poniedziałek, 4 grudnia 2017

Garret komentuje newsy filmowe z listopada




W październiku mówiono o:
- dużo spekulacji jak będą wyglądały przyszłe adaptacje komiksowe;
- dużo spekulacji jak mogły wyglądać adaptacje komiksowe, które już powstały, gdyby coś tam podczas produkcji poszło inaczej;
- spoilery;
- James Cameron wciąż kręci "Avatara 2" & 3 & 4 i 5.

W pozostałych newsach:

piątek, 17 listopada 2017

Widziałem w tym roku dużo seriali i to wciąż mało



Ten rok miałem poświęcić serialom. 52 sezony, po jednym tygodniowo. Filmy nadal darzę miłością, ale po tylu latach oglądania ich mam wrażenie, że zobaczyłem te najpilniejsze tytuły. W przypadku produkcji odcinkowych tak nie było. Praktycznie każdy tytuł był moją wielką zaległością. Dlatego ten rok miał należeć tylko do nich. W 2016 roku widziałem około 38 sezonów. Chciałem przynajmniej poprawić ten wynik.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Widziałem w październiku dobre filmy i seriale

W październiku przede wszystkim były horrory ("Wioska przeklętych", "To", "Czarny kot"), trochę polskiego kina, filmy związane z serialem "Daria". Byłem też w końcu w kinie, a tytułem zostaje pewien mało znany tytuł z lat 30. oraz pierwszy sezon "Kumpli". Zapraszam.

Plan na listopad wygląda tak, że zobaczę na pewno nowe "Morderstwo w Orient Expressie" (Kenneth Branagh ma moje zaufanie), "mother!" (przekonały mnie recenzje), a co do "Justice League" to czekam na relacje krytyków. Poza dużym ekranem będę nadrabiał nowości, przede wszystkim serialowe. Trzeci sezon "Pozostawionych", potem "Wielkie kłamstewka", "Tabu", "Anne", "Love" oraz "Twin Peaks".




****FILMY****

Dodsworth (1936) - 7/10. Tytułowy bohater właśnie sprzedał swój biznes. Dwie dekady pracy zostawia za sobą i zaczyna życie na nowo: za namową żony postanawia podróżować. Szybko jednak okazuje się, że w ich małżeństwie brakuje czegoś ważnego. "Dodsworth" to jeden z tych filmów, które mają postać kobiecą uosabiającą wszystko najgorsze co możecie z taką postacią połączyć. Kłamie, manipuluje, zdradza, jest samolubna i większość tego co robi, czyni kosztem męża. Przez sporą część seansu wielu będzie mieć problem z pamięcią o tym, że kobiety to też ludzie - ale na szczęście z czasem pojawia się w tej opowieści pierwiastek humanitaryzmu! Zamiast opowieści mającej przekonać widza, że kobiety to podludzie i życie bez nich jest lepsze, nagle wszystko się zmienia na ekranie - i zaczynamy oglądać historię małżeństwa, które może jeszcze nabrać wiatru w żagle. Jeszcze jest dla nich szansa! Czujemy ją jakby była w zasięgu NASZYCH rąk. Jest w tym piękno i liryzm - "Dodsworth" w pewnym momencie zaczyna balansować na granicy dwóch historii: to z jednej strony opowieść o godzeniu się z tym, że miłość umarła i osoba, którą darzyliśmy uczuciem jest kimś innym i trzeba przejść dalej; z drugiej jest to historia walki o podtrzymanie miłości naszego życia. Czym film jest w ostateczności? Nie wiadomo, może być którąkolwiek z nich. Co prawda nadal wszystko podparte jest konfliktem o to, że kobieta jest zbyt dziecinna aby przyznać ile ma lat, więc film nadal obraża tę płeć, chociaż pewnie nie to miał na myśli... ale z drugiej strony mamy moment piękna, kiedy blisko finału odjeżdża pociąg. Będziecie wiedzieli o czym piszę, gdy to zobaczycie. Będę go miał w oczach aż do końca, zakładam. "Dodsworth" to piękny i klasyczny melodramat, na finale które aż słyszałem klaszczącą widownię. Chciałem się do nich dołączyć.

poniedziałek, 16 października 2017

Widziałem we wrześniu dobre filmy i seriale

Mało filmów, dużo seriali. "Daria", "Pozostawieni", "BoJack", 




****FILMY****




Andriej Rublow (1966) - 5/10. Powtórka. Produkcja historyczna rozgrywająca się w XV wieku, inspirowana losem artysty ikonografa, tytułowego Andrieja Rublowa, przedstawiająca losy ówczesnej Rosji. Sam Rublow jest tu tylko łącznikiem pomiędzy kolejnymi sekwencjami, w których reżyser Andriej Tarkowski odnajduje przypowieść o kryzysie wiary, zwątpieniu w przyszłość świata oraz ludzkości. Uwaga - przed seansem wskazane jest poznanie biografii Rublowa na własną rękę. A także, jeśli będziecie mieć wybór, celujcie w wersję liczącą 200 minut



****SERIALE****


Pozostawieni, sezon II ("The Leftovers, 2015) - 8/10. Nie zazdroszczę ludziom którzy musieli pisać recenzję tego sezonu, bo już pierwsza scena, będąca jednym z najlepszych momentów w historii filmu, jest kompletnym zaskoczeniem i nie wolno recenzentowi nic z tego zdradzać. A tym samym pisanie o reszcie sezonu jest niemożliwe. Musimy więc pisać bez konkretów. Ponownie więc jesteśmy w świecie "Pozostawionych" - ludzi szukających szczęścia w swojej najbardziej bezpośredniej formie. To nie jest opowieść o radzeniu sobie z problemami albo droga do czegoś, nie - to jest fabuła w swej skończonej, ostatecznej i gołej formie. Wciąż bardzo istotny jest tu aspekt duchowy, może nawet jeszcze bardziej niż wcześniej - w końcu już teraz cała filmografia Tarkowskiego i reszty zbita razem nie ma startu do tego serialu - ale nadal nie mówimy nawet o koncepcie boga. Jest on chyba tylko wspominany aby żartować z takiego uproszczenia, że dla ludzi wiara równa się jakiemuś bóstwu który kontroluje wszystko i patrzy z góry. Jestem głęboko zafascynowany personą Damona Lindelofa, który w tej produkcji wynajduje kino na nowo, stawia na głowie każdy możliwy schemat, tworzy sam sobie wszystkie reguły... Jednocześnie jest zrozumiały dla widza. "Pozostawieni" to miniatura w miniaturze, idąca we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale przy tym wszystkim narrator wykonał iście tytaniczną pracę przy trzymaniu opowieści w ścisłej dyscyplinie. Oglądałem i akceptowałem ten świat. Czekałem cierpliwie i wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Gdzie się znajduję, co robię i co oglądam. Wiedziałem co zrobić z tym co jest mi pokazywane. "Pozostawieni" to odwrócenie typowej historii, która zazwyczaj prowadzi do deszczu żab lub innego wielkiego wydarzenia, które otwiera wszystkim oczy. W tym wypadku bardziej się nie da niż zniknięcie 2% populacji ludzi, a jednak to nikogo nie zmienia. Nadal nie umieją godzić się z rzeczywistością, nadal nie potrafią dostrzec prawdziwej wagi rzeczy które je otaczają, nie chcą akceptować, wybierają zapomnienie lub wypierają prawdę. Nadal odrzucają kontrolę nad swoim życiem, nadal zadają niewłaściwe pytania. Wciąż są nieszczęśliwi, zagubieni i nie wiedzą, co zrobić z darem jakim jest życie. Ale szukają.


Daria (1997-2001) - 7/10. Napisałem pełną recenzję: http://pelnasala.pl/recenzja-daria/


Quinn: Chocolate cake for breakfast?
Daria: It's too early for lunch.
Quinn: Dad! Aren't you gonna say anything?
Dad: What the hell is sodium hexametaphosphate?
"Daria" (1997)


iZombie, sezony 1-3 (2015-) - 6/10. Satysfakcjonujący i przyjemny w oglądaniu serial o zombie. Jest konsekwentny, zróżnicowany, ciekawy. Każdy odcinek jest istotny i składają się na większą całość, z czasem jest tylko lepszy. Niedługo na PełnejSali pojawi się moja recenzja tego serialu, dlatego teraz nawet nie wiem, co mógłbym napisać. Warto rzucić okiem, nikt nie powinien żałować!


Newhart (1982-90) - 6/10. Po 40 odcinkach. Perypetie gościa prowadzącego pensjonat gdzieś w małym miasteczku. Sympatyczne, ciepłe poczucie humoru - tyle produkcja oferuje i to mi wystarczało. W którymś sezonie to się zmieniło i zaczęło być naprawdę wrednie. Humor opierał się albo na postaciach drugoplanowych, które nic mnie nie obchodziły, albo na tym, aby tworzyć sytuacje w których wszyscy traktują głównego bohatera jak gówno. Nie moje klimaty... Niemniej, warto włączyć przynajmniej kilka epizodów. Nie tylko dla jednego z najsławniejszych finałów w historii telewizji. Oto moi faworyci:


1.1 In the Beginning
1.2 Mrs. Newton's Body Lies A-Mould'ring in the Grave (mój ulubiony!)
2.14 Book Beat
2.20 Vermont Today
4.15 The Stratford Horror Picture Show
8.24 The Last Newhart


Hatfields & McCoys: Wojna klanów - miniserial ("Hatfields & McCoys", 2012) - 5/10. Serial głupi jak rasizm. Myślałem, że Costner i Paxton będą się bić na pięści przez pięć godzin, a potem się okazało, że to Romeo i Julia w kostiumie westernu. USA zaraz po wojnie secesyjnej (nie musicie wiedzieć, co to). Na niej było dwóch tytułowych kamratów: jeden zdezerterował, bo chciał do żony, a drugi został i ledwo przeżył. Potem było między nimi jeszcze kilka nieporozumień typu daleki kuzyn Harfieldsa podczas wojny zajumał McCoyowi świnię i ten poszedł z tym do sądu, ale nie było dowodów (ktoś zjadł świnię) więc sprawa zakończyła się patem, i to wkurwiło McCoya. I tak jakoś jedno po drugim wydarzeniu sprawiło, że te dwie rodziny się nienawidzą. Ale jak! Będzie taka scena w której rodzina McCoyów będzie pyskować do Hatfieldsów, a oni będą równie chętni do bijatyki, i wyjdzie jeden taki Hatflieds i powie "Spokój" i będzie uspokajać społeczeństwo. Więc McCoyowie zaczną go bić w pięciu, a on im da radę w pojedynkę. To wyciągną nóż i zaczną go we dwóch dźgać. Też nic. To go zastrzelą. Skubany jeszcze pożyje kilka godzin, nawet wymruczy coś w stylu, że wybacza swoim oprawcom, czy jakoś tak... Ponoć ten mini-serial jest na faktach oparty, ja tam nie wiem. W każdym razie ludzie którzy bili, dźgali i strzelali - oni będą skazani na karę śmierci. I mamy scenę, jak ich matka żegna. I ojciec też. Jako najsmutniejsza rzecz na świecie, najbardziej niesprawiedliwa, w której giną najbardziej niewinne kwiaty tego padołu łez. Ani słowa o tym, że są psychopatami i powinno się im wypchać gardło piachem czy coś takiego, nie. Taka tam, smutna scena, bo dobre chłopaki sobie zaraz przestaną dychać, bidaki. Pożegnanie i wszystko inne, pełen komplet. Świat stoi na głowie. Aż chce się, aby zgodzić się z serialem i wypuścić psychopatów na wolność, przecież ich czynny nie powinny mieć żadnych konsekwencji... A, jeszcze motyw Romeo i Julii. Relacja między zakochanymi wygląda tak: ona wie, że on jest kobieciarzem i ma babę w każdej stodole, każdą podrywa na te same teksty. Ale jest ładny, więc się całują. A potem seks, w towarzystwie jego śpiących sióstr. To byłoby tyle, oni już są zakochani. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, że to na faktach jest, to... Dobra, nieważne. Nie da rady traktować tej produkcji na poważnie. Głupie życie głupich ludzi, na dodatek trwa pięć godzin.


Rewolwer i melonik (1961-66) - 5/10. Po 10 odcinkach. Typowy serial tamtych czasów, kiedy ludzie uczyli się dopiero wykorzystywać i wypełniać format godzinnego odcinka, mając do dyspozycji historię na 20 minut. Efekt jest taki, że te odcinki są wolne, a scenarzyści pokazują co tylko mogą, byle tylko zabić czas. Nawet jeśli jest to wbrew narracji danej fabuły i pewne rzeczy nie powinny być pokazywane, one nadal są - bo mogą. Brakuje tylko by bohaterowie korzystali z toalety.

wtorek, 5 września 2017

Widziałem w sierpniu dobre seriale i kilka filmów

W sierpniu mało filmów, ponieważ byłem na Nowych Horyzontach gdzie widziałem ponad 50 produkcji (jakieś 45 pełnometrażowych) więc od takich rzeczy biorę urlop do października. Skupiłem się na serialach, więc niewiele produkcji poniżej omawiam, jednak arcydzieła się znalazły w obu formach. Jedno odkryłem w latach dwudziestych, a drugie dostarczył mi twórca mojego ulubionego serialu. Zapraszam.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Jacques Rivette - reżyser, który odrzucił czas


W drugiej połowie XX wieku powstał ruch Nowej Fali, który miał za zadanie - w dużym skrócie - odkryć kino na nowo. Zerwać ze schematami, wprowadzić świeżość oraz wolność twórczą. Zdefiniować jeszcze raz język obrazu, złamać dotychczasowe zasady dyktujące kształt każdej produkcji i zastąpić je nowymi. Jacques Rivette był jednym z najmniej znanych twórców tego nurtu.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Widziałem w lipcu dobre filmy i seriale

Witam w podsumowaniu miesiąca, które upłynęło mi z grubsza na przygotowaniach się do nadchodzących Nowych Horyzontów, z których najwyraźniej widziałem już ponad 30 tytułów. Festiwal jednak wystartuje w sierpniu, a w lipcu polecam wam opowieść o dziewczynce która jadła koty; polski dramat społeczny tak smutny, że władza go zablokowała na lata; autobiograficzną opowieść o miłości do kobiet oraz bolesny obraz porywania ludzi prosto z Australii. Zapraszam.




wtorek, 11 lipca 2017

Dyskusja o słabych filmach to umierająca sztuka


W piątek miała miejsce premiera filmu "Transformers: Ostatni rycerz" ("Last Knight"). I znowu krytycy - zarówno zawodowi, jak i amatorscy - narzekają, że filmy z tej serii są identyczne. Chciałbym zauważyć, że ich recenzje również są wysoce powtarzalne. A to sprawia, że znów przypominam sobie o zapomnianej sztuce mówienia o filmach słabych.

Nie podobają mi się recenzje poważnych krytyków, którzy odkładają profesjonalizm na bok gdy przychodzą premiery popularnych ale słabych produkcji. "Step Up", "Transformers", Marvel - teksty pisane na podstawie tych filmów często wyglądają identycznie. "Scenariusz banalny, liczą się tylko efekty komputerowe, logika nie istnieje". Teksty płaskie, pisane na kolanie, bez zaangażowania - jakby na końcu każdego było wykreślone: "Ludzie i tak pójdą bez względu co ja tu napiszę., Daję dwie gwiazdki, róbta co chceta".

środa, 5 lipca 2017

Widziałem w czerwcu dobre seriale i filmy

Spóźnione podsumowanie miesiąca, w którym byłem skupiony na PełnejSali i zachwycaniu się jak wygodne jest publikowanie tekstów na Wordpressie. Blogger w porównaniu do niego to niemal prymitywne narzędzie, a na dodatek ostatnio często teksty mi się zgrzytają - wysypują i pod względem formatu nieczytelne. Nie mam na to cierpliwości i to jest powodem opóźnień publikacji na tej stronie. Ale podsumowanie czerwca jest - głównie są to polskie tytuły. Przez film miesiąca postanowiłem poznać filmografię Stanisława Różewicza, którego wcześniej znałem wyłącznie po "Westerplatte", a tutaj okazuje się, że człowiek ten nakręcił jeszcze inne warte uwagi tytuły. Poza tym lata 20. i 30. bracia Marx i nieme produkcje. Co do seriali to był nieudany miesiąc, ponieważ wpieprzyłem się w tytuły, które szybko straciły moje zainteresowanie... Ale musiałem je dokończyć, więc się męczyłem.

Plus, musiałem zrezygnować z wielu rzeczy, aby znaleźć czas na "Wiedźmina 3". Gdy piszę te słowa mam na liczniku 113 godzin.

Plany na lipiec: przygotować się do Nowych Horyzontów, nadrobić nowości i obejrzeć parę długich klasyków, jak "Napoleon" i "Mabuse".





****
FILM MIESIĄCA: Świadectwo urodzenia (1961) - 7/10. Piękne kino polskie powojenne, złożone z trzech nowelek. Bohaterem każdego jest osoba małoletnia, a akcja rozgrywa się podczas wojny. W pierwszej oglądamy chłopca który samotnie podróżuje na wschód, by dogonić matkę i braciszka. W drugiej oglądamy najstarszego brata, który musi opiekować się rodziną i pracować na ulicy pod nieobecność rodziców. W trzeciej mamy sierotę, która musi się ukrywać ze względu na jej żydowskie korzenie. Ta ostatnia nowelka jest najlepsza, to jak ostatnie pół godziny "Pianisty". Opowiadanie obrazem i smutek wylewający się z ekranu. Dziecko, w którym nie było nawet odrobiny woli, aby żyć. Chciało umrzeć, ale nikt jej w tym nie pomógł. Ukrywali ją, a jej zostało patrzeć tylko przez okno bez słów na dzieci, które bawiły się w ogródku... Ech. Pozostałe dwie nowelki są dobre, ale to trzecia najbardziej oddziałuje na odbiorcę. "Świadectwo urodzenia" ma też coś jeszcze co bardzo lubię, czyli bohaterów wyjętych jakby ze "Strefy mroku" (1959). Wyglądających jakby nie należeli do tego świata, jakby byli postacią ze snu, fantazji. W pierwszej nowelce widzimy na polu kobietę ściskająca swoje dziecko na rękach. W drugiej mamy Rosjanina który uciekł z obozu niemieckiego i zakradł się do mieszkania bohatera. Stał w drzwiach, bez słowa, pojawiając się w środku nocy... Muszę nadrobić twórczość Różewicza. Wcześniej widziałem tylko "Westerplatte" (doskonały!), ale teraz wiem już, że ten reżyser zrobił również inne tytuły! GARRET POLECA!

czwartek, 29 czerwca 2017

Sto lat w kinie - 1917


Chciałbym przyjrzeć się bliżej kinu sprzed stu lat - jak wtedy wyglądało, co się działo, czy powstały w 1917 roku dobre filmy? I najważniejsze: co kobiety ubierały na plażę?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nowy system oceniania na Netflixie to krok w złą stronę


Niepokoi mnie tendencja przez którą dobre rzeczy w Internecie stają się gorsze bez wyraźnego powodu. Ostatnio choćby Spotify usunęło powiadomienia o nowych albumach artystów których obserwujesz. Z kolei na dniach Netflix zmienił to z czego jest słynny - system rekomendacji. Dlatego narzekam. Uwielbiam tę stronę, i chcę aby była lepsza.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Widziałem w maju dobre seriale. I filmy.




****FILMY****

FILM MIESIĄCA: Złotoręki ("The Man with The Golden Arm", 1955) - 8+/10. Frankie wychodzi z więzienia, gdzie pozbył się nałogu narkotykowego. Na wolności decyduje się zerwać z przestępczą przeszłością. Za kratkami nauczył się grać na perkusji i stara się o angaż w orkiestrze. Niestety, razem z nim chodzą po tym świecie ludzie którzy czerpali zysk z Frankiego będącego na samym dnie. I postarają się, aby ten znów tam się znalazł. "Złotoręki" to przede wszystkim doskonały scenariusz i urok starego kina. Scenografia całej dzielnicy zbudowana w studio oraz twórcy z autentycznym talentem którzy pracowali nad tym tytułem. Ile tutaj postaci, ile wątków! I wszystko to jest zastosowane w zaskakujący sposób, przeplatając się perfekcyjnie, tworząc bardzo życiową i klasyczną konstrukcję dramaturgiczną. To opowieść o sile i wytrwałości. Do tego przepiękna konstrukcja ujęć, przy których kreatywnie korzystano z kamery na kranie. Przygotujcie się tylko na to, że mamy tu jedną z najgorszych postaci kobiecych w historii kina. Zdecydowanie Top 2. Jedna z tych wariatek która gdy słyszy: "Idę zrealizować marzenie swojego życia, to moja jedyna szansa, nie mogę się spóźnić!" to odpowiada: "Zostań i pomasuj mi nogi" i robi dramat. Bądźcie świadomi też, że to rok '55, więc obraz narkotyków odbiega od takiego "The Wire", i to mocno. Dodać do tego, że zapewne niewiele mogli powiedzieć i pokazać... Strzykawka wciąż idzie w ramię, ale takie zachowanie "na głodzie" cechują dobre chęci aby wszystko pokazać w angażujący, pełen energii sposób... I tylko za te chęci należą się pochwały. Trudno jednak jest mi gniewać się na twórców. Zrobili wybitny obraz. GARRET POLECA!

poniedziałek, 1 maja 2017

Widziałem w kwietniu dobre filmy i seriale.

Kwiecień to głównie Amazon Prime z dodatkami Brown Sugar oraz HBO GO, czyli mamy tu sitcomy, Batmana, kino nieme i blaxploitation. Plus, to najwyraźniej był ostatni gwizdek aby obejrzeć "Split" i nie mieć zepsutego seansu przez newsy z całego świata o kontynuacji tego filmu, które zdradzały unikalny i niespodziewany zwrot akcji z finału. Jak widać to nie tylko w Polsce nie ma już prawdziwych dziennikarzy, ale to generalnie problem całego świata. Film miał premierę światową w styczniu, a w kwietniu już odbierają tobie wolność i przyjemność z oglądania. Cóż, jak widać najpierw trzeba urodzić się tak z 15 razy aby w tym czasie obejrzeć wszystkie filmy jakie wyprodukowano do chwili obecnej, i dopiero potem będzie można zaglądać na strony z newsami. Taki ich wybór. Ja się dostosuję.

A w maju wracam na Netflixa. Nareszcie...








****FILMY****

FILM MIESIĄCA:

Żywe cele ("Targets", 1968) - 7+/10. Okres New Hollywood to jednak pewniak jeśli chodzi o dobre, odważne kino. Mamy tutaj dwoje bohaterów: jeden z nich kupuje broń i rusza na miasto planując umrzeć, ale wcześniej chce zabić tylu ile tylko zdoła. Drugi to gwiazda kina, która właśnie podjęła decyzję o przejściu na emeryturę (w tej autotematycznej roli Boris Karloff). "Targets" to takie kino które z miejsca mnie kupiło. Od razu widać nieszablonowe podejście twórców do tematu tworzenia sztuki, i odwagę w montażu czy też innych środkach stylistycznych. Ale to przede wszystkim obraz wymagający. Tak, zrealizowany z ogromną dyscypliną, trzymający w surowym napięciu, ale jednocześnie będący zagadką dla widza. Szybko w mojej głowie pojawiła się myśl: "Niżej niż 7/10 tego nie ocenię. A jeśli dobrze wyjaśnią motywacje mordercy, to dam jeszcze wyżej". Dopiero ostatnia linijka dialogu uświadomiła mi, że tak naprawdę oglądałem zupełnie inny film, a motywacje mordercy mają śladowe znaczenie. Teraz będę myślał nad tym, co twórcy chcieli mi przekazać. Mogę wtedy nawet podwyższyć ocenę. GARRET POLECA!

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

BrownSugar - portal VoD z czarnymi filmami + podcast!

"Across 110th Street"

Blaxploitation to nurt w kinie amerykańskim, który narodził się w latach 70. Powstawał dla widzów czarnoskórych - i był robiony niemal wyłącznie przez artystów o czarnym kolorze skóry. Były to filmy tanie, wypełnione muzyką funkową oraz soul, należały do kina klasy B. Quentin Tarantino oddał hołd temu podgatunkowi kręcąc "Jackie Brown", gdzie m.in zatrudnił gwiazdę blaxploitation Pam Gier oraz wstawił piosenkę Bobby'ego Womacka "Across 110th Street" z filmu pod tym samym tytułem, który powstał w 1973 roku. Jeśli kiedyś mielibyście ochotę poznać bliżej ten gatunek, najszybciej byłoby sprawdzić stronę VoD zwącą się BrownSugar, gdzie znajdują się wyłącznie filmy blaxploitation.


Spis treści: 
0:00 Otwarcie czarnego piwa (+bonus)
2:33 O blaxploitation słów kilka
12:09 Coffy
24:00 Black Dynamite

POBIERZ aby słuchać offline w wolnym czasie


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

"The Knick" pokazuje, jak budować świat filmowy




Świat filmowy to z grubsza kostium, okres czasu i zbiór zasad, według których funkcjonuje cały tytuł. Jest to tylko tło, ale wciąż jest to element niezbędny. To tutaj określamy, czym bohaterowie oddychają - tlenem czy czym innym? Tutaj określamy, w jakim okresie żyją, i co mają na siebie założyć po wyjściu z domu - i czy domy już wynaleziono. Oczywiście, twórcy często pozwalają sobie na pewną pomoc, i korzystają z przyzwyczajeń widza. Jeśli kręcimy western, to możemy dać typowe, automatycznie generowane miasteczko z Dzikiego Zachodu. Widzieliśmy je już nieraz na ekranie, więc wiemy jak to działa. Nie trzeba nam tego przedstawiać. I w taki sposób powstał "Deadwood". Podobnie jest z całą masą różnych produkcji kostiumowych, które sprowadzają się do założenia aktorowi peruki, i w tym momencie twórcy mówią: "Wystarczy". Czasami jednak artyści tworzą taki świat, który zapada w pamięci. Ma ono swoją historię, duszę, a dla nas staje się nawet domem. Zrobiono to choćby w serialu "Babylon 5". A dziś chcę o tym napisać na przykładzie "The Knick".

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Widziałem w marcu dobre filmy. I seriale

W marcu korzystałem z ShowMax i HBO GO, więc poniżej zobaczycie trochę polskiego kina oraz wyczekiwaną notatkę o "It Follows", które w końcu dane mi było doświadczyć. Trwa też temat nadrabiania seriali. Chociaż nie obejrzałem do końca "Deadwood", to ukończyłem "Grę o tron", "The Knick" oraz "Olive Kitteridge". Do tego sporo cytatów i autorski poradnik "Jak być kobietą" napisany w oparciu o polskie filmy. Zapraszam do lektury.



****FILMY****



FILM MIESIĄCA: Ucieczka z kina "Wolność" (1990) - 8+/10. Powtórka. Trzeba przyznać, że jak Polacy nakręcą low-fantasy to nie ma chuja we wsi. Rabkiewicz pracuje jako cenzor filmowy, i z tego tytułu musi zmierzyć się z niespodziewanym zjawiskiem które ma miejsce w miejscowym kinie. Aktorzy na ekranie robią co chcą, a nawet przemawiają bezpośrednio do publiczności. Głowy muszą za to polecieć w socjalistycznej Polsce sprzed 1989 roku, a tym czasem Rabkiewicz odkrywa, że z przyjemnością spędza czas w kinie... Piętrowe metafory, alegorie i wyjątkowa atmosfera w której wszyscy tak po prostu akceptują, że aktorzy przemawiają z ekranu. Znajduję tu zarówno satyrę na ustrój polityczny który wtedy właśnie zdążył dobiec końca, jak i bogactwo przeróżnych przemyśleń na temat sztuki i kina szczególnie. A uwagi twórców pod tym kątem bardzo mi odpowiadają. Plus wyjątkowy humor ("No, i to jest właśnie polskie kino!") i Janusz Gajos, który może oglądać film, a i tak będzie to doskonały występ aktorski.


niedziela, 26 marca 2017

Cinema Post Cast - o moich doświadczeniach na studiach




SPIS TREŚCI:
00:56 - co studiowałem i dlaczego;
03:20 - pierwsze wrażenia na studiach;
04:40 - czym różnią się studia od liceum, gimnazjum i liceum;
10:18 - o oczekiwaniach nauczycieli wobec siebie i studentów;
17:14 - o minusach wykładów;
21:00 - najgorsze słowa jakie usłyszałem na studiach;
22:40 - ściąganie na studiach;
25:30 - w jaki sposób straciłem serce do studiowania;
27:00 - Tak. Można zmieścić w jednym zdaniu wszystkie błędy jakie nauczyciel może popełnić.
31:30 - jak udało mi się doznać absolutnej, doskonałej pustki;
35:30 - temat pieniędzy, czyli zgaduję ile nauczyciel zarabia na studiach;
39:50 - dlaczego w niedziele po wykładach zostawałem cztery godziny więcej na uniwersytecie;
45:13 - dacie wiarę, że udało się zepsuć coś jeszcze?




 POBIERZ (aby słuchać offline)

poniedziałek, 6 marca 2017

Widziałem w lutym dobre seriale. I filmy.

Luty to miesiąc w którym wcielam na poważnie mój plan na cały rok - czyli stawiam seriale na pierwszym miejscu. "Z archiwum X", "Stargate", "St. Elsewhere", "Friends", "House". Staram się nadrobić te produkcje, oglądając przynajmniej pięć najlepszych odcinków z każdego sezonu. Trochę filmów też widziałem w ciągu ostatnich tygodni, ale były to stare albo bardzo stare produkcje - mówię tu o etapie kina niemego. I nadal z przyjemnością odkrywam w tych latach tytuły, które potrafią mnie czymś zaskoczyć (np. "Kara" z 1920 roku). Obejrzałem też film nieco nowszy, bo z 1958 - "Dworzec centralny", wyprodukowany w Egipcie. Alternatywny Top 100 na Filmwebie doczekał się niedawno aktualizacji, więc i stąd wziąłem sobie parę tytułów do nadrobienia. Na koniec miesiąca aktywowałem darmowy okres na ShowMaxie, więc i stąd czerpałem materiał. Głównie polskie kino, oraz "Deadwood'. A filmem miesiąca został film z Australii.



poniedziałek, 13 lutego 2017

W kinie to DC póki co sobie radzi lepiej


Na początek skupmy się na samych filmach:



1 runda
"Iron Man" vs "Człowiek ze stali" (Man of Steele)

Tutaj łatwe zwycięstwo Marvela. "Iron Man" był solidny i satysfakcjonujący, ale to wystarczyło. Ponad to z perspektywy czasu okazał się ważnym i odważnym tytułem, który rozpoczął budowę filmowego uniwersum. Był jednocześnie znany i nieznany, oferując widzowi znajome rozwiązania prowadzące do czegoś, czego w kinie jeszcze nie mieliśmy. A "Man Of Steele" nie miał chyba jednej sceny która miałaby sens od początku do końca. Były pomysły, ale zabrakło ich skutecznej prezentacji. Punkt dla Marvela (1:0). 




2 runda
"Incredible Hulk" vs "Batman v Superman

Banalne zwycięstwo DC. Tym razem Marvel wychodzi z produkcją o której dziś nikt nie pamięta, a tym bardziej o tym, że to-to wchodzi w skład najbardziej dochodowej serii filmów w historii X muzy. Z kolei "Batman v Superman" odbił się szerokim echem wśród widzów. Był dogłębnie dyskutowany, podzielił widzów na tych którzy go nienawidzą do granic możliwości i takich, którzy go wielbią. Za ryzyko, jakie podjął, i własny styl. Sam widziałem go dwa razy i z przyjemnością wrócę do niego jeszcze raz. Punkt dla DC (1:1). 




3 runda
"Iron Man 2" vs "Legion Samobójców" ("Suicide Squad")

Jeszcze bardziej banalne zwycięstwo DC. Bo jednym jest zrobić słaby film o którym nikt nie pamięta - ale o wiele gorzej jest zrobić słaby film, o którym pamiętają wszyscy. Taki jest właśnie "Iron Man 2" - blockbuster z jedną sceną akcji, w którym uwaga widza celowo jest skupiana wokół kolejnych bzdur scenariuszowych (dalej mnie męczy to, jak IM w pojedynkę doprowadził do światowego pokoju w trzy dni. Powinni o tym film zrobić). A jednocześnie nie mam zielonego pojęcia o czym ten film był! A przecież wystąpił tam Sam Rockwell - powinienem raczej pamiętać kogo zagrał tak charyzmatyczny aktor, racja? Co by nie mówić o "SS" to przynajmniej pamiętam, kogo grał tam Will Smith. Punkt dla DC. 



Wynik 2:1 dla DC. Dwie kolejne rundy też raczej będą na korzyść DC, już teraz to przepowiadam. "Wonder Woman" będzie lepsza niż "Thor" a "Justice League" będzie dużo lepsze od "Kapitana Ameryki". Wątpię, bym któryś obejrzał, ale to Internet. Tutaj nie muszę oglądać by wydawać wyroki. 


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Podsumowanie muzyczne 2016 roku Garreta Rezy

Moje ulubione piosenki 2016 roku. 
Kolejność bez większego znaczenia.



Ale "Redbone" i "Higher" jest uczciwie na szczycie.

wtorek, 17 stycznia 2017

Podsumowanie osobiste 2016 roku. Nowy tryb życia




Uwaga - to nie jest podsumowanie najlepszych filmów ubiegłego roku, ani w ogóle nie robię tutaj żadnych rankingów. Na wybór najlepszych piosenek, seriali i produkcji fabularnych przyjdzie jeszcze czas. Teraz chcę napisać o tych rzeczach które działy się ostatnio w moim życiu, a nie są prywatne.

2016 rok był dla mnie bardzo ważny. Nie tylko dlatego, że obejrzałem "The Shield", skończyłem pisać scenariusz filmu fabularnego "Kara ludzka" oraz pojechałem pierwszy raz na Festiwal Pięć Smaków. Istotny jest też fakt, że zacząłem studia. A to wpłynęło na mój tryb życia. 

Moją aspiracją było bycie lepszym człowiekiem, więc wybrałem kierunek garretyzacji, gdzie uczę się takich rzeczy jak garretyka oraz garretologia. Będę lepszym Garretem. Same studia to temat na oddzielny tekst (a nawet podcast, od lat 18) - w skrócie jest to nadal żart z edukacji. Ale w porównaniu do szkół podstawowych i średnich to jest tak gigantyczna różnica, że nie mam problemu z płaceniem za nie. Wybrałem formę niestacjonarną, i dojeżdżam co drugi weekend na uniwersytet, gdzie siedzę 12 godzin dziennie, od piątku do niedzieli.

Dodać do tego pracę w ciągu tygodnia... To musiało wpłynąć na mój rytm życia. Ale znalazłem sposób, by pogodzić ze sobą różne elementy. Własne teksty, wizyty na siłowni, filmy, gry, seriale, muzyka, nauka, filmiki z YouTube (tak, one też zajmują sporo czasu, to poważna sprawa) oraz sen czy jedzenie. Muszę w końcu zacząć kiedyś tyć. Przynajmniej więcej ćwiczę, to mam większy apetyt. Wykorzystuję wolny czas w pracy by się uczyć, i zejdę też na koniec na te pół godziny, by poćwiczyć na miejscu. Po powrocie do domu nie mam już problemu by zjeść i zasiąść do pisania. Zacząłem iść spać dosyć wcześnie teraz. Jak tylko czuję zmęczenie to idę do łóżka, na przykład około 21. I wcześniej. Potem budzę się o piątej nad ranem, albo o czwartej... i wcześniej. Co ciekawe, wyeliminowało to moją potrzebę drzemki w trakcie dnia. Wcześniej w ciągu roku zasypiałem zaraz po powrocie z pracy, a nawet w pracy często miałem ciężkie powieki. Teraz śpię w nocy mniej niż potrzebuję, a mimo to moje potrzeby są zaspokojone.

Budzę się sam, bez budzika. Leżę w łóżku, słuchając podcastów z YT na telefonie, bez stresu. Czasami leżę tak i godzinę, zanim się podniosę. W autobusie staram się uczyć. Kiedyś miałem problem z podróżami, co powoli mi znika. Na studia jeżdżę godzinę w jedną stronę, często po powrocie od razu kładę się spać by następnego dnia tylko wstać bez śniadania i jechać na wykład. Akceptuję to, tak po prostu. Słucham wtedy muzyki. Nie mam nawet problemu by pojechać do Warszawy na weekend teraz, gdy odkryłem, iż mogę tam wygodniej i szybciej dotrzeć przy pomocy ciuchci. Dzięki temu byłem na Pięciu Smakach przez weekend. Pracę skończyłem o 15:15, autobus odjechał o 16:05 do ciuchci, do której jechałem półtorej godziny, o 17:41 odjazd do stolicy w której byłem o 20:10. A mój pierwszy seans zaczynał się w ramach festiwalu o 20:30. I wszyscy byli zadowoleni. Ja sam nie czuję się dziwnie z tym, że wychodzę spakowany do pracy o 7 w piątek by wrócić do miejsce gdzie mieszkam w niedzielę po południu.

Gry ostatnio bardzo potaniały, i regularnie moja kolekcja powiększa się. Ale gram coraz mniej tak naprawdę. Rok 2016 to był rok głównie produkcji typu tower defense: "Gem-Craft: Chasing Shadows" (54,1h), "DeathTrap" (40,6h), "Ancient Planet" (18,2h), . Do perełek zaliczę zdecydowanie "Talos Principle" (18h, dodatek zakupiony, więc będzie jeszcze - arcydzieło gier logicznych i jedna z najlepszych przygód jakie miałem przyjemność przeżyć przed monitorem!), "Binary Domain" (12h, fenomenalny TPS ze znakomitą fabułą). Ciesze się, że przeszedłem też "Life is Strange" (14,2h) oraz "Zombie Driver HD" (14h), 

Grałem oczywiście więcej, ale tylko na powyższe tytuły poświęciłem więcej niż 10 godzin. Wciąż moim wyrzutem sumienia jest "Counter Strike: Global Offensive", w który chcę grać, ale jednocześnie nie mogę porządnie przysiąść, by wyrobić sobie jakąś stałą formę. Zamiast tego od czapy gram kilka meczy, idzie mi średnio, spada mi ranga, i znowu nie gram przez dwa tygodnie...

Podczas tych świąt kupiłem zaledwie dwa tytuły, zadowalając się graniem w to co już posiadam. Będę musiał przeznaczać teraz wolne weekendy na granie, by się wydostać z tego dołka. 

Czegoś w tym wszystkim brakuje, prawda? Filmów, seriali... i muzyki, tak naprawdę. Niewiele słuchałem w porównaniu do lat wcześniejszych. Mam ochotę grać, ale przecież muszę coś oglądać, prawda? Seriale potrzebują o wiele więcej czasu, a filmy... można połykać. I wygląda, jakbym codziennie coś oglądać, gdy w rzeczywistości miałem bardzo długie okresy, gdy niczego nie włączałem. A potem oglądałem przez kilka dni po parę tytułów na dobę i potem manipulowałem przy dacie obejrzenia na filmwebie tak, by wyglądało jakbym oglądać jeden film dziennie.

Ale dobra, pomówmy o filmach oglądanych w 2016 roku. Liczę z powtórkami, więc było ich w sumie 394 przy średniej 5.94 (dla porównania lata wcześniejsze: 2015 - 340 przy średniej 5.65; 2014 - 279 przy średniej 5.84). Nie licząc nowości i tytułów które dopiero teraz mają swoją polską premierę, najlepiej wspominam odkrycie (przez przypadek) filmografii Mikio Naruse, czyli kolejnego Azjaty który tworzył jeszcze w epoce kina niemego, potem przeniósł się płynnie do dźwięku, tworzył wspaniałe kino... I dziś nikt o nim nie pamięta. Do tej pory obejrzałem trzy tytuły od niego - "Gdy kobieta wchodzi po schodach" zdecydowanie najlepsze. W dalszej kolejności bardzo pozytywnie wspominam: "Szczególny dzień" (precyzyjny melodramat), "Skrzydła motyla" (takie kino właśnie chcę oglądać!) Poczyniłem też liczne powtórki: "Broken Flowers", "Stalker", "Tokio Story"... Ale najlepszą decyzją było zdecydowanie danie drugiej szansy dla "Furmana śmierci". Doskonały tytuł, który bardzo zyskał w moich oczach po latach. Czyżby pierwsze arcydzieło w historii kina?

1/10 - 1 ("Lichwiarz". Wczesny Chaplin to nie ten sam włóczęga co w pełnych metrażach)
2/10 - 7 (np. "Pilecki". Niewiele się denerwowałem w tym roku. Dobrze!)
3/10 - 7 (było źle, ale też śmiesznie. "Bitwa Warszawska" czy też "Córki Dancingu")
4/10 - 19 ("Awaria". Sporo niespełnionego, pozbawionego celu i kreatywności tytułów)
5/10 - 79 (tytuły o których zapomniałem następnego dnia. Jak "Deadpool" czy "Jason Burne")
6/10 - 148 (najpopularniejsza ocena. Poszła m.in. do kiczowatego "Obrońcy")
7/10 - 109 (od "Człowieka scyzoryka" po "Boginię", szalenie zróżnicowana lista tytułów. Wspaniały rok!)
8/10 - 21 (głównie powtórki, jak "Bez przebaczenia", ale też sporo nowości z ubiegłego roku!)
9/10 - 1 (jeśli macie możliwość oglądania "Stalkera" w kinie, skorzystajcie!)
10/10 - 1 (włączam "Clerks" około północy by obejrzeć jedną scenę, a oglądam do końca, i to po raz 40 albo 50 - dycha jak w butach!)

Obecnie nie mam nigdzie zakupionego abonamentu. Ani Netflix, Hulu czy Filmstruck. Nie mam czasu, by korzystać. A przecież do Polski zajrzał Amazon Prime, znajomy pokazał mi portal VoD BrownSugar, który też chcę sprawdzić... Nie mam czasu, by wykorzystać darmowe okresy próbne tych stron. W najbliższym czasie to się nie zmieni, koniec roku i podsumowania, więc mam ochotę oglądać nowości. 

A potem... myślę, że w 2017 roku odpuszczę filmy. I skupię się na serialach. Oczywiście, pojawię się na paru festiwalach, i czasem coś obejrzę, ale jednak mam dosyć tego próbowania zadowolenia wszystkich rejonów naraz. Spróbuję specjalizacji. "Gra o tron", "Z archiwum X", "Stargate", "Kochane kłopoty"... Te i wiele innych produkcji obejrzałem zaledwie po jednym lub dwóch sezonach. To się musi zmienić, i w 2017 roku dokończę w końcu co zacząłem. Raz a dobrze. Jak więc chcecie, to polecajcie. Obejrzę wszystko, byle to była uczciwa rekomendacja. Taka, którą moglibyście mi dać nawet i za rok. Nie chcę słyszeć o tytułach które ostatnio obejrzeliście "i są całkiem dobre". Takie produkcje dopiero przede mną, bo wciąż mam za uszami tytuły które są legendami telewizji. Na pierwszy ogień pójdzie "M*A*S*H". Może "Tyler Mary Moore" od razu zacznę... Tak czy siak, 236 seriali mam do obejrzenia. Zróbmy coś z tym!

Ale w ubiegłym roku jednak coś obejrzałem! Dokończyłem ostatnie pięć sezonów "The Shield", które zgodnie z obietnicami Internetu okazało się jednym z najważniejszych przeżyć jakie dostałem od kina w swoim życiu. Głębiej poznałem "All in the Family", fenomenalny sitcom z czasów gdy śmiech widowni był nagrodą dla artysty na scenie. Plus, to właśnie w tej produkcji pojawia się najprawdopodobniej mój ulubiony żart wszech czasów. Obecnie mam za sobą 54 epizody tej produkcji (pierwszy sezon + po pięć najlepszych odcinków z każdego kolejnego sezonu). Dzięki polskiemu Netflixowi obejrzałem też dokumenty Kena Burnsa - 14-godzinny "The War" o WW2 ze strony USA, oraz trzy godziny o "Prohibicji" (co okazało się cholernie interesującym i znaczącym tematem!). Zaryzykowałem i okazało się, że seans "Gravity Falls" było strzałem w dziesiątkę. Podobnie z "Kochanymi kłopotami". Piszę poważnie.

Warto też wspomnieć o "I nie było już nikogo" (trzygodzinna ekranizacja Agathy Christie, która wywalczyła sobie prawo do uznania jej, pomimo setek podobnych adaptacji), "Steings: Gate" (świetnie wykorzystany koncept człowieka wobec podróży w czasie). Obejrzałem "The Hooneymoners", jeden z pierwszych seriali w historii telewizji (i pierwowzór naszych "Miodowych lat") który średnio zniósł upływ czasu, "One Punch Man", pierwszy sezon "Fargo", "Over the Garden Wall". Powtórzyłem sobie pierwszy sezon "MacGyvera" i bawiłem się przednio!

Nie zawiodłem się też na ciągach dalszych znanych mi seriali - trzeci sezon "BoJacka" dostarczył mi tyle ile potrzebowałem, "Scream" przewyższył moje oczekiwania prowadząc wciągającą i energetyczną opowieść z clifhangerem na końcu prawie każdego odcinka (a potem dostarczył znakomity dwugodzinny Halloween Special). Dwudziesty sezon "South Parku" to raczej oczywistość. Ta produkcja zawsze będzie genialna. A biorąc pod uwagę, że twórcy cały czas robią coś nowego, próbują nowych rzeczy, i wychodzi im to tylko lepiej... Są konkurencją tylko dla samych siebie. I biorą z tego użytek. Siódmy sezon "Archera" był w porządku. Jak cały serial. Bawi mnie, a potem o nim zapominam. Dziwna rzecz.


Najlepszy żart jaki zrobiłem w ubiegłym roku:

1) Gdy troll w Internecie otwiera paszczę: "Żeby móc obrażać ludzi nie musisz płacić za Internet. Wystarczy, że będziesz siedzieć w oknie i trochę podnosić głos na przechodniów. Więcej będziesz mieć na narkotyki i alkohol. Profit. Wesołych świąt."

2) Opis "Rzymskich wakacji" (1953): "Halo, Ameryka? Odbudowaliśmy Rzym. Weźcie zróbcie o tym film z wielkimi gwiazdami; I co one tam będą robić?; Nie wiem, k****, spacerować"

Pewnie coś pominąłem, ale to się dopisze. Tak czy siak - zacząłem studiować, zacząłem nagrywać podcasty, myślę o podbiciu świata, napisaniu przynajmniej jednego kolejnego scenariusza (i nad poprawą wcześniejszych), olaniu filmów i nadrobienia seriali.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Widziałem w grudniu dobre filmy. I seriale.



Głośniej od bomb ("Louder Than Bombs", 2015) - 6/10. Film który pozwala nam spędzić kilka chwil z rodziną, która straciła matkę. Mąż, dorosły syn oraz jego brat chodzący jeszcze do liceum. W prasie ma się ujawnić artykuł opisujący figurę jaką matka była, a nasi bohaterowie... myślą o niej. O swoim życiu. Wspominają ją. Brakuje im jej. To przyjemny film w oglądaniu, bardzo fachowo wykonany, z artystycznym zacięciem. Umieszczony poza czasem, ale jednocześnie czytelny i przejrzysty. Możemy skupić się na bohaterach i ich przeżyciach, zastanowić się nad nimi. Strumyk moczu okazuje się wyjątkowo mocnym widokiem. Nie miałbym nic przeciwko kolejnemu seansowi. A może nawet podwyższeniu oceny wtedy, bo może się okazać, że to najlepszy film Triera. Taki... Ludzki.



Top Joachima Triera:

1. Repreise: Od początku raz jeszcze
2. Głośniej od bomb
3. Oslo. 31 sierpnia




Kosmos ("Kosmos", 2015) - 6/10. Student wynajmuje pokój w domku wokół którego ktoś wiesza ptaki. Nie zrozumiałem ani słowa z tej adaptacji prozy Gombrowicza. Ale to nie szkodzi, w końcu z "Na srebrnym globie" czy "Pejzaż we mgle" też nic nie zrozumiałem, a zachwycałem się. Niestety, by "Kosmos" sprawił frajdę najwyraźniej trzeba go zrozumieć. A ja nawet książki nie czytałem, i polonistki pod ręką mieć nie miałem, by mi wyjaśniła co poetami pod myślą myślał. Byłem w stanie jakieś interpretacje danych momentów wyciągnąć, ale zaraz wyskakiwał kolejny taki moment. Wnioski moje ulatywały się, zapominałem o nich, i chociaż dostrzegam tu porządek to sensu niewiele. Zawiodłem jako widz. Jakby trwał tak ze cztery godziny i dał odbiorcy trochę przestrzeni, to wtedy może coś by z tego było. Obecnie tempo jest zbyt wysokie, wszystko nakłada się na siebie i jest... kosmos. Ale Jonathan Genêt jest piękny. Tacy ludzie właśnie powinni zostawać aktorami. Cały film powinno się oglądać najlepiej z dubbingiem, byle tylko nie odrywać wzroku od obrazu, by spojrzeć na napisy.






Gwiezdne wojny: Część VI - Powrót Jedi ("Star Wars: Episode VI - Return of the Jedi", 1983) - 6/10. W związku z premierą filmu "Partyzant Jeden i Gwiezdne Wojny" postanowiłem powtórzyć sobie poprzednie filmy z serii. "Nową nadzieję" oraz "Imperium..." obejrzałem w 2013 roku i byłem zdziwiony, jak bardzo te filmy są... ok. Powinienem się zachwycać, ale tak nie było, przejdźmy dalej (notatki są na moim blogu). Teraz czas na "Powrót Jedi", w którym Luke Skywalker po poznaniu tożsamości swego ojca postanawia się z nim skonfrontować i pojednać, nawet ryzykując życie. A przez pozostałe 2 godziny filmu dzieją się jakieś inne rzeczy, które nie są istotne i do niczego nie prowadzą. Najpierw trzeba było uratować Hana Solo po wydarzeniach z "Imperium..." co miało jeszcze mniej sensu niż branie Jennifer do roku 2015 w finale "Powrotu do przyszłości". Potem była już 50 minuta i nie mieli pomysłu co robić, więc... zrobili "Nową nadzieję". Znowu jest Gwiazda Śmierci, znowu ją niszczą, i znowu świętują wygraną... która przecież wcześniej też nie oznaczała wygranej... dlaczego więc zatrzymali się na trzech filmach? Czemu nie na jednym? Jak to jest, że w każdym filmie Rebelianci wygrywają, a mimo to wciąż przegrywają? Ale jest ten główny wątek, i on jest dobry. Przynajmniej taki miał być - dostrzegam, gdzie zmierzali z tym wszystkim, i to miało swój potencjał. Cała wizualizacja wszystkiego, atmosfera, to było przyjemne w oglądaniu. Sam efekt to już inna sprawa, bo znowu jest ten niejasny konflikt z Ciemną i Jasną stroną mocy. Zło w tych filmach jest złe, bo jest złe, nie zadawaj pytań tylko ciesz się jak zabijamy czarnych ludzi. Którzy dla odmiany w tym filmie w ogóle nie stanowili zagrożenia, a jedynie bronili się. I ostatecznie to Imperium wychodzi na tych dobrych, podczas gdy Luke i reszta mogli równie dobrze siać propagandę i na tej podstawie dokonać masowego mordu... Ups. Więc gdy przekonuje ojca by ten przeszedł na dobrą stronę, to słowa które wtedy padają nie mają żadnej wartości. Mogliby używać dowolnych słów, w dowolnej kolejności, tyle samo miałoby to sensu. Inna sprawa, że od momentu gdy Vader nazywany jest ojcem to jego jako postaci już nie można traktować poważnie. Spaceruje sobie z synem, Luke obraca się do niego plecami i wygląda na krajobraz, jakby to było ujęcie z "Przeminęło z wiatrem", a Vader był Butlerem... Nie wiem jak można to oglądać bez rechotania. Generalnie to jest śmiechowy film. Mój "ulubiony" moment to pokonanie Imperatora. Drewniane ruchy Vadera, powtarzanie "No. No. No." gdy tamten stoi dwa centymetry obok, i rzucanie staruszkiem do szybu... Są co najmniej dwa momenty w "Rekinado", które są poważniejsze niż ten kulminacyjny moment dramaturgiczny całego filmu, zamykający na dodatek trylogię. Mógłbym narzekać i śmiać się z tego filmu jeszcze długo, ale chcę zaznaczyć tylko jedno: te filmy są mi obojętne. Oglądałem bo oglądałem, pośmiałem się, wyłączyłem. Nie jest tak, że go nienawidzę. Dostrzegam słabości. Akceptuję, że innym one nie przestrzegają. I tyle w temacie. Chodźmy na herbatę.






How They Get There (1997) - 6/10. Krótki metraż Spike'a Jonze pokazujący dobitnie, że jak chcecie kręcić to bierzcie po prostu kamerę na ulicę i kręćcie! Dwoje ludzi idzie ulicą, nic więcej nie trzeba by mieć u mnie szóstkę.






Intruz ("Here After", 2015) - 5/10. Spotkałem Magnusa von Horna przed premierą "Ostatniej rodziny" i obiecałem mu, że obejrzę jego film jeszcze w tym roku. Słowa dotrzymałem w Sylwestra, liczy się, policja mnie nie złapie. Sam film? Zbyt europejski. Zgoda, podoba mi się, że nie jest zajęty wyłącznie generowaniem pustej złości u widza (jak "Zło"), i jest bardziej subtelny, realistyczny. Ale jest też... cóż, europejski. Oglądacie i nic się nie dzieje. Czytacie opis i dowiadujecie się, że główny bohater zrobił kiedyś coś strasznego, trafił do poprawczaka, a teraz go wypisali i wraca do normalnego życia. Ale tutaj go nie chcą, bo jest przestępcą, i traktują go jak psa. A on to znosi z kamienną twarzą, bo nie chce kłopotów. Ok, wracacie do filmu, mija pół godziny i nadal z filmu nie wynika o co chodzi. Są też inne drobiazgi, jak to, że bohaterowie nie używają imion. Ojciec mówi coś do syna, i nie mówi "John", dzięki czemu widz mógłby sobie przypomnieć o nazywać tak bohatera. Gdy na koniec bohater krzyczy na kobietę - ja nie pamiętałem, kim ona była. Spojrzałem na listę twórców, jej postać miała na imię Bea. Czyli kto? Albo to: dziwny styl kręcenia, przynajmniej okazjonalny. W jednej scenie widzimy jak młody syn siedzi przy stole i je posiłek. Ujęcie zmienia się, i teraz widzimy wyłącznie tego młodego przy stole. Ale słyszymy, że przyszedł ojciec i coś gada. Do młodego? Chyba tak. Dopiero po długim czasie ujęcie zmienia się by odsłonić, iż "z offu" doszedł drugi syn który usiadł przy stole, i to do niego było wszystko mówione. Po co taki chaos? Nie wiem. Rozpisuję się o szczegółach, bo temat całości (szkoły są do upy i nie radzą sobie z podstawowymi rzeczami) był już omawiany w podobny sposób, i "Intruz" nie wydaje się wnosić niczego wartego uwagi do stołu. Intencje były dobre, warsztat solidny, ale my to po prostu już znamy.



Carol (2015) - 5/10. Pierwsza połowa XX wieku i dwie kobiety, które mają na siebie ochotę, bo... spoglądają na siebie. Tak, wiem, to jest możliwe, ale zamiast budować jakąś relację między nimi twórcy woleli męczyć kolejny raz motyw "wtedy ludzie byli dzicy i nie pozwalali na taką miłość, bo była inna!". I co z tego wynika? A no relacja której fundamentem jest właśnie dramat, że nie mogą ze sobą być, zamiast najpierw pokazać, że czują się ze sobą dobrze bez żadnego konfliktu. Tego tu nie ma. Zamiast tego jest tylko gadanie w stylu: "czuję się winna, bo wolę kobiety". A ja wolę "Brokeback".






Gwiezdne wojny: Część I - Mroczne widmo ("Star Wars: Episode I - The Phantom Menace", 1999) - 5/10. Powtórka. Cofamy się do czasów sprzed "Nowej Nadziei", gdy Obi Wan jeszcze wyglądał jak Ewan McGegor. Jakiś jeden kraj chciał dokonać pokojowego przewrotu stanu w innym kraju, ale tamten inny kraj nie chce na to pozwolić a Jedi mu w tym pomagają - tak mniej więcej wygląda fabuła, która jest tu najmniej istotna, ale o tym zaraz. Czasami mam tak, że piszę mało pozytywnych rzeczy, a film generalnie cenię sobie wysoko. Tutaj jest odwrotnie. "Mroczne widmo" oglądało mi się tak sobie, ale największym minusem dla mnie jest... Krótkość niektórych scen. Mianowicie - jest tu sporo momentów, gdy scena trwa od 5 do 20 sekund. Bohaterowie powiedzą sobie trzy zdania, treść natychmiast się wyczerpuje, nie ma nic więcej do powiedzenia... I przechodzimy do kolejnej sceny. Która też może trwać absurdalnie krótko. Mało przyjemne to jest w oglądaniu. Brakuje tu przestrzeni, zawiniło planowanie by w ciągu tej jednej sceny działo się nieco więcej niż... Natalie Portman pytająca Jar Jara jak z nimi wylądował. Ten udziela odpowiedzi... I cięcie. Ech. Fakt, że jest to film dla dzieci nie przeszkadzał mi zbytnio. Tak, chciałbym by był lepiej zrobiony, ale cóż, "Ritchie Rich" to nie jest i muszę z tym żyć. Ale schemat jest podobny - osoby młode wiekiem ratują sytuację. Sześciolatek wygrywa śmiertelnie niebezpieczny wyścig by zebrać pieniądze na naprawę statku itd. W innych filmach z tamtej dekady lepiej wychodziło nakreślenie sytuacji w której tylko dzieci mogły uratować sytuację. Tutaj nawet tego nie próbują i wielokrotnie czułem delikatne zażenowanie gdy z powagą brali małego Anakina na ważne misje. Ech. Istotne jest też pewnie to, że "Star Wars" zawsze miały w sobie coś dla dzieci. Lukrowane zakończenie "Nowej Nadziei", śmieszkowaty Yoda w "Imperium...", Ewoki w "Powrocie Jedi". A C3PO wciąż jest najmniej lubianą przeze mnie postacią w Star Wars, Jar Jar nie ma do niego żadnego startu. Najnowsza część była jedynie bardziej fundamentalnie skierowana do dzieci i tyle. Dobra, ale co mi się podobało? Poczucie przygody mi się udzieliło, to na pewno. Gdy wpływali do podwodnego miasta, a potem je opuszczali i unikali niebezpieczeństw w postaci ogromnych ryb - tu udzieliła mi się ekscytacja z poznawania nowych krain i oglądania nieznanych widoków. Więcej też w ogóle widać z tego uniwersum, jest ono bogatsze, ładniejsze, bardziej zróżnicowane. A także podjęto starania by wypchać te trochę mięchem, zamiast cały czas "my dobre, wy złe, dlatego się bijemy". Muzyka w finałowym pojedynku była godna uwagi, sam pojedynek też (zaskakująca pauza w trakcie, McGregor). Cholernie szanuję też sam szalony pomysł na film, by zrobić całą trylogię o Anakinie, z czego pierwsza część toczy się gdy jest dzieckiem i widzi miłość swego życia, na co reaguje słowami "Are you an Angel?". Tak naprawdę to reszta produkcji jest obudowana wokół tego pojedynczego momentu. Ponieważ czemu nie?






Gwiezdne wojny: Część II - Atak klonów ("Star Wars: Episode II - Attack of the Clones", 2002) - 4/10. Ktoś chce zabić Padme w ramach dużej polityki, więc Anakin robi jako jej ochroniarz. I tak zawiązuje się między nimi romans. Z prequelami SW jest tak, że wszyscy już napisali, jak zły ten film jest, więc ja nie muszę tego udowadniać. Mogę zaakceptować, że jest źle, i po prostu oglądać. Trudno, Anakin nie lubi piasku, wsio ryba. Ponad to, to nie jest produkcja tak zła, że denerwuje - wręcz przeciwnie, jest banalna i nudna. Seans szybko wylatuje z pamięci, więc w głowie zostaje tylko to co chcę pamiętać, bo było akurat... Udane. Jak to, że Anakin wyskoczył na japę z samochodu podczas pościgu otwierającego film. Albo to, że Padme umie o siebie zadbać...




Look at Life (1965) - 2/10. Krótki metraż George'a Lucasa, pierwsza rzecz jaką zrobił w szkole filmowej gdy dali mu kamerę do ręki. Bawił się jeszcze.