniem bohaterów, zachowując wciąż wysokie tempo zdarzeń, dzięki czemu widzowie wybaczą nieprzemyślaną konstrukcję? W każdym razie, to się sprawdziło. Wszędzie.

Nie podobał mi się też sam Batman - bardzo go tu mało, bardzo dużo dzieje się w ciągu dnia, nie jest zbyt heroiczny. Jego walki w ogóle mnie nie jarały, serio. Wyczekiwałem tylko tego, co będzie po nich. A pojedynki z głównymi przeciwnikami... Właściwie ich nie było. Sorry, widziałem jak Batman napierdalał się z Supermanem w "Dark Knight Returns, part 2".

A poza tym to ja bardzo lubię ten film.:)


7/10
http://rateyourmusic.com/film/the_dark_knight/


PS. Najlepszy moment z soundtracku - "Like a Dog Chasing Cars"

piątek, 17 maja 2013

CYRULIK SYBERYJSKI (powtórka)

Melodrama & Romance, 1998


Kiedyś bardzo lubiłem ten film, był u mnie wśród bodaj 200 ulubionych filmów. A po powtórce... to nie jest materiał na trzy godziny seansu.:/ To dosyć prosta miłosna historia, którą kino widziało wiele razy, tylko tutaj zrobiono z niej jeden z najdroższych filmów w kinematografii rosyjskiej. Epicki, rozbudowany, z mnóstwem statystów... A przez pierwsze półtorej godziny zobaczyłem parę gagów na krzyż. Zabawnych i zapadających w pamięć ("I don't give a shit about Mozart", pastowanie podłogi, pijany dowódca), ale... to wszystko? Bite 3 godziny, na które składa się kilka dobrych żartów, a w końcówce kilka dobrych dramatycznie scen (jak wyznania Julii Ormond lub śpiewanie na dworcu) i znakomite zakończenie?...

Sorry, ale nie zgadzam się. Mimo że całość ma tempo i nie odczuwałem w trakcie oglądania, że coś tutaj dorzucono na siłę.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/сибирский_цирюльник/

Typy osobowości (felieton)

Parę dni temu wziąłem udział w czterogodzinnym warsztacie Marcina Cząby dla scenarzystów, pt. "Zrób sobie bohatera, czyli praktyczna metoda pracy na archetypach". Czyli - jakie są główne typy ludzi, skąd się biorą i dokąd prowadzą w zależności od różnych rzeczy.

Słowem wstępu - nie ma to na celu klasyfikować lub obrażać, słowa tu użyte mają na celu przede wszystkim zobrazowanie czyjeś sytuacji umysłowej w taki sposób, by ktoś należący do innej grupy mógł to zrozumieć. W ten sam sposób działa to z przykładami, które są toporne czasami, ale jasne dla wszystkich. A to, jak się okazuje, nie jest łatwe. Ponadto, to co przeczytacie niżej to są tylko moje notatki, skierowane do mnie i w pełni zrozumiałe tylko do mnie. Nie skreślajcie przez to całej metody, bo pan Cząba zrobił to naprawdę znakomicie. Przede wszystkim, o każdym z tych typów opowiadał tak, że było w tym subiektywnego osądu. Dostrzegało się z jego opowiadań, że każdy typ może być i dobry i zły, i sympatyczny i antypatyczny, itd. Wszystko zależy od samego człowieka i jego dojrzałości - to nie wynika z moich notatek, ale też nie przewidziałem, że je opublikuję, choćby w ramach ciekawostki.
Ponadto, Cząba opowiadał o każdym typie po 15-20 minut, podawał mnóstwo przykładów, historii, filmów a nawet humoru które te typy lubią.

A publikuję ten tekst, bo... mnie o to poproszono. Ale też sam zacząłem korzystać w swoich notatkach z tych typów, więc uczciwie będzie dać ten felieton, bym w przyszłości mógł dać odnośnik do niego w razie pytań. Poza tym - ten wykład dał mi zdecydowanie najwięcej, bo nie tylko dodał sporo do tego, jak teraz spoglądam na kino i odbieram je jako sztukę w ogóle, ale też tutaj w końcu w pełni zrozumiałem jedno: ludzie są różni. Pomyślcie nad tym w swoim zakresie.




Jedynka - Stanley Kubrick. Perfekcjonista, który może często myśleć, że coś mógł zrobić lepiej. Jeśli uczucie to zostanie źle ukierunkowane, będzie on uważał, że jest do niczego, bo nie potrafi osiągnąć tego, co sobie wyznaczył. Taka osoba ma krytyka wewnętrznego, domagającego się planowania, progresu. Jedynki dotrzymują słowa, wiele od siebie wymagają, można na nich polegać. Są minimalistami, to ludzie praktyczni. Jeśli chcą coś zrobić, musi mieć to powód i sens. Często kategoryzuje sobie życie, zazwyczaj w drobiazgowy sposób, którego pozostałe numerki nie potrafią pojąć, a często też i zaakceptować.
Jedynki widzą w ludziach funkcję, i to jest dla nich całkowicie normalne, to nie jest obraza. Patrz - kategoryzowanie, praktyczność.
W skrócie - dla jedynki życie musi być uporządkowane.



Szóstki - Kieślowski lub Hitler. Rewolucjoniści, często w znaczeniu negatywnym (tzn. nie walczą o zmianę na lepsze, tylko o zmianę samą w sobie). Mógł w dzieciństwie mieć rodzica który pił, lub w inny sposób był kimś dominującym ("potworem" - Ósemką). Szóstka wybrała walkę z tym potworem, jednak w efekcie potrzebuje wroga przez całe życie, ma go w sobie i potrzebuje konfliktu by normalnie żyć. Dusi się, gdy ktoś narzuca mu jakiekolwiek ograniczenia lub zasady, musi je dla reguły złamać - bunt w każdej formie jest dla niej czymś normalnym, jednak robi to w poczuciu "po co to robić, to nic nie da?". Szóstka ma w sobie lęk, często objawiający się bólem brzucha. Szóstka postrzega życie jako coś dosyć strasznego w pewnym sensie, lubi filmy o końcu świata.
To możliwy pesymista, który tworzy czarne scenariusze, ma problemy z odpoczynkiem.



Czwórki - Amelia lub "W poszukiwaniu straconego czasu". Esteci, romantycy w znaczeniu nie kochanka ale usposobienia. Mają piękno w środku, na podstawie którego budują świat wokół siebie (przeinacza rzeczywistość). Często wspomina przeszłość, bo może wyciągnąć z niej tylko te najlepsze momenty, pomijając to co nie pasuje do jego/jej wizji świata. Koloryzuje świat realny, jej/jego wizja jest spójna, łatwo ją podchwycić i w nią uwierzyć.
Czwórki komunikują się np. ubiorem, ładem wokół siebie. Liczą się bibeloty, które budują klimat. To dla Czwórek słowo kluczowe - klimat.



Dziewiątki - "Zelig" Allena (ale nie pamiętam, którym typem jest sam Allen, chyba jest Piątką), ale też Tusk, Jarek Kaczyński, Obama, Komorowski. Politycy często są Dziewiątkami. Taka osoba była wychowana przez dwie silne osoby (symbolizujące wodę i ogień). Nieważne, co mówiła, to niczego nie zmieniało i traktowaną ją tak samo, więc... nie mówiła nic, po prostu była.
Dziewiątki są dosyć nijakie, banalne, bezkonfliktowe - tak widzi je otoczenie. Bardzo łatwo uciekają od konfliktu, żyją w cieniu, zgadzają się bardzo szybko. Cenią sobie spokój. Intuicyjnie potrafią wyczuć nastrój jaki panuje w pomieszczeniu lub podzielają czyjeś zdanie - dla nich to w pełni normalne, robią tak sami z siebie. Pozostałe cyfry mogą mieć do nich pretensje, że są bierni.
Jeśli opowiesz Dziewiątce o czymś, co ktoś ci zrobił, ona odpowie: "Tacy ludzie są". I nic więcej. Tak Dziewiątka patrzy na świat.
Dziewiątki mogą być zen. "Zielona mila" to film Dziewiątkowy, zresztą aktor grający głównego bohatera, Michael Clarke Duncan, był Dziewiątką.



