środa, 30 kwietnia 2014

Brakujące zdjęcie (7/10)

Biography Documentary, 2013


Kolejny z tytułów, które zachęciły mnie do poczytania na jakiś temat w Internecie. Tym razem chodzi o Kambodżę, Pol Pota i wojnę wietnamską. Nawet nie wiedziałem, gdzie leży ten kraj. Sądziłem, że gdzieś w Afryce. O dyktatorze, który się tam bawił ludzkim życiem, wiedziałem jeszcze mniej. Otóż, w 1975 roku, z dnia na dzień zarządzono nowe zasady: szkoły zamknięto, ludzi wyrzucono na wieś by harowali aż do śmierci, zbierając jedzenie, które z kolei eksportowano za granicę. Bo czemu nie?

"Brakujące zdjęcie" to dokument opowiedziany przez ocalonego z tego reżimu, gdy jako małe dziecko widział śmierć swojego ojca, który odmówił jedzenia. Dziś postanowił opowiedzieć tę historię za pomocą figurek. Nie ma tu animacji lub ruchu, każda scena to makieta wykonana ręcznie. Towarzyszy jej tylko muzyka i dźwięki budujące sugestię rzeczywistości. Przy ujęciu na tłum słychać tło nie tylko ludzi ale i natury. Z czasem forma staje się coraz bardziej zróżnicowana - nowy materiał łączy się z nagraniami archiwalnymi tamtych wydarzeń, potem do gry włączono greenscreena, żeby połączyć figurki z nagraniami żywej scenerii. W ten sposób powstały ujęcia rykszarza jadącego z małymi glinianymi ludzikami itd.
Wszystko podszyte narratorem, przywołującym na myśl Herzoga.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Zakazana planeta (5/10)

Science Fiction, 1956


Pierwszy film, którego akcja dzieje się w całości poza Ziemią. Załoga statku znajduje na pozornie niezamieszkałej planecie naukowca, który od 20 lat żyje tu sobie z żoną, córką oraz robotem. Mimo tak długiego pobytu odradza lądowanie, jako "niebezpieczne". Bohaterowie oczywiście mówią "ja chcę" i lądują, więc zostają ładnie oprowadzeni i zaznajomieni z tym światem. Inteligentnym robotem, który prędzej popełni reset niż skrzywdzi człowieka, prywatne zoo oraz nowoczesne domostwo idealne do wszystkiego. To jednak tylko pozory - istnieją tutaj jeszcze inne organizmy. Jeden z nich, przypominający te duchy jaskiniowe z filmu "12 prac Asterixa", zaczyna zagrażać załodze statku. Na tym Wędrowcu kiedyś żyła wielka cywilizacja - co się z nią stało?

Z początku całe to środowisko robiło na mnie pozytywne wrażenie. Kostiumy, scenografia, historia - niby bieda, ale solidna bieda. Z czasem się jednak okazuje, że te siedem galaktyk, nowa planeta i 2100 rok to było tylko po to, by główny bohater kłócił się o dziewicę z załogą. Super sci-fi. Mam tu na myśli córkę tego naukowca, która jest oczywiście z papieru i jedynym jej ruchem (albo grą aktorską, jakby ktoś złośliwy mógłby nazwać) jest obrót plecami do kamery i wtulenie się w pierś faceta. Żeby jej twarzy nie było widać. Reszta postaci jest niewiele bardziej złożonych.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Danton (6/10)

Political Drama, 1983


Tuż po Rewolucji Francuckiej. Monarchię zniesiono, władza należy do Komitetu. Georges Danton zostaje oskarżony o działania kontrrewolucyjne, chociaż wcześniej był jednym z twórców ruchu oporu. Robespierre z początku sprzeciwia się temu absolutnie, z czasem jednak jego nastawienie zmienia się. W imię rewolucji rozpoczyna walkę z samym sobą. To kino konfliktu na poziomie dialogu, na tle ważnych wydarzeń historycznych, opierający się na fenomenalnym kostiumie oraz aktorstwie. Im dalej tym akcja nabiera rozmachu - od małego pokoju i rozmowy w cztery oczy po rozprawę w sądzie i wielkie przemowy.


"Danton" od początku sprawia wrażenie lepszego niż w rzeczywistości. Co też strzeliło twórcom do głowy, by dać taką psychodeliczną muzykę na wstępie? Otwierające 15 minut to hipnoza w najlepszym stylu. A potem nic się nie urywa, tylko ciągnie. Chory klimat Paryża, brudnych ulic wypełnionych biedą, chorujący Pszoniak jako Robespierre i obraz mówiący tak mało o bohaterach oraz sednie historii. Chciałem to oglądać dalej, chciałem poznać to wszystko.


niedziela, 27 kwietnia 2014

Korczak (8+/10)

Biopic, 1990


Chodziłem do szkoły imienia Korczaka, to była moja pierwsza podstawówka. W ten sposób mały Garrecio dowiedział się, jak ten pan skończył, idealny materiał dla dzieciaków. Na przykład do opowiedzenia na dobranoc. Na korytarzu był chyba nawet obraz przedstawiający Korczaka w swoich ostatnich minutach życia. A może gdzieś indziej się natknąłem na takowe dzieło sztuki. Gdybym do owej szkoły nie chodził, mam wrażenie, że potem już bym ani razu o Korczaku nie usłyszał.

Był on doktorem, Polskim Żydem, który został zapamiętany przede wszystkim jako pedagog i działacz na rzecz praw dziecka. Narodziny humanitaryzmu, tylko robić o tym film - ten zaczyna się od audycji radiowej, którą Pan Doktor prowadził, a została niedługo potem zdjęta z anteny (bo anonimowe siły naciskały). Potem jest już przeskok do wybuchu WW2, a potem szybko następuje odesłanie Żydów do getta. Nie ma tu nic o karierze wojskowej Starego Doktora, jego epizodzie z pisaniem (felietony, książki, Król Maciuś), właściwie tylko okres od zamknięcia za murami do wyjścia z nich. Nawet ten opening z anulowaniem audycji radiowej wydaje się tak od czapy dołączony. Poza monologiem na początku, ten jest genialny. Zapewne by go umieścić w jakiś kontekście dodano potem te sceny z zarządem. I poza przekręceniem kwestii nazwiska Korczaka niedoszukałem się tutaj jakichś większych rozbieżności względem tego, co wypisali w Wikipedii (naprawdę nazywał się Goldszmit, a Korczak był jego pseudonimem, wg filmu było na odwrót).

"Codziennie na ulicach znajduje są po kilkanaście trupów dzieci, które umarły z głodu, albo postrzelone przez Niemców przy przechodzeniu przez mur. Szpitale są przepełnione, więc trzeba zorganizować jakieś umieralnie, żeby umierające dzieci układać tam na półkach... Jest tu wiele sklepów, dużo pustych, więc weźcie jeden z nich, wynajmijcie kogoś do palenia w piecu, żeby ogrzał te pomieszczenia... Jak nie możemy ich uratować to zapewnijmy im chociaż godną i ludzką śmierć!"
(cytat w wersji skróconej - przyp.red.nacz.)

sobota, 26 kwietnia 2014

Medium (6/10)

Horror & Mystery, 1985
Nie, to nie Nowicki.


