poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Widziałem w marcu dobre filmy. I seriale

W marcu korzystałem z ShowMax i HBO GO, więc poniżej zobaczycie trochę polskiego kina oraz wyczekiwaną notatkę o "It Follows", które w końcu dane mi było doświadczyć. Trwa też temat nadrabiania seriali. Chociaż nie obejrzałem do końca "Deadwood", to ukończyłem "Grę o tron", "The Knick" oraz "Olive Kitteridge". Do tego sporo cytatów i autorski poradnik "Jak być kobietą" napisany w oparciu o polskie filmy. Zapraszam do lektury.



****FILMY****



FILM MIESIĄCA: Ucieczka z kina "Wolność" (1990) - 8+/10. Powtórka. Trzeba przyznać, że jak Polacy nakręcą low-fantasy to nie ma chuja we wsi. Rabkiewicz pracuje jako cenzor filmowy, i z tego tytułu musi zmierzyć się z niespodziewanym zjawiskiem które ma miejsce w miejscowym kinie. Aktorzy na ekranie robią co chcą, a nawet przemawiają bezpośrednio do publiczności. Głowy muszą za to polecieć w socjalistycznej Polsce sprzed 1989 roku, a tym czasem Rabkiewicz odkrywa, że z przyjemnością spędza czas w kinie... Piętrowe metafory, alegorie i wyjątkowa atmosfera w której wszyscy tak po prostu akceptują, że aktorzy przemawiają z ekranu. Znajduję tu zarówno satyrę na ustrój polityczny który wtedy właśnie zdążył dobiec końca, jak i bogactwo przeróżnych przemyśleń na temat sztuki i kina szczególnie. A uwagi twórców pod tym kątem bardzo mi odpowiadają. Plus wyjątkowy humor ("No, i to jest właśnie polskie kino!") i Janusz Gajos, który może oglądać film, a i tak będzie to doskonały występ aktorski.







Coś za mną chodzi ("It Follows", 2014) - 7+/10. Mały, genialny film. Pomysł + doskonałe wykonanie. To wszystko, czego trzeba było. Pierwsze co mnie uderzyło w trakcie seansu to jak oszczędnym filmem jest "It Follows". Dosłownie, to musiał być bardzo tani film w zrobieniu, ponieważ wiele tu zależy od wyobraźni widza oraz tego, czego tak naprawdę nie widać na ekranie. Widzą to tylko sami bohaterowie. Po drugie - reżyseria. Jest nieprawdopodobnie dobra. Mamy tutaj naprawdę proste sceny, prosty pomysł na opowieść, proste wykonanie fabularne bez większego kombinowania. Ale jest coś idealnego w tempie tego obrazu, że to zwyczajnie dobrze się ogląda. Za każdym razem czułem ten moment, bycia w danej chwili razem z bohaterami, smakowaniem go. Twórcy wykorzystywali każdą okazję do tego, by znaleźć tam coś wartego czasu. Kolejnym istotnym czynnikiem jest kadrowanie i ogólna praca kamery. Każdy kadr jest tak zorganizowany, by oczy widza po nim wędrowały, i aktywnie szukały czy nie ma tam czegoś więcej. Mnogość planów, obiektów albo rekwizytów - obserwujemy zarówno to co rozgrywa się blisko nas, ale mamy też w zasięgu wzroku to co jest w tle oddalone o kilometr. Zwykła rozmowa przed domem zachęca nas, byśmy zwrócili uwagę na róg budynku - może coś stamtąd się wyłoni? Z czasem prostota produkcji owocuje kolejnym plusem - bo w trakcie oglądania można zacząć myśleć szerzej o tym na co patrzymy, bez jednoczesnego tracenia wątku. Czułem zagrożenie na poziomie dramaturgicznym. Myślałem nawet o tych postaciach - jak będzie wyglądać reszta ich życia, gdy nikogo nie będą mogli pokochać. Zero seksu, cały czas tylko ucieczka. Żadnej stałej pracy czy czegoś takiego. Sam dałem radę dojść do ich załamania psychicznego, wczucia się w ich sytuację. Niesamowite osiągnięcie ze strony twórców! A finał... Jejku, czysta doskonałość. Zupełnie nie przewidziałem, że tak to się zakończy. (PS.: oglądać w słuchawkach!)






Dreszcze (1981) - 7/10.
Powtórka. To naprawdę imponujące, jak Marczewski gra na nosie władzy. Wtedy można było ten film oglądać i uznać, że pochwala on ustrój. Dziś gdy oglądamy "Dreszcze" to mamy pewność, że tak naprawdę twórcy go krytykują, wyśmiewają, wyolbrzymiają, nabijają się. Po powtórzeniu sobie dwóch filmów tego reżysera mogę powiedzieć, że podoba mi się jego styl. Naprawdę. Zarówno "Ucieczka..." jak i ten po prostu lecą do przodu, bez zwracania uwagi na widza. Ten musi cierpliwie czekać na właściwy moment, gdy to dostanie odpowiedzi, wskazówki, pozna cel i zamiary autorów. Początkowa sekwencja na torach kolejowych nabiera sensu dopiero w drugiej połowie, a ostatnia linijka dialogu ujawnia przed nami, co tak naprawdę przez ten czas oglądaliśmy. Warto wrócić. Bolesny, twardy i bezpośredni tytuł.