Dwójki - Altruiści. Gdy dorastał, musiał się zacząć kimś opiekować, i to stało się dla niego/niej wartością samą w sobie. Muszą czuć się niezastąpieni, ale jednocześnie nie chcą wychodzić z cienia. Dążą do "posiadania" kogoś na własność i opiekowania się nim.



Piątka - "Leon Zawodowiec", Da Vinci, Tesla. Gdy był mały, nie miał swojej fizycznej przestrzeni prywatnej, ktoś ciągle ją przekraczał, więc przeniósł swój świat do głowy. Tam żyje wg swoich ideałów, tam je wyznaje.
Piątki są obiektywne. Zamknięte w sobie, ocierają się autyzm, lubią być z tyłu. Dzieci na tyłach klasy czytające książki - to właśnie Piątki. Im wystarczy mieć książkę, w którą mogą się wgłębić, żyć w jej świecie.
Lubią rozkminiać różne rzeczy, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Gdy to rozgryzą, przechodzą po prostu dalej. Im nie zależy, by zarobić na tym lub nawet to rozkminianie dokończyć. Zresztą, gdyby zdobyli uznanie za to, pewnie ludzie zaczęli by się do niej odzywać i pytać, jak to zrobiła, a tego Piątka nie chce. Ceni sobie spokój.



Trójka - wychowana wśród wysokich standardów, nacisku i oczekiwań. Nie pytano jej, jak się czuje, zamiast tego - jakie masz oceny? Wtedy zrozumiała, że może je dostać w inny niż uczciwy sposób. Trójki nagradzano za efekty.
Musi osiągać cokolwiek, ale cały czas. Wierzy wciąż w presję swojego nazwiska. Gdy pokonuje przeszkody, to robi to tak, by inni to widzieli - to właśnie się liczy, nie sam fakt pokonania czegoś. Ważne jest, jak ją postrzegają, nie to kim jest naprawdę.



Siódemka - Piotruś Pan, "Życie jest piękne". Nie umie się związać, tworzy własny świat jako ucieczkę od rzeczywistego. Nie jest odpowiedzialna, posiada niezachwiany optymizm. Musi czuć wolność. Podobnie jak Szóstka, miała potwora wśród rodziców, ale zamiast walczyć z nim, wybrała ucieczkę od niego do wspomnianego własnego świata, i tak właśnie radzi sobie w dorosłym życiu. Nie myśli o konsekwencjach, nie rozumie gdy ktoś ma jej za złe, gdy się spóźni. Siódemki posiadają cudowną umiejętność rozładowywania napięcia.



Ósemka - "Ojciec chrzestny". Musi wygrywać. Walczy o sprawiedliwość - swoją sprawiedliwość. Bezpardonowy szef, nie lubi słabych, rzyga na ich widok.
Walczy, zaciska zęby, uwielbia to. Jedna rzeczywistość - jego rzeczywistość. Archetyp silnego, męskiego faceta.
Jeśli widzicie u kogoś odstawiony i ociekający złotem dom, to jest to dom Ósemki. Budynek mówiący sobą, że starczyło na wszystko.




Ponadto, każdy typ ma dwa inne typy w stronę których zmierza w czasie wyjątkowych chwil (np. wielkiego stresu). Tego nawet nie mam zamiaru tłumaczyć, to tylko ciekawostka, byście mieli świadomość, że istnieje coś takiego. Istnieje również coś takiego jak rodzice wychowujący Ósemkę na Trójkę, i wtedy się robi jeszcze większy kosmos.

1 - 7,4 |||| 2 - 8,4 |||| 3 - 9,6
4 - 2,1 |||| 5 - 8,7 |||| 6 - 9,3
7 - 1,5 |||| 8 - 2,5 |||| 9 - 3,6

czwartek, 16 maja 2013

BROKEBACK MOUNTAIN

Romance & Buddy, 2005


"Buddy" dodałem od siebie. Powinno tam być "Queer Cinema", ale wolę się ograniczać do dwóch gatunków w tym miejscu.

Zachwyca mnie narracja filmowa w ciągu pierwszych 20 minut, jak niewiele tam bohaterowie do siebie mówią, jak reżyser skraca długie tygodnie do zaledwie kilku minut. Jak nie zaprząta sobie głowy drobiazgami w stylu "potrzebujemy ekspozycji!" lub "pokażmy na dole dokładną datę!". Chrzanić to, zamiast tego pokazuje widzowi życie. Dopiero w ciągu ostatnich 30 minut dowiedziałem się, że film zaczyna się w '63 roku, a bohaterowie mają wtedy po jakieś 17-18 lat. Szukali pracy, zostali zatrudnieni do pilnowania stada w górach. Z początku nawet na siebie patrzą, o rozmawianiu nie wspominając.




Parę dni temu zamyśliłem się - kiedy ostatnio widziałem jakieś męskie kino? Jedyne co mi przyszło do głowy to seans "Stary, kocham cię" sprzed czterech lat, chociaż powinienem uwzględnić powtórkę "Die Hard 4" i podobnych. "Brokeback Mountain" to właśnie takie męskie kino. O prawdziwych facetach i ich relacji między sobą, o tym jak się zachowują i co dla nich jest normalne. O tym, jak wygląda to wszystko, gdy są tylko sami ze sobą. Cholera, pierwsze 20 minut to właściwie podręcznik tego, jak facet powinien się zachowywać.

- Twoja harmonijka też nie brzmi najlepiej.
- Bo się trochę spłaszczyła, kiedy klacz mnie zrzuciła.
- Tak? Mówiłeś, że ciebie nie zrzuci.
- Cóż, miała farta.
- Gdybym ja miał farta, to harmonijka też by się rozwaliła.

Jak łatwo taki banalny dialog mógł zostać zepsuty po jednej i drugiej stronie? Mogli zacząć jęczeć, biadolić, skarżyć, wychwalać siebie by zakryć fakt zostania zrzuconym przez konia, mógł przeklinać tego konia i w ogóle strugać chojraka by udowodnić swoją męskość... I tak dalej. A nie ma z tego nic. Klasa, po prostu klasa. I tak przez pierwszą godzinę seansu byłem zaskakiwany, jak wiele jest tu zmian. Bójka nie jest niczym poważnym lub dramatycznym. Rozstanie po 30 minutach filmu? Po prostu rozchodzą. Nie wiem, dlaczego oczekiwałem, że jeden pobiegnie do drugiego czy coś.

Historia jest prosta - 20 lat z życia tych dwojga po tym, jak się rozstali w 1963 roku. Równolegle prowadzone dwie linie fabularne, skupiające się tylko na ich życiu i ich odczuciach względem tego, co się wokół dzieje. Gdzie pracują, z kim zakładają rodziny, jak im się układa w tych nowych formacjach. I to było trochę zbyt proste. Scenarzysta podawał bardzo mało szczegółów z ich późniejszego życia, i szczerze to brakowało mi choćby takich momentów, w których np. Ennis opowiadałby Jackowi o swojej sytuacji z dzieckiem. "Chce ze mną zamieszkać, co być mi radził?".

