poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Widziałem w marcu dobre filmy. I seriale

W marcu korzystałem z ShowMax i HBO GO, więc poniżej zobaczycie trochę polskiego kina oraz wyczekiwaną notatkę o "It Follows", które w końcu dane mi było doświadczyć. Trwa też temat nadrabiania seriali. Chociaż nie obejrzałem do końca "Deadwood", to ukończyłem "Grę o tron", "The Knick" oraz "Olive Kitteridge". Do tego sporo cytatów i autorski poradnik "Jak być kobietą" napisany w oparciu o polskie filmy. Zapraszam do lektury.



****FILMY****



FILM MIESIĄCA: Ucieczka z kina "Wolność" (1990) - 8+/10. Powtórka. Trzeba przyznać, że jak Polacy nakręcą low-fantasy to nie ma chuja we wsi. Rabkiewicz pracuje jako cenzor filmowy, i z tego tytułu musi zmierzyć się z niespodziewanym zjawiskiem które ma miejsce w miejscowym kinie. Aktorzy na ekranie robią co chcą, a nawet przemawiają bezpośrednio do publiczności. Głowy muszą za to polecieć w socjalistycznej Polsce sprzed 1989 roku, a tym czasem Rabkiewicz odkrywa, że z przyjemnością spędza czas w kinie... Piętrowe metafory, alegorie i wyjątkowa atmosfera w której wszyscy tak po prostu akceptują, że aktorzy przemawiają z ekranu. Znajduję tu zarówno satyrę na ustrój polityczny który wtedy właśnie zdążył dobiec końca, jak i bogactwo przeróżnych przemyśleń na temat sztuki i kina szczególnie. A uwagi twórców pod tym kątem bardzo mi odpowiadają. Plus wyjątkowy humor ("No, i to jest właśnie polskie kino!") i Janusz Gajos, który może oglądać film, a i tak będzie to doskonały występ aktorski.







Coś za mną chodzi ("It Follows", 2014) - 7+/10. Mały, genialny film. Pomysł + doskonałe wykonanie. To wszystko, czego trzeba było. Pierwsze co mnie uderzyło w trakcie seansu to jak oszczędnym filmem jest "It Follows". Dosłownie, to musiał być bardzo tani film w zrobieniu, ponieważ wiele tu zależy od wyobraźni widza oraz tego, czego tak naprawdę nie widać na ekranie. Widzą to tylko sami bohaterowie. Po drugie - reżyseria. Jest nieprawdopodobnie dobra. Mamy tutaj naprawdę proste sceny, prosty pomysł na opowieść, proste wykonanie fabularne bez większego kombinowania. Ale jest coś idealnego w tempie tego obrazu, że to zwyczajnie dobrze się ogląda. Za każdym razem czułem ten moment, bycia w danej chwili razem z bohaterami, smakowaniem go. Twórcy wykorzystywali każdą okazję do tego, by znaleźć tam coś wartego czasu. Kolejnym istotnym czynnikiem jest kadrowanie i ogólna praca kamery. Każdy kadr jest tak zorganizowany, by oczy widza po nim wędrowały, i aktywnie szukały czy nie ma tam czegoś więcej. Mnogość planów, obiektów albo rekwizytów - obserwujemy zarówno to co rozgrywa się blisko nas, ale mamy też w zasięgu wzroku to co jest w tle oddalone o kilometr. Zwykła rozmowa przed domem zachęca nas, byśmy zwrócili uwagę na róg budynku - może coś stamtąd się wyłoni? Z czasem prostota produkcji owocuje kolejnym plusem - bo w trakcie oglądania można zacząć myśleć szerzej o tym na co patrzymy, bez jednoczesnego tracenia wątku. Czułem zagrożenie na poziomie dramaturgicznym. Myślałem nawet o tych postaciach - jak będzie wyglądać reszta ich życia, gdy nikogo nie będą mogli pokochać. Zero seksu, cały czas tylko ucieczka. Żadnej stałej pracy czy czegoś takiego. Sam dałem radę dojść do ich załamania psychicznego, wczucia się w ich sytuację. Niesamowite osiągnięcie ze strony twórców! A finał... Jejku, czysta doskonałość. Zupełnie nie przewidziałem, że tak to się zakończy. (PS.: oglądać w słuchawkach!)






Dreszcze (1981) - 7/10.
Powtórka. To naprawdę imponujące, jak Marczewski gra na nosie władzy. Wtedy można było ten film oglądać i uznać, że pochwala on ustrój. Dziś gdy oglądamy "Dreszcze" to mamy pewność, że tak naprawdę twórcy go krytykują, wyśmiewają, wyolbrzymiają, nabijają się. Po powtórzeniu sobie dwóch filmów tego reżysera mogę powiedzieć, że podoba mi się jego styl. Naprawdę. Zarówno "Ucieczka..." jak i ten po prostu lecą do przodu, bez zwracania uwagi na widza. Ten musi cierpliwie czekać na właściwy moment, gdy to dostanie odpowiedzi, wskazówki, pozna cel i zamiary autorów. Początkowa sekwencja na torach kolejowych nabiera sensu dopiero w drugiej połowie, a ostatnia linijka dialogu ujawnia przed nami, co tak naprawdę przez ten czas oglądaliśmy. Warto wrócić. Bolesny, twardy i bezpośredni tytuł.






La Rivière du hibou (1962) - 7/10. Krótki metraż pokazywany w Cannes, który okazał się na tyle dobry, że Serling wziął i pokazał go w ramach swojego legendarnego serialu "Strefa Mroku". Jest to opowieść człowieka, który właśnie spędza ostatnie minuty swojego życia. Wchodzi na deskę, pętla jest mu zakładana na szyję. Na brzegu widzimy pluton egzekucyjny. Każdy moment jest przeżywany przez widza dzięki skupionej reżyserii, oddzielnie kreśląc każdą czynność. Nie wiemy, jaki to jest konflikt, ani kim jest bohater, z mimo to jesteśmy w pełni zaangażowani. To w końcu "Zjawa" z Di Caprio w pigułce, tylko bez misia.






The Walk. Sięgając chmur ("The Walk", 2015) - 6+/10. Odświeżający seans. Jest to oparta na faktach opowieść Philippe'a Petit, który postawił sobie marzenie do zrealizowania: przejść bez zabezpieczeń z dachu jednej wieży WTC na drugą. Jest to opowieść o artystach. Ludziach, którzy przy pierwszym spotkaniu mówię ci jakie jest ich największe życiowe marzenie, i jak to zamierzają je zrealizować. Bo dopiero wtedy są wolni. Stawiają sobie zadanie i robią wszystko, by do niego doprowadzić. Przynajmniej spróbować. Własnym kosztem, a nie innych. Bez nihilistycznych, pozbawionych wyobraźni i ryzyka pobudek, jak to jest dzisiaj u różnych performerów, których stać tylko na to, by stanąć pod ścianą bez ruchu. Petit był artystą, który był wolny, a Zemeckis składa hołd jemu i mu podobnym. Jego film od pierwszych minut to magiczna sztuczka i przygoda. Ten człowiek ma wyobraźnię do CGI. Zazdroszczę mu jej.






Lobster ("The Lobster", 2015) - 6/10. Od bohatera odchodzi żona. Zostaje zesłany do hotelu, gdzie musi znaleźć swoją drugą połówkę - a jeśli tak się nie stanie, to zostanie zamieniony w zwierzę. "Lobster" przypomina mi więc tu mój scenariusz który nazwałem "Kara ludzka". Tam też buduję świat alternatywny oparty dogłębnie na innych zasadach. Różnica polega na tym, że ja to zrobiłem by pokazać minusy i zaprezentować rozwiązanie, które w najgorszym wypadku zachęci do poszukiwania i otworzy umysł na jakieś nowe możliwości (świat nie musi taki być, możemy go urządzić inaczej). "Lobster" powstał dla jaj. Twórcy śmieją się z tego, jak różni wariaci postrzegają miłość i co z nią zrobiono w ostatnich dekadach, pokomplikowano to strasznie. Wszystko to podbito, podkolorowano, stworzono wokół tego cały system prawno-socjalno-administracyjny, i zabawa jest całkiem niezła, przyznaję. Przemyślano to wszystko, więc i interesujące jest poznawanie wszystkich zasad. Rozrywka jest. Jak zwykle jednak w takim kinie nie ma pomysłu na zakończenie. A do tego jest mnóstwo dziur logicznych, więc nie ma sensu za bardzo się przyglądać temu co widzimy. Poczynając od tego, że tak naprawdę nie ma w tym świecie absolutnie żadnego powodu dla którego ludzie muszą być w parach. Na początku myślałem, że to jakaś dystopia. A potem okazuje się, że anarchia też ma zasady za złamanie których jest śmierć, i tak naprawdę nic tu nie jest "dla ludzi". Ludzie to sobie wymyślili i wcieli w życie, i robią to, bo takie są zasady, ale też tego nie chcą, ale mimo to robią to wszystko...? Do tego mamy tutaj magię najwyraźniej, psa można mordować bez żadnych konsekwencji...? Tak, lepiej się nad tym nie zastanawiać, bo wszystko tutaj jest symbolem i uzasadnienie jest w naszym świecie, a nie w filmie.

Struktura kryształu (1969) - 6/10. Debiut pełnometrażowy Zanussiego. Starzy znajomi spotykają się po latach, gdy jeden przyjeżdża w odwiedziny do drugiego. Mieszka on na wsi, niedaleko stacji meteorologicznej i wiedzie spokojny żywot. Pierwszy się go pyta: "No dobra, ale co tu robisz? Do czego zmierzasz?". Drugi wzrusza ramionami: "Dobrze mi tu". I to by było na tyle. "Struktura kryształu" nie ma wiele do powiedzenia, zadowala się zadaniem pytań i zwróceniem uwagi widza na pewne kwestie. Jak na debiut trwający nieco ponad godzinę - wystarczy. Film jest pełen życia i przestrzeni, muzyka Kilara robi swoje.







Poradnik ogólny jak być kobietą. Redagowany w oparciu o "Prostą historię o morderstwie". Rada #1: Bądź kompletną dupą wołową. Bez mężczyzny nic nie rób. Gdy ktoś poprosi cię o zdanie lub zrobienie czegoś, patrz na jakiegoś mężczyznę w pokoju, aż on coś zrobi lub powie. Jeśli on nic nie zrobi, ty też nic nie rób.



Carte Blanche (2015) - 4/10. Mamy tu ciekawą opowieść z życia wziętą o nauczycielu licealnym który ślepnie, ale pokonuje przeciwności losu i zostaje na stanowisku, oraz zachowuje zadowolenie z życia. Co więc producenci robią, gdy przenoszą tę historię na duży ekran? Dają do napisania scenariusz ekipie piszącej "Cogito" (takie czasopismo dla nastolatków, czytałem w gimnazjum dla śmiechu), która jak wiadomo nigdy z domu nie wychodziła i życia prawdziwego na oczy nie widziała. Całość stylizowana jest na typową "pozytywną" produkcję z Robinem Williamsem (np. "Patch Adams"). I nie mam z tym problemu. Od strony rzemieślniczej jest to całkiem udana - czytelna i angażująca emocjonalnie, przez większość czasu faktycznie jest pozytywna. Problem w tym, że za nic nie mogę w nią uwierzyć. Nie wierzę w seks nauczycieli na plaży podczas wycieczki szkolnej. Nie wierzę, że uczeń nabrał szacunku do nauczyciela, bo ten powiedział: "Chcesz wiedzieć po co ci ten wiersz? Bo podczas WW2 użyto tego wiersza by dać sygnał do desantu na Europę". Nie uwierzyłem w jakąkolwiek pozytywną emocję którą starał mi się sprzedać ten film. Zdecydowałem się też nie rozliczać go za brak szacunku do Macieja Białka, którego losami film jest inspirowany. Bo dokładnie tak jest: jest zaledwie inspirowany. Bohater filmu nazywa się inaczej, i jego droga jest zupełnie inna. Trudno. Dwie minuty czytania jakiegoś przypadkowego artykułu w Internecie sprawił, że uwierzyłem w tę historię. Dwie godziny filmu robiły wszystko, bym nigdy tego nie zrobił.






