W zeszły piątek spojrzałem na stronę miejscowego Domu Kultury, czy jest nowy repertuar kinowy na kwiecień. I był. 1 maja przyjadą i pokażą... "Karol, który został świętym". Tak, jeden tylko tytuł. Przyjąłem tę wiadomość z uśmiechem.
Przez ostatni miesiąc mogłem właściwie myśleć tylko o jednym: "Jak oni zmieszczą tyle wartych uwagi premier w jeden dzień?". Bo i nowości - "Grand Budapest Hotel", "Hardkor Disco" albo "Winter Soldier", z wcześniejszych premier polskich: "Tylko kochankowie przeżyją", "Witaj w klubie", ten film Coenów... Nawet nie chcę zaczynać. Takie oczekiwania w starciu z tak niedorzeczną rzeczywistością mogłem na początku przyjąć wyłącznie z takim właśnie pobłażliwym, litościwym uśmiechem...
Tylko właśnie z czasem uświadamiam sobie taką oto rewelację: TYLE PREMIER, A ONI PUSZCZAJĄ COŚ TAKIEGO?!
Gwoli ścisłości: trochę odczekałem, parę razy odświeżyłem, i już widziałem pełny repertuar: "Karol...", "Kochanie, chyba cię zabiłem" oraz "Niesamowity Spider Man 2", a także wracają z powtórką "Kamieni na szaniec". To wszystko. I na co ja - ja! - mam iść? W najlepszym wypadku na dwa tytuły: "Kamienie..." bo według niektórych recenzji nie wyszła tego katastrofa, oraz nowy "Spiderman", o którym jeszcze nic nie wiem (chociaż mam poważne wątpliwości, czy możliwe jest, by wyszło coś dobrego). Zobaczę recenzje, ale wstępnie - ten miesiąc ominę. Ja, który łyknie wszystko i dla mnie samo bycie w kinie jest przyjemnością. Do chuja pana, byłem w Kinotece na "Just Dance", a ten tytuł miał premierę tuż przed Nowym Rokiem.
I taka była kolejna z pierwszych myśli: "no trudno, pójdę i na to". Tylko potem wyobraziłem sobie jednego szefa z drugim sądzących coś w stylu: "debile ze wsi, pójdą na byle co". "Nie trzeba się nawet starać, damy nowość i to wystarczy". "Niech się cieszą, że w ogóle mogą iść do kina". "Polaczki nie mają pojęcia, na co kupują bilet". Domyślam się, że koszta praw do Petera Parkera i pokazania go kilka dni po premierze światowej przekroczył budżet, więc wzięli filmy od Kino Świat za flaszkę wina, by nie było, że tylko jeden tytuł na miesiąc puszczają. Ich biznes, ich pieniądze, ich decyzja.
Moje fundusze zostaną najprawdopodobniej w portfelu. Tak się właśnie głosuje. Obym tylko sprawy potoczyły się potem inaczej, żeby to był jednorazowy przypadek. Nie chcę usłyszeć na koniec: "Ludzie nie chodzili, więc zamknęli" tonem oskarżenia. Wtedy już na zawsze będzie wyglądać tak, jakby piractwo wygrało nawet i moralnie. Kto by się zresztą spodziewał, że ściąganie nielegalne będę kojarzył z ostatnim cieniem wolnego rynku w kinie, chociaż te dwie sprawy nie mają przecież nic ze sobą wspólnego?
Tak w sumie to mam tylko nadzieję, że ów bilet będę mógł w ogóle kupić.