Obejrzałbym jeszcze kilka takich filmów. Szkoda, że pozostałe z gatunku Queer Cinema są już inne.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/brokeback_mountain/

środa, 15 maja 2013

MÓJ ROWER (miłe!)

Buddy & Drama, 2012

Mimo wszystko, jestem zaskoczony. Tytuł ten wspominany był dosyć często na festiwalu Sctriptfiesty, miało być nawet spotkanie z Trzaskalskim oraz Lepianką (partnerami po fachu, piszącymi wspólnie scenariusze), ale ten pierwszy się nie pojawił, więc tylko Lepiankę widziałem. Fajny gość. Poza tym, mówili o filmie ci co przyszli oraz babka z tvn-u robiąca wykład o loglajnach m.in. na przykładzie właśnie tego filmu. "Tego bardziej ambitnego projektu tvn". Z tego co sobie wykminiłem do tej pory, "bardziej-ambitność" polega chyba na tym, że trzeba włożyć więcej w promocję czegoś niż w jego właściwą produkcję, by koszta się zwróciły.



Do rzeczy - jest dobrze. Scenariusz jest naprawdę znakomity - to jeden z tych przypadków, w których opowieść rozwija się powoli, naturalnie, trzy akty odchodzą na bok, liczy się klimat. Scena pierwsza: dziadek w szpitalu. Scena druga: ojciec z synem zjeżdżają się z Anglii i Berlina by odwiedzić dziadka. Scena trzecia: dowiadują się, że dziadek mieszka sam, bo babcia go opuściła, więc razem we trzech jadą ją odszukać. Tu liczą się relacje. Syn jest trochę mało charakterystyczny, nawet nie wiem jak go opisać, ale ojciec-dziadek to już konkretny konflikt pomiędzy Jedynką i Ósemką (perfekcjonistą oraz silną osobowością zawsze stawiającą na swoim - więcej w felietonie w piątek). Opowieść ma tempo, opowiada o czymś, jest tania, nie nudzi i potrafi zapewnić relaks w dojrzały sposób.

A reszta filmu jest już diametralnie... mniej atrakcyjna. Pierwsze spostrzeżenie dotyczy montażu większości scen dialogowych, które są wręcz oczojebnie poszatkowane. Rozmowa trzech osób, każda mówi na zmianę z inną, krótko i szybko. I za każdym razem jest to ujęcie na tę postać, która akurat mówi. Przeskakuje to o wiele za szybko, oczy bolą od tego, i naprawdę nie znajduję powodu dla którego nie mogli zostawić kamery w spokoju, tylko cały czas podbiegali z nią do aktorów. Jakby stwierdzili, że tym razem postarają się nagrać czysty dźwięk, tylko mikrofon jest za duży i trzeba go jakoś ukryć... Najlepiej poprzez zoom na usta aktora. I może kawałek nosa.



Z dźwiękiem oczywiście nadal są problemy, choć już nie irytujące. Nie ma tu przekrzykiwania się przez traktor, jak to było w "Pokłosiu". Jest za to muzyka głośniejsza od całej reszty. Na słuchawkach nie przeszkadzało mi to zbytnio, ale fakt jest faktem. Scena łowienie ryby - spokojna, do czasu złapania ryby. Gdy tylko ta złapie haczyk, obok mnie teleportuje się Flea i zaczyna grzmocić na bassie, zagłuszając aktorów którzy coś się tam podniecają, że młody pierwszy raz w życiu karasia złapał. Chrzanić ich, nie?

Aktor grający dziadka jest strasznie słaby. Przypominał mi teściową Tommy'ego z "The Room". Serio. W jednej scenie syn mu mówi, że kiedyś nienawidził go tak bardzo, że chciał go zabić. Reakcji na to właściwie brak.Jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje, albo miał na to tak bardzo wyjebane, że nawet nie chciało mu się powiedzieć, że ma na to wyjebane. Nawet jakby powiedział "aha" to już byłoby coś.
Domyślam się, że taki był plan na postać, ale to również minus całego filmu. Postaciom brakuje naturalizmu i subtelności. Artur Żmijewski to dosyć standardowy chłop, wkurzony na wszystko i wszystkich, nie umiejący tego jakoś ukierunkować lub uleczyć. Dobrze. Ale on tak sra żarem co sekundę, że dziwię się, że nie dali mu jeszcze rogów i czerwonej skóry. Jakby obliczali każdą kwestię, by z każdą wychodził na coraz większego dupka.



I najistotniejsze - brakuje tu satysfakcjonującego zakończenia. Jakieś 2/3 filmu zmierza do pewnego obiecującego zakończenia konfliktów między synem i ojcem, wyraźnego przedstawienia ich (o co naprawdę im chodziło, co się wydarzyło, że są dziś jacy są) a następnie katharsis i pogodzenia się. Hej, tego nie ma! Są tylko jakieś szczątki! Artur Żmijewski rozwiódł się, bo... się rozwiódł! A swojego ojca nienawidzi, bo ten raz przyszedł pijany na jego występ! A przestał go nienawidzić, bo... trzeba akceptować innych, bo tak? Co to za bzdury?!
I tak naprawdę nie umiem wskazać jakiegoś wątku, który zakończył się w satysfakcjonujący sposób. Kilka nawet pojawi się z dupy, jak ten dotyczący syna lub psa - ale bez spoilerów już.

Wow. Nie zamierzałem tyle pisać o tym, co tu nie grało. Nie gryzło mnie to prawie w ogóle po seansie. Mimo wszystko, zaakceptowałem film taki jakim jest. Spodobał mi się punkt wyjścia, temat relacji między pokoleniami i pokazywanie, jak ludzie w różnym wieku robią coś razem. Chociażby jadą na tle pięknej Polski, to może wystarczyć. Podobało mi się, że to wszystko dokądś zmierzało, ale wątpię, by to od scenarzysty zależało obecne zakończenie. Pewnie producenci namieszali (przypominam - tvn). Cholernie też polubiłem muzykę w tym filmie, scena jak Urbaniak grał na klarnecie na urodzinach tej dziewczynki - chcę tego posłuchać jeszcze raz. Zdecydowanie. Ale po seansie zostało mi tylko szukanie Benny'ego Goodmana na Spotify.

Czy chcę więcej takiego kina w Polsce? Tak!... a po chwili skorygowałem się: "chcę więcej takich scenariuszy" (plus jakieś tam poprawki w kwestii postaci lub zakończenia). I tego będę się trzymał.


5/10

wtorek, 14 maja 2013

FAILAN (dobre)

Melodrama, 2001


Kang-jae to starzejący się członek mafii. Po tej stronie prawa nie ma emerytury, a odpływ energii, siły oraz charyzmy skutkuje coraz mniejszym szacunkiem od "podwładnych". Bohaterowi coraz trudniej znaleźć sobie miejsce i znosić wszystko z godnością. A potem, jakoś w 1/3 filmu, ktoś puka do drzwi i mówi mu, że jego żona, o której do tej pory nie wspominano ani razu, nie żyje.

Jednym takie tempo i długie wprowadzenie może pasować - mi niekoniecznie. Ale to dobra historia o tym, że dobre uczynki się zwracają. Wszystko to w klimatach typowo Koreańskich, które możecie widzieć w "Oazie" Chang-dong Lee i innych. Kurtki za 5 jenów, niechlujne mieszkania i mnóstwo zmęczonych ludzi żyjących w kącie. Tu wszyscy muszą się napieprzać. Jeśli przed bohaterem ktoś schodzi schodami w dół, to możecie mieć pewność, że otrzyma od niego kopa w nery.
Dzięki tej mentalności i niezafałszowanemu obrazowi ulic, mieszkań i innych, cały film wydaje się bardzo naturalny. I nic tego nie zachwiało, ton opowieści ani razu nie popada w kicz albo chociaż tandetę . Nawet gdy będzie płacz a w tle partie skrzypiec. To spore osiągnięcie.