Takie filmy też kręcono w Polsce! I to u schyłku tamtego ustroju, do tego czysto rozrywkowe - może jednak nie do końca, w tle pojawia się wątek Hitlerowców dochodzących do władzy i Polacy wybierających, kogo teraz popierają. Czas akcji - tuż przez WW2. Miejsce akcji: Sopot. Albo Zoppot, zależy gdzie zapytać. A na pierwszym planie: niezwiązani ze sobą ludzie sami nie wiedzą czemu wsiadają do pociągu i jadą nad morze, budząc się dopiero na miejscu. Starszy matematyk posiadający umiejętność wyliczenia dokładnej daty śmierci. Doświadczony komisarz budzi się na plaży każdego ranka, nie wiedząc jakie są tego przyczyny. Jego pomocnik donosi na przełożonego do wąsatych braci z zachodniej granicy. Na samym końcu podejrzany zostaje zlokalizowany w starym domu, a tam komisarz znajduje... ciało.

Owszem, niektóre motywy mogą wydać się przynudzające, większość brzmi schematycznie, jednak patrząc na "Medium" jako całość, jest to sprawne rzemiosło. Solidny thriller z domieszką grozy, z kilkoma momentami które chwytają konkretnie za gardło. Na początku nikt nic nie wyjaśnia, kolejne sceny prowadzą jedynie do kolejnych pytań, chora muzyka tworzy nieprzyjemną atmosferę a gdy zobaczyłem wspomniany stary dom to byłem już u Hasa pod Klepsydrą. Wprawdzie powtarzanie "Ja nic nie pamiętam" i podobnych schematycznych, tanich akcentów potrafi obrzydzić i zanudzić, ale jednak nie przeszkadza tak, jakby się w teorii mogło wydawać.

I tak w sumie można ten tytuł podsumować: "jest dobrze, ale jednak nie do końca, ale jednak dobrze". Nieźle poradzono sobie z lekko surrealistycznym klimatem oraz ekspozycją, dopiero od momentu wyłożenia kart na stół (co dzieje się o wiele za szybko) klimat opada tak jakby wyraźniej, i im bliżej końcówki tym mniej czułem się zaangażowany.

Fani polskiego kina i horrorów będą zadowoleni.
https://rateyourmusic.com/film/medium/

piątek, 25 kwietnia 2014

(felieton) Jakby wyglądałoby The Wire zamknięte na trzech sezonach?

Uwaga: tekst poniżej zawiera poważne zdradzanie treści serialu "The Wire" / "Prawo ulicy". Dowiecie się, co powiedział jeden bałwanek do drugiego oraz w którym roku tak naprawdę rozgrywa się akcja serialu. Czytacie na własną odpowiedzialność - niektórych może zachęcić do obejrzenia. Rozważcie wszystkie za i przeciw.


czwartek, 24 kwietnia 2014

Darmozjad polski (7+/10)

Comedy, 1997


"Współczesna polska prowincja. Główny bohater wychodzi z zakładu psychiatrycznego. Odnajduje ruiny domu, w którym przyszedł na świat. Budynek jest w trakcie rozbiórki. Widok przywołuje wspomnienia..."

Powyższy opis pochodzący z opisu filmu w telewizorze zachęcił mnie do oglądania. Wcześniej nie słyszałem o "Darmozjadzie polskim", ale dałem mu szansę. Obejrzałem go bodaj na początku marca albo pod koniec lutego, jednak nie wiedziałem w końcu, co o nim napisać. Gdy wybierałem o czym napisać w ten dzisiejszy wyjątkowy dzień, wybrałem właśnie film Wylężałeka. Powtórzyłem go sobie parę dni temu i... w sumie to nadal mam trudności. Dlatego zrobię coś, czego nie lubię, i opiszę tę produkcję poprzez porównanie z "Dniem świra". "Bo Darmozjad polski" to taki film Koterskiego, tylko wyreżyserowany przez Żuławskiego. Seniora.



A w Ameryce to podobno już sprzedają spermę jak marmoladę. Przychodzi se taka paniusia i mówi: "20 deko poproszę"; a ekspedientka na to: "A ćwierć kilo może być, bo akurat tak mi się zważyło"; a łona: "Niech będzie, do lodówki schowam". Te baby amerykańskie to chłopów wcale nie potrzebują, w probówkach robią dzieci. Ci Amerykanie to zboczeńcy, ale nie wszyscy! - dlatego nasze kobity mają u nich takie powodzenie. Niedługo to wszystkie wyjadą. Sami zostaniemy bez dupy.

środa, 23 kwietnia 2014

Chłopcy z ferajny (7/10)

Gangster Film, 1990


Zdecydowano się na trudny krok - nie pakowanie opowieści w schemat typowy dla biografii, wyrzucono wątki a nawet historię jako taką. Postaci nie mają tradycyjnie przypisanej do nich roli, jaką mają odegrać w fabule, a bohater główny filmu nie jest tak właściwie głównym bohaterem historii w której bierze udział. Jest gdzieś z boku, na drugim planie. Nie popycha historii do przodu ani nic z tych rzeczy. Przez pierwszą połowę dorosłego życia na ekranie właściwie tylko się śmieje, nie ma nawet większej ilości dialogów. Zamiast tego wszystkiego reżyser wybrał proste opowiedzenie filmu. Nie historii, ale filmu - nie o życiu, ale o tym, jak wyglądało życie Henry'ego Hilla po tym, jak w wieku 11 lat zaczął pracować dla mafii.

Połączono to z naprawdę znakomitą reżyserią. Tempo i styl cały czas się zmienia - raz scena jest długa i pełna, raz szybka i ucina się wraz z kropką na końcu wypowiedzi którą rzuca któraś z postaci. Potem następuje przebitka, następnie gadanie z off-u, potem jakieś długie ujęcie śledzące służące za pauzę, w środku tego wszystkiego nastąpi jeszcze stop-klatka by narrator zdążył się wygadać. Raz gadają o czymś istotnym, by zaraz zacząć grać w karty i odpoczywać. Tutaj jadą samochodem i zabijają kogoś, tam kradną na spokojnie kilkaset tysięcy. Całą tą mozaikę połączono perfekcyjnie, nie ma tu cienia fałszu. Wszystko splata się z wyborami podjętymi na samym początku - nie ma tu ta naprawdę całych sekwencji lub postaci wiodącej. Wszystko skacze od jednego elementu do drugiego, nigdzie nie zagrzewa miejsca, toczy się dynamicznie, pokazując cały świat z jakim Henry miał do czynienia, który go wychował i ustalił.

wtorek, 22 kwietnia 2014

(serial) Community - sezon 5

Comedy, 2014


Każdy z grupy uczącej się Hiszpańskiego wróci w tym roku, bo żaden z nich nie jest zadowolony życiem po Greendale. A niektórzy, jak Jeff, musieli znaleźć inną pracę, więc zostali nauczycielem prawa na tej uczelni. Razem tworzą Radę odpowiedzialną za uratowanie Greendale - naprawę jakości i standardów placówki. Albo coś w tym stylu, już nie pamiętam. Raz, że to było w styczniu, a dwa: niewiele odcinków wynika z tego założenia fabularnego. Większość to typowy przypadek "Community", i o wiele istotniejsze jest, że do grupy dołącza w końcu Senior Chang, a w miejsce Pierce'a (który chyba naprawdę umarł, ale nie będę zaskoczony niczym w szóstym sezonie) wszedł Mike z "Breaking Bad". Oczywiście mam na myśli aktora, który go grał, ale to w zasadzie ta sama postać. Do tego jedna z postaci zniknie w połowie sezonu, a reszta będzie po staremu: wariacki humor, poważne momenty dotyczące przeżyć bohaterów oraz zwariowane pomysły na odcinki. Epicka gra w "podłoga to lawa", kolejna partia RPG (tym razem udana) oraz epizod w całości animowany.


