Zacząłem oglądać ten film wczoraj późną nocą, i to były idealne warunki. Holandia się bawiła z Kostaryką, a ja włączyłem na chwilę by zobaczyć, jak to wypada. Po chwili wstałem, by wyłączyć światła i kontynuowałem oglądanie w środku nocy. Byłem zaskoczony podwójnie, gdy zobaczyłem ten tytuł wymieniony w zestawieniu najlepszych obrazów ubiegłego roku - raz, że w ogóle "Under the Skin" powstało! Pamiętam, że zwróciłem uwagę na niego, bo Scarlett Johanson miała w nim grać, ale jakoś nic nie było słychać o nim... "Martwy tytuł" - uznałem. A tutaj niespodzianka. Tych zresztą przybywa w trakcie oglądania! Zupełnie nie byłem przygotowany, że pierwsze ujęcia będą kojarzyć mi się ze Stanleyem Kubrickiem i jego "Odyseją kosmiczną". Ta elektroniczna, eksperymentalna muzyka, ten powolny rytm, ten zagadkowy widok niejasnych kształtów wyłaniających się z czerni - absolutny szok!
Jest to produkcja, o której można powiedzieć, że nie ma wielu dialogów. To jednak może oznaczać, że tytuł potrzebował ich, ale je wycięto by było... inaczej. A jest dokładnie na odwrót: bez żadnego przygotowania połknąłem tę stylistykę, zaakceptowałem ją i grałem według zasad narzuconych przez twórcę. Bez żadnych problemów rozumiałem każdą scenę, i dialogi nie były mi potrzebne w ilości większej niż obecna. Opowieść zaczyna się od dwóch kobiet - obie wyglądają jak Scarlett Johannson. Jedna leży bez śladów życia, druga zdejmuje z niej ubrania, by je następie założyć. W dalszej kolejności wsiada za kierownicę i jeździ po ulicach Szkockiego miasta. Wybiera z tłumu - przypadkowo? - mężczyzn, uwodzi ich, by następnie podwieźć do pewnego miejsca, gdzie... przepadają. Nie opiszę, w jakiś sposób, ale surrealizm jest mocny.
Wspominałem o "2001", i styl tamtego filmu jest zachowany. Pasuje do tej opowieści, nie wydaje się na siłę wystylizowany ani inspirowany, zerżnięty. Zdaje się, że ta produkcja tak by wyglądała, nawet gdyby Kubrick nigdy niczego nie nakręcił. Nie napiszę jednak, że to ta sama klasa - przede wszystkim, skala jest mniejsza. Tam były statki, kosmos i podróże międzyplanetarne. W "Under the skin" przez większość czasu widać Scarlett Johannson jeżdżącą samochodem, a fabuła jest bardzo indywidualna i odnosi się wyłącznie do przeżyć bohaterki (?), chociaż można się spierać, że może mieć też większy wymiar.
Jest to trochę zbyt wolna opowieść, patrząc na to, co zawiera. Jest to niemniej uwaga czysto matematyczna, bo seans w ogóle mi się nie dłużył. Zostałem zahipnotyzowany, i oczekiwałem zakończenia, oczekiwałem odpowiedzi. Te jednak z filmu wyjęto i będę musiał książkę przeczytać. Oby w mojej bibliotece takowa była... Chcę poznać tło tego filmu, chcę poznać wątki społecznościowe, które też z oryginału wycięto.
Biorąc to pod uwagę, film radzi sobie całkiem nieźle jako samodzielny twór. To surowe, psychodeliczne, artystyczne i bardzo filmowe kino. Liczą się niuanse, spojrzenia i subtelne ruchy na twarzy. Nie wymaga jednak jakiegoś wielkiego skupienia czy czegoś. Film wszedł mi do głowy, zahipnotyzował i wprawił w pewnym sensie w osłupienie. Dobry film o seksualności.
Jakby ktoś kto nie zrozumiał filmu, to mu wyjaśnię, jeśli mi obieca, że w przyszłości przywoła mój nick, ten blog i to mnie przypisze tę zasługę.:) I nie może się podpisać jako Anonimowy ~~