Trochę przeszkadzało mi tempo i proporcje. Jak wspomniałem, film zaczyna się w jednej trzeciej, i chociaż rozumiem co w ten sposób chciano osiągnąć - można było to trochę skrócić mimo wszystko. Poza tym, nie bardzo lubię ciężkie filmy, które zaczynają się od czegoś smutnego i nieodwracalnego. "Oaza" i pozostałe to wyjątek.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/파이란/

Community, sezon 4 | Podsumowanie

Podobał mi się. To było coś większego dla mnie, zmieniło się nawet w pewien rytuał. Większość odcinków oglądałem po trzy razy - bez napisów, z angielskimi i dopiero później z polskimi, gdy się w końcu pojawiły (do kilku ostatnich nadal ich nie ma). To jedyny sezon, który tak oglądałem, jedyny który w ogóle oglądałem w oryginale przy pierwszym podejściu. Poszło na to trochę energii, i nie została ona zmarnowana mimo wszystko. Dlatego - sezon na plus.



Przede wszystkim - to nadal "Community". Krótsze, z większą ilością słabszych momentów niż zwykle, ale nadal to ten sam serial który pokochałem. Piszę tak, ponieważ dopiero przy oglądaniu czwartego sezonu uzmysłowiłem sobie, jak brzmi jego... hasło? Sens? Przesłanie? By pamiętać, że za każdym żartem stoi coś poważnego, i trzeba uważać, by nie przesadzić. Niby od początku osobiste motywacje bohaterów i ich problemy były przyczyną wielu żartów, ale wcześniej były one rozwiązywane, więc wszystko było w porządku. Shirley godziła się, że mąż odszedł, Abed akceptował, że nie będzie mieć Troya na wyłączność i tak dalej. W czwartym sezonie kilka akcji nie dostało zamknięcia. To o wiele bardziej zapadające w pamięci.

Jeśli kiedyś miałbym stworzyć ranking ulubionych scen, to póki co, miałbym tylko dwie pewne pozycje. Pierwsza to trzyminutowy fragment z 3x16, w którym Annie rozmawia z Annie. Druga - rozmowa Jeffa ze swoim ojcem + finałowa kolacja z rodziną. A kto wie, może to i najlepsza scena w całym serialu? Tego też nie można odebrać temu sezonowi.



Po drugiej stronie... Są tu dwa najsłabsze odcinki dla całej produkcji. Tak, słabsze od dwóch pierwszych odcinków pierwszej serii. Ograne pomysły, wykorzystane już wcześniej schematy (konwencja dokumentu, ktoś coś udaje, Jeff udowadnia, że jednak nie, w końcu wierzy, a on oczywiście udawał...) oraz historie na poziomie Sandlera (do szkoły przybył bogaty student, więc by go tu zatrzymać studenci robią co tylko on zechce, hańbiąc się tym, by na końcu stwierdzić, że to pierdolą i już - a student na to: "Wow, tego wcześniej nie widziałem. W innych szkołach robią, co chcę, bo mam kasę, a tu jaki siuprajz! Zostaję". I więcej go w serialu nie widziałem...).
Co więcej, we wszystkich 13 odcinkach twórcy mieli problem by dać to, co było charakterystyczne dla serialu, czyli kompletne i zwariowane relacje między wszystkimi 7 bohaterami jednocześnie. Tutaj wyraźnie skupiono się na Jeffie, Annie, Troyu, tam z tyłu jest Abed... reszta jeszcze dalej z tyłu. A Pierce w większości odcinków w ogóle się nie pokazuje.:/ Gdzie sceny takie jak ta?


Poza tym, sami bohaterowie się nieco zmienili. Szczególnie to widać w odcinku, w którym Troy i Abed zamieniają się ciałami. Abed w wykonaniu Donalda Glovera jest bardziej tym Abedem sprzed lat. Do tego dopiszę jeszcze takie niekonkrety jak "niewykorzystany potencjał" oraz "nieco słabszy żart", i przejdę do kolejnego punktu.

Czyli 5 sezonu, który jednak powstanie. Jeśli wróciliby do wcześniejszego poziomu, to jestem za. Ale czy chociaż wierzę, że to możliwe? Bo opcji i tematów jest mnóstwo. Ten gigantyczny robot, dziewczyna Abeda, problemy Deana, Shirley i Andre, Annie i Jeff, druga linia czasowa... Tak, wiem, fabuła w serialu komediowym, co ja sobie myślę. Ale taka jest prawda. "Community" nie jest może serialem całościowym, ale jest tu nacisk na fabułę. Szczególnie w trzecim sezonie, gdzie większość odcinków tworzyła pewne grupy. Z jednej strony czuję, że trzeba tu wiele dopowiedzieć, a następnie to zamknąć, więc piąty sezon wydaje się... obowiązkowy. Zapewne i tak by wyszedł, bo fani by się zrzucili.
Ale czwarty sezon był tak chaotyczny, tak nieposkładany i niespójny, tak olewający wcześniejsze wątki i niezamykający tych, które sam zaczął (Jeff pożegnał się z ojcem... i koniec?), że nie liczę na coś satysfakcjonującego. Albo inaczej - nie liczę na coś, co mogłoby udźwignąć jakiekolwiek oczekiwania.

Tak czy siak, czwarty sezon to już historia, którą wspominam pozytywnie.


1. Sezon III - 8,5/10
2. Sezon I - 8/10
3. Sezon II - 8/10
4. Sezon IV - 7/10

poniedziałek, 13 maja 2013

ZAPĘTLENI (wymaga czasu)

Satire & Comedy, 2009


Malcolm Tucker: You say nothing, okay? You stay detached. Otherwise that's what I'll do to your retinas.
Simon Foster: Right, can I go to bed now, please?
Malcolm Tucker: No, no, no, no. We are gonna stay here, and you are gonna rehearse saying nothing.
Simon Foster: Am I being tortured?

Malcolm Tucker: Have you ever even actually killed anybody? Really?
Lt. Gen. George Miller: Yeah.
Malcolm Tucker: Falling asleep on someone, that doesn't count!

Lt. Gen. George Miller: I'm a voracious reader. I'm the Gore Vidal of the Pentagon.
Karen Clarke: Gore's gay.
Lt. Gen. George Miller: No, he's not!
Karen Clarke: I beg to differ, but...
Lt. Gen. George Miller: He's gay? 'Cause I've been saying that Gore Vidal line.
Karen Clarke: He is gay.
Lt. Gen. George Miller: [pause] Guess I'd better stop saying that then.

I mój faworyt!
Linton Barwick: This is the Future Planning Committee.
Karen Clarke: Well, unofficially, it is called the War Committee.
Linton Barwick: Well, Karen, unofficially, we can call anything whatever we want. I mean, unofficially, this is a shoe, but it's not, Karen, it is a glass of water. And this is the Future Planning Committee.
Lt. Gen. George Miller: Well, unofficially, this appears to be bullshit.


Cholernie dziwny film. Nikt tu się nie śmieje, każda z pozoru śmieszna kwestia ma na celu kogoś obrazić lub wyrazić gniew, wszyscy na siebie plują i drą ryja. Wszyscy są tylko poddenerwowani, kopią pod sobą nawzajem dołek... To nieco nużące z początku, przynajmniej dla mnie. Nie mogłem się w to wkręcić, nie znajdowałem tekstów które mnie bardziej śmieszą - lub chociaż w ogóle. Nie pomaga zdecydowanie fakt, że przekroczono tu linię, gdy to gagi wynikają z fabuły. Różne losowe żarty szybko zaczęły przeważać nad tymi, które były sensowne i tematyczne, traciłem zwyczajnie wątek. Często widziałem po prostu ludzi wrzucających sobie nawzajem, bo... przeklinanie jest fajne, right?!

Szczerze to nie wiem, w którym momencie się w to wkręciłem, ale do tego doszło. Na pewno od połowy, każdy żart jakoś do mnie trafiał. Na pewno film działa jako satyra na życie polityka, w którym wyborcy w ogóle nie mają miejsca, a między sobą zachowują się tak niepolitycznie jak tylko się da. Całe to czepianie się publicznie każdego słowa, pogrążanie się w metaforach które cholera wie co znaczą, ale trzeba jednak je wyjaśnić... Pamiętacie Komorowskiego który u Obamy gadał o polowaniu na jelenia?

Nie wiem, w ocenie próbuję jakoś to obiektywnie pogodzić - słaby początek ze świetną zabawą której doświadczyłem w drugiej połowie. Powinienem dać te pół punktu więcej, gdybym nie miał oporów, by obejrzeć początek jeszcze raz. Ale jednak mam.


6,5/10
http://rateyourmusic.com/film/in_the_loop/

niedziela, 12 maja 2013

ZAWIESZONY KROK BOCIANA (zrobiłem napisy pl)

Drama, 1991


 Krótko będzie, bo seans miałem trochę taki sobie w związku z bawieniem się napisami, ale o tym niżej. Co do filmu - opowiada o granicach, tych między krajami, ale w sposób metaforyczny, dochodząc w ten sposób na wyższy poziom zagadnienia. To już sami musicie obejrzeć, bo fabularnie jest on bardzo złożony i dopiero na koniec wszystkie elementy łączą się w całość. Od początku widz słyszy "How does one leave?", przebija się w to w trakcie seansu kilkukrotnie, ale dopiero po półtorej godzinie wyjaśnia się, kogo to dotyczy.


To film, który spodobałby się Maciejowi Ślesickiemu. On lubi kino "nasze", mające coś do zaoferowania innym krajom w swoich filmach. W tym wypadku - swoją historię. Konflikt na granicy Albanii i Grecji, wiecie coś o tym? A to tak istotny temat, że wrócił 7 lat później w filmie "Wieczność i jeden dzień". Do tego opowiedziany w taki sposób, że nabrał wymiaru uniwersalnego. Mogłem się wczuć i zrozumieć każdy aspekt tematu, choć nigdy wcześniej o tym nie myślałem w żaden sposób.

Tak sobie myślę, że kino Angelopoulosa w ogóle to trochę jak wejście w umysł Piątki... więcej o tym w felietonie w piątek.

Plus bardzo dobry tytuł.


7/10
http://rateyourmusic.com/film/το_μετεωρο_βημα_του_πελαργου/


Na początek napiszę o napisach, bo tu mam kilka uwag i zastrzeżeń.

1) Tłumaczyłem z angielskiego
2) Mimo, że wykorzystałem napisy będące razem z filmem, nie były one całkowicie zsynchronizowane (!) i część musiałem zsynchronizować na własną rękę (ok. 30%, z czego większość przesuwałem o sekundę)
3) Kolejna część dialogów nie miała swoich napisów. Jeśli słyszycie, że ktoś tam gada z offu po grecku, a na dole nie ma napisów - tak było w oryginale.
4) Wszystkie dialogi po angielsku również nie mają swoich napisów. Nie umiem sam dorabiać napisów, więc znowu zostawiłem jak było. Na pocieszenie dodam, że takie dialogi są góra trzy, i wszystkie sam zrozumiałem, więc wy też dacie radę.
5) To nadal nie są jakieś super napisy. Ich główna zaleta polega na tym, że są. I można obejrzeć po polsku. Nie liczcie ani nie oczekujcie niczego więcej.


http://www.sendspace.pl/file/482b57f249598e81403cd96 (link już nie działa, i nie będę miał w najbliższym czasie możliwości by znowu podać wam napisy, bo ich nie posiadam na obecnym komputerze...)

Community, sezon 4 | odcinki 9-13

4x09 "Intro To Felt Surrogacy" - 8+/10

Bohaterowie siedzą przy stole od kilku dni w ciszy. Dean postanawia im pomóc przy pomocy kukiełek, które pozwolą im mówić gdy nie będą mogli mówić wprost. Akcja cofa się w czasie, a bohaterowie zmieniają się w pacynki.

Hołd dla Muppetów, liczne mrugnięcia okiem (m.in. do "Lost") sporo humoru, piosenki oraz... dramat jako katharsiss, potrzebne by żyć dalej w uśmiechu. I Dean, którego w tym odcinku pokazują jako tego, który pomaga innym, ale ze swoimi problemami musi sobie radzić sam... Właśnie, on też ma problemy! Do tej pory to były tylko zabawne i dziwne rzeczy, ale jakby wziąć je na poważnie, co też właśnie zrobiono... Taki skromny ruch, a jak wiele zmienia.



4x10 "Intro to Knots" - 7/10

Bo skoro śnieg leży do kwietnia, to i można emitować odcinek świąteczny. Wszechświat jest za "Community"!!

Ale poza bardzo miłym mastershotem na początku, liczącym sobie ponad 2 minuty (w ogóle zdjęcia w tym odcinku były bardzo dobre), to nie mam za wiele dobrego tu do powiedzenia. Żart był w porządku, mój faworyt to Troy mówiący z przerażeniem o swoim nauczycielu "Zna moje imię" - obejrzycie to zrozumiecie.;-)

Nie wiem, gdyby był wcześniej jakiś wstęp dla tego nauczyciela, ale on ledwo się pojawiał, i nic z tego nie było warte wspomnienia wśród moich notatek - a grał go cholerny Malcolm McDowell! Tutaj wychodzą na wierzch jego problemy... ale to kompletnie znikąd, taki wymuszony dramatyzm.

Poza tym trochę tego świątecznego klimatu, więc ocena wyższa.



4x11 "Basic Human Anatomy" - 7+/10

Pierce przydaje się na coś, plus. Britta jest ładna, plus. Duet Annie & Shirley mówi to samo, są zabawni, plus. Jeff nauczył mnie mówić "Nie", plus. Troy i Abed zamieniają się miejscami. Wiecie, w stylu "Freaky Friday". Wynikają z tego żarty w stylu zaglądania dla pewności do spodni, ale samo patrzenie na nich jak udają siebie nawzajem jest cholernie rozbrajające.

Na końcu wyjaśnia się, po co się zamienili. Poważna sprawa. Wielki plus.

Scena po napisach, z robieniem wpadek i ganieniem się nawzajem za robienie tego ponownie - też plus.



4x12 "Heroic Origins" - 7+/10

Czyli pół wielkiego finału - co sprawiło, że znaleźli się 4 lata temu na tym uniwersytecie? Może to przeznaczenie? Temat może nie wykorzystany jakoś nadzwyczaj dobrze + kilka wymuszonych momentów, na czele z Abedem uświadamiających sobie, że jest villianem. Ale to jednak dobry odcinek, celnie wykorzystujący te postaci i pozostawiający w przekonaniu, że ten epizod był planowany od samego początku serialu.

Plus morał z "Blizny" Kiedisa, czyli: może i były chuje muje z nas, ale to doprowadziło nas do chwili obecnej, więc jesteśmy dumni z tego, zaakceptujmy to.



4x13 "Advanced Introduction to Finality" - 7/10

 Jeff kończy naukę, wraca do zawodu adwokata, ale zanim to nastąpi - Zły Jeff wkracza do akcji. I powiem tak: fani "Community" którzy akceptują co się stało z tym serialem wraz z trzecim sezonem, będą usatysfakcjonowani, docenią co trzeba, ale... tylko oni. Zbyt wysokie tempo, bugi w scenariuszu, głupie rozwiązania kilku scen, a na koniec jeszcze odwołania do innych filmów które są chyba tylko po to, by pochwalić się, że widziało się te inne filmy. Nawet ja czuję braki w takim zakończeniu wszystkiego. Tak na serio to poprzedni odcinek byłby lepszym zakończeniem. Tutaj tylko kończy się historia Jeffa oraz Pierce'a, ale z doskoku. Cała reszta postaci jest właściwie zapomniana, a potencjał niewykorzystany. Leci niby ta muzyczka, niby widać jakiś zarys fabuły który niby mógł starczyć na epickie, trwające półtorej godziny zakończenie. Widać starania zmieszczenia tego w 20 minut... ale nawet jak to ledwo akceptuję. Serio.

sobota, 11 maja 2013

PANACEUM (Side Effect)

Psychological Thriller & Legal Drama, 2013


What if a woman kills her husband and doesn't remember that by the drugs?*

Niesamowity film. Tutaj wszystko jest perfekcyjne. Pamiętacie jak pisałem przy okazji "Bogów i potworów" o płynności narracyjnej? "Panaceum" też to ma. Pieruńsko płynny, spójny obraz - do tego stopnia, że wydaje się niemożliwy. Ale fakt jest faktem - co do szczegółu. Mąż wychodzi z więzienia po 4 latach. Seks nie wychodzi, on jeszcze nie zarabia, byli wcześniej małżeństwem tylko przez rok. Żonie powoli odbija -> poznajemy jej historię medyczną -> poznajemy jej lekarza. Droga przez kolejne leki o różnym stopniu działania. Nie ma tu żadnych aktów, wprowadzenia, tylko zwykłe życie bez udziwnień.

Tzn. akty są, ale dostrzega się je dopiero po spojrzeniu z dystansu, więc na jedno wychodzi.

Wszystkie te stany emocjonalne rozłożone są w czasie perfekcyjnie, mnóstwo scen na tzn. podparcie ich. Scena w łazience w pracy, na przyjęciu. Potem bezkonfliktowo, na przestrzeni dobrych 15 minut ciężar narracyjny zostaje przeniesiony na lekarza - on okazuje się być głównym bohaterem! To on może zostać oskarżony o podanie pacjentce leku, przez który ta zabiła swojego męża, nie będąc tego świadoma. On zaczyna tu ryzykować swoją relacją z pewną samotną matką, on tu ryzykuje swoją karierą. Niesamowita jest ta narracja. Scenariusz do jakiejś 60 minuty wydaje się być 10/10, postarano się o każdy szczegół który pozwolił jakoś nadać wiarygodności każdemu wątkowi. Martin próbujący z nową pracą? Nie widać w tej kwestii nic, tylko kilka zdań, rzucone gdzieś z tyłu w trzech scenach - ale to po prostu wystarczyło, bym uwierzył, że tam naprawdę mogło coś sensownego się wydarzyć. Mógł zacząć zarabiać, mogło być lepiej. Mogło być po staremu. A to już z kolei jest bardzo istotne dla ogólnego wymiaru filmu, jego głównego wątku.


I co się wtedy dzieje? Nic, bo to się zaczęło na samym początku. Film jest zbyt skondensowany, zbyt konkretny, nie ma tu ani jednej pauzy, a akcja zapierdala jak z karabinu. I to nie jest przenośnia. Zauważyłem to już na samym początku, gdy minęła trzecia scena i odczułem pośpiech. Spojrzałem na czas - minęły 4 minuty. Trzy sceny w cztery minuty, a pierwsze dwie to czołówka i opening. Nie ogarniam. I to nie przestaje, tylko trwa i trwa. Nie ma tu takiej sceny, w której bohater np. wchodzi do wielkiej hali, ogarnia ją wzrokiem, a potem musi przejść kawałek by dojść gdzie zamierzał - do samolotu który stał po środku hali. Nie ma tu przerwy na papierosa na klatce schodowej. Nie ma tu tempa "Lotu". W "Panaceum" ludzie cały czas gadają. Nawet gdy jest przejście do kolejnej sceny, czyli np. ujęcie na jakiś budynek, już wtedy widz słyszy dialog z kolejnej sceny, lecący z offu. Dialog za dialogiem, zero przerwy, pauzy, czego-kurwa-kolwiek. Gdyby wyciąć z tego filmu, trwającego 105 minut, wszystkie momenty ciszy, to by i tak trwał z 95 minut. Nie jestem wariatem, nie sprawdzałem tego, mówię tylko, że na to wygląda.

Cięcie, dialog, cięcie, dialog + dialog w trakcie cięcia. I nie wiem, kogo winić za taki stan rzeczy, bo zarówno reżyseria jak i montaż wydają się genialne. Każda sekunda którą zobaczyłem wyglądała jak kawałek układanki, który znalazł swoje miejsce - pamiętacie z początku, płynność obrazu. Cholera, ma nawet klamrę! Zapewne więc muszę winić tego, kto wymyślił koncept. Za szybko dla mnie. Za szybko.

A wracając do istotnych kwestii - fabuła daje radę. Pod koniec jedna postać była dla mnie zbyt naiwna, do tego przy zakończeniu wyraźnie sobie odpuszczono i perfekcję z początku zastąpiono uczuciem "po prostu to zamknijmy już". Choć nadal jest satysfakcjonujące, odważne oraz zdecydowane. Gdyby skończyło się inaczej - tej historii brakowałoby jaj. Ale jest tak jest - dosadna, porywcza i realistyczna. Można się wczuć w bohatera, któremu ktoś zaczyna robić koło pióra i on teraz musi sobie z tym radzić. Tak, by nie oszaleć po drodze. O tym zawsze warto obejrzeć film, szczególnie gdy reżyser po drodze nie stara się wkurzyć mnie światem który nagle z dnia na dzień zaczyna traktować bohatera jak kawał gówna, a on jest przecież taki słodki i niewinny... Nie, to nie Spielberg.:) To Soderbergh, o wiele dojrzalszy reżyser.



7/10
http://rateyourmusic.com/film/side_effects_f1/
*pozdrawiam Pilar Alessandrę. Tylko 0,0001% ludzi złapie ten żart.:)

Community, sezon 4 | odcinki 5-8

4x05 "Cooperative Escapism in Familial Relations" - 9/10

Jebać wszystko poza wątkiem Jeffa, który podczas święta dziękczynienia jedzie do domu swojego ojca, by go w końcu poznać. Reszta jest taka sobie, ale czy to naprawdę ma jakieś znaczenie? Dla kogolwiek?

Czołówka kina dialogu, stawienia czoła przeszłości i najważniejsze - powiedzenie prawdy własnej rodzinie, starszemu człowiekowi, o tym jak to wszystko naprawdę wyglądało. Od tych scen bije taka szczerość i odwaga, że w porównaniu z nimi końcówka "Na wschód od Edenu" może trącić fałszem. Tylu lat nie da się przekreślić. Nie naprawdę. Prawda ponad wszystko? Zgadzam się całkowicie!

Plus piękne zakończenie z rodziną Jeffa i Abedem liczącym na to, że zrobią "Die Hard" na Boże Narodzenie.



4x06 "Advanced Documentary Filmmaking" - 5/10 (oglądałem tylko raz w całości)

Fucking hate this episode? W sumie, mógłbym tak napisać. Serio. Akcja wraca do Changa, który twierdzi, że ma amnezję. Abed robi o tym dokument, Jeff stara się udowodnić, że on tylko udaje... TAK, WCALE NIE BYŁO TEGO WCZEŚNIEJ, RACJA? Łącznie z zakończeniem.



4x07 "Economics of Marine Biology" - 5/10 (oglądałem tylko raz w całości)

Od tego odcinka bije tak wielka potrzeba podlizania się szerszej widowni, by zyskać większą oglądalność, że to aż boli. Postaci, które robią nie to, do czego zostały stworzone, hańbią się i w ogóle.

Fabularnie chodzi o to, że Greendale ma szansę zyskać bogatego studenta i skaczą wokół niego, spełniając wszystkie jego zachcianki. Tak, ciekawe jak to się skończy, nie? Poziom komedii z Sandlerem. Podobny poziom humoru.

To co ratuje ten odcinek to Pierce i Jeff, którzy razem poszli do zakładu, golą się, gadają, a na koniec Jeff stwierdza, że Pierce jest w porządku i byłoby miło, gdyby go lepiej inni traktowali. Piękne. Ale to tylko kilka minut z odcinka.



4x08 "Herstory of Dance" - 6/10

Pierwsza połowa jest taka sobie. Poziom poprzedniego odcinka. Dean wystawia jedną imprezę, Britta pod wpływem impulsu (śmiali się z niej) wystawia drugą, zapowiadając, że będzie tam pewna piosenkarka.

Ale druga cześć odcinka to "Community" w najlepszej formie! Pierce robi coś dobrego, Jeff rozumie swój błąd, Brittę w końcu spotyka coś szczęśliwego a Abed spotyka miłą dziewczynę.

I najlepszy żart od dawna - wiecie, ilekroć oglądacie np. film zombie to zastanawiacie się, czemu bohaterowie zachowują się tak, jakby sami nigdy nie oglądali filmu zombie? Tutaj Abed zachowuje się podobnie, ale właśnie przez to, że oglądał podobną sytuację w telewizji.

Uwielbiam też, jak Annie z Shirley dochodzą w tym samym czasie, że Abed poszedł na podwójną randkę. ;-)

piątek, 10 maja 2013

Community, sezon 4 | odcinki 1-4

"Community" prawdopodobnie się zakończyło... Chociaż nie zobaczyłem tego dużego roboto-pająka, więc może będzie spin-off... Z tej okazji - co myślę o każdym z odcinków ostatniej serii, w formie 3 notatek + kilka słów pożegnania na koniec.


4x01 "History 101" - 8/10

Tu nic nie napiszę, bo wszystkie uwagi zawarłem w notce którą opublikowałem z okazji premiery 4 sezonu.


4x02 "Paranormal Parentage" - 8/10

Odcinek Halloweenowy. Emitowany w Walentynki. Community!!

Straszny dom? Jest. Oryginalnie ustrojony, bez żadnych pajęczyn i strasznych rzeźb? Jest. Ciekawy wstęp do historii? Jest. Logicznie wszystko uzasadnione? Jest. Mnóstwo żartów, które doprowadziły do dramatycznego wyjaśnienia? Oj tak. Powraca brat Pierce'a, który nie do końca sobie radzi, a jego dotychczasowe życie w cieniu tyrana wyskakuje całkowicie znikąd.
Najlepszy moment: Pierce doklejający zdjęcie Gilberta do portretu rodzinnego. Mogliście to przegapić, sam zauważyłem to przy trzecim seansie, i trwa tylko półtorej sekundy. Ale czy trzeba było coś więcej?

A poza tym - grupa porozumiewająca się krzykami, Abed mówiący "This is the greatest thing that has ever happened to me" gdy odkrył tajemne przejście, Troy bawiący się na huśtawce, Britta przebrana za szynkę, Annie bez makijażu...



4x03 "Conventions of Space and Time" - 7/10.
Poziom nieco spadł. Ale to nadal satysfakcjonujący odcinek "Community". Jest weekend i bohaterowie udają się na InspektorCon... Nie ma jakoś wiele do zapamiętania lub do śmiania. Są oczywiście takie epizody, ale generalnie odcinek nie budził mojego entuzjazmu. Ale ostatecznie - dostaję to co chciałem i oczekiwałem. Wątek Annie i Jeffa to tona kjutności - macie wątpliwości, czy Jeff jest kozakiem? Został oblany przez dwie dziewczyny i publicznie zlinczowany, a i tak wyszedł z twarzą z tej sytuacji. Troy i Britta szarżują w swoich rolach, Abed zostaje zamknięty w pewnej budce telefonicznej, ale "po raz pierwszy w mojej długiej historii bycia zamykanym w różnych pomieszczeniach tym razem miałem pewność, że ktoś przyjdzie i mnie wypuści". I tyle.

A potem budzę się o 3 w nocy i stwierdzam, że to jedne z najsmutniejszych kwestii jakie w życiu usłyszałem. Poważnie, pomyślcie nad tym zdaniem, co musiało się stać by ją wypowiedział...

I chciałbym, by Pierce znowu miał moment fajności. Wiecie, jak w I sezonie wyrzucił tę antenkę na uszy, mówiąc że powinno się słyszeć tylko tych którzy są ciebie najbliżej ("to ci, którzy cię kochają"). Albo w drugim odcinku świątecznym, gdy przyznał na koniec, że został nie tylko ze względu na ciasteczka. Niech będzie nadal gburem, ale dajcie mu też jakiś pozytywny moment.


Well, I just went upstairs and saw your room. Saw the two robes, the two coffee cups, one with lipstick, one without. And I saw actual hair that looked a lot like mine on my side of the sink, so I have some questions. First one, is that actually my hair, and - if so, did it fall out naturally? Because if it did, you need to tell me right now, 'cause I have to call science. Also, what the hell is going on?


4x04 "Alternative History of the German Invasion" - 7+/10
Póki co, mój ulubiony odcinek, którego nie mogę ocenić wyżej. Fabuła w skrócie to niesnaski z Niemcami, którzy ze zwykłej złośliwości zajmują salę w której od trzech lat uczyli się bohaterowie serialu. Okazuje się, że poza nią w Greendale nie ma równie dobrych sal ("wyglądają jak z filmu Aronofsky'ego"). Konflikt się więc zaostrza.

Trudno tego nie lubić. Swoje trzy chwile ma każda z trzecioplanowych postaci z wyjątkiem Neila. Vicki, Leonard, ten dziwny gość po wojsku. Greendale znowu jest miejscem nauki. Wielki żart czwartej ściany - okazuje się, że wydarzenia które rozgrywały się wewnątrz sali wcale nie były oddzielnym wszechświatem, reszta studentów widziała co się tam działo i czekała, aż zwolnią salę. Przez trzy lata. Bo to w końcu... sala do nauki. Tego się niespodziewałem. Podobnie jak wszystkich tych złożonych żartów, z koszulką "SS" na czele.

Zakończenie bardzo mi się podoba... i jednocześnie jest "takie se". Fajnie, że to naprawili i w ogóle wzięli się do roboty, ale... to nie powinna być działka dziekana i innych, żeby Uniwersytet był zdatny do użytku, by nie było szopów w wentylacji i tak dalej? Musieli studenci się tym zająć? Wszystko poza tym jest w pośpiechu, aktorzy machnęli kilka razy pędzlem po ścianie i koniec ujęcia. Żadnego końcowego słowa z Niemcami, żadnego porozumieniami z Garrettem i resztą. Po prostu... pomalowali i już jest elo. TBC?

Tekst odcinka - Dean Pelton: "(...) here at Greendale, that is a big, fat no-no."

A Allison Brie coraz rzadziej wygląda na Annie.

czwartek, 9 maja 2013

INTERVIEW (powtórka)

Mumblecore, 2007


Rodzynek, który wpadł mi w oko 5 lat temu (...ILE?!), wysoko oceniłem a potem miło go wspominałem, ale ilekroć chciałem go sobie powtórzyć to dziwiłem się, że nie trafił na rynek dvd. Pojawił się w kinach, ledwo trzy osoby w Polsce go zauważyły, i film przepadł w pamięci ludzi. Na RYM jest na miejscu 181 wśród mających premierę w 2007 roku.

Historia zaczyna się w restauracji, w której dziennikarz Pierre czeka na aktorkę Katyę, by przeprowadzić z nią wywiad. Spotkanie kończy się błyskawicznie - on jest kompletnie nie zainteresowany osobą, nt której powinien przecież wiedzieć cokolwiek, a ona irytuje brakiem koncentracji. Z wywiadu nici, szef będzie wściekły. Chwilę później jednak Pierre zostaje ranny w głowę, a Katya zabiera go do swojego mieszkania niedaleko, by go opatrzyć.



To co lubię w tym filmie to spontaniczność, naturalność, żywiołowość - nie ma tu niczego w stylu przygotowania, wprowadzenia. Wszystko rozgrywa się w czasie rzeczywistym, i nic nie zapowiada tego, w co się ta fabuła rozwinie. Film po prostu się toczy, w przyjemny i zaskakujący sposób. Bohaterowie zaczynają pić, rozmawiać, denerwować się nawzajem, lubić, popadają ze skrajności w skrajność, w jednej chwili tańczą przytuleni do siebie, w drugiej ona rzuca się na niego z pazurami. Ich relacja jest wielkim magnesem - nie wiedziałem, co się zaraz stanie, ani na czym to się zatrzyma.

O nich powinni nakręcić kontynuację kurwa. Nie o tych tchórzach z "Przed wschodem zachodu słońca o północy". Taka myśl, bo zakończenie (z twistem, warto dodać) wcale nie stawia sprawy jasno. Między nimi narosło tyle uczuć: napięcia seksualnego i dramatycznego, chemii, nienawiści, zaufania, swobody i nieufności... Tak, chciałbym zobaczyć sequel o tych dwojgu.

To chyba tyle. Lubię klimat tego filmu, minimalizm muzyki i pracę kamery dzięki której całość nie ogląda się jak sztuki teatralnej. Ilekroć bohaterowie są blisko, czuć ich bliskość. Ilekroć ona idzie na drugi koniec pomieszczenia, czuć odległość między nimi, i można skupić się na tym co robią oddzielnie.


7/10. Było 8+/10.
http://rateyourmusic.com/film/interview/


PS. Film dorobił się w międzyczasie polskiego tytułu: "Rozmowy z gwiazdą". Po co komu wieloznaczny tytuł...
PS2. Gatunek mumblecore dodałem od siebie, choć nie znalazłem nigdzie by ten tytuł był tak klasyfikowany. To kino dialogu, a "mumblecore" pasuje do tego.

wtorek, 7 maja 2013

DŁUGI POSTÓJ NA PARK AVENUE (niezły)

Crime & New Hollywood, 1974


Możecie kojarzyć remake tego filmu, "Metro strachu" z 2009 roku. Pie**** amerkańce wszystko muszą zrimejkować w tym holyłód!!1

Założenia są te same - wprawdzie metro nowojorskie nie jest już największe na świecie, ale nadal uprowadzenie choć jednego wagonu potrafi narobić zamieszania, a zarządzanie tak rozległym terenem jest problematyczne. Szczególnie, że to lata 70 i nie ma komórek oraz... ludzi srających w gacie z powodu 9/11. To ciekawa odmiana, tutaj z początku w ogóle nie biorą pod uwagę ataku terrorystów. Cholera, nawet ich tak nie nazywają, gdy ci się ujawnią. Dobra odmiana, przyznacie?



Twórcy postawili na realizm - dokładnie przygotowanych przestępców, którzy biorą wszystko i widać, że nie żartują. Po drugiej stronie pracownicy metra i rząd NYC zastanawiający się, co zrobić, również są świadomi jak to wszystko może się rozwinąć, choć w grę wchodzi zaledwie 18 zakładników. Napięcie jest, trzeba przyznać. Kino sensacyjne w starym, dobrym stylu. Można się zaangażować!

Ale jednocześnie jest to obraz strasznie statyczny i pozbawiony akcji. Nie wiem, jak jednocześnie może być pełen napięcia, ale cóż, z technicznego punktu widzenia tak to wygląda. Ci źli po uprowadzeniu... siedzą przez cały czas. Ich zakładnicy... siedzą. Burmistrz i jego ludzie... też siedzą. Pracownicy metra - zgadliście - siedzą. Do tego nie ma kogoś, pozytywnego, kto kierowałby akcją, byłby bohaterem. Walter Matthau w roli tego, który rozmawia się z porywaczami, gra właściwie postać trzecioplanową, do czasu ostatnich 15-20 minut. Do tego trzeba uwzględnić takie głupotki jak "Wiesz, chyba do tej pory byliśmy w błędzie. Właściwie to jestem tego pewny. Zawracamy!; Ok".

Podobało mi się zakończenie, łatwo było w nim utracić tempo, by dokończyć ten ostatni wątek. Miło, że jednak z tego wybrnęli z klasą. Wprowadzenie również na plus, bardzo klimatyczne.


6/10
http://rateyourmusic.com/film/the_taking_of_pelham_one_two_three/

niedziela, 5 maja 2013

KIEDYŚ BĘDZIEMY SZCZĘŚLIWI (warto)

Documentary, 2011


Krótki dokument fabularyzowany, zaliczany do najlepszych polskich obrazów z 2011 roku. Sam obejrzałem go kilka dni temu na tvp kultura, nadali podczas końcówki meczu Barcy, ale jest też na YouTube. Trwa 45 minut.

Akcja rozgrywa się w Lipinach na Śląsku, i jest o uczniu technikum kręcącym film jakąś kamerą z telefonu. Babcia zapytała go, co by zrobił z milionem gdyby wygrał w totka. Nakręciłby film sensacyjny, nie z powodu zysku ale samego faktu kręcenia filmu. Jakoś od tego przechodzi do idei nakręcenia filmu o swoich rówieśnikach, i dania im jednego dnia w którym będą mogli być kim chcą.

Tak, widać cięcia i skróty. Ktoś w necie rzucił domysł, że metraż dopasowano do czasu trwania lekcji szkolnej. Zgodziłbym się z tym.

Dalej dam po prostu teksty z filmu. Zrobię to z dwóch powodów: po pierwsze, to trochę jak ten film Banksy'ego - po seansie nie byłem pewny, gdzie kończy się fabuła a zaczyna prawdziwa rzeczywistość. Jasne, można później wejść do Internetu i sprawdzić, ale ja mam na myśli pierwsze wrażenie. Po drugie... to prawdziwe kino. Polskie, wiarygodne i godne obejrzenia. Tak, wiem, znowu smuty z zadupia Meksyku Europy. Ale dajcie temu szansę.


- Chciałabym kręcić filmy
- Dlaczego?
- Bo filmy są lepsze od życia

- Kasting się pisze przez "ce". Na murze tak pisało.
- Babciu, na chłopski rozum jak to przeczytasz? Kasting czy casting?

- Babciu, a jak byłaś młoda, to jakie miałaś marzenia?
- Ja jest młoda!


7/10
http://rateyourmusic.com/film/kiedys_bedziemy_szczesliwi/