Poradnik ogólny jak być kobietą. Redagowany w oparciu o "Carte Blanche". Sytuacja: chcesz być wychowawcą klasy. Posadę tę jednak otrzymuje ktoś inny. Co robisz? Po pierwsze: nikomu o tym nie mów. Bądź pasywna. Po drugie: obraź się na nowego wychowawcę. Bądź niemiła. Po trzecie: gdy spotkasz wychowawcę na plaży, wybacz mu i go zgwałć. Jesteś kobietą, ty nie możesz gwałcić, on na pewno tego będzie chciał, nawet jeśli nie wykazywał wcześniej zainteresowania twoją osobą. Po czwarte: wyjaśnij, czemu obraziłaś się na początku. Gratuluję! Właśnie zyskałaś narzeczonego i osiągnęłaś sukces. Masz chłopa. Bo tylko tego możesz chcieć jako kobieta. Twoja rola tutaj się kończy. Gdy w przyszłym roku inna klasa będzie mogła otrzymać wychowawcę, twoja osoba nawet nie będzie przywołana. Gratulujemy spełnienia.

Poradnik ogólny jak być kobietą. Redagowany w oparciu o "Carte Blanche". Sytuacja: mówisz mężowi, że jesteś zmęczona. Ten chce lepiej poznać twoją sytuację. Używa następujących słów: "A od czego ty, kurwa, jesteś zmęczona? Dziecko w szkole, sprzątaczka zajmuje się chatą, co cię męczy? Oddychanie?". Co robisz? Mamy odpowiedź! Nic. Jeśli jesteś ambitna, możesz się odwrócić i wyglądać na smutną, ale jeśli zachowasz obojętność na twarzy to też da ci sukces. Mężczyzna cię przeprosi, domyśli się wszystkiego i generalnie zrobi wszystko sam, by wasz związek dalej istniał. Gratulujemy! Jesteś totalnie zbędna.



Kto się boi Virginii Woolf? ("Who's Afraid of Virginia Woolf?", 1966) - 4/10. Powtórka. Stare małżeństwo przyjmuje bez żadnego powodu młode małżeństwo na drinka w środku nocy, i razem piją, obrażają innych i smęcą, bo nikt im nie dał łatwego życia na tacy. Zamiast tego mieli normalne życie, w którym nie wykazali się dojrzałością. Zamiast tego srali pod siebie przez sto lat, gdy byli w gównie po uszy to zaczęli zrzucać winę na osobę obok, że ta sra pod siebie. I na koniec filmu wszyscy tylko srają. Produkt, którego nie ma sensu oceniać w kategoriach standardowych (jak aktorstwo, scenariusz czy reżyseria) ponieważ jest to kino negatywne w każdy możliwy sposób, pozbawione człowieczeństwa. Na szczęście - całkowicie nieszkodliwe. Gdy bohaterowie zachowywali się jak pojebani, jak się z nich śmiałem. I nie uwierzyłem, że to co jest na ekranie, to rzeczywistość. A gdzie tam. To tylko nudny film o głupich ludziach. Lepiej obejrzeć "Olive Katriddge" o którym piszę poniżej.



****SERIALE****






The Knick - sezon I (2014) - 8+/10. Serial rozgrywający się na samym początku XX wieku, głównie w nowojorskim szpitalu. Fenomenalna produkcja która zachwyca mnie na tyle sposobów, że poświęcę jej oddzielny tekst (albo i trzy). Teraz wymienię tylko najważniejsze rzeczy, które mnie zachwyciły: "The Knick" to w zasadzie jeden długi film, który w każdej kolejnej scenie jest kontynuowany i pchany do przodu. Jest to serial kostiumowy, ale kostium jest użyty po to, by zbudować fascynujący świat, którego kolejne małe szczegóły w tle aż chcę odkrywać i poznawać. Bohaterowie co do jednego są zbudowani w znakomity sposób. Sceny operacji pozbawione muzyki pełne napięcia! Muzyka! Aktorstwo! Potraktowanie tematu rasizmu, kapitalizmu, feminizmu, religijnych, rewolucji naukowych takich jak adrenalina, prezerwatywy, psychologia, leczenie przepukliny, kiły... Mechatronika! Gore! Efekty specjalne! Praca kamery! Scenografia! Ech... Wszystko.



The Knick - sezon II (2015) - 8+/10. Dokładnie ten sam poziom co wcześniej. Wszystkie zalety obowiązują bezbłędnie. Miałbym tylko dwie uwagi: montaż przechodzący od sceny do sceny parokrotnie był bardzo nagły i gwałtowny. Złe wrażenie to na mnie robiło, kiedy to cięcie następuje 0,00001 sekundy po tym jak aktor skończył mówić. Po drugie, parę razy czułem jakby twórcy szli na leciutką łatwiznę, idąc w nieco banalniejsze prowadzenie wątków, wykorzystując znane widowni tropy i schematy. Ot, choćby wizyta w domu prowadzonym przez zakonnice. Szybka, pobieżna wizyta, oparta na tym, że widz zna ten typ historii. Kościół okazuje się nie być chrześcijański. Przyjąłem, zrozumiałem, idźmy dalej. Czekam więc na trzeci sezon, który wciąż nawet nie został zapowiedziany. A minęły prawie dwa lata już. Jeśli jednak będzie jakaś zbiórka na kickstarterze czy innym PolakPotrafi to chętnie dorzucę 20$. Czy serial jest urwany? I tak, i nie. Ten serial tak naprawdę nie ma jakiejś jednej, wyraźnej fabuły. W zasadzie, to tu nie ma fabuł, jest tylko życie i okres zmian wszelakiego rodzaju w pigułce. Ale są wątki. Każda postać ma przynajmniej jeden wątek. I w finale docieramy do punktu, za którym coś na pewno jest. Kontynuacja na pewno gdzieś tam jest. Mamy ochotę to zobaczyć.






Olive Kitteridge (miniserial, 2014) - 7+/10. Czterogodzinny miniserial o nauczycielce, która była trudna w pożyciu. Popełniała błędy, była też trochę efektem swoich czasów, miała sporo racji w swoich postępowaniach. Często też robiła pewne rzeczy, które w rzeczywistości miała inne skutki niż ona sobie wyobrażała, o czym dowiadywała się po latach (serial obejmuje ćwierć wieku z życia bohaterki). Kobieta, którą można szanować i podziwiać, ale też trudno zaprzeczyć, że zmarnowała sobie życie, I dlatego jest nam jej żal. Dlatego to jest taki ludzki serial. Pierwszy epizod jeszcze jest dosyć zwyczajny, ale drugi i kolejne wyglądały jak filmy, w których "jest coś więcej". Montaż skupiony na oczach postaci. Reżyserka, która nie narusza przestrzeni.aktora. Strasznie mi tego brakuje w ostatnich serialach HBO, jak "Gra o tron" czy "Deadwood". Najlepszy jest oczywiście odcinek finałowy. Z ekscytacją czekam na kontynuację: "Olive Cedee".


Deadwood, sezon II (2005) - 6/10. O pierwszym sezonie pisałem w tym miejscu. W skrócie: jest to produkcja opowiadająca o miasteczku w czasach Dzikiego Zachodu. Pierwszy sezon ustalił fundamenty - wprowadził większość bohaterów, ustawił wątki i motywy które będą rozbrzmiewać przez resztę produkcji. Drugi sezon wprowadza jeszcze więcej postaci, dodaje wątków... I nadal nie wywiera na mnie szczególnego impaktu. Wiele rzeczy jest mi nie w smak podczas oglądania. Przeszkadza mi montaż, który jest poprawny, ale nie daje wystarczająco dużo miejsca dla aktorów, dla scenografii, dla momentu. Przez to nie mogłem wiele poczuć podczas seansu. Ot, klimat miasteczka na ten przykład - są tu ujęcia, gdy ktoś idzie ulicą główną. I jak się człowiek przyjrzy to zauważy, że na potrzeby takich ujęć ruszono w ruch każdy element. Miasteczko jest pełne statystów i różnych czynności. Problem w tym, że widzicie to nawet nie przez pełną sekundę, ale przez kilka klatek, a potem oglądamy już następną scenę. To samo z aktorami. Montażysta pozwala im tylko wypowiedzieć swoją kwestię, i następnie od razu robi przeskok na kogoś innego. Oni nie mają okazji by ożyć na ekranie. Dialogi też sprawiają mi problem. Ponownie, jest to nowoczesna mowa stylizowana lekko na Dziki Zachód - to mi nie przeszkadza. Ale bolą mnie uszy już od przekleństwa w każdej linijce dialogu, które w ogóle tam nie pasują. Style dialogowe to już kompletna kasza, bo część postaci mówi w sposób bardzo dystyngowany. Bogate słownictwo i kultura w dostarczaniu wypowiedzi. U części postaci to działa, jak w przypadku pani Garret, albo dziennikarza. Część bohaterów z kolei jest dzika i wypowiada się jak analfabeta. Znowu - u niektórych to działa. Są też tacy bohaterowie, którzy są dzicy ale starają się wypowiadać cywilizowanie, mieszając oba wspomniane style. Do niektórych to pasuje, tak, choćby Swegen. Ale większość twarzy na ekranie mówi tak, że to się w ogóle nie dodaje. Wypowiadają takie długie, złożone zdania, artykułują swoje myśli jakby to były czasy Wiktoriańskie, używają "trudniejszych" słów. Ja tego zwyczajnie nie czuję, bo nie mogę uwierzyć w to co widzę. Tak jakby dresy w filmach Patryka Vegi cytowały Norwida ("Nabyłem ja drogą kupna u panienki obuwie które zdaje się uciskać mnie w śródstopie wywołując tym samym nieznaczny spadek zadowolenia ze świadczonych w tym przybytku handlowym usług", no żesz kurwa mać). Z kolei historia, losy postaci - ot, toczy się. Wątek kamieni oraz wypadek z koniem - to zapamiętam. Można to było zaprezentować o wiele lepiej (wspomniany montaż, brak czasu dla aktorów), ale niech będzie jak jest. Jedynym elementem który uczciwie wywołuje mój zachwyt to prowadzenie postaci przez historię jednocześnie. Każda osoba na ekranie pełni jakąś rolę, i gdy COŚ się dzieje w miasteczku to zawsze wiemy, gdzie każda z tych piętnastu twarzy się znajduje, bo to za każdym razem ma na nich jakiś wpływ. Szacunek! PS. Polscy tłumacze, chodźcie tu na słówko... "The Whores Can Come" przełożone na "Panienki mogą przyjść"? Jak do tego doszło?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz