sobota, 31 maja 2014

Czas cyganów (7/10)

Low Fantasy & Drama, 1988


Cyganie, Bałkany, lata 80'te, postkomuna. Perhan nie ma pracy i stabilnej przyszłości, dlatego gdy prosi o rękę Azry, jej matka wynosi naszego bohatera na kopach, a drze się przy tym tak bardzo, że jej mąż zawiesza ją pod sufitem i zostawia na noc jak choinkę. Do tego pojawia się problem zdrowia młodszej siostry - jej nóżki wymagają operacji. Trzeba zdobyć skądś pieniądze - Perhan wyjeżdża więc by zacząć pracować. W handlu żyw... W niewolnictwie i przemycie. Będzie kupował ludzi i przemycał ich, by ci dla niego żebrali i z tego mgli opłacić mu haracz.

To dziwnie tak sobie uświadomić, że ten film podejmuje właśnie taki ciężki temat - ponieważ z wierzchu jest tyle humoru, lekkości i zwariowanych elementów, że twarz sama się cieszy. Na ekranie co chwila pojawia się jakaś absurdalna sytuacja, ktoś tam krzyczy, a wszystko kończy się w niespodziewany sposób. Klimaty bardzo bliskie tym z polskiego kina, choćby w reżyserii Kondratiuka. Tyle tu się miesza rzeczy - Cyganie wyglądają jak Słowianie, tylko mówią po Arabsku i jak wypiją to zamieniają się w Indian, z ich magią i wierzeniami. To samo w sobie mnie bawiło, a jest tego jeszcze wiele, wiele więcej. Pierwsze ujęcie w filmie na pannę młodą, ucieczka i przebieranie się na karton, wieszanie na dzwonie z powodu miłości, pijak widzący tańczącą butelkę...

piątek, 30 maja 2014

(felieton) Uwagi powyborcze

Same wybory miło mnie zaskoczyły. Wszystko przebiegło całkiem płynnie, obsługa była miła choć znudzona, a daszki ustawione na ławkach przypomniały mi jak w szkole dzieci się zasłaniały książkami przed nauczycielami. A we wnętrzu każdego takiego daszku duży plakat z opisem każdego nazwiska - gdzie jego właściciel mieszka, jaki ma zawód. Nie znałem nikogo startującego w moim okręgu, więc wybrałem przedsiębiorcę.

Tylko sporo dzieci w Afryce umarło jak zobaczyło te książki, co to każdy dostaje, by postawić na jednej stronie mały krzyżyk. Czy dostanę parę milionów jak zaproponuję taki arkusz z odpowiedziami, jakie są na testach w szkole? Budżet kraju zaoszczędzi na tym kilka miliardów co najmniej przecież. Jakby co, prawa autorskie (na mózg) już sobie zaklepałem.
Najlepsze, że te książki wydrukowano, a prawie 80% nie poszło na wybory. Ale co to kogo w zarządzie obchodzi, przecież to nie ich pieniądze. Wypada zapewne dziękować, że każdej takiej karty wyborczej nie zamawiali w Tybecie, gdzie mnisi by je ręcznie wykonali, z ozdobnymi szlaczkami i w ogóle.

Wieczorem odczułem ulgę, gdy JKM i jego partia przeszli. Teraz mogę czekać na rezultaty i nadstawiać uszu. Relację oglądałem na TVP1, bo wcześniej przy okazji tych kobiet widziałem, że TVN nadal manipuluje widzem, to dałem szansę tej drugiej stacji. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaką reputację ma pan Kraśko w Internecie, ale cóż, przekonałem się sam i też dobrze.

Ale najpierw o przemówieniach mam parę słów. Najpierw pokazali mowę Tuska - ten w kilku słowach podziękował za oddanie głosów, że jest fajnie, że będzie trudno w PE, ale się postarają, żeby było fajnie. Na końcu wspomniał, że tego dnia umarł Jaruzelski - ot, tak, żeby wyglądało, jakby miał coś do powiedzenia. W ogóle. Wyraził się też przyjaźni o PiSie, pierwszy zaznaczył, że to taka niewielka przewaga, życzy im powodzenia... Z kolei Kaczyński przyjaźnie wypowiedział się o PO. I też nic nie powiedział: fajnie, trudno, ale... ale wybory na Ukrainie.

Przemowy SLD i Millera słuchałem jednym uchem. Na początku rozpoznałem znajome nutki (powrót do Jaruzelskiego - umówili się czy jak?), zobaczyłem znudzone i niezainteresowane twarze ludzi, którzy zajęli trzecie miejsce, i straciłem zainteresowanie resztą. Na czwartym miejscu już był Korwin Mikke - bez przemowy, tylko wywiad. "Dziennikarka" była przygotowana, co zresztą trudne nie jest, bo łatwo przewidzieć zachowanie JKM.

Q: Nie jest pan fanem demokracji, ale dzisiaj dzięki niej pan świętuje. Może to dobry powód by zmienić poglądy?...
A: Cóż, jakby była monarchia to by było 100%.

Q: Jaka będzie pana pierwsza decyzja jako europosła?
A: .....No nie wiem, zobaczę na miejscu.

Cel osiągnięty. Było tego więcej, ale te dwie kwestie zapamiętałem. I w sumie... to mi się podoba. Taki polityk, który nijak nie pasuje do współczesnej definicji tego zawodu. Jak zadasz komuś innemu nawet jedno z tych podchwytliwych "tak/nie" pytań, w stylu "Czy powiedziałeś już rodzicom, że jesteś gejem?" to taki "polityk" zacznie mówić jak to wspiera mniejszości seksualne, że jest dumny z tego, że Polska to taki przyjazny kraj dla nich, i jaki jest szczęśliwy, że się do tego przyczynił i wciąż dokłada wszelkich starań by ten stan ulegał progresowi w tę lepszą stronę. Kwadrans później dalej będzie mówił, i wciąż niczego nie powie. JKM jest często agresywny, ale przynajmniej tego nie ukrywa. Jak widzę tych ludzi w sejmie gotowych w każdej chwili w kwiecisty sposób skomentować absolutnie każdą pierdółkę to jestem już pewny, że oni nic nie robią poza planowaniem tego, co wtedy powiedzą, ćwiczeniem obrażania bez obrażania, i non stop konsultują wszystko z adwokatem, by na końcu wyjść i w 20 sekund powiedzieć coś, co kogoś zaboli, i pozostać bezkarnym. Udany dzień współczesnego polityka.

Jestem świadom, że jeśli JKM stanie naprzeciw kogoś o podobnym temperamencie, to będziemy mieć tu Bagdad, ale do tego czasu wolę być znudzony kolejnym powtórzeniem tego samego na ten sam temat w wykonaniu Korwina, niż kolejnego "łagodnego prztyczka w czyjś nosek" w wykonaniu kogokolwiek innego, które w najlepszym wypadku zachęca do postradania zmysłów przez brak konkretów i czegoś pewnego.

I tyle. Teraz tylko czekam na rezultaty. Pierwszy test tuż za rogiem, i ludzie chcący przejść z innych partii do Nowej Prawicy.

środa, 28 maja 2014

Dzień na wyścigach (8+/10)

Comedy, 1937


Pani Upjohn jest ostatnią nadzieją dla ośrodka leczniczego, które może zbankrutować bez jej pomocy. Ta zgodzi się jedynie wtedy, gdy w ośrodku zatrudnią Doktora Hugo Hackenbusha, który jako jedyny potrafi się właściwie nią zająć. Żart polega na tym, że ona jest hipochondryczką, a on weterynarzem leczącym konie, o czym ona nie wie. Obok jest tor z wyścigami konnymi, który będzie takim planem B. Tony oraz Stuffy (trener i joker) są przyjaciółmi właścicielki sanatorium, panny Judy, i zrobią dla niej wszystko pomimo wszelkich przeciwności. Takich jak konował zostający głównym doktorem, ale to raczej będzie jeden z najmniejszych problemów.

Fabularnie to rutyna wg braci Marx: Harpo i Chico są przyjaciółmi, Groucho gra jakiegoś cwaniaka, narasta konflikt który zaowocuje pogodzeniem się i połączeniem sił. Zawsze jest jakaś para narzeczonych na drugim planie, która jest absolutnie do zapomnienia. Do tego sceny śpiewania i grania na instrumentach do przeskoczenia... I przede wszystkim: umiejętność pisania żartów do każdej jednej sekundy filmu. Co chwila wyskakują z czymś nowym, zaskakują oglądającego, a gdy na samym końcu fabuła będzie wymagać kolejnego przyspieszenia dla wielkiego finału, bracia zorganizują spektakularną burdę na stadionie. Czego chcieć więcej? Groucho bawi ciętymi ripostami i odwracaniem kota ogonem, Chico swoją powagą i zaangażowaniem, a Harpo umiejętnością gadania bez słów ("Hihat gone!").

Emily, I have a confession to make. I really am a horse doctor. But marry me, and I’ll never look at another horse.

wtorek, 27 maja 2014

(serial) Legit - sezon II

...kino autorskie?, 2014


Jim Jefferies, jego przyjaciel Steve oraz brat tego ostatniego - Billy, niepełnosprawny i jeżdżący na wózku, chory na dystrofię mięśni, na potrzeby telewizji pozwolono mu ruszać głową. Wszyscy troje nadal mieszkają razem, czasem ktoś ich odwiedzi (rodzice!), ale generalnie to sami ze sobą prowadzą swoje życie, gdzie brak ram i monotonia miesza się z typowymi zwariowanymi momentami, jakie każdy w życiu ma. W zasadzie to nieudacznicy jak wcześniej, jednak wszystko się rozwija. Dla przykładu, tym razem to Jim jest tym najbardziej odpowiedzialnym - w porównaniu do reszty, co wiele mówi, skoro on sam będzie się między innymi leczyć z seksoholizmu. Jednak taki Steve będzie na granicy alkoholizmu, wciąż nie będzie umiał sobie poradzić z tym, że żona go zostawiła, Billy to wiadomo, ma najbardziej przejebane spośród rasy ludzkiej, ojciec Steve'a zostanie wylany z pracy i nawet zaliczy epizod bezdomności, żona go zdradzi, matka Jima okaże się fanem "Sopranos", a na dodatek zaraz po przyjeździe trafi do szpitala, a ojciec Jima zamiast odwiedzić żonę pójdzie do salonu masażu ze szczęśliwym zakończeniem... O tak, "Legit" wciąż jest znakomitą komedią.

I jeśli myślicie, że żartuję, to nie. Widać nie czytaliście mojej opinii o pierwszym sezonie, gdzie wymieniłem więcej detali, szczególnie odnośnie czarności humoru w tej produkcji. Link zamieściłem poniżej.

poniedziałek, 26 maja 2014

Bob Dylan: Bez stałego adresu (6/10)

Biography Documentary, 2005
200 minut


Tytuł odnosi się do tego, że Robert Zimmerman wciąż poszukuje miejsca, do którego należy.  Jak wyglądało jego początki, skąd się wziął, gdzie zaczął grać, jakie były jego inspiracje - niektóre - oraz jaki wtedy był świat... To właśnie "No Direction Home" robi najlepiej: odtwarza tamte czasy. Kto wtedy grał, jak ewoluowała muzyka, potrzeby publiczności, jaki styl życia prowadzili artyści... Nowy Jork, Greenwich Village, ludzie nie dostający zapłaty za występ tylko puszczali koszyk, zbierali napiwek i przenosili się do kolejnego klubu. Jak liczyła się piosenka i każdy tam grał własną wersję czyjegoś tekstu, a zamiast praw była opinia publiczności która zaczynała jednego artystę kojarzyć z jakimś kawałkiem i wtedy stawał się jego własnością.

I jak tego wszystkiego słuchałem, to zacząłem żałować, że sam nie miałem jeszcze okazji odwiedzić takiego klubu, gdzie siadasz by wypocząć, a początkujący artysta gra na żywo na akustyku, mając przy tym coś do przekazania.

To były inne czasy. Prostsze. Artystów nie oceniało się tym, ile zarobili, ale co mają do powiedzenia. Ktoś zapytał, czy znam tego i tamtego, a ja pytałem: "Nie, a co on ma do powiedzenia?"

niedziela, 25 maja 2014

Biały kanion (7/10)

Western, 1958


McKay, kapitan statku, po latach przygód na wszystkich oceanach Ziemi postanawia się osiedlić na dzikim zachodzie. Małe miasteczko, dobry teren, do tego narzeczona czekająca na niego. Nie wie, że tutaj toczy się walka między dwiema grupami, a on wmiesza się w jej środek, do tego zostanie wykorzystany jako powód do kolejnej awantury. Sam McKay okaże się nie pasować do tego świata - nie nosi broni, ma głupi kapelusz, zaczepiony zachowuje spokój, i w ogóle jest zbyt miękki niż na chłopa przystało. Przyszła żona jest zawiedziona, z czasem coraz mocniej.

Pierwsze wrażenie jest mocno ujemne, bo film wchodzi w dupę Gregory'ego Pecka po uszy, i to nie swoje. Jego postać jet czysta, idealna i nieskazitelna, na mdłości może zebrać. Ale szybko to zaczyna mieć swoje uzasadnienie, oraz pasować do historii. To jest historia o Jamesie McKayu, człowieku wymęczonym karierą na wszelakich wodach, które zbudowały jego charakter i cierpliwość ponad wszystko. Jest tu rewelacyjna scena, gdy idzie się nauczyć jeździć na najdzikszym koniu w okolicy. Wcześniej mu to proponowali, by prawiczek poznał prawdziwe życie, ten jedna odmówił. Czyli stchórzył. A teraz, gdy była okazja i mógł sam potrenować, zrobił to. Jedna porażka za drugą, aż do zwycięstwa, po którym... poszedł do domu. Nie mówił o tym nikomu, nie chwalił się, nie przejechał się na widok i nie udawał, że to pestka. Zrobił to dla siebie, by sobie coś udowodnić, by to osiągnąć. By pokazać widzowi, że jego pewność siebie nie wzięła się z kiepskiego scenariusza tylko po latach treningu i wielu bolesnych próbach. Pod tym względem to porządne, męskie kino, w którym nieskazitelność Pecka wydaje się realistyczna - uwierzyłem, że naprawdę osiągnął wewnętrzną harmonię i życie jakie prowadzi przyszło mu po długiej walce. Ból, zwycięstwo, długa droga do niego z zaciśniętymi zębami oraz własna ocena ponad tym, co gadają inni. Idealnie.
Nawet jest scena, jak jedna kobieta opierdala drugą za bycie nierozsądną. Piękne.:)

sobota, 24 maja 2014

Ucieczka z Alcatraz

Prison Film, 1979


Męsko i romantyczne. Jakoś takie połączenie w tym wypadku ze sobą nie pasuje, nie wiedzieć czemu. Do więzienia na skale przybywa nowy lokator, który trafił tu bo z innych cel dał radę uciec. Oczywiście stąd też ma zamiar zbiec. Ktoś tam chce odwiedzić matkę zanim ona odejdzie, paru innych znajdzie powód, i zawiąże się paczka. Rozpocznie się planowanie, współdziałanie oraz kucie ścian.

Rzygam już filmami, które przedstawiają romantyczny wizerunek więźniów, szczególnie w przypadku takiego miejsca akcji. Każdy tu jest jakby-niewinny, trafił tu za drobniejsze przestępstwo które przypadkiem się rozrosło (przeszedł na czerwonym, gdy akurat eskortowali prezydenta 50 radiowozami, pierwszy zahamował, reszta na niego wpadła, było bum i poszło z dymem pół Waszyngtonu), w ogóle to są super chłopaki i najgorszy jest tu naczelnik co to zabierze więźniowi przywilej malowania w celi, zabierając mu tym samym sens życia. Co za %%^*#$&^*!!!
Czemu w ogóle wzięto takiego aktora jak Patrick McGoohan do tak marnej roli? Szkoda chłopa. Alcatraz jest łagodne jak baranek i nie dodaje nic do dramaturgii. Woda wokół wywołuje większy efekt. Kilku łobuzów w mundurze, naczelnik z małym penisem oraz jakiś drugoplanowy więzień o posturze szafy chcący pomocować się z Clintem Eastwoodem - nic z tego nie buduje wrażenia realizmu, to jedynie składniku przepisu na marny film o więzieniu, których nie umieszczono w żadnym kontekście. Nie ma tu większej płynności.

piątek, 23 maja 2014

(felieton) Garrecio idzie głosować


Jak wygrać wybory pseudodemokratyczne? Spierdolić edukację, i nie uczyć w szkołach o polityce, ekonomii, filozofii. Rozbić przeciwników w mniejsze grupki, samemu stanowiąc jedność. Przekonać ludzi, by nie głosowali. By spojrzeli na polityka i powiedzieli "Niech już tylko nic nie robi, dostaje kasę za to i będziemy szczęśliwi", żeby traktowali go jako coś stałego i gorszego od siebie. Tylko zarabiającego więcej, żyjącego na o wiele wyższym poziomie, i osiągającego to w bardzo łatwy sposób. I najważniejsze, zrzucić to na system, który przecież jest najlepszy jaki kiedykolwiek zaistniał. Tylko demokracja już nie istnieje, i to od dawna. Jest bezużyteczna w tak licznych społeczeństwach, a "demokracja przedstawicielska" ma tyle wspólnego z demokracją co Unia Europejska z wolnym rynkiem. Wybieranie kogoś, kto potem wybiera za mnie, a ja nie mam na to wpływu, nie jest demokracją. Zresztą, nie ma czegoś takiego jak wola większości. Jakby definicja demokracji oznaczała co oznacza, to mogłoby nie być prezydenta, gdyby większość nie poszła na wybory.

To nie ja stworzyłem system, który wychował grupę ponad 30 milionów obywateli nie wiedzących, na czym praca polityka polega, i przekonanych, że bez nich nic by się nie zmieniło.

środa, 21 maja 2014

Bob and the Monster (6+/10)

Rockumentary, 2011


John Frusciante, Flea, Anthony Kiedis, do tego Josh Klinghoffer nagrał soundtrack... Łatwo się domyślić, jak trafiłem na ten tytuł. O Thelonious Monster dowiedziałem się z rekomendacji na last.fm, ponieważ słuchałem dużo Red Hot Chili Peppers, a TM nie tylko grali podobną gatunkowo muzykę, co razem... żyli. Grali, współtworzyli, byli przyjaciółmi. I w ten sposób poznałem płytę "Beautiful Mess", która otwiera mój obecny ranking ulubionych płyt. TM nie stworzył wiele więcej poza tym jednym wydaniem, widziałem że lider poszedł w solową karierę, a gdy na YT szukałem jakichś występów na żywo tego zespołu, zobaczyłem jak na jednym z nich wokalista położył się na scenie i ledwo co tam mruczał pod nosem, a reszta kapeli gapiła się po sobie, grając niemal instrumentalną wersję piosenki. To mi w jakiś sposób wyjaśniło przyczyny nikłej popularności kapeli - ich występy ssały i to wystarczyło. "Bob and the Monster" to dokument o owym wokaliście, a jednocześnie liderze, tekściarzu, gitarzyście i gościu, który na początku był porównywany do Johna Lennona, by na końcu wkurwić wszystkich i być tym dla Thelonious Monster kim dla King Crimson jest Robert Fripp. Nazywał się Bob Forest, i nikt nie wierzył, że ten człowiek przeżyje następny rok.

wtorek, 20 maja 2014

(serial) Miasteczko South Park - sezon 17

Comedy, 2013


Oglądałem całkiem regularnie, gdy tylko nowe odcinki zaczęły się pojawiać, jednak przerwa między 8 i 9 odcinkiem wybiła mnie z rytmu, a potem jakoś nie mogłem się zebrać, były inne seriale i rzeczy do roboty... Dopiero teraz się zebrałem do nadrobienia.

Jak to w przypadku SP, większość odcinków wypada z pamięci po kilku dniach lub tygodniach, pozostawiając miłe wspomnienia. Spośród 10 epizodów najbardziej wyróżniają się następujące:

(kolejność chronologiczna)
"Let Go, Let Gov" (17x01) Czyli to, za co ludzie wielbią South Park, wzięcie głosu w kwestiach, które są w tamtym czasie na ustach wszystkich. Wtedy było to szpiegowanie ludzi przez rząd. I zamierza z tym walczyć Cartman, który wszystkie swoje myśli i ruchy umieszcza z własnej woli w Internecie, a przy tym rozmawia przez telefon wyłącznie przez zestaw głośnomówiący i na głośniku, bardzo przy tym obrażony, że Kyle stojący 10 metrów obok słyszy wszystko, o czym ten mówi. Odcinek może niezbyt zaskakujący, bo podobne uwagi były wtedy już w innych miejscach, jednak to niewiele zmienia. Dobrze, że ten odcinek powstał.
Plus Święty Mikołaj.


- The Princess calls you a ball licking lesbian.
- That doesn't make sense.


poniedziałek, 19 maja 2014

(książka) Limes inferior

Socjalistyczne sci/fi, 1982
Janusz Zajdel
190 stron


Przyszłość oraz wszechobecna automatyzacja.Ludzie posługują się Kluczem, łączącym w sobie funkcje zegarka, środka płatniczego, dowodu osobistego oraz wielu innych (otwiera mieszkania). Gotówka wyszła, teraz za walutę służą Punkty - są one podzielone na trzy kategorie: czerwone, zielone i żółte. Obowiązkowe są nie tylko wyższe studia ale też pensja dla każdego, by mógł przeżyć na jakimkolwiek poziomie. Za samo życie każdy dostaje czerwone punkty, starczające na byle jaki nocleg oraz cokolwiek do jedzenia. Za gotowość do wykonywania jakiejś pracy każdy dostaje zielone punkty, pozwalające na kupowanie lepszych rzeczy. Za faktyczne pracowanie: punkty żółte, pozwalające na kupno luksusów. Kufel piwa w barze to 1 Punkt Żółty.

Oczywiście istnieje też kurs wymiany, np. 15 czerwonych za 1 żółty.

W tym świecie roboty wykluczyły potrzebę wykonywania większości zawodów poza tymi wymagającymi najwyższego intelektu. Społeczność podzielono więc na 7 kategorii - 0 są najmądrzejsi, 6 najmniej. Trzy najniższe nie muszą pracować, od trzeciej klasy taka potrzeba już występuje - o ile się znajdzie wakat.

niedziela, 18 maja 2014

As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty (7/10)

Diary Film, 2000
285 minut


Ekranizacja "Stu lat samotności"? Takie miałem pierwsze skojarzenie. Osobiste nagrania domowe Jonasa Mekasa, znanego awangardowego dokumentalisty, sporządzone na przestrzeni 30 lat. Zmontował je razem, podłożono muzykę, dodano okazjonalną narrację z offu. Większość życia zmieszczona na 5 godzinach materiału, opowiedziana przez blisko 80-letniego człowieka, który zapewne sądził, że niedługo umrze. 14 lat minęło i Mekas nie tylko jest, ale i kręci. Pochodzi z Litwy, stamtąd przeniósł się do Nowego Jorku w latach 60-tych, i zyskał status w odpowiednich kręgach.

"As I Was Moving..." to bardzo trudne nagranie, filmem tego nawet sam twórca nie nazywa. Samego siebie określa jako "nagrywającego" zamiast "tworzącego filmy". Łatwo zrozumieć obie strony widzów - jedni ocenią wysoko, bo to osobisty twór, całe życie, magia. Przeciwnicy stwierdzą, że to tylko czyjeś nagrania domowe, do tego trwające 5 godzin, niech to piorun strzeli. Ja stoję gdzieś pośrodku - dostrzegam wartość produkcji, otwarcie przyznając, że jest cholernie nudna i nie musicie się spieszyć z oglądaniem. Co warto mimo wszystko zrobić.

Przepraszam, że mój film jest pozbawiony... napięcia. Jak widzicie, nie jestem w tym dobry. Oglądajmy dalej, może to się zmieni. A jeśli nie... Nadal będziemy oglądać. Takie właśnie jest życie...

sobota, 17 maja 2014

I raz, i dwa (7/10)

Drama, 2000
173 minuty


Trudny film. Nie wiedzieć czemu, przy pierwszym oglądaniu nie rozróżniałem bohaterów. Kto jest kim i nie umiałem powiązać ich z wcześniejszymi wydarzeniami, co kto w nich robił. Po dwóch godzinach czegoś takiego zacząłem oglądać od początku, i już było lepiej, chociaż nadal nie umiałem "złapać" tego filmu. Dostrzec jaka myśl stoi za tymi scenami, jaki jest motyw całościowy tej produkcji. To było najtrudniejsze - oglądać do końca, bo dopiero wtedy będę miał odpowiednią perspektywę by zrozumieć. Wszystko zaczęło się od wesela, na którym postać ojca spotyka swoją dawną ukochaną. Jego syn jest nękany przez dziewczynki, z którymi chodzi do szkoły. Najważniejsze jednak jest to, że po wszystkim babcia zapadła w śpiączkę, a młody odkryje aparat fotograficzny. To jedynie część z puli fabuł, które ten film łączy w jedno głównym motywem - odkrywaniem prostych rzeczy. Bo przecież nie wystarczy o czymś komuś powiedzieć by w ten sposób odmienić jego życie. Ta osoba musi sama to zrozumieć, i samodzielnie do tego dojść, przechodząc swoją indywidualną drogę. O przechodzeniu owej drogi na przykładzie współczesnej tajwańskiej rodziny jest "I raz, i dwa".

piątek, 16 maja 2014

(felieton) O skutkach grania na komputerze

Jakiś czas temu musiałem przyjść do pracy w czasie wolnym, by robić coś aż to zrobię do końca. Praca na komputerze i nowym programie nie będącym jeszcze w wersji ostatecznej, szybko udało mi się znaleźć kilka błędów... jednym z nich był problem z zapisaniem. Po półtorej godzinie pracy już miałem wyjść, gdy usłyszałem: "Ale gdzie to jest?". Widzieli, że to robiłem, ale widać... nie zapisało się. Cóż robić, trzeba zacząć od nowa. Nie protestowałem, w końcu takie były zasady: robić, aż będzie zrobione. Nawet nieszczególnie szukałem tamtej kopii. Jedynie upewniłem się, że tym razem gdy zapisuję, to program też to wie. I godzinę później byłem w domu. W takich chwilach myślę z wdzięcznością o grach komputerowych. W tym konkretnym przypadku, o "Counter Strike'u: Global Offensive".

Ostatnie 208 godzin jakie w niej spędziłem, w większości poświęciłem na gry turniejowe - nie dosłowne turnieje, gdzie trzeba być zapisanym do drużyny i gra się o jakąś konkretną wygraną. Ja grałem jedynie na zasadach turniejowych - tutaj obowiązywały reguły, których trzeba było się trzymać, wymagana była komunikacja i współpraca, oraz można było zostać ukaranym za niestosowanie się do tego wszystkiego. To poważny interes. I trzeba było zarezerwować te kilkadziesiąt minut, nawet do półtorej godziny, na jeden mecz. Nawet gdy mi nie szło, gdy miałem zły dzień, i nagle nie umiałem dobrze celować, wyczuć czasu i co chwila łapałem się na tym, że dałem się podejść jak warchlak - musiałem tam zostać i grać, nie poddawać się i walczyć dalej.

Bo w grach takich jak "CS" nie chodzi o zabijanie, tylko o pokonanie. Dla niektórych to może być tylko subtelna różnica. Często tym, którego trzeba pokonać, jesteś ty sam. Trzeba spiąć pośladki, zacisnąć zęby i nie dać się gnoić.

czwartek, 15 maja 2014

Kto pod kim dołki kopie... (6/10)

Adventure & Family, 2003


Stanley znajduje na ulicy buty. Zabiera je do ojca, który pracuje nad wynalazkiem usuwającym smród z obuwia. To na szczęście nie jest główny motyw filmu, jedynie wątek trzecioplanowy któremu poświęcono kilka minut z całej produkcji. Sednem opowieści jest Stanley oskarżony o kradzież owych butów, które na dodatek były nie tylko cenne bo należące do znanego sportowca, ale też miały pójść na aukcję charytatywną. A więc młody bohater idzie do więzienia - albo do obozu. Jakiego? Okazuje się on umiejscowiony na środku pustyni, nie ma tu nawet barierek - do cywilizacji jest za daleko, by ktokolwiek odważył się uciec. W tych nieprzyjemnych warunkach odbywają swoją karę bohater oraz jego nowi przyjaciele - codziennie każdy z nich ma wykopać jeden dół, głęboki i szeroki tak, jak było to ustalone wcześniej. Ciekawy sposób karania przestępców. Z całą pewnością tylko o to w tym chodzi...


środa, 14 maja 2014

Gdzie byłeś gdy zgasły światła? (6/10)

Comedy, 1968


Wbrew pozorom tytuł nie dotyczy kina katastroficznego.:) Fakt zgaśnięcia owych świateł nie ma nawet zbyt wielkiego wpływu na samą akcję. Jest to przyjemna komedia pomyłek zbudowana na spotkaniu czterech bohaterów pewnego poranka. Jest tu pracownik banku, który w ramach niedocenienia postanawia okraść pracodawcę. Ja nie oceniam. Jest tu aktorka, która ma zamiar zostawić karierę, czym doprowadza swojego reżysera do obłędu, a ten postanawia zrobić wszystko co będzie w jego mocy, by nakłonić ją do zmiany zdania. Do gry włączy się jeszcze wspomniany mąż, który nocą wróci do domu, a tam znajdzie swoją żonę w łóżku razem ze wspomnianym pracownikiem banku.

Aha, i gdzieś tam wcześniej właśnie gaśnie to światło, i Amerykanie ogólnie się bardzo boją.


wtorek, 13 maja 2014

(serial) Siła koszmarów - Powstanie polityki strachu

Political Documentary, 2004


Adam Curtis kolejny raz tworzy wyjątkowy dokument dla BBC. Trzy odcinki trwające łącznie 180 minut poświęcono polityce strachu. Kiedyś politycy rządzili sprzedając pozytywne obietnice, zapewniając lepszą przyszłość i szczęście obywateli. Dzisiaj chcą uchronić szarych ludzi przed zagrożeniem. Najczęściej przed zagrożeniem, którego nawet nie ma. Twórca cofnął się bardzo daleko by poznać genezę tego, co dziś widać za oknem - skąd się wzięła Al-Kaida? Kto był mentorem bin Ladena i skąd się wziął? Kto był inspiracją dla tego mentora, i skąd one się wzięły? USA to kraj który ma misję ratowania całej ludzkości - zastanawialiście się kiedyś, czy to też skądś się wzięło? Albo czemu tyle było ataków i afer związanych z Clintonem, chociaż na żaden nie było dowodów? Skąd wzięło się powiedzenie: "To, że nie znaleźliśmy dowodów na coś, nie znaczy, że tego nie ma. Znaczy to tylko tyle, że tego jeszcze nie znaleźliśmy".

To ostatnie pochodzi z okresu po zakończeniu starć US ze Związkiem Radzieckim, gdy podpisali porozumienie ale i tak szerzyli propagandę, że ZSSR potajemnie produkuje broń i jest tykającą - nomen omen - bombą, której Amerykanie muszą stawić czoła.

poniedziałek, 12 maja 2014

Buntownik bez powodu (8+/10)

Teen Movie, 1955


Na posterunek policji niezależnie od siebie trafia troje młodych ludzi: Platon, który zastrzelił szczeniaki bronią, którą znalazł w szufladzie matki; Jim wałęsał się po pijaku a Judy miała dosyć atmosfery w domu, a szczególnie rodziców, i po prostu stamtąd wyszła, włócząc się bez celu. Kilka godzin później każde z nich będzie zwykłym nastolatkiem zmierzającym do szkoły: Platon będzie cichym cieniem, którego nikt nie zauważa. Jim nowym, który pierwszy raz wejdzie do tego środowiska po przeprowadzce i będzie próbował odnaleźć swoją grupę. Najlepiej do tej, w której jest Judy. Okazja nadarzy się, gdy jej chłopak - Buzz - w uznaniu dla solidarności Jima zaproponuje mu pewną zabawę...

Oglądam ten film jakiś 4 albo 5 raz. Parę tygodni temu leciał na TCM, jednak w połowie musiałem wyjść więc miałem zamiar dokończyć na laptopie. Jedynie ostatnie 50 minut, a zamiast tego obejrzałem niemal całość. Nie lubię sceny niszczenia opony Jimowi, i tę przeskoczyłem. Reszta jest zaskakująco wciągająca i przyjemna w oglądaniu. Nie ma tu jakiegoś schematu i podziału historii na trzy części, tych jest co najmniej siedem, a całość rozwija się bardzo szybko. Występuje tutaj syndrom: "To już? Przecież dopiero zacząłem oglądać i już koniec?"

niedziela, 11 maja 2014

Nimfomanka - część II (6/10)

Psychological Drama, 2013


Uwaga: poniższy tekst mogą czytać również ci, którzy nie oglądali żadnej części! :)

Obejrzałem z ciekawości, bo nie mogłem się zdecydować. Było kilka powodów, by jednak to zrobić, jednak najistotniejszy miałem dopiero odkryć: wbrew powszechnej opinii, druga część jest zwyczajnie ciekawszym filmem, i naprawiono tutaj wiele minusów. Jest sporo interesujących scen, bohaterowie zostają rozwinięci, całość jest bardziej płynna. Tak, to wciąż średni film - składa się z epizodów, i jedyną dobrą rzeczą którą mogę o takiej konstrukcji napisać jest taka, że te epizody nie mogłyby pojawić się w innej kolejności. Poza tym nie są nijak połączone albo zapowiedziane. Zakończenie jest bardzo marne, a epilog jeszcze gorszy. Rozwój postaci to często wybitnie niefilmowa ekspozycja i przykład wielu pójść na łatwiznę przy realizacji... A przy tym nie oglądałem "Nimfomanki" z bólem, poczuciem nudy, ale całkiem sporą... przyjemnością?

sobota, 10 maja 2014

Eureka (6/10)

Road Movie, 2000
217 minut


Zwykła przejażdżka autobusem miejskim zamienia się w tragedię. Pojazd zostaje porwany, pasażerowie wzięci za zakładników i w większości giną. Przy życiu zostaje czterech ludzi: dwóch dorosłych mężczyzn oraz dwoje nastolatków, w tym jedna dziewczyna. Po tym wydarzeniu akcja przenosi się dwa lata do przodu, kiedy to ocaleni wciąż noszą w sobie traumę bycia świadkiem zdarzeń tamtego dnia.

Napiszę coś będącego najgorszym zarzutem, jaki można postawić długiemu filmowi: nosi on syndrom "Nie może się skończyć" oraz "Nie umie przejść do konkretu". Mógł on trwać na przykład 2,5 godziny nawet z tymi dłużyznami, na których wyraźnie reżyserowi zależało. Im bliżej końca tym więcej jest tu ujęć na jadący samochód, jakby reżyser stwierdził: "Dobra, tu się zatrzymamy, nagramy to jedno ujęcie w kilku wersjach, a jutro zobaczymy. Może już będę wiedział wtedy, jakie będzie zakończenie". Sporo tu jazd kamery, sceny zaczynają się trochę wcześniej niż trzeba było, dużo tutaj milczenia i spacerów. Do tego dziwne dialogi, często miałem wrażenie jakby wszystkie wypowiedzi były tylko ekspozycją. Nie brzmią naturalnie, jak coś co człowiek mógłby powiedzieć do drugiego człowieka, do tego często mówią do siebie. Jeszcze dziwniejsze jest to, że zazwyczaj te krótkie, pokrętne wymiany zdań poprzedza milczenie, sceny niczym z kina niemego, gdzie coś chciano przekazać bez dialogów, a minutę potem zmieniono zdanie i sens kilku ostatnich scen zawarto w jednym-dwóch zdaniach.

I to wszystko z początku akceptowałem. Czekałem, aż film w końcu się zacznie, obserwowałem kolejne mieszanie elementów z różnych gatunków (sceny z pogranicza snu, drogi, a nawet dziwności w stylu zaczynami opowieści od dziewczynki która słyszy głos mówiący "Widzisz ocean?" albo mówiącą "Nadchodzi sztorm"). Ale im dalej tym bardziej zapał mijał, i widziałem film jakim był. Nawet nie wiem, jaką drogę bohaterowie przeszli. Brakuje tu konkretów, które zastąpiono jechaniem przed siebie, a na końcu zapewne stwierdzono "Ile? Trzy godziny? Ponad?... Cóż. Niech w tej scenie się uśmiechną i kończymy"

piątek, 9 maja 2014

(Felieton) A znaczy A

(...) Sędzia Buendia przygotowując się do pierwszej tego dnia rozprawy schował w zasięgu ręki mały żółty termos wypełniony zieloną herbatą, którą sam musiał sobie tego ranka naparzyć. Pierwszym interesantem była kobieta, skarżąca chirurga o błąd w sztuce, skutkujący komplikacjami, przedłużeniem pobytu który z kolei spowodował problemy w życiu osobistym, oraz rzecz najważniejszą, czyli kolejną operację. Straty rosły z każdym tygodniem, a sędzia słuchał tego ze znużeniem - sprawa wydawała się bezproblemowa i jasna do czasu gdy obrońca oskarżonego  wywołał pierwszego świadka. Był to ginekolog, który zaczął opowiadać jak wiele lat temu przyjmował poród wnoszącej dziś pozew kobiety. Wykonał wtedy skomplikowany zabieg, dzięki któremu jej potomek dziś w ogóle żyje jak normalne dziecko. Buendia spojrzał krzywo na obrońcę co przyspieszyło przebieg wydarzeń, bo ten od razu przeszedł do sedna, zadając pytanie: Jak na to zareagowała pacjentka? Ginekolog wzruszył ramionami i rzekł:
 - Powiedziała tylko "Dzięki ci Boże" i zaczęła się modlić.
 Sędzia pod pozorem obojętności i bezruchu zareagował dosyć gwałtownie. Obserwujący to z boku mogli pomyśleć, że Buendia po prostu się zamyślić i zapomniał gdzie jest. W rzeczywistości zapytał sam siebie, jakiej sprawiedliwości ma tu bronić. Gdy powtarzał sobie zeznanie które właśnie usłyszał, coraz bardziej zbliżał się do granicy, po której mógł się dać ponieść emocjom, w większości nie związanych bezpośrednio z bieżącym procesem. Niemniej, do czasu gdy uderzył miękko kilka razy młotkiem, jego głos brzmiał gładko.
 - Oskarżony popełnił błąd bo Bóg tak chciał. Zamykam sprawę.
 Następnego dnia trzy osoby z całego miasteczka, bez uprzedniego porozumienia ze sobą, odbyły spacer do sklepu ogrodniczego, gdzie kupiły sobie po małym kaktusie doniczkowym. (...)

czwartek, 8 maja 2014

Free to Play (6/10)

Documentary, 2014


Tytuł odnosi się do gatunku gier komputerowych, które są zasadniczo darmowe, tzn. można je pobrać i grać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Tyle w teorii, co musicie wiedzieć, choć cały temat gier "F2P" jest rozleglejszy i nieco bardziej skomplikowany niż to opisałem. W 2011 roku miało miejsce wydarzenie - turniej międzynarodowy w Dotę, którego pula nagród wynosiła 1,6 miliona dolarów. Z czego okrągły milion dla zwycięskiej drużyny. Organizatorzy przygotowali dokument z tej okazji, pochodzili za zawodnikami, nakręcili wywiady z nimi, dowiedzieli się o ich życiu. Zarejestrowali też sam turniej. I tu zaczynają się schody.

Bo gdy usłyszałem, że Valve robi dokument o grach zatytułowany "Free to Play" miałem prawo oczekiwać wszystkiego. Przygotowałem się, że usłyszę wiele o samej grze, o przyczynie jej popularności, o niesamowitych możliwościach jakie daje, o historii e-sportu, może samo Valve się wypowie, czemu tak bardzo inwestuje w to wszystko. Do tego dostanę pełny przebieg turnieju, usłyszę o tym, co trzeba, by być profesjonalnym graczem.

środa, 7 maja 2014

Love Exposure (7/10)

Kino autorskie, 2008
238 minut


Gdy Yu Honda był mały, jego mama jego musiała wyjechać z powodu choroby. Była bardzo wierząca i często się modliła, dlatego poprosiła syna, by ten obiecał jej poczekać na swoją Marię. I Yu to zapamiętał, nawet wiele lat po jej odejściu. Ojciec został księdzem i prowadził chrześcijańskie msze. Było nieźle do momentu pojawienia się pewnej kobiety, która zaczęła wiele czasu spędzać z tatą Yu, aż w końcu dotarli do chwili, w którym mogliby się pobrać. Ale on był księdzem, a ona uciekła z innym. To wydarzenie bardzo zmieniło życie Yu, od tej chwili często był zapraszany do konfesjonału. Rodziciel wypuszczał go dopiero po pełnym wyspowiadaniu się. Ale bohater to grzeczny chłopak, który przecież nie grzeszy. A naginanie do rangi grzechu takich czynności jak potrząśnięcie parasolem po wejściu do lokalu nie wystarczyło na długo. Kłamanie też odpadało, bo ojciec zawsze wiedział, gdy syn kłamie. Rozwiązanie więc było tylko jedno...

I tutaj się zatrzymam, bo jesteśmy na 19 minucie i to nawet nie jest wstęp do wstępu, nawet do takiego który byłby wstępem do właściwej inauguracji. Pełna ekspozycja trwa tutaj oszałamiające 124 minuty (!!!!), tyle zajmuje przedstawienie wszystkich trzech głównych bohaterów, ich historii która doprowadziła do konfliktu, który się wtedy zawiązał. A będzie on po prostu chory, i gdy do niego doszedłem, doceniłem każdą jedną minutę, która go poprzedziła. Nie czytajcie nigdzie, o czym ten film jest. Tam też nie.

wtorek, 6 maja 2014

(serial) Buffy - sezon I

Teen Movie, 1997


Na całe pokolenie przypada jedna pogromczyni wampirów. Obecnie jest nią Buffy, ma 16 lat, i właśnie przeprowadziła się do nowego miasteczka... Jednak więcej z ekspozycji sobie daruję, bo sporo frajdy z oglądania wynika z samodzielnego odkrywania, jakie karty ma w zanadrzu twórca. Ile wie sama Buffy? Jej matka? Jak wyglądało jej dotychczasowe życie? Jaki jest jej stosunek do swojej roli? W jaki sposób kolejni bohaterowie dowiadują się o tym, jak zawiera przyjaźnie... Opening jest naprawdę świetny pod tym względem. Reszta pierwszego sezonu... cóż. Chyba całkiem dobrą miarą jest fakt, że przez cały seans nie miałem skojarzeń z dzisiejszym kinem młodzieżowym. Dopiero potem, gdy myślałem o tym, co napisać, zacząłem produkcję kategoryzować i wyszło mi, że to przecież samo powinno mi się nasunąć. Nastolatki, wampiry, elementy romansu... Pasuje! Ale różnice są tak spore, że nie mam nawet zamiaru wspominać tytułów o których teraz myślicie (a jak nie - tym lepiej). Jeśli sami mieliście skojarzenia po czytaniu powyższych akapitów, tutaj zaznaczę - nie mają one większe sensu tak naprawdę. "Buffy" to kino, gdzie nastolatkowie zachowują się jak nastolatkowie, a kobiety gadają między sobą o chłopcach bez śladu po fakcie, że owe dialogi pisał facet. Postać dorosłego opiekuna Buffy nie jest nagięta do zasad gatunku - to ktoś, kto dodaje grupie autorytetu w oczach widza, nobilituje pozostałych członków, tak jak to w rzeczywistości robi obecność dużo starszej osoby towarzyszącej młodszym.

poniedziałek, 5 maja 2014

(książka) Placówka Basilisk

Militarystyczne hard sci/fi, 1992
David Webber
450 stron
Cykl "Honor Harrington", tom I


Najsłynniejsza seria autora uwielbianego przeze mnie "Schronienia". "Honor Harrington" to, co zaskakujące, imię i nazwisko głównej bohaterki, która właśnie została kapitanem. Akcja rozgrywa się w swoim własnym uniwersum, gdzie jest przyszłość Federacje Planetarne, statki kosmiczne i tunele nadprzestrzeni oraz cywilizacje. Generalnie wszystko to jest ponoć przeniesieniem powieści żeglarskiej sprzed kilkuset lat w warunki futurystyczne, w co mogę dać wiarę.

Honor jest człowiekiem niezwykle zdyscyplinowanym, bardzo sumiennym i charyzmatycznym. Nie traci nad sobą kontroli i ma wszystkie cechy wymagane, by być wzorowym dowódcą. Tuż po swoim pierwszym objęciu stanowiska w skutek zagrań politycznych (ktoś tam wybrał ją na kozła ofiarnego) została zesłana ze swoim statkiem i nową poznaną załogą na Placówkę Basilisk, układ kiedyś bardzo istotny, dzisiaj kontrolują go władze, bo trzeba. Robią to przy minimalnym wysiłku, zrzucają tam niewygodnych ludzi lub takich, których przyjęto i nie mają co z nimi zrobić. Szerzy się tu przestępczość, przemyt, tubylcy wciągają jakąś dziwną substancję i nie są zbyt przyjaźni... A Honor ma statek trzeciej kategorii, braki na każdym polu oraz załogę, której nie tylko nie zna, ale też jest jej niewiele. Mało? Okej: na miejscu spotyka tam swojego starego, złego znajomego z Akademii. Człowieka, który chciał ją kiedyś zgwałcić pod prysznicem, a ona w zamian ciężko go pobiła. Nie złożyła skargi i tylko dlatego kontynuował naukę w poniżeniu. Dziś, po wielu latach mści się na niej, oddając w jej nieprzygotowane ręce dowództwo oraz obowiązek ochrony nad całym okręgiem, czyli trzema planetami.

niedziela, 4 maja 2014

New World / Sinsegye (5/10)

Gangster Film, 2013


Schemat fabuły policyjnej numer trzy, czyli wtyczka od wielu lat w mafii ma dylemat, po której stronie stanąć. Świat zbudowany jest bardzo skrótowo - mafia ma tylko dwa lub trzy momenty w których pokazuje, że robi coś złego, poza tym jest po prostu mafią i dlatego policjanci chcą ją zamknąć. Oczywiście każda mafia musi mieć na pieńku ze wszystkimi i zawsze będzie jakiś konflikt o coś, czego nawet nie trzeba wyjaśniać. Nie ma tu pokazanych większych procedur, według których działa którakolwiek ze stron, zupełnie tak, jakby scenarzysta widział obie organizacje tylko w telewizji. Postaci zbudowano skrótowo - jest tu tyczka, która nawet po wykryciu nie zdradzi żadnych informacji i umrze śpiewając Bogurodzicę. Jest komisarz, który poświęci podwładnych i generalnie zrobi wszystko, by zrobić swoje, ponieważ. Smaczku jednak dodaje zmiana kilku akcentów - w szerszym ujęciu to władza wydaje się tą gorszą stroną. Komisarz nie zawaha się szantażować swoich wtyczek, niewielu wie, ilu ich tak naprawdę jest, kto nią jest i jaki jest większy plan. To przez niego główny bohater ma konflikt wewnętrzny, i rzuca się w bezsilności, wiedząc, że nie ma dla niego ratunku. To jeden z najlepiej zrealizowanych elementów filmu - na papierze nie brzmi to doniośle, jednak na ekranie widziałem życiowy dramat tych ludzi.

sobota, 3 maja 2014

Nimfomanka - Część I (5/10)

Psychological Drama, 2013


Seligman pod wieczór znajduje na ulicy pewną kobietę. Wygląda na ciężko pobitą, być może zgwałconą - albo uległa wypadkowi. Jest nieprzytomna i nie daje znaków życia, ale gdy Seligman do niej podchodzi i sprawdza, czy może jej pomóc, ona odmawia. Budzi się nienaturalnie szybko i głosem absolutnie nie pasującym do całej sytuacji - czystym, spokojnym, bez żadnych technicznych błędów, jakby nagrywał go David Gilmour - oświadcza, że jeśli starszy mężczyzna zadzwoni po karetkę, jej tu już nie będzie do tego czasu. Ale zgadza się pójść z nim na filiżankę herbaty. Jak widać, jasne jest, że to wszystko to pułapka założona na naszego bohatera, mająca na celu niewyobrażalnie tajemnicze rzeczy, a pobita kobieta to agentka terrorystów, albo antyterrorystów.

Albo to był po prostu źle wyreżyserowany, źle napisy i źle odegrany wstęp. Muzykę na pewno źle dobrano. Myślałem, że zostawiłem Spotify włączone w tle na przypadkowej radiostacji. Ogólnie to ta druga opcja wydaje się bardziej prawdopodobna, bo potem Joe (tak się ona nazywa, spoiler) idzie do łóżka (by spać) a po przepudzeniu opowiada na prośbę Seligmana swoją historię. Będzie ona długa, i musi wysłuchać jej do końca. Więc starszy siada sobie na krzesełku i słucha, cały czas jej przerywając, gdy ona opowiada o tym, z kim i jak i dlaczego uprawiała seks.

piątek, 2 maja 2014

(felieton) Mam szacunek dla długich form sztuki

Ilekroć przechodzę obok półek w bibliotece lub księgarni, zwracam uwagę na te większe tytuły. Wezmę je do ręki, udźwignę, przeczytam opis, gdzieś tam będę miał te dane w pamięci. W ten sposób zwróciłem uwagę na "Źródło" Ayn Rand albo sagę "Schronienie" Davida Webbera. A tamtych czasach jeszcze nie rozumiałem, co stoi za tym zachowaniem. Dzisiaj mam kilka wyjaśnień:

By napisać książkę liczącą 1000 stron trzeba paru rzeczy. Musi ci się chcieć, i musisz mieć o czym pisać. Istnieją pewne drogi na skróty, jak łączenie wielu historii w jedno i przesadzenie ze stereotypowymi bohaterami, jednak reguła pozostaje niezmienna. Gdy ktoś konstruuje długą historię, to dlatego, że nie może się zmieścić w wersji krótszej. I przy czytaniu czuć, że każde zdanie było tam istotne, a temat jest bardzo złożony. 300 stron mimo wszystko zapełnić jest łatwiej, korzystając z zasad gatunku i innych pochodnych. Wszystko szybko i łatwo się zamyka na koniec, nie ma żadnego ciężaru na piszącym. Bardzo niewiele jest książek potrzebujących mało miejsca i umiejących to wykorzystać. Wolę celować w długie opowiadania, najlepiej kilkuczęściowe.

Z filmami sprawa jest gorsza, bo rynek dla filmów trwających 3 godziny i więcej jest znikomy (a spróbuj podzielić go na dwie części to sam zobaczysz). Peter Jackson trochę poprawił sytuację, podwyższając granicę tolerancji u widzów do 2,5 godziny. Wciąż jednak najpopularniejszy jest limit półtorej godziny. O czym można opowiedzieć w tak krótkim czasie? Wyobrażacie sobie jakąkolwiek dobrą historię uciętą do takiej formy?
Plus pozostają takie aspekty jak większe koszta produkcji albo większa kwota, jaką kina muszą uiścić za taką kopię. Dłuższy czas pracy, większa ilość powtórek... Na papierze każde zdanie można usunąć, zmienić, i zajmie to chwilę. Na taśmie każda minuta to jakby dzień pracy w terenie, o obróbce technicznej nie wspominając. Chyba że kręcisz europejskie smuty, te są banalne w nakręceniu. Nawet nie wymagają prawdziwych aktorów.;-)