"If I come over there, there are gonna be two sounds: me hitting you...twice"

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

(książka) Koniec wieczności

Hard sci-fi, 1955
Isaac Asimov
190 stron




Pierwsza z książek, które wziąłem w ciemno i nie miałem ochoty dokończyć. Ale zrobiłem to, by poznać odpowiedź na pewne zagadnienie związane z fabułą. Czy autor na nie w ogóle odpowie? Czy zrobi to w satysfakcjonujący sposób? Tylko tego byłem ciekaw. Bohaterowie byli tacy sobie, relacja głównego bohatera z dziewczyną w której się zakochuje co najwyżej mogę określić jako papierową. Świat z początku intrygował - akcja rozgrywa się w Wieczności, obszarze poza Czasem, gdzie Wiecznościowcy muszą żyć. Zajmują się oni ingerowaniem w Czas, wprowadzają zmiany by nie doszło do wojen i innych katastrof, by żyło się lepiej. Pochodzą zewsząd - 36 wiek, 79, 30 000 itd. Istnieje okres Prymitywu na początku, potem już jest tylko Czas, aż do 150.000 wieku, gdy życie rozwija się bujnie, ale już bez człowieka. Wszystko oczywiście okraszone mnóstwem szczegółów i potężnego zaplecza - widać, że autor wszystko sobie przemyślał, co dotyczy podróż w czasie i historii świata w której takie coś istnieje. I na początku to wystarczy, jednak potem cała ta baza zaczyna się kręcić wokół tego, że główny bohater się zakochał i zaczyna się starać, by dziewczynę wbrew przepisom ściągnąć do Wieczności i zacząć z nią życie. Fascynujące.

Na szczęście pomiędzy wierszami wspomni o kwestii dziwnej blokady pomiędzy 70 000 i 150 000 wiekiem, do którego żaden Wiecznościowiec nie może wejść. Nikt nie wie, czemu ani skąd to się wzięło. To jest właśnie ta interesująca kwestia, której rozwiązanie chciałem poznać. Krótko: nawet nie wiecie, jak bardzo mnie ono usatysfakcjonowało!

niedziela, 20 kwietnia 2014

Zły porucznik (5/10)

Crime, 1992


Tytułowy porucznik jest słabym, złym człowiekiem. Nadużywa pozycji, zażywa narkotyki, uprawia hazard, jest wulgarny i agresywny... A potem znowu zażywa narkotyki. A potem nadużyje trochę władzy. A potem obstawi jakiś mecz. Poprzeklina trochę. Weźmie działkę. Obstawi mecz. A film leci w najlepsze... Jeśli słyszeliście, że to film o gwałcie na zakonnicy to ktoś wam zdradził cały film tak w zasadzie, bo jeśli wyszczególnić tu coś na kształt fabuły to jest nią bohater będący sobą oraz obstawianie wyniku meczu. Przez większość filmu to jest to co widz dostaje.

Gdzie sens? Gdzie połączenie scen? Każda kolejna scena ma za zadanie pokazać bohatera, i właściwie są one bardzo do siebie podobne. Przekazują w kółko niemal to samo, te drobne zmiany, pojedyncze zdania bardzo łatwo się gubią w natłoku tego, co już słyszałem i nie mam ochoty ponownie się wokół tego kręcić. Najbardziej mi przeszkadzało, że to wszystko mówi tak niewiele, i pozbawione jak takich podstaw jak choćby kontekst. Widziałem władzę w brudnym, nieprawym środowisku, ale czy to na niego wpłynęło najbardziej? Jeśli nie to co? Jaka była w tym procesie rola jego samego? Czy był wcześniej inny? Jaka była jego droga? Jak ktoś taki dostał w ogóle etat w policji i dorobił się takiego stopnia? Praca go zmieniła? Trudno mi też wyłuskać z tego jakąś myśl przewodnią, filozofię, powód, morał? Na początku bohater to wariat który powinien w najlepszym przypadku zostać odizolowanym. Potem przedstawia się jako jedyny sprawiedliwy, który wymierza sprawiedliwość. Na końcu nienawidzi siebie i gdy stwierdza, że możliwa jest zmiana, wybiera ją.

sobota, 19 kwietnia 2014

Cudowna Mila (7/10)

Disaster, 1988



Ilość przypadków i jak wiele od nich zależy nie jest istotna. Ważne, jak się do nich człowiek ustosunkuje. Przypadkiem natknąłem się na "Cudowną milę" w polecanych pod filmem "Zabić księdza", chociaż nie wiem, co te dwa tytuły mają ze sobą wspólnego. Przypadkiem w ogóle owe rekomendacje działały wtedy. Stwierdziłem: "Ciekawy tytuł. Zobaczę, o czym jest". Harry Washello przypadkiem zaspał 12 godzin i zamiast odebrać dziewczynę z pracy 15 po północy, obudził się o 3:45 i w biegu udał się do baru licząc sam zapewne nie wiedząc na co. Przed lokalem stała budka telefoniczna, a tam przypadkiem cały czas coś dzwoni. W końcu bohater odbiera - słyszy młodego człowieka pracującego w silosie nuklearnym. Dowiaduje się, że rakiety już zostały wystrzelone. Zostało im... 50-70 minut? Chłopak próbował się dodzwonić do ojca, ale pomylił kierunkowe. Ostatnim, co Harry usłyszał, były dźwięki strzałów po drugiej stronie słuchawki. Harry wybiera uwierzyć i przekazać to dalej. Część ludzi z baru uwierzyła, część nie. Jedni wykonali telefon i usłyszeli o pewnych zachowaniach władz, które by potwierdzały atak nuklearny. Reszta spakowała co miała pod ręką i zaczęła uciekać, troszcząc się o siebie. Harry najpierw jednak musi zabrać swoją dziewczynę, która poszła do domu po tym, jak ten się nie stawił by ją odebrać.

piątek, 18 kwietnia 2014

(felieton) Kino jest do bani

W zeszły piątek spojrzałem na stronę miejscowego Domu Kultury, czy jest nowy repertuar kinowy na kwiecień. I był. 1 maja przyjadą i pokażą... "Karol, który został świętym". Tak, jeden tylko tytuł. Przyjąłem tę wiadomość z uśmiechem.

Przez ostatni miesiąc mogłem właściwie myśleć tylko o jednym: "Jak oni zmieszczą tyle wartych uwagi premier w jeden dzień?". Bo i nowości - "Grand Budapest Hotel", "Hardkor Disco" albo "Winter Soldier", z wcześniejszych premier polskich: "Tylko kochankowie przeżyją", "Witaj w klubie", ten film Coenów... Nawet nie chcę zaczynać. Takie oczekiwania w starciu z tak niedorzeczną rzeczywistością mogłem na początku przyjąć wyłącznie z takim właśnie pobłażliwym, litościwym uśmiechem...

Tylko właśnie z czasem uświadamiam sobie taką oto rewelację: TYLE PREMIER, A ONI PUSZCZAJĄ COŚ TAKIEGO?!

Gwoli ścisłości: trochę odczekałem, parę razy odświeżyłem, i już widziałem pełny repertuar: "Karol...", "Kochanie, chyba cię zabiłem" oraz "Niesamowity Spider Man 2", a także wracają z powtórką "Kamieni na szaniec". To wszystko. I na co ja - ja! - mam iść? W najlepszym wypadku na dwa tytuły: "Kamienie..." bo według niektórych recenzji nie wyszła  tego katastrofa, oraz nowy "Spiderman", o którym jeszcze nic nie wiem (chociaż mam poważne wątpliwości, czy możliwe jest, by wyszło coś dobrego). Zobaczę recenzje, ale wstępnie - ten miesiąc ominę. Ja, który łyknie wszystko i dla mnie samo bycie w kinie jest przyjemnością. Do chuja pana, byłem w Kinotece na "Just Dance", a ten tytuł miał premierę tuż przed Nowym Rokiem.

I taka była kolejna z pierwszych myśli: "no trudno, pójdę i na to". Tylko potem wyobraziłem sobie jednego szefa z drugim sądzących coś w stylu: "debile ze wsi, pójdą na byle co". "Nie trzeba się nawet starać, damy nowość i to wystarczy". "Niech się cieszą, że w ogóle mogą iść do kina". "Polaczki nie mają pojęcia, na co kupują bilet". Domyślam się, że koszta praw do Petera Parkera i pokazania go kilka dni po premierze światowej przekroczył budżet, więc wzięli filmy od Kino Świat za flaszkę wina, by nie było, że tylko jeden tytuł na miesiąc puszczają. Ich biznes, ich pieniądze, ich decyzja.

Moje fundusze zostaną najprawdopodobniej w portfelu. Tak się właśnie głosuje. Obym tylko sprawy potoczyły się potem inaczej, żeby to był jednorazowy przypadek. Nie chcę usłyszeć na koniec: "Ludzie nie chodzili, więc zamknęli" tonem oskarżenia. Wtedy już na zawsze będzie wyglądać tak, jakby piractwo wygrało nawet i moralnie. Kto by się zresztą spodziewał, że ściąganie nielegalne będę kojarzył z ostatnim cieniem wolnego rynku w kinie, chociaż te dwie sprawy nie mają przecież nic ze sobą wspólnego?

Tak w sumie to mam tylko nadzieję, że ów bilet będę mógł w ogóle kupić.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Potępieniec (4/10)

Political Drama, 1935


Pośmiałem się. Stara, głupkowata produkcja. Na TCM leciała pod tytułem "Informator".

Dublin lat 20. Główny bohater Gypo Nolan by zdobyć kasę dla dziewczyny postanawia wydać władzom miejsce pobytu swojego przyjaciela, Frankiego, który działa dla podziemia. Dostaje za to kasę, tamten umiera, ale pozostali szybko wpadają na właściwy trop i zaczynają szukać szczura w swoich szeregach.

Zacznę od bohatera, który po pierwsze jest nudną postacią i sprowadza się zasadniczo do stałego bycia pod wpływem, a także mówienia na zmianę dwóch kwestii: "Nic nie pamiętam" oraz "Wypiłem trochę i nic nie pamiętam". Do tego cały czas całym sobą daje otoczeniu do zrozumienia, że jest winny, że na pierwszy rzut oka można by go podejrzewać o zasadzenie też brzozy 14 kwietnia 1912 roku na środku Atlantyku. Cały czas się rzuca, drze i awanturuje, oczywiście wszystkie podteksty powstają jedynie w jego głowie. Najgorsze jednak jest... że tylko ja to widziałem. Postaci w filmie reagują jedynie słowami: "Ale przecież nikt cię o to nie podejrzewa!". Ta opowieść jest szyta tak grubymi nićmi, że jakby jedna z ich przeszła mi przed telewizorem, to bym stracił cały sezon "StarGate".

- Gdzie byłaś?! Cały wieczór cię szukałem!
- U siebie.

Dochodzą do tego takie dziwne zagrania realizacyjne, jak początkowa zasadzka na dom przyjaciela. Władze wbiegają jak typowe mięso armatnie, chociaż mają takie wielkie karabiny, że mogliby nimi nawet rzucać jak oszczepem. A tak wbiegają, i Arnold - znaczy Frankie - może ich kosić. Uroczo

Słaba realizacja, jedyne plusy zalicza na tyle, przy technicznych aspektach. Powinienem obniżyć tak naprawdę obniżyć ocenę za finałowe gadanie o tym, że bohater tak naprawdę nie wiedział, co robił, i trzeba mu wybaczyć. Finału "Supermana" głupotą nie przebija, ale jednak czołówka durnot kinematografii.
https://rateyourmusic.com/film/the_informer/

środa, 16 kwietnia 2014

Nieznajomi z pociągu (5/10)

Psychological Thiller, 1951


Guy Haines podczas podróży pociągiem zaczyna prowadzić konwersację z Bruno. Małymi kroczkami poznają się wzajemnie, nawet bardziej niż by wypadało - jeden dowiaduje się o drugim, że ten kogoś nienawidzi w swoim życiu. Do tego stopnia, że chciałby zobaczyć go martwego. Bruno nie może znieść swojego ojca, który go ogranicza (chce, by syn poszedł do pracy, skandal), a Guy nie wytrzymuje ze swoją żona z którą planuje się rozwieść. A wcześniej zapewne został zapewne zmuszony do małżeństwa, nie wiem. Bruno w końcu dzieli się swoim pomysłem: każdy zamorduje tego kogoś, kogo ta druga osoba nienawidzi. Bruno zamorduje żonę Guya, a Guy ojca Bruno. Teoretycznie rzecz biorąc, policja nie znajdzie motywu, więc ujdzie im to na sucho. O śladach, dowodach i świadkach (albo wynajęciu po prostu płatnego mordercy) nie trzeba wspominać, to tylko debilny pomysł rzucony przypadkiem. To nie tak, że na tym będzie się opierać cały film?...

Hehe. Po niepoważnym początku jest jeszcze kilka niepoważnych scenek, choćby stereotypowe budowanie postaci. Już Guy wrócił do żony i miał się z nią rozwieść, a ona: "Nie. Masz kasę, więc zostanę z tobą, będę sobie kupować ciuchy i chodzić na przyjęcia". A w następnej scenie umawia się na randkę z dwoma facetami do wesołego miasteczka. Ależ tutaj twórcy manipulują reakcją widza, jakby zrobili krok dalej to równie dobrze mogliby włożyć odbiorcy rękę w dupę jak marionetce. To jest cała postać - trzy zdania, dwie sceny, wszystkie zakryte gigantycznym szyldem: "NIENAWIDŹ TEJ POSTACI, ŻEBYŚ SIĘ CIESZYŁ JAK JĄ ZAMORDUJEMY". Ale generalnie: budowanie postaci w najlepszym wypadku jest liche, a aktorstwo zazwyczaj słabe.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Dzika banda (7/10)

Revisionist Western, 1969


Banda Pike'a Bishopa dowiaduje się o dostawie sporej liczby cennego kruszcu do banku. W rzeczywistości była to jedynie plotka puszczona w celu zastawienia pułapki: ściągnięcia tutaj przestępców i dopadnięcia ich. Po nieudanej akcji bandziory uciekają z fałszywym łupem, a za nimi rusza w pogoń dawny człowiek Pike'a, razem z innymi łowcami głów. Po drodze bohater i jego ziomkowie mieszają się w interesy z bandą Mapache, dla którego zobowiązują się ukraść broń.

Na początek zaznaczę, że pomimo wielu czynników, wciąż jest to bardzo przyjemny film w oglądaniu. Nieszablonowy, pełny kapitalnej atmosfery i rewelacyjnego montażu. Samo spojrzenie na tę produkcję wywołuje przyjemność - te kostiumy, ta scenografia! Wszystko wygląda jak prawdziwe. Czuć w tym rozmach, dbałość o szczegóły, pot i piach - cudowna sprawa, jakby nie było w tej opowieści ograniczeń. Wielkie lokacje, rozległe plenery, pełna naturalność. Kilka długich, bardzo klimatycznych scen - napad na pociąg trwający z 10 minut w absolutnej ciszy (!) albo finałowa strzelanina, w której krew się leje jak pot z gościa, który całość musiał następnie montować. Jak w dolinie gościu wystrzelił i wszyscy nagle na baczność uzbrojeni po zęby - paluszki lizać, taki znakomity skok napięcia. I tak dalej... te wszystkie "męskie" momenty też warto wymienić po stronie plusów, choćby długi marsz ramię w ramię, i nikt nie pęka, chociaż każdy zna cenę tego, po co idą. A pierwsza scena strzelanin? Owszem, do bani, ale to co po niej - ludzie się rzucili i zaczęli zbierać co po martwych zostało, chyba pierwszy raz w kinie takie rzeczy widziałem.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Najszybszy strzelec (3/10)

Western, 1956


Film psychologiczny, w którym nie ma psychologi, a szczyt możliwości twórców to powiedzieć do kamery, jakie są motywacje postaci jej własnymi ustami - a nawet to nie wychodziło przekonywująco. Pod względem logicznym znaczy, jeśli takie bohater miał motywacje to nie tak one się powinny skończyć i tyle. Opowieść kręci się wokół pojedynków rewolwerowych. Z jednej strony jest bandyta, który kręci się po kraju pilnując opinii, że jest najszybszym strzelcem. Pokonuje tych, którzy sobie rezerwują ten tytuł, oraz grabi kosztowności. Po drugiej stronie mamy Glenna Forda, czyli George'a Temple, który prowadzi mały sklepik na małej miejscowości. Nie nosi przy sobie broni, jako jedyny mężczyzna w okolicy. I bardzo cierpi, bo tego wymaga scenariusz. I w końcu pęka, bo scenariusz jest słaby, wykopuje ze skrytki swój rewolwer i udowadnia wszystkich z powodu scenariusza, że to on jest najszybszym rewolwerowcem na świecie. Zgadnijcie, co będzie dalej...

Naciągali, by bohaterowie robili co trzeba dla rozwoju akcji. Wszystkie jego problemy wewnętrzne są niezrozumiałym bełkotem, a cała dramaturgia obrazu była wymuszona. Prowadzą one wszystkie do kilku pozytywnych aspektów: zakończenie jest całkiem nieźle, szczególnie budowanie do niego w rozmowie na mszy. Znakomicie uchwycono napięcie pojedynków, tutaj największe brawa idą dla Andre Previna i motywu przewodniego (jego część możecie usłyszeć na zwiastunie, od 30 sekundy - warto!)

A najlepszą sceną w tym wszystkim jest... scena taneczna. Z początku trochę niezręczna, ale tyle w niej rozmachu i energii, że nie miałem innego wyboru jak ją polubić. Nie wiem, co ona robiła w tym filmie.
https://rateyourmusic.com/film/the_fastest_gun_alive/

niedziela, 13 kwietnia 2014

Blond niebezpieczeństwo (4/10)

Screwball Comedy, 1938


Peter odwiedza nocny klub tylko po to, by zagonić przyjaciela do domu, bo muszą wcześnie się zerwać na pociąg. Plan się zmienia, gdy na scenę wejdzie główna postać kobieca w filmie, więc bohater się w niej oczywiście zakocha. I oczywiście z wzajemnością, chociaż żadne z nich nie ma osobowości. I oczywiście się pobiorą po 5 minutach. I oczywiście znajdzie się powód, by musieli ten fakt ukrywać, o czym oczywiście zdadzą sobie sprawę dopiero gdy wytrzeźwieją... i oczywiście będą to ukrywać. Oczywiście w bardzo głupi i niezręczny sposób, służący jedynie zapychaniu taśmy filmowej niż produkcji gagów.

Pierwsze co twórcy powinni zrobić to przekonać mnie na samym początku, że gdyby nie ta cała drama i pokiełbasiona sytuacja to bohaterowie byliby ze sobą szczęśliwi i prowadzili by normalne życie razem. Zamiast tego pokazano relację, zaczęto do nich dokładać kolejne schematyczne kafelki ("Nie mogą zdradzić, że się pobrali!"), co po prostu na kilometr śmierdzi podpuchą twórców, którzy wiedzieli, że nie umieją opowiedzieć uroczej historii, więc tylko ją obiecali, a potem zaczęli przeciągać tak długo aż widz nie będzie pamiętać o niczym.

Bo wcale nie jest najgorsze, że film wychwala przeciętność. Gorsze jest, że każdy element opowieści zostaje pogrzebany pod jakimś schematem, niezręcznością lub wymuszonym i nielogicznym gagiem. I w ten sposób humor w ogóle nie zdawał egzaminu. W tym wszystkim podobał mi się tylko jeden moment pomiędzy dwoma kobietami, gdy jedna chce krzyczeć a druga ją ucisza, co w końcu jej się to udaje. Więc od razu trzask ją w pysk, i ta oburzona znowu zaczyna krzyczeć, pierwsza znowu ją ucisza... i znowu trzask po poliku. Znęcanie się nad kobietami jest zabawne :)
https://rateyourmusic.com/film/vivacious_lady/

sobota, 12 kwietnia 2014

A Successful Calamity (4/10)

Comedy, 1932


Jestem pierwszym człowiekiem w Polsce, który widział ten tytuł. A przynajmniej go ocenił.

Starszy milioner Henry Wilton po roku wraca z Europy, gdzie był w interesach, i wraca do domu. Do rodziny. Na miejscu okazuje się, że jedynie służba stawiła się, by go powitać - żona bierze udział w dawno przygotowanym koncercie, syn gra zawodowo w polo, córka też ma bardzo ważne rzeczy do zrobienia. Na dodatek, cała jego posiadłość wygląda dziś zupełnie inaczej - dobudowano to i owo, zmieniono tamto, stare meble zastąpiono nowymi... Nowe życie, ale takie samotne. Nikt nie ma czasu dla Henry'ego, jego bliscy są zabiegani i cały czas mają coś do roboty, nie mogą usiąść z nim do spokojnej kolacji w domu. Bohater wpada więc na pomysł: powie, że zbankrutował.

Pomysł od biedy może ujść - zważając na kontekst historyczny, taka produkcja byłaby mile widziana. Bogacz wybierający utratę wszystkiego z wyboru rodziny nad materialnymi dobrami, bo ceni sobie inne rzeczy... Wcześniej oczywiście cenił sobie co innego, ale potem mu się zmieniło, wiecie. Chodzi o to, że bieda to nic złego i inne bajkowe banały. Gdzieś w tym wszystkim tli się nadzieja na posmak optymistycznych obrazów Franka Capry, jednak na tym się to wszystko kończy.

piątek, 11 kwietnia 2014

(felieton) Moje ulubione płyty... na chwilę obecną

Obecna lista różni się od wcześniejszej którą kiedyś
zrobiłem i wrzuciłem na YT. Wciąż odkrywam swoją
muzykę, swoje gatunki i swoich artystów... wciąż nie umiałbym zrobić czegoś w stylu "Top 10 zespołów które uwielbiam". Ale lista ulubionych albumów utrzymuje się od jakiegoś czasu.

Oczywiście na parę dni przed publikacją tematu odkryłem "I See a Darkness", ale to inna bajka.

Czemu wybrałem konwencję instrumentalną? Bo w ten sposób mogłem najwięcej zmieścić w tym krótkim fragmencie, jaki miałem do dyspozycji. 10-20 sekund, zawierające "to coś" co lubię na płycie, a co stoi obok tych długich tekstów lub innych partii, które się nie nadają do moich celów ze względu na czas trwania właśnie. Taka mini wersja wszystkiego, co lubię najbardziej, by móc do tego wrócić gdy nie mam czasu na słuchanie wszystkiego a nie mogę się zdecydować na coś jednego. Zrobiłem to dla siebie. Po tym, jak przez tydzień nie miałem Internetu i dostępu do muzyki, pierwsze co zrobiłem to było... ściągnięcie Spotify i włączenie Rush. Ale zaraz potem właśnie włączyłem sobie ten filmik. Spełnił swoje zadanie. Wiem, że będę do niego wracać jeszcze często.

http://www.youtube.com/watch?v=Cp2CT5rPbe4

I tak, wiem - wynika z tego rankingu, że jestem zniewieściałym pedałem, który lubi od czasu do czasu zjeść kota. Nie musicie mi o tym pisać ;-)

Małe podsumowanie:

czwartek, 10 kwietnia 2014

Nic nie widziałem, nic nie słyszałem (6/10)

Comedy, 1989


Jeśli założenia fabularne komedii brzmią jak żart, to już jest dobrze. Posłuchajcie: Gene Wilder jako Dave Lyons gra głuchego, bohater Richarda Pryora imieniem Wallace nie widzi. Pierwszy prowadzi kiosk w biurowcu i zatrudnia drugiego, a pierwszego dnia zdarzyło się coś nieoczekiwanego: doszło do morderstwa tuż przed ich miejscem pracy. Lyons był akurat odwrócony tyłem więc niczego nie dosłyszał, Wallace z kolei stał na ulicy i jedynie usłyszał wystrzał z broni. Na miejscu zbrodni policja znalazł tylko dwoje bohaterów, nie wiedzących w co ręce włożyć, a teraz ci będą musieli na własną rękę uciec przed siłami sprawiedliwości i odkryć, co tu się do cholery stało, po drodze zacieśniając więzi przyjaźni.

Jakkolwiek to brzmi - żartów jest zbyt wiele w stosunku do reszty składowych produkcji. Jakieś 5% to fabuła, jakieś 3-4 procent to rozwój relacji między duetem bohaterów, a reszta to już żarty. Dobre, niezłe, udane, ale brakuje czegoś konkretnego, jakiejś odmiany od nich, przerwy, oddechu. Tym bardziej, że motyw przewodni jest taki sam - on nie słyszy, a tamten nie widzi. I tyle, przez cały film. W żadnym razie nie jest tak, że twórcy naginali sytuację do tego, by wycisnąć z niej jeden lub dwa gagi więcej - wszystko wychodzi całkiem naturalnie i nie ma pauz, podczas których bohaterowie kręcą się w kółko i opowiadając sobie kawały, by zapełnić czas. Tempo nie ustaje przez te półtorej godziny, i to się z pewnością chwali, jednak przeszkadza ta świadomość, że samą historię dałoby radę streścić w trzech-pięciu zdaniach. Przez to cała produkcja nie zapada w pamięć na dłużej, zostawiając tylko skrót i pojedyncze scenki.

środa, 9 kwietnia 2014

Pokuszenie (6/10)

Drama, 1995
Produkcja nie posiada plakatu.


Polska, lata 50. Siostra Anna po przymusowym pobycie w "Przesłuchaniu" zgadza się współpracować z władzą komunistyczną. Pozwalają jej się wytrzeć i dają strój zakonnicy, po czym wywożą bez słowa w nieznane. Trafia na odludzie, gdzie najbliższe towarzystwo poza tymi panami z karabinami jest dostrzegalne po drugiej stronie rzeki. Po tej jest tylko opuszczona plebania, gdzie bohaterka dostaje zadanie usługiwać sprowadzonym księżom. W jednym z nich siostra rozpoznaje kogoś, kogo poznała wiele lat temu. I coś do niego czuła...

Ciekawe założenie fabularne - kilku ludzi na odludziu, względna cisza i spokój, atmosfera jaką niosą stare budynki do których po latach wraca cywilizacja. Bo oprócz Anny na miejscu są ludzie którzy najwyraźniej ową lokację mają zamiar odrestaurować. I przerobić na posterunek. Na początku sprawy toczą się wolno i względnie bezpiecznie - dzień bohaterów wypełniają proste czynności i nieskomplikowane obowiązki. Posługa, msza, gotowanie. Jest miejsce dla tego, by mieli czas się poznać i powrócić do życia jakie kiedyś znali. Oczywiście okaże się, że to tylko podstęp władz którzy w ten sposób chcą zmusić do pewnej czynności Annę, ale ten schemat fabularny zastosowano bardzo sprawnie. W ogóle nie myślałem, że nastąpi taki zwrot akcji, a więc byłem tak samo zaskoczeni jak i bohaterowie. I o to chodziło.

Od owej decyzji Anny zależeć będzie życie - nie tylko jej. Opowieść nie jest dynamiczna. Brak tu rozwoju postaci skutkującej podjęciem decyzji - zamiast tego zostaje podjęta niemal od razu, a reszta fabuły to już życie naznaczone owym wyborem, i dostrzeganie każdej mijającej sekundy, docenianie jej. Taki wybór dla historii z pewnością zasługuje na uwagę. W przeciwieństwie do zakończenia, które jest jakby w poprzek reszty filmu. Twórcy odwrócili się od swojej historii plecami, zdradzili ją, poszli w schemat i wiele stracili. Pozytywne wrażenia z początku opowieści zostają jednak do końca jako miłe wspomnienia. Solidny, polski film.

Słowo daję, Cielecka momentami wygląda jak biały Bodie.
https://rateyourmusic.com/film/pokuszenie/

wtorek, 8 kwietnia 2014

(serial) Gwiezdne wrota - Sezon I

Space Opera, 1997-98


"Gwiezdne wrota" z 1994 roku pamiętam jak przez mgłę. Na pewno oglądałem ten obraz, pamiętam założenia (odkrycie tajemniczych wrót, uruchomienie ich by zobaczyć gdzie ich to doprowadzi, odkrycie że kosmici mieli wpływ na początki ludzkiej cywilizacji) i.. to tyle. Jak serial ma się do tego filmy? To jego kontynuacja, rozgrywająca się jakiś czas po wysadzeniu bomby i zabiciu Ra. Wrota stoją nieczynne ale pilnowane przez wojsko - ktoś je uruchamia z drugiej strony. Przychodzi wraz ze świtą, zabija straż i teraz jej problem: "Co do cholery?". Na miejsce zostaje ściągnięty Jack O'Neil (Kurta Russella zastąpił Richard Dean Anderson) który ma pomóc zdiagnozować problem. Wybierają numer i wysyłają wiadomość do Daniela Jacksona (Michael Shanks zamiast Jamesa Spadera), który został po drugiej stronie Wrót. Jednak okazuje się, że stamtąd nie wychodził nikt na Ziemię. Małymi kroczkami odkrywają, że Wrót jest więcej niż dwa. Całe setki. Organizuja drużynę (O'Neil, Jackson, Samantha Carter oraz Kowalsky) by ścigać intruza. Long story short - żona Jacksona zostaje porwana, ma w brzuchu małego Goa'uld, a do drużyny dołącza obcy Teal'c, przedstawiciel rasy Jaffa, sług Goa'uld, który z pomocą ludzi zamierza wyswobodzić swoją rasę. Potem bohaterowie zamierzają odwiedzać kolejne wrota, poznawać obce cywilizacje, ich technologie i kulturę (oraz odkryć, jak uratować żonę Jacksona).

Chociaż po przyjrzeniu się to jest wręcz kopią schematu ze "Star Treka" (1966-69), pierwsze skojarzenia miałem w związku "Z archiwum X". Jeden odcinek, jedna fabuła (z wyjątkami, takimi jak dwuodcinkowy pilot) oraz świat który nie może ulec zmianie (w następnym odcinku mają móc wejść do wrót i już). Ze "Star Trekiem" łączy tutaj naprawdę wiele - tam też podróżowali do obcych światów i mieli przygody. W "StarGate" nawet obcy jest wręcz identyczny do Spocka (mają tez sam wyraz twarzy), a różnice to detale - dodano kobietę, która pełni właściwie tę samą rolę co Jackson i O'Neil tylko połączoną w jedno, i tym podobne.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

(książka) Kwiaty dla Algernona

Fantastyka, 1966
Daniel Keyes
260 stron


Algernon to mysz, na której przeprowadzono eksperyment pozwalający na zwiększenie możliwości bycia inteligentnym i mądrym. Ogólnie mówiąc. Teraz ten sam eksperyment chcą przeprowadzić na głupku imieniem Charlie Gordon. Ma ponad 30 lat, jest taki od urodzenia, dziś pracuje w piekarni i zamiata popiół z pieców. Właściciel uparł się, że nie odda go do ośrodka, tylko zapewni mu - zgodnie z wolą jego wujka, gdy ten go oddał do pracy - normalne życie. Charlie ma wielu przyjaciół, z którymi często się śmieje i bawi, którzy są dla niego serdeczni. Przed eksperymentem posłuchał się i zaczął prowadzić dziennik, w którym miał pisać o wszystkim: co go spotkało, co sobie przypomni, co pamięta, co wspomina, co myśli. Charlie jednak nie myśli. Nie wie nawet, co to znaczy. Nie rozumie, gdy ktoś chce, by ten coś sobie wyobrażał. Trzeba mu było najpierw wytłumaczyć, co oznacza "pamiętać to, co się zdarzyło". Musieli nauczyć go myśleć. "Kwiaty dla Algernona" stworzono w stylu wpisów do dziennika. Z początku krótkie, dzikie, pozbawione interpunkcji i zasad ortografii. Gdy eksperyment zaczyna działać, stan rzeczy powoli się zmienia. Z wyjątkiem jednego: to wydaje się prawdziwe.

"3 kwietnia - skończyłem Robinsona Crusoe. Chciałbym dowiedzieć się więcej co mu się przydarzyło ale pani Kinnim mówi że więcej nie ma. DLACZEGO."

niedziela, 6 kwietnia 2014

To jest rozrywka! (5/10)

Movie Documentary, 1974


Coś dla fanów musicali oraz kina muzycznego, szczególnie robionych przez studio MGM. Po 40 latach dominacji powstał dokument mający upamiętnić ten okres, podsumować, zamknąć, przypomnieć o nim, oraz złożyć hołd tym, którzy swoją pracą się przyłączyli do owego sukcesu. Co to w skrócie oznacza? Coś, co fani seriali dziś wstawiają na YouTube pod przykładowym  tytułem "Best of season 5".

Znani ludzie i twarze tamtego okresu przechadzają się przed kamerą i zapowiadają kolejne fragmenty filmów, w kółko używając takich wodnistych zwrotów jak: "Jest to z pewnością jeden z najlepszych filmów MGM", albo: "To naprawdę jeden z najlepszych duetów w historii kina", albo: "To jeden z najlepszych filmów MGM". A potem następują po prostu owe sceny - tańca, śpiewu, większe sekwencje zbiorowe. Do wyboru przyczepić się nie mogę, do braku wspomnienia o kimś również nie - szczególnie, że nawet połowy tytułów lub aktorów nie znałem. Wiele zrobiło na mnie wrażenie - spektakularna scena na schodach imitujących gigantyczny tort małżeński, wyzwanie z "Siedmiu narzeczonych dla siedmiu braci", Fred Astair chodzący po ścianach i suficie itd. W większości wypadków wymieniają współtwórców owej sceny - kto reżyserował, kto zaplanował choreografię, kto grał/tańczył/śpiewał/dubbingował.

sobota, 5 kwietnia 2014

Nie zestarzejemy się razem (5/10)

Drama, 1972


Kolejna opowieść o rozpadającym się związku, tak jak "Blue Valentine" albo "Dwoje na drodze". Wyróżnia się tym, że chyba jednie udaje niechronologiczne ułożenie scen, gdy w rzeczywistości jednak jest po kolei... Jean Bastide to gbur i brutal, Catherine jest... em, cicha. Ale z czasem dojrzewa do uświadomienia sobie, że już nie kocha Jean Bastide'a. I to jest cały film tak naprawdę. Do połowy kochankowie gryzą się ze sobą, ona stwierdza, że ma dosyć, i godzinę później się rozchodzą. Brzmi jak lanie wody, nie?

Przyczyn wrażenia występowania narracji nielinearnej jest co najmniej kilka. Po pierwsze - kolejne sceny bardzo rzadko wyglądają, jakby następowały po poprzednich. Zmienia się miejsce, bohaterowie wyglądają trochę inaczej, nie jest wyraźnie kontynuowany jakiś wątek lub dialog - czyli trochę się cofnęli w czasie, albo wybiegli w przyszłość? Szczególnie to widać po scenie, w której on mówi do niej przez 2-3 minuty używając jedynie przeróżnych synonimów słowa "Wypierdalaj", a w następnej scenie... nic. Nie ma po tym słowotoku śladu. Po drugie - po jakimś czasie miałem wrażenie, że każda scena jest identyczna. Szybko wyłapałem rutynę - w jednej scenie on jest bardziej gwałtowny i to ją walnie, to zaatakuje słowem, następnie będzie kilka scen w których się tylko gryzą, ale nic poważniejszego, i od nowa agresja. Od połowy, gdy ona stwierdza, że odchodzi, to zaczyna wyglądać co najmniej komicznie, bo mimo że odeszła, to nadal się spotykają. I za każdym razem ona mówi jakiś synonim stwierdzenia: "To koniec". Tak jakby zaplanowali z pięć scen na cały film, rozegrali je w kilku różnych wariantach dialogowych i scenograficznych, a potem te próby skleili w film, bez żadnych ingerencji narracyjnych lub pomysłów montażowych.

piątek, 4 kwietnia 2014

(felieton) Recenzja telewizji

Przez prawie miesiąc styczność z internetem miałem jedynie poza domem, i to ograniczony. Większość czasu spędzałem na pisaniu, czytaniu książek - i oglądaniu telewizji. Jak ona wygląda dziś? Mimo wszystko - oceniam ją powyżej oczekiwań. Po kolei.


1) Filmy

Najważniejsza kategoria. Ponieważ z lat 90 oraz '00 mam po tysiąc obejrzanych filmów, celowałem głównie w te wyprodukowane przed rokiem 1989. I tu jest pierwszy zawód - dobijająca większość nadawanych tytułów to właśnie 1990 i w górę. Do tego jest to niemal wyłącznie kino ze Stanów Zjednoczonych. Cała reszta świata to jakiś jeden procent tego, co można było zobaczyć. Kino Polska oraz TVP Kultura nadają spoza Stanów, TCM nadaje głównie z lat 70. To wystarczyło, bym mógł odkryć kilka nieznanych mi zupełnie dobrych produkcji oraz przypomnieć sobie parę genialnych obrazów. Nie mam zamiaru narzekać, tym bardziej, że nie mam takich ciekawych kanałów jak właśnie startujący kanał z kinem Azjatyckim.


2) Seriale

Jak zwykle, jest ten problem, że kilka ciekawych pozycji leciało od środka, więc oglądać nie idzie. Ale można też mieć szczęście - tak jak ja - i załapać się na nadawanie od początku, w tym wypadku mówię o "StarGate", które oglądam bez przerwy do dzisiaj (27 epizod i nie jestem znużony).
Generalnie wystarczy tylko rzucić tytułami by być pewnym, że nie jest źle. "MacGyver", "Detektyw w sutannie", "Star Trek" (1966) oryginalne Hawai 5-0 na CBS Action, na TV Puls "StarGate", na AXN Back spin off "StarGate Universe", AXN - "Lost World", TVP2 i Ale Kino! - "Sherlock", ComedyCentral - "South Park", "Community", "Scrubs", "Różowe lata 70'te"... Gdzieś mi mignęło jeszcze "Oz", "Prawo ulicy". I nawet nie wymieniłem połowy!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Akademia wampirów

Teen Movie, 2014


Nie czytałem książki. Bo zapewne jest to adaptacja jakiejś książki. Czułem się jak ktoś, kto nie czytał "Czary Ognia" ale oglądał film. Nic nie zrozumiałem. Przez większość seansu byłem przekonany, że ten film nie ma fabuły, którą zastąpiono zbiorem scen z którymi nie było wiadomo co zrobić. Rose Hathaway i Lissa Dragomir uciekły z Akademii Wampirów rok temu, jednak w końcu udało się je sprowadzić z powrotem. W świecie filmu istnieją trzy rodzaje wampirów: złe, szlachetne i ochroniarze szlachetnych przed złymi. Lissa jest szlachetna, a Rose to jej ochroniarz. I tyle póki co trzeba wiedzieć. W owej Akademii szlachetne uczą się panować nad magią (każdy wampir to X-men), a ochroniarze uczą się bić. I w jakiś sposób jest to najbardziej lamerska szkoła jaką w życiu widziałem na ekranie kin. Uczniowie mogą się nawzajem czarować, nakładać uroki nawet na dyrektorkę, bić po pyskach, uprawiać seks na każdym kroku... I nic!!! Nie wynika z tego ani jedna ciekawa scena.

A gdzie fabuła? Właśnie. Bohaterki uciekły, ale przyprowadzono je z powrotem, więc... skoro już tu są to nie będą uciekać ponownie, bo po co. Ktoś zostawia z jakiegoś powodu krwawe napisy na ścianach adresowane do Lissy i morduje różne zwierzaki, ale nie wiem, czemu. I też nikt nic z tym nie robi (z dorosłych też nie). Jakaś brzydka nastolatka dopieprza się z twarzą na bohaterki, więc Lissa postanawia zauroczyć (magią) wszystkich poza nią by ona dała jej spokój. I to wszystko. Z grubsza, bo na koniec jednak pojawia się coś, co można nazwać fabułą.

środa, 2 kwietnia 2014

Noe: Wybrany przez Boga

Disaster, 2014


Na początek zaznaczę, że nie mam pojęcia, jak przypowieść o Noe i Bogu który pozabijał wszystko, ma się do tego standardowego chrześcijańskiego Boga który wybacza i jest miłosierny. I nie muszę wiedzieć, ale podobnych "dziwactw" wytykać nie będę. Tego jest po prostu za dużo, by zmieścić w jednym tekście. Skupię się jedynie na filmie jako samodzielnym tworze, tak jakby Aronofsky stworzył powieść fantastyczną w zupełnie nowym uniwersum.

Zacznę tak jak twórcy, od samego początku: Adam i Ewa żyli w raju. Zerwali jabłko i zostali z niego wygnani, mieli trzech synów: Kaina, Abla oraz Setha. Kain zabił Abla i razem z pomocą upadłych Aniołów, które miały strzec Adama i Ewy i zostały zamienieni w kamienne olbrzymy, razem zbudowali cywilizację. Potomek Setha wybrał życie pustelnika. Osiem pokoleń do przodu żyje już Noe, który miał sen, w którym zobaczył górę gdzie mieszka jego dziadek, a potem miał pod stopami jagody, a na koniec był w wodzie i krzyczał. Wniosek: Bóg jest zły na ludzkość, chce zresetować wszystko wielkim potopem, a Noego (?) wybrał, by ten zbudował Arkę gdzie znajdą schronienie wszystkie zwierzęta. Z wyjątkiem jednorożców.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Lego

Adventure & Computer Animated, 2014


Emmet jest mieszkańcem świetnie prosperującego miasteczka - wszystko tu działa precyzyjnie, a mieszkańcy stosują się do instrukcji i robią, co do nich należy. Emmet jest z nich najbardziej przystosowany i najbardziej nijaki - poranek zaczyna od przeczytania instrukcji "Jak przejść przez życie zdobywając przyjaciół i nie tracąc nigdy uśmiechu". Obejmuje ona takie rzeczy jak poranna gimnastyka, golenie, witanie się ze sąsiadami, ale też codzienne kupowanie cholernie drogiej kawy, oglądanie serialu w telewizji, słuchania najlepszego kawałka w radiu... Emmet prowadzi szczęśliwe życie, jednak tego dnia przekona się, że tak naprawdę nikt go nie zapamiętuje, a nijakość i postępowanie wg instrukcji nie jest wcale najlepsze... Znaczy, nie tak od razu. Najpierw przez przypadek znajdzie legendarny Klocek Oporu, połączy się z nim, dowie się, że jest Wybrańcem, trafi w ręce policji która go będzie przesłuchiwać, a na koniec właśnie pokażą mu nagrania z rozmów z ludźmi, którzy teoretycznie powinni zaprzeczyć, że Emmet jest owym Wybrańcem. Przecież nie ma w sobie nic wyjątkowego! I właśnie o to chodzi - nie wyróżnia się, nikt go nie kojarzy. A policja bierze to za genialny kamuflaż i zamierza działać dalej, ale partyzantka porywa Emmeta i razem uciekają na koniec wszechświata.

A o co tu chodzi? Zły Prezes chce wszystkie klocki ustawić od linijki, i przykleić na klej, by zapanować nad chaosem, by skończyć z niedozwolonymi konstrukcjami, by wszystko stanęło i zapanował ład oraz porządek. A partyzanci, na czele z Gandalfem Szarym, Batmanem, Żyletą, Kucykami oraz - od teraz - Emmetem, chcą go powstrzymać, by była wolność dla architektów. Przepowiednia głosi, że ten, kto odnajdzie legendarny Klocek Oporu, będzie mógł zatrzymać Prezesa. Ale padło na Emmeta i teraz wszyscy są w ciemnym klocku.