poniedziałek, 16 października 2017

Widziałem we wrześniu dobre filmy i seriale

Mało filmów, dużo seriali. "Daria", "Pozostawieni", "BoJack", 




****FILMY****


Baby Driver (2017) - 6/10. Będę krytykować, bo film ma problemy z tempem. Jak na film który zasłynął właśnie doskonałym rytmem (zgranie dźwięku z warstwą wizualną w montażu i reżyserii) to właśnie do tego aspektu muszę się przyczepić - w scenariuszu. Bo ten wygląda jakby siedziała nad nim tylko jedna osoba, która od razu zaczęła to reżyserować bez poprawienia licznych błędów. Najbardziej oczywisty przykład - scena, która powinna mieć miejsce w okolicy 20 minuty, zostaje wygrana w 54. To daje mniej więcej 34 minuty opóźnienia, a film potrafi się wlec. Sporo jest tutaj zawartości bez żadnego pay-offu (albo też bardzo marnym). Tu sporo można było wyciąć lub przepisać aby lepiej sprawdzało się jako całość. Dla przykładu - mamy tutaj motyw z tym, że szef nie bierze do pracy nigdy tych samych ludzi, i dlatego Baby jest wyjątkowy. Dlatego mamy jeden napad z jedną ekipą, drugi napad z drugą ekipą... A potem mamy trzeci napad z mieszaniną pierwszej i drugiej. Co najmniej jedną można było więc wyciąć. Już po pierwszej Baby mógł być spłacony. Mamy tu imponujący wizualnie mastershot w czołówce... który też można było wyciąć. Takie są niestety twarde realia scenopisarstwa. Mamy też wujka/dziadka (?) który gada na migi. Mamy nagrywanie wszystkiego mikrofonem i tworzenie z tego muzyki. Po co? Po nic. Aż tu pod koniec okazuje się to ważne w tak wymuszony i biedny sposób, że można by przysiąść, że mamy do czynienia z amatorami. Na historię i konflikt brakuje pomysłu - szef najpierw zmusza Baby'ego do pracy bo jak nie to mu nogi z dupy powyrywa, a na koniec "uciekaj i trzymaj głowę nisko". Nagle policja zabija jakąś dziewczynę która myślała, że włączyła sobie nieśmiertelność, i stała bez żadnej osłony i strzelała. To ją strzelili bez problemu i z jakiegoś powodu jest to wina Baby'ego - wszystko po to, by mieć antagonistę na ostatnie 20 minut. I jest pojedynek. Jak wygląda wielki pościg na koniec? Baby wysiada z samochodu i w 3/4 opowieści dowiadujemy się, że jest mistrzem parkouru. Ma zmysł profesjonalisty oraz kondycję lekkoatlety. Umie nawet przeskoczyć jadący na czołówkę samochód. Super. A jak wygląda finałowy pojedynek? Za kółkiem drugiego samochodu siedzi John Hamm, nawet bez zasugerowania, że jego postać jest na tym samym poziomie kierowania pojazdami co Baby. Zresztą, to pojedynek w tym kto mocniej dociśnie gaz do dechy i zepchnie przeciwnika z dachu na ulicę. Biednie. Już mogli chociaż pójść w pojedynek samochodów na pustym dachu w stylu jednego z modów do GTA V. Jestem więc wdzięczny za bardzo ładny romans z muzyką oraz smaczki typowe dla Edgara Wrighta (cholera, ten mastershot na początku...), ale skoro już tworzy typowe kino gatunkowe, niech przestrzega jego reguł. A tu bez solidnych relacji między bohaterami, historii i dobrego tempa narracji nie da się skoczyć za wysoko. Trzeba się też po prostu zdecydować o czym to ma być. Finalnie okazuje się, że jest to historia o tym, że każdy dobry uczynek niesie ze sobą dobre konsekwencje i one mają znaczenie. Nawet jeśli tak na co dzień rujnujesz ludzi, to jednak warto otworzyć okno w aucie i oddać przez nie torebkę starszej kobiecie, od której właśnie kradniesz pojazd. Ona to doceni. Podoba mi się to.


To ("It", 2017) - 6/10. Solidna ekranizacja. Miała ciekawe nowe pomysły, popełniono mnóstwo błędów, ale wciąż jest to czas dobrze spędzony. Jak to czytacie to na Pełnej Sali powinien być już mój felieton o minusach scenariusza w tym filmie, tam więcej o tym piszę.


Kingsman: Złoty krąg ("Kingsman: The Golden Circle", 2017) - 6/10. Prosty, bałaganiarski, ale dający frajdę średniak. Niewykorzystane pomysły, bohaterowie, wskrzeszanie zmarłych i jedna z najgłupszych, pompatycznych scen śmierci, która byłaby piękna, gdyby tylko nie dałoby rady tak łatwo jej uniknąć... Nie żałuję seansu, nie zachęcam do oglądania.


Andriej Rublow (1966) - 5/10. Powtórka. Produkcja historyczna rozgrywająca się w XV wieku, inspirowana losem artysty ikonografa, tytułowego Andrieja Rublowa, przedstawiająca losy ówczesnej Rosji. Sam Rublow jest tu tylko łącznikiem pomiędzy kolejnymi sekwencjami, w których reżyser Andriej Tarkowski odnajduje przypowieść o kryzysie wiary, zwątpieniu w przyszłość świata oraz ludzkości. Uwaga - przed seansem wskazane jest poznanie biografii Rublowa na własną rękę. A także, jeśli będziecie mieć wybór, celujcie w wersję liczącą 200 minut



****SERIALE****


Pozostawieni, sezon II ("The Leftovers, 2015) - 8/10. Nie zazdroszczę ludziom którzy musieli pisać recenzję tego sezonu, bo już pierwsza scena, będąca jednym z najlepszych momentów w historii filmu, jest kompletnym zaskoczeniem i nie wolno recenzentowi nic z tego zdradzać. A tym samym pisanie o reszcie sezonu jest niemożliwe. Musimy więc pisać bez konkretów. Ponownie więc jesteśmy w świecie "Pozostawionych" - ludzi szukających szczęścia w swojej najbardziej bezpośredniej formie. To nie jest opowieść o radzeniu sobie z problemami albo droga do czegoś, nie - to jest fabuła w swej skończonej, ostatecznej i gołej formie. Wciąż bardzo istotny jest tu aspekt duchowy, może nawet jeszcze bardziej niż wcześniej - w końcu już teraz cała filmografia Tarkowskiego i reszty zbita razem nie ma startu do tego serialu - ale nadal nie mówimy nawet o koncepcie boga. Jest on chyba tylko wspominany aby żartować z takiego uproszczenia, że dla ludzi wiara równa się jakiemuś bóstwu który kontroluje wszystko i patrzy z góry. Jestem głęboko zafascynowany personą Damona Lindelofa, który w tej produkcji wynajduje kino na nowo, stawia na głowie każdy możliwy schemat, tworzy sam sobie wszystkie reguły... Jednocześnie jest zrozumiały dla widza. "Pozostawieni" to miniatura w miniaturze, idąca we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale przy tym wszystkim narrator wykonał iście tytaniczną pracę przy trzymaniu opowieści w ścisłej dyscyplinie. Oglądałem i akceptowałem ten świat. Czekałem cierpliwie i wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Gdzie się znajduję, co robię i co oglądam. Wiedziałem co zrobić z tym co jest mi pokazywane. "Pozostawieni" to odwrócenie typowej historii, która zazwyczaj prowadzi do deszczu żab lub innego wielkiego wydarzenia, które otwiera wszystkim oczy. W tym wypadku bardziej się nie da niż zniknięcie 2% populacji ludzi, a jednak to nikogo nie zmienia. Nadal nie umieją godzić się z rzeczywistością, nadal nie potrafią dostrzec prawdziwej wagi rzeczy które je otaczają, nie chcą akceptować, wybierają zapomnienie lub wypierają prawdę. Nadal odrzucają kontrolę nad swoim życiem, nadal zadają niewłaściwe pytania. Wciąż są nieszczęśliwi, zagubieni i nie wiedzą, co zrobić z darem jakim jest życie. Ale szukają.


BoJack Horseman, sezon IV (2017) - 8/10. Nowa świeżość - cały sezon jest cholernie konkretny i zróżnicowany. Nie ważne, za co kochasz ten serial, dostajesz wszystkiego po trochu, a opowiedziane to jest w zachwycający sposób. Plus możliwie najlepszy odcinek w całym serialu, czyli "Time's Arrow".


BoJack: "Seeing my mom is like a Terrence Malick movie. Every ten years or so is bearable, but more than that and it starts to get annoying."

Todd: "It's Always nice to be included in a sentence someone says"

- If I'm shitty, that's just because I'm shitty. You're allowed to be mad at me, but you need to know that whatewver I do, it's not your fault.
- I know. I mean, I know, but I don't always know, you know? Like, sometimes I have this tiny voice in the back of my head that goes, like, "Hey, everyone hates you! And they're not wrong to feel that way!"
- I know what you mean.
- That voice, the one that tells you you're worthless and stupid and ugly?
- Yeah?
- It goes away, right? It's just, like, a dumb teenage-girl thing, but then it goes away?
- ...yeah.
"BoJack" (2014)


Daria (1997-2001) - 7/10. Napisałem pełną recenzję: http://pelnasala.pl/recenzja-daria/


Quinn: Chocolate cake for breakfast?
Daria: It's too early for lunch.
Quinn: Dad! Aren't you gonna say anything?
Dad: What the hell is sodium hexametaphosphate?
"Daria" (1997)


Rick and Morty, sezon II (2016) - 7/10. Nadal mnóstwo dobrej zabawy i imponujące pokłady kreatywności. Wciąż nie jestem fanem filozofii która stoi za twórcami (nic nie ma sensu). Czyli z grubsza bez zmian. Kiedyś zobaczę trzeci sezon zapewne.


iZombie, sezony 1-3 (2015-) - 6/10. Satysfakcjonujący i przyjemny w oglądaniu serial o zombie. Jest konsekwentny, zróżnicowany, ciekawy. Każdy odcinek jest istotny i składają się na większą całość, z czasem jest tylko lepszy. Niedługo na PełnejSali pojawi się moja recenzja tego serialu, dlatego teraz nawet nie wiem, co mógłbym napisać. Warto rzucić okiem, nikt nie powinien żałować!


Newhart (1982-90) - 6/10. Po 40 odcinkach. Perypetie gościa prowadzącego pensjonat gdzieś w małym miasteczku. Sympatyczne, ciepłe poczucie humoru - tyle produkcja oferuje i to mi wystarczało. W którymś sezonie to się zmieniło i zaczęło być naprawdę wrednie. Humor opierał się albo na postaciach drugoplanowych, które nic mnie nie obchodziły, albo na tym, aby tworzyć sytuacje w których wszyscy traktują głównego bohatera jak gówno. Nie moje klimaty... Niemniej, warto włączyć przynajmniej kilka epizodów. Nie tylko dla jednego z najsławniejszych finałów w historii telewizji. Oto moi faworyci:


1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony!)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart


Hatfields & McCoys: Wojna klanów - miniserial ("Hatfields & McCoys", 2012) - 5/10. Serial głupi jak rasizm. Myślałem, że Costner i Paxton będą się bić na pięści przez pięć godzin, a potem się okazało, że to Romeo i Julia w kostiumie westernu. USA zaraz po wojnie secesyjnej (nie musicie wiedzieć, co to). Na niej było dwóch tytułowych kamratów: jeden zdezerterował, bo chciał do żony, a drugi został i ledwo przeżył. Potem było między nimi jeszcze kilka nieporozumień typu daleki kuzyn Harfieldsa podczas wojny zajumał McCoyowi świnię i ten poszedł z tym do sądu, ale nie było dowodów (ktoś zjadł świnię) więc sprawa zakończyła się patem, i to wkurwiło McCoya. I tak jakoś jedno po drugim wydarzeniu sprawiło, że te dwie rodziny się nienawidzą. Ale jak! Będzie taka scena w której rodzina McCoyów będzie pyskować do Hatfieldsów, a oni będą równie chętni do bijatyki, i wyjdzie jeden taki Hatflieds i powie "Spokój" i będzie uspokajać społeczeństwo. Więc McCoyowie zaczną go bić w pięciu, a on im da radę w pojedynkę. To wyciągną nóż i zaczną go we dwóch dźgać. Też nic. To go zastrzelą. Skubany jeszcze pożyje kilka godzin, nawet wymruczy coś w stylu, że wybacza swoim oprawcom, czy jakoś tak... Ponoć ten mini-serial jest na faktach oparty, ja tam nie wiem. W każdym razie ludzie którzy bili, dźgali i strzelali - oni będą skazani na karę śmierci. I mamy scenę, jak ich matka żegna. I ojciec też. Jako najsmutniejsza rzecz na świecie, najbardziej niesprawiedliwa, w której giną najbardziej niewinne kwiaty tego padołu łez. Ani słowa o tym, że są psychopatami i powinno się im wypchać gardło piachem czy coś takiego, nie. Taka tam, smutna scena, bo dobre chłopaki sobie zaraz przestaną dychać, bidaki. Pożegnanie i wszystko inne, pełen komplet. Świat stoi na głowie. Aż chce się, aby zgodzić się z serialem i wypuścić psychopatów na wolność, przecież ich czynny nie powinny mieć żadnych konsekwencji... A, jeszcze motyw Romeo i Julii. Relacja między zakochanymi wygląda tak: ona wie, że on jest kobieciarzem i ma babę w każdej stodole, każdą podrywa na te same teksty. Ale jest ładny, więc się całują. A potem seks, w towarzystwie jego śpiących sióstr. To byłoby tyle, oni już są zakochani. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, że to na faktach jest, to... Dobra, nieważne. Nie da rady traktować tej produkcji na poważnie. Głupie życie głupich ludzi, na dodatek trwa pięć godzin.


Rewolwer i melonik (1961-66) - 5/10. Po 10 odcinkach. Typowy serial tamtych czasów, kiedy ludzie uczyli się dopiero wykorzystywać i wypełniać format godzinnego odcinka, mając do dyspozycji historię na 20 minut. Efekt jest taki, że te odcinki są wolne, a scenarzyści pokazują co tylko mogą, byle tylko zabić czas. Nawet jeśli jest to wbrew narracji danej fabuły i pewne rzeczy nie powinny być pokazywane, one nadal są - bo mogą. Brakuje tylko by bohaterowie korzystali z toalety.

czwartek, 21 września 2017

Moje ostatnie felietony - BoJack, Pozostawieni i inne



Jak zapewne wiecie, moje teksty w pierwszej kolejności zazwyczaj idą na Pełną Salę. Chciałem je potem wstawiać na swojego bloga, ale doszedłem do wniosku, że nawet przepisywanie ich nie ma większego sensu wobec tego ile pracuję na tamtej stronie z szeroko pojętym formatowaniem tekstu. Dlatego tym razem - jeśli jeszcze ich nie czytaliście - po prostu zapowiem wam te teksty i podpiszę je linkiem do pełnych wersji. Co o tym myślicie? :)
****



Sesje Q&A mogą być lepsze. Wydaje mi się, że dla każdego możliwość rozmowy z twórcą filmowym byłaby ekscytująca. Oglądamy film a zaraz po nim możemy zadać pytanie osobie, która pisała scenariusz do niego, występowała w nim, albo spotkać się z tą osobą na mieście i pogadać na osobności. Nie trzeba udawać się w okolice czerwonego dywanu aby tego doświadczyć, ponieważ większość festiwali filmowych oferuje sesje Q&A po niektórych projekcjach. Potencjalnie ciekawe wydarzenie w praktyce jednak okazuje się niewarte wspominania.


Co nazywamy kinem niełatwym? Kino, które wywołuje w nas mieszane uczucia. Kino, po którym nie wiemy od razu co myśleć i co czuć. Filmy po których najpierw myślimy coś innego niż "to był dobry film". Musimy najpierw pomyśleć nad tym, co zobaczyliśmy. Kino, którego nawet sama definicja nie jest prosta. Ale spróbujmy. Na przykładzie "Nocturamy", "Wszechstronnej dziewczyny" i innych.


BoJack Horseman. Jedno Ważne Słowo. Właśnie miał premierę czwarty sezony serialu "BoJack Horseman", a to skłoniło mnie do przemyśleń na temat porównań polskiej i angielskiej wersji językowej.


Początek. Jak Powinien Zaczynać Się Film? Pierwsza scena, czołówka, lista płac. Jakiś początek musi przecież być. Tylko jaki? Głównie chodzi mi tutaj o pierwszą scenę "Pozostawionych". Wywarła na mnie ogromne wrażenie.

wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów

W sierpniu mało filmów, ponieważ byłem na Nowych Horyzontach gdzie widziałem ponad 50 produkcji (jakieś 45 pełnometrażowych) więc od takich rzeczy biorę urlop do października. Skupiłem się na serialach, więc niewiele produkcji poniżej omawiam, jednak arcydzieła się znalazły w obu formach. Jedno odkryłem w latach dwudziestych, a drugie dostarczył mi twórca mojego ulubionego serialu. Zapraszam.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Jacques Rivette - reżyser, który odrzucił czas


W drugiej połowie XX wieku powstał ruch Nowej Fali, który miał za zadanie - w dużym skrócie - odkryć kino na nowo. Zerwać ze schematami, wprowadzić świeżość oraz wolność twórczą. Zdefiniować jeszcze raz język obrazu, złamać dotychczasowe zasady dyktujące kształt każdej produkcji i zastąpić je nowymi. Jacques Rivette był jednym z najmniej znanych twórców tego nurtu.

piątek, 18 sierpnia 2017

Filmy które widziałem na Nowych Horyzontach 2017



Zapraszam do przeczytania mini-recenzji tego co oglądałem podczas ostatniej edycji festiwalu filmowego Nowe Horyzonty. Od 3 do 13 sierpnia zaliczyłem 50 seansów - około 46 filmów pełnometrażowych (jeden widziałem dwa razy, bo za pierwszym podejściem spałem na całości) i jakieś 16 krótkich metraży.

Na początek od razu zaznaczę: lepiej zrobicie jeśli zajrzycie na PełnąSalę, gdzie miałem większe możliwości; zrobiłem fantastyczny szablon, cała relacja jest o wiele ciekawsza wizualna, przejrzysta i poszeregowana tematycznie (kino polskie, dokumenty itd.). Do tego są tam nie tylko moje mini-recenzje ale też pozostałych kinomanów z którymi spędziłem ten czas.



Tutaj wstawiam jedynie same notatki; w suchej, podstawowej formie.




7/10

Niemiłość (2017) Obraz, który zachwyca precyzją wykonania. Reżyser wyraźnie wiedział jak wyglądać ma cała jego produkcja, ale też potrafił skupić się na bieżącej sytuacji. Mamy tu małżeństwo, które sprzedaje mieszkanie, ponieważ rozwodzą się. Oboje mają już następną drugą połówkę i są na dobrej drodze do nowego życia, ale co z ich dzieckiem? Na pochwałę zasługuje zarys postaci - są jednakowo i jednoznacznie negatywni, ale nie w jednoznaczny sposób. W każdym z osobna można zobaczyć coś dobrego. Można zrozumieć, czemu ktoś z nimi był i dał im drugą szansę. Z chęcią zadałem sobie nieraz pytanie: gdzie zaczyna się ich ciemna strona? Gdzie jest wina w tym, że ich sytuacja zaczęła wyglądać tak a nie inaczej? Całość odegrana i wyreżyserowana jest bezbłędnie: pełna życia, ale i detali dramaturgicznych rozsianych tu i tam, między słowami. "Niemiłość" to obraz brutalny i bezlitosny, który zostawił mnie pod ogromnym wrażeniem tego, jak przedstawił podjęte przez siebie tematy. Wyjątkowe kino wysokiej próby.

Piękny kraj (2017) Pastwiska Irlandii, gdzie nie ma nawet zasięgu telefonicznego. Skromna rodzina zatrudnia młodego człowieka do pomocy na farmie. Cenię sobie ten tytuł już za samo to, że chociaż opowiada o gejach, to jest wyzbyty wątków dyskryminacji. Czekałem, aż coś takiego się pojawi, ale tego nie dostałem wcześniej. Dla twórców homoseksualiści to po prostu ludzie, którzy mogą mieć normalne problemy w życiu - takie jak samotność, problemy z poczuciem własnej wartości czy podejmowanie trudnych, życiowych wyborów. Nie mogę napisać, aby był to film przełomowy, ale to co robi, robi dobrze. Opowieść potraktowana jest delikatnie i z szczyptą optymizmu do życia. Jest w tym filmie przekonanie o tym, że przyszliśmy na ten świat, aby czuć szczęście. Widok pary głównych bohaterów przytulnych na tle deszczowej Irlandzkiej zieleni i kilku owiec - czego chcieć więcej? Chyba tylko głównego bohatera o aparycji Billy'ego Elliota i głosie Toma Hardy, ale to też tu jest.

Uczciwy człowiek" (2017) Przed seansem rozmawiałem z aktorką która powiedziała mi, że najważniejsze jest napięcie między grającymi, czyli aby każda postać miała oddzielny cel, sprzeczny z celem pozostałych. Tę zasadę od razu znalazłem w "Uczciwym człowieku", od pierwszej sceny. Główny bohater imieniem Reza jest nękany (jego miejsce pracy jest niszczone, życie rodziny zagrożone), a jego oprawcy uchodzi wszystko na sucho, bo tak wygląda sprawiedliwość w Iranie (wszyscy są przekupieni i robią, co każe ten, co najwięcej płaci). Jak mówi jedna z postaci: tam albo uciskasz albo jesteś uciskany. Co zrobi główny bohater? Z przyjemnością stwierdzam, że odpowiedzi są warte poznania. "Uczciwy człowiek" to film który od początku ma pomysł na siebie i nie zwleka z niczym. Chociaż Reza często robi przystanki by zastanowić się nad kolejnym krokiem, to twórcy nie wykorzystują widza tylko dają mu sam konkret. Oferują pełnoprawne kino gatunkowe ze społecznym zacięciem, dostarczając również solidne zakończenie które nie zawiodło budowanych oczekiwań. Dobre kino!

Syn Królowej Śniegu (2017) To nie jest film dla dzieci. Miejcie to uwadze, jeśli tak jak mnie zmylił was koncept Franciszka Pieczki czytającego bajki dla głównego bohatera Marcina, który ma 8 lat. Jest jednak inaczej i głównym bohaterem jest... Ktoś inny. Może jest to matka Marcina, Anna, pracująca jako sprzątaczka i barmanka aby opłacić operację dla syna. A może jest to Kamil, jedna z uwodzonych ofiar matki, która go wykorzystuje, aby opiekował się Marcinem? Trudno powiedzieć i z czasem można tak rzec o coraz większej części filmu. Zmierza on na skraj umysłu, poza wszelkie oczekiwania, oferując coś całkowicie nowego. Pierwszy raz od dawna nie miałem pojęcia, gdzie film zmierza. Jestem pod wrażeniem. Czy wszystko ma w nim sens? Nie mam pojęcia. Piszę wrażenia na gorąco i chcę, aby więcej takich filmów powstawało. Chociaż wciąż trochę żałuję, że ten tytuł nie będzie dla następnych pokoleń pierwszą okazją aby poznać geniusz Pieczki, kiedy to rodzice mogliby włączyć im "Syna...", by Pan Franciszek opowiedział im bajeczkę. Bajeczkę, która w swojej mrocznej formie (negliż, tematy pedofilii, przekleństwa, masturbacja) nie nadaje się by puścić najmłodszym.

Klimat i wanilia (2016) Krótki metraż polskiej produkcji. Animowany dokument o kulturze BDSM. Twórcy nie mogli pokazać twarzy osób które im opowiadały swoje historie więc poszli w kolorową i pełną energii kreskę, mając przy tym głowę pełną pomysłów jak wizualnie pokazać to co słyszymy (treść wywiadów). Jestem pod wrażeniem, plus osiągnięto tutaj akceptację kultury BDSM.


poniedziałek, 31 lipca 2017

Widziałem w lipcu dobre filmy i seriale

Witam w podsumowaniu miesiąca, które upłynęło mi z grubsza na przygotowaniach się do nadchodzących Nowych Horyzontów, z których najwyraźniej widziałem już ponad 30 tytułów. Festiwal jednak wystartuje w sierpniu, a w lipcu polecam wam opowieść o dziewczynce która jadła koty; polski dramat społeczny tak smutny, że władza go zablokowała na lata; autobiograficzną opowieść o miłości do kobiet oraz bolesny obraz porywania ludzi prosto z Australii. Zapraszam.




czwartek, 20 lipca 2017

Relacja ze Zjazdu Alternatywnego Topu

Kinomanów poznaje się nie tylko w Internecie. Innym dobrym miejscem ku temu są przeróżne festiwale filmowe, na których ze znajomymi od kilku lat widuję się twarzą w twarz. Zawsze więc były to spotkania przy okazji czegoś innego - i chcieliśmy to zmienić. Zorganizowaliśmy spotkanie, gdzie okazją jesteśmy my sami! Bądźmy w końcu szczerzy - filmy już nie są powodem aby się spotkać. One mogą być złe, i na tym się skończy, ale jeśli towarzystwo będzie słabe, to i cały wyjazd będzie źle wspominany. Z wiekiem w byciu kinomaniakiem staje się bardziej istotne nie to, co oglądamy, ale co robimy pomiędzy seansami. Jak wykorzystujemy doświadczenie wyniesione z ekranu. Postanowiliśmy więc wynająć domek w lesie na weekend - i przeżyć.
****

Tym razem nie będę tu wklejać tekstu w całości, ponieważ możliwości bloggera przy edycji tekstu nie są już dla mnie zadowalające. Dlatego też od początku przekonywałem resztę ludzi z PełnejSali, aby pozwolili mi go tam puścić w takiej formie jak ja to widziałem. Cóż, udało się, i zachęcam do przeczytania. Wyszedł taki jak chciałem: pokazujący kinomanów w codziennym środowisku, jako zwykłych ludzi, dla których kino zawsze i wszędzie wypływa na pierwszy plan. Nawet kiedy nic nie oglądają.


aby przeczytać cały tekst :)

wtorek, 11 lipca 2017

Dyskusja o słabych filmach to umierająca sztuka


W piątek miała miejsce premiera filmu "Transformers: Ostatni rycerz" ("Last Knight"). I znowu krytycy - zarówno zawodowi, jak i amatorscy - narzekają, że filmy z tej serii są identyczne. Chciałbym zauważyć, że ich recenzje również są wysoce powtarzalne. A to sprawia, że znów przypominam sobie o zapomnianej sztuce mówienia o filmach słabych.

Nie podobają mi się recenzje poważnych krytyków, którzy odkładają profesjonalizm na bok gdy przychodzą premiery popularnych ale słabych produkcji. "Step Up", "Transformers", Marvel - teksty pisane na podstawie tych filmów często wyglądają identycznie. "Scenariusz banalny, liczą się tylko efekty komputerowe, logika nie istnieje". Teksty płaskie, pisane na kolanie, bez zaangażowania - jakby na końcu każdego było wykreślone: "Ludzie i tak pójdą bez względu co ja tu napiszę., Daję dwie gwiazdki, róbta co chceta".

środa, 5 lipca 2017

Widziałem w czerwcu dobre seriale i filmy

Spóźnione podsumowanie miesiąca, w którym byłem skupiony na PełnejSali i zachwycaniu się jak wygodne jest publikowanie tekstów na Wordpressie. Blogger w porównaniu do niego to niemal prymitywne narzędzie, a na dodatek ostatnio często teksty mi się zgrzytają - wysypują i pod względem formatu nieczytelne. Nie mam na to cierpliwości i to jest powodem opóźnień publikacji na tej stronie. Ale podsumowanie czerwca jest - głównie są to polskie tytuły. Przez film miesiąca postanowiłem poznać filmografię Stanisława Różewicza, którego wcześniej znałem wyłącznie po "Westerplatte", a tutaj okazuje się, że człowiek ten nakręcił jeszcze inne warte uwagi tytuły. Poza tym lata 20. i 30. bracia Marx i nieme produkcje. Co do seriali to był nieudany miesiąc, ponieważ wpieprzyłem się w tytuły, które szybko straciły moje zainteresowanie... Ale musiałem je dokończyć, więc się męczyłem.

Plus, musiałem zrezygnować z wielu rzeczy, aby znaleźć czas na "Wiedźmina 3". Gdy piszę te słowa mam na liczniku 113 godzin.

Plany na lipiec: przygotować się do Nowych Horyzontów, nadrobić nowości i obejrzeć parę długich klasyków, jak "Napoleon" i "Mabuse".





****
FILM MIESIĄCA: Świadectwo urodzenia (1961) - 7/10. Piękne kino polskie powojenne, złożone z trzech nowelek. Bohaterem każdego jest osoba małoletnia, a akcja rozgrywa się podczas wojny. W pierwszej oglądamy chłopca który samotnie podróżuje na wschód, by dogonić matkę i braciszka. W drugiej oglądamy najstarszego brata, który musi opiekować się rodziną i pracować na ulicy pod nieobecność rodziców. W trzeciej mamy sierotę, która musi się ukrywać ze względu na jej żydowskie korzenie. Ta ostatnia nowelka jest najlepsza, to jak ostatnie pół godziny "Pianisty". Opowiadanie obrazem i smutek wylewający się z ekranu. Dziecko, w którym nie było nawet odrobiny woli, aby żyć. Chciało umrzeć, ale nikt jej w tym nie pomógł. Ukrywali ją, a jej zostało patrzeć tylko przez okno bez słów na dzieci, które bawiły się w ogródku... Ech. Pozostałe dwie nowelki są dobre, ale to trzecia najbardziej oddziałuje na odbiorcę. "Świadectwo urodzenia" ma też coś jeszcze co bardzo lubię, czyli bohaterów wyjętych jakby ze "Strefy mroku" (1959). Wyglądających jakby nie należeli do tego świata, jakby byli postacią ze snu, fantazji. W pierwszej nowelce widzimy na polu kobietę ściskająca swoje dziecko na rękach. W drugiej mamy Rosjanina który uciekł z obozu niemieckiego i zakradł się do mieszkania bohatera. Stał w drzwiach, bez słowa, pojawiając się w środku nocy... Muszę nadrobić twórczość Różewicza. Wcześniej widziałem tylko "Westerplatte" (doskonały!), ale teraz wiem już, że ten reżyser zrobił również inne tytuły! GARRET POLECA!

czwartek, 29 czerwca 2017

Sto lat w kinie - 1917


Chciałbym przyjrzeć się bliżej kinu sprzed stu lat - jak wtedy wyglądało, co się działo, czy powstały w 1917 roku dobre filmy? I najważniejsze: co kobiety ubierały na plażę?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nowy system oceniania na Netflixie to krok w złą stronę


Niepokoi mnie tendencja przez którą dobre rzeczy w Internecie stają się gorsze bez wyraźnego powodu. Ostatnio choćby Spotify usunęło powiadomienia o nowych albumach artystów których obserwujesz. Z kolei na dniach Netflix zmienił to z czego jest słynny - system rekomendacji. Dlatego narzekam. Uwielbiam tę stronę, i chcę aby była lepsza.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Widziałem w maju dobre seriale. I filmy.




****FILMY****

FILM MIESIĄCA: Złotoręki ("The Man with The Golden Arm", 1955) - 8+/10. Frankie wychodzi z więzienia, gdzie pozbył się nałogu narkotykowego. Na wolności decyduje się zerwać z przestępczą przeszłością. Za kratkami nauczył się grać na perkusji i stara się o angaż w orkiestrze. Niestety, razem z nim chodzą po tym świecie ludzie którzy czerpali zysk z Frankiego będącego na samym dnie. I postarają się, aby ten znów tam się znalazł. "Złotoręki" to przede wszystkim doskonały scenariusz i urok starego kina. Scenografia całej dzielnicy zbudowana w studio oraz twórcy z autentycznym talentem którzy pracowali nad tym tytułem. Ile tutaj postaci, ile wątków! I wszystko to jest zastosowane w zaskakujący sposób, przeplatając się perfekcyjnie, tworząc bardzo życiową i klasyczną konstrukcję dramaturgiczną. To opowieść o sile i wytrwałości. Do tego przepiękna konstrukcja ujęć, przy których kreatywnie korzystano z kamery na kranie. Przygotujcie się tylko na to, że mamy tu jedną z najgorszych postaci kobiecych w historii kina. Zdecydowanie Top 2. Jedna z tych wariatek która gdy słyszy: "Idę zrealizować marzenie swojego życia, to moja jedyna szansa, nie mogę się spóźnić!" to odpowiada: "Zostań i pomasuj mi nogi" i robi dramat. Bądźcie świadomi też, że to rok '55, więc obraz narkotyków odbiega od takiego "The Wire", i to mocno. Dodać do tego, że zapewne niewiele mogli powiedzieć i pokazać... Strzykawka wciąż idzie w ramię, ale takie zachowanie "na głodzie" cechują dobre chęci aby wszystko pokazać w angażujący, pełen energii sposób... I tylko za te chęci należą się pochwały. Trudno jednak jest mi gniewać się na twórców. Zrobili wybitny obraz. GARRET POLECA!

środa, 24 maja 2017

Zacząłem współtworzyć stronę PełnaSala.pl



Oznacza to, że teksty na tym blogu będą pojawiać się z opóźnieniem. Ale po kolei:

Dawno, dawno temu, na koniec 2008 roku... 
Powstał Alternatywny Top 100. Był to blog na filmwebie. Polegał on początkowo na zbieraniu głosów znajomych aby odpowiedzieć na pytanie: jak wyglądałby ranking złożony wyłącznie z naszych ocen? Była to grupa początkujących amatorów kinomanów (chociaż niektórzy mieli faktyczne wykształcenie filmowe), ale łączyła nad pasja i zaangażowanie w to, aby lepiej poznać kino. Po latach ten ranking przestał być tylko rankingiem, a stał się Agorą, gdzie poznajemy nie tylko kino ale i kolejnych kinomanów. Wymieniamy się informacjami, organizujemy spotkania i dyskutujemy.

wtorek, 9 maja 2017

Okazuje się, że Amazon Prime i Amazon Prime Video to dwie różne strony



Amazon Prime to serwis VoD pozwalający oglądać filmy i seriale w zamian za uiszczenie miesięcznego abonamentu - nieco ponad 40 złotych. Mniej niż łączny roczny abonament na Hulu czy Filmstrucku, ale z drugiej strony nie można przerwać korzystania po miesiącu gdy będziemy mieć ochotę na coś innego.

poniedziałek, 1 maja 2017

Widziałem w kwietniu dobre filmy i seriale.

Kwiecień to głównie Amazon Prime z dodatkami Brown Sugar oraz HBO GO, czyli mamy tu sitcomy, Batmana, kino nieme i blaxploitation. Plus, to najwyraźniej był ostatni gwizdek aby obejrzeć "Split" i nie mieć zepsutego seansu przez newsy z całego świata o kontynuacji tego filmu, które zdradzały unikalny i niespodziewany zwrot akcji z finału. Jak widać to nie tylko w Polsce nie ma już prawdziwych dziennikarzy, ale to generalnie problem całego świata. Film miał premierę światową w styczniu, a w kwietniu już odbierają tobie wolność i przyjemność z oglądania. Cóż, jak widać najpierw trzeba urodzić się tak z 15 razy aby w tym czasie obejrzeć wszystkie filmy jakie wyprodukowano do chwili obecnej, i dopiero potem będzie można zaglądać na strony z newsami. Taki ich wybór. Ja się dostosuję.

A w maju wracam na Netflixa. Nareszcie...







****FILMY****

FILM MIESIĄCA:

Żywe cele ("Targets", 1968) - 7+/10. Okres New Hollywood to jednak pewniak jeśli chodzi o dobre, odważne kino. Mamy tutaj dwoje bohaterów: jeden z nich kupuje broń i rusza na miasto planując umrzeć, ale wcześniej chce zabić tylu ile tylko zdoła. Drugi to gwiazda kina, która właśnie podjęła decyzję o przejściu na emeryturę (w tej autotematycznej roli Boris Karloff). "Targets" to takie kino które z miejsca mnie kupiło. Od razu widać nieszablonowe podejście twórców do tematu tworzenia sztuki, i odwagę w montażu czy też innych środkach stylistycznych. Ale to przede wszystkim obraz wymagający. Tak, zrealizowany z ogromną dyscypliną, trzymający w surowym napięciu, ale jednocześnie będący zagadką dla widza. Szybko w mojej głowie pojawiła się myśl: "Niżej niż 7/10 tego nie ocenię. A jeśli dobrze wyjaśnią motywacje mordercy, to dam jeszcze wyżej". Dopiero ostatnia linijka dialogu uświadomiła mi, że tak naprawdę oglądałem zupełnie inny film, a motywacje mordercy mają śladowe znaczenie. Teraz będę myślał nad tym, co twórcy chcieli mi przekazać. Mogę wtedy nawet podwyższyć ocenę. GARRET POLECA!

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

BrownSugar - portal VoD z czarnymi filmami + podcast!

"Across 110th Street"

Blaxploitation to nurt w kinie amerykańskim, który narodził się w latach 70. Powstawał dla widzów czarnoskórych - i był robiony niemal wyłącznie przez artystów o czarnym kolorze skóry. Były to filmy tanie, wypełnione muzyką funkową oraz soul, należały do kina klasy B. Quentin Tarantino oddał hołd temu podgatunkowi kręcąc "Jackie Brown", gdzie m.in zatrudnił gwiazdę blaxploitation Pam Gier oraz wstawił piosenkę Bobby'ego Womacka "Across 110th Street" z filmu pod tym samym tytułem, który powstał w 1973 roku. Jeśli kiedyś mielibyście ochotę poznać bliżej ten gatunek, najszybciej byłoby sprawdzić stronę VoD zwącą się BrownSugar, gdzie znajdują się wyłącznie filmy blaxploitation.


Spis treści: 
0:00 Otwarcie czarnego piwa (+bonus)
2:33 O blaxploitation słów kilka
12:09 Coffy
24:00 Black Dynamite

POBIERZ aby słuchać offline w wolnym czasie


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

"The Knick" pokazuje, jak budować świat filmowy




Świat filmowy to z grubsza kostium, okres czasu i zbiór zasad, według których funkcjonuje cały tytuł. Jest to tylko tło, ale wciąż jest to element niezbędny. To tutaj określamy, czym bohaterowie oddychają - tlenem czy czym innym? Tutaj określamy, w jakim okresie żyją, i co mają na siebie założyć po wyjściu z domu - i czy domy już wynaleziono. Oczywiście, twórcy często pozwalają sobie na pewną pomoc, i korzystają z przyzwyczajeń widza. Jeśli kręcimy western, to możemy dać typowe, automatycznie generowane miasteczko z Dzikiego Zachodu. Widzieliśmy je już nieraz na ekranie, więc wiemy jak to działa. Nie trzeba nam tego przedstawiać. I w taki sposób powstał "Deadwood". Podobnie jest z całą masą różnych produkcji kostiumowych, które sprowadzają się do założenia aktorowi peruki, i w tym momencie twórcy mówią: "Wystarczy". Czasami jednak artyści tworzą taki świat, który zapada w pamięci. Ma ono swoją historię, duszę, a dla nas staje się nawet domem. Zrobiono to choćby w serialu "Babylon 5". A dziś chcę o tym napisać na przykładzie "The Knick".

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Widziałem w marcu dobre filmy. I seriale

W marcu korzystałem z ShowMax i HBO GO, więc poniżej zobaczycie trochę polskiego kina oraz wyczekiwaną notatkę o "It Follows", które w końcu dane mi było doświadczyć. Trwa też temat nadrabiania seriali. Chociaż nie obejrzałem do końca "Deadwood", to ukończyłem "Grę o tron", "The Knick" oraz "Olive Kitteridge". Do tego sporo cytatów i autorski poradnik "Jak być kobietą" napisany w oparciu o polskie filmy. Zapraszam do lektury.



****FILMY****



FILM MIESIĄCA: Ucieczka z kina "Wolność" (1990) - 8+/10. Powtórka. Trzeba przyznać, że jak Polacy nakręcą low-fantasy to nie ma chuja we wsi. Rabkiewicz pracuje jako cenzor filmowy, i z tego tytułu musi zmierzyć się z niespodziewanym zjawiskiem które ma miejsce w miejscowym kinie. Aktorzy na ekranie robią co chcą, a nawet przemawiają bezpośrednio do publiczności. Głowy muszą za to polecieć w socjalistycznej Polsce sprzed 1989 roku, a tym czasem Rabkiewicz odkrywa, że z przyjemnością spędza czas w kinie... Piętrowe metafory, alegorie i wyjątkowa atmosfera w której wszyscy tak po prostu akceptują, że aktorzy przemawiają z ekranu. Znajduję tu zarówno satyrę na ustrój polityczny który wtedy właśnie zdążył dobiec końca, jak i bogactwo przeróżnych przemyśleń na temat sztuki i kina szczególnie. A uwagi twórców pod tym kątem bardzo mi odpowiadają. Plus wyjątkowy humor ("No, i to jest właśnie polskie kino!") i Janusz Gajos, który może oglądać film, a i tak będzie to doskonały występ aktorski.


niedziela, 26 marca 2017

Cinema Post Cast - o moich doświadczeniach na studiach




SPIS TREŚCI:
00:56 - co studiowałem i dlaczego;
03:20 - pierwsze wrażenia na studiach;
04:40 - czym różnią się studia od liceum, gimnazjum i liceum;
10:18 - o oczekiwaniach nauczycieli wobec siebie i studentów;
17:14 - o minusach wykładów;
21:00 - najgorsze słowa jakie usłyszałem na studiach;
22:40 - ściąganie na studiach;
25:30 - w jaki sposób straciłem serce do studiowania;
27:00 - Tak. Można zmieścić w jednym zdaniu wszystkie błędy jakie nauczyciel może popełnić.
31:30 - jak udało mi się doznać absolutnej, doskonałej pustki;
35:30 - temat pieniędzy, czyli zgaduję ile nauczyciel zarabia na studiach;
39:50 - dlaczego w niedziele po wykładach zostawałem cztery godziny więcej na uniwersytecie;
45:13 - dacie wiarę, że udało się zepsuć coś jeszcze?




 POBIERZ (aby słuchać offline)

poniedziałek, 13 marca 2017

ShowMax - mały portal VoD. Moje wrażenia.



Najłatwiej jest opisać tę stronę jako malutki Netflix. Obie strony działają na podobnej zasadzie - płacisz miesięczny abonament (20 zeta) i masz nielimitowany dostęp do dostępnej tam zawartości. Filmy, seriale, dokumenty. Polskie, Brytyjskie, Azjatyckie, ze Stanów Zjednoczonych.

Interface jest przyjazny i czytelny, a katalog dostępnej zawartości można przeglądać, bez uprzedniego zakładania konta, pod tym adresem. Sama rejestracja wymaga podpięcia karty kredytowej, jest też opcja podpięcia konta PayPal, jednak do niego też musi być podpięta jakaś karta. Okres darmowego testu wynosi dwa tygodnie.

poniedziałek, 6 marca 2017

Widziałem w lutym dobre seriale. I filmy.

Luty to miesiąc w którym wcielam na poważnie mój plan na cały rok - czyli stawiam seriale na pierwszym miejscu. "Z archiwum X", "Stargate", "St. Elsewhere", "Friends", "House". Staram się nadrobić te produkcje, oglądając przynajmniej pięć najlepszych odcinków z każdego sezonu. Trochę filmów też widziałem w ciągu ostatnich tygodni, ale były to stare albo bardzo stare produkcje - mówię tu o etapie kina niemego. I nadal z przyjemnością odkrywam w tych latach tytuły, które potrafią mnie czymś zaskoczyć (np. "Kara" z 1920 roku). Obejrzałem też film nieco nowszy, bo z 1958 - "Dworzec centralny", wyprodukowany w Egipcie. Alternatywny Top 100 na Filmwebie doczekał się niedawno aktualizacji, więc i stąd wziąłem sobie parę tytułów do nadrobienia. Na koniec miesiąca aktywowałem darmowy okres na ShowMaxie, więc i stąd czerpałem materiał. Głównie polskie kino, oraz "Deadwood'. A filmem miesiąca został film z Australii.



niedziela, 26 lutego 2017

CinemaPostCast: rozmawiamy o Oscarach 2017



Gdzieś pod koniec grudnia (albo na początku stycznia) robiliśmy plany na przyszłe podcasty, wtedy pojawił się temat omówienia Oskarów. Tydzień temu Grześ zapytał się mnie:

Grzesiek: Garret, kiedy nagrywamy Oscary?
Garret: O kurwa. Zapomniałem.
Adrian: Jebać Oscary.

Nawet nie byłem świadomy, że do Oscarów został tydzień. Szybko Grzegorz nakreślił plan, potem jeszcze dwie osoby chciały z nami nagrywać, ale każda z nich miała inny wolny termin więc został Marcin i nagrywanie w czwartek, potem jeszcze nasz montażysta dźwięku musiał zrobić swoje, a potem Grześ śpieszył się z montażem właściwym byle tylko zdążyć z podcastem o Oscarach PRZED ceremonią.

Słychać to bardzo. Raz, że całość z 2h30min zeszła do zaledwie 1h54min, chociaż cięć przydałoby się zrobić o wiele więcej. Obecnie to brzmi, jakby w ogóle tych cięć nie było. Słucham Garreta i mam ochotę wyciąć co drugie zdanie które mówi.

Ale podcast jest i słucham go z przyjemnością.



SPIS TREŚCI:
00:00 Wstęp.
02:10 Omawiamy same Oscary oraz wyrażamy niezadowolenie z powodu afer wokół nagród.
12:55 Omawiamy poszczególne kategorie. Najlepszy film.
- 20:03 "La La Land"
- 28:00 "Moonlight"
- 32:00 "Manchester by the Sea"
- 38:00 "Hell or High Water"
- 40:00 "Lion"
44:40 Najlepszy aktor
59:40 Najlepszy reżyser
01:05:50 Najlepszy scenariusz
01:15:00 Najlepszy film zagraniczny
01:18:00 Najlepszy dokument
01:42:00 Najlepsze krótkie metraże
01:48:00 Podsumowanie


Jako ciekawostkę powiem, że wstęp wcale nie był wstępem. To pojawiło się podczas nagrywania mniej więcej drugiej godziny. Początkowo Grześ zapytał się mnie, czy mam jakąś historię na początek. Nie miałem, nie chcieliśmy czekać - a o tym, że mamy wstęp dowiedziałem się gdy włączyłem sam podcast.

poniedziałek, 13 lutego 2017

W kinie to DC póki co sobie radzi lepiej


Na początek skupmy się na samych filmach:



1 runda
"Iron Man" vs "Człowiek ze stali" (Man of Steele)

Tutaj łatwe zwycięstwo Marvela. "Iron Man" był solidny i satysfakcjonujący, ale to wystarczyło. Ponad to z perspektywy czasu okazał się ważnym i odważnym tytułem, który rozpoczął budowę filmowego uniwersum. Był jednocześnie znany i nieznany, oferując widzowi znajome rozwiązania prowadzące do czegoś, czego w kinie jeszcze nie mieliśmy. A "Man Of Steele" nie miał chyba jednej sceny która miałaby sens od początku do końca. Były pomysły, ale zabrakło ich skutecznej prezentacji. Punkt dla Marvela (1:0). 




2 runda
"Incredible Hulk" vs "Batman v Superman

Banalne zwycięstwo DC. Tym razem Marvel wychodzi z produkcją o której dziś nikt nie pamięta, a tym bardziej o tym, że to-to wchodzi w skład najbardziej dochodowej serii filmów w historii X muzy. Z kolei "Batman v Superman" odbił się szerokim echem wśród widzów. Był dogłębnie dyskutowany, podzielił widzów na tych którzy go nienawidzą do granic możliwości i takich, którzy go wielbią. Za ryzyko, jakie podjął, i własny styl. Sam widziałem go dwa razy i z przyjemnością wrócę do niego jeszcze raz. Punkt dla DC (1:1). 




3 runda
"Iron Man 2" vs "Legion Samobójców" ("Suicide Squad")

Jeszcze bardziej banalne zwycięstwo DC. Bo jednym jest zrobić słaby film o którym nikt nie pamięta - ale o wiele gorzej jest zrobić słaby film, o którym pamiętają wszyscy. Taki jest właśnie "Iron Man 2" - blockbuster z jedną sceną akcji, w którym uwaga widza celowo jest skupiana wokół kolejnych bzdur scenariuszowych (dalej mnie męczy to, jak IM w pojedynkę doprowadził do światowego pokoju w trzy dni. Powinni o tym film zrobić). A jednocześnie nie mam zielonego pojęcia o czym ten film był! A przecież wystąpił tam Sam Rockwell - powinienem raczej pamiętać kogo zagrał tak charyzmatyczny aktor, racja? Co by nie mówić o "SS" to przynajmniej pamiętam, kogo grał tam Will Smith. Punkt dla DC. 



Wynik 2:1 dla DC. Dwie kolejne rundy też raczej będą na korzyść DC, już teraz to przepowiadam. "Wonder Woman" będzie lepsza niż "Thor" a "Justice League" będzie dużo lepsze od "Kapitana Ameryki". Wątpię, bym któryś obejrzał, ale to Internet. Tutaj nie muszę oglądać by wydawać wyroki. 


poniedziałek, 6 lutego 2017

Garrety & Rezy 2016. Podsumowanie filmowe roku



Rok 2016. Rok w którym wróciliśmy do grania w Pokemony. Rok tzw. Brexitu. Rok, w którym Polska mogła wygrać Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Rok, w którym media niemieckie milczały o gwałtach w Niemczech. Rok, w którym Amerykanie podczas elekcji prezydenckiej mieli tak marny wybór, że głosowali na martwego orangutana. Rok, w którym odwołano prezesa Telewizji Polskiej, by następnie w drodze konkursu wyłonić nowego prezesa... Którym stał się poprzedni prezes.

Działo się. Oj, działo się. A my w tym czasie woleliśmy siedzieć w domu i oglądać filmy i seriale. Bo jesteśmy kinomanami. Kinofilami. I skopofilami. A mijający rok był dla nas bardzo dobry.

Szczególnie dla polskiego kina, z którego spokojnie można było ułożyć Top 10 najlepszych filmów roku (i żaden z nich nie stał się polską kandydaturą do Oscara). Ale nie mogli narzekać również fani horroru, animacji, kina superbohaterskiego czy takiego z interesującymi kobietami. Najlepiej mieli po prostu... miłośnicy X muzy, bo filmów które zyskały swoją wierną bazę fanów było w tym roku bez liku. Ja swoje podsumowanie roku mogłem robić już w październiku, bo wtedy miałem gotowy Top 20 mijającego roku. A najwazniejsze premiery dopiero miały wypłynąć... O tak. Ten rok był najlepszy od czasu 2007 roku. A może nawet 1974? Ja sam przekroczyłem granicę którą sobie ustawiłem, by w rankingu rocznym było tylko 20 pozycji. Było ich za dużo, musiałem rozszerzyć zestawienie. A mogło być ich dużo więcej. Wystarczy nadstawić ucha i usłyszymy głośne zachwyty nad wieloma tytułami, których u mnie nie zobaczycie. "Nocturnal Animals"? "Deadpool"? "Ostatnia rodzina"? "Zwierzogród"? "Łotr 1"? "Cloverfield Lane 10"? "Kubo and the Two Strings"? "Służąca"? "Hell or High Water"? "Toni Erdmann"? "Przełęcz ocalonych"? Dla wielu podsumowanie 2016 roku nie może istnieć bez tych tytułów. A u mnie jest blisko trzydzieści które oceniam wyżej od nich. I oczywiście, nadal w Internecie są głosy, iż mijający rok był do bani, i nie było co oglądać.:)

Przez ostatnie dwanaście miesięcy uczyliśmy się wielu przydatnych rzeczy, takich jak budować bazę fanów na nienawiści i kłótni (remake "Ghostbusters"), że departament obrony musi usiąść na dupie bo ma za dużo zabawek ("Nowy początek", "Legion samobójców"), technologia 4DX może mieć sens (remake "Siedmiu wspaniałych"), do królika nie można mówić "króliczku" ("Zwierzogród"), socjalizm jest do bani ("Ja, Daniel Blake"), gwałt na facecie może być zabawny ("Bandyci i aniołki"), Rumunia i Polska są bardzo do siebie podobne ("Nieprawi", "Sieranevada", "Egzamin") i by zawsze oglądać film do końca - nawet gdy przez pierwsze 70 minut masz ochotę wyrywać krzesła z sali kinowej ("24 tygodnie").

Tak więc zapraszam. Oto:


Garretowy
Top 30,5 (!!!)
Najlepszych filmów 2016 roku


poniedziałek, 30 stycznia 2017

Widziałem w styczniu dobre filmy i seriale

Styczeń, czyli tradycyjnie miesiąc Oscarowy i poświęcony nadrabianiu nowości z ubiegłego roku. Już za tydzień podsumowanie wszystkiego co wyszło w 2016 roku, i czuję się przygotowany. Tymczasem zapraszam na niewiele ponad 10 notatek o filmach i garść poświęconych serialom. Niewiele oglądałem. Dobrze, że nie jestem studentem, mogłem oglądać jeszcze mniej...







FILM MIESIĄCA: Manchester by the Sea (2016) - 8+/10. Lee Chandler pracuje jako dozorca. Prowadzi monotonne życie z którego wyrywa go jeden telefon - bohater natychmiast opuszcza miasto by wrócić do brata. Ten jednak umiera zanim zdążyli się spotkać. Teraz pozostaje dokończyć wszystkie sprawy i dopełnić ostatnią wolę zmarłego. Na papierze brzmi to dla mnie nieciekawie, podczas seansu jednak - było w tym wszystkim COŚ. Coś, czego jeszcze nie umiałem zidentyfikować... do czasu. Wtedy nazwałem to roboczo "ciężarem". Jest w tej opowieści coś ciężkiego i ukrytego świadomie. Czułem to podskórnie, a przez to czekałem w jaką stronę całość się rozwinie, i o czym to jest tak naprawdę opowieść. Po seansie mogę powiedzieć, że jest to przeciwieństwo "Patersona", zarówno formalne jak i w nastroju. "Menchester..." to taki chujowy "Paterson". Gdzie u Jarmusha było zwykłe życie pozbawione wydarzeń o których będziemy pamiętać za rok, a cały seans jest niezwykle pozytywny i optymistyczny, tak poznawaniu losu Chandlera towarzyszył mi nieustający dołek. Tutaj są zdarzenia które zostawiają blizny na całe życie, a ogólna wymowa jest taka, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Są rzeczy, które nigdy nie zostaną naprawione, a ból nigdy nie zniknie. Pozostaje tylko akceptacja i dalsze życie, ale one tak naprawdę niczego nie zmieniają. Każda następna chwila będzie prowadzona ze świadomością tego, ile nosimy na swoich barkach, i to będzie trwać aż do śmierci. A potem nic już nie będzie. Jeśli wynika z tego seansu coś pozytywnego to tylko zapewnienie widza, iż taka postawa wciąż jest istotna. Z tego też może wyniknąć coś dobrego.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Podsumowanie muzyczne 2016 roku Garreta Rezy

Moje ulubione piosenki 2016 roku. 
Kolejność bez większego znaczenia.



Ale "Redbone" i "Higher" jest uczciwie na szczycie.

wtorek, 17 stycznia 2017

Podsumowanie osobiste 2016 roku. Nowy tryb życia




Uwaga - to nie jest podsumowanie najlepszych filmów ubiegłego roku, ani w ogóle nie robię tutaj żadnych rankingów. Na wybór najlepszych piosenek, seriali i produkcji fabularnych przyjdzie jeszcze czas. Teraz chcę napisać o tych rzeczach które działy się ostatnio w moim życiu, a nie są prywatne.

2016 rok był dla mnie bardzo ważny. Nie tylko dlatego, że obejrzałem "The Shield", skończyłem pisać scenariusz filmu fabularnego "Kara ludzka" oraz pojechałem pierwszy raz na Festiwal Pięć Smaków. Istotny jest też fakt, że zacząłem studia. A to wpłynęło na mój tryb życia. 

Moją aspiracją było bycie lepszym człowiekiem, więc wybrałem kierunek garretyzacji, gdzie uczę się takich rzeczy jak garretyka oraz garretologia. Będę lepszym Garretem. Same studia to temat na oddzielny tekst (a nawet podcast, od lat 18) - w skrócie jest to nadal żart z edukacji. Ale w porównaniu do szkół podstawowych i średnich to jest tak gigantyczna różnica, że nie mam problemu z płaceniem za nie. Wybrałem formę niestacjonarną, i dojeżdżam co drugi weekend na uniwersytet, gdzie siedzę 12 godzin dziennie, od piątku do niedzieli.

Dodać do tego pracę w ciągu tygodnia... To musiało wpłynąć na mój rytm życia. Ale znalazłem sposób, by pogodzić ze sobą różne elementy. Własne teksty, wizyty na siłowni, filmy, gry, seriale, muzyka, nauka, filmiki z YouTube (tak, one też zajmują sporo czasu, to poważna sprawa) oraz sen czy jedzenie. Muszę w końcu zacząć kiedyś tyć. Przynajmniej więcej ćwiczę, to mam większy apetyt. Wykorzystuję wolny czas w pracy by się uczyć, i zejdę też na koniec na te pół godziny, by poćwiczyć na miejscu. Po powrocie do domu nie mam już problemu by zjeść i zasiąść do pisania. Zacząłem iść spać dosyć wcześnie teraz. Jak tylko czuję zmęczenie to idę do łóżka, na przykład około 21. I wcześniej. Potem budzę się o piątej nad ranem, albo o czwartej... i wcześniej. Co ciekawe, wyeliminowało to moją potrzebę drzemki w trakcie dnia. Wcześniej w ciągu roku zasypiałem zaraz po powrocie z pracy, a nawet w pracy często miałem ciężkie powieki. Teraz śpię w nocy mniej niż potrzebuję, a mimo to moje potrzeby są zaspokojone.

Budzę się sam, bez budzika. Leżę w łóżku, słuchając podcastów z YT na telefonie, bez stresu. Czasami leżę tak i godzinę, zanim się podniosę. W autobusie staram się uczyć. Kiedyś miałem problem z podróżami, co powoli mi znika. Na studia jeżdżę godzinę w jedną stronę, często po powrocie od razu kładę się spać by następnego dnia tylko wstać bez śniadania i jechać na wykład. Akceptuję to, tak po prostu. Słucham wtedy muzyki. Nie mam nawet problemu by pojechać do Warszawy na weekend teraz, gdy odkryłem, iż mogę tam wygodniej i szybciej dotrzeć przy pomocy ciuchci. Dzięki temu byłem na Pięciu Smakach przez weekend. Pracę skończyłem o 15:15, autobus odjechał o 16:05 do ciuchci, do której jechałem półtorej godziny, o 17:41 odjazd do stolicy w której byłem o 20:10. A mój pierwszy seans zaczynał się w ramach festiwalu o 20:30. I wszyscy byli zadowoleni. Ja sam nie czuję się dziwnie z tym, że wychodzę spakowany do pracy o 7 w piątek by wrócić do miejsce gdzie mieszkam w niedzielę po południu.

Gry ostatnio bardzo potaniały, i regularnie moja kolekcja powiększa się. Ale gram coraz mniej tak naprawdę. Rok 2016 to był rok głównie produkcji typu tower defense: "Gem-Craft: Chasing Shadows" (54,1h), "DeathTrap" (40,6h), "Ancient Planet" (18,2h), . Do perełek zaliczę zdecydowanie "Talos Principle" (18h, dodatek zakupiony, więc będzie jeszcze - arcydzieło gier logicznych i jedna z najlepszych przygód jakie miałem przyjemność przeżyć przed monitorem!), "Binary Domain" (12h, fenomenalny TPS ze znakomitą fabułą). Ciesze się, że przeszedłem też "Life is Strange" (14,2h) oraz "Zombie Driver HD" (14h), 

Grałem oczywiście więcej, ale tylko na powyższe tytuły poświęciłem więcej niż 10 godzin. Wciąż moim wyrzutem sumienia jest "Counter Strike: Global Offensive", w który chcę grać, ale jednocześnie nie mogę porządnie przysiąść, by wyrobić sobie jakąś stałą formę. Zamiast tego od czapy gram kilka meczy, idzie mi średnio, spada mi ranga, i znowu nie gram przez dwa tygodnie...

Podczas tych świąt kupiłem zaledwie dwa tytuły, zadowalając się graniem w to co już posiadam. Będę musiał przeznaczać teraz wolne weekendy na granie, by się wydostać z tego dołka. 

Czegoś w tym wszystkim brakuje, prawda? Filmów, seriali... i muzyki, tak naprawdę. Niewiele słuchałem w porównaniu do lat wcześniejszych. Mam ochotę grać, ale przecież muszę coś oglądać, prawda? Seriale potrzebują o wiele więcej czasu, a filmy... można połykać. I wygląda, jakbym codziennie coś oglądać, gdy w rzeczywistości miałem bardzo długie okresy, gdy niczego nie włączałem. A potem oglądałem przez kilka dni po parę tytułów na dobę i potem manipulowałem przy dacie obejrzenia na filmwebie tak, by wyglądało jakbym oglądać jeden film dziennie.

Ale dobra, pomówmy o filmach oglądanych w 2016 roku. Liczę z powtórkami, więc było ich w sumie 394 przy średniej 5.94 (dla porównania lata wcześniejsze: 2015 - 340 przy średniej 5.65; 2014 - 279 przy średniej 5.84). Nie licząc nowości i tytułów które dopiero teraz mają swoją polską premierę, najlepiej wspominam odkrycie (przez przypadek) filmografii Mikio Naruse, czyli kolejnego Azjaty który tworzył jeszcze w epoce kina niemego, potem przeniósł się płynnie do dźwięku, tworzył wspaniałe kino... I dziś nikt o nim nie pamięta. Do tej pory obejrzałem trzy tytuły od niego - "Gdy kobieta wchodzi po schodach" zdecydowanie najlepsze. W dalszej kolejności bardzo pozytywnie wspominam: "Szczególny dzień" (precyzyjny melodramat), "Skrzydła motyla" (takie kino właśnie chcę oglądać!) Poczyniłem też liczne powtórki: "Broken Flowers", "Stalker", "Tokio Story"... Ale najlepszą decyzją było zdecydowanie danie drugiej szansy dla "Furmana śmierci". Doskonały tytuł, który bardzo zyskał w moich oczach po latach. Czyżby pierwsze arcydzieło w historii kina?

1/10 - 1 ("Lichwiarz". Wczesny Chaplin to nie ten sam włóczęga co w pełnych metrażach)
2/10 - 7 (np. "Pilecki". Niewiele się denerwowałem w tym roku. Dobrze!)
3/10 - 7 (było źle, ale też śmiesznie. "Bitwa Warszawska" czy też "Córki Dancingu")
4/10 - 19 ("Awaria". Sporo niespełnionego, pozbawionego celu i kreatywności tytułów)
5/10 - 79 (tytuły o których zapomniałem następnego dnia. Jak "Deadpool" czy "Jason Burne")
6/10 - 148 (najpopularniejsza ocena. Poszła m.in. do kiczowatego "Obrońcy")
7/10 - 109 (od "Człowieka scyzoryka" po "Boginię", szalenie zróżnicowana lista tytułów. Wspaniały rok!)
8/10 - 21 (głównie powtórki, jak "Bez przebaczenia", ale też sporo nowości z ubiegłego roku!)
9/10 - 1 (jeśli macie możliwość oglądania "Stalkera" w kinie, skorzystajcie!)
10/10 - 1 (włączam "Clerks" około północy by obejrzeć jedną scenę, a oglądam do końca, i to po raz 40 albo 50 - dycha jak w butach!)

Obecnie nie mam nigdzie zakupionego abonamentu. Ani Netflix, Hulu czy Filmstruck. Nie mam czasu, by korzystać. A przecież do Polski zajrzał Amazon Prime, znajomy pokazał mi portal VoD BrownSugar, który też chcę sprawdzić... Nie mam czasu, by wykorzystać darmowe okresy próbne tych stron. W najbliższym czasie to się nie zmieni, koniec roku i podsumowania, więc mam ochotę oglądać nowości. 

A potem... myślę, że w 2017 roku odpuszczę filmy. I skupię się na serialach. Oczywiście, pojawię się na paru festiwalach, i czasem coś obejrzę, ale jednak mam dosyć tego próbowania zadowolenia wszystkich rejonów naraz. Spróbuję specjalizacji. "Gra o tron", "Z archiwum X", "Stargate", "Kochane kłopoty"... Te i wiele innych produkcji obejrzałem zaledwie po jednym lub dwóch sezonach. To się musi zmienić, i w 2017 roku dokończę w końcu co zacząłem. Raz a dobrze. Jak więc chcecie, to polecajcie. Obejrzę wszystko, byle to była uczciwa rekomendacja. Taka, którą moglibyście mi dać nawet i za rok. Nie chcę słyszeć o tytułach które ostatnio obejrzeliście "i są całkiem dobre". Takie produkcje dopiero przede mną, bo wciąż mam za uszami tytuły które są legendami telewizji. Na pierwszy ogień pójdzie "M*A*S*H". Może "Tyler Mary Moore" od razu zacznę... Tak czy siak, 236 seriali mam do obejrzenia. Zróbmy coś z tym!

Ale w ubiegłym roku jednak coś obejrzałem! Dokończyłem ostatnie pięć sezonów "The Shield", które zgodnie z obietnicami Internetu okazało się jednym z najważniejszych przeżyć jakie dostałem od kina w swoim życiu. Głębiej poznałem "All in the Family", fenomenalny sitcom z czasów gdy śmiech widowni był nagrodą dla artysty na scenie. Plus, to właśnie w tej produkcji pojawia się najprawdopodobniej mój ulubiony żart wszech czasów. Obecnie mam za sobą 54 epizody tej produkcji (pierwszy sezon + po pięć najlepszych odcinków z każdego kolejnego sezonu). Dzięki polskiemu Netflixowi obejrzałem też dokumenty Kena Burnsa - 14-godzinny "The War" o WW2 ze strony USA, oraz trzy godziny o "Prohibicji" (co okazało się cholernie interesującym i znaczącym tematem!). Zaryzykowałem i okazało się, że seans "Gravity Falls" było strzałem w dziesiątkę. Podobnie z "Kochanymi kłopotami". Piszę poważnie.

Warto też wspomnieć o "I nie było już nikogo" (trzygodzinna ekranizacja Agathy Christie, która wywalczyła sobie prawo do uznania jej, pomimo setek podobnych adaptacji), "Steings: Gate" (świetnie wykorzystany koncept człowieka wobec podróży w czasie). Obejrzałem "The Hooneymoners", jeden z pierwszych seriali w historii telewizji (i pierwowzór naszych "Miodowych lat") który średnio zniósł upływ czasu, "One Punch Man", pierwszy sezon "Fargo", "Over the Garden Wall". Powtórzyłem sobie pierwszy sezon "MacGyvera" i bawiłem się przednio!

Nie zawiodłem się też na ciągach dalszych znanych mi seriali - trzeci sezon "BoJacka" dostarczył mi tyle ile potrzebowałem, "Scream" przewyższył moje oczekiwania prowadząc wciągającą i energetyczną opowieść z clifhangerem na końcu prawie każdego odcinka (a potem dostarczył znakomity dwugodzinny Halloween Special). Dwudziesty sezon "South Parku" to raczej oczywistość. Ta produkcja zawsze będzie genialna. A biorąc pod uwagę, że twórcy cały czas robią coś nowego, próbują nowych rzeczy, i wychodzi im to tylko lepiej... Są konkurencją tylko dla samych siebie. I biorą z tego użytek. Siódmy sezon "Archera" był w porządku. Jak cały serial. Bawi mnie, a potem o nim zapominam. Dziwna rzecz.


Najlepszy żart jaki zrobiłem w ubiegłym roku:

1) Gdy troll w Internecie otwiera paszczę: "Żeby móc obrażać ludzi nie musisz płacić za Internet. Wystarczy, że będziesz siedzieć w oknie i trochę podnosić głos na przechodniów. Więcej będziesz mieć na narkotyki i alkohol. Profit. Wesołych świąt."

2) Opis "Rzymskich wakacji" (1953): "Halo, Ameryka? Odbudowaliśmy Rzym. Weźcie zróbcie o tym film z wielkimi gwiazdami; I co one tam będą robić?; Nie wiem, k****, spacerować"

Pewnie coś pominąłem, ale to się dopisze. Tak czy siak - zacząłem studiować, zacząłem nagrywać podcasty, myślę o podbiciu świata, napisaniu przynajmniej jednego kolejnego scenariusza (i nad poprawą wcześniejszych), olaniu filmów i nadrobienia seriali.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Cinema Post Cast; rozmawiamy o Scope 100




Czym jest inicjatywa Scope 100 (dawniej Scope 50)? Dlaczego wcześniej o niej nie słyszeliście, dlaczego powinniście i jak się dostać tam, by oglądać filmy za darmo. Nie dowiecie się tylko, czemu znowu Garret brzmi jakby mu było zimno.

Jedna uwaga na początek: my chcemy słyszeć/czytać wasze komentarze. Nie prosimy o to, bo uznajemy to za oczywiste. Jesteśmy otwarci też na różne formy współpracy. Tylko musicie nabyć drogą kupna mikrofon.


Wystąpili:
Garret Reza (wokal, reżyser, w Scope od trzech lat)
Lucky Luke (Adrian, montaż, montaż dźwięku, wokal, producent, w Scope od dwóch lat)
PiQ (Grzegorz, wokal, w Scope od roku. A tak naprawdę to od listopada. Listopad nie był rok temu. Znaczy był, ale inny)
i Ania. Po prostu, Ania. Albo garpik.


Spis streści:
2:00 - co to Scope? Jak wygląda organizacja i korzystanie?
13:38 - jak wyglądała pierwsza edycja i czemu dla Garreta Scope skończył się na "Magical Girl"? Mówimy też trochę o innych tytułach z tamtej edycji.
20:58 - jak wyglądała druga edycja i czym jest "film ambientowy"? Wygrała wtedy "Blokada", ale kilka słów było też o innych, biorących udział w plebiscycie.
26:14 - jak wyglądała trzecia edycja i czym różniła się ona od poprzednich i czym wyprowadziła z równowagi Adriana? I ile to jest 159 odjąć 12? Wygrał "Red Turtle", ale mówimy o tytułach które nam się spodobały, czyli: "Ornitolog", "After Love" czy "Serce z kamienia".
51:00 - jak powinno się przetłumaczyć "Heartstone"?
59:00 - podsumowanie! A trochę dalej - bloopersy.



https://archive.org/download/Scope_201701/Scope%20250_01.mp3

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Widziałem w grudniu dobre filmy. I seriale.

Czyli co oglądałem w ciągu ostatniego miesiąca. Dwa słowa o każdym z nich - w tym odcinku o nowym sezonie "South Parku", cztery części "Star Wars" (w tym "Łotr 1"), nowy film Jarmuscha ("Paterson"), Ben Affleck z autyzmem ("Księgowy"), sequel "Gdzie jest Nemo" ("Gdzie jest Dory"), wciągający thriller ekonomiczny "Zakładnik z Wall Street", nowa część "X-Men" ("Apocalypce"), ostatni film Andrzeja Żuławskiego ("Kosmos") i inne.



Paterson (2016) - 8+/10. Adam Driver gra Patersona,

kierowcę (ang. driver) autobusu, w mieście Paterson. Każdy dzień jego filmowego życia znaczy codzienność - ulubione płatki na śniadanie, rutynowa praca, obiad w domu, spacer z psem podczas którego zaglądamy do baru na piwo. Z ulgą oznajmiam jednak, że jest to wciągający i ciekawy film - głównie dlatego, że reżyser nie zostawia tutaj miejsca na zbędne elementy. Każdy pojedynczy element na ekranie jest przemyślany, istotny i zwraca naszą uwagę. Zwykły spacer oglądamy więc z uwagą, bo wiemy, że on do czegoś prowadzi (badum-tss). Nie doświadczamy tutaj tzn. "zabijania czasu". Plejada detali jest tak bogata i różnorodna, że dla każdego pierwszy seans będzie trochę innym doświadczeniem - i dlatego warto oglądać "Patersona" w towarzystwie. Nie tylko po to by wymienić się przemyśleniami oraz interpretacjami, ale także po to, by zwrócić czyjąś uwagę na jakiś detal, który tej osobie umknął. Na przykład, że aktor którego Paterson spotkał na spacerze w niedzielę - on musiał wyjść z tego samego powodu co nasz bohater, prawda? W poniedziałek z kolei żona Patersona opowiada swój sen, w którym były bliźniaczki. W środę Paterson po pracy spotyka młodą dziewczynkę, poetkę -piszącą w podobnym stylu co nasz kierowca... Która okaże się mieć siostrę. Bliźniaczkę. Co to znaczy? CZY to coś znaczy? Gdy wspomniałem o tym znajomemu ten uświadomił mi, że motyw bliźniaków wraca wielokrotnie przez cały film, w tle. I ma to związek z inspiracją prozą poety Williama Carlosa Williamsa. Im więcej myślisz o "Patersonie" tym więcej dostrzegasz w konstrukcji filmu, jak precyzyjnie jest on zaplanowany. Podczas pierwszego seansu zwróciłem już uwagę na to, że wydarzenia co najmniej trzech dni są zapowiedziane poprzedniego dnia ("Paterson, a ty masz komórkę?"). Seans zostawia z pytaniami, intryguje, rozgrzewa i inspiruje. Udaje mu się oddać czar rzeczywistości - w trakcie oglądania wyczekiwałem powrotu do tych codziennych smaczków, jak choćby podsłuchiwanie rozmów pasażerów w autobusie. Znalazłem w tym przyjemność. A na koniec - "Paterson" ma normalną historię, która budowana jest przez cały czas trwania. Znalazłem tu ten sam haust oddechu co w filmie "Wonder Boys". Ale u Jarmuscha jest o wiele więcej - tylko jeszcze tego nie rozumiem. W mojej ocenie - zdecydowanie najlepszy film jaki trafił do polskiej dystrybucji kinowej w 2016 roku.