La Rivière du hibou (1962) - 7/10. Krótki metraż pokazywany w Cannes, który okazał się na tyle dobry, że Serling wziął i pokazał go w ramach swojego legendarnego serialu "Strefa Mroku". Jest to opowieść człowieka, który właśnie spędza ostatnie minuty swojego życia. Wchodzi na deskę, pętla jest mu zakładana na szyję. Na brzegu widzimy pluton egzekucyjny. Każdy moment jest przeżywany przez widza dzięki skupionej reżyserii, oddzielnie kreśląc każdą czynność. Nie wiemy, jaki to jest konflikt, ani kim jest bohater, z mimo to jesteśmy w pełni zaangażowani. To w końcu "Zjawa" z Di Caprio w pigułce, tylko bez misia.






The Walk. Sięgając chmur ("The Walk", 2015) - 6+/10. Odświeżający seans. Jest to oparta na faktach opowieść Philippe'a Petit, który postawił sobie marzenie do zrealizowania: przejść bez zabezpieczeń z dachu jednej wieży WTC na drugą. Jest to opowieść o artystach. Ludziach, którzy przy pierwszym spotkaniu mówię ci jakie jest ich największe życiowe marzenie, i jak to zamierzają je zrealizować. Bo dopiero wtedy są wolni. Stawiają sobie zadanie i robią wszystko, by do niego doprowadzić. Przynajmniej spróbować. Własnym kosztem, a nie innych. Bez nihilistycznych, pozbawionych wyobraźni i ryzyka pobudek, jak to jest dzisiaj u różnych performerów, których stać tylko na to, by stanąć pod ścianą bez ruchu. Petit był artystą, który był wolny, a Zemeckis składa hołd jemu i mu podobnym. Jego film od pierwszych minut to magiczna sztuczka i przygoda. Ten człowiek ma wyobraźnię do CGI. Zazdroszczę mu jej.






Lobster ("The Lobster", 2015) - 6/10. Od bohatera odchodzi żona. Zostaje zesłany do hotelu, gdzie musi znaleźć swoją drugą połówkę - a jeśli tak się nie stanie, to zostanie zamieniony w zwierzę. "Lobster" przypomina mi więc tu mój scenariusz który nazwałem "Kara ludzka". Tam też buduję świat alternatywny oparty dogłębnie na innych zasadach. Różnica polega na tym, że ja to zrobiłem by pokazać minusy i zaprezentować rozwiązanie, które w najgorszym wypadku zachęci do poszukiwania i otworzy umysł na jakieś nowe możliwości (świat nie musi taki być, możemy go urządzić inaczej). "Lobster" powstał dla jaj. Twórcy śmieją się z tego, jak różni wariaci postrzegają miłość i co z nią zrobiono w ostatnich dekadach, pokomplikowano to strasznie. Wszystko to podbito, podkolorowano, stworzono wokół tego cały system prawno-socjalno-administracyjny, i zabawa jest całkiem niezła, przyznaję. Przemyślano to wszystko, więc i interesujące jest poznawanie wszystkich zasad. Rozrywka jest. Jak zwykle jednak w takim kinie nie ma pomysłu na zakończenie. A do tego jest mnóstwo dziur logicznych, więc nie ma sensu za bardzo się przyglądać temu co widzimy. Poczynając od tego, że tak naprawdę nie ma w tym świecie absolutnie żadnego powodu dla którego ludzie muszą być w parach. Na początku myślałem, że to jakaś dystopia. A potem okazuje się, że anarchia też ma zasady za złamanie których jest śmierć, i tak naprawdę nic tu nie jest "dla ludzi". Ludzie to sobie wymyślili i wcieli w życie, i robią to, bo takie są zasady, ale też tego nie chcą, ale mimo to robią to wszystko...? Do tego mamy tutaj magię najwyraźniej, psa można mordować bez żadnych konsekwencji...? Tak, lepiej się nad tym nie zastanawiać, bo wszystko tutaj jest symbolem i uzasadnienie jest w naszym świecie, a nie w filmie.



- Zaraz przyjedzie człowiek z Warszawy który to wyjaśni
- O, to musi być strasznie mądry człowiek
- Nie, krytyk...
"Ucieczka z kina Wolność"



Synowie pustyni ("Sons of the Desert", 1933) - 6/10. Komedia z legendarnymi klaunami Flipem i Flapem, kiedy jeszcze uczyli się używać dźwięku w swoich występach (stąd sporo ciszy, ale też wiele wizualnych sztuczek i tylko kilka gagów opiera się na dialogu). Historia jest następująca: bohaterowie chcą jechać na zjazd Klubu Sierżanta (czy jakoś tak), ale ich żony nie chcą nawet tego słuchać. Na samą sugestię, że ich mężowie zrobią coś nie po ich myśli zaczynają rzucać wazonami w głowy swoich mężczyzn, ciskają talerzami i stosują przemoc psychologiczną oraz terroryzm. Flip i Flap wystraszeni muszą więc wymyślić szybko jakiś plan, aby wyrwać się z domu... Jest zabawnie. Jeśli jesteście gotowi na to, że zobaczycie typowych błaznów ery slapsticku, będziecie dobrze się bawić. Numer z wanienką w której Flap moczy stopy to natychmiastowy klasyk, do którego będę wracać z przyjemnością. Ale wiecie co? Chętnie zobaczyłbym remake tego filmu z zamianą płci, jak "Ghostbusters". Coś czuję, że wtedy będzie odebrany zupełnie inaczej...;-)



- Mówiłem ci, że potrzebuję lekarza. Czemu wezwałeś weterynarza?
- Nie sądziłem, że jego wiara ma dla ciebie znaczenie.
"Synowie pustyni"



Struktura kryształu (1969) - 6/10. Debiut pełnometrażowy Zanussiego. Starzy znajomi spotykają się po latach, gdy jeden przyjeżdża w odwiedziny do drugiego. Mieszka on na wsi, niedaleko stacji meteorologicznej i wiedzie spokojny żywot. Pierwszy się go pyta: "No dobra, ale co tu robisz? Do czego zmierzasz?". Drugi wzrusza ramionami: "Dobrze mi tu". I to by było na tyle. "Struktura kryształu" nie ma wiele do powiedzenia, zadowala się zadaniem pytań i zwróceniem uwagi widza na pewne kwestie. Jak na debiut trwający nieco ponad godzinę - wystarczy. Film jest pełen życia i przestrzeni, muzyka Kilara robi swoje.






Prosta historia o morderstwie (2016) - 6/10. Drugi film w reżyserskim dorobku Arkadiusza Jakubika. Tym razem opowiada o polskiej rodzinie, w której ojciec policjant zaczyna pić coraz więcej, a jego syn (również policjant) ma coraz mniejszą ochotę na to patrzeć. Jest to solidna produkcja, chociaż całkowicie opuszcza pamięć po paru dniach od seansu, aż do ostatniej części. Ostatnie 35 minut to czysty schemat. Wyżywanie się na osobach, które cię kochają. Żona wraca bez powodu do agresywnego męża. Samochód nie startuje. Ech...



Poradnik ogólny jak być kobietą. Redagowany w oparciu o "Prostą historię o morderstwie". Rada #1: Bądź kompletną dupą wołową. Bez mężczyzny nic nie rób. Gdy ktoś poprosi cię o zdanie lub zrobienie czegoś, patrz na jakiegoś mężczyznę w pokoju, aż on coś zrobi lub powie. Jeśli on nic nie zrobi, ty też nic nie rób.



Carte Blanche (2015) - 4/10. Mamy tu ciekawą opowieść z życia wziętą o nauczycielu licealnym który ślepnie, ale pokonuje przeciwności losu i zostaje na stanowisku, oraz zachowuje zadowolenie z życia. Co więc producenci robią, gdy przenoszą tę historię na duży ekran? Dają do napisania scenariusz ekipie piszącej "Cogito" (takie czasopismo dla nastolatków, czytałem w gimnazjum dla śmiechu), która jak wiadomo nigdy z domu nie wychodziła i życia prawdziwego na oczy nie widziała. Całość stylizowana jest na typową "pozytywną" produkcję z Robinem Williamsem (np. "Patch Adams"). I nie mam z tym problemu. Od strony rzemieślniczej jest to całkiem udana - czytelna i angażująca emocjonalnie, przez większość czasu faktycznie jest pozytywna. Problem w tym, że za nic nie mogę w nią uwierzyć. Nie wierzę w seks nauczycieli na plaży podczas wycieczki szkolnej. Nie wierzę, że uczeń nabrał szacunku do nauczyciela, bo ten powiedział: "Chcesz wiedzieć po co ci ten wiersz? Bo podczas WW2 użyto tego wiersza by dać sygnał do desantu na Europę". Nie uwierzyłem w jakąkolwiek pozytywną emocję którą starał mi się sprzedać ten film. Zdecydowałem się też nie rozliczać go za brak szacunku do Macieja Białka, którego losami film jest inspirowany. Bo dokładnie tak jest: jest zaledwie inspirowany. Bohater filmu nazywa się inaczej, i jego droga jest zupełnie inna. Trudno. Dwie minuty czytania jakiegoś przypadkowego artykułu w Internecie sprawił, że uwierzyłem w tę historię. Dwie godziny filmu robiły wszystko, bym nigdy tego nie zrobił.






Poradnik ogólny jak być kobietą. Redagowany w oparciu o "Carte Blanche". Sytuacja: chcesz być wychowawcą klasy. Posadę tę jednak otrzymuje ktoś inny. Co robisz? Po pierwsze: nikomu o tym nie mów. Bądź pasywna. Po drugie: obraź się na nowego wychowawcę. Bądź niemiła. Po trzecie: gdy spotkasz wychowawcę na plaży, wybacz mu i go zgwałć. Jesteś kobietą, ty nie możesz gwałcić, on na pewno tego będzie chciał, nawet jeśli nie wykazywał wcześniej zainteresowania twoją osobą. Po czwarte: wyjaśnij, czemu obraziłaś się na początku. Gratuluję! Właśnie zyskałaś narzeczonego i osiągnęłaś sukces. Masz chłopa. Bo tylko tego możesz chcieć jako kobieta. Twoja rola tutaj się kończy. Gdy w przyszłym roku inna klasa będzie mogła otrzymać wychowawcę, twoja osoba nawet nie będzie przywołana. Gratulujemy spełnienia.

Poradnik ogólny jak być kobietą. Redagowany w oparciu o "Carte Blanche". Sytuacja: mówisz mężowi, że jesteś zmęczona. Ten chce lepiej poznać twoją sytuację. Używa następujących słów: "A od czego ty, kurwa, jesteś zmęczona? Dziecko w szkole, sprzątaczka zajmuje się chatą, co cię męczy? Oddychanie?". Co robisz? Mamy odpowiedź! Nic. Jeśli jesteś ambitna, możesz się odwrócić i wyglądać na smutną, ale jeśli zachowasz obojętność na twarzy to też da ci sukces. Mężczyzna cię przeprosi, domyśli się wszystkiego i generalnie zrobi wszystko sam, by wasz związek dalej istniał. Gratulujemy! Jesteś totalnie zbędna.



Kto się boi Virginii Woolf? ("Who's Afraid of Virginia Woolf?", 1966) - 4/10. Powtórka. Stare małżeństwo przyjmuje bez żadnego powodu młode małżeństwo na drinka w środku nocy, i razem piją, obrażają innych i smęcą, bo nikt im nie dał łatwego życia na tacy. Zamiast tego mieli normalne życie, w którym nie wykazali się dojrzałością. Zamiast tego srali pod siebie przez sto lat, gdy byli w gównie po uszy to zaczęli zrzucać winę na osobę obok, że ta sra pod siebie. I na koniec filmu wszyscy tylko srają. Produkt, którego nie ma sensu oceniać w kategoriach standardowych (jak aktorstwo, scenariusz czy reżyseria) ponieważ jest to kino negatywne w każdy możliwy sposób, pozbawione człowieczeństwa. Na szczęście - całkowicie nieszkodliwe. Gdy bohaterowie zachowywali się jak pojebani, jak się z nich śmiałem. I nie uwierzyłem, że to co jest na ekranie, to rzeczywistość. A gdzie tam. To tylko nudny film o głupich ludziach. Lepiej obejrzeć "Olive Katriddge" o którym piszę poniżej.



- Może zjemy śniadanko?
- No pewnie.
- To ja pokroję chlebek.
- A ja pokroję ogóreczki.
- A to ja... zaparzę kawkę?
- Super.
"Kamper"



Kamper (2016) - 3/10. Powyższy dialog pojawia się w trzeciej minucie filmu i nie jest pierwszym po usłyszeniu którego musiałem zatrzymać seans by zapisać co właśnie usłyszałem. Dialogi strasznie źle mi brzmiały w uszach. Pomijając oczywiste krzaki w rodzaju "Całe życie wszystkie jest "nie, nie, nie", wszystko jest "nie takie", a może chociaż raz "tak", co?" to problemy z nimi były zasadniczo dwa: usilna stylizacja i łopatologia.Wszystkie te języki (zakochanych, korpo, graczy) usilnie starano się ubarwić, by mówiły "przypadkiem" o tym, co reżyser chce nam zakomunikować. Dziwne, że wciąż mam wszystkie zęby w ryju, bo z taką subtelnością we mnie ciska tymi informacjami. Korona nieudolności to scena grania w "FIFĘ", gdzie każde zdanie które widz usłyszy zasługuje na oddzielną naganę. Wszystko to ma jeden cel: uświadomić widzowi, że bohater jest dużym dzieckiem. Co widz wie od dosłownie pierwszej wymiany zdań na ekranie (a jeśli to nie wystarczy, to zaraz macie scenę w łóżku, kiedy to bohater udaje, że napieranie palcami na pierś żony to kierowanie motorem. Wydaje odgłos "brum brum" i w ogóle. A potem obraża się gdy żona mówi mu, że jest głupi, za odwalenie takiego numeru - w tym momencie każdy na świecie wiedział już, że bohater to duże dziecko. Reszta filmu jest zbędna!). To zresztą powinien być tytuł filmu: "Duże dziecko". Albo "Bachor". Bohater nie jest kamperem. Kamper wykorzystuje zasady gry by uzyskać jak najwięcej jak najmniejszym kosztem nie patrząc na reguły fair play. Tego główny bohater "Kampera" nie robi. Na dodatek, taki tytuł zawiera sprzeczny sygnał. Ktoś kto gra w gry spodziewa się, że wątek tworzenia gier będzie ważny, a widzimy to dopiero w 35 minucie, a pełni rolę trzecioplanową. Zwykły Polak z kolei będzie oczekiwać kina drogi w kamperze, i wyjdzie zawiedziony. Najgorsze były wszystkie "cwane" wymiany zdań, w których jedna strona mówi coś niejasnego, a druga zamiast odpowiedzieć coś ludzkiego w stylu: "Co ty kurwa pierdolisz?" wymyśla rozbudowane, nienaturalne riposty. Przykład: "Wiecie, jakie jest moje największe marzenie?" na co ktoś odpowiada coś w stylu "Wyruchać się w dupę przy użyciu świecy o zapachu wanilii?". Pierwsza osoba mówi więc: "Nie, kurwa" i dopiero po takim wstępie przechodzi do rzeczy. Coś czuję, że jakbym ja napisał taki dialog, to ktoś ze szkoły filmowej by mnie zatłukł gołymi pięściami, bo bym go bezpośrednio obraził czymś takim. "Kamper" w ogóle jest obrazą. Ten film powinien trwać pięć minut i być wstępem do właściwego filmu - jakiegoś "Bilardzisty" czy innego "Na nabrzeżach". Tutaj nie ma drogi, tu nie ma historii, rozwoju. Tutaj jest tylko pierwsze pięć minut, które mówią wszystko co widz musi wiedzieć. Półtorej godziny mija i wie dokładnie tyle samo.



- Czemu ci się podoba?
- Nie wiem, bo jest po prostu prawdziwą, stuprocentową kobietą, Hiszpanką o śniadej cerze, jest naprawdę naprawdę.
- Co to znaczy?
- Że czuję się przy niej jak prawdziwy buhaj z amerykańskich filmów.
"Kamper"



- Można mówić, że cenzor to zły człowiek.
- Ale pan cenzor był wcześniej krytykiem teatralnym.
- Krytyk, który jest cenzorem... Jakie to powszechne...
"Ucieczka z kina Wolność"



****SERIALE****






The Knick - sezon I (2014) - 8+/10. Serial rozgrywający się na samym początku XX wieku, głównie w nowojorskim szpitalu. Fenomenalna produkcja która zachwyca mnie na tyle sposobów, że poświęcę jej oddzielny tekst (albo i trzy). Teraz wymienię tylko najważniejsze rzeczy, które mnie zachwyciły: "The Knick" to w zasadzie jeden długi film, który w każdej kolejnej scenie jest kontynuowany i pchany do przodu. Jest to serial kostiumowy, ale kostium jest użyty po to, by zbudować fascynujący świat, którego kolejne małe szczegóły w tle aż chcę odkrywać i poznawać. Bohaterowie co do jednego są zbudowani w znakomity sposób. Sceny operacji pozbawione muzyki pełne napięcia! Muzyka! Aktorstwo! Potraktowanie tematu rasizmu, kapitalizmu, feminizmu, religijnych, rewolucji naukowych takich jak adrenalina, prezerwatywy, psychologia, leczenie przepukliny, kiły... Mechatronika! Gore! Efekty specjalne! Praca kamery! Scenografia! Ech... Wszystko.



- Jak myślisz, dlaczego jest tak niewielu czarnoskórych chirurgów, co?
- To proste! Nikt nie chce widzieć murzyna idącego do niego z nożem w ręku!
"All in the Family"



The Knick - sezon II (2015) - 8+/10. Dokładnie ten sam poziom co wcześniej. Wszystkie zalety obowiązują bezbłędnie. Miałbym tylko dwie uwagi: montaż przechodzący od sceny do sceny parokrotnie był bardzo nagły i gwałtowny. Złe wrażenie to na mnie robiło, kiedy to cięcie następuje 0,00001 sekundy po tym jak aktor skończył mówić. Po drugie, parę razy czułem jakby twórcy szli na leciutką łatwiznę, idąc w nieco banalniejsze prowadzenie wątków, wykorzystując znane widowni tropy i schematy. Ot, choćby wizyta w domu prowadzonym przez zakonnice. Szybka, pobieżna wizyta, oparta na tym, że widz zna ten typ historii. Kościół okazuje się nie być chrześcijański. Przyjąłem, zrozumiałem, idźmy dalej. Czekam więc na trzeci sezon, który wciąż nawet nie został zapowiedziany. A minęły prawie dwa lata już. Jeśli jednak będzie jakaś zbiórka na kickstarterze czy innym PolakPotrafi to chętnie dorzucę 20$. Czy serial jest urwany? I tak, i nie. Ten serial tak naprawdę nie ma jakiejś jednej, wyraźnej fabuły. W zasadzie, to tu nie ma fabuł, jest tylko życie i okres zmian wszelakiego rodzaju w pigułce. Ale są wątki. Każda postać ma przynajmniej jeden wątek. I w finale docieramy do punktu, za którym coś na pewno jest. Kontynuacja na pewno gdzieś tam jest. Mamy ochotę to zobaczyć.






Olive Kitteridge (miniserial, 2014) - 7+/10. Czterogodzinny miniserial o nauczycielce, która była trudna w pożyciu. Popełniała błędy, była też trochę efektem swoich czasów, miała sporo racji w swoich postępowaniach. Często też robiła pewne rzeczy, które w rzeczywistości miała inne skutki niż ona sobie wyobrażała, o czym dowiadywała się po latach (serial obejmuje ćwierć wieku z życia bohaterki). Kobieta, którą można szanować i podziwiać, ale też trudno zaprzeczyć, że zmarnowała sobie życie, I dlatego jest nam jej żal. Dlatego to jest taki ludzki serial. Pierwszy epizod jeszcze jest dosyć zwyczajny, ale drugi i kolejne wyglądały jak filmy, w których "jest coś więcej". Montaż skupiony na oczach postaci. Reżyserka, która nie narusza przestrzeni.aktora. Strasznie mi tego brakuje w ostatnich serialach HBO, jak "Gra o tron" czy "Deadwood". Najlepszy jest oczywiście odcinek finałowy. Z ekscytacją czekam na kontynuację: "Olive Cedee".



Gra o tron - sezon III ("Game of Thrones", 2013) - 6/10. Zaraz wrócę do "Gry o tron", ale chcę przytoczyć pewną sprawę. Otóż, niedawno natknąłem się ponownie na jeden z najważniejszych momentów "The Shield", w którym to blondynka mówi do Vica Mackey "Did you know what you done to me?", a nasz główny bohater odwraca się, spogląda na blondynkę, mówi: "I've done worse" i wychodzi. Wymiana tych dwóch zdań trwa 14 sekund. Jestem po trzech sezonach "GOT", trwających blisko 30 godzin, i jestem gotowy się założyć, że przez cały ten czas nie było w serialu momentu, w którym doszłoby do tego, że montażyści pozwoliliby aktorom na wymianę dwóch zdań przez 14 sekund. Bo już akceptuję, że to taka łatwiejsza, bardziej hollywoodzka adaptacja książki. Ale wraz z trzecim sezonem dostrzegam również, że to bardzo słaba adaptacja w znaczeniu dosłownym - przeniesieniu języka literatury na język filmu. Książka oferuje barwny, żywy i soczysty język którym opisywani są bohaterowie, świat, dialogi, wszystko. Mogę czytać o tym, jak jeden jełop goli sobie plecy, i to będzie fragment do którego będę chciał wracać. Serial z drugiej strony oferuje postawienie kamery przed aktorami i daje im tylko tyle czasu by zdążyli wykasłać swoje zdania ze scenariusza, po czym natychmiast następuje cięcie. Nie czuję bogactwa świata, o tym twórcy milczą, wciskając pozornie ważne momenty między wiersze, jak choćby genezę przezwiska Królobójca. W książce było super. W serialu dostaję jakiś przeciętny dialog który ulatuje zaraz z pamięci. Bohaterowie są nieciekawi. Nie wiem, czemu widzowie nienawidzili Joffreya - czytelnicy, zgoda, ale widzowie? A co on zrobił przez trzeci sezon? Nic. Tyrion? Pociesza Sansę, bo ludzie czasem mogą się z niej śmiać. Śmiech na sali. Cersei nawet nie zachowuje się jak jedna z głównych postaci, okupuje raczej drugi plan. Matka Smoków? Cipa z dobranocki. Z całej ten bandy tylko dwie twarze wywołują u mnie emocje - Ramsey i Tywin. Cała reszta zlewa się z tłem, i opuszcza pamięć. To nie jest ciekawie zrobione. Wyreżyserowane, zmontowane, nakręcone, zagrane, opowiedziane... A na pewno nie w stopniu wystarczającym, by móc to tytułować jako adaptację "Pieśni Lodu i Ognia".



- Wrony zabiły całą moją rodzinę.
- Nie proszę, byście zapomnieli o swoich bliskich! Ja na pewno nie zapomnę o swoich. Tamtej nocy straciłem pięćdziesięciu braci. Chcę, byście pomyśleli teraz o swoich dzieciach.



Gra o tron - sezon IV ("Game of Thrones", 2014) - 6+/10. Dobra wiadomość - w tej serii pojawiają się dobre elementy! Lubię rozmowy Tyriona i Jaimego. Padają wtedy opowieści o przeszłości, i dzięki temu banalnemu zabiegowi pogłębiony zostaje świat i jego charakter, a także rys bohaterów. Teraz widziałem w nich autentycznych braci. Cholernie spodobała mi się pierwsza scena na początku 4x09, kiedy to oglądamy rozmowę Jona i Sama na szczycie Ściany, kiedy to rozprawiają o miłości. Pojawił się nawet autentycznie brutalny widok! (pojedynek Góry i Oberyna) Przynajmniej, jak na "Grę o tron", czyli wciąż mamy szybki montaż i dłużej oglądamy czyjąś reakcję na wulgarny widok niż sam widok, ale trzeba oddać co jest prawdziwe - ta scena wywołuje ból przy oglądaniu. Poza tym pojawiają się dialogi zawierające swoistą poetykę między wierszami ("- A więc winisz kucharza?; - Albo gołębie, tylko nie mieszajcie mnie w to"), a podczas edycji obrazu kombinowano z nasyceniem barwami. Wcześniej wprawdzie też to robiono, ale miało to cel odwrotny niż teraz. Teraz robimy to, by nadać scenom charakter. Wcześniej, aby były bardziej nijakie i ogólne. Reszta wad serialu zachowano w pozostałej części sezonu. Najgorzej zmontowana sekwencja to trening wodnego tańca przez Aryę. Trwa z 15 sekund, a zawiera 3000 cięć. Wszystko to by ukryć fakt, że aktorka tak naprawdę nie umie wywijać mieczem.






Gra o tron - sezon V ("Game of Thrones", 2015) - 6/10. Z początku ten sezon jest jeszcze mniej ciekawy niż wcześniej. Wtedy chociaż był jasno nakreślony cel każdego bohatera, a teraz... Każdy kręci się bez celu i motyw przewodni to właśnie "nie mam co ze sobą zrobić". W końcu oczywiście serial wraca na swoje właściwe tory, i ponownie jest produkcją o dwóch ludziach siedzących w pomieszczeniu i gadających o jakichś pierdołach. Wciąż ogląda się lekko i szybko. Są jednak dwa momenty, które wybijają się ponad standard. Pierwszy to zakończenie sezonu - niesprawiedliwe i gwałtowne. Mogłem poczuć się wtedy jakbym faktycznie oglądał adaptację "Pieśni lodu i ognia". Już drugi raz podczas tych pięciu sezonów (pierwszym była wizyta prostytutek w komnacie Jeoffreya, który to był bardziej podniecony gdy te biły się zamiast pocierały o swoje łechtaczki). Tak to właśnie powinno wyglądać. Ale reszta produkcji wciąż jest grzeczna i bezpieczna. Ot, dla przykładu, pewna postać będzie torturowana. Czyli posiedzi dwa dni w pokoju bez jedzenia, potem zetną jej włosy (nadal będzie atrakcyjna) a na koniec przejdzie się nago po mieście przez jakieś 70 sekund. O kurwa. Nic dziwnego, że aktorka w trakcie tego spaceru miała znudzoną minę pt. "Ile jeszcze mam chodzić na tle tego green screenu i nic nie robić?". Innym razem jakieś dziewczynki dostaną raz po dupie deską i... Wystarczy. Jakby to była adaptacja "Ani z Zielonego Wzgórza". Ech. Drugi wielki moment piątego sezonu "Gry o tron" to niespodziewana zmiana okoliczności przyrody w 5x08. Sekwencja trwa 20 minut i jest intensywna, trzyma w napięciu. Kolory, reżyseria, montaż, inscenizacja całości - miód, po prostu miód. Mało słów wtedy pada, wykorzystany jest obraz, a najlepszy moment to wymiana spojrzeń między dwojgiem bohaterów, trwający jakąś minutę, wywołując prosty zachwyt tym, co właśnie doświadczyłem. Dla tego momentu warto było poświęcić tyle godzin na tę produkcję.






Gra o tron - sezon VI ("Game of Thrones", 2016) - 6+/10. Szósty sezon to dwa schematy idące w totalny automat. Pierwszy to Sam przedstawiający swą dziewczynę swojemu ojcu. Drugi schemat to rozwijająca się organizacja kościelna w Królewskiej Przystani. Każdy dialog z duchownymi w tych scenach to kalka setek innych podobnych scen, nie włożono w nie jakiegokolwiek wysiłku. Szósty sezon to też całkowita degradacja Deanerys. Ta kobieta to już oficjalnie przedmiot jest. Wszyscy tylko mówią jej, że jest królową, a potem robią wszystko za nią. Ona w tym czasie tylko tam jest, z miną pt: "Czy ja jestem potrzebna w tej scenie?". Gdy w końcu coś zrobiła, to jej rozwiązaniem sytuacji było spierdolić wszystko na popiół do gołej ziemi. Bo ona ma smoki, i chuja jej zrobią. Mało to królewskie i wymagające. Szósty sezon to Lady Mormont, mająca 10 lat i dwie sceny, i w każdej wykazująca się taką charyzmą, że buty spadają z nóg. Nie mogę się doczekać kolejnych jej scen, to zdecydowanie jedna z moich pięciu-sześciu ulubionych postaci w całej produkcji (obok Yary, Ramseya, Tywina, Tyriona, Pająka, Mance'a i może jeszcze kogoś). Szósty sezon to tyle zgonów, że nawet nie umiem wymienić ile osób umarło. Szósty sezon to "Bitwa bękartów", która widziałem we fragmentach już rok temu i dla niej zdecydowałem się obejrzeć cały serial po tym jak 5 lat temu odpadłem po pierwszym sezonie. Tak, ta bitwa jest genialna, i powody wymieniono w filmu poniżej. Szkoda tylko, że takie rzeczy w tym serialu to wciąż odstępstwo od reguły. Zazwyczaj mamy w nim doczynienia z płaskimi bohaterami gadającymi o nudnych rzeczach. Momenty finezji wizualnej to wciąż tylko momenty (miły akcent z oknem i Tommenem w finałowym epizodzie). Ale dla nich wciąż warto oglądać. "Grę o tron" uważam za zaliczoną jak na razie, i odliczam 107 dni do następnego sezonu. Swoją drogą, wciąż nie wiem o czym ten serial jest. Niby biją się o żelazny tron, a póki co najlepsze sceny to Jon Snow bijący się z ludźmi z zupełnie innych powodów. Ponad to Arya bawi się w Cejrowskiego, Jaime zakochuje się w babie z innych grup społecznych i mamy dramacik, Bran gada z drzewami, a Ogar buduje kościół. What the hell.






Deadwood, sezon II (2005) - 6/10. O pierwszym sezonie pisałem w tym miejscu. W skrócie: jest to produkcja opowiadająca o miasteczku w czasach Dzikiego Zachodu. Pierwszy sezon ustalił fundamenty - wprowadził większość bohaterów, ustawił wątki i motywy które będą rozbrzmiewać przez resztę produkcji. Drugi sezon wprowadza jeszcze więcej postaci, dodaje wątków... I nadal nie wywiera na mnie szczególnego impaktu. Wiele rzeczy jest mi nie w smak podczas oglądania. Przeszkadza mi montaż, który jest poprawny, ale nie daje wystarczająco dużo miejsca dla aktorów, dla scenografii, dla momentu. Przez to nie mogłem wiele poczuć podczas seansu. Ot, klimat miasteczka na ten przykład - są tu ujęcia, gdy ktoś idzie ulicą główną. I jak się człowiek przyjrzy to zauważy, że na potrzeby takich ujęć ruszono w ruch każdy element. Miasteczko jest pełne statystów i różnych czynności. Problem w tym, że widzicie to nawet nie przez pełną sekundę, ale przez kilka klatek, a potem oglądamy już następną scenę. To samo z aktorami. Montażysta pozwala im tylko wypowiedzieć swoją kwestię, i następnie od razu robi przeskok na kogoś innego. Oni nie mają okazji by ożyć na ekranie. Dialogi też sprawiają mi problem. Ponownie, jest to nowoczesna mowa stylizowana lekko na Dziki Zachód - to mi nie przeszkadza. Ale bolą mnie uszy już od przekleństwa w każdej linijce dialogu, które w ogóle tam nie pasują. Style dialogowe to już kompletna kasza, bo część postaci mówi w sposób bardzo dystyngowany. Bogate słownictwo i kultura w dostarczaniu wypowiedzi. U części postaci to działa, jak w przypadku pani Garret, albo dziennikarza. Część bohaterów z kolei jest dzika i wypowiada się jak analfabeta. Znowu - u niektórych to działa. Są też tacy bohaterowie, którzy są dzicy ale starają się wypowiadać cywilizowanie, mieszając oba wspomniane style. Do niektórych to pasuje, tak, choćby Swegen. Ale większość twarzy na ekranie mówi tak, że to się w ogóle nie dodaje. Wypowiadają takie długie, złożone zdania, artykułują swoje myśli jakby to były czasy Wiktoriańskie, używają "trudniejszych" słów. Ja tego zwyczajnie nie czuję, bo nie mogę uwierzyć w to co widzę. Tak jakby dresy w filmach Patryka Vegi cytowały Norwida ("Nabyłem ja drogą kupna u panienki obuwie które zdaje się uciskać mnie w śródstopie wywołując tym samym nieznaczny spadek zadowolenia ze świadczonych w tym przybytku handlowym usług", no żesz kurwa mać). Z kolei historia, losy postaci - ot, toczy się. Wątek kamieni oraz wypadek z koniem - to zapamiętam. Można to było zaprezentować o wiele lepiej (wspomniany montaż, brak czasu dla aktorów), ale niech będzie jak jest. Jedynym elementem który uczciwie wywołuje mój zachwyt to prowadzenie postaci przez historię jednocześnie. Każda osoba na ekranie pełni jakąś rolę, i gdy COŚ się dzieje w miasteczku to zawsze wiemy, gdzie każda z tych piętnastu twarzy się znajduje, bo to za każdym razem ma na nich jakiś wpływ. Szacunek! PS. Polscy tłumacze, chodźcie tu na słówko... "The Whores Can Come" przełożone na "Panienki mogą przyjść"? Jak do tego doszło?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz